No cóż, pamięć kontra pamięć… Żeby sprawę rozstrzygnąć definitywnie, należałoby wejść do archiwum Trybuny Ludu czy Życia Warszawy. Papierowego archiwum. Niestety, nie da rady.
A na razie link podpierający moją tezę:
http://podroze.gazeta.pl/podroze/1,114158,5061326.html
BTW te 130$ kupowało się po kursie niższym od czarnorynkowego, ale bynajmniej nie znacznie niższym. Był to kurs banku handlowego, powiększony o dopłatę turystyczną w wysokości 150%. Wychodziło jakieś 50% – 60% czarnego rynku.
„konta walutowe po 1981 roku”
Wraz z wprowadzeniem stanu wojennego zablokowano możliwość wypłat z kont walutowych A. Pewnie dlatego te wszystkie cyrki, o których piszecie, a których nie obserwowałem.
]]>Zaświadczenie z granicy było wymagane do połowy lat 70. (chyba ok. 1978) gdy zlikwidowano podział na konta walutowe A i B. Od tego czasu można było wpłacić dowolną gotówkę wymienialną i nikt nie wnikał w jej pochodzenie.
W drugiej połowie lat 80-tych zaświadczenie potrzebne było znowu. Ale nie trzeba było wracać z Zachodu, przy powrocie z NRD też można było zadeklarować walutę.
]]>Ciekawe. W latach 80 składałem o paszport w biurze paszportowym, formularz miał 4 strony formatu A4, żadnej rozmowy kwalifikacyjnej przy odbiorze nie było.
„Z tym wyciągiem z konta był swoisty paragraf 22, bo żeby móc założyć konto walutowe, trzeba było mieć zaświadczenie z granicy, że przywozisz tzw. twardą walutę. W realiach PRL można było prosto kupić pieniądze na czarnym rynku, ale nie można ich było wpłacić, bo nie było zaświadczenia,”
Zaświadczenie z granicy było wymagane do połowy lat 70. (chyba ok. 1978) gdy zlikwidowano podział na konta walutowe A i B. Od tego czasu można było wpłacić dowolną gotówkę wymienialną i nikt nie wnikał w jej pochodzenie. Przedtem faktycznie kwitek z granicy był potrzebny.
@topol
„Raz do roku można było kupić na książeczkę walutową 150$…”
Nie raz do roku, tylko raz na 3 lata. Nie $150 a $130. I wreszcie – nie każdy mógł kupić. Wnioski były rozpatrywane przez komisję społeczną, a chętnych było duuużo więcej, niż udostępnionych dewiz.
Poza tym wszystko się zgadza…
]]>Z osobistych doświadczeń w 1987 r.
O paszport trzeba było wystąpić do do Dzielnicowej Rady Narodowej, podanie 7 stron formatu A4, pokazać zaproszenie (niekoniecznie to musiała być rodzina), miesiąc czekania na rozpatrzenie wniosku i można było odebrać paszport. Od ’86 go w zasadzie nie było problemu, również paszporty wydawano już na wsje strany mira. Przy odbiorze była rozmowa kwalifikacyjna z urzędnikiem, trzeba było pokazać dowód (nie pamiętam, czy trzeba go było zostawić), książeczkę wojskową i status zaczepienia w społeczeństwie, książeczka studencka wystarczała.
Dostawało się chyba zaświadczenie potrzebne do wydania książeczki walutowej, na którą można było kupić równowartość 10 USD w walucie kraju, do którego miało się wizę.
Krok pierwszy zakończony, krok drugi: wizy.
Do otrzymania wizy trzeba było mieć paszport oczywiście, zaproszenie i wyciąg z konta walutowego, który miał pokazać, że będziesz miał środki na każdy dzień pobytu. Oczywiście wszystko było zależne od ambasady, z tamtego roku opisuję doświadczenia z ambasadą duńską.
Z tym wyciągiem z konta był swoisty paragraf 22, bo żeby móc założyć konto walutowe, trzeba było mieć zaświadczenie z granicy, że przywozisz tzw. twardą walutę. W realiach PRL można było prosto kupić pieniądze na czarnym rynku, ale nie można ich było wpłacić, bo nie było zaświadczenia, a handel walutami był zakazany (w praktyce jednak nikt nie zwracał na to uwagi; pamiętam, że zaświadczenia kombinowaliśmy przez pożyczanie sobie pieniędzy, przed wyjazdem w 1989 jakieś trzy osoby miały razem 1200 USD, które przelewaliśmy sobie z konta na konto i w ten sposób mieliśmy wyciąg potwierdzający posiadanie środków).
Co do samych wiz: nigdy mi żadnej nie odmówiono, ale kolejki do ambasad były. Na przykład przed sezonem truskawkowym do ambasady RFN trzeba było stać w kolejce miesiąc, jak się kończyły, można było wejść do ambasady w parę dni. Oczywiście listy, odhaczanie itp.
Teraz o szkolnictwie: chyba nie ma idealnego systemu, a o jakości niestety świadczy ilość pieniędzy przeznaczona na kształcenie nowych obywateli, ale z zaznaczeniem drogi rozwoju młodego pokolenia: czy bardziej stawiamy na niezależnych i myślących obywateli, którzy są bardziej kreatywni i trudniejsi do zarządzania, czy raczej tworzymy społeczeństwo ludzi stosujących się do modelu funkcjonowania.
Jeżeli chodzi o samych Niemców (niestety z tej zachodniej części; ze wschodnimi miałem mało doświadczeń i nie chciałbym na ich podstawie wyciągać bardziej generalnych wniosków) ich wykształceniem ogólnym nie byłem zachwycony; jednak zdolność współpracy i komunikacji, a ponadto wiedza merytoryczna po tamtejszych ośrodkach akademickich daleko wyprzedzały zespoły polskie.
Pozdrawiam,
T.
To OK, faktycznie wiesz mniej więcej jak było. Bo podlinkowałeś Rzeczpospolitą, gdzie panuje inna wykładnia.
]]>Trudno mi powiedzieć, bo z młodych Niemców to ja znam głównie dziesięciolatków z klasy syna. W każdym razie w telewizji jest bardzo dużo dobrych programów dla dzieci i młodzieży na te tematy i jak ktoś ogląda to to wszystko wie. Oczywiście takich co nic nie oglądają i nie czytają na pewno jest sporo. Jak wygląda program nauczania historii w szkole średniej będę mógł powiedzieć pewnie dopiero za parę lat.
]]>