Widziałem kiedyś w TV program o Lou Bega i chyba go trochę tak go niesprawiedliwie lekceważysz. Dla mnie to był zawsze taki jeden z tysiąca one-hit-wonder, ale właśnie za te 15 lat w USA mam do gościa szacun, bo on tam nie pracował przy zmywaku tylko naprawdę naście lat zapierdzielał po klubach śpiewając i tańcząc latynoskie rytmy. No więc jeśli mu się udało po tych nastu latach wyczuć duszę mamo i zrobić perfekcyjny kawałek, to ja mam szacun.
A to ze ten kawałek tak przewałkowano, ze już się słuchać nie da, to inna sprawa.
I jaszcze kiepski dowcip zasłyszany dzisiaj w radio: „The Best of Lou Bega” – utwór pierwszy „Mambo #5″, utwór drugi „Mambo #5 remixed by (…)” itd.
]]>