Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Jak to się robi w Niemczech: Repair Cafe

Od zawsze uwielbiam naprawiać wszystko, co zepsute. Tu powinna nastąpić dłuższa opowieść z dygresjami, ale ostatnio mam sporo różnej roboty i za dużo pisać mi się nie chce, więc od razu do rzeczy:

Już pewien czas temu usłyszałem o ciekawej inicjatywie - nazywa się to Repair Cafe. Gdzieś w jakichś publicznych pomieszczeniach zbiera się kilku fachowców od naprawiania, a ludzie przynoszą tam różne zepsute, ale rokujące nadzieję rzeczy do naprawy. Cel jest taki, żeby nie wyrzucać zaraz i nie kupować nowego bez sensu. Taka tam działalność antysystemowa i proekologiczna. Ostatnio coś takiego zaczęto urządzać w naszej dzielnicy, więc zabrałem trochę narzędzi i poszedłem już na pierwsze spotkanie. Zabrałem syna - to przecież świetna okazja żeby zobaczył parę ciekawych urządzeń w środku i popróbował naprawiać.

Podobne spotkania odbywały się tu i ówdzie już od kilkunastu lat, a w 2009 holenderska dziennikarka Martine Postma opracowała jednolitą koncepcję którą nazwała właśnie Repair Cafe, i udostępniła ją w sieci na zasadzie licencji franchisingowej. Założenie swojej Repair Cafe kosztuje jednorazowo 49 EUR, dostaje się za to podręcznik i zestaw reklamowy (jako pliki, tylko wpisać adresy/terminy i dać do druku). Zarejestrowane Repair Cafe dostają oczywiście również reklamę na stronie inicjatywy i mogą za pół ceny kupić podstawowy zestaw narzędzi (bardzo porządny, na przykład pincety w zestawie są najlepsze jakie w ręku miałem). Rzecz jest w tej chwili na fali w kilku krajach (głównie europejskich), w samych Niemczech jest już podobno ponad 500 opartych na tej koncepcji inicjatyw. Interesują się tym też media - na pierwszym i drugim spotkaniu było trochę dziennikarzy z prasy i radia i jakiś wyższy urzędnik z zarządu miasta. Jakoś na zdjęcie w gazecie się nie załapałem, ale może i dobrze.

Repair Cafe

Repair Cafe

W naszej dzielnicy rzecz odbywa się w domu parafialnym parafii katolickiej, ale nie jest formalnie związana z kościołem. W innych dzielnicach spotkania odbywają się w pomieszczeniach miejskich (zazwyczaj Bürgerhaus - coś w rodzaju niegdysiejszych Domów Kultury), tyle że w naszej dzielnicy Bürgerhausu nie ma.

Repair Cafe

Repair Cafe

Spotkania odbywają się co miesiąc, ostatnio było już czwarte. Z fachowców przychodzą tam głównie jacyś elektronicy, paru gości robiących elektromechanikę i rowery, raz była pani z maszyną do szycia od napraw odzieży. My z synem specjalizujemy się w komputerach, ale nie gardzimy i elektromechaniką. No i obowiązkowo jest jeden z uprawnieniami do sprawdzania bezpieczeństwa użytkowania i odpowiednim sprzętem pomiarowym. Zainteresowanie jest spore i dość dobrze odzwierciedla strukturę fachowców - najwięcej do naprawy jest różnej elektroniki i zmechanizowanego sprzętu AGD. Rzadko przyjdzie ktoś z rowerem - ale w końcu jest zima, wiosną rowerów na pewno będzie więcej. Odzieży do naprawy było tyle co nic, więc pani z maszyną do szycia już nie przychodzi. Z komputerami jest różnie, czasem dużo, czasem mało.

Repair Cafe

Repair Cafe

Każdy "klient" podpisuje oświadczenie, że przyjmuje do wiadomości że to nie jest serwis i naprawa może się nie udać, a nawet może być gorzej niż było. Różne oświadczenia podpisują oczywiście też naprawiacze, wzory oświadczeń dostaje się w pakiecie startowym Repair Cafe (i to chyba jest najcenniejsze co się dostaje).

Repair Cafe

Repair Cafe

No i ogólnie to fajna zabawa, z różnymi ludźmi można pogadać, po naprawie wrzucają datki do puszki, czekając mogą też kupić sobie kawę czy ciasto. Za te datki kupuje się między innymi narzędzia - za każdym razem parę setek się zbiera, narzędzia na miejscu są coraz porządniejsze.

Ponaprawiałem jak dotąd na przykład takie rzeczy:

  • Notebooka z wyłamanym zawiasem. Wzięcie tego to był zły pomysł, na drugi raz będę od razu odmawiał. I tak nie da rady nic sensownego z tym zrobić, poza wywaleniem luźnych kawałków plastiku.
  • Pokazałem jednej pani jak wymienić HDD w notebooku. Jedną z idei Repair Cafe jest "pomoc dla samopomocy" - nauczenie ludzi jak mogą poradzić sobie sami.
  • Wymieniłem elektrolita w routerze WiFi - facet był dość kumaty, dał część i pokazał palcem gdzie wymienić, tylko lutować nie umiał i nie miał w domu lutownicy. Zadziałało.
  • Naprawiłem lampę sufitową z Ikei, halogenową z elektronicznym trafo. W trafo puścił jeden lut (na oko to był bardzo słabo przysmarowany cyną i od nowości trzymał się na tylko słowo honoru). Po przylutowaniu zadziałało.
  • Jedna pani przyniosła amplituner Kenwood (kupiony na ebayu) w którym wypadł przycisk wyłącznika zasilania. Przycisk był nieudolnie sklejony i pewnie zaraz po sklejeniu urządzenie poszło na aukcję. Akurat nie było kleju dwuskładnikowego na sali, zaproponowałem pani że nie włożymy przycisku, a włączać będzie się wkładając palec w otwór po przycisku i przyciskając wprost popychacz wyłącznika sieciowego. Pani rozwiązanie się spodobało i sprzęt można było uznać za naprawiony. Nie ma co się śmiać - to jest impreza non-profit dla ludzi nie wymagających perfekcji (a często i nie mających kasy na nówki). Liczy się, że działa.
  • Ostatnio z braku komputerów wzięliśmy stary rzutnik do przezroczy, na oko połowa lat 70-tych.  No i to była dłuższa historia:

Rzutnik z zewnątrz wyglądał bardzo solidnie. Obudowa full metal, stal, nie jakieś tam odlewane alu. Sterowany elektrycznie, kablowo. składany. Lampa świeciła, ale obiektyw był ciemny. Właściciel wyciągnął go z piwnicy, bo chciał wnukom przezrocza pokazać. Ale rzutnik wcale nie reagował na przyciskanie przycisków, a włożenie przezrocza w podajnik ręczny też nie działało - obiektyw ciemny. Po oględzinach rozkręciliśmy go i okazało się, że w środku jest cała masa nieprzejrzystej mechaniki, szczękały jakieś elektromagnesy, ale ruszało się niewiele. Po dłuższej kontemplacji spróbowałem pokręcić jednym takim dużym kołem zębatym, ale ruszało się bardzo ciężko. Zastał się po prostu, smar przestał działać. Poszukałem czegoś do smarowania (ten od rowerów miał), posmarowałem tu i ówdzie i coś zaczęło się ruszać, ale raczej niepewnie i wymagało pomocy. Posmarowałem jeszcze tu i tam - nawet zaczęło jako tako działać. Z naciskiem na jako tako - co pewien czas zacinało się, tak porządnie. Posmarowałem jeszcze parę miejsc i teraz zaczęło działać zbyt dobrze - nie chciało się zatrzymać we właściwym miejscu a chwilami wydawało dźwięki jak maszyna do szycia. Znowu musiałem pokontemplować mechanizm i wnioski były takie:

  • Napęd całości robi tylko jeden silnik indukcyjny kręcący wentylatorem promieniowym.
  • Z osi silnika/wentylatora odbiera napęd duże koło z gumowym bieżnikiem. No i jak to guma, po 40 latach tarcie o ośkę zrobiło się znikome.
  • Cała mechanika to jeden wielki facepalm. Wszystko opiera się na tym, że luz tu i tam jest taki, a nie inny. a w trakcie obrotu to i tamto akurat machnie się w jedną a nie w drugą i że smar ma taką, a nie inną lepkość. To nie ma szansy zadziałać niezawodnie bez wymiany bieżnika na nowy i jednej dużej, plastikowej krzywki, która ma takie spore pęknięcie. A i wtedy bez gwarancji.
  • Naprawa polegała na pokręceniu mechanizmem w takie położenie, żeby żarówka była odsłonięta (też jakieś luźne krzywki) i trwałym rozsprzęgleniu napędu (po prostu zdjąłem ten gumowy bieżnik). No i teraz można było zmieniać slajdy ręcznie. Właściciel był taki zadowolony, że wrzucił do puszki 30 euro.

A ja zacząłem się zastanawiać. To urządzenie z zewnątrz wyglądało supersolidnie, niby pełna profeska i wogle. Ale w środku może i solidne materiały, ale skonstruowane toto tak mniej więcej, jak soft w firmie w której robię - totalne amatorstwo doprowadzone do jakiego-takiego działania metodą prób i błędów i powiększaniem luzów. Mój syn zrobiłby lepszy mechanizm z Lego, serio. Przypominam sobie krajowe rzutniki marki bodajże Krokus - ich mechanika była głównie plastikowa, ale o wiele bardziej niezawodna i lepiej przemyślana. Nie wiem jak wygląda współczesny rzutnik produkcji chińskiej (o ile w ogóle coś takiego jeszcze w przyrodzie występuje), ale sądzę że też jest zrobiony lepiej.

Już od dawna mam wrażenie, że te "dawne dobre czasy (TM)" gdy wszystko było porządne, solidne, trwałe, prawdziwe, zdrowe, czy co tam jeszcze, to w dużym stopniu nasze projekcje. Badziewia zawsze było pełno, teraz po prostu mniej się je maskuje. Przynajmniej w konstrukcjach mechanicznych.

Ciekawe czy Repair Cafe pojawi się też w byłych demoludach.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Sledz donosy: RSS 2.0

Wasz znak: trackback

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


3 komentarzy do “Jak to się robi w Niemczech: Repair Cafe”

  1. brytnej pisze:

    Co do tej niby solidności, mogę tylko potwierdzić. Np. budynki powstałe za „starych dobrych czasów” mają mnóstwo ukrytych wad. Dajmy na to takie elewacje z piaskowca albo wapienia z lat 50. i 60., w których kamienne płyty wieszano na kotwach w pewnym odstępie od konstrukcji a spoiny między płytami wypełniano zaprawą. Taka konstrukcja uchodzi od lat 80. za niefachową, mniejsza o to dlaczego (zgadniesz?), no i czasem prowadzi do tego, że płyty trzeba kompletnie wymienić. No i w jednym z takich budynków właściciel postanowił dla oszczędńości wymienić to od strony dziedzińca na ocieplenie systemowe, ochrona zabytków wydała zgodę. Zdjęto na dole kilka płyt, zmierzono 4 cm płyty, 6 pustki powietrznej. Ok, zaprojektowano 10 cm systemu ociepleniowego (na podstawie przepisów z 2004 tyle wystarczało). No i rozbierają całą tę kamienną elewację, i co się okazuje? Pod samym dachem pustki powietrznej zrobiło się 0 cm. Na czterech kondygnacjach (jakieś 13 m) ściana nośna miała 6 cm odchyłu, co jakiś Bauleiter we wczesnych latach 50. skorygował oblicowaniem. Tych 6 cm nie sposób nie zauważyć i nie budowali tego jacyś niekumaci nasi rodacy ani nawet Gastarbeiterzy. Duża część tzw. niemieckiego cudu gospodarczego opierała się na ukrytym partactwie. Tak samo w ścianach ogniowych z tej epoki można (w dobrze ukrytych miejscach) spotkać dziury tak duże, że można przełożyć dłoń, w stropach żebrowych wystarczy wydłubać kamyczek, by było widać zbrojenie główne itd. To, że dziś na wielkich budowach są takie skandale jest spowodowane nie gorszą jakością, a tym, że rzeczoznawcy boją się przymykać oko tak jak to robili przez wiele lat wcześniej.

  2. kasja pisze:

    dziwne ze malo kto z rowerem;-). jak sobie przypomne ile czasu czekalam na seris i ile to kosztowalo, to coz..(na Bockenheim). ogolnie fajna inicjatywa, chocby po to aby poznac jakichs ludzi. jest na blogu opcja by wyslac maila?. pozdrawiam.

Skomentuj i Ty

Komentowanie tylko dla zarejestrowanych i zalogowanych użytkowników. Podziękowania proszę kierować do spamerów