Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Meksyk czyli podroż w przeszłość. Tak ze dwadzieścia lat wstecz

Notkę piszę z Meksyku, bo pracodawca mnie wysłał. To znaczy przez dłuższy czas odmawiałem, ale niedawno rzuciłem że jak dobrze zapłacą to możemy porozmawiać żeby tak na jakiś tydzień. No i po dwóch dniach przyszło szefostwo i zaproponowało że zapłacą za każda godzinę od wejścia do samolotu we Frankfurcie do wyjścia po powrocie do Frankfurtu stawkę projektową plus diety, plus najlepszy, pięciogwiazdkowy hotel w mieście docelowym. No za ponad czterokrotną stawkę na rękę to właściwie czemu nie?(była środa) Tak? To pakuj się, w następną sobotę lecisz.

No tylko jest mały problem. Paszport w kieszeni mam tylko polski, przesiadka w USA nie wchodzi w rachubę, nawet z lotem nad USA mogą być problemy. Jest jeszcze tylko jedna szansa: Obywatelstwo niemieckie dostałem już w połowie grudnia (może kiedyś dojdę do napisania notki o szczegółach), tyle że nie zdążyłem jeszcze złożyć wniosku o paszport. Ale jest tryb ekspresowy, 3 dni robocze, za dodatkowe około 30 euro.

No i tą metodą mam już w kieszeni paszport niemiecki, za który zapłaci pracodawca, super sprawa. Ale wróćmy do Meksyku.

Przyleciałem z soboty na niedziele, i w niedziele, dla walki z jetlagiem (i oczywiście również z wrodzonej ciekawości) wybrałem się na naprawdę długą wycieczkę pieszą po mieście. Poczytałem wcześniej w sieci na temat bezpieczeństwa, no i bywalcy twierdzili że nie jest zle, lepiej niż w podobnej wielkości miastach w USA. Byle nie epatować bogactwem i nie szukać guza. No i wycieczki zrobiło mi się dobre 25 kilometrów, krokomierz naliczył ponad 33.ooo kroków. I im dłużej włóczyłem się po mieście (dużym - to Guadalajara, drugie w tym kraju) tym bardziej wszystko wydawało mi się znajome. Takie dejavu. Ja to wszystko już widziałem, tylko marki samochodów były inne i ludzie mniej opaleni. Następnego dnia zbetryzowani do szpiku kości Bawarczycy od klienta na trzy litery pierwsza B byli przerażeni, no ale betryzacja robi swoje. Nie jestem straceńcem, ja też nie pójdę wszędzie, nie ma co przesadzać, trafiłem na przykład na slums, ale nie pchałem się przez środek. Jakies zdjęcia wrzucę jak wrócę, tu nie mam narzędzi. Przy okazji: Sorry za ewentualne problemy z polskimi literami - ta akcja była taka szybka że nie zdążyłem zainstalować mojego drivera do polskich znaków na klawiaturze niemieckiej.

A skąd dejavu? Dokładnie tak jak ten Meksyk wyglądała Polska około 1995, przed wstąpieniem do Unii. I tak:

  • Ulice i chodniki tak samo dziurawe
  • Ruch uliczny tak samo mało cywilizowany
  • Smieci i ogólna bylejakość na każdym kroku
  • sporo budynków porzuconych w trakcie budowy
  • ogólne olewanie przepisów i zasad
  • w co drugim domku jakiś biznesik, wyglądający na bardzo wąsato-szemrany
  • grodzone osiedla (chociaz grodzenia domków drutem kolczastym jakoś z Polski nie pamiętam)
  • mafie taksówkowe
  • mnóstwo oszustów i naciągaczy
  • nachalne bandy wyciągające pieniądze za mycie szyb na skrzyżowaniach
  • lokaliki i stoiska z jedzeniem w których zdecydowanie bym nie zjadł z przyczyn higienicznych
  • ludzie na ulicach smutni i skwaszeni
  • EDIT: sklepy wielobranżowe "madło i Powidło", od słodyczy, przez ubrania, jakieś pralki (w rodzaju Frani tylko większe), telefony, komputery do skuterów, i to wszystko na 100-200 metrów kwadrat
  • itd. itd.

Czytelnikom nie pamiętającym tamtych czasów, czy to ze względu na wiek, czy na amnezję, chciałbym krótko przypomnieć, dlaczego Polska wygląda dziś jednak trochę lepiej niż Meksyk: Jedyną przyczyną tego było wstąpienie do Unii. To tylko dzięki kasie z Unii oraz przyjęciu unijnego ustawodawstwa wiele rzeczy się zmieniło.  Bez kasy i nacisku na pewne zasady i wartości kraj szybko wróci do stanu meksykańskiego. Co polecam rozwadze.

 

 

 

 

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (2)

Twit programmers of the year (3)

Dziś kolejne doniesienia z frontu walki z programistycznymi twitami, bo na nic innego chwilowo nie mam czasu.

Projekt w którym dotąd robiłem ma od dłuższego czasu dwa projekty pochodne dla dwóch innych modeli samochodów. Jeden z tych dwóch ma dwa warianty - z HUDem i bez. No ale to wszystko jest na tej samej bazie sprzętowej i ma robić z grubsza to samo, różnice są głównie w wyświetlaczu, rozłożeniu LEDów i zegarkach pokazujących niekoniecznie to samo. Tylko wziąć ten wcześniejszy projekt i trochę dopasować. No i prawdziwy twit manager of the year potrafi spieprzyć nawet coś takiego - każda z tych wersji jest wyraźnie inna, te same moduły są w różnych wersjach, albo są wręcz zupełnie inne, nawet mnóstwo nazw tych samych obiektów się nie zgadza. Nikt tego po prostu nie pilnuje. Największy problem jest z jednym z zasadniczych modułów, już w tym pierwszym projekcie on jako-tako działa tylko dlatego, że kiedyś połowę jego zrobiłem na nowo rysując statechart w Rhapsody i generując kod. Teraz zreimplementowałem go całego również w Rhapsody, narysowałem czyste i klarowne statecharty z dobrze zdefiniowanymi interfejsami, w dwa dni było zrobione, a teraz od półtora tygodnia próbuję to zintegrować z wszystkimi trzema systemami. No i wyłazi na każdym kroku to, co im powtarzam od lat: Tak się nie da pisać programów tej wielkości. Ten system jest zrobiony w AUTOSARze - to taka koncepcja modułowości do C, całkiem nie najgorsza (chociaż w pewnych aspektach nie domyślana do końca). Działa to mniej więcej tak, że każdemu modułowi definiujemy w XML porty z dobrze wyspecyfikowanymi interfejsami, a potem te porty łączymy, też w XML, są do tego narzędzia. Całość klei generowany kawałek kodu. Konsekwentnie użyte dałoby to niezły, modularny system, mimo że w C. Tyle że te twity cały czas idą po linii najmniejszego oporu i przestawiają na AUTOSAR tylko to, co absolutnie niezbędne, a pozostałe połączenia międzymodułowe są nadal robione jak ćwierć wieku temu przez #define funkcja1 funkcja2, potem w innym miejscu jest #define funkcja2 funkcja3 i tak dalej. W rezultacie nie ma żadnej modularności, a system przypomina węzeł gordyjski.

Przy okazji zauważyłem, że te nowe projekty kompilują się dobrze ponad dwa razy dłużej niż ten pierwotny, mimo że są mniejsze. Oczywiście nikt z twitów się nie skarży, ale przy czasie rekompilacji powyżej pół godziny rozsądna praca nie jest możliwa, i jest to jedna z przyczyn dlaczego te projekty są w stanie katastrofalnym. Postawiłem hipotezę roboczą, że gdzieś kluczowy header file inkluduje o wiele za dużo. Sprawdziłem i się okazało, że losowo wybrany plik źródłowy inkluduje pośrednio 55.000 headerów. Tak, dobrze widzicie: słownie pięćdziesiąt pięć tysięcy. Krótka analiza pokazała, że to idzie tak: AUTOSAR ma taki specjalny mechanizm definiowania, do której sekcji linkera dany obiekt ma iść - definiuje się powiązany z tą sekcją symbol preprocesora i includuje plik "MemMap.h" (przed obiektem i po obiekcie, zarówno przy definicji jak i deklaracji). Ten plik includuje wszystkie pliki z konkretnymi definicjami, a jest ich z grubsza tyle, ile modułów. To już robi całą masę includów. Ale teraz każdy z tych plików includuje zawsze ten sam plik z definicjami kompilatora, a przecież wystarczyłoby raz. Wywaliłem te niepotrzebne includy i ilość pośrednich includów w moim losowym pliku źródłowym spadła zaraz o 20.000 a czas rekompilacji spadł o jakieś 10%. Zawsze coś, ale w tym pierwszym projekcie jest dokładnie ten sam problem i to nie jest przyczyna różnicy czasów kompilacji. Na moje oko przyczyną jest to, że większość modułów includuje losowo i bez sensu, w pierwszym projekcie dużo tego wyczyściłem albo kazałem ludziom wyczyścić, a w tych nowych nikt się tym nie zajął, ani nawet nie przeniósł do nich poprawek. Niby drobiazg, ale 15 niepotrzebnych minut na każdą kompilację, przy sporym zespole przekłada się na stratę liczoną w osobodniach na tydzień!

W tym pierwotnym projekcie już dawno temu zauważyłem, że kompilacja idzie bez sensu: kompilowało się równolegle na pięciu corach, tyle że największy plik (wygenerowany przez AUTOSAR), kompilujący się przez 6 minut jest w grupie o nazwie alfabetycznie prawie na samym końcu. W związku z tym na końcu pozostałe cory nie mają nic do roboty, a jeden jeszcze przez 5 minut mieli ten jeden plik. Przesunąłem więc tą grupę na początek i voila - kompilacja skróciła się o prawie 5 minut czyli 30%.

W ogóle problematyka czasu i wygody kompilacji i ich wpływu na produktywność, a nawet sukces projektu jest mocno niedoceniana. Znany jest mi wypadek projektu który padł, bo każda generacja kodu z modelu trwała ponad 30 minut. Poprzednią robotę rzuciłem między innymi dlatego, że klient dla którego robiliśmy wymyślił sobie świetny tooling: Program (w Javie) składał się z sześciu części, i żeby je skompilować trzeba było każdą część kliknąć z osobna, i to nie wszystkie naraz, ale po kolei. Każda część kompilowała się 3-4 minuty, czyli akurat tyle żeby tymczasem się przełączyć i coś porobić. Tyle że jak się potem przełączało do Eclipsa to było zawsze "O k..., znowu nie pamiętam który ostatnio klikałem!".  Focusu już nie było, z konsoli też nie dało się łatwo wywnioskować. Efekt był taki, że klikało się parę razy w to samo, albo coś się pomijało i trzeba było od wszystko od nowa. Rozwiązania typu notować na karteczce, albo cały czas się gapić w tego Eclipsa były tak upierdliwe, że aż poszukałem książki od tego badziewia, ale po paru godzinach prób zrobienia żeby wszystko startowało się automatycznie z Anta dałem spokój. Nie dało się i już. Mój szef, też bardzo dobry w te klocki, nie chciał w to uwierzyć, sam się za to zabrał ale wkrótce też się poddał. Dla zainteresowanych podaję słowo kluczowe, po usłyszeniu którego trzeba szybko uciekać: Buckminster.

 Na zakończenie coś dla zmniejszenia hermetyczności notki. Przykłady twitowego i nietwitowego designu UI w elektronice konsumpcyjnej. Najpierw twitowy:

Budzik z twitowym UI

Budzik z twitowym UI

To jest typowy budzik za kilka euro, różne warianty i odmiany można kupić w każdym sklepie. Każdy ma trochę inne ustawianie czasu budzenia, praktycznie zawsze nieintuicyjne. Podejrzewam, że projektanci tego sprzętu w ogóle go nie używają, albo mają jakieś zaburzenia ze spektrum autystycznego i obudzeni w środku nocy, po ciemku, bez problemu potrafią przypomnieć sobie sekwencję klawiszy konieczną żeby alarm na stałe wyłączyć.

Ten konkretny model jest jeszcze bardziej twitowy, bo piszczy przy każdym przyciśnięciu przycisku. Autor tego rozwiązania jest z całą pewnością samotny, albo mieszka u rodziców i ma swoją, osobną sypialnię, nie dzieloną z nikim. Ale przy tak daleko posuniętym autyzmie to nic dziwnego.

A można inaczej. UI tego budzika jest zrobione genialnie:

Budzik z nietwitowym UI

Budzik z nietwitowym UI

Włączenie i wyłączenie alarmu robi się przy pomocy suwaków z boków. Suwak w górę - alarm włączony, suwak w dół - alarm wyłączony. Czas alarmu ustawia się po po przyciśnięciu jednego z tych większych przycisków po lewej i po prawej. Z wyświetlacza znika wtedy wszystko poza ustawianym czasem i naprawdę nie sposób tego nie umieć, nawet bez instrukcji.

Budzik z nietwitowym UI - ustawianie czasu

Budzik z nietwitowym UI - ustawianie czasu

Suwaki podnoszą oczywiście koszt całości o kilka centów - bo program to żadna różnica, te kilkanaście linii kodu przeliczone na wielkość produkcji to koszt przyzerowy. Za to za taki budzik kasują 25 euro (sugerowana cena producenta), w sieci daje się znaleźć oferty od kilkunastu. W bonusie ma jeszcze różne cuda z podświetleniem wyświetlacza. Można? Można!

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki, Pomyślmy

Komentarze: (7)

Twit Programmers of the Year (2)

Poprzednia notka spotkała się z żywym odzewem czytelników, więc ponieważ ostatnio temat bardzo mnie zajmuje - zarówno w pracy jak i prywatnie - to może następna.

W pracy ostatnio miałem satysfakcję z gatunku Schadenfreude - od dobrych dwóch lat marudzę przy każdej okazji szefowi działu że tak jak robią to nic z tego nie będzie i trzeba coś zmienić (lista propozycji w załączeniu). Oczywiście, jak to w korpo, nic się nie zmienia. Projekt w którym jestem udało mi się doprowadzić do jako-tako szczęśliwego końca w zasadzie tylko w taki sposób, że co poważniejsze problemy popoprawiałem na własną rękę albo powymuszałem różne rzeczy tworząc fakty dokonane. Ale równolegle idzie projekt pochodny, do innego wariantu, w zasadzie tylko przejąć ten "mój" i trochę pozmieniać. Tego nowego projektu dotąd nawet nie dotknąłem i jest on w stanie tragicznym. No i w czwartek szefu był u klienta na zebraniu kryzysowym, pojawił się tam szef działu testowania (zresztą o polskim nazwisku), stwierdził że jakość tego softu jest katastrofalna (co i ja ciągle szefowi mówię) i zaczął zadawać pytania w stylu "a czy macie development patterny?", "a czy macie continous integration?", "a czy macie automatyczne testy?" - i wszystkie te pytania pokrywały się dokładnie z tym, o czym marudzę. No i już w piątek było "Powiedz nam, co mamy robić żeby ten projekt się nie zawalił?".

Jak źle jest? SOP jest na marzec, to jest do tańszego modelu więc od samego początku ilości będą rzędu 5000 tygodniowo, a na dzień dzisiejszy kompilator daje aż 25.000 warningów. Szybko przejrzałem listę i zauważyłem, że większość z nich musi być z bardzo niewielu miejsc - pół godziny szukania, znalazłem że w dwóch miejscach ktoś zainkludował headery wewnątrz funkcji. Po usunięciu ich, ilość warningów spadła do poniżej 10.000. Rzecz graniczy z sabotażem. Funkcjonalnie to nawet nie przejęli sporej części rzeczy, które od dawna działają u nas. Jedną dość kluczowy moduł infrastrukturalny który opracowałem, zamiast go po prostu przejąć zrobili "lepiej". Poświęcili na to masę czasu, zawracali mi dupę mnóstwo razy, ale oczywiście nie zintegrowali najpierw mojej wersji, tylko od razu zabrali się za poprawianie, czym opóźnili o miesiące włączenie mechanizmów ochrony pamięci - które przecież pozwalają znaleźć sporo błędów. Na koniec jeszcze nie wszystko działa, a nie mają z tego wszystkiego żadnych zalet poza tą abstrakcyjną "lepszością". Za to będzie teraz źle, bo rozwiązania tego samego w obu projektach są różne (a na przykład cały generator kodu jest wspólny, oni poprawiają moje zmiany za każdym razem). Przy pierwszym problemie każę im to wywalić do kosza i wrócić do mojego. Tragedia po prostu, znowu trzeba będzie ratować im dupy, za każdym razem z coraz głębszego szamba.

No dobrze, ale bywa jeszcze gorzej. Wróćmy do naszych ulubionych Twit Programmers z consumer electronics.

Mam w domu zegar ścienny z DCF, produkcji znanej firmy Citizen. Trochę lat już ma. Taki zegar synchronizuje się z nadajnikiem DCF-77 (tu niedaleko, koło Aschaffenburga) w południe i o północy, jeżeli wychodzi mu że się spóźnia to nie ma sprawy - wskazówki pojadą trochę do przodu. Gorzej jest, jak się spieszy - taki zegar do tyłu się nie pokręci. Ja bym zrobił tak, że zegar powinien trochę poczekać aż upływ czasu dogoni czas wskazywany, a potem niech chodzi dalej, w końcu o ile może się pospieszyć przez 12 godzin. Tymczasem tutaj jakiś twit programmer wymyślił, że zegar pokręci się niecałe 24 godziny do przodu. Ponieważ to stara konstrukcja i wszystkie wskazówki są posprzęgane na stałe, to sekundnik musi się w tym celu obrócić 12*60=720 razy dookoła, a trwa to prawie 20 minut. Oczywiście spać się w tym pokoju nie da, jak zegar o północy przez 20 minut warczy. A teraz najlepsze: Zegar przy czasie letnim ZAWSZE stwierdza, że się spieszy - ten twit nie uwzględnił przy porównaniu flagi DST.

Teraz honourable mention dla elektroników którzy projektowali mojego notebooka marki Acer. To jest 18'' desktop replacement i ma dwie karty graficzne. Jedna (Intel) jest wolna, ale bierze mało prądu, druga (ATI Radeon HD4670) odwrotnie. Tyle że jakiś twit wymyślił, że ta szybka będzie niestandardowa i będzie wymagała specjalnego drivera. Notebook był zaprojektowany do Windowsów Vista, ja kupiłem go z Windows 7 i na początku ta szybka karta jeszcze działała. Potem, po jakiejś aktualizacji systemu przestała, w Windows 10 też nie działa. Aktualizacji drivera już nie ma i nie będzie, szlag by ich trafił. Pod Linuxem też nie chodzi, bo tam specjalnego drivera też nie ma.

Problem jest taki, że załamany twitami piszącymi soft na Androida wymyśliłem, że sam sobie napiszę rzeczy które potrzebuję. Zainstalowałem Eclipse z developmentem do Androida, on ma emulację urządzenia z Androidem. Tyle że na moim notebooku ta emulacja startuje się 11 minut. Popatrzyłem co się da zrobić i radykalne przyspieszenie dałoby włączenie hardwarowej wirtualizacji, ale do tego potrzebne jest Intel Virtualisation Technology w procesorze, a w moim tego nie ma. Następna możliwość to włączenie opcji użycia hardware karty graficznej, a tutaj ta szybka nie działa, a do wolnej nie ma już aktualnych driverów. No to może Linux? Partycję z Linuxem miałem, zainstalowałem tam takiego samego Eclipsa, Linux ma driver do tej karty od Intela i emulacja startuje w minut pięć. No to może nie ideał, ale zawsze znacznie lepiej. Na razie zorganizuję sobie to wszystko, a jak dojdę do poważnej roboty to kupię nowego notebooka.

Tak więc przeszedłem na Linuxa na notebooku. Poinstalowałem na moim serwerze Linuxowym trochę serwerowych narzędzi żeby robić development porządnie, i tu też zaraz wykryłem paru twitów. Na przykład u Epsona. Linuxowy driver drukarki od Epsona występuje w dwóch wersjach: Jedna drukuje wszystkie kolory poprzesuwane o parę milimetrów, druga trafia z kolorami we właściwe miejsca, ale wcale nie drukuje koloru żółtego. Wybór należy do Ciebie.

Następny twit jest od projektów do Eclipse. Zainstalowałem na serwerze CDO Repository Server żeby trzymać moje modele w czymś porządnym. A tu jakiś twit nie upilnował, żeby nazwy tabel w bazie danych były pisane zawsze tak samo. Na Windowsach nie ma problemu - tabele lądują w plikach a Windowsom jest scheissegal czy piszemy nazwy plików dużymi czy małymi literami. Ale Linuxowi nie jest to obojętne i od razu wychodzi błąd że nie można znaleźć tabel. Jako workaround podają żeby włączyć w MySQL-u opcję konwertującą nazwy tabel do małych liter, ale ta opcja jest globalna dla całej instancji serwera bazodanowego i wtedy zaczynają mi się wywalać wcześniej utworzone bazy, w których nazwy tabel zawierają duże litery. Wygląda na to, że na początek będę musiał poprawić na własną rękę CDO Server Project (na szczęście jest w źródłach).

I tak dalej, i tak dalej. Teraz na pociechę: Nie każdy problem z softem/hardwarem jest wywołany przez twitów. Typowy przykład to "na początku mój WiFi stick/WiFi router/urządzenie z WiFi chodziło dobrze, a teraz coraz wolniej, na pewno to przez jakiegoś twita od driverów". Otóż nie. Jak kupowałeś tego sticka, WiFi miało tylko trzech sąsiadów i to nie w Twojej klatce. Teraz WiFi mają wszyscy, a kanały mają poustawiane całkiem randomowo. Tak wygląda to u mnie w paśmie 2,4 GHz.

WiFi-2-4-GHz

WiFi w paśmie 2,4GHz

WiFi jest o tyle źle zrobione, że komunikacja na kanale n zakłóca komunikację na kanałach od n-2 do n+2. Jakby poprzydzielać kanały jakoś centralnie to jeszcze może dałoby się to jakoś opanować, ale tak w realnych warunkach sieci jest tyle i poustawiane są na tyle źle że całość się ślimaczy. U mnie było jeszcze gorzej, bo pojawiał się jakiś nieprawdopodobnie mocny sygnał (chyba z biurowca naprzeciwko) zagłuszający wszystko dookoła. Jest na to tylko jeden sposób - przejść na pasmo 5GHz. Tak wygląda u mnie pasmo 5GHz:

WiFi-5-GHz

WiFi w paśmie 5GHz

Czego i czytelnikom życzę.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki, Pomyślmy

Komentarze: (8)

Twit Programmers of the Year

Tytuł notki zainspirowany jest notką Boniego - "Twit of the Year". A co do meritum:

Jako - było nie było - fachowiec od inżynierii oprogramowania, z za chwilę trzydziestoletnim doświadczeniem, ze zgrozą obserwuję poziom wykonania programów wszędzie dookoła. Tak w zasadzie to tworzenie oprogramowania jest stosunkowo proste. Są do tego dość jasno określone zasady, cała kupa darmowych narzędzi pomocniczych, mnóstwo książek, nieprawdopodobne ilości porad do znalezienia w sieci, ... Co prawda w dowolnej innej branży też są dość jasne zasady, narzędzia, książki, tyle że przy programowaniu jest łatwiej - bardzo dużo można sobie po prostu wypróbować i poćwiczyć w domu, praktycznie za darmo. A na przykład w takim budownictwie to jakoś tak nie bardzo da radę.

Tymczasem w realnym świecie trudno o kawałek programu, który nie jest spieprzony i to najczęściej w sposób który powinien być łatwy do uniknięcia. Jaki-taki poziom mają najczęściej programy z okolic Free Software pisane w Javie, ale też wcale nie wszystkie. Dlaczego tak jest? To jest proste: Oni tam stosują się do ogólnie znanych reguł - używają development patternów, robią module testy, konsekwentnie robią komentarze w Javadocu z których potem powstaje dokumentacja, testy wykonują automatycznie w jakimś serwerze CI w rodzaju Jenkinsa, ... W sumie nic skomplikowanego, tyle że inni tego nie robią, albo robią to źle.

Ja rozumiem że bardzo duża część programów które można zdownloadować w systemowym sklepie jak Google Play czy Windows Store to produkcje półamatorskie i ich autorzy nie mają większego pojęcia o tym, co robią. Ale w produkcjach profesjonalnych, zwłaszcza w branżach które nie zajmują się tylko czystym softem nie jest wiele lepiej. Na przykład u mnie, w automotive.

U nas w fabryce, jestem jedyny który ma rzeczywiście pojęcie o inżynierii oprogramowania. Cała reszta to elektronicy, którzy na studiach mieli pobocznie cośtam o programowaniu. Albo i nawet nie i są samoukami. Niektórzy są nawet nieźli, myśleć logicznie potrafią, tyle że podstaw im brakuje. No i potem wygląda to na przykład tak, że w kawałkach w C++ nie jest nawet dobrze określone który header file jest do C, a który do C++ i jak pojawiają się problemy przy includowaniu, to ktoś łata problem takimi sposobami,  że jakbym miał jeszcze dość włosów na głowie, to bym je sobie powyrywał. W innych, zupełnie podstawowych sprawach też nie jest lepiej. A jak jakiś problem trzeba rozwiązać, to niemal każdy szuka podobnego miejsca w innym module i zrzyna rozwiązanie. A ponieważ to rozwiązanie rzadko tylko jest dobre, to złe rozwiązania rozprzestrzeniają się coraz bardziej. Testy modułowe są wymuszane przez klienta - więc robi się je na sam koniec, często już po tym jak program poszedł do na produkcję. Według mnie to zbędna robota, równie dobrze można by wyprodukować oszukany test report, nic by nie zmieniło a roboty mniej. I tak dalej, i tak dalej, ogólnie to cieszcie się że samochody w ogóle są w stanie ruszyć z miejsca.

No ale mimo wszystko programiści z automotive nie zasługują jeszcze na tytuł "Twit Programmers of the Year". Ponieważ samochód podpada pod różne takie tam związane z bezpieczeństwem (znaczy może kogoś zabić), to producenci wymuszają na wykonawcach żeby program nie wieszał się co chwilę, a przynajmniej żeby się potem jakoś znalazł. Na spełnienie tych wymagań idzie niesamowita ilość wysiłku a modus operandi typowego projektu w automotive to eskalacja. Jeszcze nigdy nie słyszałem o projekcie w automotive który by nie wszedł w eskalację. Mi to ręce opadają, bo tego wszystkiego można by uniknąć, gdyby chociaż trochę stosować się do ogólnie znanych zasad.

Ale jest branża w której jest jeszcze gorzej - to consumer electronics. Soft do telewizora jeszcze nigdy nikogo nie zabił, więc nikt nie wymusza w nim zachowania zasad fuctional safety. Ba, jak poklikać trochę w jakiś współczesny telewizor to wychodzi że oni w ogóle nawet podstawowego system testu to raczej jednak nie robią.

Skąd mi się temat wziął? Mój sprzęt audio-video już się mocno historyczny zrobił. Telewizor był jeszcze CRT, od Sony, ale nic bardzo specjalnego. Ciągłe mam video VHS i analogowy zestaw kina domowego z wejściem przez SCART. Najnowszym z urządzeń był dekoder kablowy, też dający sygnał na SCARTa. No i ten dekoder zaczął mieć problemy. Zaczęło się od różnych zakłóceń w obrazie, potem odbierał coraz mniej kanałów, w końcu zostało tylko Russia Today. A potem poszedł z niego dym - sfajczyły się dwa elektrolity. No i po analizie opcji wyszło mi, że najlepiej będzie kupić nowy telewizor, bo tunel kablowy będzie w zestawie, a i nagrywanie na dysk USB przynajmniej częściowo zastąpi video. A w następnej kolejności będzie nowe kino domowe.

Jako warunki brzegowe postawiłem rozmiar 32 cale (wystarczy mi), FullHD (4K to przesada, ale poniżej FullHD w dzisiejszych czasach bez sensu) i żeby był Smart. No i zaraz wybór skurczył mi się do zaledwie kilku modeli. A potem się doczytałem, że są już telewizory z Androidem. Ponieważ moje zdanie o programistach od telewizorów było utrwalone już od dawna, stwierdziłem że wezmę taki - jak nie będą pisać wszystkiego sami tylko wezmą za bazę niezłego Linuxa i jakie-takie API od Googla to okazji do narobienia głupot będą mieli mniej.

Od paru dni mam taki telewizor i jak widzę, prawdziwy Twit Programmer of the Year potrafi spieprzyć nawet taką integrację:

  • To nie jest "telewizor na Androidzie" tylko "telewizor z własnym systemem + Androidem". Miejsca sklejenia widać dość wyraźnie. Ale i tak jest trochę lepiej niż bez Androida.
  • Do telewizora można podłączyć mysz. Wszystko pięknie, tyle że rolka myszy chodzi w różnych menu, ale nie w web browserze. Po prostu nie chodzi i już, do scrollowania strony trzeba klikać w suwak, nawet ciąganie go nie działa.
  • Można sobie utworzyć cztery listy ulubionych kanałów, ale wybrać jakiejś już nie. Znaczy okienko wyboru się pojawia, na liście są utworzone listy, ale listy wszystkich kanałów na niej nie ma. Nie muszę chyba pisać, że niezależnie od tego co wybiorę, po wyjściu z okienka ustawiona jest lista wszystkich kanałów. Zmienić to mogę tylko przy użyciu programu zdalnego sterowania na innym urządzeniu Androidowym. Na telewizorze nie da rady, próbowałem chyba z pół godziny. Proszę sobie darować komentarze że RTFM- w manualu nie ma o tym nawet słowa. Tytuł Twit Programmer of the Year słusznie się należy.
  • Własny program do zdalnego sterowania z innego urządzenia Androidowego od producenta telewizora nie łączy się z telewizorem. Inne, od jakichś amatorów, jakoś się łączą (ale też nie wszystkie). Może ma to związek z tym, że w drugim urządzeniu WiFi chodzi na 2,4GHz, a telewizorowe na 5 GHz, ale amatorzy radzą sobie mimo routera po drodze.
  • Nagrywać na dysk USB można tylko to, co się widzi. To akurat zrozumiałe - tuner jest tylko jeden. Ale nie da się odtwarzać nagranego programu na komputerze (przez DLNA) oglądając co innego.
  • Jak ustawić nagrywanie na powiedzmy za dwa dni, dysk kręci się przez te dwa dni cały czas, nawet przy wyłączonym telewizorze. Naprawdę nie można go obudzić na pięć minut przed nagraniem?
  • Już raz mi się coś powiesiło - oglądać TV można było, ale nie chodziło odtwarzanie nagranego programu i nic z internetem. Pomógł dopiero twardy reset z odłączeniem zasilania. Chyba zwisała część Androidowa.

Oczywiście nie twierdzę, że ten model telewizora przebija dno, z pewnością są gorsze. Ale programiści od consumer electronics rozumianej jako cała branża z pewnością zasługują na tytuł Twit Programmers of the Year

Jeszcze autoreklama, jakby czytał to jakiś decydent z branży: Za odpowiednią opłatą zorganizuję wam to bez porównania lepiej. Tylko poważne propozycje.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki, Pomyślmy

Komentarze: (36)

Jak już jesteśmy przy sójkach…

Ostatnio było o sójce, więc może będę kontynuował temat sójek. Para sójek gnieździ się na drzewie naprzeciwko mojego balkonu, więc mam trochę obserwacji przeczących ogólnie przyjętym stereotypom.

Jak wszyscy wiedzą "Skrzeczenie sójek, według niektórych nazywanych "strażnikami lasów", pełni nie tylko funkcje sygnalizacyjne dla innych osobników tego gatunku, ale i dla pozostałych ptaków i ssaków. Pojawienie się tego ostrego okrzyku sprawia, że stają się czujne i wypatrują ewentualnego niebezpieczeństwa." (to z polskiej wiki). Co ciekawe, podobnej informacji nie ma w wiki niemieckiej i angielskiej. Wygląda to na mit powszechny tylko w Polsce.

No i u mnie sójki krzyczą rzadko, mimo że w mieście powód do alarmu znalazłby się prawie zawsze. Pewnie rację ma jednak Wiki niemiecka twierdząc, że sójki w czasie gdy wysiadują jajka i mają w gnieździe pisklęta zachowują się cicho i dyskretnie.

Tylko raz sójki z naprzeciwka wrzeszczały przez większą część dnia. Przyczyną była inna para sójek, które chyba chciały się osiedlić dwa czy trzy drzewa dalej. Miejscowe sójki zabrały się za obronę swojego terytorium. I to wcale nie ograniczało się do wrzeszczenia. Sójki normalnie są dość płochliwe, można je zobaczyć tylko z daleka, ale tu zaczął się konkurs odwagi:

A na samochodzie siadam tak!

A na samochodzie siadam tak!

A na poręczy schodów siadam tak!

A na poręczy schodów siadam tak!

A na balkonie siadam tak!

A na balkonie siadam tak!

"A na stole siadam tak!" (tu niestety nie udało mi się zrobić zdjęcia)

Jedna z miejscowych sójek posuwała się do tego, że siadała o mniej niż metr ode mnie, co normalnie jest po prostu niemożliwe. Oczywiście wszystko było poparte wrzeszczeniem, kto głośniej. Sójki napływowe próbowały dotrzymywać kroku miejscowym, ale nie znały terenu więc aż tak odważne nie były. Po kilku godzinach wojna obronna zakończyła się odparciem przeciwnika, ale co okolicznych mieszkańców przy niedzieli nadenerwowały, to ich.

Teraz z innej beczki. Sójki może i ładne są, ale jak to krukowate, zjedzą co znajdą, zwłaszcza jak jest zrobione z mięska. Z drugiej strony budynku, w dość nisko umieszczonym otworze wentylacyjnym (2 metry nad gruntem, kratkę ktoś zgubił, otwór zaślepiony od wewnętrznej pianką montażową) zbudowały sobie gniazdo rudziki.

Tu rudzik zbudował gniazdo

Tu rudzik zbudował gniazdo

Pracowicie znosiły materiał, budowały, zniosły jajka, a potem przyleciała sójka, wywaliła gniazdo na ziemię i zjadła co w nim było (nawet nie wiem czy jeszcze jajka, czy już pisklaki). Gniazdo obejrzałem - świetna konstrukcja, z trawy. Leciutkie, elastyczne, izolacyjne, najbardziej zaskoczyła mnie jego gładkość strony wewnętrznej. Niby mały ptaszek z ptasim móżdżkiem, a takie rzeczy potrafi.

Gniazdo rudzika

Gniazdo rudzika

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (5)

Niespodziewana pamiątka z wakacji

Wspominałem już, że pod Paryżem, na terenie posiadłości gospodarzy widzieliśmy trochę popsutą sójkę

Sójka, trochę zepsuta, ale jeszcze działająca

Sójka, trochę zepsuta, ale jeszcze działająca

która po kwadransie zepsuła się całkiem.

Sójka, piętnaście minut później

Sójka, piętnaście minut później

Niby koniec tej historii, ale jednak nie. Ostatnio pojechałem z samochodem do okresowego przeglądu, otworzyli maskę - a tam leży ptak. (Niestety nie pomyślałem, żeby zrobić zdjęcie). Ptak wyglądał, jakby trochę już tam leżał, pióra jego były posklejane i raczej szare, w pierwszym momencie stwierdziłem że to pewnie jakiś szpak.  Pojaśnili mi, że takie rzeczy robią kuny i zaraz zaproponowali urządzenie do odstraszania za jedne 270 EUR z montażem. A ja się zacząłem zastanawiać.

Mieszkam w mieście, ale kuny tu są. Widziałem nawet kiedyś jedną na ulicy, oczywiście wieczorem. Parkuję w garażu podziemnym, ale miałem parę razy ślady łapek na szybie i na dachu. Najpierw myślałem że to od kota, ale jednak nie.

Ślady kuny na samochodzie (nie moim)

Ślady kuny na samochodzie (nie moim)

Brama wjazdowa na zbyt małe otwory żeby nawet mysz się przecisnęła, ale po prawej i lewej, dość sporo ponad podłogą są kraty, przez które kuna bez problemu przejdzie. I jak się przyjrzeć ścianie, to śladów łap na niej pełno.

Ślady kun na ścianie

Ślady kun na ścianie

No ale jednak trudno mi sobie wyobrazić, żeby kunie chciało się przywlec ptaka do garażu podziemnego, skakać z nim na murek, i ciągnąć do samochodu który wcale nie stoi najbliżej. Poza tym analiza kurzu przy kratach wykazała brak świeżych śladów. Więc to raczej nie tutaj.

Parking koło pracy też raczej nie wchodzi w rachubę. Fabryka jest co prawda położona koło lasu, ale staję zawsze prawie na środku placu i zawsze kuna miałaby bliżej dziesiątki innych samochodów. W dodatku ptak musiał się znaleźć pod maską niedawno - ostatnio zaglądałem tam przed wyjazdem na urlop - a od tego czasu zawsze gdy parkowałem tam, było jasno. To nie są warunki dla kuny.

Tak więc wychodziłoby na urlop. A z sójką było tak, że przez parę dni sobie leżała, a potem zniknęła. Myśleliśmy że służba sprzątnęła, ale raczej jak państwo było na wyjeździe to nawet tam nie zaglądali. Wniosek z tego, że najprawdopodobniej sójkę otrzymaliśmy w prezencie, jako pamiątkę z urlopu. Pióra ptaka były szare, bo posklejane i nie było widać oryginalnego koloru, dlatego źle zidentyfikowałem gatunek. I że nie ma sensu wydawać tyle pieniędzy na Marderschrecka, mycie silnika wystarczy (podobno problem z gryzieniem gum i przewodów jest wtedy, gdy ma się kuny koło domu i koło pracy, wtedy jedne atakują kawałki pachnące tymi drugimi)

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (1)

Bo wiewiórki są zapominalskie (2)

Ciąg dalszy o zapominalskich wiewiórkach. Niestety bez zdjęcia.

Już na wiosnę zeszłego roku miałem poważne poszlaki wskazujące, że wiewiórki wcale nie są zapominalskie, ale teraz mam jeszcze mocniejszy argument. Wczoraj na nasz balkon przyszła wiewiórka i w dokładnie tym samym miejscu co wtedy zakopała orzecha włoskiego. Jak dla mnie teza o zapominalskości wiewiórek w tym momencie leży i kwiczy. Skoro trafiła w to samo miejsce półtora roku później, to jak miała zapomnieć wtedy? Teza o zapominalskości ma jeszcze tylko jedną szansę: Ktoś musiałby zaobserwować znaczącą liczbę wiewiórek umierających w zimie z głodu, mając jednocześnie nieopróżnione i dostępne schowki.

A dlaczego wiewiórka miałaby nie odnajdować wszystkich swoich schowków? To proste: A dlaczego by właściwie miała odnajdować wszystkie? Wiewiórka zje tyle ile potrzebuje, a nadmiar zostawi. Tak po prostu.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (1)

Nieuporządkowane obserwacje urlopowe

Ostatnio ciężko mi idzie pisanie na bloga - mam w pracy sporo roboty, przy okazji ratowania projektu który w całkowicie przewidywalny sposób od samego początku balansuje na granicy katastrofy, zajmuję się przekonywaniem managementu że mogę im to zorganizować lepiej, ale na trochę innych warunkach niż teraz. Zobaczymy, czy się uda.

No ale urlop też musi być. W tym roku padło na Francję. Pięć dni spędziliśmy w Bretonii (po drodze zaliczając Wersal) a potem dziewięć w Paryżu. Więc znowu porcja luźnych, nieuporządkowanych obserwacji:

  • Francja strasznie rozległa jest. W sumie prawie wyłącznie tam i z powrotem przejechaliśmy 2800 km.
  • Jeżdżenie te setki kilometrów po autostradzie równiutkie 130 (albo 110 jak nie płatna) strasznie nudne jest, bez tempomatu nie polecam.
  • Francuskie radio nie nadaje się do słuchania. Dużo gadają, mało muzyki, a jak coś gra, to jakieś łupu-cupu albo inne dziwne rzeczy. Nawet jak trafiłem jakiś program o reggae, to nie puścili ani jednej piosenki, najwyżej raz na parę minut kilka taktów. Wyłączyłem radio w samochodzie i już.
  • Jeżeli widzimy parujące chłodnie kominowe a nie widzimy komina, to musi być elektrownia jądrowa, czyż nie?
  • Pogoda w Bretonii bardzo niestabilna, ale pływy rzeczywiście bardzo duże. Nawet mają tam elektrownię pływową.
  • Mieszkaliśmy w ślicznym, kamiennym domku rybackim, sprzed którego było widać morze. Jak kogoś interesuje miejscówka, mogę podać kontakt na priva.
Domek rybacki w Plerin

Domek rybacki w Plerin

  • Miejscowi przy odpływie chodzą z wiaderkiem i łopatką szukać małży na obiad. Ale w knajpie ceny takiego dania bardzo wysokie.
Zbieracz małży

Zbieracz małży

  • Piekarnia z bagietkami otwarta teoretycznie od 6:30, ale średnio co drugi dzień piszą że bagietki są w Spar-ze i żeby tam iść. A Spar od ósmej, w dniu wyjazdu zrobił się problem ze śniadaniem.
  • Jadąc do Paryża nadłożyliśmy ze 200 km żeby zobaczyć muzeum czołgów w Saumur. Mocna rzecz, zdaje się jedno z najlepszych w Europie.
  • We Francji zjeść coś na mieście w czasie jak przeciętny turysta robi się głodny (czyli wczesnym popołudniem) jest prawie niemożliwe. Trzeba o tym pamiętać.
  • W Paryżu mieszkaliśmy na na Montparnasse, na piętnastym piętrze budynku z roku 1970. Z okna piękny widok na wieżę Eiffla, w komplecie miejsce na samochód w garażu podziemnym. Mieszkanko było cokolwiek małe jak na trzy osoby, ale nie po to jedzie się do Paryża żeby siedzieć w domu. I specjalnie drogo nie było. Rozwiązania użyte w tym budynku dały mi sporo do myślenia w temacie czasów Cybersyna i postaram się dojść do kontynuowania tematu. A żeby znaleźć to lokum musiałem szukać na stronach po francusku. Nie parlam, ale wujek google pomógł. Zdjęcie poniżej zrobione krótką ogniskową, w rzeczywistości wieżę było widać znacznie lepiej.
Paryż,widok z okna

Paryż,widok z okna

  • We Francji chronią wizerunki niektórych budynków - nie wolno tak sobie po prostu wrzucić ich zdjęć w sieć. Dotyczy to nowych budynków, wieża Eiffla się nie łapie, ale oświetlenie jej w nocy tak. To jakiś idiotyzm.
  • U mnie we Frankfurcie wciskają, że Frankfurt to jedyne miasto w Europie ze skyline w stylu amerykańskim. To co to jest to, ja się pytam? (Chyba naruszam prawa autorskie jakichś architektów wrzucając to zdjęcie).
Paryż, La Defence

Paryż, La Defence

  • Większość atrakcji turystycznych Paryża - inaczej niż w Londynie - jest skupiona na niezbyt dużym obszarze. Przeanalizowałem temat i żadna z oferowanych kart na komunikacją miejską się nie opłaca. Lepiej kupić dziesiątkę albo dwudziestkę biletów jednorazowych i kasować za każdym razem. Przejazd (w centrum, również z przesiadkami, ale nie na RER) wychodzi wtedy za 1,42 EUR.
  • Muzea są dla dzieci i młodzieży (do lat 25!) z Unii bezpłatne, dla dorosłych może nie najtańsze, ale o wiele tańsze niż w Anglii. Karta Paris Pass nie opłaca się wcale. W ogóle mam wrażenie, że karta <stolica> Pass opłaca się tylko w Londynie i nigdzie indziej. A i to dopiero jak się wysilić. Nawet omijanie kolejki nie jest warte płacenia za tą kartę - najdłuższej, do wieży Eiffla, karta nie omija.
  • Jacy ci ludzie we Francji są szczupli! Nie jestem gruby, w Niemczech wyraźnie poniżej średniej, tam czułem się powyżej średniej. Widziani ludzie o wysokim BMI mówili najczęściej w językach innych niż francuski, a ci o najwyższym po polsku.
  • Bagietka na śniadanie jest dobra, ale trochę duża. W związku z tym trudno się skaluje i na śniadanie je się najczęściej za dużo. Jak ci Francuzi mimo to są tacy szczupli?
  • Francuska telewizja jest co najmniej równie zła jak polska. Najciekawszym programem jaki widziałem było parę odcinków starego Space 1999. I to chyba o czymś świadczy.
  • Przy wszystkich kolejkach kręcą się sprzedawcy oferujący selfie-sticki. Nie rozumiem tego zjawiska. Chyba jestem Obcy.
  • Jak zwykle poznajemy również życie codzienne z perspektywy oferty supermarketów. W Auchan zauważyliśmy ogórki kiszone. Nazywały się "ogórki polskie" (w wersji kiszone i konserwowe) i leżały na półce "produkty koszerne".
  • Mieliśmy zamiar pójść do muzeum Pasteura, ale się okazało że w sierpniu nieczynne. Na stronie w sieci tego nie znalazłem i obeszliśmy się ze smakiem. Na stronach muzeum Curie dało się to znaleźć i udało nam się je zaliczyć ostatniego dnia lipca. Jakbyśmy wiedzieli, poszlibyśmy jeszcze tego samego dnia i do Pasteura. Francja - dezinformancja, nie tylko w tym miejscu.
  • Słynne francuskie naleśniki takie sobie są, żona robi lepsze. Ale spróbowałem naleśnika polanego stopionym masłem, skropionego sokiem z cytryny i posypanego cukrem i ta kombinacja niezła jest, będę stosował w domu.
  • Paryż miał być brudny, zakorkowany i miały być duże problemy z parkowaniem, ale było generalnie czysto, korki mniejsze niż jestem przyzwyczajony a problemy z parkowaniem przeciętne. Może dlatego że wakacje. A może to po prostu mity.
  • Metro w nowszych standardach niż londyńskie, prawie kolejowych. Pociągi różnych typów, najczęstszy jest interesujący, bo występuje w dwóch wersjach: Jedna z klasycznym podwoziem pociągowym ze stalowymi kołami, druga - ta która wyjeżdża na estakady między budynkami. - ma ogumione koła pneumatyczne, jak autobus, i jeździ po stalowych płaskownikach między którymi jest tor w stylu kolejowym.
Model wagonika metra paryskiego z kołami ogumionymi

Model wagonika metra paryskiego z kołami ogumionymi

  • Dokładnie przed Luwrem padł mi aparat. Pokazał że nie może wysunąć obiektywu, tak jakby nie zdjąć pokrywki. Obiektyw się trochę wysuwał i nieco mniej cofał. Rok temu, w Londynie, raz mi się coś takiego zdarzyło, ale zaraz przeszło. Teraz tak mu zostało, wygląda na problem stykowy, w sieci znalazłem co trzeba odkręcić i którą wtyczką poprawić. Ale aparat nie ma jeszcze dwóch lat i jest na gwarancji - więc spróbuję oddać do naprawy. Tyle że resztę urlopu musieliśmy obskoczyć kompaktem syna.
  • Trochę ciekawych rzeczy widzieliśmy, więc notki z cyklu "Warto zobaczyć" powinny nastąpić. Jak znajdę chwilę czasu.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (3)

Bo wiewiórki są zapominalskie

Ten tekst zna chyba każdy: Wiewiórki mają zakopywać nasiona w różnych miejscach, a potem zapominać o nich. Nie tylko w Polsce tak twierdzą, zapominanie o zapasach jest też wspomniane w wiki niemieckiej.  Przyjmowałem to dotąd na wiarę, ale niedawno zdarzyło się coś, co dało mi do myślenia.

Mieszkamy na parterze, mamy dość niski balkon, a na nim skrzynki na kwiaty. Kilka tygodni temu żona zauważyła, że na balkon przyszła wiewiórka i zaczęła kopać w skrzynce (kwiatów w niej jeszcze nie było, tylko zeszłoroczna ziemia). Wiewiórka coś wygrzebała i zabrała ze sobą. Zastanawialiśmy się co to mogło być, ale nic nie wymyśliliśmy.

Ostatnio zabrałem się za sadzenie nowych kwiatów. Wymieniłem przy tym ziemię, i znalazłem coś takiego:

Orzech zakopany przez wiewiórkę

Orzech zakopany przez wiewiórkę

To orzech włoski, już zaczął kiełkować. Musiała zakopać go wiewiórka jesienią. No i moja interpretacja nijak nie pasuje do zapominalskości wiewiórek.

Bo według mnie, wiewiórka musiała doskonale pamiętać gdzie orzechy zakopała - w końcu trafiła na to miejsce wiosną. I co więcej - musiała również doskonale pamiętać ile ich zakopała - gdyby nie pamiętała, przekopałaby całą skrzynkę i znalazła wszystkie. No chyba że przyjmiemy że pamiętała przez kilka miesięcy, a po zabraniu przedostatniego orzecha uległa nagłemu atakowi amnezji.

Według mnie to ona specjalnie nie wykopała wszystkich orzechów - z ewolucyjnego punktu widzenia taka strategia powinna w dłuższym terminie dawać istotne korzyści.

Czyli wiewiórki wcale nie są zapominalskie.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (1)

Viva Polonia

Wpadła mi ostatnio w ręce książka Steffena Möllera "Viva Polonia". Znaczy tak dokładnie, to zobaczyłem ją na Bücherflohmarkcie w bibliotece.

Steffen Möller - Viva Polonia

Steffen Möller - Viva Polonia

Jakby ktoś nie wiedział o co i kogo chodzi: Steffen Möller jest "najbardziej znanym niemieckim Gastarbeiterem w Polsce". Grał w serialu "M jak miłość", występował w telewizji w "Europa da się lubić" i występuje jako standupowiec. Ja widziałem go tylko raz czy drugi w "Europa da się lubić" i z kilka razy w telewizji niemieckiej, gdzie między innymi promował swoja książkę - właśnie tą, którą teraz kupiłem.

A kupiłem ją dlatego, że zauważyłem symetrię naszych sytuacji: Steffen Möller jest Niemcem, który wyemigrował do Polski, ja Polakiem, który wyemigrował do Niemiec. On napisał książkę po niemiecku mającą wyjaśniać Polskę Niemcom, ja mam bloga, na którym próbuję wyjaśniać Niemcy Polakom. Więc na pewno warto przeczytać, jak to robią inni. W dodatku ja też próbuję wyjaśniać Niemcom Polskę na moim blogu po niemiecku - więc tym bardziej warto.

Książka została wydana już dobre parę lat temu - moje wydanie już poprawione jest z roku 2009. Pamiętam że w ramach promocji autor zrobił tournee po różnych kanałach telewizji w Niemczech, kilka jego anegdot wyjętych z książki sobie przypominam. Pamiętam też jak trollował Stefana Raaba w jego programie  - Raab był do niego nastawiony bardzo sceptycznie, zwłaszcza że Möller w książce trochę się przejechał po jego antypolskich dowcipach, a w trakcie programu na żywo Möller stwierdził że on z tym serialem ma w Polsce 15% oglądalności i zapytał Raaba ile on ma z tym tutaj. Raab wykręcał się od odpowiedzi, ale i tak wszyscy widzowie byli świadomi, że do 15% to mu baaardzo dużo brakuje.

Wróćmy do książki. Tak w skrócie to wszystko w porządku. Obserwacje autora są generalnie całkiem poprawne, czasem nawet nie całkiem banalne. Na przykład Möller w książce napisanej przed 2010 zwraca uwagę na zamiłowanie Polaków do teorii spiskowych. Ja w tym czasie nie sformułowałbym takiej tezy. Podobnie nie zwróciłem dotąd uwagi na przesądność Polaków - jednak spojrzenie z zewnątrz daje trochę inną perspektywę.

Autor zawodzi jednak całkowicie gdy chodzi o ocenę polskiej religijności. I to raczej nie chodzi o to, że słabo zna religijność Polaków - do czego zresztą się przyznaje. O jednak próbuje porównywać religijność polska z niemiecką - i tu wychodzi że on przede wszystkim bardzo słabo zna kościół niemiecki, zwłaszcza katolicki (co mnie bardzo dziwi - Möller studiował teologię!). No i jego te porównania są totalnie chybione.

I w ogóle mam niejakie wątpliwości co do jego znajomości Niemiec. On twierdzi, że w Niemczech mało kto wie cokolwiek o Polsce - my tu jak rozmawiamy z Niemcami to najmniej co drugi ma w bliższej lub dalszej rodzinie kogoś pochodzącego z Polski albo przynajmniej z terenów które teraz do Polski należą. Albo chociaż kiedyś w Polsce był. Nie twierdzę, że szczególnie dużo o Polsce wiedzą, ale tak mało jak on pisze to na pewno nie. Nie wiem, może jego rodzimy Wuppertal to rzeczywiście aż taka dziura, ale przecież to niedaleko Zagłębia Ruhry, gdzie potomków górników polskiego pochodzenia i bardziej bieżących imigrantów z Polski jest masa.

W blurbie zachwalają cytatami z recenzji, jaka ta książka dowcipnie napisana, ale jak dla mnie to w miarę przeciętnie. Może to też jedna z różnic między Polakami a Niemcami - Möller twierdzi (raczej słusznie) że Polacy żartują i ironizują przez cały dzień, a Niemcy tylko wieczorem. Dla Niemca taka porcja żartów i ironii w książce to dużo, dla mnie co najwyżej średnio.

Wydaje mi się, że mój blog bardzo różni się od jego książki, i to nie tylko zdjęciami. Jesteśmy bardzo różnymi ludźmi - ja jestem inżynierem i dla mnie najważniejsze jest to, jak zorganizowane jest społeczeństwo i jak ono działa. Dla niego najistotniejsze są indywidualne relacje międzyludzkie. Stąd na moim blogu o Polsce piszę często o tym samym co on, ale w zupełnie inny sposób.

Czy warto przeczytać jego książkę? Niemcom bym polecał, Polakom raczej nie. Polak, w którego zasięgu jest przeczytanie książki po niemiecku nie dowie się z niej za wiele. Jak widzę w sieci, książka ta była wydana również po polsku - sam nie wiem, czy bym polecił, Jeżeli, to tylko ludziom nie bywałym za granicą. Zajrzałem na stronę autora - on się cokolwiek dziwi, że wersja niemiecka tej książki sprzedała się o wiele lepiej niż polska. Ale co w tym właściwie dziwnego? Drewna w lesie nie sprzedasz. Ja jednak nie żałuję że ją przeczytałem - dzięki niej upewniłem się po raz kolejny że obaj jesteśmy na swoich, właściwych miejscach - Möller w Polsce, ja w Niemczech. Czego i Wam, drodzy czytelnicy, życzę.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki

Skomentuj

Strona 1 z 912345...Koniec