Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Ale Meksyk tutaj jest

Ostatnio mam mnóstwo zajęć i nie dochodzę do pisania notek, a tyle miałbym do opowiedzenia. Ale spróbuję, może się uda dociągnąć notkę do końca w rozsądnym czasie. Dziś o podróży do Meksyku, zanim wszystko zapomnę.

W notce pisanej on location twierdziłem, że Meksyk jest jak Polska około 1995. Niedawno chciałem coś na temat Meksyku sprawdzić w Wikipedii i zauważyłem podany tam dochód narodowy brutto na mieszkańca. Poszedłem tym tropem i porównałem go z tym samym parametrem dla Polski. Teraz Polska leży oczywiście znacznie wyżej, ale z danych historycznych wyszło mi, że tyle co ma Meksyk teraz było właśnie gdzieś około połowy lat dziewięćdziesiątych. Jakie to proste.

Zacznijmy od podróży:

  • Na lotnisku we Frankfurcie przy kontroli zapomniałem zdjąć zegarka (mocno metalowego). Zapoznałem się dzięki temu z takim dużym, cylindrycznym skanerem na człowieka. Działa - na ekranie pojawiła się moja sylwetka z zaznaczonym lewym nadgarstkiem.
  • Do Mexico City leciałem Lufthansą, 747-800. Miałem miejsce przy oknie, ale w zasadzie nie było potrzebne - na monitorku można było wybrać sobie obraz z kamery z przodu samolotu (sensowne tylko przy kołowaniu) albo widok w dół. Mała rzecz, a cieszy.
Cień samolotu

Cień samolotu

  • Z Mexico City do Guadalajary leciałem linią Aeromexico - całkiem normalny lot, nic do opowiadania.
Mexico City by night

Mexico City by night

  • Kontrole w Meksyku były najdokładniejsze - elektronikę kazali układać w jednej warstwie i sprawdzali o wiele bardziej niż gdzie indziej. Za to w USA kazali wszystko z kieszeni włożyć do plecaka i luzacko skanowali wszystko na raz na kupie.
  • W Meksyku ze względu na mafie taksówkarskie, na lotnisku można kupić bilety na taksówkę. Mówi się dokąd, płaci w kasie, dostaje bilet, daje się go taksówkarzowi i nie zostaje się orżniętym. Tyle że mi szefostwo zorganizowało jakiegoś pracownika który po mnie przyjechał, a po przywiezieniu do hotelu powiedział że zwyczajowo się takiemu płaci, tyle a tyle. Może nie było specjalnie drogo, z grubsza tyle co za Ubera, tyle że bez rachunku. To już bym wolał ten bilet na taksówkę.
  • Powrót miałem United przez Houston. Straszne sknery na tym krótkim locie - przy każdym ekraniku był czytnik do kart płatniczych, nawet żeby oglądać mapę trzeba było zapłacić. Przy check-inie online do wyboru pokazywały się tylko miejsca za dopłatą. Dałem spokój z online i dobrze zrobiłem - dostałem bez dopłaty miejsce przy oknie, po stronie odsłonecznej.
Meksyk z góry

Meksyk z góry

  • Przy pasie w Guadalajarze stoją stare, złomowane samoloty. Ale na muzeum techniki jeszcze za mało.
Złom na lotnisku w Guadalajarze

Złom na lotnisku w Guadalajarze

  • W Houston zarezerwowali mi połączenie z czasem przesiadki około 2 godzin. No to było knapp - odstałem te krótsze kolejki, nie musiałem pobierać i zdawać bagażu, a dotarłem do gejta na dziesięć minut przed boardingiem. Nawet nie zdążyłem zajrzeć do kiosku z gazetami. Na drugi raz - jeżeli będzie drugi raz, bo aż tak się do tego nie palę - muszą dać więcej czasu. Może nawet tyle, żeby zdążyć jeszcze zobaczyć rakiety? Tym by mnie mogli przekonać do powtórzenia akcji.
  • Z Houston do Frankfurtu leciałem też United, Dreamlinerem. Taki był niby ładny, amerykański, ale kamer do wyglądania na zewnątrz nie miał. Okienka nie były zasłaniane mechaniczną zasłonką, tylko przyciemniane elektrycznie i problem jest taki, że rano nikomu się nie chce przełączyć na przezroczysto (bo i bez tego coś tam widać) i ze środkowego rzędu nawet nie da się powiedzieć czy już jest dzień, czy jeszcze nie. To już lepsze były te zasuwki. I jeszcze: przy każdym siedzeniu są gniazdka USB i 110V w standardzie amerykańskim, ale tak umieszczone, że żeby trafić w gniazdko wtyczką sieciową to chyba trzeba by się położyć na podłodze, bo inaczej nie widać gdzie wkładać i trafia się w te gniazda USB. Po prostu katastrofalne.

Teraz trochę wrażeń z Meksyku:

  • Toalety to oni mają w systemie amerykańskim. Widziałem kiedyś kawałek lets-playa z Simsami i dziwiło mnie, dlaczego tam co chwilę ktoś wyciera podłogę w łazience. Teraz już wiem dlaczego - te muszle się po prostu zapychają. Tam w Meksyku koło każdej muszli stoi wiadro, do którego wrzuca się zużyty papier toaletowy, żeby się muszla nie zapychała. Nawet w firmie tak jest, tyle że w firmie mają automatyczne spłukiwanie minimalną ilością wody.
Meksykańska toaleta

Meksykańska toaleta

  • Również w firmie krany w umywalkach nie leją wody jak europejskie, tylko rozpylają ją w delikatną mgiełkę. Z drugiej strony trudno się dziwić - bardzo sucho tam jest, wodę trzeba oszczędzać.
  • Liczniki prądu są ogólnodostępne, na zewnątrz posesji. Podobno to dlatego, że przy problemach z płatnością po prostu wymontowuje się licznik bez konieczności wchodzenia na teren prywatny.
Licznik energii na ulicy

Licznik energii na ulicy

  • Chodząc po mieście zobaczyłem jak układają tam instalację wodną: Mieli wyskrobaną w ziemi bruzdę, głęboką na jakieś pięć centymetrów, układali w niej rurkę miedzianą i przysypywali ziemią. U nas by nie działało, u nas bywa jeszcze mróz. W podobnie uproszczony (w porównaniu z europejskim) sposób układali drogę.
  • Główne ulice zorganizowane są tak, że na środku są po dwa pasy w każdą stronę, dalej po obu stronach oddzielenie i znowu po dwa pasy. Skręcanie w boczne ulice działa z tych zewnętrznych, przejazdy między pasami zewnętrznymi i wewnętrznymi tylko co pewien czas. Oznakowanie poziome jest daleko nie wszędzie. Wszyscy ciągle skaczą między pasami wewnętrznymi a zewnętrznymi, co jeszcze powiększa wrażenie chaosu w ruchu drogowym.
  • Na skrzyżowaniach światła dla samochodów umieszczone są za skrzyżowaniem, a świateł dla pieszych nie ma wcale, trzeba się orientować na światła dla samochodów. Ale w ogóle ruch pieszy był bardzo mały, jak na miasto na półtora miliona w niezbyt bogatym kraju.
  • W supermarketach mieli różne ciekawe ciastka, ale żadnych torebek czy czegoś takiego, a zapytać nie umiałem bo nie hablam wcale. Dopiero w firmie mi wyjaśnili, że gdzieś tam muszą leżeć metalowe tace i szczypce, bierzesz taki set, kładziesz na tacy ciastka i idziesz z tym do pani na stoisku, a ona pakuje do torebek i przyczepia ceny.
  • Na samoobsługowym stoisku z wędlinami zobaczyłem kiełbaski "Salchichas estilo Polaco" no i musiałem spróbować. Były to parówki, nawet nie najgorsze, zrobione w USA, co wiele wyjaśnia.
  • Koledzy zachwalali meksykańskie kakao, ale nie takie w proszku. Sprzedają oni takie duże "pastylki" kakao z cukrem, jedną pastylkę rozpuszcza się w litrze gorącego mleka. Kupiłem parę wariantów, synowi bardzo smakowało (oprócz tych słodzonych stewią, w ogóle sporo używają tam stewii)
  • Chciałem spróbować zjeść coś małego, meksykańskiego po drodze, w jakimś centrum handlowym. Ze trzydzieści stoisk, ale głównie nie miejscowe - sandwicze, słodkie, pizza, chińskie... Za czwartym obejściem zdecydowałem się na coś takosowego (głównie dlatego że były zdjęcia i mogłem pokazać palcem). Oczywiście nie mówili po angielsku, ja na wszystkie pytania "czy dodać..." odpowiadałem "si". Problem powstał przy napoju. Pokazali cztery słoje, zawartość trzech nie przypominała niczego, a w czwartym pływały plasterki świeżego ogórka. Wybrałem więc czwarty, a na pytanie "czy dodać..." odpowiedziałem "no". Napój okazał się wodą o smaku ogórkowym, a to czego nie chciałem to prawdopodobnie była sól. A na stolikach soli nie było. Tak to jest jak się miejscowego języka nie umie, a miejscowi nie umieją we wspólnym.
  • W centrum handlowym był sklep zoologiczny i trochę mnie zaszokowało że w klatkach mieli psy, również szczeniaki. No mać, taki szczeniak potrzymany przez kilka tygodni w ciasnej klatce musi mieć potem problemy z socjalizacją!
Szczeniaki w sklepie zoologicznym

Szczeniaki w sklepie zoologicznym

  • Większość ich słodyczy to cukier z cukrem posypany cukrem i obtoczony w cukrze (próbowałem już wcześniej, bo co chwilę ktoś przywoził), ale mają też ciekawsze rzeczy, w rodzaju suszonego przecieru z miąższu jakichś owoców, przyprawionego chili. To jest niezłe, ale bardzo intensywne. Zaleta jest taka, że nie da się tym obżerać, to można jeść tylko powoli i nie za dużo.
  • Meksykańska czekolada jest nieco inna niż europejska. Nie znam różnic technologicznych, ale jest inna.
  • Hotel był naprawdę dobry (sieci Riu) tylko, cholera, oni mają taki system pościeli jak we Francji. Znaczy dwa prześcieradła i koc. Prześcieradła miały brzegi włożone artystycznie i głęboko pod materac, a koce leżały w szafie zapakowane do pojemnika. Żeby ułożyć sobie to wszystko w sposób nadający się do spania trzeba się było cokolwiek narobić, a następnego dnia pokojówka układała wszystko znowu tak jak na początku i chowała koc do szafy. No szlag by ich trafił, masa nikomu niepotrzebnej roboty dla obu stron.
  • Śniadania hotelowe były rewelacyjne. Kosztowały co prawda kilkanaście euro, ale jedzenie było jakościowe a do wyboru było tyle, i na ciepło, i na zimno, i owoców, i ciast, i napojów, i t.d., że przez ten ponad tydzień nie zdążyłem nawet wszystkiego spróbować. Jedno mi się tylko nie podobało - oni tam w Meksyku używają do niektórych potraw jakiejś takiej przyprawy, która smakuje jak rozpuszczalnik (przynajmniej ja ją tak odbieram) i musiałem ostrożnie próbować, najpierw nie za dużo, żeby się nie okazało że tego akurat nie jestem w stanie jeść. Tak się obżerałem na śniadanie, że nie miałem ochoty nie tylko na obiad, ale często nawet na kolację.
  • Telewizja meksykańska beznadziejna totalnie, powiedziałbym że nawet gorsza niż w Polsce a.d. 1995. Oglądałem głównie US-amerykańskie kanały informacyjne, ale oni też przynudzali.
  • Nie ma tam wróbli i wron, ale są podobne, miejscowe zamienniki. Nawet lepsze, bo nie tak hałaśliwe.
Meksykański zamiennik wróbla

Meksykański zamiennik wróbla

Meksykański zamiennik wrony

Meksykański zamiennik wrony

  • Dzień i noc prawie równo po 12 godzin to nie jest to, strefa umiarkowana rulez.
  • Gringom odradzają jeżdżenie taksówkami, jeździ się Uberem. Kierowcy bywają zaskakujący, raz na przykład jechaliśmy z facetem w garniturze i słuchającym muzyki klasycznej. Najczęstsze skojarzenie z Niemcami które obserwowaliśmy u Uberowców to Allemania - Rammstein! Serio, paru takich sam widziałem, a wszyscy opowiadali że z takimi się zetknęli nie raz. To jest dopiero rozpoznawalność marki. W samochodzie jednego z tamtejszych programistów, który raz odwoził mnie do hotelu leciał Blind Guardian, a on sam twierdził że akurat wszystkie jego ulubione zespoły są niemieckie.
  • Raz wracaliśmy Uberem z firmy z kolegą mówiącym nie najgorzej po hiszpańsku, jedynym który lubi tam w Meksyku siedzieć (bo jest młodym, przystojnym singlem, mieszka tam w najlepszym hotelu i wyrywa najlepsze dziewczyny). Kierowcy tak się dobrze z nim rozmawiało, że nadłożył kilka kilometrów (w Uberze nie zmienia to opłaty za przejazd). Temu Niemcy kojarzyły się (oprócz piłkarzy) z Hitlerem, ale wbrew pozorom było to u niego skojarzenie pozytywne. Rozmowa potoczyła się w dziwnym kierunku (mimo że nie hablam, rozumiałem mniej więcej o czym mowa). Wysiedliśmy zdegustowani.
  • W mieście na półtora miliona nie znalazłem ani jednego sklepu z pamiątkami. No ale może to dlatego, że w tym wielkim mieście w ogóle niewiele do zobaczenia jest, tylko katedra, zabytków tyle co kot napłakał, a muzea całe trzy mniej więcej, z czego żadne po opisie mnie nie zachęciło.
Katedra w Guadalajarze

Katedra w Guadalajarze

  • Za to na lotnisku, w strefie wolnocłowej tyle sklepów z pamiątkami i wyrobami regionalnymi, ile jeszcze w takim miejscu nie widziałem. Kupiłem pocztówki i chciałem wysłać, ale się okazało że tam się nie da kupić znaczka pocztowego. Pytałem w wielu sklepikach, ale wszyscy mówili że nie ma (o ile w ogóle znali jakieś słowa po angielsku, a przecież w takim miejscu to by się jednak przydało). Pocztówki musiałem wysłać z Niemiec.
  • Z ciekawostek: w Guadalajarze w 1992 pewnego dnia przez sześć godzin wybuchała kanalizacja. Rzędu 500 ofiar śmiertelnych (dane bardzo różne, zależy gdzie przeczytać), 8 kilometrów ulic zniszczone, 15.000 ludzi straciło dach nad głową. Więcej TUTAJ (jest też po polsku, ale słabo przetłumaczone)

Podsumowanie: Ciekawe doświadczenie, raz można było polecieć, ale na powtórkę nie jestem bardzo chętny. Jeden z kolegów, skoro już tam był, to zrobił sobie dwutygodniowe wczasy (z rodziną), objechał dużą część Meksyku, pokazywał zdjęcia, ale też mnie aż tak bardzo nie zachęciły.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Ciekawostki, Warto zobaczyć

Komentarze: (12)

Meksyk czyli podroż w przeszłość. Tak ze dwadzieścia lat wstecz

Notkę piszę z Meksyku, bo pracodawca mnie wysłał. To znaczy przez dłuższy czas odmawiałem, ale niedawno rzuciłem że jak dobrze zapłacą to możemy porozmawiać żeby tak na jakiś tydzień. No i po dwóch dniach przyszło szefostwo i zaproponowało że zapłacą za każda godzinę od wejścia do samolotu we Frankfurcie do wyjścia po powrocie do Frankfurtu stawkę projektową plus diety, plus najlepszy, pięciogwiazdkowy hotel w mieście docelowym. No za ponad czterokrotną stawkę na rękę to właściwie czemu nie? (była środa) Tak? To pakuj się, w następną sobotę lecisz.

No tylko jest mały problem. Paszport w kieszeni mam tylko polski, przesiadka w USA nie wchodzi w rachubę, nawet z lotem nad USA mogą być problemy. Jest jeszcze tylko jedna szansa: Obywatelstwo niemieckie dostałem już w połowie grudnia (może kiedyś dojdę do napisania notki o szczegółach), tyle że nie zdążyłem jeszcze złożyć wniosku o paszport. Ale jest tryb ekspresowy, 3 dni robocze, za dodatkowe około 30 euro.

No i tą metodą mam już w kieszeni paszport niemiecki, za który zapłaci pracodawca, super sprawa. Ale wróćmy do Meksyku.

Przyleciałem z soboty na niedziele, i w niedziele, dla walki z jetlagiem (i oczywiście również z wrodzonej ciekawości) wybrałem się na naprawdę długą wycieczkę pieszą po mieście. Poczytałem wcześniej w sieci na temat bezpieczeństwa, no i bywalcy twierdzili że nie jest źle, lepiej niż w podobnej wielkości miastach w USA. Byle nie epatować bogactwem i nie szukać guza. No i wycieczki zrobiło mi się dobre 25 kilometrów, krokomierz naliczył ponad 33.ooo kroków. I im dłużej włóczyłem się po mieście (dużym - to Guadalajara, drugie w tym kraju) tym bardziej wszystko wydawało mi się znajome. Takie dejavu. Ja to wszystko już widziałem, tylko marki samochodów były inne i ludzie mniej opaleni. Następnego dnia zbetryzowani do szpiku kości Bawarczycy od klienta na trzy litery pierwsza B byli przerażeni, no ale betryzacja robi swoje. Nie jestem straceńcem, ja też nie pójdę wszędzie, nie ma co przesadzać, trafiłem na przykład na slums, ale nie pchałem się przez środek. Jakieś zdjęcia wrzucę jak wrócę, tu nie mam narzędzi. Przy okazji: Sorry za ewentualne problemy z polskimi literami - ta akcja była taka szybka że nie zdążyłem zainstalować mojego drivera do polskich znaków na klawiaturze niemieckiej.

A skąd dejavu? Dokładnie tak jak ten Meksyk wyglądała Polska około 1995, przed wstąpieniem do Unii. I tak:

  • Ulice i chodniki tak samo dziurawe
  • Ruch uliczny tak samo mało cywilizowany
  • Śmieci i ogólna bylejakość na każdym kroku
  • sporo budynków porzuconych w trakcie budowy
  • ogólne olewanie przepisów i zasad
  • w co drugim domku jakiś biznesik, wyglądający na bardzo wąsato-szemrany
  • grodzone osiedla (chociaż grodzenia domków drutem kolczastym jakoś z Polski nie pamiętam)
  • mafie taksówkowe
  • mnóstwo oszustów i naciągaczy
  • nachalne bandy wyciągające pieniądze za mycie szyb na skrzyżowaniach
  • lokaliki i stoiska z jedzeniem w których zdecydowanie bym nie zjadł z przyczyn higienicznych
  • ludzie na ulicach smutni i skwaszeni
  • EDIT: sklepy wielobranżowe "mydło i powidło", od słodyczy, przez ubrania, jakieś pralki (w rodzaju Frani tylko większe), telefony, komputery do skuterów, i to wszystko na 100-200 metrów kwadrat
  • itd. itd.

Czytelnikom nie pamiętającym tamtych czasów, czy to ze względu na wiek, czy na amnezję, chciałbym krótko przypomnieć, dlaczego Polska wygląda dziś jednak trochę lepiej niż Meksyk: Jedyną przyczyną tego było wstąpienie do Unii. To tylko dzięki kasie z Unii oraz przyjęciu unijnego ustawodawstwa wiele rzeczy się zmieniło.  Bez kasy i nacisku na pewne zasady i wartości kraj szybko wróci do stanu meksykańskiego. Co polecam rozwadze.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (10)

Twit programmers of the year (3)

Dziś kolejne doniesienia z frontu walki z programistycznymi twitami, bo na nic innego chwilowo nie mam czasu.

Projekt w którym dotąd robiłem ma od dłuższego czasu dwa projekty pochodne dla dwóch innych modeli samochodów. Jeden z tych dwóch ma dwa warianty - z HUDem i bez. No ale to wszystko jest na tej samej bazie sprzętowej i ma robić z grubsza to samo, różnice są głównie w wyświetlaczu, rozłożeniu LEDów i zegarkach pokazujących niekoniecznie to samo. Tylko wziąć ten wcześniejszy projekt i trochę dopasować. No i prawdziwy twit manager of the year potrafi spieprzyć nawet coś takiego - każda z tych wersji jest wyraźnie inna, te same moduły są w różnych wersjach, albo są wręcz zupełnie inne, nawet mnóstwo nazw tych samych obiektów się nie zgadza. Nikt tego po prostu nie pilnuje. Największy problem jest z jednym z zasadniczych modułów, już w tym pierwszym projekcie on jako-tako działa tylko dlatego, że kiedyś połowę jego zrobiłem na nowo rysując statechart w Rhapsody i generując kod. Teraz zreimplementowałem go całego również w Rhapsody, narysowałem czyste i klarowne statecharty z dobrze zdefiniowanymi interfejsami, w dwa dni było zrobione, a teraz od półtora tygodnia próbuję to zintegrować z wszystkimi trzema systemami. No i wyłazi na każdym kroku to, co im powtarzam od lat: Tak się nie da pisać programów tej wielkości. Ten system jest zrobiony w AUTOSARze - to taka koncepcja modułowości do C, całkiem nie najgorsza (chociaż w pewnych aspektach nie domyślana do końca). Działa to mniej więcej tak, że każdemu modułowi definiujemy w XML porty z dobrze wyspecyfikowanymi interfejsami, a potem te porty łączymy, też w XML, są do tego narzędzia. Całość klei generowany kawałek kodu. Konsekwentnie użyte dałoby to niezły, modularny system, mimo że w C. Tyle że te twity cały czas idą po linii najmniejszego oporu i przestawiają na AUTOSAR tylko to, co absolutnie niezbędne, a pozostałe połączenia międzymodułowe są nadal robione jak ćwierć wieku temu przez #define funkcja1 funkcja2, potem w innym miejscu jest #define funkcja2 funkcja3 i tak dalej. W rezultacie nie ma żadnej modularności, a system przypomina węzeł gordyjski.

Przy okazji zauważyłem, że te nowe projekty kompilują się dobrze ponad dwa razy dłużej niż ten pierwotny, mimo że są mniejsze. Oczywiście nikt z twitów się nie skarży, ale przy czasie rekompilacji powyżej pół godziny rozsądna praca nie jest możliwa, i jest to jedna z przyczyn dlaczego te projekty są w stanie katastrofalnym. Postawiłem hipotezę roboczą, że gdzieś kluczowy header file inkluduje o wiele za dużo. Sprawdziłem i się okazało, że losowo wybrany plik źródłowy inkluduje pośrednio 55.000 headerów. Tak, dobrze widzicie: słownie pięćdziesiąt pięć tysięcy. Krótka analiza pokazała, że to idzie tak: AUTOSAR ma taki specjalny mechanizm definiowania, do której sekcji linkera dany obiekt ma iść - definiuje się powiązany z tą sekcją symbol preprocesora i includuje plik "MemMap.h" (przed obiektem i po obiekcie, zarówno przy definicji jak i deklaracji). Ten plik includuje wszystkie pliki z konkretnymi definicjami, a jest ich z grubsza tyle, ile modułów. To już robi całą masę includów. Ale teraz każdy z tych plików includuje zawsze ten sam plik z definicjami kompilatora, a przecież wystarczyłoby raz. Wywaliłem te niepotrzebne includy i ilość pośrednich includów w moim losowym pliku źródłowym spadła zaraz o 20.000 a czas rekompilacji spadł o jakieś 10%. Zawsze coś, ale w tym pierwszym projekcie jest dokładnie ten sam problem i to nie jest przyczyna różnicy czasów kompilacji. Na moje oko przyczyną jest to, że większość modułów includuje losowo i bez sensu, w pierwszym projekcie dużo tego wyczyściłem albo kazałem ludziom wyczyścić, a w tych nowych nikt się tym nie zajął, ani nawet nie przeniósł do nich poprawek. Niby drobiazg, ale 15 niepotrzebnych minut na każdą kompilację, przy sporym zespole przekłada się na stratę liczoną w osobodniach na tydzień!

W tym pierwotnym projekcie już dawno temu zauważyłem, że kompilacja idzie bez sensu: kompilowało się równolegle na pięciu corach, tyle że największy plik (wygenerowany przez AUTOSAR), kompilujący się przez 6 minut jest w grupie o nazwie alfabetycznie prawie na samym końcu. W związku z tym na końcu pozostałe cory nie mają nic do roboty, a jeden jeszcze przez 5 minut mieli ten jeden plik. Przesunąłem więc tą grupę na początek i voila - kompilacja skróciła się o prawie 5 minut czyli 30%.

W ogóle problematyka czasu i wygody kompilacji i ich wpływu na produktywność, a nawet sukces projektu jest mocno niedoceniana. Znany jest mi wypadek projektu który padł, bo każda generacja kodu z modelu trwała ponad 30 minut. Poprzednią robotę rzuciłem między innymi dlatego, że klient dla którego robiliśmy wymyślił sobie świetny tooling: Program (w Javie) składał się z sześciu części, i żeby je skompilować trzeba było każdą część kliknąć z osobna, i to nie wszystkie naraz, ale po kolei. Każda część kompilowała się 3-4 minuty, czyli akurat tyle żeby tymczasem się przełączyć i coś porobić. Tyle że jak się potem przełączało do Eclipsa to było zawsze "O k..., znowu nie pamiętam który ostatnio klikałem!".  Focusu już nie było, z konsoli też nie dało się łatwo wywnioskować. Efekt był taki, że klikało się parę razy w to samo, albo coś się pomijało i trzeba było od wszystko od nowa. Rozwiązania typu notować na karteczce, albo cały czas się gapić w tego Eclipsa były tak upierdliwe, że aż poszukałem książki od tego badziewia, ale po paru godzinach prób zrobienia żeby wszystko startowało się automatycznie z Anta dałem spokój. Nie dało się i już. Mój szef, też bardzo dobry w te klocki, nie chciał w to uwierzyć, sam się za to zabrał ale wkrótce też się poddał. Dla zainteresowanych podaję słowo kluczowe, po usłyszeniu którego trzeba szybko uciekać: Buckminster.

 Na zakończenie coś dla zmniejszenia hermetyczności notki. Przykłady twitowego i nietwitowego designu UI w elektronice konsumpcyjnej. Najpierw twitowy:

Budzik z twitowym UI

Budzik z twitowym UI

To jest typowy budzik za kilka euro, różne warianty i odmiany można kupić w każdym sklepie. Każdy ma trochę inne ustawianie czasu budzenia, praktycznie zawsze nieintuicyjne. Podejrzewam, że projektanci tego sprzętu w ogóle go nie używają, albo mają jakieś zaburzenia ze spektrum autystycznego i obudzeni w środku nocy, po ciemku, bez problemu potrafią przypomnieć sobie sekwencję klawiszy konieczną żeby alarm na stałe wyłączyć.

Ten konkretny model jest jeszcze bardziej twitowy, bo piszczy przy każdym przyciśnięciu przycisku. Autor tego rozwiązania jest z całą pewnością samotny, albo mieszka u rodziców i ma swoją, osobną sypialnię, nie dzieloną z nikim. Ale przy tak daleko posuniętym autyzmie to nic dziwnego.

A można inaczej. UI tego budzika jest zrobione genialnie:

Budzik z nietwitowym UI

Budzik z nietwitowym UI

Włączenie i wyłączenie alarmu robi się przy pomocy suwaków z boków. Suwak w górę - alarm włączony, suwak w dół - alarm wyłączony. Czas alarmu ustawia się po po przyciśnięciu jednego z tych większych przycisków po lewej i po prawej. Z wyświetlacza znika wtedy wszystko poza ustawianym czasem i naprawdę nie sposób tego nie umieć, nawet bez instrukcji.

Budzik z nietwitowym UI - ustawianie czasu

Budzik z nietwitowym UI - ustawianie czasu

Suwaki podnoszą oczywiście koszt całości o kilka centów - bo program to żadna różnica, te kilkanaście linii kodu przeliczone na wielkość produkcji to koszt przyzerowy. Za to za taki budzik kasują 25 euro (sugerowana cena producenta), w sieci daje się znaleźć oferty od kilkunastu. W bonusie ma jeszcze różne cuda z podświetleniem wyświetlacza. Można? Można!

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki, Pomyślmy

Komentarze: (7)

Twit Programmers of the Year (2)

Poprzednia notka spotkała się z żywym odzewem czytelników, więc ponieważ ostatnio temat bardzo mnie zajmuje - zarówno w pracy jak i prywatnie - to może następna.

W pracy ostatnio miałem satysfakcję z gatunku Schadenfreude - od dobrych dwóch lat marudzę przy każdej okazji szefowi działu że tak jak robią to nic z tego nie będzie i trzeba coś zmienić (lista propozycji w załączeniu). Oczywiście, jak to w korpo, nic się nie zmienia. Projekt w którym jestem udało mi się doprowadzić do jako-tako szczęśliwego końca w zasadzie tylko w taki sposób, że co poważniejsze problemy popoprawiałem na własną rękę albo powymuszałem różne rzeczy tworząc fakty dokonane. Ale równolegle idzie projekt pochodny, do innego wariantu, w zasadzie tylko przejąć ten "mój" i trochę pozmieniać. Tego nowego projektu dotąd nawet nie dotknąłem i jest on w stanie tragicznym. No i w czwartek szefu był u klienta na zebraniu kryzysowym, pojawił się tam szef działu testowania (zresztą o polskim nazwisku), stwierdził że jakość tego softu jest katastrofalna (co i ja ciągle szefowi mówię) i zaczął zadawać pytania w stylu "a czy macie development patterny?", "a czy macie continous integration?", "a czy macie automatyczne testy?" - i wszystkie te pytania pokrywały się dokładnie z tym, o czym marudzę. No i już w piątek było "Powiedz nam, co mamy robić żeby ten projekt się nie zawalił?".

Jak źle jest? SOP jest na marzec, to jest do tańszego modelu więc od samego początku ilości będą rzędu 5000 tygodniowo, a na dzień dzisiejszy kompilator daje aż 25.000 warningów. Szybko przejrzałem listę i zauważyłem, że większość z nich musi być z bardzo niewielu miejsc - pół godziny szukania, znalazłem że w dwóch miejscach ktoś zainkludował headery wewnątrz funkcji. Po usunięciu ich, ilość warningów spadła do poniżej 10.000. Rzecz graniczy z sabotażem. Funkcjonalnie to nawet nie przejęli sporej części rzeczy, które od dawna działają u nas. Jedną dość kluczowy moduł infrastrukturalny który opracowałem, zamiast go po prostu przejąć zrobili "lepiej". Poświęcili na to masę czasu, zawracali mi dupę mnóstwo razy, ale oczywiście nie zintegrowali najpierw mojej wersji, tylko od razu zabrali się za poprawianie, czym opóźnili o miesiące włączenie mechanizmów ochrony pamięci - które przecież pozwalają znaleźć sporo błędów. Na koniec jeszcze nie wszystko działa, a nie mają z tego wszystkiego żadnych zalet poza tą abstrakcyjną "lepszością". Za to będzie teraz źle, bo rozwiązania tego samego w obu projektach są różne (a na przykład cały generator kodu jest wspólny, oni poprawiają moje zmiany za każdym razem). Przy pierwszym problemie każę im to wywalić do kosza i wrócić do mojego. Tragedia po prostu, znowu trzeba będzie ratować im dupy, za każdym razem z coraz głębszego szamba.

No dobrze, ale bywa jeszcze gorzej. Wróćmy do naszych ulubionych Twit Programmers z consumer electronics.

Mam w domu zegar ścienny z DCF, produkcji znanej firmy Citizen. Trochę lat już ma. Taki zegar synchronizuje się z nadajnikiem DCF-77 (tu niedaleko, koło Aschaffenburga) w południe i o północy, jeżeli wychodzi mu że się spóźnia to nie ma sprawy - wskazówki pojadą trochę do przodu. Gorzej jest, jak się spieszy - taki zegar do tyłu się nie pokręci. Ja bym zrobił tak, że zegar powinien trochę poczekać aż upływ czasu dogoni czas wskazywany, a potem niech chodzi dalej, w końcu o ile może się pospieszyć przez 12 godzin. Tymczasem tutaj jakiś twit programmer wymyślił, że zegar pokręci się niecałe 24 godziny do przodu. Ponieważ to stara konstrukcja i wszystkie wskazówki są posprzęgane na stałe, to sekundnik musi się w tym celu obrócić 12*60=720 razy dookoła, a trwa to prawie 20 minut. Oczywiście spać się w tym pokoju nie da, jak zegar o północy przez 20 minut warczy. A teraz najlepsze: Zegar przy czasie letnim ZAWSZE stwierdza, że się spieszy - ten twit nie uwzględnił przy porównaniu flagi DST.

Teraz honourable mention dla elektroników którzy projektowali mojego notebooka marki Acer. To jest 18'' desktop replacement i ma dwie karty graficzne. Jedna (Intel) jest wolna, ale bierze mało prądu, druga (ATI Radeon HD4670) odwrotnie. Tyle że jakiś twit wymyślił, że ta szybka będzie niestandardowa i będzie wymagała specjalnego drivera. Notebook był zaprojektowany do Windowsów Vista, ja kupiłem go z Windows 7 i na początku ta szybka karta jeszcze działała. Potem, po jakiejś aktualizacji systemu przestała, w Windows 10 też nie działa. Aktualizacji drivera już nie ma i nie będzie, szlag by ich trafił. Pod Linuxem też nie chodzi, bo tam specjalnego drivera też nie ma.

Problem jest taki, że załamany twitami piszącymi soft na Androida wymyśliłem, że sam sobie napiszę rzeczy które potrzebuję. Zainstalowałem Eclipse z developmentem do Androida, on ma emulację urządzenia z Androidem. Tyle że na moim notebooku ta emulacja startuje się 11 minut. Popatrzyłem co się da zrobić i radykalne przyspieszenie dałoby włączenie hardwarowej wirtualizacji, ale do tego potrzebne jest Intel Virtualisation Technology w procesorze, a w moim tego nie ma. Następna możliwość to włączenie opcji użycia hardware karty graficznej, a tutaj ta szybka nie działa, a do wolnej nie ma już aktualnych driverów. No to może Linux? Partycję z Linuxem miałem, zainstalowałem tam takiego samego Eclipsa, Linux ma driver do tej karty od Intela i emulacja startuje w minut pięć. No to może nie ideał, ale zawsze znacznie lepiej. Na razie zorganizuję sobie to wszystko, a jak dojdę do poważnej roboty to kupię nowego notebooka.

Tak więc przeszedłem na Linuxa na notebooku. Poinstalowałem na moim serwerze Linuxowym trochę serwerowych narzędzi żeby robić development porządnie, i tu też zaraz wykryłem paru twitów. Na przykład u Epsona. Linuxowy driver drukarki od Epsona występuje w dwóch wersjach: Jedna drukuje wszystkie kolory poprzesuwane o parę milimetrów, druga trafia z kolorami we właściwe miejsca, ale wcale nie drukuje koloru żółtego. Wybór należy do Ciebie.

Następny twit jest od projektów do Eclipse. Zainstalowałem na serwerze CDO Repository Server żeby trzymać moje modele w czymś porządnym. A tu jakiś twit nie upilnował, żeby nazwy tabel w bazie danych były pisane zawsze tak samo. Na Windowsach nie ma problemu - tabele lądują w plikach a Windowsom jest scheissegal czy piszemy nazwy plików dużymi czy małymi literami. Ale Linuxowi nie jest to obojętne i od razu wychodzi błąd że nie można znaleźć tabel. Jako workaround podają żeby włączyć w MySQL-u opcję konwertującą nazwy tabel do małych liter, ale ta opcja jest globalna dla całej instancji serwera bazodanowego i wtedy zaczynają mi się wywalać wcześniej utworzone bazy, w których nazwy tabel zawierają duże litery. Wygląda na to, że na początek będę musiał poprawić na własną rękę CDO Server Project (na szczęście jest w źródłach).

I tak dalej, i tak dalej. Teraz na pociechę: Nie każdy problem z softem/hardwarem jest wywołany przez twitów. Typowy przykład to "na początku mój WiFi stick/WiFi router/urządzenie z WiFi chodziło dobrze, a teraz coraz wolniej, na pewno to przez jakiegoś twita od driverów". Otóż nie. Jak kupowałeś tego sticka, WiFi miało tylko trzech sąsiadów i to nie w Twojej klatce. Teraz WiFi mają wszyscy, a kanały mają poustawiane całkiem randomowo. Tak wygląda to u mnie w paśmie 2,4 GHz.

WiFi-2-4-GHz

WiFi w paśmie 2,4GHz

WiFi jest o tyle źle zrobione, że komunikacja na kanale n zakłóca komunikację na kanałach od n-2 do n+2. Jakby poprzydzielać kanały jakoś centralnie to jeszcze może dałoby się to jakoś opanować, ale tak w realnych warunkach sieci jest tyle i poustawiane są na tyle źle że całość się ślimaczy. U mnie było jeszcze gorzej, bo pojawiał się jakiś nieprawdopodobnie mocny sygnał (chyba z biurowca naprzeciwko) zagłuszający wszystko dookoła. Jest na to tylko jeden sposób - przejść na pasmo 5GHz. Tak wygląda u mnie pasmo 5GHz:

WiFi-5-GHz

WiFi w paśmie 5GHz

Czego i czytelnikom życzę.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki, Pomyślmy

Komentarze: (8)

Twit Programmers of the Year

Tytuł notki zainspirowany jest notką Boniego - "Twit of the Year". A co do meritum:

Jako - było nie było - fachowiec od inżynierii oprogramowania, z za chwilę trzydziestoletnim doświadczeniem, ze zgrozą obserwuję poziom wykonania programów wszędzie dookoła. Tak w zasadzie to tworzenie oprogramowania jest stosunkowo proste. Są do tego dość jasno określone zasady, cała kupa darmowych narzędzi pomocniczych, mnóstwo książek, nieprawdopodobne ilości porad do znalezienia w sieci, ... Co prawda w dowolnej innej branży też są dość jasne zasady, narzędzia, książki, tyle że przy programowaniu jest łatwiej - bardzo dużo można sobie po prostu wypróbować i poćwiczyć w domu, praktycznie za darmo. A na przykład w takim budownictwie to jakoś tak nie bardzo da radę.

Tymczasem w realnym świecie trudno o kawałek programu, który nie jest spieprzony i to najczęściej w sposób który powinien być łatwy do uniknięcia. Jaki-taki poziom mają najczęściej programy z okolic Free Software pisane w Javie, ale też wcale nie wszystkie. Dlaczego tak jest? To jest proste: Oni tam stosują się do ogólnie znanych reguł - używają development patternów, robią module testy, konsekwentnie robią komentarze w Javadocu z których potem powstaje dokumentacja, testy wykonują automatycznie w jakimś serwerze CI w rodzaju Jenkinsa, ... W sumie nic skomplikowanego, tyle że inni tego nie robią, albo robią to źle.

Ja rozumiem że bardzo duża część programów które można zdownloadować w systemowym sklepie jak Google Play czy Windows Store to produkcje półamatorskie i ich autorzy nie mają większego pojęcia o tym, co robią. Ale w produkcjach profesjonalnych, zwłaszcza w branżach które nie zajmują się tylko czystym softem nie jest wiele lepiej. Na przykład u mnie, w automotive.

U nas w fabryce, jestem jedyny który ma rzeczywiście pojęcie o inżynierii oprogramowania. Cała reszta to elektronicy, którzy na studiach mieli pobocznie cośtam o programowaniu. Albo i nawet nie i są samoukami. Niektórzy są nawet nieźli, myśleć logicznie potrafią, tyle że podstaw im brakuje. No i potem wygląda to na przykład tak, że w kawałkach w C++ nie jest nawet dobrze określone który header file jest do C, a który do C++ i jak pojawiają się problemy przy includowaniu, to ktoś łata problem takimi sposobami,  że jakbym miał jeszcze dość włosów na głowie, to bym je sobie powyrywał. W innych, zupełnie podstawowych sprawach też nie jest lepiej. A jak jakiś problem trzeba rozwiązać, to niemal każdy szuka podobnego miejsca w innym module i zrzyna rozwiązanie. A ponieważ to rozwiązanie rzadko tylko jest dobre, to złe rozwiązania rozprzestrzeniają się coraz bardziej. Testy modułowe są wymuszane przez klienta - więc robi się je na sam koniec, często już po tym jak program poszedł do na produkcję. Według mnie to zbędna robota, równie dobrze można by wyprodukować oszukany test report, nic by nie zmieniło a roboty mniej. I tak dalej, i tak dalej, ogólnie to cieszcie się że samochody w ogóle są w stanie ruszyć z miejsca.

No ale mimo wszystko programiści z automotive nie zasługują jeszcze na tytuł "Twit Programmers of the Year". Ponieważ samochód podpada pod różne takie tam związane z bezpieczeństwem (znaczy może kogoś zabić), to producenci wymuszają na wykonawcach żeby program nie wieszał się co chwilę, a przynajmniej żeby się potem jakoś znalazł. Na spełnienie tych wymagań idzie niesamowita ilość wysiłku a modus operandi typowego projektu w automotive to eskalacja. Jeszcze nigdy nie słyszałem o projekcie w automotive który by nie wszedł w eskalację. Mi to ręce opadają, bo tego wszystkiego można by uniknąć, gdyby chociaż trochę stosować się do ogólnie znanych zasad.

Ale jest branża w której jest jeszcze gorzej - to consumer electronics. Soft do telewizora jeszcze nigdy nikogo nie zabił, więc nikt nie wymusza w nim zachowania zasad fuctional safety. Ba, jak poklikać trochę w jakiś współczesny telewizor to wychodzi że oni w ogóle nawet podstawowego system testu to raczej jednak nie robią.

Skąd mi się temat wziął? Mój sprzęt audio-video już się mocno historyczny zrobił. Telewizor był jeszcze CRT, od Sony, ale nic bardzo specjalnego. Ciągłe mam video VHS i analogowy zestaw kina domowego z wejściem przez SCART. Najnowszym z urządzeń był dekoder kablowy, też dający sygnał na SCARTa. No i ten dekoder zaczął mieć problemy. Zaczęło się od różnych zakłóceń w obrazie, potem odbierał coraz mniej kanałów, w końcu zostało tylko Russia Today. A potem poszedł z niego dym - sfajczyły się dwa elektrolity. No i po analizie opcji wyszło mi, że najlepiej będzie kupić nowy telewizor, bo tunel kablowy będzie w zestawie, a i nagrywanie na dysk USB przynajmniej częściowo zastąpi video. A w następnej kolejności będzie nowe kino domowe.

Jako warunki brzegowe postawiłem rozmiar 32 cale (wystarczy mi), FullHD (4K to przesada, ale poniżej FullHD w dzisiejszych czasach bez sensu) i żeby był Smart. No i zaraz wybór skurczył mi się do zaledwie kilku modeli. A potem się doczytałem, że są już telewizory z Androidem. Ponieważ moje zdanie o programistach od telewizorów było utrwalone już od dawna, stwierdziłem że wezmę taki - jak nie będą pisać wszystkiego sami tylko wezmą za bazę niezłego Linuxa i jakie-takie API od Googla to okazji do narobienia głupot będą mieli mniej.

Od paru dni mam taki telewizor i jak widzę, prawdziwy Twit Programmer of the Year potrafi spieprzyć nawet taką integrację:

  • To nie jest "telewizor na Androidzie" tylko "telewizor z własnym systemem + Androidem". Miejsca sklejenia widać dość wyraźnie. Ale i tak jest trochę lepiej niż bez Androida.
  • Do telewizora można podłączyć mysz. Wszystko pięknie, tyle że rolka myszy chodzi w różnych menu, ale nie w web browserze. Po prostu nie chodzi i już, do scrollowania strony trzeba klikać w suwak, nawet ciąganie go nie działa.
  • Można sobie utworzyć cztery listy ulubionych kanałów, ale wybrać jakiejś już nie. Znaczy okienko wyboru się pojawia, na liście są utworzone listy, ale listy wszystkich kanałów na niej nie ma. Nie muszę chyba pisać, że niezależnie od tego co wybiorę, po wyjściu z okienka ustawiona jest lista wszystkich kanałów. Zmienić to mogę tylko przy użyciu programu zdalnego sterowania na innym urządzeniu Androidowym. Na telewizorze nie da rady, próbowałem chyba z pół godziny. Proszę sobie darować komentarze że RTFM- w manualu nie ma o tym nawet słowa. Tytuł Twit Programmer of the Year słusznie się należy.
  • Własny program do zdalnego sterowania z innego urządzenia Androidowego od producenta telewizora nie łączy się z telewizorem. Inne, od jakichś amatorów, jakoś się łączą (ale też nie wszystkie). Może ma to związek z tym, że w drugim urządzeniu WiFi chodzi na 2,4GHz, a telewizorowe na 5 GHz, ale amatorzy radzą sobie mimo routera po drodze.
  • Nagrywać na dysk USB można tylko to, co się widzi. To akurat zrozumiałe - tuner jest tylko jeden. Ale nie da się odtwarzać nagranego programu na komputerze (przez DLNA) oglądając co innego.
  • Jak ustawić nagrywanie na powiedzmy za dwa dni, dysk kręci się przez te dwa dni cały czas, nawet przy wyłączonym telewizorze. Naprawdę nie można go obudzić na pięć minut przed nagraniem?
  • Już raz mi się coś powiesiło - oglądać TV można było, ale nie chodziło odtwarzanie nagranego programu i nic z internetem. Pomógł dopiero twardy reset z odłączeniem zasilania. Chyba zwisała część Androidowa.

Oczywiście nie twierdzę, że ten model telewizora przebija dno, z pewnością są gorsze. Ale programiści od consumer electronics rozumianej jako cała branża z pewnością zasługują na tytuł Twit Programmers of the Year

Jeszcze autoreklama, jakby czytał to jakiś decydent z branży: Za odpowiednią opłatą zorganizuję wam to bez porównania lepiej. Tylko poważne propozycje.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki, Pomyślmy

Komentarze: (36)

Jak już jesteśmy przy sójkach…

Ostatnio było o sójce, więc może będę kontynuował temat sójek. Para sójek gnieździ się na drzewie naprzeciwko mojego balkonu, więc mam trochę obserwacji przeczących ogólnie przyjętym stereotypom.

Jak wszyscy wiedzą "Skrzeczenie sójek, według niektórych nazywanych "strażnikami lasów", pełni nie tylko funkcje sygnalizacyjne dla innych osobników tego gatunku, ale i dla pozostałych ptaków i ssaków. Pojawienie się tego ostrego okrzyku sprawia, że stają się czujne i wypatrują ewentualnego niebezpieczeństwa." (to z polskiej wiki). Co ciekawe, podobnej informacji nie ma w wiki niemieckiej i angielskiej. Wygląda to na mit powszechny tylko w Polsce.

No i u mnie sójki krzyczą rzadko, mimo że w mieście powód do alarmu znalazłby się prawie zawsze. Pewnie rację ma jednak Wiki niemiecka twierdząc, że sójki w czasie gdy wysiadują jajka i mają w gnieździe pisklęta zachowują się cicho i dyskretnie.

Tylko raz sójki z naprzeciwka wrzeszczały przez większą część dnia. Przyczyną była inna para sójek, które chyba chciały się osiedlić dwa czy trzy drzewa dalej. Miejscowe sójki zabrały się za obronę swojego terytorium. I to wcale nie ograniczało się do wrzeszczenia. Sójki normalnie są dość płochliwe, można je zobaczyć tylko z daleka, ale tu zaczął się konkurs odwagi:

A na samochodzie siadam tak!

A na samochodzie siadam tak!

A na poręczy schodów siadam tak!

A na poręczy schodów siadam tak!

A na balkonie siadam tak!

A na balkonie siadam tak!

"A na stole siadam tak!" (tu niestety nie udało mi się zrobić zdjęcia)

Jedna z miejscowych sójek posuwała się do tego, że siadała o mniej niż metr ode mnie, co normalnie jest po prostu niemożliwe. Oczywiście wszystko było poparte wrzeszczeniem, kto głośniej. Sójki napływowe próbowały dotrzymywać kroku miejscowym, ale nie znały terenu więc aż tak odważne nie były. Po kilku godzinach wojna obronna zakończyła się odparciem przeciwnika, ale co okolicznych mieszkańców przy niedzieli nadenerwowały, to ich.

Teraz z innej beczki. Sójki może i ładne są, ale jak to krukowate, zjedzą co znajdą, zwłaszcza jak jest zrobione z mięska. Z drugiej strony budynku, w dość nisko umieszczonym otworze wentylacyjnym (2 metry nad gruntem, kratkę ktoś zgubił, otwór zaślepiony od wewnętrznej pianką montażową) zbudowały sobie gniazdo rudziki.

Tu rudzik zbudował gniazdo

Tu rudzik zbudował gniazdo

Pracowicie znosiły materiał, budowały, zniosły jajka, a potem przyleciała sójka, wywaliła gniazdo na ziemię i zjadła co w nim było (nawet nie wiem czy jeszcze jajka, czy już pisklaki). Gniazdo obejrzałem - świetna konstrukcja, z trawy. Leciutkie, elastyczne, izolacyjne, najbardziej zaskoczyła mnie jego gładkość strony wewnętrznej. Niby mały ptaszek z ptasim móżdżkiem, a takie rzeczy potrafi.

Gniazdo rudzika

Gniazdo rudzika

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (5)

Niespodziewana pamiątka z wakacji

Wspominałem już, że pod Paryżem, na terenie posiadłości gospodarzy widzieliśmy trochę popsutą sójkę

Sójka, trochę zepsuta, ale jeszcze działająca

Sójka, trochę zepsuta, ale jeszcze działająca

która po kwadransie zepsuła się całkiem.

Sójka, piętnaście minut później

Sójka, piętnaście minut później

Niby koniec tej historii, ale jednak nie. Ostatnio pojechałem z samochodem do okresowego przeglądu, otworzyli maskę - a tam leży ptak. (Niestety nie pomyślałem, żeby zrobić zdjęcie). Ptak wyglądał, jakby trochę już tam leżał, pióra jego były posklejane i raczej szare, w pierwszym momencie stwierdziłem że to pewnie jakiś szpak.  Pojaśnili mi, że takie rzeczy robią kuny i zaraz zaproponowali urządzenie do odstraszania za jedne 270 EUR z montażem. A ja się zacząłem zastanawiać.

Mieszkam w mieście, ale kuny tu są. Widziałem nawet kiedyś jedną na ulicy, oczywiście wieczorem. Parkuję w garażu podziemnym, ale miałem parę razy ślady łapek na szybie i na dachu. Najpierw myślałem że to od kota, ale jednak nie.

Ślady kuny na samochodzie (nie moim)

Ślady kuny na samochodzie (nie moim)

Brama wjazdowa na zbyt małe otwory żeby nawet mysz się przecisnęła, ale po prawej i lewej, dość sporo ponad podłogą są kraty, przez które kuna bez problemu przejdzie. I jak się przyjrzeć ścianie, to śladów łap na niej pełno.

Ślady kun na ścianie

Ślady kun na ścianie

No ale jednak trudno mi sobie wyobrazić, żeby kunie chciało się przywlec ptaka do garażu podziemnego, skakać z nim na murek, i ciągnąć do samochodu który wcale nie stoi najbliżej. Poza tym analiza kurzu przy kratach wykazała brak świeżych śladów. Więc to raczej nie tutaj.

Parking koło pracy też raczej nie wchodzi w rachubę. Fabryka jest co prawda położona koło lasu, ale staję zawsze prawie na środku placu i zawsze kuna miałaby bliżej dziesiątki innych samochodów. W dodatku ptak musiał się znaleźć pod maską niedawno - ostatnio zaglądałem tam przed wyjazdem na urlop - a od tego czasu zawsze gdy parkowałem tam, było jasno. To nie są warunki dla kuny.

Tak więc wychodziłoby na urlop. A z sójką było tak, że przez parę dni sobie leżała, a potem zniknęła. Myśleliśmy że służba sprzątnęła, ale raczej jak państwo było na wyjeździe to nawet tam nie zaglądali. Wniosek z tego, że najprawdopodobniej sójkę otrzymaliśmy w prezencie, jako pamiątkę z urlopu. Pióra ptaka były szare, bo posklejane i nie było widać oryginalnego koloru, dlatego źle zidentyfikowałem gatunek. I że nie ma sensu wydawać tyle pieniędzy na Marderschrecka, mycie silnika wystarczy (podobno problem z gryzieniem gum i przewodów jest wtedy, gdy ma się kuny koło domu i koło pracy, wtedy jedne atakują kawałki pachnące tymi drugimi)

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (1)

Bo wiewiórki są zapominalskie (2)

Ciąg dalszy o zapominalskich wiewiórkach. Niestety bez zdjęcia.

Już na wiosnę zeszłego roku miałem poważne poszlaki wskazujące, że wiewiórki wcale nie są zapominalskie, ale teraz mam jeszcze mocniejszy argument. Wczoraj na nasz balkon przyszła wiewiórka i w dokładnie tym samym miejscu co wtedy zakopała orzecha włoskiego. Jak dla mnie teza o zapominalskości wiewiórek w tym momencie leży i kwiczy. Skoro trafiła w to samo miejsce półtora roku później, to jak miała zapomnieć wtedy? Teza o zapominalskości ma jeszcze tylko jedną szansę: Ktoś musiałby zaobserwować znaczącą liczbę wiewiórek umierających w zimie z głodu, mając jednocześnie nieopróżnione i dostępne schowki.

A dlaczego wiewiórka miałaby nie odnajdować wszystkich swoich schowków? To proste: A dlaczego by właściwie miała odnajdować wszystkie? Wiewiórka zje tyle ile potrzebuje, a nadmiar zostawi. Tak po prostu.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (1)

Nieuporządkowane obserwacje urlopowe

Ostatnio ciężko mi idzie pisanie na bloga - mam w pracy sporo roboty, przy okazji ratowania projektu który w całkowicie przewidywalny sposób od samego początku balansuje na granicy katastrofy, zajmuję się przekonywaniem managementu że mogę im to zorganizować lepiej, ale na trochę innych warunkach niż teraz. Zobaczymy, czy się uda.

No ale urlop też musi być. W tym roku padło na Francję. Pięć dni spędziliśmy w Bretonii (po drodze zaliczając Wersal) a potem dziewięć w Paryżu. Więc znowu porcja luźnych, nieuporządkowanych obserwacji:

  • Francja strasznie rozległa jest. W sumie prawie wyłącznie tam i z powrotem przejechaliśmy 2800 km.
  • Jeżdżenie te setki kilometrów po autostradzie równiutkie 130 (albo 110 jak nie płatna) strasznie nudne jest, bez tempomatu nie polecam.
  • Francuskie radio nie nadaje się do słuchania. Dużo gadają, mało muzyki, a jak coś gra, to jakieś łupu-cupu albo inne dziwne rzeczy. Nawet jak trafiłem jakiś program o reggae, to nie puścili ani jednej piosenki, najwyżej raz na parę minut kilka taktów. Wyłączyłem radio w samochodzie i już.
  • Jeżeli widzimy parujące chłodnie kominowe a nie widzimy komina, to musi być elektrownia jądrowa, czyż nie?
  • Pogoda w Bretonii bardzo niestabilna, ale pływy rzeczywiście bardzo duże. Nawet mają tam elektrownię pływową.
  • Mieszkaliśmy w ślicznym, kamiennym domku rybackim, sprzed którego było widać morze. Jak kogoś interesuje miejscówka, mogę podać kontakt na priva.
Domek rybacki w Plerin

Domek rybacki w Plerin

  • Miejscowi przy odpływie chodzą z wiaderkiem i łopatką szukać małży na obiad. Ale w knajpie ceny takiego dania bardzo wysokie.
Zbieracz małży

Zbieracz małży

  • Piekarnia z bagietkami otwarta teoretycznie od 6:30, ale średnio co drugi dzień piszą że bagietki są w Spar-ze i żeby tam iść. A Spar od ósmej, w dniu wyjazdu zrobił się problem ze śniadaniem.
  • Jadąc do Paryża nadłożyliśmy ze 200 km żeby zobaczyć muzeum czołgów w Saumur. Mocna rzecz, zdaje się jedno z najlepszych w Europie.
  • We Francji zjeść coś na mieście w czasie jak przeciętny turysta robi się głodny (czyli wczesnym popołudniem) jest prawie niemożliwe. Trzeba o tym pamiętać.
  • W Paryżu mieszkaliśmy na na Montparnasse, na piętnastym piętrze budynku z roku 1970. Z okna piękny widok na wieżę Eiffla, w komplecie miejsce na samochód w garażu podziemnym. Mieszkanko było cokolwiek małe jak na trzy osoby, ale nie po to jedzie się do Paryża żeby siedzieć w domu. I specjalnie drogo nie było. Rozwiązania użyte w tym budynku dały mi sporo do myślenia w temacie czasów Cybersyna i postaram się dojść do kontynuowania tematu. A żeby znaleźć to lokum musiałem szukać na stronach po francusku. Nie parlam, ale wujek google pomógł. Zdjęcie poniżej zrobione krótką ogniskową, w rzeczywistości wieżę było widać znacznie lepiej.
Paryż,widok z okna

Paryż,widok z okna

  • We Francji chronią wizerunki niektórych budynków - nie wolno tak sobie po prostu wrzucić ich zdjęć w sieć. Dotyczy to nowych budynków, wieża Eiffla się nie łapie, ale oświetlenie jej w nocy tak. To jakiś idiotyzm.
  • U mnie we Frankfurcie wciskają, że Frankfurt to jedyne miasto w Europie ze skyline w stylu amerykańskim. To co to jest to, ja się pytam? (Chyba naruszam prawa autorskie jakichś architektów wrzucając to zdjęcie).
Paryż, La Defence

Paryż, La Defence

  • Większość atrakcji turystycznych Paryża - inaczej niż w Londynie - jest skupiona na niezbyt dużym obszarze. Przeanalizowałem temat i żadna z oferowanych kart na komunikacją miejską się nie opłaca. Lepiej kupić dziesiątkę albo dwudziestkę biletów jednorazowych i kasować za każdym razem. Przejazd (w centrum, również z przesiadkami, ale nie na RER) wychodzi wtedy za 1,42 EUR.
  • Muzea są dla dzieci i młodzieży (do lat 25!) z Unii bezpłatne, dla dorosłych może nie najtańsze, ale o wiele tańsze niż w Anglii. Karta Paris Pass nie opłaca się wcale. W ogóle mam wrażenie, że karta <stolica> Pass opłaca się tylko w Londynie i nigdzie indziej. A i to dopiero jak się wysilić. Nawet omijanie kolejki nie jest warte płacenia za tą kartę - najdłuższej, do wieży Eiffla, karta nie omija.
  • Jacy ci ludzie we Francji są szczupli! Nie jestem gruby, w Niemczech wyraźnie poniżej średniej, tam czułem się powyżej średniej. Widziani ludzie o wysokim BMI mówili najczęściej w językach innych niż francuski, a ci o najwyższym po polsku.
  • Bagietka na śniadanie jest dobra, ale trochę duża. W związku z tym trudno się skaluje i na śniadanie je się najczęściej za dużo. Jak ci Francuzi mimo to są tacy szczupli?
  • Francuska telewizja jest co najmniej równie zła jak polska. Najciekawszym programem jaki widziałem było parę odcinków starego Space 1999. I to chyba o czymś świadczy.
  • Przy wszystkich kolejkach kręcą się sprzedawcy oferujący selfie-sticki. Nie rozumiem tego zjawiska. Chyba jestem Obcy.
  • Jak zwykle poznajemy również życie codzienne z perspektywy oferty supermarketów. W Auchan zauważyliśmy ogórki kiszone. Nazywały się "ogórki polskie" (w wersji kiszone i konserwowe) i leżały na półce "produkty koszerne".
  • Mieliśmy zamiar pójść do muzeum Pasteura, ale się okazało że w sierpniu nieczynne. Na stronie w sieci tego nie znalazłem i obeszliśmy się ze smakiem. Na stronach muzeum Curie dało się to znaleźć i udało nam się je zaliczyć ostatniego dnia lipca. Jakbyśmy wiedzieli, poszlibyśmy jeszcze tego samego dnia i do Pasteura. Francja - dezinformancja, nie tylko w tym miejscu.
  • Słynne francuskie naleśniki takie sobie są, żona robi lepsze. Ale spróbowałem naleśnika polanego stopionym masłem, skropionego sokiem z cytryny i posypanego cukrem i ta kombinacja niezła jest, będę stosował w domu.
  • Paryż miał być brudny, zakorkowany i miały być duże problemy z parkowaniem, ale było generalnie czysto, korki mniejsze niż jestem przyzwyczajony a problemy z parkowaniem przeciętne. Może dlatego że wakacje. A może to po prostu mity.
  • Metro w nowszych standardach niż londyńskie, prawie kolejowych. Pociągi różnych typów, najczęstszy jest interesujący, bo występuje w dwóch wersjach: Jedna z klasycznym podwoziem pociągowym ze stalowymi kołami, druga - ta która wyjeżdża na estakady między budynkami. - ma ogumione koła pneumatyczne, jak autobus, i jeździ po stalowych płaskownikach między którymi jest tor w stylu kolejowym.
Model wagonika metra paryskiego z kołami ogumionymi

Model wagonika metra paryskiego z kołami ogumionymi

  • Dokładnie przed Luwrem padł mi aparat. Pokazał że nie może wysunąć obiektywu, tak jakby nie zdjąć pokrywki. Obiektyw się trochę wysuwał i nieco mniej cofał. Rok temu, w Londynie, raz mi się coś takiego zdarzyło, ale zaraz przeszło. Teraz tak mu zostało, wygląda na problem stykowy, w sieci znalazłem co trzeba odkręcić i którą wtyczką poprawić. Ale aparat nie ma jeszcze dwóch lat i jest na gwarancji - więc spróbuję oddać do naprawy. Tyle że resztę urlopu musieliśmy obskoczyć kompaktem syna.
  • Trochę ciekawych rzeczy widzieliśmy, więc notki z cyklu "Warto zobaczyć" powinny nastąpić. Jak znajdę chwilę czasu.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (3)

Bo wiewiórki są zapominalskie

Ten tekst zna chyba każdy: Wiewiórki mają zakopywać nasiona w różnych miejscach, a potem zapominać o nich. Nie tylko w Polsce tak twierdzą, zapominanie o zapasach jest też wspomniane w wiki niemieckiej.  Przyjmowałem to dotąd na wiarę, ale niedawno zdarzyło się coś, co dało mi do myślenia.

Mieszkamy na parterze, mamy dość niski balkon, a na nim skrzynki na kwiaty. Kilka tygodni temu żona zauważyła, że na balkon przyszła wiewiórka i zaczęła kopać w skrzynce (kwiatów w niej jeszcze nie było, tylko zeszłoroczna ziemia). Wiewiórka coś wygrzebała i zabrała ze sobą. Zastanawialiśmy się co to mogło być, ale nic nie wymyśliliśmy.

Ostatnio zabrałem się za sadzenie nowych kwiatów. Wymieniłem przy tym ziemię, i znalazłem coś takiego:

Orzech zakopany przez wiewiórkę

Orzech zakopany przez wiewiórkę

To orzech włoski, już zaczął kiełkować. Musiała zakopać go wiewiórka jesienią. No i moja interpretacja nijak nie pasuje do zapominalskości wiewiórek.

Bo według mnie, wiewiórka musiała doskonale pamiętać gdzie orzechy zakopała - w końcu trafiła na to miejsce wiosną. I co więcej - musiała również doskonale pamiętać ile ich zakopała - gdyby nie pamiętała, przekopałaby całą skrzynkę i znalazła wszystkie. No chyba że przyjmiemy że pamiętała przez kilka miesięcy, a po zabraniu przedostatniego orzecha uległa nagłemu atakowi amnezji.

Według mnie to ona specjalnie nie wykopała wszystkich orzechów - z ewolucyjnego punktu widzenia taka strategia powinna w dłuższym terminie dawać istotne korzyści.

Czyli wiewiórki wcale nie są zapominalskie.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (1)

Strona 1 z 912345...Koniec