Warning: Use of undefined constant sa_comments - assumed 'sa_comments' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/36/d441047049/htdocs/wordpress/wp-content/plugins/recent-comments-with-avatars/comments.php on line 244
 Polska – NRD – Niemcy – Świat | Pomyślmy | Page 2
Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Cybersyny, cybernetyczne żółwie, cyberberysy i inne Algole (1)

Znowu ktoś w sieci przypomniał Cybersyna a mi się przy tej okazji przypomniało, że od dawna mam napisać na zbliżony temat notkę. Mam dużo do powiedzenia, więc chyba będę musiał podzielić notkę na kilka części.

Przypominający (pominę link) w Cybersynie zobaczył ideologię socjalizmu, co wprawiło mnie w zdumienie, jeszcze większe gdy się dowiedziałem że jest starszy ode mnie. Z drugiej strony nie tylko on widzi w tym czysty socjalizm, na przykład hasło Projekt Cybersyn w Wikipedii po angielsku należy do kategorii Socjalizm. Ja tam myślę, że to straszne spłycenie tematu. Ale może po kolei, najpierw o samym Cybersynie.

Cybersyn był to projekt z początku lat 70-tych (1971-1973), realizowany w Chile za lewicowego prezydenta Salvadora Allende. Celem projektu było zrobienie komputerowo wspomaganego systemu centralnego zarządzania gospodarką całego kraju.

No ale w roku 1971 komputery i telekomunikacja w ogóle nie przypominały tego, co mamy dzisiaj. Komputer wtedy był to mainframe, zazwyczaj linii IBM/360 (skopiowanej w naszym bloku jako RIAD R1) a do cyfrowej łączności służyła sieć teleksowa. Robiłem kiedyś w urządzeniach teleksowych, to był mój pierwszy większy projekt (i to jeden z bardziej udanych), muszę kiedyś o tym napisać. Ale to innym razem.

No i system Cybersyn powstał na właśnie takiej bazie sprzętowej. W fabrykach zainstalowano teleksy, przez które codziennie meldowano do centrali 7 podstawowych parametrów, typu produkcja, zużycie materiałów czy absencja pracowników, a na tej podstawie centrala podejmowała decyzje.

Jeżeli spojrzymy na to z dzisiejszej perspektywy zobaczymy, że dziś podobna sprawozdawczość i podejmowanie decyzji na podstawie danych przychodzących na bieżąco jest standardem, nazywa się controllingiem i nie ma nic (ale to zupełnie nic) wspólnego z socjalizmem. To typowe narzędzie zarządzania stuprocentowo kapitalistycznym koncernem. Niektórzy widzą w państwie socjalistycznym najwyższą formę koncernu monopolistycznego, tu pasuje.

Ta telekomunikacyjna część projektu całkiem się zresztą udała - dzięki sieci teleksowej udało się na przykład podczas wielkiego strajku  kierowców ciężarówek w Santiago w roku 1972 utrzymać zaopatrzenie stolicy w żywność. Wystarczyło 200 łamistrajków i komunikacja teleksowa. Też czysty socjalizm, co nie? W niektórych źródłach można przeczytać że to był efekt działania systemu, potwierdzenie sensowności stojących za nim koncepcji itp., ale tak naprawdę soft w ogóle nie miał w tym udziału, chyba nawet jeszcze nie działał. Wystarczyła sama łączność.

Nawiasem mówiąc w Polsce w następnych latach, niewykluczone że pod wrażeniem tej właśnie akcji, postawiono teleks w każdej gminie. Tyle że nie wyszło to za dobrze, bo te teleksy były mało wykorzystywane, a naprawdę użyła ich dopiero Solidarność w latach 1980-1981 masowo przesyłając tą siecią swoje biuletyny i koordynując swoje działania - bo był to nie kontrolowany przez władze kanał łączności.

No ale łączność jak łączność, teleks to nic rewolucyjnego - sieć istniała już od dziesięcioleci (standard pochodzi z lat 30-tych), to już bardziej rewolucyjne były początki Internetu w USA (ARPANET, 1969). Przyjrzyjmy się raczej, co oni chcieli robić z tymi danymi.

Dane z fabryk lądowały na komputerze IBM/360, a typowy wtedy terminal to był właśnie teleks - transmisja była cyfrowa i to połączenie działało bez problemu. I teraz na podstawie tych danych komputer miał liczyć prognozy makroekonomiczne i generować alarmy, a taka prognoza miała być podstawą do podjęcia ewentualnych działań jak coś szło w złą stronę. Z dzisiejszej perspektywy nic szczególnego, controlling jak controlling, no może poza skalą. Tyle że z tego co się orientuję, to dziś robi się controlling głównie danych finansowych albo logistycznych (te drugie niezbędne zwłaszcza przy produkcji just-in-time), oraz zarządzanie projektami,  natomiast nie za bardzo działa to dla parametrów bardziej globalnych.

Na czym polega problem? Żeby coś prognozować i czymś sensownie sterować musimy mieć tego model. Przepływ towarów albo pieniędzy jest dobrze określony i da się prosto wymodelować, z siecią różnych fabryk już tak łatwo nie jest, a z makroekonomią całego państwa to już w ogóle. Z tego względu program Cybersyna (o nazwie Cyberstrider) oparto na sieciach neuronowych - co teoretycznie pozwala na zastąpienie porządnego modelowania uczeniem sieci. Tyle że nauczenie takiej sieci wymaga dłuższego zbierania danych i - przede wszystkim - przećwiczenia reakcji systemu również w sytuacjach niepożądanych. A przecież trudno wywołać parę kryzysów tylko po to, żeby nauczyć sieć. Doświadczeń na królikach też się nie da zrobić. Jaki z tego wniosek? Prosty: To nie ma szansy dobrze działać.

No a teraz ta najciekawsza część: Zasadniczą częścią projektu był pokój do sterowania całym systemem. Co tam opisy, lepiej zobaczyć zdjęcie:

Pokój sterowania systemu Cybersyn

Pokój sterowania systemu Cybersyn Autor: nieznany

Ale odjazd, nie? Typowe SF tamtych czasów. Projektant zarzekał się, że nie oglądał Star Treka, ale w innych filmach też takie rzeczy były (często jako sterownia głównego badguja starającego się opanować cały świat). Projektantom chodziło o przedstawienie danych w postaci dostępnej dla niefachowca, a jakiekolwiek GUI jeszcze przecież nie istniało. Za bajeranckim wystrojem wnętrza i futurystycznymi fotelami nie stało jednak nic szczególnego - na tych ekranach wyświetlane były po prostu slajdy. Wybierane przez komputer ze sporego magazynka (rzędu 4000 sztuk w sumie), ale jednak statyczne slajdy (znalazłem w sieci wypowiedzi ludzi podobno zaangażowanych w projekt, brzmiało sensownie). I jeszcze mogły być wykresy robione na poczekaniu na papierze przez ludzi w sąsiednim pomieszczeniu.

Jakie były dalsze losy tego systemu? W roku 1973 pucz obalił prezydenta Allende, centrum sterowania zostało zniszczone. I tak była to tylko makieta, bo nie zdążono zrobić go do końca. Nad oprogramowaniem zespół pracował dalej, w 1985 roku wprowadzono je na rynek pod nazwą Coordinator, a potem system został sprzedany Novellowi. I słuch po nim zaginął, w latach 90-tych jeździłem na szkolenia Novella i byłem CNE (Certified Novell Engineer), ale o niczym podobnym nawet nie wspominali.

Wiki jako koszt całego projektu podaje 150.000 USD z roku 1973 (na dzisiejsze jakieś milion sześćset), co wydaje mi się drobniakami. Projekty w których robię mają budżety zbliżonego rzędu, albo nawet wyższe, a nie są to jakieś wielkie rzeczy.

A teraz do rzeczy. Polemizuję konkretnie z tezą, że projekt Cybersyn to produkt ideologii socjalizmu. Według mnie to czysto kapitalistyczny controlling podniesiony na poziom całego państwa. Jedyne co się wzięło z socjalizmu to właśnie to podniesienie - gospodarka jest planowa, a państwo jest właścicielem fabryk i może ingerować w ich działanie bezpośrednio. Ale i państwo kapitalistyczne ma swój plan (co prawda głównie finansowy)  i pewne - chociaż mniejsze - możliwości ingerencji, więc podobny controlling ma sens i w kapitalizmie.

Więc skąd się to wszystko wzięło, skoro nie z socjalizmu? O tym w następnej notce.

PS: Znalazłem działającą stronę Cybersyna w sieci: http://www.cybersyn.cl/ingles

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Pomyślmy

Komentarze: (5)

Pomyślmy: Schyłki różnych systemów bywają podobne

Mam taką przypadłość, że łatwo dostrzegam podobieństwa, nawet mocno różnych rzeczy. Bywa że staje się to problemem, na przykład jeżeli znowu pomyliłem kogoś z kimś innym - bo w niektórych cechach podobni. W innych sytuacjach to bardzo korzystne - na przykład w programowaniu obiektowym. W jeszcze innych wypadkach może być to niezły temat na notkę - miałem już taką o podobieństwach katastrof w Czarnobylu i Smoleńsku. Teraz będzie o podobieństwie okresów schyłkowych. Wezmę na tapetę rozgrywający się na naszych oczach schyłek Kościoła Katolickiego w Polsce.

Trudno nie zauważyć, że przeżywamy okres schyłkowy KK w Polsce. Nawet nie o to chodzi że od lat systematycznie maleje odsetek dominicantes (40% w 2012 - uwaga: faktycznie oznacza to 32% ludności obecnej w niedzielę na mszy), że wiara Polaków jest prawie wyłącznie obrzędowa - to nic nowego, pamiętam wykład na ten temat na obozie przygotowawczym do studiów zagranicznych w 1984, i już wtedy prelegent zwracał na to wszystko uwagę. W Polsce nigdy nie było tradycji czytania i dyskutowania Biblii, dziś mam wrażenie że lepiej od "prawdziwych" katolików Biblię znają sceptycy i ateiści. Ale to wszystko nic, przez wieki tak było i nie było mowy o schyłku. Dlaczego uważam że obserwujemy schyłek uzasadnię dalej.

Dziś ciągle w mediach widzimy, słuchamy i czytamy wypowiedzi hierarchów, którzy z jednej strony opowiadają o Wartościach Chrześcijańskich i jak żyć, ale często w tej samej wypowiedzi walą po oczach nienawiścią, żądzą władzy i zysku. A ja ciągle - przez tą moją przypadłość - mam wrażenie że już to wszystko kiedyś widziałem i słyszałem w zupełnie innym systemie.

No bo przecież podobną dwoistość prezentowała duża część partyjnej wierchuszki za komunizmu. Tak samo było o Wartościach, Dobrobycie, Sprawiedliwości Społecznej ITP., a równolegle pogróżki, zastraszanie i Waadza.

No i co mnie szczególnie uderza to to, że bardzo wielu przedstawicieli obu systemów dokładnie tak samo wydaje się być niewierzącymi w głoszone poglądy i dokładnie tak samo instrumentalnie wykorzystywać hasła i retorykę swoich świętych ksiąg.  

Pamiętam oficjalną demonstrację z okazji Pierwszego Maja, w Szczecinie w roku 1982. Nie było pochodu - bo stan wojenny - tylko wszystkich spędzono na Jasne Błonia. Atmosfera była strasznie wysilona - praktycznie nikt z obecnych nie miał ochoty w tym miejscu być, nie tylko ta spędzona ludność, ale i organizatorzy i milicja. Gdy wszyscy przyszli na miejsce, jakiś sekretarz partii wygłosił wielkopatriotyczne przemówienie przyjęte znudzoną ciszą, a potem zaintonował hymn, którego nie podchwycił nikt z obecnych - i oficjel musiał dośpiewać do końca solo, fałszując strasznie (ale chociaż tekst znał, nie jak niektórzy dzisiejsi "patrioci"). A jak już dośpiewał, zaczęła się część artystyczna i już w tym momencie wszyscy sobie poszli. Orkiestry marszowe nawet z muzyką. Czuć było, że wszystkim ulżyło, z milicjantami i partyjniakami włącznie. System był już nie do uratowania - nikt go już nie chciał. No ale systemy nie padają natychmiast, temu potrzebne było jeszcze kilka lat i - co najistotniejsze - osłabienie nacisku zewnętrznego przez nastałego parę lat później Gorbaczowa. Ale już w tym momencie było widać że się kończy.

Potem pojechałem do NRD. I tam już po paru miesiącach zobaczyłem podobne oznaki. W system nie wierzył niemal nikt, ani z ludności, ani z Partii. Tylko retoryka, bezwładność, oportunizm, wyparcie i lęk przed nadzorcami z Moskwy. Prawdziwie wierzący byli nieliczni, tak naprawdę kojarzę tylko jednego - Harry'ego który miał z nami ćwiczenia z Naukowego Socjalizmu na trzecim roku. To musiało paść, stwierdziłem nawet że ciekawe czy zdążymy skończyć przedtem studia. Był koniec roku 1984 i pomyliłem się niewiele - skończyliśmy w kwietniu 1989, rypnęło się ostatecznie w październiku.

No i teraz widzę wszystko to samo. Wierchuszkę instrumentalnie operującą retoryką, ale z całą pewnością nie wierzącą w głoszone przez siebie hasła i coraz bardziej niechętną rzeszę tych, którzy jeszcze w to chociaż trochę wierzą albo się do tych rytuałów i tej retoryki przyzwyczaili.

A ostatnio w watykańskiej centrali nastał nowy zwierzchnik, który - podobnie jak kiedyś Gorbaczow - wydaje się wierzyć w głoszone przez siebie ideały. Z mównicy padają nieprawdopodobnie odkrywcze oczywistości, od dawna zapisane w Świętych Księgach i masowo używane w retoryce funkcjonariuszy. Ale teraz padają na poważnie, chociaż na razie głównie postulatywnie. System ma być dla ludzi, a nie ludzie dla systemu. Za Gorbaczowa było dokładnie tak samo.

Władze PRL-u były gotowe na Pieriestrojkę, NRD nie. W NRD zaczęto cenzurować wypowiedzi władz radzieckich, nie wpuszczać niektórych numerów radzieckich gazet itp., żeby tylko wierni tych herezji nie słyszeli. Ale to nie działało nawet w latach 80-tych ubiegłego wieku i to w komunizmie.  Dziś w Polsce obserwujemy podobne próby ograniczania zasięgu wypowiedzi papieskich przez biskupów, w rodzaju tłumaczenia co autor miał na myśli i dlaczego nie to, co powiedział, ale dziś możliwości blokowania są jeszcze mniejsze niż za NRD.

Tak więc rypnąć się musi. Ciekawe tylko ile to potrwa? Dziś nie poważę się na prognozę, niewiadomych jest zbyt wiele. Religia tkwi w ludziach o wiele głębiej niż komunistyczny totalitaryzm. Z drugiej strony KK nie ma środków przymusu bezpośredniego, może działać wyłącznie w sferze gróźb symbolicznych. Tu nie ma realnych pałek w rękach ZOMO, tu są tylko bariery w głowach ludzi. Z trzeciej strony łatwiej jest wygrać z pałkami, niż z tym co w głowach. A grono tych, którzy mają posłuszeństwo KK wprogramowane do niewymazywalnego ROM-u jest znacznie większe niż tych, którzy w swoim ROM-ie mieli firmware PZPR albo SED. 

Niektórzy z wierzących bronią się jeszcze twierdząc, że polski KK bardzo się zmienił na gorsze po 1989. Myślę że jednak nie. Z wszystkimi niedobrymi zjawiskami wśród funkcjonariuszy tej instytucji zetknąłem się już przed 1989. Była i głupota, i hipokryzja, i pijaństwo, i doniesienia o pedofilii, i rozrzutność, i wystawny styl życia, i związki księży z kobietami... Wszystko już było. Może się wydawać, że kiedyś było tego mniej, ale to raczej kwestia dostępu do informacji. Kiedyś nie sposób było dotrzeć do doniesień o wcześniejszym życiu księdza przydzielonego do lokalnej parafii. Co biskup powiedział dowiadywaliśmy się od wielkiego dzwonu z listu pasterskiego odczytanego z ambony, tak przynudziastego że mało kto go słuchał. I generalnie nie wierzyliśmy partyjnej prasie i telewizji. Dziś mamy gugla i jako tako niezależną prasę - głupoty, grzeszki i wielkie grzechy, kiedyś z łatwością ukrywane, dziś są stale na widoku. Kościół się nie zmienił - po prostu wiemy o nim więcej.

Przy okazji wspomnienie z PRL-u połowy lat 70-tych. Pamiętam że w szkole podstawowej, w klasie bodajże piątej, pani od plastyki i muzyki się kiedyś na lekcji ulało i wygłosiła półgodzinną tyradę na temat pazerności KK. Coś musiało ją dotknąć osobiście, bo nie była to drętwa pogadanka ideologiczna tylko autentyczna złość. Wszyscy oczywiście siedzieliśmy jak trusie, ale po lekcji przedyskutowaliśmy temat. Byliśmy może mali, ale nie całkiem głupi - wiedzieliśmy że coś jest na rzeczy, ale jednak uznaliśmy że pani trochę przesadza, bo "kiedyś faktycznie tak było, ale teraz już nie aż tak". Ale jednak było aż tak.

Chociaż tak myśląc trzeźwo, to wszystko zależy od kasy. Póki będzie finansowanie, póty hierarchia KK będzie się trzymać. To właśnie z braku kasy w Polsce A.D. 1982 nikt nie miał już ochoty na kontynuację, i właśnie z braku kasy NRD-owcy dali sobie spokój z tym murem akurat w październiku 1989.

Wniosek: Koniecznie trzeba odciąć biskupów od kasy, zaraz złagodnieją.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:Pomyślmy

Komentarze: (9)

„Koniec z fałszowaniem prawdy o V-2!”

Osłabiło mnie wczorajsze doniesienie z Wyborczej pod pompatycznym tytułem "Koniec z fałszowaniem prawdy o V-2! Zbrodniczy projekt a nie piękna legenda". No mać, interesuję się tematem, a jeszcze ani razu nie widziałem żeby gdzieś lansowano "piękną legendę" o niemieckim programie rakietowym, pomijając drugą stronę medalu.

A w tym artykule mowa jest o tym, że zawiązał się polsko-niemiecki ruch obywatelski, który będzie dążył żeby w muzeum w Peenemünde pokazano prawdziwy obraz niemieckiego programu rakietowego i żeby było tam o ofiarach tego programu, a nie tylko o wspaniałych jego osiągnięciach i locie na Księżyc.

Rakieta A4 (V2) w muzeum w Peenemünde

Rakieta A4 (V2) w muzeum w Peenemünde

Jak już pozbierałem szczękę z podłogi to strzeliłem komentarz że ci aktywiści to pewnie w ogóle w muzeum nie byli, a jak byli to im się nie chciało czytać i zobaczyć całej ekspozycji. (Hipoteza robocza - słabo władają niemieckim i angielskim, więc ewentualnie nic nie zrozumieli).

A potem pojawił się komentarz jakiejś pani, od którego mi macki opadły. Cytuję:

elisee5Zwiedzałam to muzeum i byłam zbulwersowana sposobem przedstawienia eksponatów. Niewiele o ludobójstwie, a podkreślany przede wszystkim geniusz i prekursor astronautyki

Ta pani najwyraźniej nic z muzeum nie zrozumiała. Przedstawia ono bardzo dobrze całą złożoność uwarunkowań wokół niemieckiego programu rakietowego. Jego niewątpliwe i pionierskie osiągnięcia techniczne  i ogrom cierpień robotników przymusowych, jakim te osiągnięcia zostały okupione. Uwikłanie w system i indywidualne wybory poszczególnych naukowców i inżynierów. Ofiary użycia tej broni. Zbrodnicze projekty dalszego rozwoju tych rakiet. Brak skrupułów krajów zwycięskich przy wykorzystaniu  doświadczeń projektu. Mroczne strony późniejszych programów kosmicznych. I tak dalej.

Tyle że żeby wyrobić sobie zdanie trzeba się trochę wysilić. Poprzeglądać założenia projektowe (własnoręcznie przewracając strony dokumentacji, nie wisi to sobie po prostu na ścianie). Pootwierać szafki poświęcone kluczowym postaciom i zastanowić się nad zgromadzonymi w nich przedmiotami. Przeczytać sporo tekstu. I co najważniejsze: POMYŚLEĆ! Wnioski nie są podane na talerzu, trzeba je wyciągnąć samodzielnie.

Ja po wizycie w tym muzeum byłem pod wrażeniem. Ono jest po prostu świetnie zrobione, chyba najlepsze pod tym względem z wszystkich jakie dotąd widziałem. W La Coupole miałem wrażenie że tory "jasny" i "ciemny" są mocno od siebie odseparowane, w Peenemünde ciemna i jasna strona Mocy przenikały się na każdym kroku. Nie byłem jeszcze w Mittelbau Dora (mam w planie), ale myślę że tam zachowanie takiej równowagi jest o wiele trudniejsze i to muzeum będzie zdominowane przez stronę ciemną.

Po przemyśleniu sprawy sądzę że wiem dlaczego ten "ruch obywatelski" nic nie zrozumiał. Oni są przyzwyczajeni, że oceny moralne są czysto czarno-białe, podane wprost i nie wymagają myślenia. (Dlaczego mnie nie dziwi że oni są głównie z Polski?). I jak nie ma dużymi literami napisane "TO BYŁO BE" i "TO BYŁO CACY", to to jest dla nich bulwersujące.

Nie byłem w Muzeum Powstania Warszawskiego, ale musiałem już prostować myślenie mojego syna, który tam był. Stąd chyba się nie pomylę, gdy powiem temu "ruchowi obywatelskiemu":

A spadajcie z takim podejściem do Muzeum Powstania Warszawskiego. Muzeum Historyczno-Techniczne w Peenemünde jest dla ludzi samodzielnie myślących, a nie dla was.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Pomyślmy

Skomentuj

Pomyślmy: Co z tą Syrią?

W sobotę wybrałem się do miasta i na Römerze była demonstracja. Machali syryjskimi flagami, ktoś przemawiał, wznosili okrzyki. Demonstracja całkiem spora, nie tak wiele mniejsza niż przy Blockupy.

Demonstracja w sprawie Syrii, Frankfurt

Demonstracja w sprawie Syrii, Frankfurt

Człowiek myśli schematami i wychodzi mindfuck - myślałem że to w sprawie obalenia Assada, ale oni nosili jego portrety i byli za nim.

Demonstracja w sprawie Syrii, Frankfurt

Demonstracja w sprawie Syrii, Frankfurt

A policja nie wpuszczała na plac kilkunastoosobowej grupki zwolenników strony przeciwnej.

Demonstracja w sprawie Syrii, Frankfurt

Demonstracja w sprawie Syrii, Frankfurt

Demonstranci woleli satrapę od Bractwa Muzułmańskiego.

Demonstracja w sprawie Syrii, Frankfurt

Demonstracja w sprawie Syrii, Frankfurt

 A mi się znowu włączyło porównanie z Polską. Nasz satrapa nie był na szczęście taki chętny do sięgania po broń, ale rodzime Bractwo Katolickie skorzystało z naszej nieświadomości i natychmiast zajęło praktycznie wszystko co się dało. Nie przypominam sobie z tamtych czasów znaczących głosów ostrzegających przed takim obrotem sprawy. Ale byliśmy głupi.

I co teraz myśleć o Syrii?

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Pomyślmy

Komentarze: (5)

Pomyślmy: Zorganizowana przestępczość w prime time

Już od dawna mi się zbierało ale ostatnio się ulało. No może to "ostatnio" jest względne, bo notka mi się trochę przeleżała.  Będzie o zorganizowanej przestępczości występującej na codzień w telewizji, mającej nawet swoje regularne programy i to w prime time.

Co mam na myśli? Oczywiście zawodową piłkę nożną.

Nie jestem entuzjastą sportu wyczynowego i zawodowego w ogóle, jakiś mecz obejrzę najwyżej od wielkiego dzwonu, czyli jak są mistrzostwa świata. Nie egzaminujcie mnie więc ze znajomości drużyn i nazwisk graczy. Ale zetknąłem się parę razy z tą mafią na najniższym poziomie sekcji młodzieżowej lokalnego amatorskiego klubiku ligi okręgowej (tu w Niemczech, żeby nie było wątpliwości), a w mediach ciągle słyszę różne doniesienia z różnych pięter tej struktury. I obraz całości powoli mi się poskładał.

Zastanówmy się najpierw, z czego oni wszyscy żyją. Ten lokalny klubik to utrzymuje się w dużym stopniu ze składek członkowskich. Należysz - dokładasz się, to jest OK. Wielu ludzi daje organizacji swój czas i swoją pracę, to też jest w porządku, takie mają hobby, ich sprawa. Coś tam im dokładają firmy prywatne, tak samo - ich pieniądze, ich problem. Klub dzierżawi teren od miasta, miasto od czasu do czasu dokłada się do jakichś inwestycji, ale generalnie to wszystko jest w miare zdrowe. Oczywiście poza tym że część grających tam dzieciaków i młodzieży (albo ich rodziców) marzy o karierze zawodowej, ale to inny temat. No i są jeszcze wyraźnie widoczne ambicje działaczy, żeby być jak ci wyżej w mafijnej hierarchii. Ten akurat konkretny klub jest w ręku jakichś Jugosłowian, nie wnikałem z której konkretnie części. Zauważyłem jednak barowóz z piwem na terenie klubu, jak donoszą media w wielu klubach świętuje się tym piwem zwycięstwo przy udziale nieletniej młodzieży.

Sytuacja zmienia się cokolwiek gdy idziemy w górę, do klubów zawodowych. Tutaj gra się już nie na na płaskim placu, tylko na w miarę porządnym stadionie sfinansowanym przez kogo? No przecież nie przez sam klub, on nie ma tyle szmalu. Zapłaciło za niego głównie miasto, czyli wszyscy podatnicy. Składki członkowskie w takim klubie to nawet na waciki nie wystarczą, za to pojawiają się wpływy za bilety i za klubowe gadżety. To niech sobie mają, to OK. Dalej są sponsorzy. Niby że reklama i na tym zarabiają. Tak twierdzą. Tyle że jeżeli sponsor zaczyna mieć problemy finansowe, to jako jedno z pierwszych posunięć oszczędnościowych zawsze wycofuje się ze sponsorowania klubu sportowego. Gdyby naprawdę na tym zarabiali, to by się nie wycofywali, nieprawdaż? Nie zarzyna się przecież kury znoszącej złote jaja. No może firmom produkującym sprzęt sportowy taka reklama się opłaca, ale czy nazwanie stadionu Eintrachtu "Commerzbank Arena" napędziło Commerzbankowi znaczącą ilość nowych klientów, chociaż żeby pokryć koszty takiej reklamy? Myślę że wątpię.

Commerzbank Arena Frankfurt

Commerzbank Arena Frankfurt

Miasto, land i bund dokładają się też na inne sposoby. Na przykład przez ochronę policyjną meczy. Kosztuje to ładnie, klub oczywiście nie płaci za to. Co kibice po drodze zniszczą, to też remontuje miasto za kasę podatników. Lokalny zakład komunikacji miejskiej podstawia dodatkowe środki transportu i obniża ceny biletów (znaczy bilet na stadion uprawnia do przejazdu komunikacją miejską, płaci klub, ale oczywiście cenę negocjowaną a nie z cennika).

Logo Deutscher Fußball-BundKluby zawodowe mają nad sobą organizacyjną czapkę w postaci DFB. I co robi DFB? Głównie zajmuje się organizowaniem kasy. Po pierwsze od sponsorów, w zamian za dyskusyjnej opłacalności zlecenia reklamowe. O, na przykład pamiętam firmę NICI, która mając w ręku wielkie zlecenie od DFB na produkcje maskotek na mistrzostwa świata 2006, przy realizacji tego zlecenia zbankrutowała. Po drugie kasa pochodzi od telewizji, za transmisję meczy. Gdyby płaciły za to telewizje prywatne nie miałbym nic przeciwko temu. Ale wielka kupę kasy wywala na to rok w rok telewizja państwowa. Czyli wszyscy płacący abonament.

Przy takiej kasie otrzymywanej praktycznie za nic trudno się dziwić, że w okolicach futbolu zawodowego pojawia się mnóstwo patologii. Łapówkarstwo w różnych postaciach, ustawianie meczy, przekupywanie sędziów, handel ludźmi (zwłaszcza młodymi graczami z biedniejszych krajów), oszustwa, marnotrawstwo... Nie ma jak dotąd afer dopingowych, ale myślę że to głównie dzięki temu, że nie ma w piłce nożnej kontroli antydopingowych. W Niemczech przynajmniej część drużyn prezentuje jakiś poziom, tak że można dawanie im pieniędzy jakośtam uzasadnić, ale w Polsce na przykład to nawet niespecjalnie udają że się starają.

Logo FIFAZwiązek krajowy ma nad sobą następną czapkę, czyli FIFA. No i to już jest 100% mafia. Pobierają oni swoją dolę za prawie wszystko co ma związek z meczami, w zasadzie za nic, a potem obracają tymi olbrzymimi pieniędzmi bez jakiejkolwiek zewnętrznej kontroli. A i kontrola wewnętrzna pozostawia wiele do życzenia, niedawne cyrki i intrygi pałacowe relacjonowane w mediach nie pozostawiają co do tego żadnych złudzeń. W dodatku są zarejestrowani jako organizacja non-profit i prawie nie płaca od swoich profitów podatków. Na przykład w 2006 wykazali 303 miliony franków zysku, od czego zapłacili tylko 1,06 miliona podatku. Super, co nie? Każda firma by tak chciała.  Przygotowując notkę przeczytałem status FIFA - jest tam bardzo szczegółowo zdefiniowane ile i za co organizacji trzeba płacić i w czym jej słuchać, natomiast nie ma praktycznie nic o tym jak organizacja ma się ze swoich wydatków rozliczać. Klasyczne pasożytnictwo. W statucie jest nawet wprost wykluczone skarżenie czegokolwiek wewnątrzorganizacyjnego do sądów powszechnych. Świetna sprawa.

Czyli cała ta organizacja zajmuje się przede wszystkim dojeniem kasy publicznej i firm w zamian za całkowicie niewymierne korzyści. Teraz zadajmy sobie pytanie, jaki jest wynik finansowy takiej na przykład ligi niemieckiej?

Logo BundesligaW początku roku była mowa o konkretnych sumach (teraz nie udaje mi się wyguglac) i wyszło, że liga niemiecka mimo pompowania w nią masy pieniędzy publicznych i prywatnych jako całość jest na minusie. I to sporym (W sumie globalne zadłużenie klubów niemieckich szacuje się na jakieś pół miliarda euro, ale nie narobili tego w jeden rok). Podawano wtedy też ilość osób zatrudnionych przy tym wszystkim - gdy podzieliłem jedno przez drugie wyszło mi że deficytu było więcej niż by kosztowało żeby im wszystkim płacić zasiłek dla bezrobotnych plus jeszcze trochę świadczeń.

I co się dzieje z tym minusem? Oczywiście klubowi w problemach dopomaga finansowo miasto, bo jakże by tak miało istnieć większe miasto bez pierwszoligowej drużyny piłkarskiej... ups, akurat spadli do drugiej ligi... eee... bez chociaż drugoligowej drużyny piłkarskiej. A tak zupełnie bez związku z tym ratunkowym dofinansowaniem miejscowi politycy dostaną darmowe karnety plus zaproszenie na parę imprezek. A może i coś jeszcze. A, i jeszcze pewnie liczą na głosy kibiców. Albo pomoże klubowi jakaś duża, miejscowa firma której zarząd będzie mógł potem oglądać mecze z loży dla VIPów popijając szampana i zagryzając kawiorem. Ależ nie, to oczywiście nie ma nic wspólnego z korupcją.

A może byłaby to niezła propozycja: Zabrońmy ustawowo finansowania sportu zawodowego ze środków publicznych. Również pośrednio, na przykład przez publiczną telewizję. Niech oni sobie graja, nawet i zawodowo. Ale niech sobie to sami finansują. Bo dlaczego na ten wielki biznes maja się składać przymusowo wszyscy podatnicy i klienci wielu firm? Może by tak telewizja publiczna nie płaciła za transmisje, a za to obniżyła abonament? Może by tak miasto dało sobie spokój z budowaniem i utrzymywaniem stadionu a zamiast tego dofinansowało szkoły albo domy kultury? A tym zatrudnionym teraz w lidze którzy sobie nie poradzą zapłacić zasiłek?

Po stronie plusów mielibyśmy:

  • Uwolnienie sporych środków publicznych, dotąd topionych w tej mafii.
  • Rozbicie łapówkarsko-mafijnych układów między działaczami piłkarskimi a politykami. Nie ma szmalu do przekazania - nie ma układu.
  • Urealnienie płac piłkarzy, może dzięki temu dzieciaki nie będą rujnować sobie zdrowia i wykształcenia próbując zrobić karierę zawodową w nadziei zarobienia milionów.
  • Zdjęcie z policji obowiązku robienia co pewien czas wielkich akcji ochronnych za darmo - policja potrzebna jest gdzie indziej.

A co po stronie minusów? Jakoś trudno mi wymyślić. Trochę ludzi będzie rozczarowanych, ale wydaje mi się że zadowolonych będzie więcej. Blablabla jak to oglądanie meczy tworzy więzi czy coś takiego to chyba nikt nie bierze poważnie?

Oczywiście nie wierzę żeby coś takiego dało się przeprowadzić, przynajmniej nie w Niemczech. Ale może w Polsce? Skoro polski futbol i tak jest na dnie, to nic mu już nie zaszkodzi.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Pomyślmy

Komentarze: (9)

Pomyślmy: Wyłączyć reaktory i co dalej?

Wszyscy piszą teraz o energetyce jądrowej. Ja swoją notkę o tym, jak to jest w Niemczech zacząłem pisać już w listopadzie, po ostatnim większym transporcie odpadów z Francji do Niemiec, ale notka nadal nie jest skończona. Dziś inne przemyślenia.

Ludzie krzyczą teraz "Wyłączyć! Wyłączyć!" (reaktory oczywiście), ale trzeba się zastanowić, co zamiast nich?

Nie ma aż tak wiele sposobów wytwarzania prądu na skalę potrzebną żebyśmy nie siedzieli po ciemku i mieli zaopatrzone sklepy. Przyjrzyjmy się im po kolei.

Najpierw zauważmy, że nie ma metody na zmagazynowanie prądu w znaczniejszych ilościach. Jedyna używana metoda to elektrownia szczytowo-pompowa, ale to są drobiazgi w porównaniu z potrzebami. Generalnie prąd trzeba wytwarzać w tym momencie, w którym jest zużywany.

Spójrzmy na energię atomową. Ma ona sporo zalet (gdyby ich nie miała, nikt by się w to nie bawił). Elektrownia jądrowa zużywa stosunkowo niewielkie ilości paliwa, daje niedużo odpadów i żadnych spalin. Prąd z elektrowni jądrowej jest tani (chociaż dyskusyjne jest, czy prawidłowo dolicza się do tej ceny koszty składowania odpadów). Oczywiście nie ma na świecie nic z samymi zaletami - odpadów nie jest wiele, ale za to bardzo problematyczne. Trzeba je przechowywać przez wiele tysięcy lat zanim przestaną być niebezpieczne, i jak dotąd nikt nie ma na to dobrego sposobu. Skutki awarii elektrowni mogą też być paskudne.

No to może coś innego. Najwięcej prądu na świecie wytwarza się z paliw kopalnych - węgla kamiennego i brunatnego. No ale to jest jeszcze o wiele gorsze niż elektrownia jądrowa! Elektrownia na węgiel sieje po znacznej okolicy produktami spalania węgla i produkuje góry popiołów zawierające całą tablicę Mendelejewa, nie wyłączając pierwiastków i izotopów radioaktywnych. Szacuje się, że rocznie przez wszystkie elektronie węglowe na świecie przechodzi 10.000 ton uranu i 25.000 ton toru, większość z tych pierwiastków ląduje w popiele gromadzonym na hałdzie.  Te hałdy leżą sobie po prostu, są rozmywane i wypłukiwane przez wodę deszczową, wszystko co w nich jest trafia do powietrza i wód gruntowych, a potem do żywności. Były już próby wydobywania uranu z popiołów elektrowni, w USA między 1960 a 1970 uzyskano tak 1100 ton. Dalej: przy wydobyciu węgla giną ludzie i to wcale niemało. A wydobywanie go spod ziemi powoduje szkody górnicze, bywa że również ze skutkami śmiertelnymi.

Bezpieczniejsze są  ropa i gaz, ale przypomnijmy sobie niedawną katastrofę w Zatoce Meksykańskiej. Poza tym ropy szkoda na spalenie - jak się skończy to jak będziemy robić tworzywa sztuczne?

Jest jeszcze geotermia, no ale nie wszystkie kraje mają takie szczęście jak Islandia. Tak normalnie to można tą metodą podgrzać sobie wodę do ogrzewania, a nie popędzić dużą elektrownię.

No to może posłuchać zielonych ekologistów[*] i zająć się energią odnawialną?

Weźmy taką energię wodną. Ekologiści[*] chwalą ją, ale spróbujcie zaproponować budowę takiej elektrowni, zaraz ich grupa przykuje się do drzew w tej okolicy i wyliczy wszystkie wady tej technologii, nie trzeba będzie samemu się wysilać. Poza tym katastrofa takiej elektrowni też się zdarza i też może mieć niezły body count. Dużo energii to dużo energii, nie ma z tym żartów, niezależnie od tego w jakiej formie ta energia jest.

A co z wiatrem? Pierwszym problemem wiatru jest to, że nie zawsze wieje. A prąd musi być zawsze. Czyli każdy wiatrak musi mieć pokrycie w jakiejś innej elektrowni. A wiatraki też nie są bezproblemowe, są drogie w eksploatacji i musi być ich strasznie dużo - duży wiatrak to zaledwie 5 MW (i to jak dobry wiatr) a jeden blok normalnej elektrowni może mieć nawet 1000 MW. Podzielenie jednego przez drugie pozostawiam jako ćwiczenie dla czytelnika.

A słońce? Tu jest jeszcze gorzej. Po pierwsze u nas jest raczej słabe, a do tego z definicji nie ma go w nocy. Do tego wtedy, gdy prądu najbardziej potrzebujemy, czyli w zimie, jest go akurat najmniej. Prąd ze Słońca to, jak na razie,  rzecz nadająca się do zasilania klimatyzatorów w ciepłym klimacie, a nie na naszą strefę klimatyczną. Najwyżej trochę wody do mycia można podgrzać.

Jeszcze mamy falowanie i pływy. Ale tu podobnie jak z wiatrakami - gęstość tej energii jest zbyt mała żeby naprodukować w rozsądnej cenie potrzebną ilość prądu.

Zostało już tylko jedno - biomasa. No ale ekologiczność palenia biomasą jest baaardzo wątpliwa. Zauważmy, że bioetanol dodawany do benzyny to często jest robiony z roślin, dla uprawy których wycięto kawałek dżungli amazońskiej. No jak tak ma wyglądać ekologizm[*] to ja dziękuję. Nie mamy aż takiego nadmiaru żywności i ziem uprawnych żeby pokryć nasze zapotrzebowanie na energię z samej biomasy.

 

Prawdziwie czystą energię aż po górne bezpieczniki w nosie mogła by dać tylko synteza jądrowa. No ale już tak od dobrych 50 lat jest mowa o tym, że już za 10 lat to będzie działać. I nie działa, a ostatnio przepowiadane terminy się odsuwają. Czyli tak w zasadzie to zostaje tylko się pociąć.

 

[*] Odmawiam używania słów ekologia, ekolog oznaczających naukę i naukowca na określenie tego, co proponują różni Zieloni. Konsekwentnie używam zamiast tego słów ekologizm i ekologista, te końcówki wydają mi się zgodne z regułami polskiego słowotwórstwa w odniesieniu do ideologii.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Pomyślmy

Komentarze: (43)

Pomyślmy: Ośmiornica Paul to symbol upadku Zachodu

Jak doniosła prasa (EDIT 2015-02-06: Link już zniknął):

"Irański prezydent Mahmud Ahmadineżad oświadczył, że niemiecka ośmiornica Paul, która wsławiła się, prawidłowo typując zwycięzców piłkarskich mistrzostw świata w RPA, symbolizuje całe zło zachodniego świata"

"(...)Powiedział m.in., że słynny głowonóg to symbol dekadencji i upadku "wrogów" Iranu. Jego zdaniem ośmiornica "szerzy zachodnią propagandę i przesądy". "

Jakby się na to nie patrzeć, to on ma rację. Przynajmniej co do meritum. Domaganie się zrobienia z Paula sałatki, bo coś przypadkiem się sprawdziło, to podstawowe niezrozumienie zależności przyczynowo skutkowych i myślenie magiczne. Dekadencja, upadek i przesądy. Kto by pomyślał, że zgodzę się w czymś akurat z Ahmadineżadem.

Jest jednak różnica w naszych poglądach: on krytykuje z pozycji religijnych - Nie wolno wierzyć w takie rzeczy, bo one nie są od naszego Boga, ja z racjonalnych.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Pomyślmy

Komentarze: (2)

Pomyślmy: Drzymała i jego wóz

Nie wiem jak jest teraz, ale za moich czasów opowiadano dzieciom w szkołach historię Michała Drzymały i jego wozu. Szło to mniej więcej tak:

Michał Drzymała kupił w 1904 roku działkę budowlaną na wsi w zaborze pruskim i chciał zbudować na niej dom. Nie dostał jednak pozwolenia na budowę. Ponieważ musiał jednak gdzieś mieszkać, kupił sobie wóz cyrkowy, postawił go na swojej działce i wprowadził się. Urzędnicy stwierdzili jednak, że stojący więcej niż 24 godziny w jednym miejscu wóz to nieruchomość, która jako samowola budowlana musi zostać usunięta (prawie jak w Löwenzahnie, w pierwszym odcinku aktualnej serii nadzór budowlany też robi Fritzowi Fuchsowi podobne problemy). Drzymała znalazł jednak lukę prawną - co dzień przesuwał trochę wóz i argumentował że w związku z tym nie podlega on wymogowi uzyskania pozwolenia na budowę. Konflikt ciągnął się przez ponad 4 lata, Drzymała był nękany z tytułu różnych, zazwyczaj drobnych uchybień prawnych i w końcu jego wóz został usunięty. Potem próbował na parceli zbudować sobie lepiankę, ale to była już ewidentna samowola budowlana, prawnie nie do obrony. Historia skończyła się tym, że Drzymała sprzedał swoją działkę i kupił inną, z domem do remontu nie wymagającym pozwolenia na budowę.

Pierwszy wóz Drzymały

Pierwszy wóz Drzymały Źródło: Gdzieś z sieci

 

Drugi wóz Drzymały

Drugi wóz Drzymały, zrobiony dla niego po nagłośnieniu sprawy przez media Źródło: Gdzieś z sieci

Celowo opowiedziałem tę historię nie takim językiem jakim opowiadano ją nam, tylko współczesnym. Wtedy przedstawiano tę akcję jako przejaw strasznego ucisku Polaków na terenach zaboru pruskiego. Ale pomyślmy:

Po pierwsze jest to historia o państwie prawa. Nawet źle nastawieni urzędnicy (nieważne czy realizowali zleconą z góry politykę, czy też po prostu Polaka nie lubili) nie byli w stanie nic Drzymale zrobić, dopóki trzymał się on litery prawa. Wyobraźmy sobie podobną sytuację w zaborze rosyjskim - tam sprawa zostałaby załatwiona najdalej w kilka dni - Drzymała dostałby parę razy po mordzie, wóz by usunięto i tyle.

Po drugie: Przypomnijmy sobie różne sytuacje z ostatnich dwudziestu lat naszej Niepodległej RP. W porównaniu z tym, co nierzadko wyprawiają nasze ojczyste Urzędy Skarbowe to te straszliwe prześladowania Drzymały przez okropnych Niemców to pryszcz! Niemcy musieli szukać faktycznych niedociągnięć prawnych Drzymały i wóz usunęli dopiero po ustaleniu jego winy (pozostaje oczywiście dyskusyjna kwestia współmierności winy i kary). Natomiast polski urzędnik skarbowy przywala karę za wymyślone przewinienie i egzekwuje ją od razu (znaczy w terminie 30-dniowym), dopiero potem można iść do sądu. A sąd wyda wyrok po jakichś 2-3 latach - musztarda po obiedzie. I tak to się ciągnie już przez ponad 20 lat. I co, któryś rząd w ogóle się tą sprawą poważnie zajął?

I proszę tu mi nie imputować że to nieprawda - przez 10 lat byłem w Polsce wspólnikiem w pewnej firmie i niejedno widziałem. Na przykład kontrole przeglądające faktury w poszukiwaniu brakujących kodów pocztowych odbiorcy (no po prostu straszne przestępstwo skarbowe, dobrze że nas za te dwa rachunki do więzienia nie wsadzili) albo takich, na których nie ma daty sprzedaży i daty faktury. I nam też przywalili niesłuszną karę w znacznej wysokości zwróconą po wyroku po ponad dwóch latach. I ja wiem dlaczego tak jest - urzędnik dostaje prowizję od kar i nie musi jej zwracać nawet jeżeli sąd uznał że kara nie była słuszna.

A potem zdziwienie, że Polacy masowo wybierają emigrację. A czemu się dziwić - skoro ojczyzna traktuje ich gorzej niż zaborcy?

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Pomyślmy

Skomentuj

Pomyślmy: Wszystkie nasze nieważne sprawy

Wygrzebałem z piwnicy u rodziców swoje slajdy z NRD i przy ich przeglądaniu naszły mnie takie przemyślenia:

Na tych moich slajdach są różne rzeczy, ale niekoniecznie akurat te które bym dziś chciał tam zobaczyć. Na przykład pamiętam wielki - dziś by się powiedziało - billboard w Halle w 1988, na którym była "prognoza pogody". Zapowiadali "Reagan" (miało się kojarzyć z "Regen" - deszcz) wymalowany w postaci gromady spadających z nieba rakiet z literkami "N" (podpowiedź dla młodzieży: "Bombki mamy w kształcie kuli, grzyba i cygara. A jaki mamy asortyment! Od A do N"). Dalej było słowo "dazu" (na to) i wymalowany duży parasol w kolorze czerwonym, chroniący domy. Pamiętam, że zastanawiałem się czy zrobić zdjęcie. Rzecz była przegięta nawet jak na tamte czasy, ale znowu nie jakaś absolutnie wyjątkowa. Zdjęcia nie znalazłem, więc pewnie go nie zrobiłem. I żałuję. Dziś byłoby ozdobą bloga, dokumentem tamtych czasów. Na innych zdjęciach mam wiele obiektów i sytuacji które wtedy uważałem za niezwykłe, ważne i warte uwiecznienia. Brakuje natomiast tego co wydawało mi się zwyczajne, powszednie i nieciekawe. Tymczasem te pozornie ciekawe obiekty - na przykład zabytki - prawie się nie zmieniły i dziś w tym samym miejscu można by zrobić prawie takie samo zdjęcie, tymczasem tego zwykłego życia tamtych czasów już nie ma! Dlaczego nie zrobiłem żadnego zdjęcia katastrofalnej drogi gruntowej zaznaczonej w atlasie samochodowym jako droga dla samochodów? Dlaczego nie zrobiłem żadnego zdjęcia fasady podpartej kijem? (no, tu są jeszcze jakieś szanse że zdjęcie znajdę). Dlaczego nie zrobiłem zdjęcia tego placu z dworcem autobusowym w Erfurcie? Intershopu? I tak dalej, i tak dalej.

Nie robienie pewnych zdjęć było wtedy w pewien sposób uzasadnione. Każde zdjęcie w tamtych czasach kosztowało. Ale teraz mamy cyfrówki, możemy robić dowolną ilość zdjęć praktycznie za darmo. Do gromadzenia zrobionych fotografii nie potrzebujemy albumów, pojemników szaf - wystarczy dysk twardy (Czy masz backup swoich zdjęć? Więcej niż jeden? Ten starszy się jeszcze czyta? Kiedy ostatnio sprawdzałeś?) Zastanówmy się, co chcielibyśmy pokazać kiedyś, za 20, 30, 40 lat swoim dzieciom czy wnukom. Najciekawszy dla nich nie będzie słynny zabytek widziany na wycieczce do Włoch. To będą mogli zobaczyć albo sami, albo w sieci, albo w książce. Dla nich ciekawe będzie to, co mamy na co dzień. Odrapany budynek, dziura w ulicy, sklep, biuro w którym pracujemy, nasze mieszkanie, śmietnik przed domem, butelka ketchupu... O, właśnie, butelka. Kto ma jeszcze PRL-owską butelkę po mleku albo jej zdjęcie - ręka do góry! Tak mało? No właśnie.

Podobnie jest z różnymi starymi rzeczami. Te bardzo stare, przedwojenne i starsze przechowuje się pieczołowicie. Ale te dwudziesto- i trzydziestoletnie są zbyt nowe, wyrzucamy je najczęściej bez żalu, nawet gdy są w dobrym stanie. Wszyscy tak robią, więc niedługo wcale ich nie będzie! Zwłaszcza gdy była to masówka niskiej jakości - prawie nikt tego nie zachowa!

Nie chcę namawiać tu do zapełniania piwnic starym badziewiem. Rozwiązanie jest to samo co wyżej - mamy aparaty cyfrowe - zróbmy tym rzeczom zdjęcia przed wyrzuceniem! Nasze wnuki będą je oglądać z wypiekami na policzkach! Wszystko, co pochodzi sprzed większych zmian - wszystko co PRL-owskie, NRD-owskie, radzieckie, polskie z wczesnych lat 90-tych itd. warte jest uwiecznienia. Nawet gdy jest zepsute, połamane, zniszczone i nadaje się na śmietnik!

 

A tak swoją drogą, gdy patrzę na to jakie ceny uzyskują NRD-owskie rzeczy na różnych aukcjach to aż mnie skręca, że takie same powyrzucałem.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Pomyślmy

Skomentuj

Pomyślmy (2): Krem do opalania

Krem do opalania

Krem do opalania Źródło: www.rossmannversand.de

Grudzień, za oknem zimno i mokro (Niemcy mają na określenie takiej pogody ładne słowo naßkalt), a mi się zebrało na wspominanie lata i słońca. No ale żeby pomyśleć to każdy moment jest dobry.

Już od wielu lat producenci kosmetyków straszą nas słońcem. Rak! Rak! Rak! Ratuj się kto może! Obowiązkowo posmaruj się kremem/mleczkiem/sprayem do opalania! Im wyższy współczynnik ochrony - tym lepiej!

No właśnie. Pamiętam, że jeszcze kilka lat temu typowy współczynnik ochrony wynosił 8-10, bez problemu można było kupić środki ze współczynnikiem 5, a nawet bywało 2-3 (dla już dobrze opalonych). Gdy pojawił się pierwszy środek ze współczynnikiem 20, w reklamie wampir wysmarowany tą dwudziestką leżał sobie na plaży.

A dziś? Piątki są w ogóle jeszcze w produkcji? Jeszcze trochę i nie będzie można kupić niczego poniżej 20, za to są środki 50+. A czy to dobrze? Pomyślmy.

Ludzie chcą w lecie być opaleni - przecież to symbol statusu. Nie musimy przez cały czas siedzieć w pracy, stać nas na urlop. Więc - na plażę. I tam, zgodnie z zaleceniami, smarujemy się mleczkiem do opalania, dwudziestką. No i siedzimy tam aż się przynajmniej trochę opalimy. Nie ma sprawy, że parę godzin - mamy przecież mleczko dwudziestkę.

No i wieczorem się okazuje. Mleczko oczywiście działa świetnie, ale tu, na ramieniu nam się parę centymetrów kwadrat przy smarowaniu pominęło. O, i tu tuż nad kąpielówkami - przy smarowaniu były podciągnięte wyżej, potem się trochę zsunęły. A, i tu na plecach. Gdybyśmy mieli mleczko piątkę, to na plaży bylibyśmy krótko i miejsca te byłyby tylko zaczerwienione, no najwyżej skóra by zeszła. Ale mieliśmy dwudziestkę, siedzieliśmy tam długo, w tych miejscach mamy regularne poparzenia!

No i właśnie. Mleczko miało nas chronić przed oparzeniami, a stało się ich przyczyną. Dało nam złudne poczucie bezpieczeństwa i osłabiło naszą czujność. Pomyślmy dalej: Czy to jedyny taki przypadek? Z pewnością nie. Wrócę do tego wkrótce.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Pomyślmy

Skomentuj