Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Ale Meksyk tutaj jest

Ostatnio mam mnóstwo zajęć i nie dochodzę do pisania notek, a tyle miałbym do opowiedzenia. Ale spróbuję, może się uda dociągnąć notkę do końca w rozsądnym czasie. Dziś o podróży do Meksyku, zanim wszystko zapomnę.

W notce pisanej on location twierdziłem, że Meksyk jest jak Polska około 1995. Niedawno chciałem coś na temat Meksyku sprawdzić w Wikipedii i zauważyłem podany tam dochód narodowy brutto na mieszkańca. Poszedłem tym tropem i porównałem go z tym samym parametrem dla Polski. Teraz Polska leży oczywiście znacznie wyżej, ale z danych historycznych wyszło mi, że tyle co ma Meksyk teraz było właśnie gdzieś około połowy lat dziewięćdziesiątych. Jakie to proste.

Zacznijmy od podróży:

  • Na lotnisku we Frankfurcie przy kontroli zapomniałem zdjąć zegarka (mocno metalowego). Zapoznałem się dzięki temu z takim dużym, cylindrycznym skanerem na człowieka. Działa - na ekranie pojawiła się moja sylwetka z zaznaczonym lewym nadgarstkiem.
  • Do Mexico City leciałem Lufthansą, 747-800. Miałem miejsce przy oknie, ale w zasadzie nie było potrzebne - na monitorku można było wybrać sobie obraz z kamery z przodu samolotu (sensowne tylko przy kołowaniu) albo widok w dół. Mała rzecz, a cieszy.
Cień samolotu

Cień samolotu

  • Z Mexico City do Guadalajary leciałem linią Aeromexico - całkiem normalny lot, nic do opowiadania.
Mexico City by night

Mexico City by night

  • Kontrole w Meksyku były najdokładniejsze - elektronikę kazali układać w jednej warstwie i sprawdzali o wiele bardziej niż gdzie indziej. Za to w USA kazali wszystko z kieszeni włożyć do plecaka i luzacko skanowali wszystko na raz na kupie.
  • W Meksyku ze względu na mafie taksówkarskie, na lotnisku można kupić bilety na taksówkę. Mówi się dokąd, płaci w kasie, dostaje bilet, daje się go taksówkarzowi i nie zostaje się orżniętym. Tyle że mi szefostwo zorganizowało jakiegoś pracownika który po mnie przyjechał, a po przywiezieniu do hotelu powiedział że zwyczajowo się takiemu płaci, tyle a tyle. Może nie było specjalnie drogo, z grubsza tyle co za Ubera, tyle że bez rachunku. To już bym wolał ten bilet na taksówkę.
  • Powrót miałem United przez Houston. Straszne sknery na tym krótkim locie - przy każdym ekraniku był czytnik do kart płatniczych, nawet żeby oglądać mapę trzeba było zapłacić. Przy check-inie online do wyboru pokazywały się tylko miejsca za dopłatą. Dałem spokój z online i dobrze zrobiłem - dostałem bez dopłaty miejsce przy oknie, po stronie odsłonecznej.
Meksyk z góry

Meksyk z góry

  • Przy pasie w Guadalajarze stoją stare, złomowane samoloty. Ale na muzeum techniki jeszcze za mało.
Złom na lotnisku w Guadalajarze

Złom na lotnisku w Guadalajarze

  • W Houston zarezerwowali mi połączenie z czasem przesiadki około 2 godzin. No to było knapp - odstałem te krótsze kolejki, nie musiałem pobierać i zdawać bagażu, a dotarłem do gejta na dziesięć minut przed boardingiem. Nawet nie zdążyłem zajrzeć do kiosku z gazetami. Na drugi raz - jeżeli będzie drugi raz, bo aż tak się do tego nie palę - muszą dać więcej czasu. Może nawet tyle, żeby zdążyć jeszcze zobaczyć rakiety? Tym by mnie mogli przekonać do powtórzenia akcji.
  • Z Houston do Frankfurtu leciałem też United, Dreamlinerem. Taki był niby ładny, amerykański, ale kamer do wyglądania na zewnątrz nie miał. Okienka nie były zasłaniane mechaniczną zasłonką, tylko przyciemniane elektrycznie i problem jest taki, że rano nikomu się nie chce przełączyć na przezroczysto (bo i bez tego coś tam widać) i ze środkowego rzędu nawet nie da się powiedzieć czy już jest dzień, czy jeszcze nie. To już lepsze były te zasuwki. I jeszcze: przy każdym siedzeniu są gniazdka USB i 110V w standardzie amerykańskim, ale tak umieszczone, że żeby trafić w gniazdko wtyczką sieciową to chyba trzeba by się położyć na podłodze, bo inaczej nie widać gdzie wkładać i trafia się w te gniazda USB. Po prostu katastrofalne.

Teraz trochę wrażeń z Meksyku:

  • Toalety to oni mają w systemie amerykańskim. Widziałem kiedyś kawałek lets-playa z Simsami i dziwiło mnie, dlaczego tam co chwilę ktoś wyciera podłogę w łazience. Teraz już wiem dlaczego - te muszle się po prostu zapychają. Tam w Meksyku koło każdej muszli stoi wiadro, do którego wrzuca się zużyty papier toaletowy, żeby się muszla nie zapychała. Nawet w firmie tak jest, tyle że w firmie mają automatyczne spłukiwanie minimalną ilością wody.
Meksykańska toaleta

Meksykańska toaleta

  • Również w firmie krany w umywalkach nie leją wody jak europejskie, tylko rozpylają ją w delikatną mgiełkę. Z drugiej strony trudno się dziwić - bardzo sucho tam jest, wodę trzeba oszczędzać.
  • Liczniki prądu są ogólnodostępne, na zewnątrz posesji. Podobno to dlatego, że przy problemach z płatnością po prostu wymontowuje się licznik bez konieczności wchodzenia na teren prywatny.
Licznik energii na ulicy

Licznik energii na ulicy

  • Chodząc po mieście zobaczyłem jak układają tam instalację wodną: Mieli wyskrobaną w ziemi bruzdę, głęboką na jakieś pięć centymetrów, układali w niej rurkę miedzianą i przysypywali ziemią. U nas by nie działało, u nas bywa jeszcze mróz. W podobnie uproszczony (w porównaniu z europejskim) sposób układali drogę.
  • Główne ulice zorganizowane są tak, że na środku są po dwa pasy w każdą stronę, dalej po obu stronach oddzielenie i znowu po dwa pasy. Skręcanie w boczne ulice działa z tych zewnętrznych, przejazdy między pasami zewnętrznymi i wewnętrznymi tylko co pewien czas. Oznakowanie poziome jest daleko nie wszędzie. Wszyscy ciągle skaczą między pasami wewnętrznymi a zewnętrznymi, co jeszcze powiększa wrażenie chaosu w ruchu drogowym.
  • Na skrzyżowaniach światła dla samochodów umieszczone są za skrzyżowaniem, a świateł dla pieszych nie ma wcale, trzeba się orientować na światła dla samochodów. Ale w ogóle ruch pieszy był bardzo mały, jak na miasto na półtora miliona w niezbyt bogatym kraju.
  • W supermarketach mieli różne ciekawe ciastka, ale żadnych torebek czy czegoś takiego, a zapytać nie umiałem bo nie hablam wcale. Dopiero w firmie mi wyjaśnili, że gdzieś tam muszą leżeć metalowe tace i szczypce, bierzesz taki set, kładziesz na tacy ciastka i idziesz z tym do pani na stoisku, a ona pakuje do torebek i przyczepia ceny.
  • Na samoobsługowym stoisku z wędlinami zobaczyłem kiełbaski "Salchichas estilo Polaco" no i musiałem spróbować. Były to parówki, nawet nie najgorsze, zrobione w USA, co wiele wyjaśnia.
  • Koledzy zachwalali meksykańskie kakao, ale nie takie w proszku. Sprzedają oni takie duże "pastylki" kakao z cukrem, jedną pastylkę rozpuszcza się w litrze gorącego mleka. Kupiłem parę wariantów, synowi bardzo smakowało (oprócz tych słodzonych stewią, w ogóle sporo używają tam stewii)
  • Chciałem spróbować zjeść coś małego, meksykańskiego po drodze, w jakimś centrum handlowym. Ze trzydzieści stoisk, ale głównie nie miejscowe - sandwicze, słodkie, pizza, chińskie... Za czwartym obejściem zdecydowałem się na coś takosowego (głównie dlatego że były zdjęcia i mogłem pokazać palcem). Oczywiście nie mówili po angielsku, ja na wszystkie pytania "czy dodać..." odpowiadałem "si". Problem powstał przy napoju. Pokazali cztery słoje, zawartość trzech nie przypominała niczego, a w czwartym pływały plasterki świeżego ogórka. Wybrałem więc czwarty, a na pytanie "czy dodać..." odpowiedziałem "no". Napój okazał się wodą o smaku ogórkowym, a to czego nie chciałem to prawdopodobnie była sól. A na stolikach soli nie było. Tak to jest jak się miejscowego języka nie umie, a miejscowi nie umieją we wspólnym.
  • W centrum handlowym był sklep zoologiczny i trochę mnie zaszokowało że w klatkach mieli psy, również szczeniaki. No mać, taki szczeniak potrzymany przez kilka tygodni w ciasnej klatce musi mieć potem problemy z socjalizacją!
Szczeniaki w sklepie zoologicznym

Szczeniaki w sklepie zoologicznym

  • Większość ich słodyczy to cukier z cukrem posypany cukrem i obtoczony w cukrze (próbowałem już wcześniej, bo co chwilę ktoś przywoził), ale mają też ciekawsze rzeczy, w rodzaju suszonego przecieru z miąższu jakichś owoców, przyprawionego chili. To jest niezłe, ale bardzo intensywne. Zaleta jest taka, że nie da się tym obżerać, to można jeść tylko powoli i nie za dużo.
  • Meksykańska czekolada jest nieco inna niż europejska. Nie znam różnic technologicznych, ale jest inna.
  • Hotel był naprawdę dobry (sieci Riu) tylko, cholera, oni mają taki system pościeli jak we Francji. Znaczy dwa prześcieradła i koc. Prześcieradła miały brzegi włożone artystycznie i głęboko pod materac, a koce leżały w szafie zapakowane do pojemnika. Żeby ułożyć sobie to wszystko w sposób nadający się do spania trzeba się było cokolwiek narobić, a następnego dnia pokojówka układała wszystko znowu tak jak na początku i chowała koc do szafy. No szlag by ich trafił, masa nikomu niepotrzebnej roboty dla obu stron.
  • Śniadania hotelowe były rewelacyjne. Kosztowały co prawda kilkanaście euro, ale jedzenie było jakościowe a do wyboru było tyle, i na ciepło, i na zimno, i owoców, i ciast, i napojów, i t.d., że przez ten ponad tydzień nie zdążyłem nawet wszystkiego spróbować. Jedno mi się tylko nie podobało - oni tam w Meksyku używają do niektórych potraw jakiejś takiej przyprawy, która smakuje jak rozpuszczalnik (przynajmniej ja ją tak odbieram) i musiałem ostrożnie próbować, najpierw nie za dużo, żeby się nie okazało że tego akurat nie jestem w stanie jeść. Tak się obżerałem na śniadanie, że nie miałem ochoty nie tylko na obiad, ale często nawet na kolację.
  • Telewizja meksykańska beznadziejna totalnie, powiedziałbym że nawet gorsza niż w Polsce a.d. 1995. Oglądałem głównie US-amerykańskie kanały informacyjne, ale oni też przynudzali.
  • Nie ma tam wróbli i wron, ale są podobne, miejscowe zamienniki. Nawet lepsze, bo nie tak hałaśliwe.
Meksykański zamiennik wróbla

Meksykański zamiennik wróbla

Meksykański zamiennik wrony

Meksykański zamiennik wrony

  • Dzień i noc prawie równo po 12 godzin to nie jest to, strefa umiarkowana rulez.
  • Gringom odradzają jeżdżenie taksówkami, jeździ się Uberem. Kierowcy bywają zaskakujący, raz na przykład jechaliśmy z facetem w garniturze i słuchającym muzyki klasycznej. Najczęstsze skojarzenie z Niemcami które obserwowaliśmy u Uberowców to Allemania - Rammstein! Serio, paru takich sam widziałem, a wszyscy opowiadali że z takimi się zetknęli nie raz. To jest dopiero rozpoznawalność marki. W samochodzie jednego z tamtejszych programistów, który raz odwoził mnie do hotelu leciał Blind Guardian, a on sam twierdził że akurat wszystkie jego ulubione zespoły są niemieckie.
  • Raz wracaliśmy Uberem z firmy z kolegą mówiącym nie najgorzej po hiszpańsku, jedynym który lubi tam w Meksyku siedzieć (bo jest młodym, przystojnym singlem, mieszka tam w najlepszym hotelu i wyrywa najlepsze dziewczyny). Kierowcy tak się dobrze z nim rozmawiało, że nadłożył kilka kilometrów (w Uberze nie zmienia to opłaty za przejazd). Temu Niemcy kojarzyły się (oprócz piłkarzy) z Hitlerem, ale wbrew pozorom było to u niego skojarzenie pozytywne. Rozmowa potoczyła się w dziwnym kierunku (mimo że nie hablam, rozumiałem mniej więcej o czym mowa). Wysiedliśmy zdegustowani.
  • W mieście na półtora miliona nie znalazłem ani jednego sklepu z pamiątkami. No ale może to dlatego, że w tym wielkim mieście w ogóle niewiele do zobaczenia jest, tylko katedra, zabytków tyle co kot napłakał, a muzea całe trzy mniej więcej, z czego żadne po opisie mnie nie zachęciło.
Katedra w Guadalajarze

Katedra w Guadalajarze

  • Za to na lotnisku, w strefie wolnocłowej tyle sklepów z pamiątkami i wyrobami regionalnymi, ile jeszcze w takim miejscu nie widziałem. Kupiłem pocztówki i chciałem wysłać, ale się okazało że tam się nie da kupić znaczka pocztowego. Pytałem w wielu sklepikach, ale wszyscy mówili że nie ma (o ile w ogóle znali jakieś słowa po angielsku, a przecież w takim miejscu to by się jednak przydało). Pocztówki musiałem wysłać z Niemiec.
  • Z ciekawostek: w Guadalajarze w 1992 pewnego dnia przez sześć godzin wybuchała kanalizacja. Rzędu 500 ofiar śmiertelnych (dane bardzo różne, zależy gdzie przeczytać), 8 kilometrów ulic zniszczone, 15.000 ludzi straciło dach nad głową. Więcej TUTAJ (jest też po polsku, ale słabo przetłumaczone)

Podsumowanie: Ciekawe doświadczenie, raz można było polecieć, ale na powtórkę nie jestem bardzo chętny. Jeden z kolegów, skoro już tam był, to zrobił sobie dwutygodniowe wczasy (z rodziną), objechał dużą część Meksyku, pokazywał zdjęcia, ale też mnie aż tak bardzo nie zachęciły.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Ciekawostki, Warto zobaczyć

Komentarze: (14)

Warto zobaczyć: Muzeum historii medycyny, Charite Berlin

Mnóstwo miejsc które warto zobaczyć czeka na opisanie, a ja ciągle mam zbyt wiele zajęć żeby do tego dojść. Ale to, co widziałem ostatnio było tak mocne, że muszę się podzielić.

W ostatnich tygodniach niemiecka telewizja publiczna pokazała premierowo nowy, sześcioodcinkowy serial o lekarzach z berlińskiego szpitala Charite. Nazwa ta chyba nie jest większości czytelników z Polski znana, ale główni bohaterowie z pewnością tak. Są to słynny patolog Rudolf Virchof, i trzej laureaci Nagrody Nobla: Robert Koch, Paul Ehrlich i Emil von Behring. Serial całkiem nie najgorszy, oczywiście nie jest to rzecz naukowa, tylko popularna historyjka na faktach i tle, ale da się oglądać a i istotne fakty się zgadzają. Tu trailer:

A poczytując w sieci informacje uzupełniające znalazłem, że w szpitalu Charite jest muzeum. Wracając z kraju zajechaliśmy więc. No i okazało się że muzeum jest po prostu zajebiste. Zaplanowałem że zejdzie na nie godzinka, a po wyjściu okazało się, że minęły ponad trzy - to chyba najlepsza rekomendacja. Tak naprawdę to za dużo wrażeń na jeden raz, należałoby pójść tam parę razy. Jedyny problem jest taki, że absolutnie nie pozwalają tam robić zdjęć i notka będzie opatrzona tylko dwoma zdjęciami budynków z zewnątrz.

Charite, Berlin

Charite, Berlin

Muzeum mieści się w budynku, w którym wykładał Virchof, i w którym miał on swoją kolekcję preparatów. Sala w której wykładał zachowała się w stanie ruiny - w końcu wojny budynek został częściowo zniszczony, potem odbudowano nad salą strop (tyle że z betonu), ale w sali zostało tylko to, co było z cegły.

Zwiedzanie zaczyna się od wystawy okresowej, teraz jest to wystawa poświęcona kryminalistyce. Bardzo interesująca, wszystkie aspekty szukania, zabezpieczania i analizy śladów przestępstw są dokładnie pokazane i omówione. Może to być szczególnie wartościowe dla miłośników kryminałów.

Wystawa stała zaczyna się od historii kolekcjonowania preparatów patologicznych, wywiedziona ona jest z gabinetów osobliwości, którymi chwalili się wszyscy szanujący się (i odpowiednio bogaci) szlachcice. Wywód prowadzi oczywiście do kolekcji Vichofa, która jest trzonem najciekawszej części ekspozycji.

Virchow był jednym z najbardziej znanych patologów tamtych czasów, jego mottem było "Kein Tag ohne Preparat" (z grubsza "Dzień bez preparatu to dzień stracony"). Nagromadził on mnóstwo zadziwiających preparatów, nierzadko naprawdę szokujących. UWAGA: Rzecz nie jest dla delikatesów! Na przykład płód, na oko 7-8 miesięczny z jednym okiem pośrodku czoła - regularny cyklop - musi zrobić wrażenie na nieprzygotowanym fachowo obserwatorze, nawet dość odpornym. Wyraźnie odradzają (odradzają - nie mylić z "zakazują") chodzenie tam z dziećmi poniżej 16 lat. Oczywiście wszystko jest do decyzji rodziców, widziałem tam chłopaka na oko 12 letniego, radził sobie bez problemu (ale może ma rodziców chirurgów, albo sporo grał w Brutal Doom).

Oprócz tego jest tam jeszcze ciekawa kolekcja narzędzi i przyrządów medycznych z różnych okresów, sporo o historii szpitala oraz szpitalnictwa w ogólności. Na okrasę jest jeszcze trochę tablic związanych z serialem. Ale od razu wyjaśnienie co do serialu: Nie był on kręcony "on location" w Berlinie, a głównie w Pradze, bo tam wnętrza zachowały się w stanie bliskim tego sprzed około stu lat.

Charite, Berlin

Charite, Berlin

Po obejrzeniu kolekcji Virchofa naszły mnie przemyślenia (nie żeby specjalnie nowe). Syn poznał ostatnio we Frankfurcie jednego studenta pierwszego roku biologii, który jest zwolennikiem Inteligentnego Projektu. Mam nadzieję że nie dotrwa on końca studiów jako fan ID, znaczy albo go nauczą faktów, albo wywalą. Ale uważam że każdy wyznawca "Genialnego, Inteligentnego Projektanta" powinien pooglądać sobie taką kolekcję. Przecież gdyby ktoś w przemyśle zaprojektował produkt czy proces robiący tak poważne problemy i z tak wysoką stopą błędów, to szybko wyleciałby z roboty. Naprawdę ktoś chce wierzyć w geniusz takiego fuszera? I to będąc przedstawicielem gatunku, u którego jedną z najczęstszych przyczyn śmierci jest przytkanie takiej jednej rurki? Jeżeli już naprawdę upierać się przy osobowym stwórcy, to o wiele łatwiej i niesprzeczniej jest wyobrazić sobie "Wielkiego Zegarmistrza" konstruującego mechanizm (ewolucyjny) i puszczającego go w ruch. Bo wtedy co złego, to nie On, to wygenerował biegnący proces, a nie "Projektant". Oczywiście nie rozwiązuje to ostatecznie problemu niedostatecznej fachowości "Zegarmistrza" tworzącego zawodny mechanizm, tylko odsuwa go z centrum uwagi - ale to inny temat.

Szpital leży w dawnej części wschodniej, bardzo blisko niegdysiejszego muru. Z parkowaniem w okolicy jest ciężko, polecam parkhaus, zwłaszcza że trudno ocenić ile czasu będzie potrzebne na zwiedzanie (z pewnością bardzo zależy to od własnej odporności i zainteresowania tematem).

 Adres:

Berliner Medizinhistorisches Museum

Charitépl. 1, 10117 Berlin - tak jest podane w sieci, ale to adres bramy głównej szpitala, który spory jest. Muzeum mieści się w drugim końcu terenu, wewnętrzne ulice mają swoje nazwy i adres wewnętrzny to Virchofweg 18

Otwarte:

  • Wtorek, czwartek, piątek, niedziela - 10-17
  • Środa i sobota 10-19
  • W poniedziałki nieczynne

Wstęp:

  • Bilet normalny 9 EUR
  • Bilet ulgowy 4 EUR
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Komentarze: (5)

Wakacje z terroryzmem

Znowu nie bardzo mam czas na blogowanie, więc notka z dużym opóźnieniem. I jeszcze nie skończyłem polecanek z poprzednich wakacji, a tu już minęły następne. W tym roku znowu pojechaliśmy do Francji, najpierw na tydzień do Paryża a potem na drugi do Normandii, w okolice plaż lądowania.

I w tym momencie na pewno część czytelników zada pytanie w stylu: "A nie baliście się zamachów?".  Tak zresztą pytali się nas różni ludzie, zazwyczaj z Polski. Już na długo przed wyjazdem miałem na to odpowiedź, a nawet dwie:

  • No nie przesadzajmy, to ma być jakaś straszna fala zamachów? OAS to to nie jest, a nawet RAF. Ryzyko śmierci w wypadku komunikacyjnym w drodze na urlop jest o rzędy wielkości wyższe.
  • A co to za różnica, u mnie we Frankfurcie, ogólnie w Niemczech czy we Francji? Tu też ktoś może wpaść na pomysł odpalenia bomby na Zeilu, akurat jak tam będę na zakupach.

Drugi argument zyskał nawet bezpośrednie potwierdzenie na dzień przed wyjazdem, kiedy ten gostek w Monachium zaczął strzelać do ludzi koło centrum handlowego. Praktycznie wszędzie na świecie coś podobnego może się zdarzyć, różne są najwyżej używane narzędzia i motywacje.

Teraz o prawdopodobieństwie: Jeden mój kolega (z Polski) był w Madrycie 11 marca 2004 (przypominam czytelnikom przekonanym że terroryzm w Europie zaczął się dopiero parę lat temu i od ISIS - wybuchło wtedy 10 bomb, 191 zabitych, 1858 rannych). Kolega był cały dzień na mieście, a o zamachach dowiedział się wieczorem z telewizji. Takie wydarzenia zawsze mają bardzo ograniczony zasięg i wcale nie jest tak łatwo być akurat w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie.  Jest oczywiście trochę miejsc na świecie gdzie prawdopodobieństwo podobnego zdarzenia jest znacznie wyższe i akurat tam wolałbym  nie jechać, ale one wszystkie są trochę dalej, raczej poza zasięgiem urlopowego wyjazdu samochodowego.

A potem, podczas wyjazdu, w Normandii, w jednym z muzeów zobaczyłem świetnie pasujący na argument cytat z Dwighta D. Eisenhowera:

Cytaty z Dwighta D. Eisenhowera

Cytaty z Dwighta D. Eisenhowera

Dwight D. EisenhowerIf you want total security, go to prison. There you're fed, clothed, given medical care and so on. The only thing lacking is freedom.

Dwight D. EisenhowerJeżeli chcesz totalnego bezpieczeństwa, idź do więzienia. Tam cię nakarmią, ubiorą, dadzą opiekę medyczną itd. Jedyne czego będzie brakowało to wolność.

Poguglałem za źródłem i zdaje się że nie jest to stuprocentowo dokładny cytat tylko parafraza, ale sens oryginału jest ten sam. Myśl została wygłoszona prawdopodobnie (tylko prawdopodobnie, bo nie doguglałem się do całego tekstu, ale za to do wielu dyskusji na temat prawdziwości cytatu) w przemówieniu w roku 1949. Ale nawet gdyby cytat był zmyślony, sama myśl jest dobra.

Myśl jest co prawda niezupełnie precyzyjnie sformułowana - ja powiedziałbym, że w więzieniu będzie brakowało wolności "do", ale za to będzie totalna wolność "od".

Jest taki autostereotyp Polaków, że kochają oni wolność ponad wszystko i o wiele bardziej niż inne nacje. Kiedyś też w to wierzyłem, ale z roku na rok coraz bardziej przekonuję się że to bzdura. Duża część Polaków (zwłaszcza o sympatiach prawicowo-populistycznych) już w tym więzieniu mentalnie jest i nawołuje do jeszcze szczelniejszego zamknięcia go. Dla nich każdy "ciapaty" to śmiertelne zagrożenie, każda inność to terror. Unia, pedał, AIDS, gender, wszyscy czyhają tylko na biednego Polaka, trzeba się od nich uwolnić przez szczelne zamknięcie. Dokładnie tak, jak stwierdził Eisenhower. I jeszcze oddają klucze do tego więzienia pozbawionym hamulców socjopatom.

No ale wróćmy do wakacyjnych wojaży. W zeszłym roku nie zdążyliśmy zobaczyć w Paryżu tego i owego i pojechaliśmy na tydzień jeszcze raz. Tym razem zupełnie inaczej niż poprzednio - mieszkaliśmy na przedmieściach i do miasta jeździliśmy samochodem (wychodziło taniej niż komunikacją miejską, nawet po przy ich drogich parkhausach). Mieszkaliśmy w domku na terenie małej posiadłości z XVIII- wiecznym pałacykiem. Po zobaczeniu tego na własne oczy aż poszukałem w sieci kim są nasi gospodarze (nie widzieliśmy ich, byli na wyjeździe, rozmawialiśmy z panią tylko przez telefon i kontaktowaliśmy się ze służbą). Okazało się, że posiadłość należy do miejscowego polityka, posła do francuskiego  parlamentu (z centroprawicowej UMP) z tego akurat okręgu.

Posiadłość

Posiadłość

Miejsce bardzo przyjemne, cena nieprzesadna, jak ktoś chce pomieszkać to proszę o kontakt. Lokum znalazłem na HomeAway (uwaga: wersje serwisu dla różnych krajów mają różne nazwy, na przykład niemiecka to FeWo-Direkt) - to normalne pośrednictwo legalnego wynajmu (w wynajmowanym przez nas domku leżały kopie wszystkich niezbędnych dokumentów do wglądu, żona parlamentarzysty musi być poza wszelkim podejrzeniem), a nie odpowiednik Ubera służący do kombinowania na podatkach, jak Wimdu czy AirBnB.

Drugi tydzień spędziliśmy w Normandii, mieszkaliśmy w budynku z widokiem na morze, położonym między plażami Utah a Omaha. Ta okolica ma chyba największą koncentrację muzeów wojskowo-historycznych na świecie, praktycznie co wioska to dwa-trzy muzea, a wiele z nich bardzo ciekawe. Wszędzie można kupić różne wygrzebane albo zachomikowane pamiątki po wojnie, w rodzaju łusek, odłamków, hełmów, wojskowej zastawy stołowej ze swastykami, amerykańskich opatrunków osobistych itp.

Pamiątki

Pamiątki

Syn kupił sobie łuskę od półcalowego naboju opisaną jako powojenna, ale za to za tylko 4 euro. Za takie same tylko w gorszym stanie, opisane jako oryginalne, z inwazji, chcieli 10 euro. (Dygresja: Tu przypomina mi się jeden kawałek z Dicka z rozważaniami czym różni się stary przedmiot który miała w ręku jakaś sławna postać, od takiego samego, którego nikt znany w ręku nie miał. Albo stary przedmiot od jego współczesnej kopii). A w innym miejscu kupiliśmy parę niemieckich łusek karabinowych z kawałkami taśmy, taniocha, jedno euro. Mają tam takich rzeczy mnóstwo. Jak trochę poszukać na plaży, można samemu znaleźć samemu pordzewiałe kawałki metalu, syn zebrał tego parę kilo, ale naprawdę bardzo pordzewiałych. Jedyne co udało nam się jak dotąd zidentyfikować to kawałki drutu kolczastego, inne spróbujemy jeszcze poodrdzewiać (bo bardzo grubo pordzewiałe i trochę poobrastane morskimi żyjątkami), trudno powiedzieć co to, pewnie po prostu odłamki, ale może wyjdzie coś ciekawego. Nie trzeba było żadnego wykrywacza do metalu - na plaży Utah było jedno takie miejsce, całkiem blisko głównego wejścia na plażę, koło muzeum i pomników. Kontrolnie można zabrać ze sobą magnes, bardzo pomaga w odróżnianiu grudek stalowych od niestalowych. (Uzupełnienie: jak na razie jeden kawałek odrdzewił się ładnie, z niekształtnego, rdzawego kamyka wyszedł podłużny odłamek pancernej stali).  Muzea postaram się jeszcze popolecać, a teraz kilka nieuporządkowanych, drobniejszych obserwacji:

  • W Paryżu i okolicach widać było wyraźnie mniej turystów niż w zeszłym roku. Sporo ludzi ma więzienie w głowie. No ale za to wszędzie mniejszy tłok, a w sklepikach z braku klientów intensywnie namawiają do zakupów i proponują rabaty.
  • Kiedy przyjechaliśmy do naszej kwatery pod Paryżem, koło oczka wodnego w parczku przy pałacyku właścicieli stała sobie sójka. Trochę uszkodzona - nie miała ogona. Załatwiliśmy formalności, wnieśliśmy bagaże, poszliśmy zobaczyć czy sójka jeszcze jest - była, tyle że leżała już martwa w wodzie. Hm. Life is brutal.
  • We Francji też mają segregację śmieci, ale nie tak daleko posuniętą jak w Niemczech. Mieli tam tylko trzy pojemniki: jeden na szkło (w dowolnym kolorze), jeden na papiery i plastiki (ale tylko duże, żeby się dały ręcznie rozsortować) no i normalny, na resztę. Jeszcze długa droga przed nimi, żeby chociaż dogonić Niemcy.
  • Wszędzie każą pokazywać zawartość toreb, w każdym centrum handlowym (nawet małym, Carrefour + parę sklepików), w każdym muzeum... Ja tam uważam to za przesadę, ale pewnie ludzi uspokaja.
  • Przedmieścia Paryża, gniazdo problemów społecznych i patologii, znane z notorycznego palenia samochodów, niespecjalnie różnią się od niektórych dzielnic Frankfurtu, a od niektórych dzielnic w Polsce głównie nie tak jednolitym kolorem skóry mieszkańców. Nie żeby to mnie zaskoczyło, ale chciałem to napisać jako doświadczone osobiście.
  • W Normandii pamięć o inwazji widoczna jest na każdym kroku i daje sporo do myślenia na temat wartości wolności i demokracji i ceny jaką trzeba zapłacić jak się te wartości zapuści.
  • Wszystkie te wielkie umocnienia Wału Atlantyckiego zbudowanie wielkim wysiłkiem i kosztem, i tak okazały się psu na budę jak przyszło co do czego. Już pisałem, że strategia podbojów rzymskich była bez porównania lepsza od hitlerowskich. Limes wytrzymał paręset lat, Imperium też, Wał Atlantycki i Rzesza tylko parę.
  • Te łodzie desantowe używane masowo przy inwazji, myślałem że były metalowe, a one były jednak z drewna.
LCVP

LCVP

  • Jacy ci Francuzi byli przewidujący - zachomikowali sobie straszliwe ilości pamiątek po inwazji. Na przykład amerykańskie opatrunki osobiste. W każdym sklepiku po kilkanaście paczek, na pewno część już się sprzedała, a jeszcze musi być spory zapas. Przecież to są takie ilości, że ludzie musieli masowo trzymać po stodołach całe skrzynie tego, i tak przez ponad 70 lat! Teraz chcą po 10 euro od sztuki.
  • Oni tam hodują ostrygi na stołach. Przy odpływie można do nich dojechać nawet traktorem.
Farma ostryg

Farma ostryg

  • W jednym miejscu miały być foki, i rzeczywiście były, tyle że tak daleko że na maksymalnym zoomie (30x) z trudnością daje się je na zdjęciu zidentyfikować.
Foki

Foki

Mam nadzieję, że uda mi się dojść do napisania paru notek, bo jest o czym.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Komentarze: (4)

Warto zobaczyć: Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget

Muzeum techniki w Paryżu jest niezłe, ale muzeum lotnictwa jeszcze lepsze. Mieści się ono na dawnym, podparyskim lotnisku Le Bourget. Jego zalążek powstał już w roku 1919 i w związku z tym to jedno z najstarszych muzeów lotnictwa na świecie.

Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget

Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget

Budynek lotniska jest duży i modernistyczny i świetnie nadaje się na muzeum lotnictwa. I mają tu tych samolotów mnóstwo - powiedziałbym to muzeum jest co najmniej równorzędne z muzeum RAF. RAF miał samolotów bardzo dużo, ale praktycznie wyłącznie wojskowe, głównie WWII i z nielicznymi wyjątkami dopiero od lat trzydziestych XX wieku - tutaj mają i okres pionierski, i WWI, i lotnictwo cywilne, i prototypy, i kosmonautykę... W zasadzie najgorzej są zaopatrzeni w WWII, ale przyczyny są dość oczywiste.

Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget

Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget

Spory jest dział kosmiczny i mają sporo sprzętu radzieckiego. Ale to nie jest specjalnie dziwne - Francuzi przez długi czas współpracowali w tej dziedzinie z ZSRR i pewnie głównie  dzięki temu mamy teraz ESA i europejski program kosmiczny.

Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget

Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget

W sali z prototypami mają prawdziwe dziwactwa, na przykład takie (Leduc 010):

Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget - Leduc 010

Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget - Leduc 010

Hangar z samolotami z WWII był w remoncie i nie mogliśmy wejść. Szkoda, bo mają tam też parę samolotów francuskich, trudnych do zobaczenia gdzie indziej, na przykład Dewoitine D.520 (zdjęcie przez okno)

Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget - Dewoitine D.420

Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget - Dewoitine D.420

Wstęp do muzeum jest bezpłatny (!). Płatne jest tylko oglądanie w środku szczególnych atrakcji, które są trzy:

  • "Forfait avions" - nie wiem co to ma znaczyć, "avions" to na pewno samoloty ale "forfait"? Nie udało mi się sensownie przetłumaczyć przy użyciu sieci, może po prostu głupio nazwane. Można w ramach tej atrakcji zobaczyć w środku Concorde (prototyp i samolot seryjny), Jumbo Jeta, Dakotę i Super Frelona - nie weszliśmy, bo 747 w środku widzieliśmy w Speyer a Concorde w Sinsheimie. Nawiasem mówiąc Super Frelon to był kiedyś świetny set Hellera w 1:35, ale już nie robią, a nieliczne nie sklejone egzemplarze chodzą na ebayu bardzo wysoko.
  • Planetarium
  • Symulatory
  • Atrakcje dla dzieci związane z techniką kosmiczną.

Więc raczej nie ma co płacić, chyba że z dziećmi, cała reszta jest za darmo.

No i jeszcze płaci się za parkowanie, bo lepiej przyjechać samochodem. To już jest na przedmieściach, daleko od centrum. Wjazd na parking oznaczony jest słabo, zauważyłem dopiero za drugim kółkiem. Jeszcze gorzej było z płaceniem za parking - automat stoi na zewnątrz budynku, cokolwiek schowany. Musiałem się pytać w kasie jak zapłacić i nie tylko ja miałem taki problem.

Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget

Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget

W muzeum stały tablice na temat udziału polskich pilotów w obronie Francji w 1940, tekst przygotowany przez Polaków (byli podpisani) ale tylko po francusku. Nawet nie po angielsku. Żona pisząc do ambasady w sprawie muzeum Curie wspomniała i o tym, i tu też ambasador się kopsnął i ustalił że zostanie opracowany tekst po angielsku i polsku.

Bardzo polecam, jedno z większych muzeów lotnictwa jakie widziałem z bardzo dużą kolekcją ciekawych eksponatów.

Poniżej link do stron muzeum, niestety głównie po francusku. Da się dojść do wersji po angielsku, ale tylko fragmentarycznej i nawet angielska informacja o biletach nie zgadza się z francuską.

Adres:

Musée de l’air et de l’espace

Aéroport de Paris
Le Bourget BP 173
93352 Le Bourget Cedex France

Czynne:

  • Codziennie od 10 do 18

Wstęp:

  • Wystawy stałe - za darmo
  • Jedna atrakcja - 9/7 EUR
  • Dwie atrakcje - 14/11 EUR
  • Trzy atrakcje - 17/13 EUR
  • Cztery atrakcje - 21/17 EUR
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Warto zobaczyć: Musée des Arts et Métiers, Paryż

Kolejne wakacje coraz bliżej, a ja jeszcze nie zdążyłem z polecankami po poprzednich. Nie ma na co czekać, trzeba pisać nowe notki.

Dziś o muzeum w Paryżu, które nazywa się "Muzeum sztuki i rzemiosła", a tak naprawdę to jest muzeum techniki. Muzeum nie jest może zbyt wielkie, ale po Deutsches Museum to każde wydaje się małe. Mieści się ono częściowo w zabudowaniach, które kiedyś należały do klasztoru. Również w klasztornym kościele - i to jest świetne i symboliczne zastosowanie dla budynku kościoła.

Francuscy naukowcy i inżynierowie niejedno odkryli i wynaleźli, więc i w Paryżu jest co pokazać. Mają tu na przykład:

Pojazd parowy Cugnota z roku 1771, i jest to oryginał! Pojazd jest wielki, źle wyważony i niepraktyczny, trudno się dziwić że armia dała sobie z nim spokój. Nie mogę się tylko nadziwić, jak im się uchował przez już prawie ćwierć milenium!

Pojazd Cugnota

Pojazd Cugnota

Parowy samolot Clementa Adera - Avion III z roku 1892-1897. I to też jest oryginał! Samolot nie latał oczywiście - jakoś nie kojarzę żadnego latającego samolotu z napędem parowym - ale wygląda zarąbiście, pełny steampunk.

Samolot parowy Avion III

Samolot parowy Avion III

I jeszcze maszyny liczące Pascala, wyposażenie laboratorium Lavoisiera, silniki spalinowe Lenoira itd. itd.

Kalkulatory Pascala

Kalkulatory Pascala

W nawie kościoła znajduje się - również oryginalne - wahadło Foucaulta, oraz kolekcja wczesnych francuskich samochodów i motocykli. Jest tu motocykl Milleta z silnikiem gwiazdowym w kole (o którym już było przy okazji Opla), samochody de Diona, i Panharda, omnibus parowy L'Obéissante z 1873...

Motocykl Milleta

Motocykl Milleta

Samochody znajdują się na przestrzennym rusztowaniu, które im trochę nie wyszło - za lekko zbudowane, wytrzymuje tylko 15 zwiedzających na raz i cały czas ktoś z obsługi musi pilnować żeby więcej nie wchodziło.

Musée des Arts et Métiers

Musée des Arts et Métiers

Ogólnie bardzo polecam, porządny kawał historii techniki, może nie największe, ale same ciekawe rzeczy. Najlepiej dojechać metrem, najbliższa stacja (nazywająca się tak samo jak muzeum) też jest warta zobaczenia, cała w stylistyce steampunkowej.

Adres:

Musée des arts et métiers
60 rue Réaumur
Paris 3e

Godziny otwarcia:

  • wtorek,  środa - 10-18
  • czwartek 10-21:30
  • piątek-niedziela 10-18

Wstęp:

  • Dorośli - 8 EUR
  • Dzieci do 26 roku życia za darmo
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Komentarze: (3)

Warto zobaczyć: Muséum national d’histoire naturelle – Galerie de Paléontologie et d’Anatomie Comparée

Dziś o drugiej części Muzeum  Przyrodniczego w Paryżu. Wielka Galeria Ewolucji była niezła, ale dość nowa. Natomiast trzon wystawy Galerii Paleontologii i Anatomii Porównawczej to XIX-wieczne zbiory słynnego anatoma Georgesa Cuviera.

Ekspozycja składa się z dwóch części. Na piętrze mamy paleontologię, i to nie jest specjalne. To stara kolekcja, w innych muzeach jest mnóstwo bogatszych i lepszych.

Galeria paleontologii, Paryż

Galeria paleontologii, Paryż

Budynek jest stary i zdobienia są z XIX wiecznego żeliwa.

Galeria paleontologii, Paryż

Galeria paleontologii, Paryż

Natomiast na parterze mamy anatomię porównawczą i to jest po prostu ZA-JE-BIO-ZA! To trzeba zobaczyć! (weźcie oczywiście poprawkę, że możecie być trochę inaczej poskręcani niż ja).

Galeria anatomii porównawczej, Paryż

Galeria anatomii porównawczej, Paryż

Galeria anatomii porównawczej, Paryż

Galeria anatomii porównawczej, Paryż

Galeria anatomii porównawczej, Paryż

Galeria anatomii porównawczej, Paryż

Inicjator kolekcji - Cuvier - był jednym z pionierów klasyfikacji zwierząt nie według ich cech zewnętrznych - co owocowało na przykład zaliczaniem wielorybów do ryb - tylko według ich budowy wewnętrznej. I tu kolejne gabloty pokazują, układ po układzie, różne rozwiązania budowy wewnętrznej zwierząt, ekstrema dla każdego organu, podobieństwa i różnice, zależność budowy od trybu życia itd. Jest to świetnie zrobione - same konkrety, pokazane to, co istotne, jakbym mieszkał w Paryżu kupiłbym bilet roczny i chodził tam przynajmniej dwa razy w miesiącu przyglądać się kolejnym gablotom, po jednej - dwóm na wizytę, ale za to bardzo dokładnie. W sumie aż dziw, że Cuvier na tej podstawie nie zaakceptował koncepcji ciągłej ewolucji. Miał nawet na wsparcie swojej niewiary dowód - przebadał egipską mumię kota, przywiezioną z wyprawy Napoleona do Egiptu i stwierdził, że przez te kilka tysięcy lat kot się wcale nie zmienił. Wniosek prosty. Cuvier był za to zwolennikiem katastrofizmu - uważał że gatunków było kiedyś o wiele więcej niż obecnie, tylko większość wyginęła w różnych katastrofach, na co dowodem były szkielety kopalne Ale za to anatomem był tak dobrym, że na podstawie paru kości potrafił trafnie zrekonstruować kompletny wygląd całego zwierzęcia.

Galeria anatomii porównawczej, Paryż

Galeria anatomii porównawczej, Paryż

Sala wypchana szkieletami robi mocne wrażenie, zainteresowani tematyką z pewnością widzieli ją w telewizji. Ale to trzeba zobaczyć osobiście i dokładnie.

Adres

Galerie de Paléontologie et d’Anatomie Comparée

2 rue Buffon
75005 Paris

Godziny otwarcia
  • Zamknięte we wtorki
  • poniedziałek, środa-piątek 10-17
  • soboty, niedziele, święta kwiecień-wrzesień 10-18, październik-marzec 10-17
Wstęp
  • Dorośli 7 EUR
  • Dzieci i młodzież 4-25 lat - 5 EUR
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Warto zobaczyć: Muséum national d’histoire naturelle – Grande galerie de l’évolution, Paryż

Dalej Paryż, dziś mniej niszowy.

Muzeum przyrodnicze w Paryżu wywodzi się bezpośrednio - chociaż to głupio brzmi - z królewskiego ogródka z ziołami leczniczymi, założonego w roku 1735.  Ogródkiem zarządzali królewscy medycy - a w zasadzie byli to znani naukowcy tamtych czasów - i oni sterowali w stronę placówki badawczej. Za Rewolucji Francuskiej instytucje królewską zamieniono na muzeum i dzięki temu zbiory ocalały. Potem, po upadku Napoleona też udało się wszytko ocalić dzięki osobistemu wstawiennictwu Humboldta u króla pruskiego. I dzięki temu mamy co oglądać.

Niestety zorganizowane to nie jest dobrze. Muzeum to kilka niezależnych części mieszczących się w różnych budynkach, nie da się kupić jakiegoś zbiorczego biletu na wszystko, a kupowane pojedynczo wychodzą sumarycznie drogo. Więc trzeba wybierać.

Nie mogę jednak wykluczyć, że bilet zbiorczy jednak jest, tylko ja nie mogłem się tej informacji doszukać. Strony muzeum są bardzo nieprzejrzyste i w dodatku tylko po francusku, mimo intensywnego korzystania z pomocy wujka Googla Translata nic nie znalazłem. A i przy kasach porozumienie odbywało się głównie na migi. Wybrałem więc dwie części muzeum, pierwszą z nich była Wielka Galeria Ewolucji. TUTAJ link do strony muzeum (tylko po francusku), a TUTAJ do artykułu w wiki (też tylko po francusku - jakżeby inaczej)

Muséum national d’histoire naturelle - Grande galerie de l'évolution, Paryż

Muséum national d’histoire naturelle - Grande galerie de l'évolution, Paryż

Pomieszczenia Wielkiej Galerii Ewolucji przetrwały parę wojen, ale po WWII podupadły mocno ze względu na brak kasy, w 1966 zostały zamknięte. Eksponaty zaczęły niszczeć. Dwa lata później, po wielkiej kampanii medialnej,  zabezpieczono dach, żeby woda się do środka nie lała i zostawiono wszystko na 20 lat. Dopiero w 1988 podjęto decyzję o renowacji tej części muzeum, a w 1991 otwarto je ponownie. Ekspozycja tej części mieści się w hali którą gdyby była w Anglii nazwałbym "wiktoriańską". Konstrukcja hali jest jednak nowa, udająca tylko XIX-wieczną, żeliwną. Oświetlenie jest bardzo efektowne a pochód zwierząt robi mocne wrażenie. Jeżeli ktoś jest fanem programów przyrodniczych w stylu "Animal Curiosities" Davida Attenborough, z pewnością widział tą salę w telewizji.

Muséum national d’histoire naturelle - Grande galerie de l'évolution, Paryż

Muséum national d’histoire naturelle - Grande galerie de l'évolution, Paryż

Zdjęcia takie sobie, bo mi aparat padł. Po włączeniu nie chciał wysuwać obiektywu i mówił że zepsute. Jak się po powrocie z urlopu okazało, z gorąca akumulatory odmówiły posłuszeństwa. Czyli dobrze się skończyło, ale sporo zdjęć z Paryża musiałem zrobić kompaktem syna.

Muséum national d’histoire naturelle - Grande galerie de l'évolution, Paryż

Muséum national d’histoire naturelle - Grande galerie de l'évolution, Paryż

Reszta ekspozycji też jest niezła, ale nie zdejmuje skarpetek. Jak sama nazwa wskazuje mowa jest o ewolucji. My widzieliśmy już masę dobrych muzeów przyrodniczych, więc to nie zrobiło na nas aż takiego wrażenia, ale zobaczyć warto, zwłaszcza z dziećmi. Ale mają na przykład dodo - w Londynie też mieli mieć, ale było akurat w konserwacji.

Muséum national d’histoire naturelle - Grande galerie de l'évolution, Paryż - Dodo

Muséum national d’histoire naturelle - Grande galerie de l'évolution, Paryż - Dodo

Adres

Grande Galerie de l’Évolution

36 rue Geoffroy Saint-Hilaire
75005 Paris

Otwarte

  • codziennie oprócz wtorków i Pierwszego Maja od 10 do 18

Wstęp

  • Dorośli 9 EUR (cena w normie, ale jak by chcieć odwiedzić wszystkie części muzeum to trzeba by kupę kasy)
  • Dzieci i młodzież do 26 roku życia - za darmo
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Warto zobaczyć: Musée d’Histoire de la Médecine, Paryż

Kontynuujemy temat niszowych muzeów w Paryżu. Dziś Muzeum Historii Medycyny.

Muzeum mieści się na uniwersytecie, podobnie jak Muzeum Curie, tyle że na wydziale medycyny. Budynek wydziału zbudowano w samym początku wieku XX, ale kolekcję zaczęto zbierać już w wieku XVIII. Mają tu całkiem ciekawy zbiór przyrządów medycznych. Muzeum to tylko jedna sala, ale mimo wszystko warto zobaczyć.

Muzeum historii medycyny, Paryż

Muzeum historii medycyny, Paryż

Oczywiście nie jestem żadnym fachowcem od medycyny i nawet nie zapamiętałem większości prezentowanych przedmiotów. Ale były bardzo interesujące.

Muzeum historii medycyny, Paryż

Muzeum historii medycyny, Paryż

Oczywiście zapamiętałem głównie kurioza. Tu zabytkowy zestaw do homeopatii.

Muzeum historii medycyny, Paryż

Muzeum historii medycyny, Paryż

A tu największe kuriozum (również rozmiarowo). Niestety trochę słabo widać.

Muzeum historii medycyny, Paryż

Muzeum historii medycyny, Paryż

To jest taka duża maszyna elektrostatyczna (wielkie koło z plexi z tyłu) do terapii, alternatywnej oczywiście. Pomagało również oczywiście na wszystko i jeszcze bardziej oczywiście sesja słono kosztowała.

 

Polecam, ale tylko pasjonatom, bo bardzo niszowe.

Adres

Musée d'Histoire de la Médecine
12, rue de l'Ecole de Médecine - 75006 Paris

Otwarte:

  • między 01.09 a 15.07  od 14 do 17:30 oprócz czwartków, niedziel i świąt
  • 15.07 - 31.08 od 14 do 17:30 oprócz sobót i niedziel

Wstęp: 3,50 EUR

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Warto zobaczyć: Musée Curie, Paryż

Czas nadrobić zaległe notki o tym, co warto zobaczyć, nie tylko w Niemczech. Dziś Paryż, Muzeum Curie.

Muzeum Curie, Paryż

Muzeum Curie, Paryż

Muzeum mieści się w historycznych pomieszczeniach Instytutu Radowego - to właśnie tu były laboratorium i gabinet Marii Curie - kierowniczki tego instytutu. Budynek zbudowano w latach 1911-1914, Maria Curie pracowała w nim od 1914 do śmierci w 1934 i zaraz potem pomieszczenia zostały przeznaczone na muzeum i pozostawione w oryginalnym stanie. No i to zrobiło na mnie największe wrażenie - to wręcz kult osoby Marii Curie!

Muzeum Curie, Paryż

Muzeum Curie, Paryż, laboratorium Marii Curie

Muzeum Curie, Paryż

Muzeum Curie, Paryż, gabinet Marii Curie

No ale co się dziwić - przecież ona osiągnęła absolutny szczyt kariery naukowej w czasach, kiedy dla kobiety było to wręcz niemożliwe. Przypomnę to zdjęcie, ogólnie znane, ale warto je przypominać jak najczęściej

Solvay Conference 1927

Solvay Conference 1927 (klik powiększa)

Kongres Solvaya, 1927. Maria Curie siedzi w pierwszym rzędzie, jako jedyna kobieta, wcale nie w charakterze paprotki - tylko jako naukowiec równorzędny z pozostałymi, a lista ich jest całkiem jak indeks nazwisk z solidnego podręcznika fizyki.

Wróćmy do muzeum. Oprócz laboratorium i gabinetu możemy zobaczyć w gablotach oryginalny sprzęt doświadczalno-pomiarowy i parę zestawionych na wzór oryginalnych eksperymentów. Możemy też zapoznać się z życiorysami rodziny Curie - w końcu najbardziej utytułowanej rodziny naukowców na świecie.

Muzeum Curie, Paryż

Muzeum Curie, Paryż

Byliśmy tam ostatniego dnia lipca - uwaga chętni do zwiedzania: w sierpniu muzeum jest zamknięte a trudno się tego doczytać na stronach w sieci! - krótko przed zamknięciem, a ruch był spory, zwłaszcza jak na takie niszowe muzeum. To też zrobiło na mnie spore wrażenie.

Muzeum Curie, Paryż

Muzeum Curie, Paryż

Informacje były dostępne w kilku językach, ale po polsku akurat nie. Po tym zwiedzaniu żona napisała maila do ambasady w Paryżu, żeby coś z tym zrobili, ale nie bardzo wierzyliśmy że coś się stanie. A tu niespodziewanie po kilku tygodniach przyszła odpowiedź że ambasador kopsnął się na miejsce, pogadał trochę i ustalił, że we współpracy powstaną ulotki po polsku. Mała rzecz, a cieszy.

Bardzo interesujące są eksponaty pokazujące wpływ odkrycia radu na popkulturę. Co nowoczesne było nazywane "radowym". Marką "Radium" były nazywane na przykład żyletki (tata golił się kiedyś żyletkami i pamiętam takie z napisem "Radium"), brzytwy, kosmetyki, kołowrotki wędkarskie, a nawet papierosy (patrząc z perspektywy świetna nazwa :-) ).

Muzeum Curie, Paryż

Muzeum Curie, Paryż, żyletki "Radium"

Ówczesna fantastyka i sensacja też często kręciły się wokół radu.

Muzeum Curie, Paryż

Muzeum Curie, Paryż, fantastyka i sensacja w temacie radu

Ogólnie bardzo polecam. Tylko radzę uważać: W sierpniu i w różne święta muzeum jest zamknięte, a na stronie muzeum (głównie po francusku) dość trudno tą informację znaleźć (widzę że dopisali po angielsku, przed wakacjami musiałem korzystać z wujka tłumacza googla). Godziny otwarcia też są nie bardzo  dogodne - od środy do soboty 13-17.

Ale za to wstęp za darmo.

Adres:

Musée Curie
1, rue Pierre et Marie Curie (jakże by inaczej)
5e arrondissement de Paris.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Nie warto zobaczyć: Klasztor Mont Saint Michel

Dziś znowu o obiekcie z listy UNESCO - klasztor Mont Saint Michel.

Mont Saint Michel

Mont Saint Michel

No i potencjalnie to powinna być fantastyczne rzecz - średniowieczny zamek na skale wystającej z terenu okresowo zalewanego przez pływy, zresztą jedne z najwyższych na świecie (14 m od najniższego minimum do najwyższego maksimum). Ale w praktyce się okazuje, że prawdziwa narracja tej okolicy jest zupełnie inna niż mówią reklamy.

Zacznijmy od klasztoru. Do klasztoru dochodzimy (lub dojeżdżamy bezpłatnym autobusem) po czymś w rodzaju molo. Wysiadamy z autobusu i wchodzimy przez bramę. I nagle jesteśmy w wielkiej pułapce na turystów - ze wszystkich stron kuszą sklepy ze straszliwie przedrożonymi pamiątkami i jedzeniem. (Uwaga praktyczna: Nie korzystać z toalety koło bramy, bardzo droga, dalej można skorzystać  nawet bezpłatnie). Po drodze do zamku mijamy parę prywatnych, drogich muzeów, naganiacze naganiają, ale raczej nie warto. Sam zamek/klasztor można zobaczyć, ale to już tylko puste, gołe mury i tłok prawie jak w tramwaju, serio nie bardzo warto.

Mont Saint Michel

Mont Saint Michel

Ale wcale nie chcę przez to powiedzieć, że nie warto tam przyjechać. To co najciekawsze to wcale nie te średniowieczne mury. Całość jest smutnym pomnikiem tryumfalnej ideologii "panowania nad naturą" i dzisiejszych prób odkręcenia wcześniejszych błędów. A było to tak:

Przez wieki jedyną możliwością dotarcia do klasztoru było zasuwanie na piechotę po dnie morza w trakcie odpływu. Okno czasowe na przejście miało jakieś parę do kilku godzin (zależnie od wysokości pływu akurat), słabo widzę możliwość dojazdu konno albo wozem - nawet człowiek bez obciążenia cokolwiek zapada się na tym gruncie. W drugiej połowie wieku XIX zbudowano tam więc groblę, po której można było wygodnie dojechać pod sam klasztor, najpierw dorożką, potem samochodem. Bo co tam jakaś przyroda, jak człowiek chce wygodnie dojechać, to dojedzie i już.

Tyle że grobla zaburzyła przepływ wody i teren wokół klasztoru zaczął się wypłycać. Dziś jest tak źle, że woda dochodzi do wzgórza tylko przy wyższych przypływach (mniej niż połowie przypływów w ogóle). Gdyby nic nie zrobić, za pewien czas w ogóle zrobiłby się tam ląd zarośnięty roślinnością i całą wyjątkowość miejsca szlag by trafił. A z wyjątkowością również status "Światowego dziedzictwa ludzkości".

A do tego przecież nie można dopuścić (kasa misiu, kasa), więc od kilku lat prowadzony jest tam program restytucji pierwotnego charakteru terenu. Projekt wykorzystuje fakt, że tuż obok klasztoru do morza uchodzi rzeka. Na niej zbudowano zaporę.

Mont Saint Michel - zapora

Mont Saint Michel - zapora

Zapora normalnie jest zamknięta i zbiera się za nią woda rzeki. Jak już się jej sporo nazbiera, w trakcie odpływu zapora zostaje otwarta i szybko płynąca woda zabiera piasek w stronę morza. W następnym kroku zlikwidowano groblę i zastąpiono ją takim molo na palach (całkiem niedawno - 2014). Dzięki temu wszystkiemu jest nadzieja, że uda się znowu pogłębić zatokę i wszystko zrobi się jak dawniej

Rzecz daje inżynierowi do myślenia na temat konsekwencji różnych działań, i chociaż z tego powodu warto tam pojechać. Ale według mnie do klasztoru warto wejść głównie dla widoku z góry na nowo zbudowane instalacje hydrotechniczne.

Mont Saint Michel - widok na instalacje hydrotechniczne

Mont Saint Michel - widok na instalacje hydrotechniczne

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Komentarze: (7)

Strona 1 z 512345