Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Nie warto zobaczyć: Klasztor Mont Saint Michel

Dziś znowu o obiekcie z listy UNESCO - klasztor Mont Saint Michel.

Mont Saint Michel

Mont Saint Michel

No i potencjalnie to powinna być fantastyczne rzecz - średniowieczny zamek na skale wystającej z terenu okresowo zalewanego przez pływy, zresztą jedne z najwyższych na świecie (14 m od najniższego minimum do najwyższego maksimum). Ale w praktyce się okazuje, że prawdziwa narracja tej okolicy jest zupełnie inna niż mówią reklamy.

Zacznijmy od klasztoru. Do klasztoru dochodzimy (lub dojeżdżamy bezpłatnym autobusem) po czymś w rodzaju molo. Wysiadamy z autobusu i wchodzimy przez bramę. I nagle jesteśmy w wielkiej pułapce na turystów - ze wszystkich stron kuszą sklepy ze straszliwie przedrożonymi pamiątkami i jedzeniem. (Uwaga praktyczna: Nie korzystać z toalety koło bramy, bardzo droga, dalej można skorzystać  nawet bezpłatnie). Po drodze do zamku mijamy parę prywatnych, drogich muzeów, naganiacze naganiają, ale raczej nie warto. Sam zamek/klasztor można zobaczyć, ale to już tylko puste, gołe mury i tłok prawie jak w tramwaju, serio nie bardzo warto.

Mont Saint Michel

Mont Saint Michel

Ale wcale nie chcę przez to powiedzieć, że nie warto tam przyjechać. To co najciekawsze to wcale nie te średniowieczne mury. Całość jest smutnym pomnikiem tryumfalnej ideologii "panowania nad naturą" i dzisiejszych prób odkręcenia wcześniejszych błędów. A było to tak:

Przez wieki jedyną możliwością dotarcia do klasztoru było zasuwanie na piechotę po dnie morza w trakcie odpływu. Okno czasowe na przejście miało jakieś parę do kilku godzin (zależnie od wysokości pływu akurat), słabo widzę możliwość dojazdu konno albo wozem - nawet człowiek bez obciążenia cokolwiek zapada się na tym gruncie. W drugiej połowie wieku XIX zbudowano tam więc groblę, po której można było wygodnie dojechać pod sam klasztor, najpierw dorożką, potem samochodem. Bo co tam jakaś przyroda, jak człowiek chce wygodnie dojechać, to dojedzie i już.

Tyle że grobla zaburzyła przepływ wody i teren wokół klasztoru zaczął się wypłycać. Dziś jest tak źle, że woda dochodzi do wzgórza tylko przy wyższych przypływach (mniej niż połowie przypływów w ogóle). Gdyby nic nie zrobić, za pewien czas w ogóle zrobiłby się tam ląd zarośnięty roślinnością i całą wyjątkowość miejsca szlag by trafił. A z wyjątkowością również status "Światowego dziedzictwa ludzkości".

A do tego przecież nie można dopuścić (kasa misiu, kasa), więc od kilku lat prowadzony jest tam program restytucji pierwotnego charakteru terenu. Projekt wykorzystuje fakt, że tuż obok klasztoru do morza uchodzi rzeka. Na niej zbudowano zaporę.

Mont Saint Michel - zapora

Mont Saint Michel - zapora

Zapora normalnie jest zamknięta i zbiera się za nią woda rzeki. Jak już się jej sporo nazbiera, w trakcie odpływu zapora zostaje otwarta i szybko płynąca woda zabiera piasek w stronę morza. W następnym kroku zlikwidowano groblę i zastąpiono ją takim molo na palach (całkiem niedawno - 2014). Dzięki temu wszystkiemu jest nadzieja, że uda się znowu pogłębić zatokę i wszystko zrobi się jak dawniej

Rzecz daje inżynierowi do myślenia na temat konsekwencji różnych działań, i chociaż z tego powodu warto tam pojechać. Ale według mnie do klasztoru warto wejść głównie dla widoku z góry na nowo zbudowane instalacje hydrotechniczne.

Mont Saint Michel - widok na instalacje hydrotechniczne

Mont Saint Michel - widok na instalacje hydrotechniczne

Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Komentarze: (7)

Warto zobaczyć: Grube Messel

Dawno nie było nowych notek - aktualny projekt w którym robię od wielu miesięcy, balansuje na granicy katastrofy (jakby się posłuchali mnie na samym początku, to wszystko szło by gładko) i nie mam specjalnie czasu na inne zajęcia. Ale ponieważ pojawia się wyraźne niezadowolenie społeczne ze względu na brak notek, to wrzucę co jest już od miesięcy prawie gotowe. Sporo ciekawych rzeczy widziałem we Francji i też mam w planach o tym notki, ale dziś o czymś co mam prawie za rogiem (jakieś 25 km) - Grube Messel.

Sądzę, że większość czytelników nigdy o tym miejscu nie słyszała, a tymczasem jest ono na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO w kategorii "Przyroda".

Grube (czyli kopalnia) Messel powstała w połowie wieku XIX. Najpierw wydobywano tu rudę darniowa, potem trafiono na węgiel brunatny, a na koniec dokopano się do łupków bitumicznych. Akurat mniej więcej wtedy pojawiły się samochody na benzynę i powstał rynek na znaczne ilości produktów ropopochodnych. Skala wydobycia była całkiem spora - do zamknięcia zakładu w roku 1971 wydobyto tu podobno 20 milionów ton łupków z których pozyskano około miliona ton produktów naftowych. Pozyskiwanie odbywało się metoda krakingu - w takich łupkach nie ma ropy wprost, do freakingu się nie nadają, nie ma obawy. Działały tu 24 pirolityczne piece krakingowe, w swoim czasie najnowocześniejsze na świecie. Niestety żaden się nie zachował, gdyby jakiś został, miejsce z pewnością było by na liście UNESCO również w kategorii "kultura" (techniczna oczywiście).

Grube Messel - widok ogólny

Grube Messel - widok ogólny

Potem wzrost podaży ropy spowodował, że wydobycie tutaj stało się nieopłacalne i w roku 1971 eksploatacji złoża ostatecznie zaprzestano. A potem politycy wymyślili, że taka dziura w ziemi świetnie nadaje się na wysypisko śmieci, i śmieci zaczęły przyjeżdżać.

Teraz narracja z drugiej strony: Od samego początku eksploatacji łupków tutaj było wiadomo, że znajduje się w nich świetnie zachowane skamieniałości - już przy pierwszych próbach w 1876 znaleziono tu szkielet aligatora. Ale kogo to wtedy obchodziło, poza garstką fascynatów. W 1971 wyglądało to już trochę inaczej. Przeciw zamienieniu Grube Messel w wysypisko śmieci mocno protestowali naukowcy i okoliczni mieszkańcy, powstał cały ruch obywatelski który kosztem dużego wysiłku i sporej ilości prywatnych pieniędzy w końcu wygrał batalię - wysypisko śmieci nie powstało, a w roku 1991 teren kupił land Hesja i przeznaczył go na teren badań naukowych. Było to możliwe tylko dzięki temu, że tymczasem do parlamentu i rządu Hesji dostali się Zieloni, i to oni uratowali to stanowisko. Ich partner koalicyjny - CDU - przez cały czas starał się przeciwdziałać i odkręcać, i proszę im to dobrze zapamiętać.

Grube Messel - widok ogólny

Grube Messel - widok ogólny

A co w tej okolicy jest takiego szczególnego? Otóż było to tak: Jest to krater wulkanu. Jakieś 48 milionów lat temu lawa w tym wulkanie trafiła na wody gruntowe i wybuch pary opróżnił lej o średnicy ok. 2 km do głębokości dobrych 300 metrów. Wkrótce w leju zebrała się woda tworząc bardzo głębokie a przy tym stosunkowo wąskie jezioro. I teraz w cyklu rocznym na dno tego jeziora opadała warstwa obumarłych alg na przemian z warstwą pyłu. Środowisko na dnie jeziora było beztlenowe i w ten sposób powstały łupki bitumiczne, bardzo powoli, jakieś 0.1 mm/rok. Łupki takie zawierają około 30-40% wody a jak wyschną rozdzielają się na cieniutkie warstwy (można pomacać grunt przy zwiedzaniu i zobaczyć to na własne oczy).

Grube Messel - wyschnięte łupki

Grube Messel - wyschnięte łupki

I oczywiście do jeziora wpadał nie tylko pył, ale również rośliny i zwierzęta. Ze względu na beztlenowe środowisko praktycznie nic się tam na dnie nie rozkładało, tylko zostało świetnie zakonserwowane. I teraz rozdzielając warstwy łupka można znaleźć zakonserwowane skamieniałości. Naprawdę świetnie zakonserwowane - na odciskach można rozpoznać włosy, pióra, organy wewnętrzne, zawartość żołądków... Przy zwiedzaniu dostajemy do ręki łupek z pokrywami chrząszczy które połyskują zielono-metalicznie, prawie jak nowe. Po czterdziestu milionach lat! (Dygresja: U Carda w cyklu Homecoming Saga istotną rolę gra system sztucznych satelitów działający bezobsługowo od paru milionów lat. W tym momencie wzmacniany hak do zawieszania niewiary urwał mi się z hukiem i tylko stwierdziłem:  "Parę milionów lat to nawet młotek nie wytrzyma". A tu proszę - siatka dyfrakcyjna odbiciowa działa po 42 milionach lat). Takich znalezisk nie ma praktycznie nigdzie indziej na świecie. I jest tego mnóstwo - na sezon wykopaliskowy znajduje się tu jakieś 2-3 TYSIĄCE skamieniałości, i to uwzględniając tylko porządne, w miarę kompletne, paru liści czy pojedynczej kostki nikt tu nawet nie liczy.

Grube Messel - Nietoperz

Grube Messel - Nietoperz

Jednym z warunków wpisania miejsca czy obiektu na listę UNESCO jest żeby można je było zwiedzać. Koło terenu zbudowano centrum w stylu betonowo-brutalistycznym, o jego estetyce można dyskutować.

Grube Messel - centrum informacyjne

Grube Messel - centrum informacyjne

W centrum możemy zobaczyć bardzo dobrze zrobiony film o historii terenu. Film jest po niemiecku z angielskimi napisami. Oprócz tego mamy tu wystawę co fajniejszych znalezisk, fragmenty rdzenia z sondażowego wiercenia w środku krateru i też nieźle zrobiony film dookólny w którym widzimy wnętrze otworu wiertniczego z perspektywy głowicy wiertniczej. Nie jest tego wszystkiego bardzo dużo, ale ponad godzinę trzeba sobie zarezerwować. My byliśmy w niedzielę, siedział tam pracownik naukowy z Senkenbergu, preparował jakąś skamieniałość i można było się go zapytać o szczegóły techniczne.

Grube Messel - prezentacja preparacji wykopalisk

Grube Messel - prezentacja preparacji wykopalisk

Na zewnątrz możemy zajrzeć w dolinę z ogólnodostępnej platformy widokowej.

Preparacja znalezisk nie jest bezproblemowa - łupek gdy wyschnie rozpada się i kostki idą w rozsypkę. Dopiero w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku opracowano technologię konserwacji - na łupek ze szkieletem wylewa się żywicę (chyba epoksydową), po jej utwardzeniu odwraca się znalezisko na drugą stronę i usuwa łupek.

Krater jest spory, a podobno przed rozpoczęciem eksploatacji był pełny łupka prawie po brzegi i teren był płaski.

Na samo zwiedzanie centrum nie opłaca się tu przyjeżdżać. Jak już, to trzeba pójść na zwiedzanie terenu. Tylko z przewodnikiem - według przepisów jest to kopalnia i obowiązują przepisy kopalniane. Nie wiem czy zwiedzanie jest też w językach innych niż niemiecki. Warto zarezerwować sobie miejsce telefonicznie albo przez sieć - przyjechaliśmy tuż przed turą zwiedzania i miejsce było dopiero za dwie godziny.

Standardowe zwiedzanie to godzina, lepsza tura to dwie godziny, ale dwugodzinne jest tylko w tygodniu. W związku z tym byliśmy na godzinnym, może nie jest to bardzo dużo, ale mimo wszystko warto. Z kompetentnym przewodnikiem (u nas była to pani biolog z Senkenbergu) schodzimy drogą kawałek wgłąb krateru, ale nie dochodzimy do stanowisk wykopaliskowych. Ale dostajemy do ręki oryginalne kawałki łupka ze skrzydłami mrówki, czy odciskiem szkieletu (odciskiem - jak rozdzielić warstwy to szkielet zostaje z jednej strony, a z drugiej jego odcisk negatywowy) i parę koprolitów.

Ogólnie warto i polecam, ale tylko ze zwiedzaniem krateru.

Dojazd: Myślałem wcześniej, że Grube Messel to nazwa tego miejsca i jak się pokazało w nawigacji to wybrałem nie wpisując ulicy, ale okazało się, że tak nazywa się najbliższa miejscowość. Dobrze że przeczytałem uwagi o dojeździe w sieci - trzeba się kierować na "Besucherzentrum", nie na "Museum". Muzeum to niezależna placówka, odwiedzę je innym razem.

Adres:

UNESCO Weltnaturerbe Grube Messel
Roßdörfer Straße 108
D-64409 Messel

Czynne:

  • Codziennie 10-17

Wstęp:

  • Besucherzentrum:
    • Dorośli: 10 EUR
    • Dzieci: 8 EUR
    • Rodzina: 7 EUR/osobę
  • Besucherzentrum + zwiedzanie krateru
    • Dorośli: 14 EUR
    • Dzieci: 11 EUR
    • Rodzina: 11 EUR/osobę
Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Przez Hitlera musimy budować garaże

Ostatnio mam tyle zajęć, że nie dochodzę do blogowania. Kilka notek od miesięcy leży praktycznie gotowe, tylko zdjęcia powklejać, inne już przemyślane, tylko wpisać, ale jakoś czasu i ochoty nie ma. Ale właśnie się zmusiłem, mam nadzieję że teraz uda mi się pisać regularniej.

Podczas zwiedzania terenu Dulag Luft w Oberursel poznaliśmy jeszcze parę ciekawych historii. Dzisiaj jedna z nich.

Hitlerowcy mieli dużego hopla na punkcie "niemieckości". Wszystko musiało być "niemieckie" beż żadnych obcych wpływów. Problemem było jednak, co to właściwie znaczy "niemieckie". Niemcy jako jednolite państwo istniały od całkiem niedawna (1871), wcześniej był to zawsze mniej lub bardziej luźny związek niezależnych księstw i królestw. W każdym z tych księstw było trochę inaczej, obowiązywały inne przepisy, były inne zwyczaje, inaczej mówili po niemiecku, mieli nawet inną ortografię. A już w ogóle nie dało się stwierdzić istnienia jednolitego stylu architektonicznego - nawet każde duże miasto miało (i ma nadal) swoje cechy charakterystyczne. Na przykład Frankfurt jest czerwony (od czerwonego piaskowca) a Norymberga szara.

Ale najpierw krótka dygresja o języku. Dzisiejsza wymowa niemiecka jest raczej miękka, głoski wymawiamy niewyraźnie, sporą część końcówek połykamy. W okresie międzywojennym trendy była dokładna i twarda wymowa każdej głoski, dziś kojarząca nam się właśnie z nazizmem. Słyszymy to w nagraniach z tamtych czasów. Dziś takiej wymowy używają (całkowicie świadomie) na przykład słoweński zespół Laibach i niemiecki Rammstein, który praktycznie wszystko z Laibacha ściągnął.

Wróćmy do architektury. Skoro nie było typowej "niemieckości", trzeba było ją stworzyć. I tak w roku 1938 na terenach targów we Frankfurcie postawiono wzorcowe niemieckie osiedle. Składało się ono z 12 domów mieszkalnych w różnych standardach i czegoś w rodzaju domu kultury. Architektonicznie obowiązywał stromy dach i elewacja zwana w Polsce nieprawidłowo "murem pruskim" (fachowcy używają niemieckiego słowa "Fachwerk"). Wzorem była - wyidealizowana oczywiście - architektura akurat okolic Frankfurtu - czyli Rhein-Main-Gebiet.

Osiedle wzorcowe pokazano wszystkim architektom, ale przecież nie mogło stać na terenach targowych wiecznie. Według pierwszej koncepcji miało ono zostać przeniesione do Zeppelinheimu koło lotniska, jako powiększenie osiedla dla personelu naziemnego obsługującego sterowce. No ale akurat zdarzyła się katastrofa w Lakehurst i rozbudowę osiedla wstrzymano. Na koniec stanęło na Oberursel, osiedle nazwano Reichssiedlungshof. Hopel "niemieckości" był naprawdę mocny - budynek Dulagu oznaczony we wcześniejszej notce numerem 4 wyglądał wtedy zupełnie inaczej, niedostatecznie niemiecko. Rozebrano go do poziomu stropu piwnicy i postawiono na nowo, tym razem "po niemiecku"

Część tych budynków się zachowała, oto zdjęcia:

 

Reichssiedlungshof Oberursel, wzorcowy osiedlowy dom kultury (właśnie psuty przebudową na apartamentowiec)

Reichssiedlungshof Oberursel, wzorcowy osiedlowy dom kultury (właśnie psuty przebudową na apartamentowiec)

Reichssiedlungshof Oberursel, jeden z domów wzorcowych

Reichssiedlungshof Oberursel, jeden z domów wzorcowych

Reichssiedlungshof Oberursel, inny dom wzorcowy

Reichssiedlungshof Oberursel, inny dom wzorcowy

Reichssiedlungshof Oberursel, jeszcze jeden dom wzorcowy, niestety docieplony

Reichssiedlungshof Oberursel, jeszcze jeden dom wzorcowy, niestety docieplony

No i tam dowiedziałem się czegoś ciekawego. Otóż w tym samym czasie Niemcy miały zostać zmotoryzowane przy pomocy Volkswagenów. A samochód nie miał stać na ulicy, tylko mieć garaż. I właśnie wtedy uchwalono "Reichgaragenordnung" - ustawę zobowiązującą do budowania miejsca garażowego do każdego mieszkania i domu. Ustawa ta w niektórych landach obowiązuje do dziś bez żadnych zmian, w innych ma nowsze wersje, ale podstawowe założenia pozostały. W wielu innych krajach obowiązują podobne ustawy, wzorowane na tej. Poczytałem w sieci i znalazłem sporo artykułów oskarżających tą ustawę o "faszystowskie przymuszanie do zakupu samochodu", "niepotrzebne podnoszenie ceny mieszkania" i że Hitler do dziś zmusza nas do budowania garaży. Nie przekonali mnie. Tu gdzie mieszkam nie wszyscy mają samochód, ale inni maja po dwa i się bilansuje. A znam kapitalizm dostatecznie długo żeby wiedzieć, że gdyby przymusu budowy garaży nie było, to cena mieszkania wcale nie byłaby znacząco niższa (bo wynika ona przecież z popytu i podaży, a nie z kosztów), a za to ceny garaży byłyby znacznie wyższe (bo byłyby dobrem deficytowym).

A to wzorcowy garaż z roku 1938. Jak widać jest maławy, na Garbusa OK, ale nic większego.

Reichssiedlungshof Oberursel, garaż wzorcowy

Reichssiedlungshof Oberursel, garaż wzorcowy

Reichssiedlungshof Oberursel, garaż wzorcowy

Reichssiedlungshof Oberursel, garaż wzorcowy

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Komentarze: (9)

Dulag Luft, Oberursel

Z ostatniego wyjazdu do kraju przywiozłem książkę Bohdana Arcta "Niebo w ogniu". Żeby syn przeczytał - od dłuższego czasu lata w "War Thunderze" i te klimaty go interesują. Ale tymczasem książkę wzięła do ręki żona i bardzo to ją wciągnęło.

Bohdan Arct - Niebo w ogniu

Bohdan Arct - Niebo w ogniu

Ja przeczytałem wszystko Arcta jakieś 35 lat temu, ale żona z podobnej tematyki znała tylko "Dywizjon 303" Fiedlera (nawiasem mówiąc to on jest winien że na squadron po polsku mówią dywizjon). No i ciekawe było, a potem żona doszła do miejsca gdzie Arctowi zepsuł się samolot nad Holandią, dostał się do niewoli, a potem przewieźli go przez Frankfurt do Oberursel.

Oczywiście 35 lat temu nazwa Oberursel nic mi nie mówiła, nawet nie zwróciłem na nią uwagi. Ale w międzyczasie w Oberursel nawet mieszkaliśmy. Zajrzałem więc do sieci i się okazało, że w Oberursel, góra dwa kilometry od miejsca w którym mieszkaliśmy był obóz przejściowy dla lotników, zwany Dulag Luft (od DUrchgangsLAGer czyli właśnie Obóz Przejściowy). Potem ten teren przejęli Amerykanie i nazwali Camp King (on nazwiska jednego poległego żołnierza, nie od żadnego króla). Ta nazwa mówiła mi więcej, bo krótko zanim się do Oberursel sprowadziliśmy, ukończono tam nowe osiedle mieszkaniowe, nawet parę razy byliśmy tam w Edece.

Zajrzałem dokładniej do sieci i się okazało, że wkrótce będzie tam zwiedzanie z przewodnikiem. Pojechaliśmy więc.

Najpierw się trochę zdziwiłem, bo przewodnik zaczął sprawdzać listę obecności, a w sieci nic o meldowaniu się nie było. Ale wkrótce się wyjaśniło - równolegle były akurat dwa zwiedzania organizowane przez różne instytucje. To z listą obecności było za 13 EUR od osoby i o szpiegach - czyli o okresie gdy byli tam Amerykanie, nasze było organizowane przez miasto Oberursel, obejmowało całą historię terenu i było po 3 EUR.

Na początek mapka obozu, ukradziona ze strony Prisoners of War:

Dulag Luft, Oberursel

Dulag Luft, Oberursel, Źródło: Prisoners of War http://www.pegasusarchive.org

Legenda (tłumaczenie moje):

  1. Więzienie na 200 cel
    • A. Skrzydło z 30-40 celami
    • B. Pomieszczenie do identyfikacji, przeszukiwania i wydawania jeńców
    • C. Miejsce zbiórki nowo przybyłych jeńców
    • D. Recepcja dla nowo przybyłych jeńców
    • E. Schody do piwnicy, używanej jako recepcja dla nowych jeńców
    • F. Pomieszczenia załogi
    • G. Pomieszczenia strażników
  2. Nowy budynek biurowy
  3. Stary budynek biurowy
  4. Biuro komendanta obozu, pomieszczenia monitoringu (podsłuchu) cel
  5. Kantyna i nowa mesa oficerska
  6. Fotograf, W/T room (ni cholery nie wiem co to), izba chorych
  7. Stary obóz
  8. Wieżyczki strażnicze
  9. Magazyn
  10. Dowódca strażników i załogi obozu
  11. Biura Gestapo i więzienie dla jeńców przesłuchiwanych przez Gestapo
  12. Stare kwatery oficerów
  13. Nowe kwatery oficerów
  14. Kwatery kobiet
  15. Kwatery mężczyzn
  16. Biura i kwatery strażników
  17. Pomieszczenia strażników
  18. Główne wejście

Z budynków nie zostało wiele. Jest jeszcze numer 4

 

Budynek dawnego Dulag Luft Oberursel

Budynek dawnego Dulag Luft Oberursel

numer 6

Budynek dawnego Dulag Luft Oberursel

Budynek dawnego Dulag Luft Oberursel

i numer 10

Budynek dawnego Dulag Luft Oberursel

Budynek dawnego Dulag Luft Oberursel

Barak numer 11 został wyburzony dopiero co, teren po nim jest jeszcze prowizorycznie ogrodzony. Inne budynki zostały zburzone w różnych okresach jeszcze przez Amerykanów i zastąpione nowymi.

Na podstawie tej wizyty i mapki byliśmy w stanie dokładnie zidentyfikować miejsca o których pisał Arct, trzeba przyznać że pisał szczegółowo i wszystko się zgadza. Myślę że wiem nawet, którędy dotarł tu z dworca we Frankfurcie, a droga była nietypowa i z przygodami.

Czego Arct prawdopodobnie nie wiedział - tuż obok obozu znajdowała się placówka badania zestrzelonych samolotów. O szczegóły natychmiast można było zapytać pilota - wszyscy złapani piloci byli przywożeni na początek najpierw tutaj, czy odpowiadali na pytania to inna historia. Stąd najpierw każdego jeńca trzymano osobno, dopiero po pewnym czasie przenoszono do wspólnego baraku. Baraki miały założony podsłuch.

Po wojnie teren zajęli Amerykanie i role się odwróciły. Tutaj trzymano co bardziej podejrzanych, na przykład byli tu Speer i Dönitz. Potem była tu centrala amerykańskiego szpiegowania Europy (zwłaszcza wschodniej), na tym terenie powstał zalążek wywiadu zachodnioniemieckiego. Amerykanie opuścili teren całkiem niedawno, w początku lat 90-tych. Zbudowano tu osiedle mieszkaniowe, raczej dla bogatych. Do dziś o rzut beretem (no może długi rzut beretem) jest szkoła dla dzieci mieszkających w okolicy Amerykanów (Frankfurt International School), kiedyś dla dzieci pracujących tu żołnierzy. Byłem tam kiedyś na bazarze z rzeczami dla dzieci - szkoła jest jak żywcem wyjęta z amerykańskiego filmu, nawet colę mają sprowadzaną z USA.

Na terenie Camp King jest jeszcze parę innych ciekawostek, ale o tym w innej notce.

Zwiedzanie polecam, ale tylko z przewodnikiem. Terminy TUTAJ  w zakładce Führungen, najbliższy we wrześniu.

Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Komentarze: (2)

Warto zobaczyć: Muzeum w Ludwigsfelde

Blog od pewnego czasu zamarł - mam sporo różnych zajęć. Ale ze zmianą czasu na letni i coraz dłuższym dniem wraca mi ochota do pisania.

Dziś coś nowego, co warto zobaczyć. Znalazłem coś mało znanego, a dogodnie położonego - muzeum w Ludwigsfelde.

Ludwigsfelde leży tuż obok południowego Berliner Ringu i w związku z tym muzeum można zaliczyć przejeżdżając tędy i bez dużej straty czasu. Muzeum może i nie jest zbyt duże, ale całkiem ciekawe, a przy tym bardzo mało rozreklamowane. Strony internetowe muzeum są zrobione w sposób mocno powydziwiany i na urządzeniach przenośnych nic nie da się zobaczyć. Dosłownie nic - pojawia się tylko obrazek w tle i nic więcej. A nawet na komputerze stacjonarnym pokazywana treść nie jest zbyt atrakcyjna, a przez masę animacji dostępna tylko w sposób bardzo upierdliwy. Mimo wszystko zdecydowałem się muzeum zobaczyć - bo w Ludwigsfelde powinno być muzeum i już.

A dlaczego powinno? Otóż Ludwigsfelde to miejsce istotne dla historii techniki w Niemczech i w NRD. Ale po kolei. Najpierw samo muzeum.

Museum Ludwigsfelde

Museum Ludwigsfelde

Muzeum mieści się w dawnym budynku dworca kolejowego i w nowej przybudówce. Otwarte jest w dość dziwnych godzinach, zamknięte w święta itp. Przed nim jest tylko parę miejsc parkingowych i z ograniczeniem do jednej godziny, ale powinno wystarczyć i miejsc i czasu.

Teraz historia: W roku 1936 w Ludwigsfelde zbudowano fabrykę silników lotniczych Daimler-Benz-Motorenfabrik GmbH. Od roku 1943 była to nawet największa fabryka tego koncernu, produkowano tu miesięcznie 1000 silników, między innymi do Messerschmittów 109 i 110. Nie obyło się oczywiście bez pracy robotników przymusowych. O tym okresie nie ma w muzeum zbyt wiele - bo mało co się zachowało - ale jest na przykład odrestaurowany silnik od rozbitego Bf-109 wykopany gdzieś pod Mainzem.

Silnik Messerschmitta Bf-109

Silnik Messerschmitta Bf-109

Po wojnie wyposażenie fabryki zostało wywiezione do Związku Radzieckiego a hale wysadzone. Ale ponieważ lokalizacja była bardzo korzystna (blisko Berlina i autostrady) w roku 1948 zorganizowano tu warsztat naprawy pojazdów dla Armii Czerwonej. Wykorzystano przy tym budynek fabryki który nie został wysadzony, bo był częściowo zniszczony przez bomby i nikomu nie chciało się go potem wysadzić.

W roku 1952 utworzono tu VEB Industriewerke Ludwigsfelde (IWL). Zakład zaczął produkować okrętowe silniki diesla. Ale nie trwało to długo, wkrótce rozpoczęto tu produkcję różnych urządzeń związanych z silnikami spalinowymi - wózków transportowych, silników przyczepnych do rowerów, maszyn rolniczych, silników przyczepnych do łodzi, motorowerów... To tutaj produkowano terenówki P3 (patrz notka).

P3

P3

Potem w zakładzie zaczęto montować silniki odrzutowe Pirna 014. Było to bezpośrednie rozwinięcie silnika Jumo 012 Junkersa, a silnik miał być zastosowany w NRD-owskim odrzutowym samolocie pasażerskim Baade-152. To temat na osobną notkę. Niewiele po tym samolocie zostało, tu mają parę części silnika i marny model kartonowy.

Elementy silnika odrzutowego Pirna 014

Elementy silnika odrzutowego Pirna 014

Bardziej znanym produktem zakładów IWL były skutery: Pitty, Berlin, Troll i Kobold. Produkowano je w latach 1954-1956. O Pitty już było, o pozostałych jeszcze będzie.

 

Skuter IWL Berlin

Skuter IWL Berlin

A w latach 1965-1990 zakład jako VEB IFA Automobilwerke Ludwigsfelde produkował ciężarówki IFA W50 i IFA L60. Już o nich wspominałem, teraz jak mam już swoje zdjęcia to napiszę jakieś dłuższe notki.

Ciężarówka IFA L60

Ciężarówka IFA L60

Oprócz produktów miejscowych zakładów jest też trochę sprzętu gospodarstwa domowego i wyposażenia mieszkań z czasów przed i krótko powojennych.

Pralka ręczna Miele

Pralka ręczna Miele

Teraz adres:

Museum Ludwigsfelde
Am Bahnhof 2
14974 Ludwigsfelde

Czynne:

  • od środy do piątku 10-15
  • soboty i niedziele 13-17
  • w poniedziałki, wtorki i święta nieczynne

Wstęp:

  • Dorośli 2,50 EUR
  • Dzieci 1 EUR
  • Sprzedali nam bilet rodzinny, ale nie zapamiętałem za ile, w sieci nie ma a bilety są standardowe, z rolki, bez napisanej ceny.
  • Policzyli 5 EUR za fotografowanie, nie wiem czy uczciwie, ale niech im będzie, nie żałuję.
Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo, Warto zobaczyć

Komentarze: (1)

Warto zobaczyć: Inne miejsca w Londynie

Widziałem w Londynie jeszcze mnóstwo innych ciekawych (albo i mniej ciekawych) miejsc, ale żadne z nich nie leży aż tak w profilu moich zainteresować, albo nie było aż tak ciekawe żeby poświęcić mu całą notkę. Więc może tylko krótkie wzmianki o paru (adresy na mapce na końcu notki):

  • National Maritime Museum - wydawałoby się, że muzeum morskie w stolicy kraju który panował na morzach przez kawał czasu będzie super, ale w sumie jest takie sobie. Największa jego atrakcja to zakrwawione bryczesy i pończochy Nelsona, które miał na sobie podczas bitwy pod Trafalgarem i jak umierał. Znaczy lekko przesadzam, trochę do zobaczenia jest, ale spodziewałem się więcej, a podobne muzeum w Amsterdamie było znacznie lepsze. Wstęp wolny.
National Maritimee Museum London - bryczesy i pończochy Nelsona

National Maritimee Museum London - bryczesy i pończochy Nelsona

  • Cutty Sark - nie wszedłem - kiedyś bardzo fascynowały mnie dawne żaglowce, ale tymczasem mi przeszło. Dziś zobaczyłbym najwyżej Victory. Za wejście na Cutty Sarka chcieli sporo grosza (13,50 GBP), więc dałem spokój. Darowałem sobie też replikę Golden Hinda.
Cutty Sark

Cutty Sark

  • Florence Nightingale Museum - to akurat było ciekawe, chociaż głównie tekstowe, eksponatów nie za dużo. Muzeum mieści się w szpitalu który dawno temu został zaprojektowany i zbudowany według koncepcji Florence Nightingale. London Pass działa tu, bez niego jest trochę drogo jak na takie małe muzeum - 7,80 GBP.
Florence Nightingale Museum London

Florence Nightingale Museum London

  • British Museum - szczerze mówiąc trochę przereklamowane. Straszny tłok, a zbiory mydło i powidło, co się akurat trafiło do zajumania to przywieźli. Wstęp wolny.
British Museum London - kamien z Rosetty

British Museum London - kamien z Rosetty

  • Victoria and Albert Museum - no tam to już w ogóle widać wiktoriańską koncepcję muzeum jako rozwinięcia wcześniejszych gabinetów osobliwości, jakie każdy szanujący się książę musiał mieć do pokazywania gościom. Co dostali to postawili, a że nie było w tym żadnej spójnej linii, to trzeba było zrobić dziesiątki dziwnych działów żeby nie było tak od razu widać że to śmietnik. Według mnie szkoda czasu. Ale chociaż wstęp za darmo.
Victoria and Albert Museum London

Victoria and Albert Museum London

  • Natural History Museum - to akurat niezłe. Szczególnie podobał mi się Cocoon - to taki ich magazyn wszystkich preparatów, które przez stulecia nazwozili. Oczywiście do środka się nie wchodzi, ale trochę okien, gablotek i ekranów daje wgląd w to wszystko i przy okazji wyjaśnia, jak działają nauki przyrodnicze, jak wygląda proces publikacji i peer review, dla młodzieży bardzo kształcące. Przez okno i szklaną ścianę sąsiedniego budynku możemy zobaczyć naukowców przy pracy. A syn był zachwycony sklepikiem muzealnym - bo mieli tam Giant Microbes. To takie pluszowe bakterie i wirusy, bardzo dowcipnie zrobione, można je kupić w sieci, ale przesyłka z USA dużo kosztuje. Wybór może nie był zbyt duży, u producenta przez sieć jest ich znacznie więcej, ale coś dało się wybrać - kupiliśmy bakterię E.Coli. Z innych ciekawostek w sklepiku sprzedawali suszone odchody różnych zwierząt (słoń, nosorożec itp) w pudełku. Serio, zajrzałem do pudełka, wygląda na prawdziwe. Giant Microbes bardzo polecam, muzeum też warto zobaczyć. Wstęp wolny.
Natural History Museum London

Natural History Museum London

  • London Zoo - całkiem fajne, ale w sumie zoo jak zoo. Ale London Pass działa. Na szczęście, bo drogo (dwadzieścia kilka funtów dla dorosłego).
ZSL London Zoo

ZSL London Zoo

  • Z punktu widzenia inżyniera bardzo interesująca jest sieć tube, z jej historycznymi standardami. Ale najbardziej podobał mi się DLR, a zwłaszcza stacja Canary Wharf.
DLR, stacja Canary Wharf, London

DLR, stacja Canary Wharf, London

  • Standardowych punktów w rodzaju zamków, pałaców, kościołów, galerii itp. nie będę polecał ani omawiał. Mnie większość z nich napełniła niesmakiem, ale w sumie zobaczyć trzeba, bo to jednak kod kulturowy itp.
  • Dlaczego tyle osób się pyta, czy byliśmy u Madame Tussauds? Nie nie byliśmy. Nawet przez myśl mi nie przeszło żeby tam pójść. Nie poszlibyśmy nawet gdyby było za darmo. Przecież tam nic ciekawego nie ma. W filii amsterdamskiej też nie byliśmy.
Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Warto zobaczyć: Royal Air Force Museum, London

Przyszedł czas na notkę o najciekawszej rzeczy jaką widziałem w Londynie. Chyba nie jest żadnym zaskoczeniem, że chodzi muzeum wojskowe.

Royal Air Force Museum leży z dala od centrum, w strefie 4 tube, ale nie trzeba dojeżdżać autobusem jak do Royal Artillery Museum. Znaczy od stacji tube (Colindale) jest kawałek, ze trzy czy cztery przystanki autobusu, ale te dziesięć minut piechotą to niedaleko i nie warto czekać i płacić. Wskaźniki do muzeum są już na stacji, więc trafić łatwo.

No i muzeum jest świetne. Militaryzmu jest mało, za to dużo techniki. A co najciekawsze - większość takich muzeów ma głównie małe samoloty, rzadko coś większego niż B-25 Mitchell. Tu główna część ekspozycji to bombowce, zwłaszcza duże. Od Fairey Battle, przez tego Mitchella, do Halifaxa,

R.A.F. Museum, London - Handley Page Halifax

R.A.F. Museum, London - Handley Page Halifax

Lancastera,

R.A.F. Museum, London - Avro Lancaster

R.A.F. Museum, London - Avro Lancaster

Liberatora

R.A.F. Museum, London - Consolidated Liberator B.VIII

R.A.F. Museum, London - Consolidated Liberator B.VIII

i B-17. A wszystko przytłacza Avro Vulcan - jest taki wielki że ledwie mieści się w hali, stoi wpasowany dziobem w kąt hangaru i nawet nie da się mu zrobić porządnego zdjęcia z przyczyn geometrycznych. No i niestety w hali jest strasznie ciemno a oświetlenie chyba rtęciowe, w każdym razie zdjęcia ciemne i zazielenione i nic się nie da zrobić. A pod tym Vulcanem w ogóle prawie nic nie widać.

R.A.F. Museum, London - Avro Vulcan

R.A.F. Museum, London - Avro Vulcan

Pod notką o H.M.S. Belfast Boni dziwił się, że tak mało okrętów muzeów w Anglii - według mnie to właśnie przez ich wielką ilość w użytku. One są tak masowe i zwyczajne, że nikt nie pomyśli żeby jakiegoś zachować. Tu mieli podobną sytuację z tym Halifaxem - gdzieś tak w latach 60-tych zrobili inwentaryzację zasobów muzealnych i się nagle okazało, że nie mają żadnego Halifaxa. Tyle ich było (ponad 6000) i nagle zabrakło. W końcu znaleziono jakiegoś w Morzu Północnym, wydobyto, i leży tutaj jako wrak.

A oprócz bombowców - cała masa innych samolotów. Mosquito, Mustang, Tempest, Kitty Hawk, Sunderland, Lysander... I jeszcze mnóstwo, mnóstwo innych.

R.A.F. Museum, London - Short Sunderland

R.A.F. Museum, London - Short Sunderland

Sklepik muzealny dobry, chociaż koszulki tak samo drogie jak wszędzie. Ale mają modele Airfixa (kupiliśmy set Spitfire + Bf-109 w 1:72) i sporo innych pamiątek lotniczych. A najbardziej rozbawiła mnie książka od Haynesa - miałem kiedyś z tej serii o moim Volvo, bardzo dobra była - o naprawie i restaurowaniu Avro Vulcana. No kurczę, zrobiono ich wszystkich, łącznie z prototypami 136 sztuk, z czego przetrwało koło dwudziestu, wątpię żeby jakiś był w rękach prywatnych, a jeżeli nawet, to jak kogoś stać na taki samolot (jest jeden latający, udało się go utrzymać tylko dzięki datkowi anonimowego ofiarodawcy w wysokości prawie pół bańki w funtach) to przecież nie będzie go naprawiał według książki na 300 stron! Książka musi być bardzo śmieszna.

R.A.F. Museum, London

R.A.F. Museum, London

Adres:

Royal Air Force Museum London

Grahame Park Way

London, NW9 5LL

Najbliższa stacja Tube: Colindale, Northern Line, Edgware branch

Otwarte:

  • Codziennie od 10 do 18

Wstęp wolny

 

Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Warto zobaczyć: Science Museum, London

Są jeszcze niezłe muzea niewojskowe w Londynie. Jedno z nich to Science Museum.

Oczywiście nie może ono równać się z Deutsches Museum, no ale to największe muzeum techniki na świecie, inna liga. Ale Science Museum w Londynie też jest ciekawe, a przy tym wyraźnie starsze niż to niemieckie (1857 vs. 1903).

Jednego z istotnych eksponatów już tam nie ma - Nummer 3 Benza, najstarszy zachowany w oryginalnym stanie samochód świata wrócił do Ladenburga. Ale parę innych rzeczy w Londynie zostało. W końcu w Anglii rewolucja przemysłowa się zaczęła i trochę rzeczy tam wynaleziono i skonstruowano. Przy okazji anegdota dotycząca oznaczenia made in Germany: Pierwotnie tak miały być zaznaczane te gorsze, importowane z Niemiec produkty, żeby odróżnić je od tych lepszych ale droższych, angielskich. Ale wkrótce się to zmieniło - to produkty made in Germany powoli stały się lepsze, a made in Germany stało się gwarancją jakości.

Wróćmy do Londynu. W muzeum stoi trochę ciekawych eksponatów, na przykład:

Najstarsze, zachowane maszyny parowe i lokomotywy - Puffing Billy, Rocket. W końcu gdzie mają być, jak nie w Anglii.

Science Museum London - Puffing Billy

Science Museum London - Puffing Billy

Science Museum London - Rocket

Science Museum London - Rocket. W tle gruszka Bessemera

Maszyny liczące Babbage'a, oczywiście jako rekonstrukcje

Science Museum London - Differential Engine Babbage'a

Science Museum London - Differential Engine Babbage'a

Spora ekspozycja lotnicza z Vickerem Vimy na czele. To jest dokładnie ten egzemplarz, którym Alcock i Brown pierwsi przelecieli nad Atlantykiem. Tyle że oni rozbili się przy lądowaniu, samolot jest po remoncie.

Science Museum London - Vickers Vimy

Science Museum London - Vickers Vimy

Trochę techniki kosmicznej, z oryginalną kapsułą Apollo i repliką LM-a. Oczywiście część eksponatów jako modele, "Wostok" był z setu Plastikartu - widać to wyraźnie, poza NRD-owskim był tylko set od Revella z całkiem innym wnętrzem kabiny.

Science Museum London - Model statku kosmicznego "Wostok" z NRD-owskiego setu

Science Museum London - Model statku kosmicznego "Wostok" z NRD-owskiego setu

Część ekspozycji jest typowo edukacyjna, ale nie przyglądaliśmy się temu za bardzo. Był duży tłok, a i tak bardziej interesuje nas historia techniki.

Z bardziej oryginalnych wystaw mamy tu spory zbiór pionierskiego sprzętu medycznego i dioramy przedstawiające gabinety lekarskie i dentystyczne na przestrzeni dziejów.

Science Museum London - "Żelazne płuco"

Science Museum London - "Żelazne płuco"

Science Museum London - dawny gabinet dentystyczny

Science Museum London - dawny gabinet dentystyczny

Sklepik muzealny bardzo fajny, chociaż koszulki tak samo drogie jak wszędzie indziej (20+ GBP)

Ale warto zobaczyć.

Adres:

Science Museum

Exhibition Road, Kensington,

Londyn SW7 2DD

Najbliższa stacja Tube: South Kensington

Czynne:

  • Codziennie, 10-18

Wstęp wolny.

Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Warto zobaczyć: Firepower – Royal Artillery Museum, London

To jeszcze nie ta najciekawsza rzecz jaką widziałem w Londynie, ale muzeum też było ciekawe, chociaż niezbyt duże.

Firepower - Royal Artillery Museum, London

Firepower - Royal Artillery Museum, London

Jak sama nazwa wskazuje jest to muzeum artylerii, należące do wojska. Jest położone z dala od centrum - w dawnym arsenale w dzielnicy Woolwitch - i nie tak prosto dojechać do niego komunikacją miejską. Najprostszy dojazd to DLR do North Greenwich a potem autobus. Teren nie jest już wojskowy, zbudowano na tam osiedle mieszkaniowe.

Może jeszcze mały disclaimer: To już trzecie muzeum stricte wojskowe jakie polecam odwiedzić w Londynie. Proszę jednak nie wysnuwać wniosku że fascynuję się militariami - moje zainteresowania są czysto techniczne. Ale jakoś łatwiej o dobre muzeum techniczno-wojskowe niż o dobre muzeum innotechniczne albo ogólnotechniczne. W Niemczech jeszcze nie jest z tym tak źle, ale w stolicy imperium które trzymało za mordę sporą część świata, większość muzeów techniki to muzea techniki wojskowej.

Muzeum jest całkiem fajne, stoi tam sporo różnego sprzętu. Działa normalne, samobieżne, opancerzone, wyrzutnie rakietowe... Jest też oczywiście część reklamowa, jak to nasi chłopcy spuszczali łomoty, ale nie dominuje ona całości muzeum.

Firepower - Royal Artillery Museum, London

Firepower - Royal Artillery Museum, London

Firepower - Royal Artillery Museum, London

Firepower - Royal Artillery Museum, London

M110A2 8 inch self propelled gun

M110A2 8 inch self propelled gun

Część ekspozycji pokazuje historię artylerii, ale to raczej coś dla fanów starszej techniki.

Firepower - Royal Artillery Museum, London

Firepower - Royal Artillery Museum, London

Co zrobiło na mnie najmocniejsze wrażenie, to to, że organizują tam urodziny dla dzieci w wieku od lat 6 do 11. Przeczytałem o tym jeszcze przed wyjazdem na stronach muzeum, trochę się pośmiałem, i tyle. Ale byliśmy tam w sobotę i akurat byliśmy świadkami takich urodzin. No i to była chyba najmocniejsza rzecz jaką w ostatnich latach widziałem. Ale więcej za parę notek - będzie dłuższy tekst relatywizujący militaryzm komunizmu, tam opiszę szczegóły i dam zdjęcia (syn zrobił nawet filmik z najbardziej spektakularno-bulwersującej akcji).

Sklepik muzealny był całkiem fajny. A najlepsze w nim były pamiątkowe naboje pistoletowe i karabinowe. Całkiem prawdziwe, tylko bez ładunku miotającego (jak sądzę, ale kto je tam wie, nie będę sprawdzał). A przy tym jak na pamiątki bardzo tanie - najdroższy, karabinowy kosztował poniżej funta (79 pensów, jeżeli dobrze pamiętam). Syn sobie taki zażyczył, kupiliśmy, obawiałem się tylko co będzie na lotnisku. No ale nie było problemu - zgłosiłem go przy oddawaniu bagażu, kazali włożyć go do walizki i po sprawie.

Muzeum polecam zainteresowanym techniką wojskową - mają tam nieco inny sprzęt niż w typowych muzeach wojskowych. Z tym że dojazd jest nieco uciążliwy, nie jest to pierwszy wybór jeżeli macie ograniczony czas w Londynie.

Adres:

Firepower
The Royal Artillery Museum
Royal Arsenal
Woolwich
London
SE18 6ST

Otwarte:

  • Od wtorku do soboty 10-17
  • W niedziele i poniedziałki nieczynne

Wstęp:

  • Dorośli 5,30 GBP
  • Dzieci 2,50 GBP
  • Z London Pass za darmo
Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Komentarze: (3)

Warto zobaczyć: HMS Belfast, London

Imperial War Museum ma też inne odziały niż opisany we wcześniejszej notce. Jednym z nich jest krążownik HMS Belfast zacumowany na Tamizie, blisko Tower Bridge.

HMS Belfast

HMS Belfast

Jest to zdaje się największy dostępny do zwiedzania okręt wojenny w Europie.

HMS Belfast został zwodowany przed WWII, w roku 1938. Wkrótce po rozpoczęciu wojny wszedł na minę i poszedł do remontu, który trwał do 1942. Potem pływał w ochronie konwojów arktycznych, był przy D-Day a potem służył na Dalekim Wschodzie. Potem była Wojna Koreańska i dalej Daleki Wschód, a w 1963 wycofano go z czynnej służby. W roku 1971 otwarto go do zwiedzania jako okręt-muzeum, a od 1978 przeszedł on pod zarząd Imperial War Museum.

HMS Belfast

HMS Belfast

No i powiem że to jest świetne i pouczające. Zwiedzamy nie tylko podkład i nadbudówki, ale również - chociaż częściowo - prawie wszystkie poziomy pod pokładem. Zaczyna się od wejścia do wieży działowej, gdzie symulowane jest strzelanie z działa z efektami akustycznymi (chyba jednak nie w realistycznej głośności), podłoga wieży się odpowiednio trzęsie.

HMS Belfast - w wieży działowej

HMS Belfast - w wieży działowej

Dalej idziemy przez nadbudówki zwiedzając między innymi kuchnię, pralnię i oddział szpitalny. Po stromych trapach schodzimy do maszynowni i kotłowni, i to robi wrażenie. Maszynownia jest 100% autentyczna, nie jak na "Błyskawicy" gdzie pocięto wszystko co przeszkadzało w wygodnym chodzeniu (przynajmniej tak zapamiętałem, ale było to w 1987, więc mogę bredzić). Z głośników leci podkład akustyczny, twierdzą że we właściwej głośności - chociaż spodziewałem się że będzie głośniej. Niektóre części są otwarte lub porozcinane, żeby było widać ich budowę, plansze i monitory wyjaśniają działanie poszczególnych zespołów.

HMS Belfast - maszynownia

HMS Belfast - maszynownia

Zwiedzane pomieszczenia tworzą trzy ścieżki tematyczne:

  • Life on board (życie na pokładzie)
  • How it works (jak to działa)
  • Where it happens (gdzie się dzieje, czyli przedziały bojowe i nawigacyjne)

Wszystkie ciekawe. Zwiedzanie trochę trwa, jest dużo do oglądania, radzę przewidzieć na to nie mniej niż dwie godziny. Sklepik muzealny taki sobie. Koszulki słabe i drogie, inne rzeczy mało ciekawe.

HMS Belfast - kuchnia

HMS Belfast - kuchnia

Szczerze polecam, To druga najciekawsza rzecz, jaką widziałem w Londynie. Jaka była ta najciekawsza - o tym wkrótce.

Adres:

HMS Belfast
The Queen's Walk
London
SE1 2JH

Czynne:

  • codziennie 10 - 18

Wstęp:

  • Dorośli 15.50 GPB
  • Dzieci do lat 16 za darmo
  • Z London Pass za darmo
Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Komentarze: (4)

Strona 2 z 512345