W sobotę była u nas Noc Muzeów, jak nigdy nie korzystaliśmy z tego, tak tym razem postanowiliśmy się wybrać. Podstawowym argumentem były wystawy okresowe, i to trzy na raz: Rubens w Städlu, Jil Sander w Muzeum Stuki Użytkowej (to głównie żona), do trzeciej dojdę. A oprócz tego niedawno zbudowali u nas na nowo Muzeum Historyczne, jeszcze nie byliśmy. No i bilet na Noc Muzeów kosztuje 14 euro na dorosłego a 29 na rodzinę, każde odwiedzone z osobna wyszłoby znacznie drożej, więc czemu nie.
No i Rubens mnie nie za bardzo rusza, Jil Sander wcale, co do Muzeum Historycznego mam mieszane uczucia (ale może musimy pójść na spokojnie i nie koło północy). Ale trzecia wystawa okresowa była naprawdę dobra - w Muzeum Filmu było o "2001: Space Odyssey".
Muzeum Filmu jest samo w sobie całkiem niezłe i polecam. Jest tam też kino, w którym pokazują filmy stare i wartościowe, niekoniecznie blockbustery. No i robią tam ciekawe wystawy okresowe. Na przykład w zeszłym roku był Aardman. No i teraz "2001: Space Odyssey".
Na wystawie masa ciekawostek. Film każdy widział, więc nie ma co pisać, trzeba zobaczyć chociaż zdjęcia.
Modele:
Skafandry i kostiumy z filmu, większość oryginały:
Gadżety:
Wystawa jest jeszcze do 23 września.
Adres:
Deutsches Filmmuseum
Schaumainkai 41
60596 Frankfurt am Main
Otwarte:
Wstęp:
Ekspozycja stała: Normalny: 6,00€, ulgowy: 3,00€, dzieci poniżej 6 lat za darmo
Wystawa okresowa: Normalny 10€, ulgowy 8€ (czyli warto było pójść na bilet rodzinny Noc Muzeów)
]]>Ten "raport" jest paskudnie niebezpieczny dla nieprzygotowanych fachowo. Na pierwszy rzut oka wygląda poważnie i profesjonalnie, żeby zobaczyć gdzie kłamie i/lub manipuluje trzeba już odrobinę wiedzy.
Znaczy jedną rzecz można zauważyć również po prostu krytycznie myśląc: "Raport" wcale nie ukrywa, że jest pod tezę. Tam nie ma słowa o rozważaniu przyczyn katastrofy zamachu innych niż wybuch. Już we wstępie padają wszystkie tezy, potem jest tylko cherrypicking "faktów" mających ją potwierdzić. A nad tymi "faktami", a zwłaszcza podstawowymi błędami metodologicznymi i poznawczymi, oraz brakami wiedzy na poziomie szkoły średniej u autorów się teraz poznęcam:
Można tak jeszcze długo, ale powoli mam dosyć. Przejdźmy do wniosków.
Co do autorów, to możliwości są dwie (z wariantami):
1. Oni są naprawdę tacy głupi. No cóż, ubolewać, odebrać tytuły i uprawnienia zawodowe (if any).
2. Oni nie są tacy głupi, tylko pierd..ą głupoty. Tu są dwa warianty:
2.1. Temat i wierzenia im się na mózg rzuciły. To jakby trochę okoliczność łagodząca, i w zasadzie redukuje ten podpunkt do punktu 1.
2.2. Te głupoty są świadome, dla pieniędzy, sławy, władzy itp. Tu nie powinno być pardonu. Odebrać tytuły i uprawnienia zawodowe (if any), ale nie ubolewać, tylko powsadzać. Kwalifikacji jest dość, na przykład oszustwo, niedołożenie należytej staranności (to jak się będą tłumaczyć, że nie wiedzieli), wyłudzenie wynagrodzeń itp., aż do pomocy w przygotowywaniu zamachu stanu.
EDIT: Uzupełnienia:
Ostatnio synowi zepsuł się zegarek. Casio z wyświetlaczem. Znaczy w zasadzie to zegarek chodzi bez zarzutu, zepsuł się pasek, taki plastikowy. Znaczy pasek zepsuł się już wcześniej, ale kupiłem nowy na wymianę. A teraz się okazało, że teleskopy są osadzone w plastiku obudowy i otwory w których tkwią się wyrobiły i pasek wypada. To w sumie typowe, te resinowe koperty to zawsze najsłabszy punkt zegarka. Miałem już wcale nie najtańszego WaveCeptora który chodzi do dziś, ale w szufladzie, bo koperta mu pękła, bransoleta trzymała się niepewnie a naprawa była nieopłacalna. W związku z tym szukałem wtedy jakiegoś zegarka z metalową kopertą, wskazówkami i wyświetlaczem no i to był problem. Po obleceniu wszystkich takich sklepach na Zeilu (a jest tam ich trochę) i poszukaniu w sieci spodobał mi się tylko jeden jedyny model - Timex Expedition Metal Combo. Był on wtedy produkowany w dwóch wersjach: czarnej z metalową bransoletą w stylu raczej sportowym i białej, ze skórzanym paskiem, w stylu raczej eleganckim (na żywo wyglądał bardziej elegancko niż na zdjęciu). Wybrałem czarny, ale wersja biała była na tyle inna, że poważnie zastanawiałem się czy nie kupić jej też, na inne okazje. Problem był tylko taki, że Timex w Niemczech praktycznie nie występuje, musiałem kupić w Polsce (ale za to było wyraźnie taniej).
Syn stwierdził, że plastików nie warto kupować i zaczęliśmy szukać zegarka z wyświetlaczem i metalową kopertą. Z wyświetlaczem, bo syn się przyzwyczaił i nie chciał wskazówek. Wynik: Coś takiego w przyrodzie nie występuje, niezależnie od kategorii cenowej. Syn zaczął nawet szukać używek, ale da się znaleźć tylko jakieś straszne starocie w nieprawdopodobnie wysokich cenach. Więc musiał odpuścić i poszukać czegoś z wyświetlaczem i wskazówkami. Przy tej okazji okazało się, że takiego jak mój już się nie da kupić - wersji czarnej już nie ma.
Ale nawet po odpuszczeniu nie było łatwo - zegarków z metalową kopertą jest bardzo mało, a jak już są, to są poozdabianie jak, nie przymierzając, cygański pałacyk. Czegoś nie przesadzonego dowolnej marki nie sposób wybrać. Postanowiłem więc popatrzeć na chińszczyznę. No i tu poważne zaskoczenie - daje się znaleźć chińskie zegarki z metalową kopertą, a przy tym wyglądające naprawdę dobrze! I to wszystko przy cenie poniżej 30 euro! Zobaczcie jaki wybrał syn:
Na żywo też jest niezły, zrobiony jest solidnie, wcale nie wygląda tanio, jest tylko trochę gruby (grubszy nawet od mojego, około 15mm). Zielone cyfry są oczywiście zielone tylko przy podświetleniu, i nie aż tak zielone, normalnie to są dość dyskretne - to wyświetlacz negatywowy. Jedno co mi się średnio podoba to te napisy dookoła, ale w naturze nie są przesadne, a chociaż skala ma jakiś sens i potencjalne zastosowanie. Czernienie koperty i bransolety wygląda na lakier, zobaczymy jak się zachowa na dłuższą metę. Według testów znalezionych w sieci (były zdjęcia) NaviForce używa japońskich mechanizmów i baterii - nie jest to aż takie badziewie, jak by się mogło wydawać. Oczywiście zegarek nie jest zapakowany tak ślicznie jak markowe - zwykłe kartonowe pudełko, w bransoletę wetknięty jest kawałek gąbki opakowany w welurowy papier, a instrukcja to ręcznie poskładana strona A4 w stylu chińskiej instrukcji obsługi, ale to przecież nie ma znaczenia. Jak bym akurat szukał zegarka, to nie wykluczone że kupił bym sobie właśnie taki. No i tu mam totalnego mindfucka. Chińczykom się opłaca zrobić coś tak fajnego i sprzedać za poniżej 30 EUR loco Niemcy, duże brandy nie chcą mi czegoś podobnego sprzedać za parokrotnie wyższą cenę (a przecież koszty będą mieli niewiele wyższe). Nie mówcie, że nie ma na to rynku - zaglądałem na różne fora o zegarkach i "gdzie kupić ładny zegarek z metalową kopertą" to jedno z najczęstszych pytań.
Jakby kogoś zainteresowało, to TUTAJ strona producenta. Coś można też spróbować wybrać z produktów firmy Infantry, oni mają sporo przesadzonych zegarków udających wojskowe, ale niektóre modele są całkiem spoko. Nawiasem mówiąc, to od pewnego czasu jest moda na "tactical watches" (Timex pisze bardziej realistycznie "military inspired"). Szkoda, tylko, że i tak większość jest poozdabiana bez sensu.
Teraz inna branża - smartfony. Nie tak dawno kupiłem synowi pierwszego smartfona. Był ostatni w klasie, co chodził bez komórki. To był już trochę problem, bo na przykład szkoła udostępnia w sieci informacje o tym, czy jakieś lekcje następnego dnia wypadają, nauczyciel zachorował itp. w sieci, ale tylko w aplikacjach Androidowej i Applowej. Nie da się tego sprawdzić z peceta. Muzykę syn miał na MP-trójce, to też historia o produktach. Pierwszą kupiłem mu Samsunga, wyglądała jak memory stick tylko z wyświetlaczem i obudową z alu, jedyny problem był że miała tylko 4 GB pamięci i nie dało się dołożyć karty. Potem mu zginęła, w znanych okolicznościach, zdarza się. Szukaliśmy nowej żeby miała metalową obudowę i rozszerzalną pamięć (albo ze 32 GB na pokładzie) - i znowu to samo, nie występuje. Na koniec kupiłem plastikowego SanDiska. I tak samo jak wyżej - dałbym kilka euro więcej za metalową obudowę, ale nie ma i już.
Wracając do smartfona: Ponieważ syn chodzi stale z multitoolem w kieszeni i rolką duct tape w plecaku i wszystko naprawia (ma to po tatusiu) stwierdziłem, że do imidżu będzie mu pasowało coś solidnego, znaczy taki outdoorowy. Z takimi też nie jest łatwo, łatwiej niż z metalowymi zegarkami, ale wybór jest ograniczony. Robi takie zaledwie parę firm i większość model jest albo słaba, albo strasznie przedrożona. Znalazłem optymalny model, padło na firmę Archos, model Archos 50 Saphir. Pewnie nawet nie słyszeliście takiej nazwy. Ja też wcześniej nie słyszałem, a jest to całkiem spory producent z Francji. Znaczy oczywiście robią jak wszyscy, w Chinach. Wyposażenie typowe dla tej kategorii cenowej (trochę ponad dwieście euro), tyle że Gorilla Glas3, wodo- i pyłoodporność i mocna obudowa. Jedno co takie sobie to wygląd - przypomina on cegłę ze ściętymi rogami.
No i wszystko było fajnie, ale po dwóch miesiącach telefon padł. Od rana wkoło startował się i resetował zanim skończył bootowanie, i tak aż do wyczerpania akumulatora. A szkiełko na obiektywie było zaparowane od wewnątrz - a tylko raz deszcz padał jak syn szedł do szkoły (wodoodporny, taka ich mać). Zaniosłem go do Conrada do reklamacji, powiedzieli cztery tygodnie, puszczą SMSa jak będzie do odbioru. W końcu piątego tygodnia zadzwoniłem, i jeszcze nie było. Potem jeszcze dzwoniłem ze dwa razy i w końcu, po siedmiu tygodniach, SMS przyszedł. Poszliśmy odebrać i okazało się, że jest nówka i to nowszego modelu. Prawdopodobnie trwało tak długo, bo tamtego modelu już nie mieli, a nowego jeszcze nie. Teraz jest Archos Sense 50x, aktualny model oczywiście wszystko ma lepsze - Android 7.0 zamiast 6.0, więcej rozdzielczości, więcej RAMu, więcej megapikseli, większa przekątna ekranu (jest taki sam duży jak moje wielkie Galaxy Note 4). Gorszy jest tylko akumulator - trzyma krócej. Ale w dzisiejszych czasach i tak trzeba ładować codziennie. Najbardziej poprawił się wygląd - to już nie jest cegła, tylko całkiem elegancki telefon, mimo że nadal według wymagań outdoorowych.
I najbardziej znacząca nowość - to jest pierwsze urządzenie jakie mam w rękach, które ma USB 3.0 i gniazdo typu C. No i to zaraz zrobił się problem - w komputerze syna USB 3.0 jest tylko z tyłu, a dołączony kabel jest za krótki żeby go sensownie używać. Natomiast w obudowie mojego komputera z przodu jest tylko USB 3.0. Zawsze będzie odwrotnie niż trzeba. Wtyczka USB C eliminuje co prawda największy problem wtyczek USB (że wchodzi dopiero za trzecią próbą), ale trzyma się w złączu znacznie gorzej niż Micro-B. No i właśnie przeczytałem, że duża część (rzędu połowy) dostępnych w handlu kabli USB C jest źle zrobiona i może nawet zabić podłączony komputer. A ja muszę kupić taki kabel, ładne perspektywy.
A wkrótce się jeszcze okazało, że projektantów tego telefonu musiało nieźle pop***lić. Bo zrobili gniazdo słuchawkowe jack 3,5mm, tyle że wtyczka jest nieco dłuższa od standardowej. I jak włożyć standardową to nic nie słychać. Do telefonu dołączone są pasujące słuchawki, ale kabelek jest cieniutki i czas ich półrozpadu będzie niewielki. W specyfikacjach nie ma o tej niestandardowości słowa, a ja w życiu nawet nie słyszałem o takich wtyczkach. Nawet na stronie producenta nie da się kupić słuchawek zamiennych. Poszukałem w sieci i w ogóle nie znalazłem nic o takich wtyczkach. Aż w pracy poszedłem popytać elektronika po godzinach bawiącego się półprofesjonalnie w audio-video, i on też był zaskoczony. Posłałem pytanie skąd wytrzasnąć takie słuchawki, wtyczkę albo adapter i co brali jak to wymyślili do serwisu, na początek niemieckiego, jak dotąd odpowiedzieli że przekazali je Francuzom. Ciekawe co powiedzą.
Podsumowanie? Nie ma podsumowania, to tylko niezorganizowane uwagi o produktach różnych.
]]>Klient już czwarty tydzień załatwia papiery, a oczywiście terminy zakończenia poszczególnych etapów już ustalone i potem czasu będzie mało. No ale nie moje zmartwienie, ja zrobię co się da, ale tym razem o nadgodzinach mogą zapomnieć. Za to siedzę w domu i rozpracowuję prywatne programowanie pod Androida na koszt pracodawcy. Całkiem dobry układ. Jakbym był na własnym rozrachunku, to mogłoby boleć, a tak nie mam stressu (oczywiście poza stressem związanym z oddawaniem co miesiąc braterskiej części tego co klient płaci pracodawcy, ale coś za coś).
Do mojego nowego komputera dokupiłem porządny zasilacz. Dwa tej firmy (BeQuiet!) już w domu miałem, do serwera kupiłem nówkę, modularnego (znaczy kabelki dołącza się według potrzeby) serii 8 (im mniejszy numer, tym starszy, aktualne serie to 11), drugi to była używka dla syna, niemodularny serii 8 (syn ma komputer w normalnej obudowie mini tower, więc kabelki nie przeszkadzają specjalnie w przepływie powietrza). Teraz też nastawiłem się na używkę na eBayu, modularnego serii 7 lub 8. Prawie aktualne (serii 10) jako używki chodzą po 70-80 EUR, jak mocne to nawet wyżej. Serie 7 i 8 dają się kupić za jakieś 35-40 z wysyłką. Udało mi się wylicytować za zaledwie 31 z wysyłką, bo sprzedawca się trochę przechytrzył wystawiając cenę startową aż 25 EUR i nikt poza mną się nie zainteresował. A zasilacz jest z bardzo drogich serii high-endowych (Dark Power Pro P7), wygląda na nie używany (niemal wszystkie kabelki mają jeszcze oryginalne zawieszki), jak go obejrzałem to szczęka mi opadła. Już opakowanie wyraźnie różni się od tych tańszych (ma okienko, kabelki pakowane są indywidualnie w kartoniki), zasilacz jest trochę większy niż standardowy (znaczy pasuje jako ATX, tylko w jedną stronę jest trochę dłuższy, w moją małą obudowę wszedł bez problemu). Kabelków jest duży asortyment w różnych kombinacjach, wentylator zasilacza jest podłączany do złącza monitoringu na płycie głównej, a zasilacz może jeszcze sterować czterema dodatkowymi wentylatorami. Praktycznie go nie słychać, nawet z bliska. Super rzeczy, te zasilacze, polecam.
Decyzja o zrobieniu sobie komputera z 8GM RAM była bardzo dobra - system + Thunderbird + Firefox + inne drobiazgi + Android Studio + emulator biorą łącznie 6-6,5 GB, jeżeli ktoś ma zamiar próbować robić apki na 4GB to odradzam z góry, szkoda nerwów.
Wróćmy do programowania. Próbuję robić aplikację, i Android nie za bardzo mi się podoba. Znaczy API sporo potrafi, jest tam trochę niezłych koncepcji, ale wyraźnie za mało zastanawiali się nad usability. Bo wygląda to tak:
Aplikacja Androidowa zbudowana jest z Activities. Activity (upraszczając) to jest screen + kod do niego, ma to swój wieloetapowy lifecycle, można wydzielić sobie reusable kawałki GUI zwane Fragment. Fragment ma znowu swój lifecycle, trochę inny niż Activity. No i porządnego, pełnego diagramu tych lifecykli nie znajdziecie na http://developer.android.com, trzeba szukać gdzie indziej. Zasadniczy problem polega jednak na tym, że w Androidzie wszystko jest asynchroniczne, nie ma nawet czegoś takiego jak windowsowy dialog modalny. Nawet okienko w rodzaju Yes/No/Cancel jest niemodalne, aplikacja biegnie dalej i trzeba wszystko synchronizować we własnym zakresie. Nie byłby to aż taki wielki problem, gdyby nie to, że ma to również znaczenie podczas lifecycle Activity/Fragmentu. Na przykład mogą one wymagać uprawnień dostępu do jakichś serwisów (na przykład kamery). I jak praw nie ma to albo trzeba o nie interaktywnie zapytać, albo rzucić jakimś błędem. No ale to jest w trakcie startu, nasz kawałek jeszcze nie jest w żadnym stabilnym stanie! Nie da się zatrzymać startu, a o wyniku zapytania użytkownika (czyli czy w ogóle jest sens startować) dowiemy się dopiero później. Przecież to wcale nie chce współgrać ze sobą! Zacząłem więc kombinować jak powinna wyglądać architektura standardowej aplikacji, żeby to wszystko sensownie działało i to wcale nie jest proste. Poguglałem i widzę, że co bardziej kumaci deweloperzy też mają podobne uwagi i kombinują różne rozwiązania. Muszę jeszcze trochę poczytać, co proponują. Na razie znalazłem rady żeby robić Reactive Programming przy pomocy JavaRx, no jest to jakaś propozycja, ale nie jestem całkiem przekonany czy będzie to pasować do moich koncepcji.
Ale tak według mnie, to powinno być zadanie projektantów systemu! Jeżeli każdemu deweloperowi każemy wymyślać koncepcje, jak by tu ogarnąć chaotycznie zaprojektowany system, nie dając mu nawet szkicowych szablonów rozwiązań, to z góry można założyć, że minimum dziewięćdziesiąt kilka procent wymyślonych rozwiązań będzie marnych. Nawet jak deweloper jest ogólnie dobry, to dopiero po paru skończonych aplikacjach będzie wiedział, co robił źle. Co się dzieje jak nie ma patternów to ja widzę na codzień w pracy. Na moje oko to Androidowi brakuje jakiejś porządnej warstwy albo frameworku żeby łatwo dało się pisać bardziej złożone aplikacje. Bo proste quick and dirty idzie łatwo i przyjemnie, ale porządne, z pełną obsługą błędów i wszystkimi szykanami to duży problem. Powiedziałbym, że to prawie jak programowanie aplikacji windowsowych bez MFC. (Tylko nie bierzcie tego porównania zbyt dosłownie - API Androida jest znacznie bliższe MFC niż czystym Windowsom z ręcznie robionym event loopem, w końcu sporo lat minęło od tamtych czasów, tyle że API Androida jest o wiele bardziej skomplikowane niż windowsowe).
A tu jeszcze dokłada się fakt, że system jest w ciągłej zmianie. Nowe idee się pojawiają, stare zmieniają się (i to często więcej niż raz), jeżeli aplikacja ma chodzić na iluś wersjach wstecz to zaczynają się schody. Google dostarcza biblioteki robiące kompatybilność wsteczną, ale o dokłada tylko następny stopień złożoności - której trzeba użyć, a bez której można się obyć. A potem aplikacja na latarkę ma dwa megabajty, bo ciągnie ze sobą bez sensu ileś bibliotek kompatybilnościowych - nie są reusowalne w systemie, o nie. Ma to swoje uzasadnienie w koncepcji systemu (każda aplikacja to osobny user unixowy i nie ma sharingu czegokolwiek wprost między aplikacjami, zawsze musi to iść przez mechanizmy systemowe), ale skutki są niemiłe.
Dla ilustracji: Najstarsze urządzenie Androidowe jakie w domu mam, ma wersję Androida 4.1.2 (kryptonim: Jelly Bean, co to za US-amerykański pomysł, żeby nazywać wersje od jakichś obrzydliwych słodyczy, Lollipop, Marshmallow, rzygać mi się chce jak to czytam) to jest API numer 16. Logiczne więc, że chcę żeby moje apki chodziły przynajmniej od tej wersji. Ma to oczywiście również związek z wielkością rynku docelowego - w użyciu są urządzenia rożnych wersji, im wcześniej zaczynać, tym większa ilość potencjalnych klientów. Startując od API 16 pokrywamy jakieś 96% używanych na świecie urządzeń, im późniejsze API tym urządzeń mniej. Nadchodzący Android 8 (SDK i emulacja już jest, można sobie obejrzeć) to będzie API 26. W wersjach 4.x prawa dostępu były akceptowane przez użytkownika podczas instalacji, przy braku akceptacji aplikacja nie była instalowana. W późniejszych wersjach użytkownik był pytany dopiero przy starcie aplikacji i mógł odpowiedzieć tak albo nie, zależnie od humoru, a aplikacja mogła mu pokazywać wyjaśnienie, po co potrzebuje dostęp do tego. No i to oczywiście są kompletnie różne koncepcje, jednolite obsłużenie tego żeby chodziło w dowolnej wersji jest trudne. Ponieważ jest trudne, to Google wrzucił na GitHuba całkiem niezłą bibliotekę do tego (nazywa się easypermissions), zastrzegając sobie przy tym brak jakiejkolwiek odpowiedzialności i wsparcia, ale ja się pytam, dlaczego to nie jest wprost w API, a przynajmniej w SDK? I skąd początkujący developer ma wiedzieć, że takie rozwiązanie w ogóle jest, a nawet, że go potrzebuje?
Co do marnej obsługi wyjątków, na którą narzekałem poprzednio to powoli widzę, dlaczego nie dało się zrobić jej porządnie, z checked exceptions, ale oczywiście to nie jest komplement. Znalazłem natomiast, co można zrobić z nieobsłużonymi wyjątkami - jest taki serwis, do którego informacje o wyjątkach mogą być wysyłane. Nazywa się to fabric, wymyślił to Twitter, teraz należy do Googla. Ze dwie linie w programie, rejestracja w sieci i można mieć informacje o wszystkich nieobsłużonych wyjątkach w swojej aplikacji u dowolnego użytkownika z wszystkimi danymi (stack trace, sprzęt, czy rootowany, wersja systemu itd.). Do tego można mieć jeszcze life data o swojej aplikacji - ilu użytkowników używa jej w danej chwili, chyba nawet można wiedzieć co robią (jeszcze nie sprawdzałem tak dokładnie). Z jednej strony piękna rzecz przy developmencie, z drugiej to aż się zimno człowiekowi robi - przy każdym starcie aplikacji wysyłany jest do Google również AdvertisingId, co pozwala imiennie zidentyfikować każdego użytkownika z wszystkimi jego najprywatniejszymi danymi. Deweloper oczywiście tego nie dostaje do ręki, ale Google to ma. Podobno większość aplikacji używa tego fabrica, więc żadna różnica czy ja go użyję, czy nie - Google ma użytkownika na talerzu i tak. No i jeszcze trzeba zainstalować plugin u siebie, w Android Studio, i ten plugin zna każdy projekt w workspace. Kto zagwarantuje, że Google nie ogląda sobie tych projektów żeby wyłapać nowe idee i wejść z tym samym wcześniej?
Pamiętam hejt na Microsofta ćwierć wieku temu (Gates w mundurze SA, z flagą w której swastyka została zastąpiona logo Windowsów, na czele rzeszy SA-manów, pod hasłem "Ein Reich, ein Führer, ein OS") , pamiętam jak mieli koncepcje żeby Windowsy były na wszystkim (Windows for Pen, Windows for TV...), wczesne reklamy Apple sugerowały że Microsoft to Wielki Brat. No ale przecież najdalej posunięte pomysły MS to było małe miki w porównaniu z tym co robi "Don't be evil" Google. A Google jakoś nikt w podobny sposób nie karykaturuje.
Rysunek o MS znalazłem tylko we fragmencie, pewnie pousuwali te całe ze względu na tekst.
]]>Miałem już wszystko poustawiane, w Eclipsie, domowy serwer Git-a, Jenkins, itd., wymyśliłem czym się pobawię na początek i zacząłem ściągać przykładowe aplikacje do analizy. Na początku wziąłem jakieś stare, i wszystko było OK. Potem zassałem coś aktualnego od Googla i nie poszło. Bo chciało mieć niejakiego Gradla, to taki nowy pomysł na make. To dołożyłem Gradla, ale dalej coś się nie zgadzało. To zaktualizowałem Android SDK i dopiero się zaczęło. Nic już się nie chciało kompilować. Po dłuższej chwili ciężkiej walki poczytałem co o tym piszą w sieci i wyszło, że Google wycofał się z supportu developmentu pod Eclipse w końcu zeszłego roku, a całkiem niedawno poprzestawiał coś w SDK tak, że w Eclipse nie ma już szans. Tylko Googlowe Android Studio. (Uprzedzając wypadki - jak się cofnąć z wersją SDK Tools, to Eclipse jeszcze działa, przynajmniej z projektami w starej strukturze).
Cóż było zrobić - zainstalowałem Android Studio. No i mać, mać, mać, ono na 4GB RAM pod Linuxem się ślimaczy! Mam wystartowany tylko browser (w końcu muszę mieć doku) i Android Studio i po chwili 1 GB w swapie. Tak się nie da pracować! O puszczeniu równolegle emulatora Androida mogę zapomnieć.
No i znowu - co zrobić, trzeba nowy komputer. Mojemu notebookowi 7 lat stuknęło, dotąd wystarczał, ale pamięci rozszerzyć się nie da. Ale teraz koncepcja będzie inna. Notebook ma w zasadzie tylko dwie zalety:
Poza tym same wady, a największa to to, że musisz zaplanować i zapłacić już dziś, twoje potrzeby na jutro i pojutrze. Jak się nagle pojawi całkiem nowa, niezaplanowana potrzeba w sprzęcie, to notebook musi być nowy. A jak zaplanowałem moje potrzeby na jutro, to wyszedł mi notebook z kategorii 1000+ EUR. Sorry, ale nie. Nie przy takich wadach:
I tak dalej. Więc nowa koncepcja: skręcę sobie desktopa wykorzystując część elementów które już mam (zasilacz, karta graficzna, dysk z notebooka (bo miałem w nim dwa)), tylko Linux. Pracuję na stole, komputer będzie na półce, do monitora pociągnę jakieś 3,5 m kabelka i będę mógł pracować jak dotąd, a po robocie odstawić monitor na półkę i mieć wolny stół. I tak:
W sumie całość, włącznie z kabelkami kosztowała 350 EUR, czyli jakąś jedną trzecią tego co poszłoby na notebooka. Chodzi super, jak wcześniej emulator Androida startował ponad cztery minuty, to teraz poniżej 30 sekund. Instalacja drivera do nVidii była nietrywialna i nie dla początkujących linuksiarzy, ale nie jestem początkującym linuksiarzem. Za to teraz emulowane urządzenie Androidowe chodzi w takim samym tempie jak prawdziwe (o ile nie szybciej).
Ale oczywiście nie obyło się bez spotkań z programistycznymi twitami. Na przykład: klawiatura bezprzewodowa chodzi z baterii i oczywiście nie ma LEDów do capslocka i numlocka. Żeby wiedzieć jaki jest ich stan, trzeba mieć jakiś kawałek programu. No i na Linuxa w zasadzie jest taki, sztuk jeden. Obsługuje on wszystkie trzy klawisze, ale miejsce do pokazywania jest tylko jedno. A przy każdej zmianie pokazuje się na ekranie notyfikacja. To jest tak głupie i niepraktyczne, że nie wiem nawet jak to skomentować. Poradziłem sobie instalując taki kombajn, co na bieżąco wykresy wszelakie pokazuje (zajętość pamięci, obciążenie procesora, temperatury, swap, transfery dysku, ...) i jeszcze krawaty wiąże i usuwa ciążę, ale jak powyłączać wszystko inne, to można go mieć za wskaźnik tych locków. Też głupota, ale co zrobić.
Następny problem jest, że mój komputer stoi teraz prawie za mną i żeby zobaczyć diodę od HDD to muszę się obrócić. Programu do pokazywania symulacji takiego LED-a na ekranie nie ma. W zastępstwie można najwyżej pokazywać wykresiki transferu do dysku, robi to również ten kombajn, co pokazuje locki. Dobre chociaż to.
A teraz Android Studio, to w zasadzie jeden wielki twit. W sieci spotkałem wypowiedzi, że jest lepsze od Eclipsa, bo to co w Eclipsie szło ciężko, to tu idzie łatwo. Sorry, ale nie mogę tego potwierdzić. Zgoda, ono ma dobre chęci i chce na każdym kroku ułatwić, podpowiedzieć i zapobiec błędom. Tyle że skutek jest taki, że żeby zrobić całkiem podstawowe rzeczy to trzeba program wykiwać robiąc je na boku, w czym innym. Na przykład:
Muszę przyznać, że chociaż import projektów Androidowych z Eclipsa działa dobrze. Ale dalej jest gorzej:
Chciałem przećwiczyć cały proces aż do Jenkinsa i ślicznych wykresów tendencji. Więc do zaimportowanego z Eclipse starego przykładu dorobiłem lokalne testy jUnitowe, takie byle by jeden był OK, a drugi failed, zacheckinowałem do Gita, puściłem build na Jenkinsie. No i wszystko cacy, tyle że protokołu z testów nie było. No i zaczęło się grzebanie. Okazuje się, że to dłuższa historia, pełna twitów. Sam muszę sobie to trochę uporządkować.
Przyznacie chyba, że testy automatyczne nie pozostawiające po sobie protokołu są jakieś takie nie ten tego...
Ale teraz wyśmieję każdego, kto powie że Google zatrudnia świetnych programistów.
]]>Ładnie się zaczyna. Ciekawe jak będzie dalej.
]]>W notce pisanej on location twierdziłem, że Meksyk jest jak Polska około 1995. Niedawno chciałem coś na temat Meksyku sprawdzić w Wikipedii i zauważyłem podany tam dochód narodowy brutto na mieszkańca. Poszedłem tym tropem i porównałem go z tym samym parametrem dla Polski. Teraz Polska leży oczywiście znacznie wyżej, ale z danych historycznych wyszło mi, że tyle co ma Meksyk teraz było właśnie gdzieś około połowy lat dziewięćdziesiątych. Jakie to proste.
Zacznijmy od podróży:
Teraz trochę wrażeń z Meksyku:
Podsumowanie: Ciekawe doświadczenie, raz można było polecieć, ale na powtórkę nie jestem bardzo chętny. Jeden z kolegów, skoro już tam był, to zrobił sobie dwutygodniowe wczasy (z rodziną), objechał dużą część Meksyku, pokazywał zdjęcia, ale też mnie aż tak bardzo nie zachęciły.
]]>Już ponad dziesięć lat temu WO miał na swoim blogu notkę w której wysnuwał tezę, że w Polsce psycholi przyciąga głównie prawica, a w innych krajach bywa inaczej. Przypomniało mi się to, gdy znowu w mojej skrzynce pocztowej znalazła się broszurka (no może broszurka to za dużo powiedziane, to zawsze ma objętość jednej-dwu kartek A4 zadrukowanych dwustronnie) sygnowana przez niejaki "Bund gegen Anpassung" ("Związek przeciw dopasowaniu"). Druki ktoś wtyka do wszystkich skrzynek pocztowych kilka razy do roku. A ja to próbuję czytać i mam z tymi tekstami stały problem - nic nie rozumiem.
Znaczy ja rozumiem wszystkie używane słowa, dobrze rozumiem gramatykę zdań, rozpoznaję źródła stylistyki i retoryki, rozumiem całe zdania, ale co do treści to mam naprzemiennie WTF i facepalm oburącz. Bo to jest tak:
Autor uważa się za lewicowca. Tak wygląda jego logo (napisy głoszą: "kontrola urodzeń", "skrócenie czasu pracy", "powszechna równość"):
Jego retoryka i inwektywy są lewackie w pierwotnym znaczeniu tego słowa. Ciągle jest o przebrzydłych kapitalistach, imperialistach, zwykłych pognębionych ludziach itd. Tyle że jest to napisane tak grafomańsko i egzaltowanie, że trudno wyłapać o co właściwe autorowi chodzi. Ja jak się mocno nie skupię, to odpadam zanim doczytam do końca akapitu.
Ale jak już doczytam, to zaraz mam mindfucka. Na przykład w ostatniej ulotce autor podziwia Trumpa (i to nie pierwszy raz) jako dobroczyńcę prostego ludu (WTF?) i przeciwstawia go złemu Sorosowi, który przecież dla "prawdziwej prawicy" jest synonimem wrednego lewaka finansującego komunizm. Lewicowość autora w konkretnych poglądach przejawia się głównie w krytykowaniu USA i generalnie świata zachodniego i bezkrytycznym wychwalaniu Rosji (WTF?). Jak ktoś uważa współczesną Rosję za lewicowy wzór do naśladowania to chyba musi mieć co najmniej trzydziestoletniego jetlaga i zasługuje najwyżej na facepalma.
Z tym że takie skrzywienie prezentuje nie tylko on. Podobnie widzi temat na przykład partia Die Linke. Ona ogólnie jest rzeczywiście mocno lewicowa i nawet czasem zastanawiam się czy na nią nie zagłosować, ale zaraz wyłazi im dziedzictwo SED (z którego przecież bezpośrednio się wywodzą), wygłaszają coś w stylu proradzieckiej propagandy jaką pamiętam ze studiów i chęć głosowania na nich zaraz mi przechodzi.
Teraz lekka dygresja. Mam tu we Frankfurcie dalekiego krewnego z pokolenia moich rodziców, który wyemigrował jeszcze w latach siedemdziesiątych. On uwielbia czytać o spiskach i podarował mi pewien czas temu popularną w Niemczech książkę o przyczynach tego wszystkiego, co dzieje się obecnie na Bliskim Wschodzie, Książka ma tytuł "Wer den Wind sät..." ("Kto sieje wiatr..."), napisał ją Michael Lüders, który niby ma się na temacie znać. Według przedmowy książka ma burzyć powszechnie utrwalony obraz że to wszystko przez tych wstrętnych Ruskich i opowiada historię ostatnich stu kilkudziesięciu lat tego regionu praktycznie wcale nie wspominając o Związku Radzieckim i Rosji. Jest tam tylko o tym, jak przebrzydli zachodni imperialiści ciągle się mieszali w wewnętrzne sprawy spokojnych, niezależnych i samorządnych krajów regionu (i Afganistanu też). Oj dana, dana, wszystko przez Reagana.
Znaczy ja nie przeczę że się mieszali, mieszali się jak cholera, ale opowiedzenie tego całkowicie pomijając rolę ZSRR jest taką samą manipulacją, jak zwalenie wszystkiego na Ruskich. I założę się, że wielu (zwłaszcza mniej oczytanych) czytelników nie zwróciło uwagi na przedmowę tylko wzięło tekst poważnie jako "ukrywaną, najprawdziwszą prawdę historyczną".
Wróćmy do naszego ulotkowego psychola: Podobnie było przy TTIP. On też jojczył nad TTIP, ale mindfuck mi zrobił gdy puścił ulotkę pod alarmującym tytułem "TTIP to przesądzona sprawa" jak już od dobrych kilku tygodni było dokładnie wiadomo, że nic z tego nie będzie. Czym zresztą nic się nie różnił od polskich politycznych psycholi głównie z obozu PiSowskiego. A wystarczyło się chociaż trochę tematem interesować żeby wiedzieć, że negocjacje w sprawie TTIP posuwały się w tempie ślimaczym, umowa miała mieć 17 rozdziałów, a przez wiele lat negocjacji do samego końca nie udało się uzgodnić ani jednego z nich i cokolwiek do podpisania w ogóle nie istniało. Co nie przeszkadzało oszołomom wszelkiej maści krzyczeć "UNIA ODDAJE SIĘ AMERYKANOM W NIEWOLĘ!!!ONE!". No mać, mać, mać, jak by tak bardzo chciała się oddać to umowę podpisano by w try miga, problem polegał na tym, że Amerykanie rzeczywiście chcieli wziąć wszystko co możliwe, ale Unia wcale nie była skłonna im tego dać. Ja rozumiem, że polscy psychole nie mają pojęcia o niemieckiej polityce i mogą wypisywać głupoty w rodzaju "Merkel musi szybko podpisać TTIP bo Deutsche Bank ma straty i zaraz padnie" (autentyczny tekst, który widziałem w paru miejscach) - skąd biedacy mają wiedzieć że Deutsche Bank mimo Deutsche w nazwie to firma prywatna (niemiecki bank emisyjny nazywa się Deutsche Bundesbank, ale jaki świr by na to wpadł?), i że Merkel ma rząd koalicyjny a za negocjacje TTIP odpowiedzialni byli ministrowie z SPD, bez nich i tak nic by nie podpisała. No ale mieszkając w Niemczech i interesując się chociaż trochę polityką trudno było nie zauważyć jak Steinmeier (akurat najbardziej kompetentny w temacie, bo odpowiedzialny za negocjacje TTIP minister spraw zagranicznych z SPD) oznajmił że TTIP jest martwy i za to publiczne stwierdzenie faktu mu się z różnych stron dostało. A ten świr od ulotek nie zauważył do tego stopnia, że ostatnio przypisał jedyną zasługę w nie dojściu TTIP do skutku Trumpowi.
Z kolejnych jego poglądów to on jest (jeżeli dobrze wyczytuję z jego mętnych figur retorycznych) generalnie przeciw przyjmowaniu uchodźców. Jakoś nie za bardzo pasuje to do wrażliwości lewicowej. Stałym jego tematem jest "Lügenpresse" (czyli że "prasa kłamie") - w zasadzie z tymi dwiema rzeczami mógłby od razu przystąpić do Pegidy a nawet AfD. Od razu wyjaśnię temat "Lügenpresse" - z pewnością do mediów niemieckich można mieć takie czy inne zastrzeżenia, ale gdzie jest ten ideał? Pluralizm mediów w Niemczech z całą pewnością istnieje, a rozdział mediów publicznych od państwa działa tak dobrze, jak chyba nigdzie na świecie. Jak ktoś uważa akurat media niemieckie za generalnie "Lügenpresse" to musi nie mieć najbledszego pojęcia o innych krajach. #problemypierwszegoświata.
Jeszcze można by tak długo. Ale trzeba przyznać, że ten dysonans między retoryką a poglądami jest fascynujący, nazbierałem już kilkanaście ulotek "Bund gegen Anpassung", bo takiego kuriozum nie będę wyrzucał. A autor musi też znajdować sympatyków, bo jednak drukowanie sporych nakładów i rozprowadzanie ich wymaga trochę grosza, a nie sądzę żeby pokrywał to wszystko z własnej kieszeni.
Poszukałem kto właściwie za tym wszystkim stoi: Autorem ulotek jest niejaki Fritz Erik Hoevels, mieszkający tu, we Frankfurcie. Jest on psychoanalitykiem i publicystą, oraz przewodzi organizacji pod nazwą "Bund gegen Anpassung". Hoevels na studiach był zafascynowany lewicą, zapisał się do Sozialistische Deutsche Studentenbund (Socjalistycznego Związku Studentów Niemieckich), organizacji początkowo bliskiej SPD, która potem zdryfowała daleko na lewo. Hoevels stał się aktywnym działaczem, ale potem coś swoimi akcjami narozrabiał (nie znam szczegółów). Jako swoich idoli podaje on Marksa, Engelsa (to jeszcze całkiem spoko), Lenina i Trockiego (tu wskazówka wykrywacza świrów wychyla się już znacząco), oraz Freuda i Reicha, tego od orgonów (wskazówka wykrywacza świrów dochodzi do oporu mechanicznego). Do lewicowego zestawu idoli nie tylko mi nie pasują jego poglądy - przez wiele źródeł jest od klasyfikowany jako "skrajna prawica" + "sekta". On sam przed wyborami kilka lat temu zalecał swoim zwolennikom głosowanie na NPD (czyli faszystów) albo Piratów, zestaw przedziwny.
Autor ma swoją stronę w sieci, podstrona "O autorze" jest nawet przetłumaczona na polski. Ciekawe kto tłumaczył, bo tłumaczenie bardzo dobrze oddaje kwiecisto-mętny styl oryginału.
Jakie z tego wnioski? Po pierwsze WO ma rację, że prawica nie ma monopolu na psycholi. W Polsce poglądy lewicowe zostały spalone przez okres realnego socjalizmu, gdzie indziej tak nie jest.
Po drugie: Psychol to psychol. Czy przyznaje się do prawicy, czy do lewicy, poglądy wychodzą bardzo zbliżone.
]]>W ostatnich tygodniach niemiecka telewizja publiczna pokazała premierowo nowy, sześcioodcinkowy serial o lekarzach z berlińskiego szpitala Charite. Nazwa ta chyba nie jest większości czytelników z Polski znana, ale główni bohaterowie z pewnością tak. Są to słynny patolog Rudolf Virchof, i trzej laureaci Nagrody Nobla: Robert Koch, Paul Ehrlich i Emil von Behring. Serial całkiem nie najgorszy, oczywiście nie jest to rzecz naukowa, tylko popularna historyjka na faktach i tle, ale da się oglądać a i istotne fakty się zgadzają. Tu trailer:
A poczytując w sieci informacje uzupełniające znalazłem, że w szpitalu Charite jest muzeum. Wracając z kraju zajechaliśmy więc. No i okazało się że muzeum jest po prostu zajebiste. Zaplanowałem że zejdzie na nie godzinka, a po wyjściu okazało się, że minęły ponad trzy - to chyba najlepsza rekomendacja. Tak naprawdę to za dużo wrażeń na jeden raz, należałoby pójść tam parę razy. Jedyny problem jest taki, że absolutnie nie pozwalają tam robić zdjęć i notka będzie opatrzona tylko dwoma zdjęciami budynków z zewnątrz.
Muzeum mieści się w budynku, w którym wykładał Virchof, i w którym miał on swoją kolekcję preparatów. Sala w której wykładał zachowała się w stanie ruiny - w końcu wojny budynek został częściowo zniszczony, potem odbudowano nad salą strop (tyle że z betonu), ale w sali zostało tylko to, co było z cegły.
Zwiedzanie zaczyna się od wystawy okresowej, teraz jest to wystawa poświęcona kryminalistyce. Bardzo interesująca, wszystkie aspekty szukania, zabezpieczania i analizy śladów przestępstw są dokładnie pokazane i omówione. Może to być szczególnie wartościowe dla miłośników kryminałów.
Wystawa stała zaczyna się od historii kolekcjonowania preparatów patologicznych, wywiedziona ona jest z gabinetów osobliwości, którymi chwalili się wszyscy szanujący się (i odpowiednio bogaci) szlachcice. Wywód prowadzi oczywiście do kolekcji Vichofa, która jest trzonem najciekawszej części ekspozycji.
Virchow był jednym z najbardziej znanych patologów tamtych czasów, jego mottem było "Kein Tag ohne Preparat" (z grubsza "Dzień bez preparatu to dzień stracony"). Nagromadził on mnóstwo zadziwiających preparatów, nierzadko naprawdę szokujących. UWAGA: Rzecz nie jest dla delikatesów! Na przykład płód, na oko 7-8 miesięczny z jednym okiem pośrodku czoła - regularny cyklop - musi zrobić wrażenie na nieprzygotowanym fachowo obserwatorze, nawet dość odpornym. Wyraźnie odradzają (odradzają - nie mylić z "zakazują") chodzenie tam z dziećmi poniżej 16 lat. Oczywiście wszystko jest do decyzji rodziców, widziałem tam chłopaka na oko 12 letniego, radził sobie bez problemu (ale może ma rodziców chirurgów, albo sporo grał w Brutal Doom).
Oprócz tego jest tam jeszcze ciekawa kolekcja narzędzi i przyrządów medycznych z różnych okresów, sporo o historii szpitala oraz szpitalnictwa w ogólności. Na okrasę jest jeszcze trochę tablic związanych z serialem. Ale od razu wyjaśnienie co do serialu: Nie był on kręcony "on location" w Berlinie, a głównie w Pradze, bo tam wnętrza zachowały się w stanie bliskim tego sprzed około stu lat.
Po obejrzeniu kolekcji Virchofa naszły mnie przemyślenia (nie żeby specjalnie nowe). Syn poznał ostatnio we Frankfurcie jednego studenta pierwszego roku biologii, który jest zwolennikiem Inteligentnego Projektu. Mam nadzieję że nie dotrwa on końca studiów jako fan ID, znaczy albo go nauczą faktów, albo wywalą. Ale uważam że każdy wyznawca "Genialnego, Inteligentnego Projektanta" powinien pooglądać sobie taką kolekcję. Przecież gdyby ktoś w przemyśle zaprojektował produkt czy proces robiący tak poważne problemy i z tak wysoką stopą błędów, to szybko wyleciałby z roboty. Naprawdę ktoś chce wierzyć w geniusz takiego fuszera? I to będąc przedstawicielem gatunku, u którego jedną z najczęstszych przyczyn śmierci jest przytkanie takiej jednej rurki? Jeżeli już naprawdę upierać się przy osobowym stwórcy, to o wiele łatwiej i niesprzeczniej jest wyobrazić sobie "Wielkiego Zegarmistrza" konstruującego mechanizm (ewolucyjny) i puszczającego go w ruch. Bo wtedy co złego, to nie On, to wygenerował biegnący proces, a nie "Projektant". Oczywiście nie rozwiązuje to ostatecznie problemu niedostatecznej fachowości "Zegarmistrza" tworzącego zawodny mechanizm, tylko odsuwa go z centrum uwagi - ale to inny temat.
Szpital leży w dawnej części wschodniej, bardzo blisko niegdysiejszego muru. Z parkowaniem w okolicy jest ciężko, polecam parkhaus, zwłaszcza że trudno ocenić ile czasu będzie potrzebne na zwiedzanie (z pewnością bardzo zależy to od własnej odporności i zainteresowania tematem).
Adres:
Berliner Medizinhistorisches Museum
Charitépl. 1, 10117 Berlin - tak jest podane w sieci, ale to adres bramy głównej szpitala, który spory jest. Muzeum mieści się w drugim końcu terenu, wewnętrzne ulice mają swoje nazwy i adres wewnętrzny to Virchofweg 18
Otwarte:
Wstęp:
No i książka rozczarowuje. Znaczy relacja z procesu Eichmanna jest interesująca (chociaż przygnębiająca), dowiedziałem się z niej sporo nowych rzeczy o karierze Eichmanna, jego aresztowaniu i procesie, mechanizmach Zagłady, różnicach między antysemityzmem w różnych krajach, itd., niestety relacja jest dość chaotyczna. Narracja leci jednym ciągiem bez żadnej strukturyzacji tekstu, rozdziały wynikają chyba tylko z pierwotnego podziału tekstu na odcinki drukowane w gazecie. No ale pewnie jako inżynier mam tu zbyt wysokie wymagania. Gorzej, że z książki niewiele mogłem się dowiedzieć na temat poddtytułowej tezy o "banalności zła". Słowo "banal*" występuje w całej książce zaledwie trzy razy i to w dużych odstępach. Brak jest jakiejś syntezy, chociaż takiej jak pojawiła się w filmie. Film jest zazwyczaj gorszy od książki, więc sądziłem że finałowa scena wykładu to tylko okrojony wybór fragmentów z tekstu, tymczasem było to właśnie to, czego w tekście brakowało. W dodatku zasadniczą treścią sceny były wyjątki z polemiki z krytycznym listem, nie należącej do pierwotnego tekstu, a tylko dodanej w późniejszych wydaniach jako postscriptum.
Jako przyczynek do "banalności zła" film jest znacznie lepszy niż książka. Na przykład książka tylko wspomina o tym (dwa razy), że Eichmanna na procesie pytano czy zabiłby swojego ojca gdyby Führer kazał, film zawiera oryginalne nagranie filmowe z procesu i pokazuje cały dialog, bardzo mocny zresztą. A akurat ten dialog bardzo dobrze ilustruje tezę autorki, naprawdę nie rozumiem dlaczego w książce nie został przytoczony. W praktyce to podtytuł "Rzecz o banalności zła" jest bardziej efektowną reklamą, niż oddaje treść książki. To znaczy książka jest też o tym, ale uzasadnienie tezy jest tylko "do samodzielnego montażu" - trzeba samemu znaleźć w książce odpowiednie argumenty i zsyntetyzować własnoręcznie. Niecierpliwym polecam jednak film. A pozostałym i książkę, i film, raczej zaczynając od filmu.
Teraz może coś o samej tezie. Autorka przed procesem Eichmanna była przekonana że zło zawsze jest "radykalne", a proces przekonał ją, że może być "banalne". Banalność miała postać niezbyt rozgarniętego i zapatrzonego w siebie nieudacznika Eichmanna, człowieka zupełnie przeciętnego i nudnego, który zza biurka zorganizował logistycznie zabicie milionów ludzi, nie potrafiąc przy tym odróżniać dobra od zła. Ja jakoś nie jestem przekonany, żeby zjawisko było takie nowe - przecież już w Rzymie cezarów jacyś przeciętni i nudni urzędnicy zza ówczesnych odpowiedników biurek organizowali zaopatrzenie legionów idących wyrzynać zbuntowaną ludność tu czy tam. I nie trzeba zaraz nikogo wymordowywać, normalne korpo też opiera się na takich ludziach, którzy zrobią wszystko co im się każe, bez zastanawiania się nad etyką. Patrz aktualny skandal dieslowski Volkswagena - przecież tam z całą pewnością nikt nie zrobił nic z uświadomionej złośliwości, czy innych niskich pobudek. Wszyscy robili to, co uznawali za dobre, każdy w swoim kawałku, najwyżej leciutko naciągając zasady, bo zawsze znalazły się jakieś usprawiedliwiające okoliczności. Przecież ja też robię w takim korpo i bywam na przykład na zebraniach z udziałem szefa całej fabryki. I to jest taki sam chłopek-roztropek jak ten uwieczniony na materiałach filmowych z procesu Eichmann. Praktycznie każdy rodzaj działalności ludzkiej wymaga współdziałania w większym zespole, skutki decyzji podejmowanych na wielu stanowiskach pojawiają się często o wiele później i zupełnie gdzie indziej. Odpowiedzialność się rozmywa, łatwo jest powiedzieć sobie jakieś "ja tylko..." I tak będzie zawsze.
Jedno tylko mnie niepokoi. Banalny i przeciętny Eichmann był idealnym zwolennikiem dowolnej dyktatury. On nigdy nikogo nie zabił, ale zabiłby swojego ojca gdyby Führer powiedział że to zdrajca i trzeba go zabić. Ja rozumiem że tacy ludzie istnieją, jest ich w populacji całkiem spory procent i trzeba z tym żyć. Tylko ostatnimi czasy znowu udaje się różnym takim ich skutecznie zmobilizować. Świat nie idzie w dobrym kierunku. Tylko co na to poradzić?
]]>