Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Zapraszam na mojego nowego bloga. Ale on jest po niemiecku

Od początku wakacji aktywność na moich blogach bardzo spadła. No ale to chyba normalne - najpierw ja byłem na urlopie, potem miałem sporo gości, a tymczasem jeszcze sporo do roboty.

Mimo to blogowanie nie leżało odłogiem - wziąłem się za przygotowanie bloga dla czytelników niemieckojęzycznych. Design jego, jak zwykle u mnie, jest wariantem kolorystycznym tutejszego designu, zmieniłem tylko teksty i default language na niemiecki, no i oczywiście zrobiłem odpowiednie zdjęcie tytułowe. Blog jest w sumie odwróceniem tego tutaj - ten jest o Niemczech i NRD dla Polaków, nowy o Polsce dla niemieckojęzycznych. Tonacja kolorystyczna blogu o Polsce musi być oczywiście niewątpliwie biało-czerwona, co nie wyszło mi najlepiej - bo blady czerwony robi się różowy, a niezupełnie tak sobie to wyobrażałem. Spróbuję jeszcze nad tym popracować.

Screenshot http://polenblog.cmosnet.eu

Screenshot http://polenblog.cmosnet.eu

Przy okazji modyfikacji designu znalazłem, dlaczego mimo że powłączałem komentowanie tylko dla zarejestrowanych użytkowników i captche po polsku przy komentarzach to ciągle przychodzi mi masa spamerskich komentarzy (bywa znacznie powyżej 100 na dobę). Oprócz włączenia opcji trzeba jeszcze zimplementować jakąś reakcję na to, czyż nie? Nie chce mi się za głęboko wchodzić w szczegóły implementacyjne WordPressa i takie są skutki. Ale teraz naprawdę będzie komentowanie tylko dla zarejestrowanych. Podziękowania proszę przesyłać spamerom (spora część z nich jest z Polski, próbuję z tym walczyć, ale niektórzy się bardzo maskują).

Blog ma tytuł "Polnisches Mikado" - Mikado to gra zbliżona do polskich bierek. Bierki są też na zdjęciu tytułowym (podziękowania za bierki dla agatynal), nie dało się jednak znaleźć biało-czerwonych i musiałem je odpowiednio pomalować. Skąd nazwa blogu, wyjaśni się po paru wpisach. A jak te malowane bierki już mam, to może jak nie będę miał zdjęcia do zilustrowania notki to porobię kompozycje z tych bierek? Tak jak mają w prawdziwych czasopismach?

Notek naprodukowałem już z dziesięć, na razie czekają na publikację. Będę puszczał je co 1-2 dni. Zdaję sobie sprawę, że są w nich błędy językowe, nie będę się obrażał za wytykanie ich.

Jeżeli ktoś z czytelników będzie chciał komentować na nowym blogu, to bardzo proszę o nie komentowanie po polsku. To jest blog dla czytelników niemieckojęzycznych, proszę po niemiecku, ewentualnie angielsku. Może być łamany niemiecki albo angielski, czepianie się błędów robionych przez komentatorów będę wywalał bez litości. Teraz adres: 

http://polenblog.cmosnet.eu

W następnej kolejności popracuję nad zrobieniem centralnej strony wejściowej do wszystkich moich blogów i innych aktywności sieciowych pod www.cmosnet.eu, I nad bannerami linkującymi wszystkie blogi między sobą. Zapraszam nieustająco.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Organizacyjne

Skomentuj

Jak to sie robi w Niemczech: Zbytki biskupów

Dawno nie było notki o Niemczech, czas żeby napisać coś nowego. Mam sporo zajęć, między innymi przygotowuję start bloga o Polsce po niemiecku (już wkrótce), ale chwilę znajdę bo się dzieje i trzeba łapać temat póki aktualny.

Od pewnego czasu w Polsce ciągle jakiś biskup albo inny hierarcha coś palnie, albo wykaże się znaczącym oderwaniem od ziemskich trosk i zamiłowaniem do bogactwa i luksusu. Zjawiska te nie są specyficzne tylko dla Polski, zobaczmy może jak to wygląda w Niemczech. Rzecz dotyczy akurat biskupa obejmującej Frankfurt diecezji Limburg, więc dociera do mnie sporo ciekawostek.

Zacznijmy od poprzedniego biskupa tej diecezji. Był to Franz Kamphaus. No i ten był w miarę porządny. Linię ideologiczną miał nie bardzo skostniałą - w konflikcie o doradztwo przed usunięciem ciąży (chyba trzeba by napisać o tym notkę) był przeciw JPII. No i przede wszystkim żył skromnie - nie mieszkał w domu biskupim, tylko w  apartamencie (Apartment po niemiecku odpowiada znaczeniu angielskiemu - małe mieszkanko dla singla - a nie polskiemu coś prawie jak pałac) w seminarium. A służbowej limuzyny z szoferem używał rzadko i niechętnie. No ale w 2007 skończył 75 lat i zgodnie z prawem kanonicznym ustąpił ze stanowiska. W 2008 zastąpił go Franz-Peter Tebartz-van Elst.

Biskup Franz-Peter Tebartz-van Elst

Biskup Franz-Peter Tebartz-van Elst Źródło: Christliches Medienmagazin pro

Proszę nie sugerować się rozbudowanym nazwiskiem - nowy biskup nie pochodzi ze szlachty.  Urodził się w rodzinie rolników i jest drugim dzieckiem z piątki. W momencie nominacji miał 49 lat. To tak dla ustalenia uwagi.

No i ten biskup zaczął się wkrótce zachowywać, jakby był z Polski. Jeszcze w roku objęcia urzędu w Limburgu zdobył rozgłos odwołując dziekana z Wetzlaru za współudział w nabożeństwie dla pary homoseksualnej, która właśnie zawarła ślub cywilny. Ja rozumiem żeby palcem pogrozić że to nie po linii i nie na bazie, ale żeby zaraz odwoływać? No ale niech mu będzie.

Dalej było tylko gorzej. Pisałem już o oszczędnościach w niemieckim Kościele Katolickim, o scalaniu parafii dla oszczędności kosztów, redukcji etatów itd. Było tam też o odwołaniu proboszcza pismem - to typowy styl działania tego biskupa. Autorytaryzm. Ale między odwołaniem starego a powołaniem nowego biskupa kapituła (??? Domkapitel, nie wiem jak po polsku, nie jestem biegły w tym nazewnictwie)  postanowiła zbudować nowy pałac biskupi. Koszty miały się zamknąć w dwóch milionach euro. Nowy biskup rozszerzył inwestycję - miało to być teraz Centrum Diecezjalne Św. Mikołaja - a budżet miał wzrosnąć do 5,5 miliona. Całkiem ostatnio wyszło, że potrzebne jest prawie 10 milionów, a i to na 100% nie jest ostatnie słowo.

Nowa kaplica pałacu biskupiego w Limburgu

Nowa kaplica pałacu biskupiego w Limburgu Źródło: Wikipedia Autor: Nikola

No i teraz pojawia się interesujące pytanie: Skąd diecezja weźmie na to szmal. Sytuacja zrobiła się trochę niezręczna, bo z jednej strony inwestycje diecezjalne powyżej pięciu milionów euro muszą być zatwierdzane przez Watykan (a niedawno zmienił się tam szef i ten nowy takich rzeczy chyba nie lubi), a z drugiej wierni w diecezji są już mocno wkurzeni tym, że muszą zaciskać pasa, a tu takie zbytki. Co prawda diecezja nie zbankrutuje - ma co sprzedać, majątku jest znacznie więcej, ale miło nie będzie.

A jeszcze trochę wcześniej biskup wybrał się na wyjazd służbowy do Indii. Obejrzeć slumsy. No ale biskup nie będzie leciał byle biznesklasą - razem z wikariuszem generalnym diecezji polecieli klasą pierwszą (różnica na dwóch biletach w dwie strony ok. 7000 euro). Rozeszło by się po kościach, ale jak Spiegel miał o tym napisać diecezja przystąpiła do ataku - usiłowała zablokować artykuł. Przy tym biskup nakłamał dziennikarzowi Spiegla że leciał biznesklasą, a potem złożył oświadczenie pod przysięgą (Versicherung an Eides statt) że nic takiego nie mówił. Nie wiem czy w Polsce jest coś takiego jak to oświadczenie, w każdym razie w Niemczech kłamstwo w takim oświadczeniu jest karalne. A Spiegel miał nagranie. No i ksiądz biskup będzie miał proces.

Wierni i księża diecezji mają powoli biskupa dosyć. Zaczynają już pojawiać się listy otwarte żądające zmian, a nawet ustąpienia biskupa. Ciekawe co będzie dalej. EDIT 2013-08-30: Wczoraj pojawił się list otwarty popierający biskupa, że niby go za wierność linii ideologicznej zwalczają.

Tymczasem biskup Franz-Peter prezentuje wysoki poziom oderwania od rzeczywistości twierdząc, że on cały czas chce tak dobrze, ale jakoś go nie rozumieją. Całkiem jak Jezusa. Serio tak powiedział, to nie moja ironia. Niezły okaz, co nie? Prawie jak w Polsce.

A teraz wniosek. Wiele osób w Polsce uważa, że wprowadzenie podatku kościelnego w stylu niemieckim załatwia problem rozdziału Kościoła od państwa i wszystkie wyskoki hierarchi. Niestety nie. To dopiero początek drogi.

TUTAJ więcej na temat biskupa (artykuł z FAZ po niemiecku)

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (7)

Na ulicy widziane: Mikrosamochód nadal żywy.

Wydawałoby się, że mikrosamochody według koncepcji lat 50-tych ubiegłego wieku (mały pojazd na dwie osoby z silnikiem motocyklowym) dawno już umarły śmiercią naturalną. A w Holandii okazuje się, że jednak nie. Często spotyka się tu różne śmieszne wozidełka, najpopularniejszym z nich jest Canta LX

Canta LX

Canta LX

 

Canta LX

Canta LX

Poszukałem w sieci kto to robi, i jest to holenderska firma Waaijenberg Mobilieit B.V. Pojazd mieści dwie szczupłe osoby, ma czterosuwowy, dwucylindrowy silnik o pojemności 160 cm3 i automatyczną bezstopniową przekładnię wywodzącą się z dawnych konstrukcji firmy DAF. Jedzie toto do 45 km/h i jeżeli dobrze zrozumiałem, to nie potrzeba mieć na to nawet prawa jazdy. Tylko cena nie pasuje do reszty - za najtańszą wersję trzeba dać ponad 10.000 euro.

Oprócz tej Canty widuje się też inne, podobne pojazdy, na przykład takie, francuskiej firmy JDM:

 

JDM Abaca

JDM Abaca

 

JDM Abaca

JDM Abaca

Albo takie, też francuskie - Microcar M.GO - to już 500 cm3:

Microcar M.GO

Microcar M.GO

 

Microcar M.GO

Microcar M.GO

 

Zauważyłem też pojazd firmy włoskiej, Grecav, model Amica 1100. Charakterystyka podobna do Canty, cena nowego nieznana, bo nie ma go już w produkcji.

 

Grecav Amica 1100

Grecav Amica 1100

 

Grecav Amica 1100

Grecav Amica 1100

No i uczucia mam mieszane. Toto nie jest nic tańsze od małego samochodu w miarę normalnej wielkości. Niewątpliwie w płaskim, ciasnym mieście może mieć swoje zalety, zwłaszcza jeżeli nie potrzeba na to prawa jazdy. Większe zalety miałoby gdyby było elektryczne, ale cena takiego pojazdu byłaby jeszcze wyższa. 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Na ulicy widziane

Skomentuj

Warto zobaczyć: La Coupole, Helfaut

Dziś znowu obiekt niechlubnie związany z Niemcami, tym razem we Francji - La Coupole w miejscowości Helfaut.

Obiekt jest po prostu monstrualny i mógłby na żywca grać w filmach retro SF rolę dokładnie tego, czym jest - czyli czegoś w rodzaju Gwiazdy Śmierci. Chodzi o bazę do strzelania rakietami A4 (V2) przede wszystkim w Londyn.

La Coupole

La Coupole

Zamierzenie było takie, żeby robić tam końcowy montaż pionowy rakiet A4 wyprodukowanych w Mittelbau Dora (tam też się jeszcze wybiorę), wyprowadzać je na zewnątrz hali montażowej i od razu strzelać. Baza położona jest najbliżej Londynu jak to było możliwe (188 kilometrów). W zasadzie rzecz była od początku do końca bez sensu - taka stała baza w odległości pół godziny lotu wolnym samolotem od lotnisk przeciwnika nie ma szans działać długo, niezależnie jak bardzo ją obetonować. W końcu muszą być tam jakaś droga albo tor kolejowy żeby dostarczać zaopatrzenie, drzwi żeby rakietę wystawić do startu, jakieś tory do jej transportu, otwarte stanowisko startowe itp. Niemieccy inżynierowie rakietowi myśleli logicznie i nowocześnie i woleli przewoźne stanowiska startowe, znacznie trudniejsze do wykrycia i zniszczenia.

Przewoźne stanowisko startowe rakiet A4 (V2) - model

Przewoźne stanowisko startowe rakiet A4 (V2) - model

No ale Hitler, jak prawdziwy, filmowy badguy uwielbiał gigantyczne budowle, zwłaszcza podziemne. I jaki prawdziwy badguy nie pragnie w głębi duszy swoich Gwiazd Śmierci? Zbudowano więc wielką kopułę z żelbetu, 70 metrów rozpiętości, 5 metrów grubości. A pod nią drążono komory i chodniki do prowadzenia montażu rakiet. Planowana była produkcja taśmowa i strzelanie jednej po drugiej.

Makieta La Coupole

Makieta La Coupole

No i ten plan to po prostu debilny był. Przecież wiadomo od razu, że przeciwnik postara się zniszczyć taką instalację jak najszybciej i bez względu na straty, nawet nie wiedząc do czego ma ona służyć. Już sam jej wygląd i skala z daleka wołają ZNISZCZ MNIE, BO POŻAŁUJESZ!

No ale zniszczenie nie było łatwe. Przeprowadzono wiele nalotów z udziałem setek samolotów i najbardziej ironicznie wyszło, gdy kopuła wytrzymała trafienie najcięższą bombą, a do porzucenia projektu zmusiła Niemców bomba która nie trafiła w kopułę, wybuchła obok niej i narobiła mnóstwo szkód. Kredowe wzgórze było już tak osłabione ciągłymi wybuchami, że dalsze prace groziły totalną katastrofą. Ani konstruktorzy, ani atakujący o tym nie pomyśleli, tak się przypadkiem zrobiło.

Rakieta A4 (V2)

Rakieta A4 (V2)

Po wojnie dokładnie zbadano instalację, wyszło że była przystosowana do strzelania znacznie większymi niż A4 rakietami, których na szczęście nie zdążono opracować. W roku 1997 zrobiono tam muzeum. Składa się ono z paru ekspozycji:

  • O rakietach V1 i V2 oczywiście.
  • O programach kosmicznych będących pochodnymi niemieckiego programu rakietowego.
  • O robotnikach przymusowych którzy stracili życie przy budowie instalacji
  • O ruchu oporu w okupowanej Francji.

Całość ciekawa, ale większość eksponatów można zobaczyć i gdzie indziej, chociażby w Peenemünde. Jedno czego nie widziałem wcześniej to załogowa wersja V1 -  Fieseler Fi 103R, kryptonim Reichenberg, zwana też V4. Nic dziwnego że jej wcześniej nie widziałem - zostało ich tylko kilka (Wikipedia angielska podaje pięć), z czego w Europie dwa, ten drugi w Anglii.

Fieseler Fi 103R - Reichenberg, Gerät - V4

Fieseler Fi 103R - Reichenberg, Gerät - V4

Największe wrażenie robi sama kopuła. Refleksja: Całe szczęście że Hitler był taki durny, gdyby był inteligentny i słuchał rad fachowców to nie wiem jak by się WWII skończyła.

Każdy zwiedzający dostaje słuchawki które na kilku kanałach na podczerwieni odbierają tekst w różnych językach. Nadajniki poumieszczane są w różnych miejscach, nie zawsze dobrze odseparowanych. To rozwiązanie nie jest dobre - pojawiają się przesłuchy z sąsiedniego nadajnika, przydźwięki, czasem słuchawki burczą głośno, często trudno zidentyfikować czy selektor kanałów jest źle ustawiony, czy też po prostu tekstu w żądanym języku nie ma.

Ale odwiedzenie tego muzeum bardzo polecam.

Adres:

La Coupole
rue Clabaux (D210)
62570 HELFAUT

Czynne:

  • lipiec i sierpień 10-19
  • reszta roku 10-18

Wstęp:

  • dorośli 9,50 EUR
  • dzieci 6,50 EUR

Radzę zabrać ze sobą jakiś sweter albo kurtkę, bo w korytarzach jest zimno.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Warto zobaczyć: Muzeum Wału Atlantyckiego Oostende

Dziś o atrakcji w Belgii, ale znowu związanej z Niemcami. Dobrze zachowany kawałek Wału Atlantyckiego koło Oostendy.

Atlantikwall Museum Oostende - bateria dział w bunkrze

Atlantikwall Museum Oostende - bateria dział w bunkrze

Muzeum mieści się na wydmie i składa z kawałka umocnień z WWI i sporej ilości bunkrów z WWII. W bunkrach odtworzono wystrój i wyposażenie z okresu ich użytkowania, daje to wgląd w życie codzienne żołnierzy służących w takiej jednostce.

Atlantikwall Museum Oostende - umocnienia z I wojny światowej

Atlantikwall Museum Oostende - umocnienia z I wojny światowej

 

Atlantikwall Museum Oostende - zbrojownia

Atlantikwall Museum Oostende - zbrojownia

Wał Atlantycki był przedsięwzięciem o nieprawdopodobnej skali, jedyna porównywalna instalacja w Europie to rzymski Limes. Tyle że Limes budowano dziesięcioleciami, a Wał Atlantycki w trzy lata. Wał sięgał od północnych krańców Norwegii do granicy hiszpańsko-francuskiej. Razem 2685 kilometrów. Trzeba to zaznaczyć, że Limes miał prawie dwa razy tyle (pisałem już, że nowożytna cywilizacja europejska jest przereklamowana).

Wcześniej już widziałem kawałek Wału Atlantyckiego w mniej kluczowym miejscu, we Francji w rejonie Soulac-sur-Mer. Tam składał się on z oddzielnych, zestandaryzowanych stanowisk ogniowych, połączonych zwykłą drogą dla samochodów na wydmie. Dziś część tych zbudowanych na piasku bunkrów została zmyta do morza, inne leżą na plaży.

Bunkier Wału Atlantyckiego w Soulac-sur-Mer

Bunkier Wału Atlantyckiego w Soulac-sur-Mer

 

Bunkier Wału Atlantyckiego w Soulac-sur-Mer

Bunkier Wału Atlantyckiego w Soulac-sur-Mer

Oostende to port położony w kluczowym rejonie kanału La Manche, stąd umocnienia są znacznie bardziej rozbudowane. Ale nawet w takiej okolicy zainstalowane uzbrojenie nie było jakieś szczególnie mocne - na stanowiskach ogniowych stały całkiem normalne działa polowe, część nawet zupełnie odkryta.

Atlantikwall Museum Oostende - bateria dział na odkrytym stanowisku

Atlantikwall Museum Oostende - bateria dział na odkrytym stanowisku

 

Atlantikwall Museum Oostende - bateria dział w bunkrze

Atlantikwall Museum Oostende - bateria dział w bunkrze

Możemy tu również zobaczyć resztki niemieckiego radaru typu Würzburg-Riese (FuMG 62). Elektronika od radaru Würzburg (w mniejszej wersji) została zdobyta przez Aliantów w roku 1942 i sprawiła, że angielskim elektronikom szczęki poopadały. Konstrukcja była mocno zmodularyzowana, dzięki czemu urządzenie mógł naprawić zwykły technik po prostu wymieniając moduły. Angielskie radary musiał naprawiać dobrze znający się na rzeczy fachowiec, a przecież był to wtedy ultra-high-tech i fachowców od tego było bardzo mało. Znalazłem serwisówkę do Würzburga: TUTAJ.

Atlantikwall Museum Oostende - antena radaru Würzburg Riese

Atlantikwall Museum Oostende - antena radaru Würzburg Riese

 

Atlantikwall Museum Oostende - kabina operatora radaru Würzburg Riese

Atlantikwall Museum Oostende - kabina operatora radaru Würzburg Riese

Wyekstrapolowanie sobie widzianych przeze mnie kawałków Wału Atlantyckiego na te 2685 kilometrów i porównanie go z Limesem wprawiło mnie w zadumę nad gremialnym idiotyzmem całego kierownictwa hitlerowskiego. Limes był częścią szerszej polityki pacyfikacyjnej, Rzymianie starali się zdobytym prowincjom zapewnić dobrobyt ekonomiczny (po przykładnym ukaraniu opornych oczywiście) i dzięki temu Limes oddzielał strefę rzymskiego pokoju i dobrobytu od reszty świata. A do tego jeszcze starano się o stworzenie przyjaznej strefy buforowej tam, gdzie się tylko dało.

Wał Atlantycki to była rozpaczliwa próba powstrzymania wroga zewnętrznego za cenę robienia sobie coraz większych wrogów wewnętrznych - miejscowa ludność zmuszana do pracy przymusowej przy budowie wszelkiego rodzaju umocnień, eksploatowana i terroryzowana na różne sposoby i żyjąca w stałym lęku o swoje życie nie była specjalnie przyjaźnie usposobiona. W dodatku różnych zasobów było za mało - takiej sytuacji nie da się ustabilizować na dłuższą metę, to musiało się rypnąć wcześniej czy później. Ja rozumiem że bez wszczęcia wojny Rzesza by wkrótce zbankrutowała - bo trzeba by zacząć spłacać dług publiczny narobiony żeby się gospodarka kręciła i ludzie byli zadowoleni, ale gdyby hitlerowcy bardziej stosowali się do wzorów rzymskich zamiast chapać jak najszybciej co się da,  to Europa dziś mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. Nie wiem czy lepiej, ale inaczej.

A teraz dane. Uwaga: Muzeum jest słabo oznaczone, przy drodze nie ma żadnej reklamy -  jak nawigacja powie że cel osiągnięty to trzeba skręcić w stronę morza. Ja przegapiłem wjazd za pierwszym razem i musiałem zawracać. Na tym terenie jest jeszcze jakiś skansen ze średniowieczną wioską (nie bylem) i muzeum pamięci jakiegoś ich króla (nie bawi mnie, a za wstęp liczą osobno). A cała okolica to rezerwat przyrody, biegają tam bażanty i inne ptaki.

Adres:

Atlantikwall Museum 
Domein Ravesijde
 Nieuwportsesteenweg 636
8400 Oostende

Czynne:

  • od 1. kwietnia do 11 listopada
  • w dni powszednie 14-17
  • w weekendy, święta i wakacje 10:30-18

 Wstęp:

  • dorośli 6,50 EUR
  • dzieci powyżej 12 lat - 5,40 EUR
  • Dzieci do 12 lat za darmo
  • W cenie audioguide 
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Komentarze: (1)

Urlopowe reminiscencje

Podzielę się kilkoma refleksjami z urlopu i poradzę parę rzeczy.

  • Belgia i Holandia są drogie, ale fajne.
  • Nikt tak straszliwie i szczególnie nie ucierpiał podczas różnych wojen jak Polacy. Tak, tak. Jeżeli tak uważasz to stań koło Wzgórza 60 w Ypres i powiedz to głośno. Zdasz w ten sposób egzamin na überbuca.
  • Wyobrażenie sobie skali Wału Atlantyckiego na podstawie bardzo dobrze zachowanego fragmentu koło Oostendy przyprawia o facepalmy. Ale napiszę o tym osobną notkę.
  • Bezsens WWII, a zwłaszcza jej końcowej fazy,  jeszcze lepiej widać przy zwiedzaniu La Coupolle. Też napiszę notkę na ten temat.
  • Jeżeli ktoś potrzebuje fajną miejscówkę w Belgii (Ferienhaus na do 6 osób), niedaleko morza, tuż koło granicy francuskiej to proszę o kontakt na nrd@cmosnet.de A aparat do wymiany.
Dom w De Panne - Adinkerke

Dom w De Panne - Adinkerke

  • Pierwszy raz w życiu widziałem znak drogowy zakazujący użycia cruise control
  • Belgijskie czekoladki są cokolwiek przereklamowane, te które kupiliśmy w Muzeum Czekolady w Kolonii były lepsze. Za to ich gofry sa dobre.
  • Trafić gdziekolwiek w Belgii bez użycia nawigacji bardzo trudno. Oznaczenia są generalnie słabe.
  • Czy można przejść bezpiecznie przez środek stada półdzikich osłów mieszkających w rezerwacie? Wolałem nie próbować.
Osły w rezerwacie

Osły w rezerwacie

  • Typowa cena wstępu do muzeum w Holandii dla dorosłego to 15 euro. Kupa pieniędzy, ale dla dzieci wstęp jest najczęściej za darmo! Super rzecz, tak powinno być wszędzie! Dzieci przyszłością narodu Unii!
  • Jeżeli ktoś jest tak napalony na zwiedzanie jak ja, to polecam zakup Museumkaart. Karta ta jest droga - 55 EUR dla dorosłego, ale potem przez rok ma się darmowy wstęp do większości muzeów państwowych w Holandii. Jak łatwo obliczyć, po czwartym muzeum jest się już na plusie. Taka sama karta dla dziecka kosztuje koło 30 euro i się nie opłaca. Nie należy mylić tej karty z dwoma innymi - Amsterdam Holland Pass dającą 2 do 7 darmowych biletów i I amsterdam City Card dającą darmowy wstęp przez 24 do 72 godziny.  Te dwie opłacają się mniej. A najlepsze w tych kartach jest to, że z nimi omija się kolejkę. Na przykład do van Gogha wybraliśmy się koło piętnastej, bilety w kasie były na siedemnastą i jeszcze duża kolejka do wejścia. Z Museumkaart wpuścili nas od razu, nawet z ominięciem znacznie krótszej kolejki na e-bilety, brak karty dla dziecka nie był żadnym problemem - szybciutko wydrukowali bilet za zero euro. Po tygodniu w Holandii z Museumkaart jesteśmy do przodu o jakieś 120 euro. I uwaga: Z sieci często trudno się dowiedzieć, czy w jakimś muzeum akceptują Museumkaart, zawsze lepiej zapytać przed kupieniem biletu. Karty są w zasadzie imienne, ale nikt tego nie sprawdza, a nawet zdarzyło nam się, że syn wszedł za darmo (normalnie by musiał zapłacić) na kartę żony, mimo że wyraźnie powiedziałem pani w kasie że to nie jego karta.
  • Jak ktoś potrzebuje jeszcze lepszej miejscówki niż ta w Belgii za w miarę rozsądną cenę w bardzo drogim Amsterdamie (na do 4 osób) to proszę o kontakt na nrd@cmosnet.de A aparat do wymiany.
Dom w Amsterdamie

Dom w Amsterdamie

  • Wynajmowanie roweru w wypożyczalni w Amsterdamie jest strasznie drogie, a rowery dość marne. Mam wrażenie, że przy trzech osobach taniej byłoby taksówkami. Niestety w miejscówce nie mieli mniejszego roweru dla syna (a chcieli tylko 4 euro od roweru za dobę), więc raz spróbowaliśmy z wypożyczalnią w mieście. I dość.
  • Parkowanie w parkhausie w Amsterdamie jest potwornie drogie, nie warto wybierać się do centrum samochodem. To już chyba lepiej wynająć te drogie rowery.
  • Nie dajcie się wpuszczać w małe muzea prywatne typu Muzeum Serów albo Muzeum Tulipanów w Amsterdamie. To w większości naciągactwo.
  • W mniejszych miasteczkach jest duży problem ze znalezieniem czegoś szybkiego do jedzenia, nawet w paru letniskowych miejscowościach tuż koło morza były tylko regularne i niezbyt tanie restauracje w śladowych ilościach. Czegokolwiek imbisowego w stylu hot-doga do ręki brak. 
  • Autostrady i w Belgii i w Holandii ładne, ale trzeba się ciągnąć po nich 120. A jak w Holandii robią się cztery pasy, to od razu jest ograniczenie do 100.
  • W Ermitażu Amsterdam wystawa o Piotrze I i jego wycieczce do Europy. On przyjął bliską mi zasadę, że nawet jak jesteś kierownikiem, to powinieneś chociaż w podstawowym zakresie umieć robić to, co robią twoi podwładni. No i nauczył się budować statki (w Holandii właśnie), robić operacje chirurgiczne i masy innych rzeczy. A potem został nazwany Wielkim.
Ermitaż Amsterdam - Piotr I

Ermitaż Amsterdam - Piotr I

  • W Holandii tak lubią swój żółty ser, że jedzą z nim nawet naleśniki na słodko. Widziałem na przyklad naleśniki z serem żółtym i rodzynkami. Nie spróbowałem, wziąłem bardziej tradycyjny wariant. Ale tylko trochę bardziej tradycyjny - bo z łososiem i cukinią.
Restauracja Pannekoekschip Groningen

Restauracja Pannekoekschip Groningen

  • Tydzień w jednym miejscu to za mało na zobaczenie okolicy, dwa tygodnie to za dużo. Najlepsze byłoby jakieś 10 dni, ale taki czas nie zgrywa się z niczym innym.
  • Za każdym wyjazdem zagranicznym w dowolną stronę (chociaż do Polski trochę mniej) zbieram się do napisania notki o niemieckim chlebie, najlepszym na świecie. Raz nawet zacząłem pisać. Może teraz skończę?

 To były luźne przemyślenia, teraz zabiorę się za bardziej szczegółowe notki.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (2)

Śladami NRD: W niespodziewanych miejscach

Wróciłem właśnie z urlopu w Belgii i Holandii. I w tych krajach, raczej niespodziewanie, natknąłem się na ślady NRD. Tu na przykład Amsterdam (muszę chyba kupić nowy aparat, bo ten mnie coraz częściej zawodzi, nawet w przyzwoitych warunkach). 

Garage NRD Amsterdam

Garage NRD Amsterdam

No dobra, żartowałem. Ale tu naprawdę: Boudewijn Park w Bruggi. To jest oceanarium, mają tam też foki. No i przed pokazem fok dziewczyna z załogi wygłupiała się z aparatem fotograficznym żeby zająć dzieci i zareklamować usługi miejscowego fotografa. I jak stanęła bliżej to mi szczęka opadła, bo ona miała w rękach Praktikę B100

Praktica B100 w Boudewijn Park Brugge

Praktica B100 w Boudewijn Park Brugge

Przed pokazem delfinów inna dziewczyna robiła podobne wygłupy, nie widziałem zbyt dokładnie, ale jej aparat wyglądał na Praktikę wcześniejszych serii. Wygląda że NRD-owskie aparaty musiały się tam dobrze sprzedawać.

Inne miejsce: Muzeum Wału Atlantyckiego koło Oostendy. Napiszę o nim bardziej szczegółową notkę, teraz ciekawostka o NRD. Muzeum przedstawia między innymi życie niemieckich żołnierzy w bunkrach, no i w jednej dioramie na stole leżały pudełka z proszkiem do szorowania ATA, który pamiętam z NRD, nawet w takich samych opakowaniach. Poguglałem i okazało się, że proszek ten był produkowany już przed wojną.

Proszek do szorowanie ATA w Atlantikwall Museum Raversyde

Proszek do szorowanie ATA w Atlantikwall Museum Raversyde

 I jeszcze jedno miejsce: Marshall Museum w Overloon. Mają tam kupę sprzętu wojskowego głównie amerykańskiego (też będzie notka) i między innymi NRD-owskie motocykle w wersjach wojskowych:

Motocykl MZ serii ES w wersji wojskowej w Marshall Museum Overloon

Motocykl MZ serii ES w wersji wojskowej w Marshall Museum Overloon

 

Motocykl MZ serii ETS w wersji wojskowej w Marshall Museum Overloon

Motocykl MZ serii ETS w wersji wojskowej w Marshall Museum Overloon

 

Motocykl MZ serii ETZ w wersji wojskowej w Marshall Museum Overloon

Motocykl MZ serii ETZ w wersji wojskowej w Marshall Museum Overloon

Wkrótce więcej notek, jak się trochę ogarnę. 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Skomentuj

Na wystawie widziane: NSU Wankel Spider

W tym roku jakoś się nie składało z wystawami starych samochodów - Autowerku nie było bo Opel cienko przędzie, przy paru innych padało przez cały dzień i nie warto było w ogóle się tam wybierać. No ale wreszcie się trafiło, tym razem w Rüsselsheimie, koło willi Opla (Opelvillen).

Samochodów było mnóstwo, ale coraz trudniej o takie, których dotąd nie widziałem. Tu jednak znalazł się taki, którego własnych zdjęć mi brakowało - NSU Wankel Spider (patrz: notka o NSU).

NSU Wankel Spider

NSU Wankel Spider

Ten samochód był w swoim czasie rewolucyjny - był to pierwszy seryjnie produkowany samochód z silnikiem Wankla.

NSU Wankel Spider

NSU Wankel Spider

Silnik taki wydawał się wtedy być bardzo dobrym rozwiązaniem - był mały, mocny, zużywał mało paliwa i pracował relatywnie cicho i spokojnie. Ten w Spiderze miał jeden wirnik, pojemność 500 cm3 (chociaż w Wanklu to się trudno liczy) i dawał z niej 50 KM. Palił przy tym 10l/100km, dziś nie robi to wrażenia, ale wtedy było nie najgorszym wynikiem - Spider to, było nie było, samochód sportowy.

NSU Wankel Spider

NSU Wankel Spider

Silnik był zamontowany z tyłu, ale ponieważ był mały, to udało się nad nim wygospodarować jeszcze trochę miejsca na bagaż. Zasadniczy bagażnik był z przodu, ale tam była chłodnica i zbiornik paliwa, więc miejsca też nie było za dużo. No ale samochód sportowy...

NSU Wankel Spider

NSU Wankel Spider

Nadwozie Wankel Spidera było w zasadzie wzięte ze Sportprinza (zdjęcie trochę słabe, bo zrobione komórką na autostradzie).

NSU Sportprinz

NSU Sportprinz

Ale różniło się w wielu szczegółach, nie tylko w tym że z coupe zrobili cabrio.

NSU Wankel Spider

NSU Wankel Spider

W latach 1964-1967 NSU zrobiło tych Spiderów około 2300, a potem  przestawiło się na większy model Ro80, z podobnym silnikiem, tylko dwuwirnikowym. No i ten model zabił firmę - bo konstrukcja silnika nie była jeszcze dojrzała. I Wankle raczej już nie wrócą.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Na ulicy widziane

Komentarze: (1)

Witam na nowej instancji

Migracja się powiodła, witam na WordPressie w trybie multisite. Nie było szans na przetestowanie migracji przed przełączeniem bez możliwości powrotu, ale wygląda że wszystko ruszyło od pierwszego kopnięcia. W razie gdyby coś jednak było nie tak, proszę o zgłoszenie w komentarzach albo na maila nrd@cmosnet.eu 

Zarejestrowanych użytkowników przeniosłem, mam nadzieję że dobrze. Uwaga: Każdy z obydwu (jak na razie) moich blogów ma niezależny zestaw użytkowników, kto chce być zarejestrowany na obydwu musi się rejestrować dwa razy.

Zgodnie z oczekiwaniami na starym, bloxowym blogu zginęły zdjęcia - multisite ma nieco inaczej zorganizowane katalogi. Nie będę poprawiał tam linków, i tak powoli likwiduję tam notki żeby mi ranku i ruchu nie zjadały. A jeżeli ktoś podlinkował zdjęcia z mojego bloga, musi zaktualizować linki.

No i teraz mogę kombinować dalej. W planie mam zrobienie centralnej strony pod adresem cmosnet.eu kierującej do moich różnych treści, a po wakacjach uruchomienie bloga po niemiecku. Oprócz Niemiec i NRD dla Polaków będzie Polska dla Niemców. Będzie to niezłe wyzwanie, bo publicystyki po niemiecku jeszcze nie pisałem. Zdaję sobie sprawę z niedoskonałości mojego niemieckiego, no ale spróbuję.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Organizacyjne

Komentarze: (5)

Warto zobaczyć: Muzeum czekolady w Kolonii

I znowu muzeum, co do którego mam bardzo mieszane uczucia. Muzeum czekolady w Kolonii.

Muzeum czekolady Kolonia

Muzeum czekolady Kolonia

Muzeum leży na ciekawie zrewitalizowanych terenach byłego portu rzecznego. Już od wejścia widać, że jest to przede wszystkim przedsięwzięcie reklamowe firm Imhoff-Stollwerk i Lindt. Muzeum jest w pierwszej dziesiątce najpopularniejszych muzeów w Niemczech i finansuje się samo, bez dotacji.

Muzeum czekolady Kolonia

Muzeum czekolady Kolonia

Kupujemy bilety i od razu do każdego otrzymujemy po czekoladce. Wchodzimy i najpierw idziemy przez średnio interesującą ekspozycję dotyczącą uprawy kakao, przetwarzania go, transportu, jego wartości odżywczych i wpływu na zdrowie... W małej szklarni (100 m2) z klimatem tropikalnym możemy obejrzeć rosnące kakaowce, w otoczeniu innych roślin tamtej strefy klimatycznej.

Muzeum czekolady Kolonia - szklarnia

Muzeum czekolady Kolonia - szklarnia

Dalej dochodzimy do ciekawszej strefy - wystawione są stare i aktualne maszyny do produkcji czekolady, wraz z pracującą, małą linią na której robione są i pakowane czekoladki, które dostajemy w kasie. Maszyny tu i ówdzie mają powprawiane okienka z pleksi, żeby można było zobaczyć jak działają.

Muzeum czekolady Kolonia - produkcja czekoladek

Muzeum czekolady Kolonia - produkcja czekoladek

 Panie częstują wszystkich wafelkami maczanymi w stopionej czekoladzie.

Muzeum czekolady Kolonia

Muzeum czekolady Kolonia

Potem idziemy na pięterko, gdzie możemy zamówić sobie tabliczkę czekolady zmiksowanej według własnego wyboru (rodzaj czekolady, co domieszane, jaka posypka itp.). 

Muzeum czekolaty Kolonia - tu można zamówić czekoladę

Muzeum czekolaty Kolonia - tu można zamówić czekoladę

Oczywiście można urządzić tam urodziny dziecka albo wziąć udział w warsztatach z produkcji czekolady.

Muzeum czekolady Kolonia - warsztaty z produkcji czekolady

Muzeum czekolady Kolonia - warsztaty z produkcji czekolady

Ponieważ realizacja zamówienia trochę trwa, idziemy dalej po piętrze, gdzie wystawione są różne eksponaty z historii czekolady - od Olmeków, Majów i Azteków, przez Europę we wcześniejszych wiekach, do dziś. Parę ciekawych rzeczy jest, zrobiłem na przykład wreszcie porządne zdjęcia NRD-owskiej Schlager-Süßtafel do cyklu o NRD.

Schlager Süßtafer - wyrób czekoladopodobny z orzeszkami ziemnymi z NRD; cena 80 fenigów NRD

Schlager Süßtafer - wyrób czekoladopodobny z orzeszkami ziemnymi z NRD; cena 80 fenigów NRD

Po zwiedzeniu piętra zamówiona czekolada powinna być już gotowa - odbieramy ją i wychodzimy. I wpadamy w objęcia wielkiego, świetnie zaopatrzonego sklepu z czekoladą, do którego całe muzeum jest przybudówką. Na zdjęciu tylko mały fragment.

Muzeum czekolady Kolonia - fragment sklepu muzealnego

Muzeum czekolady Kolonia - fragment sklepu muzealnego

Sklep rewelacyjny, szkoda tylko że od dłuższego już czasu nie mam specjalnej ochoty na słodycze, wolę coś konkretnego. A nawet jak by mnie ochota naszła, to i tak wolałbym jeszcze ze dwa kilo zrzucić. Nie jestem specjalnie gruby, nigdy nie ważyłem powyżej 85 kg (przy 185 cm wzrostu), ale co roku od wiosny staram się dążyć do mojej wymarzonej wagi 80 kg. To się już od wielu lat nie udaje, kończy się moje staranie na nieco powyżej 81, ale OK, może być. Stąd kupiliśmy tylko trochę czekolady na prezenty i, raczej na siłę, paczkę z ręcznie robionymi truflami drugiej jakości, co im wizualnie nie wyszły. Pół kilo za 10 EUR, to niedrogo, nie więcej niż pół ceny normalnej.

No i tu mam problem, czy polecić muzeum, czy nie. Powiem tak: Na pewno warto do iść sklepu, wejście do niego nic nie kosztuje, a wybór niesamowity. Nawet samo oglądanie jest interesujące. Natomiast wejście do muzeum jest drogie, czy warto, każdy musi rozstrzygnąć sam.

Adres:

Schokoladenmuseum
Am Schokoladenmuseum 1A (w nawigację samochodową wpisać Rheinauhafen)
 60578 Köln

Czynne:

  • wtorek-piątek 10-18
  • soboty, niedziele i święta 11-19
  • w poniedziałki nieczynne (oprócz grudnia, w grudniu 10-18).

Wstęp:

  • Dorośli 8,50 EUR
  • Dzieci 6 EUR
  • Jubilaci w dniu urodzin za darmo (za okazaniem dokumentu tożsamości z datą urodzenia)

Jeszcze uwaga o parkowaniu: Rewitalizowany port leży na długim półwyspie  na Renie, pod nim zbudowano wielki parkhaus (Rheinauhafen) na kilkaset metrów długości. Trzeba do niego wjechać ale nie parkować od razu, tylko pojechać jak najdalej do przodu, do sektora 1.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Strona 10 z 53Start...89101112...2030...Koniec