Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

W różnych miejscach widziane: Heinkel Tourist

Było już o Heinklu Kabine, dziś, w nawiązaniu do Goggo-Rollera o trochę podobnej konstrukcji - Heinklu Tourist.

Heinkel Tourist 103A-1 (trochę podpimpowany)

Heinkel Tourist 103A-1 (trochę podpimpowany)

 

Heinkel Tourist 103A-1 (trochę podpimpowany)

Heinkel Tourist 103A-1 (trochę podpimpowany)

 

Heinkel, któremu po wojnie nie wolno było robić samolotów, szukał sobie jakiejś niszy rynkowej. No i obserwując między innymi sukces Goggo-Rollera wymyślił, że on to potrafi lepiej.

On to naprawdę potrafił lepiej. Tak samo jak późniejszy Heinkel Kabine był Isettą done better, tak Heinkel Tourist był Goggo-Rollerem done much better.

Lepsze były już założenia projektowe. Heinkel od razu zauważył, że większość ludzi wcale nie chce mieć klonu/odpowiednika Vespy, tylko samochód. Tyle że ich nie stać. Więc trzeba sprzedać im ersatz samochodu. A jaką charakterystykę powinien mieć dobry, dwukołowy ersatz samochodu?

  • Powinien mieć silnik czterosuwowy. Żadnego smrodu, żadnego wycia silnika, żadnego martwienia się o mieszanie paliwa z olejem. A przecież nawet wielu producentów mikrosamochodów nie potrafiło tego zauważyć (patrz Goggomobil, Messerschmitt Kabinenroller, Lloyd).
  • Silnik ma mieć rozrusznik elektryczny. Kopanie przy odpalaniu to nie jest zajęcie dla poważnego człowieka, nawet jak go (jeszcze) nie stać na samochód.
  • To, że kogoś nie stać (jeszcze) na samochód, to nie znaczy że żyje o chlebie i wodzie. Zakupy do domu musi przywieźć, czasem nawet coś większego i cięższego. Albo na wczasy pojechać. Po to Tourist miał ładowność 200 kg.
  • To, że kogoś nie stać (jeszcze) na samochód, to nie znaczy że on nie chce się pokazać. Jego pojazd ma być możliwie duży, ma wyglądać i ma mieć porządne światła. Stąd dobra, 12 voltowa instalacja elektryczna i mocne światła prawie od początku produkcji.
  • To, że kogoś nie stać jeszcze na samochód, to znaczy że on chce żeby go jak najszybciej było stać. Nie chce on więc wydawać pieniędzy i tracić czasu na naprawy. Pojazd ma być niezawodny i już.
Heinkel Tourist 103A-2

Heinkel Tourist 103A-2

 

Heinkel Tourist 103A-2

Heinkel Tourist 103A-2

I to wszystko się Heinklowi udało. W latach 1954 do 1965 wyprodukowano 160.000 Touristów, a na przykład poczta kupiła 100 sztuk do rozwożenia telegramów.

Pocztowy Heinkel Tourist 103A-2 do rozwożenia telegramów

Pocztowy Heinkel Tourist 103A-2 do rozwożenia telegramów

 i wersję z wózkiem bocznym (nie bardzo rozumiem po co).

Pocztowy Heinkel Tourist 103A-2 z wózkiem bocznym

Pocztowy Heinkel Tourist 103A-2 z wózkiem bocznym

 

Pocztowy Heinkel Tourist 103A-2 z wózkiem bocznym

Pocztowy Heinkel Tourist 103A-2 z wózkiem bocznym

 

Poczta opracowała też specjalną przyczepkę do opróżniania skrzynek pocztowych, przyczepianą do Tourista.

Pocztowy Heinkel Tourist 103A-2 z przyczepką do opróżniania skrzynek pocztowych

Pocztowy Heinkel Tourist 103A-2 z przyczepką do opróżniania skrzynek pocztowych

Skuter był mocny i niezawodny, ludzie jeździli takimi nawet w dwie osoby na wczasy do Włoch. Trasą przez Alpy. Trzeba też przyznać, że on jest ładny, inaczej niż Goggo, mimo że przedni błotnik też ma nieruchomy. Heinkel po prostu to potrafił. 

Może jeszcze porównanie cen. Poszukałem, ile jaki pojazd kosztował w roku 1955. I tak:

  • VW Käfer w najtańszej wersji - 3790 DM. Uwaga: Była to najniższa cena Garbusa w historii, prawdopodobnie ze względu na szczytowy okres konkurencji mikrosamochodów.
  • Goggomobil - 3500 DM
  • BMW Isetta - 2580 DM
  • Goggo-Roller - 1750 DM (w wersju Luxus, z bajerami)
  • Heinkel Tourist - 1890 DM

czyli Tourist to było pół najtańszego Garbusa, przy znacznie niższych kosztach eksploatacji. Isetta dawała dach nad głową za 30% więcej, ale Isettą nie pojechałoby się na wczasy nad Morzem Śródziemnym.

A teraz najmocniejsze: w roku 2004 było w Niemczech zarejestrowanych jeszcze ponad 4000 Heinklów Tourist. A większość z nich nie jako oldtimery na wystawę, tylko do normalnego jeżdżenia (w okolicy jeden taki parkował, tylko akurat jak go widziałem to albo było ciemno, albo nie miałem aparatu ze sobą). A jeszcze śmieszniejsze: Ze statystyki wychodzi, że jest to nadal jeden z najpopularniejszych modeli skutera w Niemczech.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Na ulicy widziane

Komentarze: (4)

Na wystawie widziane: Glas Goggo-Roller

Dziś o skuterze produkcji firmy Hans Glas GmbH, jak zwykle z okresu niemieckiego "cudu gospodarczego".

Glas Goggo Roller

Glas Goggo Roller

 

Glas Goggo Roller

Glas Goggo Roller

 

Firma Hans Glas GmbH powstała w roku 1883 i zajmowała się produkcją maszyn rolniczych. Po WWII zaczęło jej iść źle i jej właściciel postanowił sobie znaleźć inną działkę. Pewnego razu, będąc służbowo we Włoszech zauważył on, że wielką popularnością cieszą się tam skutery Vespa. Niemcy byli wtedy biedni, ale również potrzebowali indywidualnych środków komunikacji - więc w firmie Glasa też skonstruowano coś podobnego. W 1951 uruchomiono produkcję seryjną skutera z silnikiem 123 cm3 firmy ILO-Motorenwerke (też niemieckiej). Pojazd nazwano "Goggo", od ksywki wnuka Hansa Glasa.

Glas Goggo Roller

Glas Goggo Roller

 

Glas Goggo Roller

Glas Goggo Roller

 Trzeba jednak przyznać, że Włosi w designie byli znacznie lepsi od Niemców. Vespa była ładna, a jej kształty są atrakcyjne do dziś. Goggo natomiast jest dziwaczny - ma zbyt "nadmuchany" przedni błotnik. Wynika to z przyjętej koncepcji, żeby ten błotnik był nieruchomy - koło przednie musi mieć miejsce na skręcanie. Wizualnie wyszło średnio (przynajmniej z dzisiejszej perspektywy), ale mimo to Goggo-Roller sprzedawał się bardzo dobrze.

Glas Goggo Roller

Glas Goggo Roller

Wkrótce opracowano wersje z większymi silnikami (ten czerwony na zdjęciach), wózki boczne, trójkołową wersję towarową... Ale już w roku 1956 zaprzestano jego produkcji, po zrobieniu około 60.000 sztuk. Firma całkowicie przerzuciła się na samochody Goggomobil, produkowane od 1955.

Glas Goggo Roller

Glas Goggo Roller

 

 Skuter o podobnej koncepcji (znaczy ze stałym błotnikiem przednim) od 1953 robił też Heinkel (model Tourist), ale on był znacznie lepszym konstruktorem i jego skuter wyglądał dużo ładniej. Też poświęcę mu notkę.

Wyraźne pokrewieństwo formy z  z tym Goggo widać w NRD-owskim skuterze Pitty w roku 1955. Mam trochę mało jego zdjęć, ale też napiszę o nim.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Na ulicy widziane

Komentarze: (4)

Gość na blogu: Andrzej Jamiołkowski o żeglarstwie do i w NRD

Dziś znowu tekst gościnny Andrzeja Jamiołkowskiego z Olsztyna, o pływaniu jachtem do NRD. Jestem ze Szczecina, wielu znajomych i wiele osób z rodziny pływało, ale jakoś nikt do NRD, więc dla mnie to też nowość.

Tekst pojawił się pierwotnie jako komentarz, ale zasługuje na to żeby opublikować go jako notkę.

 

Od lat 60` XX wieku żegluję, przede wszystkim po morzu, od 1985 r. jestem kapitanem jachtowym.

Po studiach (chemia UMK, dyplom 1970) zamieszkałem w Olsztynie, gdzie, jak się okazało był Klub Morski Ligi Obrony Kraju. Klub ten, od roku 1974 był eksploatatorem dużego, mahoniowego jachtu klasy Opal (niektóre z nich pływają do dziś). Wstąpiłem do tego klubu, a że byłem niezamożny i właśnie urodzili mi się synowie (72 i 74) - nie mogłem się pisać na rejsy na Zachód, nie miałem na to forsy i czasu, choć i takie były na tym jachcie organizowane. Ale jeden z ówczesnych kapitanów - pływał do NRD. Ja jako tako porozumiewam się po niemiecku, miałem dobrą nauczycielkę w liceum, choć koennen i durfen - to ciągle dla mnie tajemnica. Dołączyłem do tej grupy i w pierwszej połowie września 1976 popłynąłem pod wodzą tego starszego kapitana do Stralsundu - od Świnoujścia, via kontrola graniczna na wysepce Ruden i dalej na zachód przez Greifswalder Boden. Korzystaliśmy z faktu, że wjazd do NRD był na dowody osobiste z pieczątką i jakieś marki NRD-owskie można było kupić, coś tam LOK napisał do banku. Patrzono na nas w tym NRD jak na przybyszy z innej planety, bo NRD-owscy żeglarze - z obawy przed ucieczkami nie mogli popłynąć nigdzie - poza Greifswalder Boden. Ten zalew ma właściwie tylko cztery wyjścia na otwarte morze, i to wąskimi, pogłębionymi torami wodnymi, przy wylotach na pełne morze stał latem na kotwicy zawsze mały okręcik graniczny, który ruch (trochę barek, trochę kutrów) kontrolował. Na zalewie były wówczas (bo powoli umierają) stocznie w Wolgast i Stralsundzie, ludzie z nich budowali sobie jachty i pływali po zalewie - bez możliwości wypłynięcia na otwarte morze. Za to swoje jachty nazywali "Batavia", "New York" i podobnie, z tęsknoty za wielkim światem. Oczywiście nawiązały się rozmowy (pewnie każdy przychodzący na pokład był funkcjonariuszem), ich zdumiewało, że my z Gdyni przypłynęliśmy sami, bez obstawy, a na ich pytanie o politruka w załodze - padła nasza odpowiedź - że takiego nie ma (choć donosiciele pewnie byli). Nie mogli się nadziwić. Przy kontroli i dokładnych oględzinach jachtu (ale bez szczegółowej rewizji, choć by tam dało radę kilka osób upchać) zwrócili uwagę na radionamiernik angielskiej produkcji (wczesny Gierek, dewizy były) i dawaj o to pytać. Dla nas, w czasach dalece przed GPS-em było to ważne urządzenie bo pozwoliło oszacować pozycję na morzu, bez widoczności brzegu. Uspokoili się dopiero po tłumaczeniu, że to jest tylko odbiornik, nic tym nadać nie można, a w ogóle na łódce żadnego radia wtedy nie było.

Podobało mi się na tym zalewie bardzo. Po zjednoczeniu Niemiec akwen ten został opisany w zachodnioniemieckim czasopiśmie Die Yacht jako "Traumreviere", zachodniacy tam nie bywali wcześnie zupełnie. Porządne porty, dobrze oznakowane trasy, choć aby się wykąpać musieliśmy w Stralsundzie wprosić się do kotłowni miejskiej, to było moje zadanie, aby oczarować moją kulawą niemczyzną laborantkę - co by nam na 10 osób - łazienkę z prysznicami udostępniła. Odwiedziliśmy kilka portów na zalewie - oglądani jak przybysze z kosmosu (innych jachtów polskich tam nie było) i po kolejnej kontroli - wypłynęliśmy na otwarte morze ujściem między wyspą Hiddensee a Rugią.

Potem pływałem tam kilka razy, w roku 1980, z innym już kapitanem. Na Ruden kazali nam płynąć wprost do Stralsundu i tam mieliśmy dopiero zrobić odprawę. Inny kapitan (bylem wówczas jego z-cą) wysłał mnie do pograniczników, tam rozmawiał ze mną starszy pan w stopniu kapitana i pytał - przede wszystkim o Solidarność - używając zresztą polskiej nazwy "Solidarność" , słowo niemieckie "Solidarität"  było w NRD zarezerwowane dla solidarności z narodami Azji i Afryki. Trwało to 4 godziny (tylko 10 dowodów osobistych), ja wiłem się jak piskorz, aby powiedzieć tylko to co i tak pisała na pierwszej stronie "Trybuna Ludu". Kumple na pokładzie odchodzili z nerwów od zmysłów, myśląc, że mnie już zamknęli, a po nich zaraz przyjdą.

W tych kilku wizytach nawiązałem kontakt z Klubem Żeglarskim w Stralsundzie, po przywróceniu żeglarstwa w 1983 napisałem do nich grzeczny list po niemiecku z prośbą o zaproszenie. Zaproszenie przyszło, popłynęliśmy, ale dopłynęliśmy tylko do okręciku w cieśnince, tam nam kazali się zatrzymać, a następnie bezceremonialnie wygnali mówiąc, że tym zaproszeniem to możemy sobie pupę wytrzeć. Ja jednak nie ustawałem w staraniach i w 1988 r. - poprzez Zarząd Główny LOK załatwiłem sobie zaproszenie na jacht  i jego załogę (10 os.,  ze mną jako kpt) z Zarządu Głównego Geselschaft fur Sport und Technik. Takie zaproszenie do W-wy, do Zarządu Głównego LOK przyszło, tam mi je przekazano po krótkim szkoleniu politycznym. Wypłynęliśmy, tym razem do Warnemünde, w planie był jeszcze Wismar. Pierwszy raz mnie zatrzymali na morzu, na wysokości Darßer Ort, był tam wówczas porcik gdzie stały NRD-owskie kutry graniczne, statków nie mieli jak zatrzymywać, ale jachty - z największą (ich) przyjemnością. Musiałem o 4 rano wyskoczyć z ciepłego łóżka, bo pan z okręciku darł się przez megafon - podstawowymi pytaniami - odkuda - dokuda - skolko czełowiek (ulubione pytania wszystkich pograniczników świata). No ale miałem już radio UKF (megafonu nie miałem) więc grzecznie mu wyjaśniłem, że tu wizyta przyjaźni, na zaproszenie Komitetu Centralnego GST. Kazał czekać, ja marzłem (tylko w cienkiej piżamce) i już po 20 minutach pozwolił płynąć dalej, nawet jakieś "Gute Fahrt" chyba było. Weszliśmy do Warnemünde. Przyszedł pogranicznik, zabrał paszporty i przepadł, staliśmy przy kei kontrolnej. Po około godzinie widzimy go idącego długą keją z naszymi paszportami w garści. Szedł ku nam kilka minut, a ja zastanawiałem się co będzie dalej - wyrzucą - czy wpuszczą. Okazało się, że wpuścili. To następnego dnia ustroiłem się w marynarkę kapitańską  i krawat i pojechaliśmy z koleżanką mającą pojęcie o niemieckim do oddziału GST w Rostocku (o adres się dopytałem). Tam - jakby bombę wrzucił do biura. Nikt nic nie wiedział, nie spodziewali się - ale zachowali się poprawnie, ja przekazałem zaproszenie na jacht na biesiadę literacką. Przyszli następnego dnia po południu, był na jachcie ładny serwis z żeglarskimi akcentami , mocna herbata, szynka Krakus i Wyborowa. Rozmowa się toczyła po niemiecku, tylko jedna z pań z załogi i ja - jako tako dawaliśmy radę. Po godzinie, albo więcej jeden z gości przeszedł na bezbłędny polski, pewnie jego zadaniem było aby dyskretnie wysłuchać - co my mówimy. No ale na środku morza było, zorganizowane przeze mnie wcześniej szkolenie polityczne co i komu wolno gadać, więc gaf nie było. Następnego dnia, za ich wiedzą - popłynęliśmy na zachód do Wismaru, a stamtąd na leżącą przed Wismarem wysepkę Poel, do porciku Kirchdorf, gdzie miejscowi rybacy twierdzili, że jesteśmy pierwszym w tym porciku jachtem polskim. Tak to w 1988 r., na Bałtyku byłem odkrywcą nieznanych ziem i portów.

Po przemianach pływałem tam - przy każdej okazji, nawet, jako prowadzący jachty - sam te okazje prowokowałem, np. wracając z Zachodu wjeżdżałem do Stralsundu i wyjeżdżałem - na morze od strony Świnoujścia, w 2007 roku popłynąłem ze Świnoujścia do Stralsundu śródlądziem, przez Wolgast (na Bałtyku był sztorm i było łatwiej tak pojechać w kierunku zachodnim niż katować się nad przylądkiem Arkona).

Również dwa razy wynajmowałem tam, w latach 90-tych jacht od Niemca ze Stralsundu, a za parę dni pojadę do Peenemünde, gdzie ma czekać wynajęty tam jacht, na którym mam pływać po Greifswalder Boden z żoną i Synostwem (młodszym, oni jeszcze dzieci nie mają). Bo pięknie tam ciągle, choć kiedyś (2005 r ?) zrobiono mi tam awanturę wrzeszcząc na mnie że jestem Wessi - choć dalibóg nie jestem. Ale pewnie byłem inny, Rostock to trochę rasistowskie miasto. Ostatni raz byłem w Rostocku w 2012 r. i dalej mi się tam podoba, choć wszystkich reliktów NRD o których Pan pisze tak zajmująco - już nie ma.

Z podziękowaniem za uruchomienie wspomnień
pozostaję

Andrzej Jamiołkowski
Olsztyn

A ja jeszcze dołączę mapkę, z zaznaczonymi miejscami o który mowa.

Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:DeDeeRowo, Gościnne

Skomentuj

Gość na blogu: Andrzej Jamiołkowski o pomocach nawigacyjnych z NRD

Dziś inauguracja - po raz pierwszy na moim blogu artykuł gościa. Andrzej Jamiołkowski z Olsztyna, żeglarz, wspomina żeglarskie pomoce nawigacyjne z NRD.

Jeżeli ktoś chciałby się podzielić swoimi wspomnieniami na tematy enerdowskie to serdecznie zapraszam i proszę o kontakt mailowy na adres nrd@cmosnet.de.

Oddajmy głos gościowi:

Napiszę o pożytkach z istnienia NRD, jakie w olsztyńskim żeglarstwie morskim to nieistniejące dziś państwo wprowadzało. Kilka słów wprowadzenia. 

W żegludze zawodowej, a także w żeglarstwie morskim zawsze potrzebne są mapy, w czasach przedkomputerowych - tylko papierowe. W żegludze korzysta się powszechnie z map brytyjskich, Anglicy wydają mapy na wszystkie kraje i wody świata i tak jest od ponad 100 lat. Mapy te są i były dostępne, również w Polsce, ale w czasach przed 1989 i obecnie - tylko za dewizy. Mapy te i pomoce nawigacyjne (spisy świateł, spisy radiostacji nautycznych, tabele pływów, atlasy prądów pływowych) są drogie, a niektóre z tych wydawnictw dezaktualizują się po roku (np. tabele pływów), inne wymagają ustawicznego uaktualniania. Polskie mapy, i wtedy i teraz, obejmują tylko Bałtyk i kawałek cieśnin duńskich, o Morzu Północnym nie było i nie ma mowy. Na te akweny trzeba mieć pomoce zagraniczne. 

Wcześniejsze moje, w latach 70-tych, pływania do NRD zainspirowały mnie do zapytania tamtych żeglarzy - o wydawnictwa nautyczne w NRD. Uzyskałem odpowiedź, że owszem NRD wydaje pomoce nautyczne na cały Bałtyk i na CAŁE Morze Północne, wespół z aktualizowanymi co roku danymi o tabelach pływów w Europie Zachodniej, spisami świateł i spisami radiostacji nautycznych na Europę Zachodnią, co nam - żeglarzom  - było potrzebne tylko do słuchania na zwykłym radiu prognoz pogody. To było dla mnie odkrycie. 

Kupowanie map angielskich nie było problemem dla żeglarzy ze środowiska trójmiejskiego w którym się obracałem, tam zdawałem kolejne egzaminy na kolejne stopnie żeglarskie. Wiedziałem, że żeglarze gdyńscy zawsze są w stanie naciągnąć, a to stocznię, a to Polskie Linie Oceaniczne na kupno brytyjskich map, stocznia zawsze taki zakup w swoje koszty dewizowe była w stanie wpuścić. Dla nas - żeglarzy olsztyńskich - te możliwości nie wchodziły w grę. Oczywiście zawsze mogliśmy na kawałku mapy polskiej dopłynąć do pierwszego portu w NRF (najczęściej Kilonia) i tam pójść do sklepu, ale to dla organizowanych na zasadzie zrzutki do kapelusza rejsów  olsztyńskich było to doszczętną ruiną, zwłaszcza dla niezamożnego żeglarza, jak ja. 

Zacząłem drążyć sprawę. Okazało się,  że od końca lat 70-tych wszelkie NRD-owskie pomoce nawigacyjne można było kupić w sklepie z mapami morskimi POLSKIMI, wówczas tę sprzedaż prowadził Urząd Morski w Gdyni. Więc z kolejnego rejsu do NRD przywiozłem sobie wyproszony tam katalog NRD-owskich pomocy nawigacyjnych i duży (wówczas) rejs z Gdyni do Holandii i na powrót w 1985 r. (wtedy o wymianie załóg poza Polską było bardzo trudno) - przygotowałem od początku do końca na pomocach NRD-owskich. Pomoce te zamówiłem w lutym 85 r. - via LOK - w tymże polskim urzędzie morskim w Gdyni, zarówno mapy (cała Holandia i Kanał La Manche były dostępne!) + spisy świateł, spisy radiostacji, tabele pływów, atlas prądów pływowych (Morze Północne - to już pływy, niekiedy spore - ±4 m), dla jachtu wolno płynącego, to rzecz śmiertelnie ważna, cała nawigacja zliczeniowa opierała się wówczas o rachunek wektorowy, graficznie, z uwzględnieniem wektora prądu. Przyszła do Olsztyna wielka paka - było tego z 6 książek i kilkanaście map. Koszt był śmieszny, płatne w złotówkach, co najmniej 10 razy mniej niż pomocy angielskich. Zacząłem to uważnie przeglądać i okazało się, że mapy są zrozumiałe, ale na przykład sposób oznaczania prądów pływowych był na tych mapach inny niż na mapach brytyjskich, inne były też oznaczenia czasowe niż w pomocach angielskich, no i oczywiście wszystko było tylko po niemiecku. Wszyscy żeglarze wówczas i obecnie są uczeni pracy na pomocach angielskich, większość moich kumpli o niemieckim nie miała pojęcia. No więc najpierw ja musiałem rozgryźć co i jak w tych pomocach, potem nauczyć moich kumpli nieniemieckojęzycznych się nimi posługiwać. Ale wiosną w klubie do którego wówczas należałem odbyły się warsztaty nawigacyjne dla załóg kilku rejsów w tym 1985 roku (ja płynąłem w rejsie do Holandii) i popłynęliśmy. Wszystko działało bardzo świetnie, mapy były dokładne i wszystko pokazywały należycie, tabele pływowe i spisy świateł (z podoklejanymi objaśnieniami po polsku) bardzo się przydały. To odkrycie było na wagę złota (dosłownie) w kolejnych latach np. pływałem do ówczesnego Leningradu na mapach NRD-owskich (polskie tam nie sięgały i nie sięgają) i do końca komuny ten sposób świetnie się sprawdzał. Wprawdzie żeglarze gdyńscy uważali, że to niehonorowe pływać na takich pomocach, ale dobrze im było tak gadać, jak mieli dostęp do pomocy brytyjskich i dobrych wujków co im to fundowali. Myśmy musieli sobie radzić inaczej. Na wodach ZSRR byłem w 1989 r., jako prowadzący jacht - kontrolowany przez ruskiego WOPika, który mnie pytał o mapę, oko mu zbielało, jak na podejściu do Leningradu pokazałem mu mapę kupioną kilka tygodni wcześniej w NRD. Rosyjskiej w Polsce wówczas nie można było kupić. 

Dla ilustracji tych wywodów załączam skan katalogu tych pomocy nawigacyjnych NRD-owskich z 1988 roku (ostatnie NRD-owskie pomoce kupiliśmy wiosną 1989 r.) i jedną z map indeksowych z tego katalogu pokazującą jak daleko sięgało pokrycie tymi pomocami. Nie wiem skąd i jakim cudem się te pomoce w NRD się znajdowały, bo oznaczenia miały nie NRF-owskie, aż mi się wierzyć nie chce, że oni (NRD) to sami, tak z dobra woli  publikowali ? Co się za tym kryło ? To dla mnie ciągle - tajemnica. 

Katalog pomocy nawigacyjnych NRD

Katalog pomocy nawigacyjnych NRD. Skan: Andrzej Jamiołkowski

 

Zakres pomocy NRD

Zakres pomocy nawigacyjnych NRD. Skan: Andrzej Jamiołkowski

Jeśli uważa Pan , że te ciekawostki mogą kogoś zainteresować - to nie czynię przeszkód, abym dostąpił zaszczytu wystąpienia jako gość na Pana łamach, jakże ciekawych ! Będzie to dla mnie wyróżnieniem. 

Z wyrazami szacunku
Andrzej Jamiołkowski
Olsztyn  

 

Ja natomiast skomentuję tą "tajemnicę", dlaczego NRD-owcy robili mapy w takim zasięgu. Podejrzewam, że było to po prostu ich zadanie w ramach Układu Warszawskiego - zapewnienie sojuszowi map tych rejonów operacyjnych. Potwierdza to, choć niezupełnie wprost, wpis na temat Seehydrographischer Dienst der DDR w Wikipedii niemieckiej.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:DeDeeRowo, Gościnne

Skomentuj

Jak to się robi w Niemczech: Länderfinanzausgleich i bogata, katolicka Bawaria

Trochę trwało z tą notką - miałem problem ze zrobieniem wykresu trzech wielkości po latach i z różnymi skalami pionowymi dla każdej. Wypróbowałem sporo pluginów do WordPressa - nic się nie nadało. To spróbowałem w Excelu i OpenOffisie - też nie za bardzo. Na koniec sięgnąłem po tego samego ZGraphera którym robiłem wykresy smoleńskie i trochę kombinując z ręcznym skalowaniem wartości narysowałem. On też nie jest do tego, ale jakoś dało się zrobić co chciałem.

Ostatnio w sieci poczytałem trochę artykułów i dyskusji o tym, że kraje katolickie są biedniejsze od protestanckich. Jako główny argument że to nieprawda praktycznie zawsze pojawia się w nich bogata, katolicka Bawaria. Mi w tym momencie ręce opadają, bo taki wniosek może wysnuć tylko ktoś, kto nie widział na oczy danych statystycznych. Zwłaszcza tych, dotyczących Länderfinanzausgleichu.

Nie bardzo wiem jak to przetłumaczyć na polski, Länderfinanzausgleich to system transferów między landami - landy bogate wpłacają pieniądze do wspólnego garnka, z którego są one rozdzielane po landach biedniejszych jako pomoc strukturalna. To tak w bardzo dużym uproszczeniu i taki rodzaj funduszu strukturalnego.

A teraz dokładniej. Rzecz zaczęła się po ostatecznym podziale Niemiec na część wschodnią i zachodnią w 1949. Okupanci zachodni narzucili części zachodniej skomplikowaną strukturę administracyjną z podziałem na w sporym stopniu autonomiczne landy i niezbyt silną władzę centralną (to temat na osobną notkę).

No i różnice między poszczególnymi landami były duże. Powstał więc pomysł, żeby bogatsze pomagały biedniejszym. W większości scentralizowanych państw odbywa się to po prostu przez dotacje z budżetu centralnego, ale narzucona zdecentralizowana struktura Niemiec wymusiła o wiele bardziej skomplikowane rozwiązania. Mianowicie w Niemczech większa część takiej pomocy jest "pozioma" - odbywa się między landami bez pośrednictwa budżetu centralnego. Sposób obliczania tej pomocy jest strasznie skomplikowany. Leci to mniej więcej tak:

Najpierw wyliczamy tzw. Ausgleichsmesszahl (trudno przetłumaczyć, powiedzmy wielkość porównawczą): Liczymy sumaryczne wpływy z podatków (ale tylko tych które idą do budżetu centralnego) całego kraju plus wpływy z akcyzy na wydobycie ropy naftowej i gazu ziemnego, wynik dzielimy przez ilość mieszkańców całego  kraju. Czyli mamy średnie wpływy podatkowe na głowę mieszkańca. Dalej dla każdego landu mnożymy uzyskany wynik przez ilość mieszkańców danego landu (tyle że przy landach "miejskich" mnożymy ich ilość mieszkańców przez 1,35).

W następnym kroku robimy podobną operację z podatkami gminnymi - sumujemy je dla całego kraju, dzielimy przez ilość mieszkańców kraju i dla każdego landu mnożymy przez ilość jego mieszkańców i przez 0,64.

Potem sumujemy oba wyniki i dostajemy w ten sposób jakie "powinny" być wpływy z podatków każdego landu.

Teraz druga strona obliczenia - liczymy Finanzkraftmesszahl (czyli dosłownie wielkość siły finansowej, chodzi o wartości rzeczywiście uzyskane). Wzory są takie jak w poprzednim punkcie, tyle że bierzemy sumy i ilości mieszkańców z danego landu. Tylko drobna różnica - parę landów wschodnich ma dodatkowe współczynniki powiększające ich dotacje.

No i teraz możemy wyliczyć czy dopłata się należy i ile ma jej być. Wzory i zasady są okrutnie skomplikowane, nawet mi się nie chce w nie wgłębiać.

Oprócz tego transferu poziomego istnieje jeszcze normalny transfer pionowy środków z budżetu centralnego do landów, które po tych dopłatach poziomych nadal mają poniżej średniej krajowej.

System ten działał jako tako do roku 1994. Transferowane sumy nie były zbyt wysokie, między landami "dawcami" a "biorcami" panowała względna równowaga. Ale od roku 1995 do systemu dołączono znacznie biedniejsze landy wschodnie i wszystko się posypało. Wpłaty do systemu pobierane od landów bogatszych poleciały w górę, parę landów wcześniej "biorących " przeszło na pewien czas do "dających". No i na dzień dzisiejszy sytuacja wygląda tak, że tylko trzy landy wpłacają do systemu - Bawaria, Hesja i Badenia-Würtembergia. Ale za to wpłacają bardzo dużo.

W związku z tym narasta krytyka systemu wyrównawczego, oczywiście głównie w landach "dawcach". Hesja na przykład skarży się, że musi zaciągać rocznie mniej więcej tyle nowych długów, ile wpłaca do systemu (rzędu 3,5 mld. euro), a sąsiedni Rheinland-Pfalz, duży biorca, za te pieniądze funduje dzieciom bezpłatne przedszkola, których w Hesji nie ma. A system nie motywuje "biorców" do wzięcia się za swoją gospodarkę.

No właśnie: motywacja. Od roku 1950 tylko jeden land przeszedł na trwałe z biorców do dawców. Była to Bawaria. Wróćmy więc do Bawarii. Większość internetowych (ale i gazetowych) "znawców" nie ma pojęcia, że Bawaria jeszcze całkiem niedawno była po stronie landów "biorców". Dofinansowanie otrzymywała od samego początku istnienia systemu dopłat (czyli od 1950), razem z landami Niedersachsen, Rheinland-Pfalz i Schleswig-Holstein.

Zero w bilansie (czyli że sumarycznie ani nie dopłacili, ani nie pobrali) wyszło im po raz pierwszy dopiero w roku 1987. W następnym roku znowu było zero, potem niewielkie wpłaty, jeszcze w  1992 zdarzyła im się obsuwa do biorców, w 1993 dołożyli, ale znikomo. Dopiero od 1994 nastąpił szybki wzrost ich wpłat, ale tak naprawdę nie był on spowodowany aż tak gwałtownym wzrostem bogactwa Bawarii, tylko głównie dołączeniem do systemu transferów nowych, znacznie biedniejszych landów wschodnich.

No dobrze, powie ktoś, bogaty od niedawna, ale przecież katolicki!

No to zobaczmy jak z tym katolicyzmem w Bawarii. Kiedyś rzeczywiście Bawaria była bardzo katolicka. Jeszcze w roku 1970 było tam ponad 70% katolików. Ale ostatnie dane jakie znajduję, za rok 2011, mówią o 53,7%. Jeszcze trochę i będzie ich tam poniżej 50%. No ale te zmiany są powolne i nie korelują zbyt spektakularnie z Länderfinanzausgleichem. Piękne natomiast jest nałożenie bilansu Länderausgleichu dla Bawarii na wykres ilości wystąpień z Kościoła Katolickiego w tym landzie (kliknięcie powiększy wykres) 

Bawaria - Länderfinanzausgleich a katolicyzm

Bawaria - Länderfinanzausgleich a katolicyzm (kliknij aby powiększyć)

 

No i jak, Bawaria tradycyjnie bogata i katolicka? Raczej im mniej katolicka, tym bogatsza.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (23)

Na wystawie widziane: Goggomobil Coupe 400RS

W poprzednią niedzielę wybrałem się na wystawę starych samochodów do Dreieichu-Dreieichenhain. Miasteczko bardzo ładne, samochodów nie było może bardzo dużo, ale parę ciekawych i innych niż gdzie indziej się znalazło.

Goggomobil 400RS

Goggomobil 400RS

Dziś Googomobil Coupe 400RS. Zwyczajny Goggomobil miał silnik tylko 250 cm3 i był maksymalnie uproszczony. Tak jak i jego polski klon - czyli Mikrus. Na zdjęciu wczesna wersja Goggomobila z drzwiami otwierającymi się do przodu, zwanymi po niemiecku "drzwiami samobójców" - "Selbsmördertür".

Goggomobil

Goggomobil

 No ale był to najlepiej sprzedający się z wszystkich mikrosamochodów, więc konstrukcję rozwijano. Dodawano wyposażenia, zrobiono wersje z większymi silnikami, powstała też dwuosobowa wersja coupe.

Goggomobil 400RS

Goggomobil 400RS

 

 Na zdjęciach wersja coupe, i to sportowa, trochę poprzerabiana i ztuningowana. Właściciel podobno jeździł tym pojazdem wyścigowo i zajmował wysokie miejsca. W samochodzie zamontowana klatka bezpieczeństwa. Pojazd różni się od standardowej wersji coupe - brak mu atrapy atrapy (tak chyba nazwać trzeba nazwać taką kratkową ozdóbkę z przodu, jak silnik jest z tyłu) i ma sporo innych zmian w nadwoziu. Mimo że w oznaczeniu miał 400, dwusuwowy  silnik miał tylko 300 cm3, ale z tej pojemności wyciągał 39 KM.

Goggomobil 400RS

Goggomobil 400RS

 

Goggomobil 400RS

Goggomobil 400RS

 

 Można się ze ścigania takimi samochodzikami śmiać, ale czasy były ciężkie. A w Polsce jeszcze w latach 80-tych często ścigano się tuningowanymi Maluchami.

Goggomobil 400RS

Goggomobil 400RS

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Na ulicy widziane

Komentarze: (2)

Zmiana techniczna, zapowiedzi

Mała zmiana techniczna: Ze względu na rosnącą ilość spamerskich komentarzy (nie przechodzących jednak przez odspamiacz) wyłączyłem możliwość komentowania przez niezarejestrowanych użytkowników. EDIT: zmieniłem jednak na captche z obliczeniem.

Chciałbym przy okazji uspokoić spragnionych nowych notek czytelników: Nie przeniosłem się na nowego bloga, nowe notki w przygotowaniu, wymagają jednak jeszcze trochę researchu, a jedna z nich ma mieć co najmniej jeden wykres z którym mam problemy techniczne. Znaczy poszukuję jakiegoś plugina do wykresów. Ale nie mogę znaleźć nic robiącego takie wykresy jak chcę mieć, chyba jednak dam spokój i wkleję grafikę zrobioną w czym innym. Notka będzie o tradycyjnie bogatej, katolickiej Bawarii i Länderfinanzausgleichu.

Poza tą, w przygotowaniu nowe notki o niemieckiej motoryzacji z lat cudu gospodarczego i jeszcze inne, o stosunku do nazizmu. Zapraszam wkrótce.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Organizacyjne

Komentarze: (2)

Rozmnożenie bloga, wcale nie cudowne

Poszło szybciej, niż się spodziewałem. Postawiłem WordPressa w trybie multisite, założyłem subdomeny, z motywu wydzieliłem wspólną część i zrobiłem warianty NRD-owski i nowy jako child themes. Postanowiłem że nie będę za bardzo majstrował przy designie, zmienię tylko obrazek tytułowy, kolory, wywalę Robotronową czcionkę i zmienię donosicielskie teksty. To i nic dziwnego że poszło sprawnie. Nie wyszło za bardzo niebieskie? Może trochę stonować?

Bloga o Niemczech i NRD nie przerzuciłem jeszcze pod multisite, to trochę trudniejsza operacja z przenoszeniem tabel między bazami danych. Stąd tutejsze loginy nie działają na nowym blogu, zresztą zastanawiam się czy powinny. Przemyślę to jeszcze. Ewentualnych komentatorów zarejestrowanych już tutaj proszę o podawanie przy rejestracji w nowym miejscu tych samych nicków i adresów mailowych, da to mi szansę zmergowania kont później.

O czym tam będzie? Na pewno będzie bardziej niszowo, dlatego zresztą nie chciałem rozwadniać nrdbloga tematami niezwiązanymi z Niemcami i NRD i interesującymi inne grupy czytelników. Oczywiście o ile w ogóle kogoś to zainteresuje, bo będą to głównie moje egotripy.

O czym konkretnie: Zamierzam tam pisać o głównie o modelarstwie, przedstawiać modele jakie zrobiłem kiedyś, jakie robię teraz, jak postępują prace. Zaprezentuję też to, co robi mój syn, obok modeli pojawi się Lego. I pewnie jakaś fotografia, jak coś ładnego nie pasującego do nrdbloga mi wyjdzie. Albo jakaś recenzja, jak coś dobrego przeczytam. Generalnie hobby różne, kwadratowe i podłużne.

A tytuł "Jak połączyć hobby z przyjemnością" bezczelnie ukradłem - tak nazywał się w latach 70-tych ubiegłego wieku cykl satyrycznych monologów, bodajże Krzysztofa Jaroszyńskiego. Monologi były średnio śmieszne i średnio udane, ale tytuł nie najgorszy.

Zapraszam serdecznie na mojego nowego bloga pod adresem:

http://hobbyblog.cmosnet.eu/

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Organizacyjne

Komentarze: (3)

Nowe pomysły

Może po moim blogu tego nie widać, ale blogowanie o Niemczech i NRD nie jest moim jedynym hobby. Mam ich jeszcze parę, chociaż blog jedno z nich mi odebrał - od pewnego czasu praktycznie przestałem czytać (jak nie liczyć researchu), ostatnio zdecydowanie wolę pisać. No ale chyba przeczytałem w życiu już dość. Zawsze czytałem szybko, w szkole podstawowej czytałem dwie książki dziennie, potem też niewiele mniej, nazbierało się tego grube tysiące. Wystarczy na razie. Teraz niech inni czytają moje teksty :-)

Bawię się też w modelarstwo, zwłaszcza w plastikowe modele redukcyjne. To dłuższa historia. Zaczęło się, jak to zwykle z modelarstwem, od tego, że jak byłym mały ojciec robił modele żeby syna w to wprowadzić. Zaczęło się od modeli z NRD, najpierw tylko sie przyglądałem, potem zacząłem próbować sam. Po drodze trafiły się dwa modele z Tamiyi (T-54 i Lamborghini Miura, czołg przetrwał do dziś) bo się pojawiły w Składnicy Harcerskiej. Później były modele czechosłowackie, trochę polskich, potem kupiłem też sobie radziecki żaglowiec (to musiały być bardzo dokładne kopie zachodnich modeli, bo na obrazku na pudełku można było w jednym miejscu dojrzeć trochę zatarty napis Heller). Jeszcze na studiach, w czasie wakacji trochę modelowałem, ale potem zacząłem robić prawdziwe rzeczy i modele poszły w kąt.

No ale historia się powtarza, teraz ja wprowadzam w modelarstwo mojego syna. Trochę nowych modeli już zrobiłem, syn ostatnio zaskoczył tak, że trudno bardziej. Mam jeszcze parę "moich" zestawów do zrobienia, niektóre pozaczynane. A syn zaczął przeglądać blogi modelarskie - całkiem fajna rzecz. No i po tym jak sobie kupiłem jeszcze Wostoka wymyśliłem, że i ja sobie bloga hobbystycznego z naciskiem na modelarstwo założę. Nie będę mieszał z tym tutaj, tylko w nowej subdomenie założę osobnego.

No i tu dochodzimy do spraw technicznych. Najprostszy sposób zrobienia drugiego bloga to postawienie drugiej instancji WordPressa. Wiem już nawet jak zrobić, żeby tabela użytkowników była wspólna. Ale administracja czymś takim jest beznadziejna - wszystko trzeba robić dwa razy, a na pewno za pewien czas wymyślę trzeciego bloga, albo syn będzie chciał sobie założyć...

Druga metodą jest postawienie WordPressa w trybie Multisite. To podoba mi się znacznie bardziej. Ale popróbowałem i mam trochę problemów technicznych. Bo sytuacja jest taka:

Mam swoją domenę cmosnet.eu. Chciałbym mieć blog o NRD tak jak dotąd, w subdomenie nrdblog, nowy blog w hobbyblog itd. Jednocześnie nie chciałbym zamykać sobie drogi do postawienia jakiejś Joomli, czy czegoś podobnego w innych subdomenach, albo i w domenie głównej.

Mój hosting provider daje WordPressa do wyboru spośród przygotowanych aplikacji, wystarczy kliknąć i po paru minutach jest zainstalowany. Tylko skonfigurować i już. Tak zrobiłem przy pierwszej instancji, ale po pewnym czasie się okazało, że nie jestem jego ownerem, do części plików nie mam uprawnień i na przykład nie mogę go zupdatować na nowszą wersję ani włączyć Supercache. A teraz wyszło, że nie mogę przestawić go na multisite. Próbowałem na różne sposoby i nie da rady.

Po kilku próbach puknąłem się w głowę i po prostu zainstalowałem WordPressa sam, z normalnego downloadu. Tutaj prawa już mam, ale problem pojawił się w innym miejscu: Najprostszy sposób żeby działał tak jak chcę, to zainstalować go w moim roocie. No ale wtedy za pewien czas będę miał konflikt, jak będę chciał w ten sam sposób postawić tą Joomlę, czy co mi tam podpasuje. Wolałbym mieć go w podkatalogu.

Spróbowałem w podkatalogu, ale wtedy on mówi że zrobi blogi w podkatalogach, a subdomenach to nielzia. Poczytałem i dowiedziałem się, że trzeba go przemapować przy pomocy wpisów w .htaccess. Zrobiłem jak radzili, ale coś w tym nie tak. Jakoś nie za bardzo łapię syntax tego .htaccess tylko na podstawie porad, chyba będą musiał solidniej postudiować manual do Apacza.

Pisane później: Już się udało. Teraz muszę trochę poeksperymentować, a potem dobrze zaplanować migrację.

W każdym razie: Spodziewajcie się wkrótce rozmnożenia bloga.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Organizacyjne

Komentarze: (1)

Żegnaj NRD extra: Statek kosmiczny Wostok, VEB Plasticart

Jak już znalazłem na eBayu zestaw Optik-Montage-Experiment, poszukałem co jeszcze ciekawego z NRD można kupić. No i przy oglądaniu wyrobów firmy VEB Plasticart Zschopau znalazłem ten model, który już od dawna chciałem mieć - statek kosmiczny Wostok. W dodatku aukcja stała jeszcze poniżej 10 EUR (+6,50 wysyłka), więc postanowiłem ją obserwować. No i tuż przed końcem aukcji, bez wielkiej wiary w sukces zalicytowałem do 20,50 i okazało się że nabyłem go za jedne 18,50 + 6,50. To bardzo tanio, bo w tej chwili widzę tylko jedną ofertę z USA za 110 EUR + 35 wysyłki! Co prawda tamten jest jeszcze nie ruszony, a mój ma większość części powycinanych, a niektóre były już sklejone a potem rozklejone, ale to nic, tak czy inaczej połączenia trzeba szpachlować. A czas na zakup był już najwyższy, nie sklejone zestawy są coraz rzadsze, modele do sklejania nie nadają się do powtórnego użytku, jak te zestawy optyczne. Już dobre kilka lat temu widziałem Wostoki po 60 EUR i więcej.

VEB Plasticart - statek kosmiczny Wostok - pudełko

VEB Plasticart - statek kosmiczny Wostok - pudełko

Tak więc zestaw już mam. Poczytałem o nim w sieci i spotkałem opinię, że NRD-owcy wzorowali się na trochę wcześniej wypuszczonym zestawie Revella numer 0024. Zastanawiałem się wcześniej nad kupieniem tego zestawu, ale po obejrzeniu instrukcji stwierdziłem że ten NRD-owski jest jednak lepszy, zwłaszcza ma o wiele lepiej zrobione wnętrze kabiny. Teraz poszukałem instrukcji (EDIT 2014.02.25: Właśnie zniknęła ze stron Revella i musiałem odlinkować) od Revellowego znowu i porównałem jeszcze raz - na pewno jeden nie jest kopią drugiego. Części są inaczej podzielone, zbiorniki z powietrzem zrobione są w obu zupełnie inaczej, to wnętrze... Co prawda obrazek na pudełku jest bardzo podobny, ale też nie skopiowany.

VEB Plasticart - statek kosmiczny Wostok

VEB Plasticart - statek kosmiczny Wostok

 

VEB Plasticart - statek kosmiczny Wostok

VEB Plasticart - statek kosmiczny Wostok

  Zestaw zawiera jeszcze oryginalne naklejki (nie będę próbował ich przyklejać, zresztą i tak są doskonale zbędne)

VEB Plasticart - statek kosmiczny Wostok - naklejki

VEB Plasticart - statek kosmiczny Wostok - naklejki

i oryginalny klej, taki jak pamiętam - w czymś w rodzaju tubki bez zakrętki. Pomysł  marny, ale na szczęście NRD-owcy produkowali dobry klej do modeli do kupienia osobno. Niestety ani jedna jego tubka nie przetrwała u mnie w szufladzie, nie pamiętam jak ten klej się nazywał i nie znalazłem żadnego jego zdjęcia.

VEB Plasticart - statek kosmiczny Wostok - klej

VEB Plasticart - statek kosmiczny Wostok - klej

Miałem takiego Wostoka jako dziecko, co prawda byłem za mały żeby skleić go samodzielnie, ale bardzo mi się podobał. 

VEB Plasticart - statek kosmiczny Wostok - instrukcja

VEB Plasticart - statek kosmiczny Wostok - instrukcja

VEB Plasticart produkował około 40 zestawów modeli do sklejania. Większość z nich nie była rewelacyjna - duże części, mało dokładne modele, stanowczo za duże nity. Skala najczęściej też nie była bardzo typowa - 1:100, 1:75 czy 1:50. Ale niektóre były niezłe. Większość z nich był to w miarę aktualny wtedy sprzęt radziecki: 

  • powojenne samoloty radzieckie - An-2, An-12, An-14, An-24, Ił-14, Ił-18, Ił-28, Ił-62, Jak-40, MiG-15, MiG-21, Tu-20, Tu-104, Tu-114, Tu-134, Tu-144, Tu-154, Su-7
  • powojenne śmigłowce radzieckie - Jak-24P, Mi-1, Mi-4, Mi-6, Mi-10K
  • samoloty krajów socjalistycznych - czechosłowackie: Aero Ae-45, Aero L-60, Let L-410 i ciekawostka - NRD-owski niewypał Baade-152
  • zachodnie samoloty pasażerskie - Boeing  B727-100, Caravelle, Comet-4, DC-8, Mercure, Trident
  • samoloty radzieckie czasów wojny - Be-6 i Tu-2 
  • konstrukcje przedwojenne - Junkers F13 i Ju-G23/24 (ten podobno był najlepszy, nie wiem, nie widziałem)
  • zachodnie samoloty wojskowe - Saab J-35
  • statku kosmiczne - Wostok i prom Buran z rakietą Energia 

Lista na podstawie strony www.arnes-modellbauseite.de 

Sporo z tych modeli miałem (koło 12 sztuk), wiele innych mieli koledzy i krewni. Około 12 nie widziałem wcale. Większość z tych zestawów jest ciągle dostępna na eBayu, nawet w rozsądnych cenach.

Modele plastikowe z NRD

Modele plastikowe z NRD

 

Modele plastikowe z NRD

Modele plastikowe z NRD

 

W początku lat 70-tych w Polsce modele VEB Plasticart były najlepsze z dostępnych, dopiero później pojawiły się klasę lepsze modele czechosłowackie firmy Kovozavody Prostejov. Plasticart w pierwszym momencie przetrwał upadek NRD i po zmianie nazwy na Mastermodell produkował swoje zestawy dalej. Ale nie za długo - zbankrutował ostatecznie w 1991. Natomiast Kovozavody Prostejov istnieją nadal i ich stare zestawy są ciągle w produkcji.

Zakup zaowocował też nowym pomysłem - ale o tym w następnej notce.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (8)