Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Żegnaj NRD Update: Tandon Pac 286

Skanuję swoje slajdy z dawnych czasów i dopadają mnie różne wspomnienia. Dziś wspominamy komputery sprzed prawie ćwierć wieku.

Jak już pisałem w cyklu Żegnaj NRD, w firmie w której pracowałem w RFN widziałem sensacyjną wtedy konstrukcję - Tandon Pac-286.

Tandon Pac z roku 1987

Tandon Pac z roku 1987

Był to komputer zapomnianej już firmy Tandon, zbudowany na bazie ich komputera z procesorem 80286. Zegar 8 MHz - wtedy było to Turbo AT, w odróżnieniu od zwykłego AT na 6 MHz. Obudowa jego była to jedna z pierwszych "małych wież". Pierwotnie były przewidziana i do stania, i do leżenia, ten znaczek firmowy w postaci paska można było w zmyślny sposób przekręcić tak, żeby pasował tak albo tak. Na zdjęciu powyżej widać nóżki do stawiania na poziomo i znaczek przekręcony na taką pozycję.

Normalnie w miejscu na dyski znajdowały się zwyczajna stacja dyskietek 5,25'' i dysk twardy w tym samym rozmiarze. Ale Pac miał zamiast nich coś zupełnie nowego - dwa wymienne dyski twarde po 30 MB. Dyski były spore, trudno powiedzieć w jakim właściwie rozmiarze, prawdopodobnie 3,5 cala w wysokości dwa razy większej niż obecne. Ciekawe jak ta wysokość się zwie, bo przy pięciocalowych wysokość taka jak przy stacji dyskietek jest "połówkowa".

Tandon Pac z roku 1987

Tandon Pac z roku 1987

Wkładało się je trochę do slotu, do końca wciągał je silnik elektryczny. Wyrzucanie dysku odbywało się też elektrycznie, po przyciśnięciu przycisku.

Tandon Pac z roku 1987

Tandon Pac z roku 1987

Dyski były podobno odporne na wstrząsy, my oczywiście tego nie robiliśmy, ale w redakcjach czasopism komputerowych zrzucali je z biurka na podłogę i twierdzili że potem nadal działały.

Tandon Pac z roku 1987

Tandon Pac z roku 1987

Tyle że stacja dyskietek im się do obudowy nie zmieściła i musieli dołożyć ją "na dostawkę".

Tandon Pac z roku 1987

Tandon Pac z roku 1987

Jak szybko mija czas, to przecież jakaś prehistoria komputeryzacji. 8 MHz, 1 MB RAM, 2 * 30 MB HDD.

Zdjęcia słabe, bo w większości robione przy świetle jarzeniowym, a i slajdy jakoś ściemniały przez te ćwierć wieku. Ale na temat tego jak slajdy ORWO zachowały się przez ten czas zrobię osobną notkę jak skończę skanowanie.

Zapraszam do przejrzenia moich starych notek z cyklu Żegnaj NRD - pojawiło się tam już sporo nowych zdjęć, część wziętych z zewnątrz zastąpiłem też własnymi. A stopniowo będzie ich tam coraz więcej.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (1)

Pomnik Berlińskiego Mostu Powietrznego

Byłem niedawno przy Pomniku Berlińskiego Mostu Powietrznego koło lotniska, na dawnym terenie amerykańskiej bazy lotniczej Rhein-Main Air Base.

Rhein-Main Airbase koło Frankfurtu

Rhein-Main Airbase koło Frankfurtu

Pomnik jest taki jak na zdjęciu, takie same stoją podobno w Berlinie (Tempelhof) i w dawnej brytyjskiej bazie lotniczej Celle.

Pomnik Berlińskiego Mostu Powietrznego koło lotniska we Frankfurcie

Pomnik Berlińskiego Mostu Powietrznego koło lotniska we Frankfurcie

Obok stoi segment muru berlińskiego,

Pomnik Berlińskiego Mostu Powietrznego - fragment muru berlińskiego

Pomnik Berlińskiego Mostu Powietrznego - fragment muru berlińskiego

a w grunt wprawiona jest szyna symbolizująca w skali odcinek od Frankfurtu do Berlina, z wprawionymi w odpowiednich odległościach nazwami miast mijanych po drodze.

Pomnik Berlińskiego Mostu Powietrznego

Pomnik Berlińskiego Mostu Powietrznego

 

Pomnik Berlińskiego Mostu Powietrznego

Pomnik Berlińskiego Mostu Powietrznego

 

 No i, jak na bazę lotniczą przystało, są też samoloty dwóch najistotniejszych dla Mostu Powietrznego typów. Zdjęcia dalej.

Wydawało mi się, że historia Berlińskiego Mostu Powietrznego (Berliner Luftbrücke) jest jako tako znana, ale spojrzałem do polskiej Wikipedii i tam nie ma o tym prawie nic. To może jednak coś na ten temat napiszę.

W roku 1948 w trzech strefach okupacyjnych Niemiec, oczywiście tych kontrolowanych przez aliantów zachodnich, wymieniono pieniądze. Bezwartościowe Reichsmarki wymieniono na Deutsche Mark. Pierwotnie reforma walutowa miała być przeprowadzona we wszystkich sektorach i miała doprowadzić do powstania wspólnej, ogólnoniemieckiej waluty, ale nie udało się w tej sprawie dogadać z Rosjanami. Co zresztą nie jest zaskakujące. W odpowiedzi na ten krok Rosjanie, bojąc się zalania swojego sektora wycofanymi z obiegu Reichsmarkami, zrobili na szybko swoją reformę walutową. Przy okazji postanowili pokazać kto rządzi w Berlinie i spróbowali wymusić używanie ich waluty również w zachodnich strefach okupacyjnych Berlina. Celem strategicznym było oczywiście przyłączenie całego Berlina do strefy wschodniej.  No i awantura zrobiła się taka, że Rosjanie zablokowali cały transport lądem i wodą do zachodniej części Berlina. A nawet przestali dostarczać prąd (w sektorach zachodnich elektrownie też były, ale za mało). Otwarte dla transportu pozostały tylko korytarze lotnicze. Ludzie mogli jednak przechodzić ze wschodu na zachód i odwrotnie.

Był rok 1948, Berlin był wielkim gruzowiskiem, ale w zachodnich sektorach mieszkało 2,2 miliona ludzi. Mogli oni teoretycznie chodzić do części wschodniej i kupować sobie coś do jedzenia, no ale 2,2 miliona? Przecież by nie wystarczyło. Poza tym nie jestem pewien czy z zakupami by ich przepuszczali. I co z prądem, i z wszystkim co nie da się przenieść w rękach? Amerykanie na poważnie zaczęli rozważać przebicie blokady przy użyciu czołgów, no ale wtedy to by się pewnie zaczęła III wojna światowa. Powstał więc pomysł, żeby zaopatrywać miasto drogą powietrzną.

Drogą powietrzną, to się tak łatwo mówi. Zauważmy, że nawet jak założymy że na jednego człowieka przywieziemy kilogram dziennie - a przecież to niedużo jak ma on się tym najeść i dostać z tego prąd - to wychodzi nam 2200 ton dzień w dzień! W roku 1948 najpopularniejszym typem samolotu transportowego był Douglas DC-3 znany pod nazwą Dakota (w wersji wojskowej zwany C-47 Skytrain), o maksymalnej ładowności 3 tony. Czyli nawet na taki skromny program potrzeba by było blisko 750 lotów takiej maszyny dziennie!

Douglas C-47 Skytrain

Douglas C-47 Skytrain

Zaczęło się  jeszcze skromniej, od 500 ton na dzień. W tym również węgiel do elektrowni. No ale w czasie WWII alianci wypraktykowali że warto przy problemie posadzić paru matematyków, a oni policzą jak to zrobić lepiej. I wkrótce udało się osiągnąć 2000 ton dziennie. A zrobiono to tak:

Do Berlina prowadziły trzy korytarze powietrzne, jeden od północy, od Hamburga, drugi od południa, od Frankfurtu i trzeci od zachodu, od Hannoveru. Samoloty latały z Frankfurtu i Hamburga w stronę do Berlina, a wracały korytarzem do Hannoveru. Korytarze podzielono na pięć stref wysokościowych żeby zminimalizować ryzyko kolizji, samoloty miały prawo do tylko jednego podejścia do lądowania, jeżeli im sie nie udało - wracały z ładunkiem. Rozładowanie samolotu na ziemi musiało się zakończyć po najwyżej 30 minutach. Użyto też większych samolotów - Douglas DC-4 (C-54 Skymaster) do których wchodziło około 9 ton ładunku.

Douglas C-54 Skymaster

Douglas C-54 Skymaster

Szczytowym osiągnięciem było przewiezienie w ciągu 24 godzin 12.849 ton ładunku w 1.398 lotach. Amerykanie używali potem praktycznie wyłącznie tych C-54, ograniczenie się do jednego typu dawało sporo korzyści logistycznych. Francuzi nie brali udziału w akcji, bo akurat byli mocno zaangażowani wojskowo w Indochinach. Brytyjczycy używali bardzo różnych samolotów, najciekawsze było użycie brytyjskich łodzi latających do transportu soli. Dlaczego akurat łodzie latające i sól? Bo te samoloty były zaprojektowane do wodowania na morzu, czyli odporne na korozję od soli. Żywność przywożono głównie suszoną, żeby była jak najlżejsza. Mieszkańcy sektorów zachodnich przeżyli ciężki okres - prąd 4 godziny na dobę, zima z bardzo małą ilością opału, prawie rok na niewielkiej ilości konserwowanej żywności...

Rosjanie nie przyglądali się transportowi bezczynnie - w końcu ich celem było przejęcie sektorów zachodnich. Przeloty były często zakłócane manewrami radzieckich myśliwców, strzelaniem z artylerii przeciwlotniczej na granicy korytarza, świeceniem po oczach z reflektorów przeciwlotniczych itp. Zdarzyło się też 126 wypadków w których zginęło w sumie 76 osób, ale trzeba przyznać że jak na tyle lotów i tamte czasy to i tak bardzo mało.

Poszukałem danych o finansowaniu całej akcji - kosztowało to straszliwie. W ciągu blisko roku (06.1948-05.1949) wykonano ponad 270.000 lotów i przewieziono 2,3 miliona ton ładunku. Większość z tego to był węgiel do elektrowni i palenia w piecach (1,5 miliona ton). Przewieziono też materiały budowlane do budowy elektrowni Ruhleben, budowy najdłuższego wtedy w Europie pasa startowego na lotnisku Tegel, najnowocześniejszy system radarowy dla Tempelhofu, itd. itd. Anglicy skierowali do Berlina zboże z pomocy amerykańskiej dla nich, w związku z tym w czasie trwania mostu powietrznego zboże było w Anglii racjonowane, co się nie zdarzyło nawet podczas wojny. Wyszło 32 miliardy ówczesnych marek nie licząc kosztów przewiezionych towarów (głównie z pomocy amerykańskiej) i kosztów infrastruktury w sektorach zachodnich. Wracające samoloty przywoziły towary produkowane w Berlinie, ale nie było tego za dużo. Koszty finansowali między innymi podatnicy amerykańscy i angielscy (200.000.000 USD). Na przesyłki pocztowe nałożono w sektorach zachodnich specjalny podatek (Notopfer Berlin), który zniesiono dopiero w 1958.

Cała akcja była jednak sukcesem. Rosjanie nie zrealizowali żadnego ze swoich celów strategicznych - przede wszystkim nie udało im się przyłączyć całego Berlina do swojej strefy okupacyjnej. A PR-owo blokada Berlina okazała się katastrofalna - pomoc udzielona Niemcom przez aliantów zachodnich definitywnie skierowała Niemcy Zachodnie w objęcia Amerykanów. No i w końcu Rosjanie musieli odpuścić. Bezpośrednim skutkiem blokady było powstanie RFN, na co radziecką odpowiedzią było utworzenie NRD.

Pozostaje jeszcze pytanie skąd wzięło się określenie "Rosinenbomber" ("Bombowiec rodzynkowy") widoczne na kadłubach samolotów. Otóż jedna z załóg amerykańskich wymyśliła pewnego razu, że zabierze słodycze w paczkach, przywiąże do nich spadochroniki i zrzuci je przy podejściu dzieciom. Tak zrobili, potem inne załogi poszły za ich przykładem i tak powstała ta nazwa.

Rosinenbomber

Rosinenbomber

Do Pomnika Mostu Powietrznego we Frankfurcie można dotrzeć tylko pieszo lub rowerem. Pierwszą możliwością jest ścieżka rowerowa od Terminala 2, ale to jest kawałek. A zmotoryzowanym odradzam ten wariant zdecydowanie - parkowanie na lotnisku jest obłędnie drogie. Lepiej jest zaparkować w Zeppelinheimie koło dworca kolejowego i przejść kładka nad autostradą. Rowerem też tą drogą jest przyjemniej. Teren pomnika jest ogrodzony i otwarty od 8 do 17. (godziny według Wikipedii, wydaje mi się jednak że jest różnica w czasie otwarcia między miesiącami letnimi a zimowymi).

Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (13)

Telewizja edukacyjna (17): Checker Can

Dawno nie było o telewizji edukacyjnej. Dziś dobra okazja, bo w sobotę wystartowała nowa seria edukacyjna pod tytułem Checker Can. (czytaj "Czeker Czan"), wyprodukowana przez tą samą firmę która robiła serię z Willim.

Willi był fajny, jego koncepcja była nowa i odkrywcza, ale od pierwszego jego programu minęło już prawie 10 lat, tymczasem podobnych programów zrobiło się sporo. No i, jak sam Willi przyznał na Hessentagu, po ponad 170 odcinkach zabrakło też nowych, jeszcze nie omówionych tematów na programy.

W nowej serii występuje Can Tobias Mansuroglu, pół Turek, w wieku 28 lat. To akurat mniej więcej tyle ile miał Willi zaczynając Willi Will's Wissen. Can wygląda nawet młodziej i zachowuje się też bardziej luzacko. I tak luzacka jest też koncepcja jego programu - zaczyna się zawsze na kanapie w zabałaganionym pokoju, w którym na klejących karteczkach w różnych dziwnych miejscach znajdują się pytania dotyczące danego tematu. Can zabiera je ze sobą i sprawdza, czyli robi check, znaczy robi za checkera. Checker Cana.

Program jest ciekawy i zabawny a Can całkiem sympatyczny. Przy realizacji często używają małych kamer przeczepionych do poruszających się przedmiotów (albo ludzi), montaż jest bardzo dynamiczny, miałem nieustanne skojarzenia ze stylistyką wielu programów z niegdysiejszego MTV. Zwłaszcza ta kanapa wśród bałaganu, ale nie tylko. Kojarzy mi się też styl jedynego programu na MTV, w którym pokazywali ludzi przy jakiejkolwiek pracy - czyli "Pimp my Ride". Po znalezieniu przez prowadzącego odpowiedzi na każde z pytań na ekranie pojawia się stempel "Checked", co wyraźnie zostało zainspirowane Mythbustersami.

Kulturalny przystojniak Willi z wysokim czołem trafiał raczej do dzieci i młodzieży z klasy średniej, Checker Can wydaje mi się być próbą dotarcia z edukacją do klasy niższej i dzieci imigrantów. Stąd luźny Turek z bałaganem w pokoju. Może się uda, na razie widziałem dwa odcinki i były niezłe. Zobaczymy jak będzie dalej.

Checker Can do zobaczenia na ARD w soboty o 10:03 i niedziele o 5:30, a na KiKa w soboty o 19:25 i niedziele o 9:00.

Strona programu TUTAJ.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Telewizja

Komentarze: (1)

Jak to się robi w Niemczech: Dzień otwartych drzwi w meczecie

Jadąc do pracy i z pracy codziennie przejeżdżam obok małego meczetu. Ostatnio zauważyłem nad jego wejściem reklamę Dnia Otwartych Drzwi i dziś się tam wybrałem.

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Meczet, jak się wypytałem, należy do odłamu Ahmadija. Jak czytam nie jest to żaden z głównych nurtów islamu, on jest taki bardziej reformowany, na granicy herezji. A nawet dla niektórych poza tą granicą - w wielu krajach islamskich jest zakazany. Odłam nastawiony jest bardzo pokojowo, ich hasło to "Liebe für alle, Hass für keinen" - "Miłość dla wszystkich, nienawiść dla nikogo".

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Ten meczet był drugim zbudowanym po wojnie w Niemczech, już w 1959 i przez wiele lat był centrum islamu na południowe Niemcy. Teraz centrum przeniesiono do dzielnicy Bonames. Meczet nie jest duży, to w sumie taki parterowy baraczek z biurem parafialnym i skromnym mieszkaniem dla imama. Ostatnio robili tu prace budowlane - za meczetem zbudowano dom dla kobiet a plac ładnie wybrukowano.

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

W domu dla kobiet jest kilka mieszkań dla kobiet w trudnej sytuacji albo w podróży, sala do modlitwy i trochę pomieszczeń do pracy, rozmów itp. Wszystko skromnie zrobione. Nasunęło mi to trochę refleksji, że miejscami islam jest do przodu w stosunku to katolicyzmu - ten dom jest wyłącznie dla kobiet i mężczyźni nie mają prawa do niczego się tam mieszać. W wielu podobnych domach katolickich rządziłby ksiądz.

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

 

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Na imprezie nie było tłoku, ale pusto też nie. Większość gości pochodzenia europejskiego było z pobliskiej parafii ewangelickiej, mówili że przychodzą co roku. Reporterka z mediów ewangelickich robiła reportaż z akcji.

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

No i, jak to na takich festach, kawka, herbatka, ciasto i różne potrawy. Spróbowałem takich podsmażanych pierogów z ostrym, warzywnym nadzieniem - mniam, mniam. Dają za darmo.

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Co nieco opowiedzieli o islamie, islamie w Niemczech...

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

A to miejscowy imam.

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Skomentuj

Na wystawie widziane: Zagato Zele

Dziś była kolejna wystawa Oldtimer City na Zeilu. I znowu mnóstwo starych samochodów, na dziś wybrałem niesamowitą ciekawostkę, zupełnie apropos głównego tematu niedawnych targów IAA. Nie sądzę, żeby ktoś tą nazwę kojarzył - oto Zagato Zele (na rynku amerykańskim zwany Elcar), rok produkcji 1972.

Zagato Zele 1000, Włochy, 1974-1976

Zagato Zele 1000, Włochy, 1974-1976

Był to włoski samochód elektryczny. Jak robiono to 40 lat temu? Samochód bazował na częściach od Fiata 500. Akumulatory były zdaje się (nie znajduję o tym informacji, ale w 1972 nie było nic innego co by się nadawało) zwykłe, ołowiowe, 8 sztuk po 12 V, na podstawie danych o ładowaniu szacuję je na około 60 Ah każdy. Wychodziłoby że zgromadzona w nich energia to 5,76 KWh, czyli pół tego co w Amperze. Ważyły one razem 160 kg, ładowanie prądem 25 A (po stronie wtórnej oczywiście, z gniazdka 230V bez problemu), trwało 6 godzin. Akumulatory znajdowały się w szufladzie wysuwanej na prawą stronę pojazdu (niestety nie wiedziałem o tym robiąc zdjęcia i nie można tego na nich zobaczyć), teoretycznie można by zrobić wymienne packi.

Zagato Zele 1000, Włochy, 1974-1976

Zagato Zele 1000, Włochy, 1974-1976

Sterowanie silnikiem w tamtych czasach było czysto elektromechaniczne - pedał "gazu" przełączał akumulatory tak, że silnik pracował z 24, 36 albo 48 volt, źródła piszą też coś o oporniku szeregowym. No i oczywiście żadnej rekuperacji. Silnik miał 3,5 kW, dawało to jeździdełku prędkość maksymalną 40 km/h, zasięg miało to urządzenie chyba 70 km. Chyba, bo były dwie wersje, 1000 i 2000, jedna miała zasięg 70 a druga 100 km, ale opis akumulatorów znalazłem tylko jeden. Zakładam, że dotyczy on słabszej wersji.

Zagato Zele 1000, Włochy, 1974-1976

Zagato Zele 1000, Włochy, 1974-1976

No i teraz przychodzi czas na porównanie z dzisiejszą technologią. Weźmy znowu tego Tazzari Zero, bo jest zbliżonej wielkości. Waży on tylko 50 kg więcej i z dwa razy większej baterii przejeżdża dwa razy większy dystans (140 km). Nie mogę znaleźć dokładniejszych danych, ale ponieważ te 140 km jest określane jako zasięg maksymalny, to nie sądzę żeby było to przy wiele większej prędkości niż 40 km/h, maksymalnej dla Zagato. Jakiś postęp w tej elektryce jest, ale nie powalający.

I jeszcze jedna ciekawostka: W reklamie Zagato (TUTAJ rysunek na górze strony) zachwalają parkowanie  w poprzek, dokładnie tak jak w reklamach późniejszego Smarta. Pewnie była to jedna z inspiracji.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Na ulicy widziane

Skomentuj

Airbus A 380

Korzystając z pięknej pogody zrobiłem sobie dzisiaj dłuższą wycieczkę rowerową, byłem w Muzeum Sterowców w Zeppelinheimie (notkę o nim jeszcze napiszę) a potem pojechałem na platformę widokową obok Pomnika Mostu Powietrznego (też będzie notka). Popatrzyłem sobie na startujące akurat na tą stronę samoloty, porozmyślałem jak by tu znaleźć informacje kiedy przylatują i odlatują A 380, i pomyślałem że zrobię jakieś zdjęcie. Więc przy następnym starcie zrobiłem.

Airbus A-380

Airbus A-380

A po chwili zauważyłem że kilka osób z dobrymi aparatami i taaakimi teleobiektywami cyka zdjęcie za zdjęciem. Spojrzałem na ten samolot dokładniej i się okazało dlaczego. Bo to był właśnie Airbus A 380. No to i ja też zrobiłem jeszcze parę.

Airbus A-380

Airbus A-380

 

Airbus A-380

Airbus A-380

 

Airbus A-380

Airbus A-380

 

Airbus A-380

Airbus A-380

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (1)

Na targach widziane: IAA 1987 a 2011

Poskanowałem moje slajdy z IAA z 1987, powspominałem trochę i porównałem moje wspomnienia z zeszłotygodniową wizytą na tej samej imprezie. No i różnice są. Nie będę opisywał które zdjęcie jest stare a które aktualne- to widać na pierwszy rzut oka.

Pierwsza różnica jest organizacyjna. W 1987 na IAA wystawiano i samochody osobowe, i ciężarowe. Ponieważ to było za dużo na jeden raz, od 1990 te dwa działy rozdzielono, od tego czasu w latach nieparzystych jest IAA od osobówek we Frankfurcie, a w parzystych ciężarówki w Hannoverze.

Ciekawsza jest inna obserwacja: Pamiętam że w 1987 w halach było po prostu ciemno. Miałem wtedy co prawda słabszy aparat (Zenit) i film ORWO na tylko 21DIN/100ASA, ale byłem wyposażony w lampę błyskową od M., nie żadną malutką błyskawkę tylko solidny kawał markowej lampy do której przykręcałem aparat, a nie odwrotnie. Mimo to zdjęcia są bardzo ciemne, z większości mimo intensywnej pracy programem do skanowania nie dało się wiele wyciągnąć. Na zdjęciach widać tylko niewiele lamp oświetlenia hali, nie pomagał też fakt, że większość wystawianych samochodów była czarna albo w innym ciemnym kolorze.

IAA 1987

IAA 1987 - Volvo

Dziś inaczej, zainstalowana moc lamp jest wielokrotnie wyższa niż kiedyś, a samochody w większości w kolorach jasnych. Teraz w ogóle nie używam lampy błyskowej. Zdjęcia nie są idealne, ale dużo lepsze niż te zrobione 24 lata temu.

IAA 2011 - Mercedes e-cell

IAA 2011 - Mercedes e-cell

Sama ekspozycja też się zmieniła. W 1987 na IAA wystawiało się mnóstwo firm od tuningu, replik itp., dziś takich praktycznie na targach nie ma. Podejrzewam że koszt metra kwadratowego wzrósł tak bardzo, że się to nie opłaca. Albo mają swoje targi osobno i w innym terminie

IAA 1987

IAA 1987 - tuning

Ekspozycje sprzed ćwierć wieku były strasznie sztywniackie. Dziś mamy na stoiskach Transformera

IAA 2011 - Transformer

IAA 2011 - Transformer

albo samochody w stylu Discokugel (taka kula oklejona  lusterkami, czy jest na to polskie słowo)?

IAA 2011 - Smart Discokugel

IAA 2011 - Smart Discokugel


IAA 2011 - Toyota IQ Discokugel

IAA 2011 - Toyota IQ Discokugel

Moda na brak środkowego słupka w concept carach nie jest nowa - tak było już w 1987. A jakoś w samochodach dostępnych na rynku kojarzę to tylko w tej Mazdzie z Wanklem. Na zdjęciu Mitsubishi:

IAA 1987

IAA 1987 - Mitsubishi concept car


Concept car

Concept car


Concept car

Concept car


Concept car

Concept car

 Ze śmiesznostek: Tak, wzrok Was nie myli. To JEST Aston Martin. A teraz wyobrażamy sobie scenariusz Bonda, w którym jeździ on tym właśnie modelem :-)

Aston Martin Cygnet

Aston Martin Cygnet

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Na ulicy widziane

Komentarze: (2)

Jak to się robi w Niemczech: Prawicowy lolkontent

Thilo Sarrazin - Deutschland schafft sich abZ ponad rocznym opóźnieniem przeczytałem kontrowersyjną książkę Thilo Sarrazina "Deutschland schafft sich ab". ("Niemcy się likwidują"). Dyskusje na ten temat już dawno wygasły, więc można poczytać na spokojnie. Przyznam od razu, że impuls pochodzi (jak zwykle) z programu Quarks & Co. Mówili tam o szkole i pokazali gimnazjum z "trudnej" dzielnicy, pełne imigrantów, biorące udział w konkursie na najlepszą szkołę w kraju. I wygrywające. Przy wręczaniu nagrody prezydent Wulff wspomniał coś o Sarrazinie, kierownik szkoły odpalił mu od razu i dość celnie. A ja postanowiłem wreszcie książkę przeczytać.

Nie mam zamiaru napychać jakiemuś politykowi kabzy, więc pożyczyłem książkę z biblioteki. Nie mieli jej na papierze - zapoznałem się z nową technologią i wypożyczyłem online w formie elektronicznej. Wypożyczenie jest ograniczone czasowo, książkę czyta się w czytniku Adobe Digital Editions, wiąże to ją z jednym komputerem (zdaje się, nie próbowałem przenosić). Niestety nie działa copypasta, nawet krótkich fragmentów, cytaty muszę przeklepywać ręcznie. Szukanie też działa marnie.

Z recenzją mam trochę problem. Sądziłem że jest to dobrze i klarownie napisany kawałek analizy, więc zacząłem pisać w trakcie czytania, punktując po kolei. Ale po jakichś stu stronach wywód się rozjechał w chaosie, zaczęły się powtórzenia, niejasności, niedopowiedzenia... No i nie dało się dalej tak pisać, musiałem przeczytać do końca i dopiero potem zrobić syntezę. Autor dziękuje w posłowiu lektorce o arabskim nazwisku (Ditta Ahmadi, to że nazwisko jest arabskie jest ważne w tym kontekście)  za poprawienie czytelności tekstu i usunięcie powtórzeń, moje wrażenie jest takie że ona do tej setnej strony jeszcze się starała, ale potem sobie odpuściła, bo żeby zrobić z tego tekstu coś porządnego to musiałaby napisać go od nowa. Nie świadczy to dobrze o ocenianej książce.

Zacznijmy może od streszczenia i pozytywów. Sarrazin zajmuje się zagrożeniem dla Niemiec związanym ze spadkiem jakości nauczania i napływem imigrantów. Przytacza sporo danych statystycznych (nawet umie je interpretować), prognozuje rozwój struktury ludności na podstawie danych o dzietności różnych grup (znaczy umie liczyć procenty, nawet składane). Zagrożenia i trendy nawet, jak na moje oko, rozpoznaje nieźle, ale nie uważam żeby był zbyt odkrywczy.

Problem zaczyna się, gdy autor próbuje analizować przyczyny pewnych zjawisk. Tu zawodzi po prostu na całej linii. Ale po kolei.

Sarrazin urodził się w roku 1945, jego ojciec był lekarzem. Potem studiował nauki ekonomiczne, doktoryzował się z historii gospodarczej w ujęciu racjonalizmu krytycznego. Zapamiętajmy ten fakt, bo to ważne.

Na początku swojej książki Sarrazin ustawia się jako fachowiec i autorytet, który maluczkim wyjaśni jak to jest naprawdę, bo politycy (którym był i którym doradzał) żądają uzasadnień dopasowanych do aktualnego dyskursu publicznego i politycznej poprawności, a nie do faktów. Teraz on powie jak to jest, bo przedtem musiał kombinować. Mnie takie podejście od razu nastawia nieufnie, ale zrazu kupiłem to bo doktor nauk itd., więc może faktycznie ma jakieś pojęcie.

No i autor tak się wczuwa w rolę autorytetu, że już pierwsze założenie wyjmuje z kapelusza i nie dyskutuje go ani nie uzasadnia w żaden sposób. A założenie jest takie: To źle, że w Niemczech procent osób narodowości niemieckiej spada. Moim zdaniem sama koncepcja państwa narodowego nie jest wcale oczywista i nie wymagająca dyskusji, zwłaszcza gdy mówimy o państwie które powstało w XIX wieku poprzez nie zawsze dobrowolne dołączenie państw Bawarczyków, Hessów, Badeńczyków, Saksończyków itd. i różnych obszarów, również innojęzycznych, do państwa Prusaków. Dziwi jeszcze bardziej, że autor jest przy tym członkiem SPD, czyli człowiekiem lewicy. W innych krajach takie narodowe tezy wysuwają raczej prawicowcy. Teksty typu:

Thilo Sarrazin

Das wirtschaftlich vereinte und außenpolitisch handlungsfähige Europa wird auch in 100 Jahren noch aus Nationalstaaten bestehen. (str 18-19)

Gospodarczo zjednoczona i zdolna do działania na arenie międzynarodowej Europa jeszcze za 100 lat będzie składała się z państw narodowych.

podane bez cienia uzasadnienia przypominają mi Honeckera twierdzącego w 1989 że mur będzie istniał jeszcze za 100 lat. U Sarrazina też jest "bo tak" i żadnej dyskusji. Potem pojawia się argument, że on by chciał żeby za 100 i więcej lat jego potomkowie nadal mieszkali w kraju w którym mówi się po niemiecku a nie w tureckojęzycznej republice islamskiej. Czy nie przypomina Wam to pewnych wątków poruszanych przez krajowych publicystów prawicowych?

Czytamy dalej. I powoli okazuje się, że zgodnie z podejrzeniami (starałem się nie nastawiać z góry negatywnie, ale podejrzenia że będzie jechał rasizmem i nacjonalizmem się same nasuwały) autor zajmuje się problemem imigrantów. Próbuje on dowodzić, że pozycja kraju w testach PISA skorelowana jest z jego jednolitością etniczną. No i popełnia typowy błąd metodologiczny biorąc parę krajów z pierwszych miejsc - Koreę, Finlandię i Japonię - i stwierdzając że one jednolite. Czwarty - Kanadę - już naciąga, że on nie jednolity, ale blablabla więc pasuje do tezy. Potem bierze multikulturalne USA wypadające źle i korelacja gotowa. Ale w ogóle nie patrzy na przykład na Polskę, która też jest bardzo jednolita, a wypada gorzej niż Niemcy. Z korelacji dwója.

No i tak czytając doszedłem do punktu który budzi największe kontrowersje. W skrócie: On przeczytał (i podobno się specjalnie fachowców jeszcze popytał) że inteligencja ma składową dziedziczną. I ze swojego fragmentarycznego rozumienia nauk przyrodniczych i ewolucjonizmu wydedukał, że inteligencja podlega silnej presji selekcyjnej. Znaczy według niego że jak pastorzy ewangeliccy (bez wątpienia inteligentni ludzie) mieli dużo dzieci, to one też były inteligentne, i ich dzieci też, i teraz wielu naukowców ma wśród przodków pastorów. A księża katoliccy (niewątpliwie równie inteligentni) nie mogli się rozmnażać i pokażcie teraz naukowców których przodkami byli księża katoliccy. Nie ma, ta inteligencja zaginęła! Potem brnie jeszcze głębiej: Podaje jako przykład Żydów, którzy przez długi czas byli nadreprezentowani na studiach i w zawodach inteligenckich i lepiej od innych wychodzą na testach IQ. I ma to według autora być dzięki presji selekcyjnej - ci inteligentniejsi wychodzili cało z pogromów i przekazywali swoje geny dalej! O rany, zanim to przeczytałem myślałem że przesadzają czepiając się go albo chcąc wyrzucić z partii. A przecież z takim rozumieniem sprawy i taką interpretacją spokojnie znalazłby swoje miejsce w szeregach NPD! (Nawiasem mówiąc NPD książkę pochwaliło jako potwierdzającą ich poglądy) Poza tym przez myśl mu nie przejdzie, że na przykład wielu z tych uważanych przez niego za beznadziejne przypadki uchodźców z Afryki przeszło przez więcej pogromów i wojen niż jakikolwiek Żyd. No i to rozumienie inteligencji, jemu istnienie składowej w iluś procentach przekłada się bezpośrednio na stuprocentową zależność przyczynowo-skutkową. Macki opadają.

To jego rozumowanie przewija się przez całą książkę i choć co prawda autor nie mówi tego w żadnym momencie wprost, to chodzi mu o to że imigranci z pewnych krajów (ani ich potomkowie) nigdy nie będą równorzędnymi intelektualnie obywatelami Niemiec, bo ich geny na to nie pozwalają. Naprawdę nie wiem jak ktoś taki mógł w ogóle trafić w okolice SPD.

Dalej autor analizuje religię imigrantów. Chociaż w zasadzie "analizuje" to nie jest właściwe słowo. On ma swoją tezę a innych hipotez nawet nie próbuje omawiać. Dla niego jak imigrantów z Polski pracuje 60% a islamskich z Turcji 30% (liczby trochę z kapelusza, bo szukanie w tekście bardzo słabe jest i nie mogę teraz znaleźć ile było dokładnie) to przyczyną tego stanu rzeczy jest tylko i wyłącznie islam. Bo tak, bo chrześcijaństwo ma swoją fazę fundamentalistyczną za sobą a islam nie. No mać! mać! mać! (jak zwykle odpowiedziało echo), pan Sarrazin nawet nie słyszał o chrześcijańskich fundamentalistach, a Breivik zrobił swoją akcję za późno, żeby uchronić autora przed taką kompromitacją. Wniosek Sarrazina (znowu nie wypowiedziany wprost) jest taki, że wszystko przez tych wyznawców islamu. I ten facet zrobił doktorat z Poppera!

Sarrazin ciągle missuje pointy - nawet nie próbuje się zastanawiać nad strukturą klasową poszczególnych grup imigracji, nie zauważa problematyki kapitału kulturowego, on po prostu nic nie rozumie!

No dobrze, a jakie rozwiązania problemu proponuje? Trzeba przyznać, że część jego propozycji jest nawet sensowna. Na przykład postuluje prowadzenie ostrzejszej polityki imigracyjnej, żeby nie przyjmować ludzi którzy będą tylko korzystać z systemu pomocy społecznej (coś jak w USA). Dalej chciałby żeby bardziej przymuszać dzieci klas niższych do nauki, na przykład karząc ich rodziców finansowo za nieusprawiedliwione nieobecności dzieci w szkole. Ale dlaczego tylko z klas niższych? Bo według niego dzieci klas wyższych są inteligentne tak genetycznie i im tego nie potrzeba. No facepalm po prostu. A, i jeszcze w procesie kształcenia nie może być telewizji, komputera i internetu, bo najważniejsze jest czytanie z papieru, bo:

Thilo Sarrazin

Der Tag hat für jeden nur 24 Stunden, und jede Stunde, die vor dem Fernseher, im Internet oder beim Computerspiel verbracht wird ist unabhängig vom Bildungsgrad für Lektüre verloren.

Dzień ma dla każdego tylko 24 godziny, i każda godzina która jest spędzona przed telewizorem, w Internecie i przy grze komputerowej jest, niezależnie od wykształcenia, stracona dla czytania.

Panie Sarrazin, nich Pan zgadnie jak czytam Pana książkę i co ja te godziny dziennie robię w Internecie. A może by Pan obejrzał coś w telewizji, jakieś "Die Sendung mit der Maus", albo co, może by się pan tak z niego nauczył porządnej analizy problemów. Albo zagrał w Bioscopię, może by Pan wtedy zrozumiał o co chodzi w tych genach.

W jednym miejscu Sarrazin opowiada jak nauczył się czytać. Wkrótce po rozpoczęciu pierwszej klasy (1953) był mianowicie chory na szkarlatynę, musiał leżeć ileś tygodni w łóżku. Telewizora w domu oczywiście nie było, komputera z Internetem tym bardziej, dostał więc jakieś książki, no i tak powoli składał sobie literki, potem coraz sprawniej, a potem czytał już dobrze. I dzięki temu że umiał dobrze czytać skończył szkoły, surowi nauczyciele i rodzice nie pozwolili mu się zaniedbać i stoczyć. No urzekła mnie jego historia, ale nie uważam żeby wyszedł z niego myślący intelektualista. A dalej pisze, że dyscyplina najważniejsza, i że tak twierdzi na przykład jeden słynny reżyser pracujący z dziećmi. I przez myśl mu nie przejdzie, że ta dyscyplina u reżysera to niezupełnie to samo co dyscyplina szkoły lat pięćdziesiątych.

W dziedzinie szkolnictwa Sarrazin zachwyca się modelem szkoły prywatnej, a szczególnie słynnym prywatnym gimnazjum w Salem. Akurat parę reportaży z tej szkoły widziałem, jest to droga szkoła prywatna w stylu szkoły brytyjskiej wyśmiewanej przez Pythonów w Sensie życia. I mundurki obowiązkowo, bo to zaciera podziały klasowe (to zdanie by Sarrazin).

Mógłbym tak jeszcze długo, ale i tak już jest tl;dr. Dam więc mu spokój i przejdę do podsumowania.

Sarrazin we wstępie do swojej książki skarży się, że eksperci (w tym i on) pracujący na zlecenie polityków nie mogą robić uczciwych analiz, tylko mają uzasadniać zadane z góry tezy. Niestety robienie analiz pod tezę tak weszło mu w krew, że nawet we własnej książce tylko uzasadnia swoje własne tezy, nie poddając ich należytej krytyce. No i wyszło tak jak wyszło, ręce opadają. Jeżeli poziom analizy na zamówienie jest jeszcze gorszy, to aż strach się bać. A i ta książka zdaje się jakąkolwiek czytelność zawdzięcza redaktorce pochodzącej z genetycznie niezdolnych do niczego Arabów. A tak poważnie to autor raczej ma analityczną moralność Kalego: Ma wyjść na moje - dobrze, ma wyjść na czyjeś - źle.

Podsumujmy więc: Autor o gospodarce ma jakieś pojęcie, analiza danych statystycznych i prognozowanie trendów mu nawet wychodzi, ta część książki jest mniej więcej OK. Ale zrozumienie przyczyn i zależności już go intelektualnie przerasta, nie jest w stanie poddać swoich tez prawdziwie krytycznej analizie, a co dopiero mówić o zaproponowaniu jakichś sensownych i działających rozwiązań. Nie wiem jak znalazł się w SPD, raczej przypadkiem a nie ze względu na poglądy. Bliżej byłoby mu do NPD, a przynajmniej CDU.

Aż się nie powstrzymam od złośliwej adpersony: Nie krytykuj wrodzonego braku inteligencji imigrantów z Afryki, jeżeli już twoje nazwisko wskazuje że twoi przodkowie stamtąd pochodzą.

A książkę odradzam, chyba że jako studium pewnego sposobu myślenia. Ale nie żałuję że ją przeczytałem, teraz mogę zwalcować każdego kto mi wyskoczy z argumentem z Sarrazina.

Szkoda tylko że go jednak nie wywalili z SPD. Należy mu się.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (2)

Żegnaj NRD Extra: Simson Schwalbe. Resurrection

Byłem dziś na IAA i wśród mnóstwa pojazdów na prąd dojrzałem coś takiego:

Simson eSchwalbe

Simson eSchwalbe

Rzeczywiście jest to Simson Schwalbe, ale zinterpretowany na nowo. Elektryczny. eSchwalbe.

Simson eSchwalbe

Simson eSchwalbe

Wszystko jest nowe, tylko wygląd stary. Hamulce są już tarczowe, inne materiały, ale ktoś uznał akurat ten kształt za warty odtworzenia.

Simson eSchwalbe

Simson eSchwalbe

EDIT: Jak znalazłem, jest to produkt spadkobiercy zakładów Simson - firmy efw-suhl GmbH. Ma być dostępny na wiosnę przyszłego roku w dwóch wersjach, z silnikiem 4kW i 8kW (najmocniejszy z oryginalnych, spalinowych miał 3,7 kW). Zasięg obu wersji - 60 km, czas ładowania 5 godzin. Mocniejsza wersja wyciąga nawet 80 km/h, słabsza 40 (można zamówić ograniczoną do 25). Tylko ta cena - 4699/5799 EUR.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (4)

Żegnaj NRD Update: Daihatsu TA-X80 na IAA 1987

Powoli zaczynam skanowanie slajdów. Ponieważ jutro idę na IAA to zacząłem od paczki z IAA z roku 1987, o którym pisałem w cyklu Żegnaj NRD, w odcinku 27. A na pierwszy ogień poszedł concept car Subaru. Mimo że na skanie dało się przeczytać nazwę modelu na - powiedzmy - "masce" - 08X-AI, to nie mogę znaleźć nic o nim w sieci.

Pamiętam, że w 1987 było to dla nas po prostu SF na żywo. Samochód nie miał na przykład klasycznych lusterek, tylko kamery i monitorki.

EDIT: Wszystko mi się pokręciło. Scan odbił mi się lustrzanie, stąd źle przeczytałem oznaczenie - ma być "TA-X80" (ale numer, wszystkie znaki symetryczne). Zapytałem na jednym forum i dowiedziałem się że jest to Daihatsu. A lusterka nawet widać - do zdjęcia bezlusterkowego Subaru doszedłem dopiero później. Muszę wrzucić je w nowej notce, a to wrzucam odwrócone.

Zdjęcie zrobione Zenitem na materiale ORWO.

Daihatsu TA-X80 na IAA 1987

Daihatsu TA-X80 na IAA 1987

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Skomentuj