Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Dulag Luft, Oberursel

Z ostatniego wyjazdu do kraju przywiozłem książkę Bohdana Arcta "Niebo w ogniu". Żeby syn przeczytał - od dłuższego czasu lata w "War Thunderze" i te klimaty go interesują. Ale tymczasem książkę wzięła do ręki żona i bardzo to ją wciągnęło.

Bohdan Arct - Niebo w ogniu

Bohdan Arct - Niebo w ogniu

Ja przeczytałem wszystko Arcta jakieś 35 lat temu, ale żona z podobnej tematyki znała tylko "Dywizjon 303" Fiedlera (nawiasem mówiąc to on jest winien że na squadron po polsku mówią dywizjon). No i ciekawe było, a potem żona doszła do miejsca gdzie Arctowi zepsuł się samolot nad Holandią, dostał się do niewoli, a potem przewieźli go przez Frankfurt do Oberursel.

Oczywiście 35 lat temu nazwa Oberursel nic mi nie mówiła, nawet nie zwróciłem na nią uwagi. Ale w międzyczasie w Oberursel nawet mieszkaliśmy. Zajrzałem więc do sieci i się okazało, że w Oberursel, góra dwa kilometry od miejsca w którym mieszkaliśmy był obóz przejściowy dla lotników, zwany Dulag Luft (od DUrchgangsLAGer czyli właśnie Obóz Przejściowy). Potem ten teren przejęli Amerykanie i nazwali Camp King (on nazwiska jednego poległego żołnierza, nie od żadnego króla). Ta nazwa mówiła mi więcej, bo krótko zanim się do Oberursel sprowadziliśmy, ukończono tam nowe osiedle mieszkaniowe, nawet parę razy byliśmy tam w Edece.

Zajrzałem dokładniej do sieci i się okazało, że wkrótce będzie tam zwiedzanie z przewodnikiem. Pojechaliśmy więc.

Najpierw się trochę zdziwiłem, bo przewodnik zaczął sprawdzać listę obecności, a w sieci nic o meldowaniu się nie było. Ale wkrótce się wyjaśniło - równolegle były akurat dwa zwiedzania organizowane przez różne instytucje. To z listą obecności było za 13 EUR od osoby i o szpiegach - czyli o okresie gdy byli tam Amerykanie, nasze było organizowane przez miasto Oberursel, obejmowało całą historię terenu i było po 3 EUR.

Na początek mapka obozu, ukradziona ze strony Prisoners of War:

Dulag Luft, Oberursel

Dulag Luft, Oberursel, Źródło: Prisoners of War http://www.pegasusarchive.org

Legenda (tłumaczenie moje):

  1. Więzienie na 200 cel
    • A. Skrzydło z 30-40 celami
    • B. Pomieszczenie do identyfikacji, przeszukiwania i wydawania jeńców
    • C. Miejsce zbiórki nowo przybyłych jeńców
    • D. Recepcja dla nowo przybyłych jeńców
    • E. Schody do piwnicy, używanej jako recepcja dla nowych jeńców
    • F. Pomieszczenia załogi
    • G. Pomieszczenia strażników
  2. Nowy budynek biurowy
  3. Stary budynek biurowy
  4. Biuro komendanta obozu, pomieszczenia monitoringu (podsłuchu) cel
  5. Kantyna i nowa mesa oficerska
  6. Fotograf, W/T room (ni cholery nie wiem co to), izba chorych
  7. Stary obóz
  8. Wieżyczki strażnicze
  9. Magazyn
  10. Dowódca strażników i załogi obozu
  11. Biura Gestapo i więzienie dla jeńców przesłuchiwanych przez Gestapo
  12. Stare kwatery oficerów
  13. Nowe kwatery oficerów
  14. Kwatery kobiet
  15. Kwatery mężczyzn
  16. Biura i kwatery strażników
  17. Pomieszczenia strażników
  18. Główne wejście

Z budynków nie zostało wiele. Jest jeszcze numer 4

 

Budynek dawnego Dulag Luft Oberursel

Budynek dawnego Dulag Luft Oberursel

numer 6

Budynek dawnego Dulag Luft Oberursel

Budynek dawnego Dulag Luft Oberursel

i numer 10

Budynek dawnego Dulag Luft Oberursel

Budynek dawnego Dulag Luft Oberursel

Barak numer 11 został wyburzony dopiero co, teren po nim jest jeszcze prowizorycznie ogrodzony. Inne budynki zostały zburzone w różnych okresach jeszcze przez Amerykanów i zastąpione nowymi.

Na podstawie tej wizyty i mapki byliśmy w stanie dokładnie zidentyfikować miejsca o których pisał Arct, trzeba przyznać że pisał szczegółowo i wszystko się zgadza. Myślę że wiem nawet, którędy dotarł tu z dworca we Frankfurcie, a droga była nietypowa i z przygodami.

Czego Arct prawdopodobnie nie wiedział - tuż obok obozu znajdowała się placówka badania zestrzelonych samolotów. O szczegóły natychmiast można było zapytać pilota - wszyscy złapani piloci byli przywożeni na początek najpierw tutaj, czy odpowiadali na pytania to inna historia. Stąd najpierw każdego jeńca trzymano osobno, dopiero po pewnym czasie przenoszono do wspólnego baraku. Baraki miały założony podsłuch.

Po wojnie teren zajęli Amerykanie i role się odwróciły. Tutaj trzymano co bardziej podejrzanych, na przykład byli tu Speer i Dönitz. Potem była tu centrala amerykańskiego szpiegowania Europy (zwłaszcza wschodniej), na tym terenie powstał zalążek wywiadu zachodnioniemieckiego. Amerykanie opuścili teren całkiem niedawno, w początku lat 90-tych. Zbudowano tu osiedle mieszkaniowe, raczej dla bogatych. Do dziś o rzut beretem (no może długi rzut beretem) jest szkoła dla dzieci mieszkających w okolicy Amerykanów (Frankfurt International School), kiedyś dla dzieci pracujących tu żołnierzy. Byłem tam kiedyś na bazarze z rzeczami dla dzieci - szkoła jest jak żywcem wyjęta z amerykańskiego filmu, nawet colę mają sprowadzaną z USA.

Na terenie Camp King jest jeszcze parę innych ciekawostek, ale o tym w innej notce.

Zwiedzanie polecam, ale tylko z przewodnikiem. Terminy TUTAJ  w zakładce Führungen, najbliższy we wrześniu.

Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Komentarze: (2)

Cybersyny, cybernetyczne żółwie, cyberberysy i inne Algole (3)

Ostatnio omówiłem ogólne tło historyczne powojennej fascynacji potęgą rozumu. Dziś o tym, gdzie i jak fascynaci się mylili.

Każda, najfajniejsza nawet idea jest nic nie warta, jeżeli nie pasuje do realnie istniejącej rzeczywistości. W różnych dziedzinach ten reality check następuje w różnym czasie i w różnym nasileniu. Niektóre branże, na przykład filozofia (czy ogólnie nauki tzw. humanistyczne), mają znikomy styk z rzeczywistością, inne trochę większy, ale prawie zawsze da się ewentualne niezgodności wyprzeć jakimś "ale gdyby...". Jest jednak jedna branża w której od idei do jej brutalnej konfrontacji z rzeczywistością jest bardzo blisko - jest to informatyka. Przyjrzyjmy się więc informatyce omawianego okresu.

Realna - nie teoretyczna - informatyka, zaczęła się oczywiście od skonstruowania pierwszych, praktycznie działających komputerów. Najpierw programowano je czysto na wyczucie w kodzie maszynowym, później pojawiły się assemblery a potem pierwsze języki wysokiego poziomu jak Fortran czy Cobol. Syntaktyka tych języków została wymyślona zupełnie od czapy, jak tam się komuś wydawało że będzie dobrze. Wkrótce zaczęły się problemy z takimi odczapistycznymi definicjami - najbardziej znana jest historia błędu w programie fortranowym polegającego na tym, że ktoś zamiast przecinka w instrukcji pętli napisał kropkę. Skutek był taki, że sonda międzyplanetarna sterowana tym programem się rozwaliła. Zasadniczy problem polegał na tym, że języki programowania były zdefiniowane tylko opisowo w języku naturalnym, i każdy mógł interpretować taką definicję inaczej. I jak wtedy zapewnić, żeby ten sam program dawał te same wyniki skompilowany różnymi kompilatorami?

No i to było coś dla wyznawców rozumu - tym trzeba było się zająć naukowo. Zaczęto więc pracować nad dobrym definiowaniem języków programowania. Efektem tych starań był Algol 60. I trzeba przyznać, że to im się akurat udało. Algol 60 został zdefiniowany przy pomocy matematycznego formalizmu (notacji Backusa-Naura), pięknie i klarownie. Koncepcyjnie język ten nie różnił się znowu aż tak bardzo od obecnie używanych języków proceduralnych w rodzaju niegdysiejszego Pascala, C czy Javy (Javy bez obiektów oczywiście, obiekty to późniejsze koncepcje). W zasadzie jedynym istotnym błędem zrobionym przez projektantów tego języka było to, że nie pomyśleli o zdefiniowaniu instrukcji wejścia-wyjścia i każda implementacja miała inne. Ale ogólnie był to sukces idei.

Zachęceni sukcesem rozumowcy zajęli się następną ideą: Program zapisany jest przy pomocy matematycznego formalizmu. Całkiem jak na przykład twierdzenie matematyczne. Twierdzenie matematyczne dowodzimy, żeby sprawdzić czy jest poprawne. Dlaczego by nie zrobić tego samego z programem? Będziemy dowodzić poprawności programu tak samo jak twierdzenia i błędy w programach nie mają szans! No i oczywiście ten dowód ma zrobić automatycznie komputer!

Na pierwszy rzut oka idea była całkiem dobra. Pojawiło się mnóstwo prac i projektów na ten temat i nawet jakieś metody udało im się opracować. Ale teraz pytanie kontrolne dla czytelników zajmujących się programowaniem: Czy dowodzicie w sformalizowany sposób poprawności swoich programów? Jak sądzicie, dlaczego nie?

Ja wyjaśnię. Otóż ta koncepcja to totalne nieporozumienie. Dowiedzenie poprawności programu to wykazanie, że on robi dokładnie to, co ma robić. Skąd dowodzący poprawności komputer ma wiedzieć co program ma robić? Trzeba to zapisać w jakimś formalizmie. Łapiecie? Komputer ma porównać formalny zapis tego co program ma robić z formalnym zapisem tego jak program to robi. Czyli raz zapisujemy rozwiązanie problemu w formalizmie "celowym" a drugi raz w "implementacyjnym". No ale tak w zasadzie to jeżeli komputer potrafi porównać jeden formalizm z drugim, to chyba powinno się dać przekształcić jeden w drugi, czyż nie? Czyli ten nasz formalizm "celowy" to w zasadzie język jeszcze wyższego poziomu niż ten "implementacyjny". To tak właściwie na cholerę mamy pisać to samo dwa razy? Nie lepiej napisać raz, w tym języku wyższego poziomu, ale za to dobrze?

No ale załóżmy, że w jednym formalizmie napisze jeden człowiek, a w drugim drugi. Zawsze będzie to jakaś kontrola, co nie? To prawda. ale czy nie taniej i prościej będzie po prostu zrobić code review? I tak się bez niego nie obejdzie, jak chcemy robić porządnie.

Jest jeszcze drugi zarzut, o wiele poważniejszy. Przez takie formalne dowodzenie porównujemy nic więcej niż tylko dwie wersje rojeń na temat działania programu. Jeżeli obie wersje stworzy jeden człowiek, to nasze dowodzenie udowodni najwyżej, że jego rojenia są spójne. Przy dwóch różnych autorach będzie to dowód na spójność rojeń dwóch ludzi. Ale to nie jest wiele warte - tak naprawdę interesuje nas nie zgodność programu z rojeniami człowieka, tylko zgodność programu z rzeczywistością! Jeżeli programista będzie przekonany że jego program dostaje do obróbki znaki kodowane w ASCII to ŻADNE dowodzenie nie wykryje że program jest bez sensu, bo dane są w EBCDIC. Świat zewnętrzny, you fool!

I tak mniej więcej to się skończyło - pamiętam z jakiejś książki przykład udowodnionego i opublikowanego jako programu na 15 linii, w którym  przez ręczną analizę znaleziono 10 błędów. Jeszcze później prace matematyków wykazały, że na przykład rozstrzygnięcie czy pętla w programie się kiedyś skończy, czy nie, jest w ogólnym wypadku niemożliwe. Czyli to i tak nic nie da.

Oczywiście zgadzam się, że używamy dziś narzędzi sprawdzających to czy tamto w programach, ale z formalnym dowodzeniem nie ma to nic wspólnego.

I jeszcze: Nawet gdyby takie dowodzenie działało, to nadawałoby się tylko do niektórych, dobrze zdefiniowanych kawałków, na przykład do sortowania tabeli czy innych zadań algorytmicznych. Ale typowy, realnie istniejący program, to jest taki wielki, wielopoziomowy switch (ewentualnie schowany pod postacią hierarchii klas) wewnątrz pętli nieskończonej, jak i czego tu dowodzić?

No ale tymczasem rozumowcy zajmowali się dalszym doskonaleniem na drodze do ultymatywnego zapanowania nad przyrodą. Teraz miała powstać nowa wersja Algolu, tym razem idealna, uniwersalna i ultymatywna (serio zapewniali, że nic innego nie będzie już potrzeba!). Wytoczono najcięższe armaty: do definicji formalnej van Wijngaarden opracował gramatykę dwupoziomową, która dawała możliwość ślicznego i ścisłego opisania języka. Twórcy Raportu języka uważali że jest on tak piękny i skończony, że zostało tylko wycyzelowanie ozdobników. Każdy rozdział raportu ozdobiono pasującym cytatem z literatury, zadbano nawet o reguły ozdabiania rozdziałów przy tłumaczeniu ich na inne języki naturalne. Język nazwano Algol 68 i był to chyba jedyny język programowania który najpierw w 100% zdefiniowano formalnie, a dopiero potem przystąpiono do jakichkolwiek prób implementacji kompilatora. No i tu zaczęły się problemy. Jak już pisałem - świat rzeczywisty, you fool!

  • Raport był słabo zrozumiały, bo użyta notacja nie była prosta. Aż trzeba było opracować całkiem nową, bardziej zrozumiałą jego wersję, zwaną Revised Report, potrwało aż do 1973. Przy okazji wywalono z języka parę konstrukcji jako zbędnych i przekombinowanych.
  • Revised Report miał 280 stron tekstu i to tylko na formalizm plus krótkie komentarze. Przecież czegoś takiego nikt nie ogarnie! Dla porównania raport Algolu 60 miał stron ze czterdzieści włącznie ze skorowidzem, przeciętny, ogarnialny język daje się zamknąć w dwudziestu-trzydziestu.
  • Raport definiował na przykład że słowa kluczowe mogą być w różne w różnych językach naturalnych. Każdy, kto używał formuł w różnych wersjach językowych MS Office z pewnością znajdzie dla tego pomysłu kilka prostych, żołnierskich słów.
  • Parser Algolu 68 okazał się niespodziewanie trudny do napisania. Ludzie próbowali, próbowali, ale udawało im się parsować tylko podzbiory konstrukcji języka. A przecież definicja formalna była taka piękna!
Raport języka Algol 68

Raport języka Algol 68

Wkrótce sprawa rypła się całkiem. Ktoś udowodnił, że gramatyki van Wijngaardena są nierozstrzygalne, czyli że napisanie kompletnego parsera tak zdefiniowanego  języka jest niemożliwe. No i to był cios w sam fundament projektu, który przecież miał być wspaniałym, ostatecznym i nieskazitelnym pomnikiem ludzkiego geniuszu. A okazał się być pomnikiem arogancji i zadufania.

Historia Algolu 68 jest typowa dla tamtych czasów i podobne znajdziemy również w innych branżach. Nimi zajmiemy się w jednej z następnych notek.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Pomyślmy

Komentarze: (7)

Cybersyny, cybernetyczne żółwie, cyberberysy i inne Algole (2)

No dobrze, skoro Cybersyn nie wziął się z ideologii socjalizmu, to skąd? Zajmijmy się tłem historycznym tamtych czasów. Początek będzie pozornie od czapy, ale wiem dokąd zmierzam.

Przez całe wieki a nawet tysiąclecia znaczący udział w zwycięstwach militarnych´mieli rzemieślnicy produkujący broń. Bitwy i wojny wygrywała najczęściej strona mająca więcej i lepiej wyszkolonych żołnierzy i lepszych dowódców. Ale nie bez znaczenia była posiadana przez nich broń, a co najmniej od czasu wynalezienia miecza z miedzi robili i ulepszali ją rzemieślnicy.

Taki stan rzeczy trwał bardzo długo, ale w czasach rewolucji przemysłowej zwycięstwo lub przegrana zaczęły w coraz większym stopniu zależeć od inżynierów. Już Kościuszko w USA robił za generała, ale do zwycięstwa przyczynił się przede wszystkim jako wojskowy inżynier. Dalej widać to było coraz wyraźniej - w różnych wojnach w koloniach, w wojnie francusko-pruskiej, przewagę zdobywała strona mająca więcej i lepszą, przemysłowo produkowaną broń zaprojektowaną przez inżynierów. Szczytem była WWI, gdzie użyto mnóstwa nowych, wyinżynierowanych broni - na przykład sterowca, samolotu, okrętu podwodnego i całej masy inżynierskich ulepszeń broni istniejących.

Po WWI sytuacja uległa zmianie. To znaczy większość broni wymyślali nadal inżynierowie, ale zwycięstwo zaczęło w coraz większym stopniu zależeć od naukowców i to z pozornie niewojskowych specjalności. Na przykład od matematyków.

Już w wojnie polsko-rosyjskiej 1920 grożącą całkowitą klęskę udało się Polakom zmienić w zwycięstwo praktycznie wyłącznie dzięki pracy kilku matematyków o specjalności kryptologia. Kryptolodzy mieli swój zasadniczy udział w przebiegu i wyniku WWII, ale i inne specjalności dostały swoją szansę. Fizycy zrobili na przykład bombę atomową, obliczenia robili im inni matematycy. Ale o wiele większe znaczenie miały prace całego legionu innych, szeregowych matematyków, którzy zajmowali się optymalizacją efektywności wysiłku wojennego. Na przykład opracowywali statystyczne metody kontroli jakości, umożliwiające znaczące zmniejszenie ilości amunicji marnowanej w każdej partii na testy jakościowe. Albo rozpracowywali zagadnienia w rodzaju "czy dywizjon bombowców nocnych ma lecieć w szyku ciasnym - ryzykując zderzenia, czy luźnym - ryzykując zgubienie formacji albo zestrzelenie przez myśliwce". Kampanie wygrywano dzięki optymalizacji logistyki i minimalizacji strat.

Po wygranej WWII, jako synteza tych prac, powstała nowa dziedzina zwana "cybernetyką". Wcześni cybernetycy - jak to zwykle neofici - wierzyli że wszystkim da się bezproblemowo sterować i kierować. Naprawdę wszystkim, nie tylko prostymi układami. Tak samo miało się sterować temperaturą pieca, jak całą fabryką, mózgiem, organizmem żywym, ekosystemem (we współczesnym rozumieniu), społeczeństwem czy państwem. Dziś wiemy że były to mrzonki, że nawet pozornie proste systemy mogą być chaotyczne i sterowanie nimi nie jest trywialne abo wręcz jest niemożliwe.

No ale w tamtych czasach wszystko wyglądało na proste a nauka i rozum miały wkrótce zapanować nad całym światem ludzie mieli być dzięki temu szczęśliwi i żyć w dostatku i dobrobycie. Na pierwszy rzut oka taka koncepcja wydaje się być bardzo komunistyczna, ale tak myślano również w krajach kapitalistycznych. Wystarczy zajrzeć na okładki pism popularno- naukowych tamtych czasów. Czy to "Młody Technik",

Okładka pisma "Młody Technik"

Okładka pisma "Młody Technik"

czy "Technika Mołodieży",

Okładka pisma "Technika Mołodieży"

Okładka pisma "Technika Mołodieży"

czy "Popular Mechanics"

Okładka pisma "Popular Mechanics"

Okładka pisma "Popular Mechanics"

- wszędzie widzimy taki sam futurystyczny, czysty, stechnicyzowany świat wielkich budowli, szybkich pociągów, wspaniałych samochodów, olbrzymich statków, wielgachnych pojazdów latających i lotów międzyplanetarnych. No i wielkich, inteligentnych komputerów.

A to wszystko miało być możliwe dzięki cybernetyce. Niedługo wcześniej wynalezione tranzystory umożliwiły zbudowanie układów elektronicznych naśladujących zachowanie organizmów żywych. To znaczy tak twierdzono, w praktyce były to proste zabawki elektromechaniczne, byle by miały jakiś czujnik. Na przykład słynne "cybernetyczne żółwie" były to po prostu elektryczne samochodziki z czujnikami, reagujące na przykład na dojechanie do krawędzi stołu. No ale było jakieś sprzężenie zwrotne, więc zabawka była cybernetyczna. Wkrótce praktycznie każda zabawka z silnikiem elektrycznym (jeżeli nie była zdalnie, wtedy przewodowo, sterowana) nazywała się "cybernetyczną".

Cybernetyczny żółw - skan z książki Janusza Wojciechowskiego "Nowoczesne zabawki" (1963)

Cybernetyczny żółw - skan z książki Janusza Wojciechowskiego "Nowoczesne zabawki" (1963)

Kiedy wymyślono perceptron - czyli prostą sieć neuronową - wydawało się, że wkrótce da się skopiować mózg człowieka, a potem taka kopia będzie odwalać za człowieka robotę intelektualną. Miało to być tak niedługo, że nawet realnie istniejące wtedy komputery nazywano już na zaś "mózgami elektronowymi".

Popatrzmy na popkulturę tamtych czasów - na Star Treka, radziecką Mgławicę Andromedy czy na Lema (który jak zwykle wszystko przewidział). A zwłaszcza na Cyberiadę/Bajki robotów, gdzie wszystko jest cyber, nawet cyberberysy.

Cyberiada była oczywiście w dużym stopniu satyrą, ale fascynacja cybernetyką - i w ogóle potęgą rozumu - naprawdę istniała. Wszędzie planowano przerobienie świata, w ZSRR chciano zawracać rzeki wyrąbując kanały atomówkami, w Niemczech koryta większości rzek wybetonowano, żeby porządnie płynęły. Na Nilu zbudowano wielka zaporę, bo wylewał, itd. itd., wszystko miało być lepiej, bardziej naukowo. Jak na razie sukcesy były znaczące. "Zielona rewolucja" bardzo zmniejszyła zasięg klęsk głodu w różnych krajach, szczepionki i antybiotyki zmniejszyły śmiertelność, człowiek poleciał w kosmos i postawił stopę na Księżycu.

I to jest moment, w którym rozpoczęto projekt Cybersyn. Jeszcze wszystko wydaje się proste, świat wydaje się iść ku lepszemu, cybernetyka (w szczególności społeczna) ma być szansą lewicowego rządu Chile na przeciwstawienie się wpływom amerykańskiego wywiadu, starającego się ten rząd obalić. Trochę zadziałało - zainspirowany przez CIA strajk kierowców udało się przetrwać, chociaż niekoniecznie dzięki cybernetyce. Kolejnej próba obalenia rządu była jednak udana, cybernetyka nie pomogła. System nie był gotowy, ale bardzo wątpię żeby działający był w stanie uratować Allende, a nawet dobrze działać. Wyznawcy cybernetyki i potęgi rozumu byli zbyt optymistyczni, już w początku lat 70-tych zaczynało to być widoczne. A przynajmniej widać to z dzisiejszej perspektywy.

Po czym to widać? Ooooo - na to mam mój ulubiony przykład. O nim w następnej notce.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Pomyślmy

Skomentuj

Cybersyny, cybernetyczne żółwie, cyberberysy i inne Algole (1)

Znowu ktoś w sieci przypomniał Cybersyna a mi się przy tej okazji przypomniało, że od dawna mam napisać na zbliżony temat notkę. Mam dużo do powiedzenia, więc chyba będę musiał podzielić notkę na kilka części.

Przypominający (pominę link) w Cybersynie zobaczył ideologię socjalizmu, co wprawiło mnie w zdumienie, jeszcze większe gdy się dowiedziałem że jest starszy ode mnie. Z drugiej strony nie tylko on widzi w tym czysty socjalizm, na przykład hasło Projekt Cybersyn w Wikipedii po angielsku należy do kategorii Socjalizm. Ja tam myślę, że to straszne spłycenie tematu. Ale może po kolei, najpierw o samym Cybersynie.

Cybersyn był to projekt z początku lat 70-tych (1971-1973), realizowany w Chile za lewicowego prezydenta Salvadora Allende. Celem projektu było zrobienie komputerowo wspomaganego systemu centralnego zarządzania gospodarką całego kraju.

No ale w roku 1971 komputery i telekomunikacja w ogóle nie przypominały tego, co mamy dzisiaj. Komputer wtedy był to mainframe, zazwyczaj linii IBM/360 (skopiowanej w naszym bloku jako RIAD R1) a do cyfrowej łączności służyła sieć teleksowa. Robiłem kiedyś w urządzeniach teleksowych, to był mój pierwszy większy projekt (i to jeden z bardziej udanych), muszę kiedyś o tym napisać. Ale to innym razem.

No i system Cybersyn powstał na właśnie takiej bazie sprzętowej. W fabrykach zainstalowano teleksy, przez które codziennie meldowano do centrali 7 podstawowych parametrów, typu produkcja, zużycie materiałów czy absencja pracowników, a na tej podstawie centrala podejmowała decyzje.

Jeżeli spojrzymy na to z dzisiejszej perspektywy zobaczymy, że dziś podobna sprawozdawczość i podejmowanie decyzji na podstawie danych przychodzących na bieżąco jest standardem, nazywa się controllingiem i nie ma nic (ale to zupełnie nic) wspólnego z socjalizmem. To typowe narzędzie zarządzania stuprocentowo kapitalistycznym koncernem. Niektórzy widzą w państwie socjalistycznym najwyższą formę koncernu monopolistycznego, tu pasuje.

Ta telekomunikacyjna część projektu całkiem się zresztą udała - dzięki sieci teleksowej udało się na przykład podczas wielkiego strajku  kierowców ciężarówek w Santiago w roku 1972 utrzymać zaopatrzenie stolicy w żywność. Wystarczyło 200 łamistrajków i komunikacja teleksowa. Też czysty socjalizm, co nie? W niektórych źródłach można przeczytać że to był efekt działania systemu, potwierdzenie sensowności stojących za nim koncepcji itp., ale tak naprawdę soft w ogóle nie miał w tym udziału, chyba nawet jeszcze nie działał. Wystarczyła sama łączność.

Nawiasem mówiąc w Polsce w następnych latach, niewykluczone że pod wrażeniem tej właśnie akcji, postawiono teleks w każdej gminie. Tyle że nie wyszło to za dobrze, bo te teleksy były mało wykorzystywane, a naprawdę użyła ich dopiero Solidarność w latach 1980-1981 masowo przesyłając tą siecią swoje biuletyny i koordynując swoje działania - bo był to nie kontrolowany przez władze kanał łączności.

No ale łączność jak łączność, teleks to nic rewolucyjnego - sieć istniała już od dziesięcioleci (standard pochodzi z lat 30-tych), to już bardziej rewolucyjne były początki Internetu w USA (ARPANET, 1969). Przyjrzyjmy się raczej, co oni chcieli robić z tymi danymi.

Dane z fabryk lądowały na komputerze IBM/360, a typowy wtedy terminal to był właśnie teleks - transmisja była cyfrowa i to połączenie działało bez problemu. I teraz na podstawie tych danych komputer miał liczyć prognozy makroekonomiczne i generować alarmy, a taka prognoza miała być podstawą do podjęcia ewentualnych działań jak coś szło w złą stronę. Z dzisiejszej perspektywy nic szczególnego, controlling jak controlling, no może poza skalą. Tyle że z tego co się orientuję, to dziś robi się controlling głównie danych finansowych albo logistycznych (te drugie niezbędne zwłaszcza przy produkcji just-in-time), oraz zarządzanie projektami,  natomiast nie za bardzo działa to dla parametrów bardziej globalnych.

Na czym polega problem? Żeby coś prognozować i czymś sensownie sterować musimy mieć tego model. Przepływ towarów albo pieniędzy jest dobrze określony i da się prosto wymodelować, z siecią różnych fabryk już tak łatwo nie jest, a z makroekonomią całego państwa to już w ogóle. Z tego względu program Cybersyna (o nazwie Cyberstrider) oparto na sieciach neuronowych - co teoretycznie pozwala na zastąpienie porządnego modelowania uczeniem sieci. Tyle że nauczenie takiej sieci wymaga dłuższego zbierania danych i - przede wszystkim - przećwiczenia reakcji systemu również w sytuacjach niepożądanych. A przecież trudno wywołać parę kryzysów tylko po to, żeby nauczyć sieć. Doświadczeń na królikach też się nie da zrobić. Jaki z tego wniosek? Prosty: To nie ma szansy dobrze działać.

No a teraz ta najciekawsza część: Zasadniczą częścią projektu był pokój do sterowania całym systemem. Co tam opisy, lepiej zobaczyć zdjęcie:

Pokój sterowania systemu Cybersyn

Pokój sterowania systemu Cybersyn Autor: nieznany

Ale odjazd, nie? Typowe SF tamtych czasów. Projektant zarzekał się, że nie oglądał Star Treka, ale w innych filmach też takie rzeczy były (często jako sterownia głównego badguja starającego się opanować cały świat). Projektantom chodziło o przedstawienie danych w postaci dostępnej dla niefachowca, a jakiekolwiek GUI jeszcze przecież nie istniało. Za bajeranckim wystrojem wnętrza i futurystycznymi fotelami nie stało jednak nic szczególnego - na tych ekranach wyświetlane były po prostu slajdy. Wybierane przez komputer ze sporego magazynka (rzędu 4000 sztuk w sumie), ale jednak statyczne slajdy (znalazłem w sieci wypowiedzi ludzi podobno zaangażowanych w projekt, brzmiało sensownie). I jeszcze mogły być wykresy robione na poczekaniu na papierze przez ludzi w sąsiednim pomieszczeniu.

Jakie były dalsze losy tego systemu? W roku 1973 pucz obalił prezydenta Allende, centrum sterowania zostało zniszczone. I tak była to tylko makieta, bo nie zdążono zrobić go do końca. Nad oprogramowaniem zespół pracował dalej, w 1985 roku wprowadzono je na rynek pod nazwą Coordinator, a potem system został sprzedany Novellowi. I słuch po nim zaginął, w latach 90-tych jeździłem na szkolenia Novella i byłem CNE (Certified Novell Engineer), ale o niczym podobnym nawet nie wspominali.

Wiki jako koszt całego projektu podaje 150.000 USD z roku 1973 (na dzisiejsze jakieś milion sześćset), co wydaje mi się drobniakami. Projekty w których robię mają budżety zbliżonego rzędu, albo nawet wyższe, a nie są to jakieś wielkie rzeczy.

A teraz do rzeczy. Polemizuję konkretnie z tezą, że projekt Cybersyn to produkt ideologii socjalizmu. Według mnie to czysto kapitalistyczny controlling podniesiony na poziom całego państwa. Jedyne co się wzięło z socjalizmu to właśnie to podniesienie - gospodarka jest planowa, a państwo jest właścicielem fabryk i może ingerować w ich działanie bezpośrednio. Ale i państwo kapitalistyczne ma swój plan (co prawda głównie finansowy)  i pewne - chociaż mniejsze - możliwości ingerencji, więc podobny controlling ma sens i w kapitalizmie.

Więc skąd się to wszystko wzięło, skoro nie z socjalizmu? O tym w następnej notce.

PS: Znalazłem działającą stronę Cybersyna w sieci: http://www.cybersyn.cl/ingles

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Pomyślmy

Komentarze: (3)

Bo wiewiórki są zapominalskie

Ten tekst zna chyba każdy: Wiewiórki mają zakopywać nasiona w różnych miejscach, a potem zapominać o nich. Nie tylko w Polsce tak twierdzą, zapominanie o zapasach jest też wspomniane w wiki niemieckiej.  Przyjmowałem to dotąd na wiarę, ale niedawno zdarzyło się coś, co dało mi do myślenia.

Mieszkamy na parterze, mamy dość niski balkon, a na nim skrzynki na kwiaty. Kilka tygodni temu żona zauważyła, że na balkon przyszła wiewiórka i zaczęła kopać w skrzynce (kwiatów w niej jeszcze nie było, tylko zeszłoroczna ziemia). Wiewiórka coś wygrzebała i zabrała ze sobą. Zastanawialiśmy się co to mogło być, ale nic nie wymyśliliśmy.

Ostatnio zabrałem się za sadzenie nowych kwiatów. Wymieniłem przy tym ziemię, i znalazłem coś takiego:

Orzech zakopany przez wiewiórkę

Orzech zakopany przez wiewiórkę

To orzech włoski, już zaczął kiełkować. Musiała zakopać go wiewiórka jesienią. No i moja interpretacja nijak nie pasuje do zapominalskości wiewiórek.

Bo według mnie, wiewiórka musiała doskonale pamiętać gdzie orzechy zakopała - w końcu trafiła na to miejsce wiosną. I co więcej - musiała również doskonale pamiętać ile ich zakopała - gdyby nie pamiętała, przekopałaby całą skrzynkę i znalazła wszystkie. No chyba że przyjmiemy że pamiętała przez kilka miesięcy, a po zabraniu przedostatniego orzecha uległa nagłemu atakowi amnezji.

Według mnie to ona specjalnie nie wykopała wszystkich orzechów - z ewolucyjnego punktu widzenia taka strategia powinna w dłuższym terminie dawać istotne korzyści.

Czyli wiewiórki wcale nie są zapominalskie.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (1)

Jak to się robi w Niemczech: Zbytki biskupów (3)

Jak już wróciłem do pisania, to może zaległa i nieco przeleżała notka o biskupie Limburga. Od poprzedniej notki aż tak wiele się nie stało. Biskup dostał tylko nowe stanowisko - teraz zajmuje się nową ewangelizacją Europy Zachodniej. Ma do tego niewątpliwie świetne kwalifikacje - już od dawna nikt w Niemczech nie spowodował więcej wystąpień z kościoła niż on.

Bezpośrednią inspiracją do notki było to, że diecezja wpuściła dziennikarzy do prywatnego mieszkania biskupa i pojawiły się zdjęcia. Dzięki temu można ocenić, jak biskup powydawał pieniądze diecezji. Konkretne sumy były podane w raporcie, teraz możemy zobaczyć, co za to dostał.

Zdjęcia są niestety copyrightowane, więc nie przekleję ich, tylko podlinkuję TUTAJ galeria 15 zdjęć na stronach hr-online. A TUTAJ materiał filmowy

Na zdjęciach widzimy nowoczesne, białe, minimalistyczne wnętrza, wykonane bardzo porządnie i z pierwszorzędnych materiałów. Pomieszczenia są teraz puste, nie ma mebli, ale na wcześniejszych zdjęciach umeblowanie też jest proste w formie, nowocześnie eleganckie i nie przesadzone.

Tyle że tak na moje oko, to to wszystko jest straaaasznie przepłacone. Słynna wanna za 15.000 EUR na oko nie różni się za bardzo od dowolnej innej wanny z wyższej półki, myślę że spokojnie dałoby się kupić coś zbliżonego za 5.ooo bez większej różnicy w jakości. Oświetlenie regałów kosztowało 650.000 EUR - no przecież za tyle to można kupić całe, duże mieszkanie w wysokim standardzie w mojej, drogiej dzielnicy. Uważam, że może i ładne, ale przepłacone co najmniej kilkukrotnie. Staw dla karpi koi za 213.000 EUR w ogóle nie robi wrażenia. Takie tam, stawik jak stawik. Garderoba o powierzchni 10 m2 zabudowana jest szafami systemowymi, a nie na wymiar - czyżby niedopatrzenie? Taka taniocha?

I tak dalej i tak dalej. Gdyby takie mieszkanie zbudował sobie prywatny biznesmen za swoją, prywatną kasę, nie można by powiedzieć złamanego słowa. A nawet można by chwalić jego niezły gust. Gdyby natomiast firma za firmowe pieniądze (przypominam: ponad 6 milionów euro) zbudowała takie mieszkanie służbowe dla najwyższego szefa, to byłby to oczywisty przypadek niegospodarności, z całą pewnością temat na najbliższym zebraniu akcjonariuszy. Nawet nie chodzi o standard, tylko o przepłacenie! Dokładnie to samo mogłoby kosztować znacznie mniej, a przy nieznacznym obniżeniu standardów można by zbić koszty z pewnością  do mniej niż połowy. Albo i jeszcze niżej.

No ale tak to jest, jak się wydaje pieniądze które łatwo przyszły.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Skomentuj

Warto zobaczyć: Muzeum w Ludwigsfelde

Blog od pewnego czasu zamarł - mam sporo różnych zajęć. Ale ze zmianą czasu na letni i coraz dłuższym dniem wraca mi ochota do pisania.

Dziś coś nowego, co warto zobaczyć. Znalazłem coś mało znanego, a dogodnie położonego - muzeum w Ludwigsfelde.

Ludwigsfelde leży tuż obok południowego Berliner Ringu i w związku z tym muzeum można zaliczyć przejeżdżając tędy i bez dużej straty czasu. Muzeum może i nie jest zbyt duże, ale całkiem ciekawe, a przy tym bardzo mało rozreklamowane. Strony internetowe muzeum są zrobione w sposób mocno powydziwiany i na urządzeniach przenośnych nic nie da się zobaczyć. Dosłownie nic - pojawia się tylko obrazek w tle i nic więcej. A nawet na komputerze stacjonarnym pokazywana treść nie jest zbyt atrakcyjna, a przez masę animacji dostępna tylko w sposób bardzo upierdliwy. Mimo wszystko zdecydowałem się muzeum zobaczyć - bo w Ludwigsfelde powinno być muzeum i już.

A dlaczego powinno? Otóż Ludwigsfelde to miejsce istotne dla historii techniki w Niemczech i w NRD. Ale po kolei. Najpierw samo muzeum.

Museum Ludwigsfelde

Museum Ludwigsfelde

Muzeum mieści się w dawnym budynku dworca kolejowego i w nowej przybudówce. Otwarte jest w dość dziwnych godzinach, zamknięte w święta itp. Przed nim jest tylko parę miejsc parkingowych i z ograniczeniem do jednej godziny, ale powinno wystarczyć i miejsc i czasu.

Teraz historia: W roku 1936 w Ludwigsfelde zbudowano fabrykę silników lotniczych Daimler-Benz-Motorenfabrik GmbH. Od roku 1943 była to nawet największa fabryka tego koncernu, produkowano tu miesięcznie 1000 silników, między innymi do Messerschmittów 109 i 110. Nie obyło się oczywiście bez pracy robotników przymusowych. O tym okresie nie ma w muzeum zbyt wiele - bo mało co się zachowało - ale jest na przykład odrestaurowany silnik od rozbitego Bf-109 wykopany gdzieś pod Mainzem.

Silnik Messerschmitta Bf-109

Silnik Messerschmitta Bf-109

Po wojnie wyposażenie fabryki zostało wywiezione do Związku Radzieckiego a hale wysadzone. Ale ponieważ lokalizacja była bardzo korzystna (blisko Berlina i autostrady) w roku 1948 zorganizowano tu warsztat naprawy pojazdów dla Armii Czerwonej. Wykorzystano przy tym budynek fabryki który nie został wysadzony, bo był częściowo zniszczony przez bomby i nikomu nie chciało się go potem wysadzić.

W roku 1952 utworzono tu VEB Industriewerke Ludwigsfelde (IWL). Zakład zaczął produkować okrętowe silniki diesla. Ale nie trwało to długo, wkrótce rozpoczęto tu produkcję różnych urządzeń związanych z silnikami spalinowymi - wózków transportowych, silników przyczepnych do rowerów, maszyn rolniczych, silników przyczepnych do łodzi, motorowerów... To tutaj produkowano terenówki P3 (patrz notka).

P3

P3

Potem w zakładzie zaczęto montować silniki odrzutowe Pirna 014. Było to bezpośrednie rozwinięcie silnika Jumo 012 Junkersa, a silnik miał być zastosowany w NRD-owskim odrzutowym samolocie pasażerskim Baade-152. To temat na osobną notkę. Niewiele po tym samolocie zostało, tu mają parę części silnika i marny model kartonowy.

Elementy silnika odrzutowego Pirna 014

Elementy silnika odrzutowego Pirna 014

Bardziej znanym produktem zakładów IWL były skutery: Pitty, Berlin, Troll i Kobold. Produkowano je w latach 1954-1956. O Pitty już było, o pozostałych jeszcze będzie.

 

Skuter IWL Berlin

Skuter IWL Berlin

A w latach 1965-1990 zakład jako VEB IFA Automobilwerke Ludwigsfelde produkował ciężarówki IFA W50 i IFA L60. Już o nich wspominałem, teraz jak mam już swoje zdjęcia to napiszę jakieś dłuższe notki.

Ciężarówka IFA L60

Ciężarówka IFA L60

Oprócz produktów miejscowych zakładów jest też trochę sprzętu gospodarstwa domowego i wyposażenia mieszkań z czasów przed i krótko powojennych.

Pralka ręczna Miele

Pralka ręczna Miele

Teraz adres:

Museum Ludwigsfelde
Am Bahnhof 2
14974 Ludwigsfelde

Czynne:

  • od środy do piątku 10-15
  • soboty i niedziele 13-17
  • w poniedziałki, wtorki i święta nieczynne

Wstęp:

  • Dorośli 2,50 EUR
  • Dzieci 1 EUR
  • Sprzedali nam bilet rodzinny, ale nie zapamiętałem za ile, w sieci nie ma a bilety są standardowe, z rolki, bez napisanej ceny.
  • Policzyli 5 EUR za fotografowanie, nie wiem czy uczciwie, ale niech im będzie, nie żałuję.
Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo, Warto zobaczyć

Komentarze: (1)

Blog roku 2014 – głosowanie. No i co z tego?

Zaczęło się już głosowanie na Blog Roku 2014. No zaczęło się, i co z tego? Jeżeli podobają się Wam mój blog i tekst zgłoszony przeze mnie do konkursu, to powiedzcie o tym swoim znajomym, ale nie wysyłajcie SMS-ów. Szkoda pieniędzy na nabijanie kasy jakimś korpo. Zgłaszam się tam nie po to żeby zostać wybranym, tylko żeby linka w nowe miejsce podrzucić.

Ale za to mnie rozbawili. Jak zwykle przy zgłaszaniu miałem problem z wyborem kategorii, w tym roku po raz pierwszy zdecydowałem się na "Życie i społeczeństwo". Bo w końcu to co mnie zajmuje to organizacja społeczeństwa w Niemczech i NRD,  i ich historia (a w szczególności historia techniki). Zgłosiłem, zapomniałem.

A tu parę dni temu zamailowała do mnie pani Animator Social Media z Onetu z propozycją, żeby przemieścić blog do kategorii - uwaga - "Lifestyle". Bo mieszkam za granicą i piszę o życiu za granicą. Odpisałem, że to jakaś głupota i zupełnie nie rozumiem jak z mieszkania za granicą ma wynikać lajfstajlowość bloga. Na co pani znowu napisała, że wszystkie blogi osób mieszkających za granicą wkładają do "Lifestyle". No jak tam chce, ja na to, ale obśmieję to na blogu. Nie zmienili mi kategorii, ale i tak to obśmieję.

Bo się nad tym zastanowiłem, i chyba coś w tym jest. W Polsce mamy wielkie tradycje literatury lajlstylowej. Czołowym jej przedstawicielem był Adam Mickiewicz, z jego lajfstylowym poematem "Pan Tadeusz", całym poświęconym dumaniu na paryskim bruku. Lajfstajl jak nic.

Innym, światowej sławy polskim pisarzem lajfstajlowym był Józef Korzeniowski, ps. Conrad. W swoich lajfstajlowych książkach opisywał on pływanie na statkach, żaglowych wtedy. Lajfstajlowiec pełną gębą.

Teraz kobieta: Maria Curie, z domu Skłodowska, też pisała za granicą, jej lajfstajlowe prace cieszyły się zasłużoną sławą i nawet zostały nagrodzone przez międzynarodowe gremia, z niewiadomych przyczyn akurat nie związane z lajfstajlem, ani nawet literaturą. Ale nobody is perfect.

Więc w takim towarzystwie może mój blog też może być lajfstajlowy.

A jeżeli jeszcze ktoś nie został dostatecznie zniechęcony do głosowania SMS-owego, to:

  • Żeby zagłosować na mojego bloga,wyślij SMS-a o treści C11441 na numer 7122.
  • Żeby zagłosować na tekst roku (przypominam: o nadwoziach z plastiku w NRD), wyślij SMS-a o treści T11647 na numer 7122.

SMS kosztuje 1,23 PLN, więc chyba nie warto. Lepiej poleć mojego bloga swoim znajomym.

A grafik z numerkami naprawdę nie chce mi się wstawiać.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Organizacyjne

Skomentuj

Blog Roku 2014

Tak, tak, wiem, w roku pańskim 2014 bardzo zaniedbałem bloga. Tematów mam dość, ale mam tyle innych rzeczy do zrobienia, że taskowi blogowaniu priorytet bardzo się obniżył.

Mimo wszystko parę nie najgorszych notek się na blogu pojawiło. Postanowiłem więc znowu zgłosić bloga do konkursu Blog Roku, a zwłaszcza wybrać notkę do Tekst Roku. Nie jestem naiwny, wiem że głosów na mój blog praktycznie nie będzie - ale nie o to chodzi.

Jak zwykle miałem problem z wyborem kategorii, bo żadna nie pasuje. Tym razem wybrałem "Życie i społeczeństwo".

Miałem trochę problem z wyborem notki na Tekst Roku. Niestety ta o Oplach była w 2013. Te o biskupie Limburga odpadły w przedbiegach, bo nie miały żadnych zdjęć albo miały - ale nie moje. Te o muzeach w Londynie trochę odbiegają od głównego profilu. Notka o modelarstwie w NRD była baaaardzo niszowa, za bardzo. O Gabriele Kuby puściłem w Sylwestra 2013, a o rajdzie po muzeach techniki w Bawarii były za słabe. I tak zostały do wyboru tylko o Horchach, o Auguscie Horchu i o nadwoziach z plastiku. Najwięcej wysiłku w research włożyłem w te plastikowe nadwozia (byłem w Zwickau i w Norymberdze żeby zrobić zdjęcia, naczytałem się też bardzo dużo) - więc padło na nią.

Tak więc mój Tekst Roku to notka o plastikowych nadwoziach Trabantów. Zapraszam.

 090f2e9616635f151331d722e4741d64,0,1

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kategorie:Organizacyjne

Skomentuj

Viva Polonia

Wpadła mi ostatnio w ręce książka Steffena Möllera "Viva Polonia". Znaczy tak dokładnie, to zobaczyłem ją na Bücherflohmarkcie w bibliotece.

Steffen Möller - Viva Polonia

Steffen Möller - Viva Polonia

Jakby ktoś nie wiedział o co i kogo chodzi: Steffen Möller jest "najbardziej znanym niemieckim Gastarbeiterem w Polsce". Grał w serialu "M jak miłość", występował w telewizji w "Europa da się lubić" i występuje jako standupowiec. Ja widziałem go tylko raz czy drugi w "Europa da się lubić" i z kilka razy w telewizji niemieckiej, gdzie między innymi promował swoja książkę - właśnie tą, którą teraz kupiłem.

A kupiłem ją dlatego, że zauważyłem symetrię naszych sytuacji: Steffen Möller jest Niemcem, który wyemigrował do Polski, ja Polakiem, który wyemigrował do Niemiec. On napisał książkę po niemiecku mającą wyjaśniać Polskę Niemcom, ja mam bloga, na którym próbuję wyjaśniać Niemcy Polakom. Więc na pewno warto przeczytać, jak to robią inni. W dodatku ja też próbuję wyjaśniać Niemcom Polskę na moim blogu po niemiecku - więc tym bardziej warto.

Książka została wydana już dobre parę lat temu - moje wydanie już poprawione jest z roku 2009. Pamiętam że w ramach promocji autor zrobił tournee po różnych kanałach telewizji w Niemczech, kilka jego anegdot wyjętych z książki sobie przypominam. Pamiętam też jak trollował Stefana Raaba w jego programie  - Raab był do niego nastawiony bardzo sceptycznie, zwłaszcza że Möller w książce trochę się przejechał po jego antypolskich dowcipach, a w trakcie programu na żywo Möller stwierdził że on z tym serialem ma w Polsce 15% oglądalności i zapytał Raaba ile on ma z tym tutaj. Raab wykręcał się od odpowiedzi, ale i tak wszyscy widzowie byli świadomi, że do 15% to mu baaardzo dużo brakuje.

Wróćmy do książki. Tak w skrócie to wszystko w porządku. Obserwacje autora są generalnie całkiem poprawne, czasem nawet nie całkiem banalne. Na przykład Möller w książce napisanej przed 2010 zwraca uwagę na zamiłowanie Polaków do teorii spiskowych. Ja w tym czasie nie sformułowałbym takiej tezy. Podobnie nie zwróciłem dotąd uwagi na przesądność Polaków - jednak spojrzenie z zewnątrz daje trochę inną perspektywę.

Autor zawodzi jednak całkowicie gdy chodzi o ocenę polskiej religijności. I to raczej nie chodzi o to, że słabo zna religijność Polaków - do czego zresztą się przyznaje. O jednak próbuje porównywać religijność polska z niemiecką - i tu wychodzi że on przede wszystkim bardzo słabo zna kościół niemiecki, zwłaszcza katolicki (co mnie bardzo dziwi - Möller studiował teologię!). No i jego te porównania są totalnie chybione.

I w ogóle mam niejakie wątpliwości co do jego znajomości Niemiec. On twierdzi, że w Niemczech mało kto wie cokolwiek o Polsce - my tu jak rozmawiamy z Niemcami to najmniej co drugi ma w bliższej lub dalszej rodzinie kogoś pochodzącego z Polski albo przynajmniej z terenów które teraz do Polski należą. Albo chociaż kiedyś w Polsce był. Nie twierdzę, że szczególnie dużo o Polsce wiedzą, ale tak mało jak on pisze to na pewno nie. Nie wiem, może jego rodzimy Wuppertal to rzeczywiście aż taka dziura, ale przecież to niedaleko Zagłębia Ruhry, gdzie potomków górników polskiego pochodzenia i bardziej bieżących imigrantów z Polski jest masa.

W blurbie zachwalają cytatami z recenzji, jaka ta książka dowcipnie napisana, ale jak dla mnie to w miarę przeciętnie. Może to też jedna z różnic między Polakami a Niemcami - Möller twierdzi (raczej słusznie) że Polacy żartują i ironizują przez cały dzień, a Niemcy tylko wieczorem. Dla Niemca taka porcja żartów i ironii w książce to dużo, dla mnie co najwyżej średnio.

Wydaje mi się, że mój blog bardzo różni się od jego książki, i to nie tylko zdjęciami. Jesteśmy bardzo różnymi ludźmi - ja jestem inżynierem i dla mnie najważniejsze jest to, jak zorganizowane jest społeczeństwo i jak ono działa. Dla niego najistotniejsze są indywidualne relacje międzyludzkie. Stąd na moim blogu o Polsce piszę często o tym samym co on, ale w zupełnie inny sposób.

Czy warto przeczytać jego książkę? Niemcom bym polecał, Polakom raczej nie. Polak, w którego zasięgu jest przeczytanie książki po niemiecku nie dowie się z niej za wiele. Jak widzę w sieci, książka ta była wydana również po polsku - sam nie wiem, czy bym polecił, Jeżeli, to tylko ludziom nie bywałym za granicą. Zajrzałem na stronę autora - on się cokolwiek dziwi, że wersja niemiecka tej książki sprzedała się o wiele lepiej niż polska. Ale co w tym właściwie dziwnego? Drewna w lesie nie sprzedasz. Ja jednak nie żałuję że ją przeczytałem - dzięki niej upewniłem się po raz kolejny że obaj jesteśmy na swoich, właściwych miejscach - Möller w Polsce, ja w Niemczech. Czego i Wam, drodzy czytelnicy, życzę.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki

Skomentuj

Strona 5 z 54Start...34567...1020...Koniec