Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Blog Roku 2014

Tak, tak, wiem, w roku pańskim 2014 bardzo zaniedbałem bloga. Tematów mam dość, ale mam tyle innych rzeczy do zrobienia, że taskowi blogowaniu priorytet bardzo się obniżył.

Mimo wszystko parę nie najgorszych notek się na blogu pojawiło. Postanowiłem więc znowu zgłosić bloga do konkursu Blog Roku, a zwłaszcza wybrać notkę do Tekst Roku. Nie jestem naiwny, wiem że głosów na mój blog praktycznie nie będzie - ale nie o to chodzi.

Jak zwykle miałem problem z wyborem kategorii, bo żadna nie pasuje. Tym razem wybrałem "Życie i społeczeństwo".

Miałem trochę problem z wyborem notki na Tekst Roku. Niestety ta o Oplach była w 2013. Te o biskupie Limburga odpadły w przedbiegach, bo nie miały żadnych zdjęć albo miały - ale nie moje. Te o muzeach w Londynie trochę odbiegają od głównego profilu. Notka o modelarstwie w NRD była baaaardzo niszowa, za bardzo. O Gabriele Kuby puściłem w Sylwestra 2013, a o rajdzie po muzeach techniki w Bawarii były za słabe. I tak zostały do wyboru tylko o Horchach, o Auguscie Horchu i o nadwoziach z plastiku. Najwięcej wysiłku w research włożyłem w te plastikowe nadwozia (byłem w Zwickau i w Norymberdze żeby zrobić zdjęcia, naczytałem się też bardzo dużo) - więc padło na nią.

Tak więc mój Tekst Roku to notka o plastikowych nadwoziach Trabantów. Zapraszam.

 090f2e9616635f151331d722e4741d64,0,1

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kategorie:Organizacyjne

Skomentuj

Viva Polonia

Wpadła mi ostatnio w ręce książka Steffena Möllera "Viva Polonia". Znaczy tak dokładnie, to zobaczyłem ją na Bücherflohmarkcie w bibliotece.

Steffen Möller - Viva Polonia

Steffen Möller - Viva Polonia

Jakby ktoś nie wiedział o co i kogo chodzi: Steffen Möller jest "najbardziej znanym niemieckim Gastarbeiterem w Polsce". Grał w serialu "M jak miłość", występował w telewizji w "Europa da się lubić" i występuje jako standupowiec. Ja widziałem go tylko raz czy drugi w "Europa da się lubić" i z kilka razy w telewizji niemieckiej, gdzie między innymi promował swoja książkę - właśnie tą, którą teraz kupiłem.

A kupiłem ją dlatego, że zauważyłem symetrię naszych sytuacji: Steffen Möller jest Niemcem, który wyemigrował do Polski, ja Polakiem, który wyemigrował do Niemiec. On napisał książkę po niemiecku mającą wyjaśniać Polskę Niemcom, ja mam bloga, na którym próbuję wyjaśniać Niemcy Polakom. Więc na pewno warto przeczytać, jak to robią inni. W dodatku ja też próbuję wyjaśniać Niemcom Polskę na moim blogu po niemiecku - więc tym bardziej warto.

Książka została wydana już dobre parę lat temu - moje wydanie już poprawione jest z roku 2009. Pamiętam że w ramach promocji autor zrobił tournee po różnych kanałach telewizji w Niemczech, kilka jego anegdot wyjętych z książki sobie przypominam. Pamiętam też jak trollował Stefana Raaba w jego programie  - Raab był do niego nastawiony bardzo sceptycznie, zwłaszcza że Möller w książce trochę się przejechał po jego antypolskich dowcipach, a w trakcie programu na żywo Möller stwierdził że on z tym serialem ma w Polsce 15% oglądalności i zapytał Raaba ile on ma z tym tutaj. Raab wykręcał się od odpowiedzi, ale i tak wszyscy widzowie byli świadomi, że do 15% to mu baaardzo dużo brakuje.

Wróćmy do książki. Tak w skrócie to wszystko w porządku. Obserwacje autora są generalnie całkiem poprawne, czasem nawet nie całkiem banalne. Na przykład Möller w książce napisanej przed 2010 zwraca uwagę na zamiłowanie Polaków do teorii spiskowych. Ja w tym czasie nie sformułowałbym takiej tezy. Podobnie nie zwróciłem dotąd uwagi na przesądność Polaków - jednak spojrzenie z zewnątrz daje trochę inną perspektywę.

Autor zawodzi jednak całkowicie gdy chodzi o ocenę polskiej religijności. I to raczej nie chodzi o to, że słabo zna religijność Polaków - do czego zresztą się przyznaje. O jednak próbuje porównywać religijność polska z niemiecką - i tu wychodzi że on przede wszystkim bardzo słabo zna kościół niemiecki, zwłaszcza katolicki (co mnie bardzo dziwi - Möller studiował teologię!). No i jego te porównania są totalnie chybione.

I w ogóle mam niejakie wątpliwości co do jego znajomości Niemiec. On twierdzi, że w Niemczech mało kto wie cokolwiek o Polsce - my tu jak rozmawiamy z Niemcami to najmniej co drugi ma w bliższej lub dalszej rodzinie kogoś pochodzącego z Polski albo przynajmniej z terenów które teraz do Polski należą. Albo chociaż kiedyś w Polsce był. Nie twierdzę, że szczególnie dużo o Polsce wiedzą, ale tak mało jak on pisze to na pewno nie. Nie wiem, może jego rodzimy Wuppertal to rzeczywiście aż taka dziura, ale przecież to niedaleko Zagłębia Ruhry, gdzie potomków górników polskiego pochodzenia i bardziej bieżących imigrantów z Polski jest masa.

W blurbie zachwalają cytatami z recenzji, jaka ta książka dowcipnie napisana, ale jak dla mnie to w miarę przeciętnie. Może to też jedna z różnic między Polakami a Niemcami - Möller twierdzi (raczej słusznie) że Polacy żartują i ironizują przez cały dzień, a Niemcy tylko wieczorem. Dla Niemca taka porcja żartów i ironii w książce to dużo, dla mnie co najwyżej średnio.

Wydaje mi się, że mój blog bardzo różni się od jego książki, i to nie tylko zdjęciami. Jesteśmy bardzo różnymi ludźmi - ja jestem inżynierem i dla mnie najważniejsze jest to, jak zorganizowane jest społeczeństwo i jak ono działa. Dla niego najistotniejsze są indywidualne relacje międzyludzkie. Stąd na moim blogu o Polsce piszę często o tym samym co on, ale w zupełnie inny sposób.

Czy warto przeczytać jego książkę? Niemcom bym polecał, Polakom raczej nie. Polak, w którego zasięgu jest przeczytanie książki po niemiecku nie dowie się z niej za wiele. Jak widzę w sieci, książka ta była wydana również po polsku - sam nie wiem, czy bym polecił, Jeżeli, to tylko ludziom nie bywałym za granicą. Zajrzałem na stronę autora - on się cokolwiek dziwi, że wersja niemiecka tej książki sprzedała się o wiele lepiej niż polska. Ale co w tym właściwie dziwnego? Drewna w lesie nie sprzedasz. Ja jednak nie żałuję że ją przeczytałem - dzięki niej upewniłem się po raz kolejny że obaj jesteśmy na swoich, właściwych miejscach - Möller w Polsce, ja w Niemczech. Czego i Wam, drodzy czytelnicy, życzę.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki

Skomentuj

Warto zobaczyć: Inne miejsca w Londynie

Widziałem w Londynie jeszcze mnóstwo innych ciekawych (albo i mniej ciekawych) miejsc, ale żadne z nich nie leży aż tak w profilu moich zainteresować, albo nie było aż tak ciekawe żeby poświęcić mu całą notkę. Więc może tylko krótkie wzmianki o paru (adresy na mapce na końcu notki):

  • National Maritime Museum - wydawałoby się, że muzeum morskie w stolicy kraju który panował na morzach przez kawał czasu będzie super, ale w sumie jest takie sobie. Największa jego atrakcja to zakrwawione bryczesy i pończochy Nelsona, które miał na sobie podczas bitwy pod Trafalgarem i jak umierał. Znaczy lekko przesadzam, trochę do zobaczenia jest, ale spodziewałem się więcej, a podobne muzeum w Amsterdamie było znacznie lepsze. Wstęp wolny.
National Maritimee Museum London - bryczesy i pończochy Nelsona

National Maritimee Museum London - bryczesy i pończochy Nelsona

  • Cutty Sark - nie wszedłem - kiedyś bardzo fascynowały mnie dawne żaglowce, ale tymczasem mi przeszło. Dziś zobaczyłbym najwyżej Victory. Za wejście na Cutty Sarka chcieli sporo grosza (13,50 GBP), więc dałem spokój. Darowałem sobie też replikę Golden Hinda.
Cutty Sark

Cutty Sark

  • Florence Nightingale Museum - to akurat było ciekawe, chociaż głównie tekstowe, eksponatów nie za dużo. Muzeum mieści się w szpitalu który dawno temu został zaprojektowany i zbudowany według koncepcji Florence Nightingale. London Pass działa tu, bez niego jest trochę drogo jak na takie małe muzeum - 7,80 GBP.
Florence Nightingale Museum London

Florence Nightingale Museum London

  • British Museum - szczerze mówiąc trochę przereklamowane. Straszny tłok, a zbiory mydło i powidło, co się akurat trafiło do zajumania to przywieźli. Wstęp wolny.
British Museum London - kamien z Rosetty

British Museum London - kamien z Rosetty

  • Victoria and Albert Museum - no tam to już w ogóle widać wiktoriańską koncepcję muzeum jako rozwinięcia wcześniejszych gabinetów osobliwości, jakie każdy szanujący się książę musiał mieć do pokazywania gościom. Co dostali to postawili, a że nie było w tym żadnej spójnej linii, to trzeba było zrobić dziesiątki dziwnych działów żeby nie było tak od razu widać że to śmietnik. Według mnie szkoda czasu. Ale chociaż wstęp za darmo.
Victoria and Albert Museum London

Victoria and Albert Museum London

  • Natural History Museum - to akurat niezłe. Szczególnie podobał mi się Cocoon - to taki ich magazyn wszystkich preparatów, które przez stulecia nazwozili. Oczywiście do środka się nie wchodzi, ale trochę okien, gablotek i ekranów daje wgląd w to wszystko i przy okazji wyjaśnia, jak działają nauki przyrodnicze, jak wygląda proces publikacji i peer review, dla młodzieży bardzo kształcące. Przez okno i szklaną ścianę sąsiedniego budynku możemy zobaczyć naukowców przy pracy. A syn był zachwycony sklepikiem muzealnym - bo mieli tam Giant Microbes. To takie pluszowe bakterie i wirusy, bardzo dowcipnie zrobione, można je kupić w sieci, ale przesyłka z USA dużo kosztuje. Wybór może nie był zbyt duży, u producenta przez sieć jest ich znacznie więcej, ale coś dało się wybrać - kupiliśmy bakterię E.Coli. Z innych ciekawostek w sklepiku sprzedawali suszone odchody różnych zwierząt (słoń, nosorożec itp) w pudełku. Serio, zajrzałem do pudełka, wygląda na prawdziwe. Giant Microbes bardzo polecam, muzeum też warto zobaczyć. Wstęp wolny.
Natural History Museum London

Natural History Museum London

  • London Zoo - całkiem fajne, ale w sumie zoo jak zoo. Ale London Pass działa. Na szczęście, bo drogo (dwadzieścia kilka funtów dla dorosłego).
ZSL London Zoo

ZSL London Zoo

  • Z punktu widzenia inżyniera bardzo interesująca jest sieć tube, z jej historycznymi standardami. Ale najbardziej podobał mi się DLR, a zwłaszcza stacja Canary Wharf.
DLR, stacja Canary Wharf, London

DLR, stacja Canary Wharf, London

  • Standardowych punktów w rodzaju zamków, pałaców, kościołów, galerii itp. nie będę polecał ani omawiał. Mnie większość z nich napełniła niesmakiem, ale w sumie zobaczyć trzeba, bo to jednak kod kulturowy itp.
  • Dlaczego tyle osób się pyta, czy byliśmy u Madame Tussauds? Nie nie byliśmy. Nawet przez myśl mi nie przeszło żeby tam pójść. Nie poszlibyśmy nawet gdyby było za darmo. Przecież tam nic ciekawego nie ma. W filii amsterdamskiej też nie byliśmy.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Warto zobaczyć: Royal Air Force Museum, London

Przyszedł czas na notkę o najciekawszej rzeczy jaką widziałem w Londynie. Chyba nie jest żadnym zaskoczeniem, że chodzi muzeum wojskowe.

Royal Air Force Museum leży z dala od centrum, w strefie 4 tube, ale nie trzeba dojeżdżać autobusem jak do Royal Artillery Museum. Znaczy od stacji tube (Colindale) jest kawałek, ze trzy czy cztery przystanki autobusu, ale te dziesięć minut piechotą to niedaleko i nie warto czekać i płacić. Wskaźniki do muzeum są już na stacji, więc trafić łatwo.

No i muzeum jest świetne. Militaryzmu jest mało, za to dużo techniki. A co najciekawsze - większość takich muzeów ma głównie małe samoloty, rzadko coś większego niż B-25 Mitchell. Tu główna część ekspozycji to bombowce, zwłaszcza duże. Od Fairey Battle, przez tego Mitchella, do Halifaxa,

R.A.F. Museum, London - Handley Page Halifax

R.A.F. Museum, London - Handley Page Halifax

Lancastera,

R.A.F. Museum, London - Avro Lancaster

R.A.F. Museum, London - Avro Lancaster

Liberatora

R.A.F. Museum, London - Consolidated Liberator B.VIII

R.A.F. Museum, London - Consolidated Liberator B.VIII

i B-17. A wszystko przytłacza Avro Vulcan - jest taki wielki że ledwie mieści się w hali, stoi wpasowany dziobem w kąt hangaru i nawet nie da się mu zrobić porządnego zdjęcia z przyczyn geometrycznych. No i niestety w hali jest strasznie ciemno a oświetlenie chyba rtęciowe, w każdym razie zdjęcia ciemne i zazielenione i nic się nie da zrobić. A pod tym Vulcanem w ogóle prawie nic nie widać.

R.A.F. Museum, London - Avro Vulcan

R.A.F. Museum, London - Avro Vulcan

Pod notką o H.M.S. Belfast Boni dziwił się, że tak mało okrętów muzeów w Anglii - według mnie to właśnie przez ich wielką ilość w użytku. One są tak masowe i zwyczajne, że nikt nie pomyśli żeby jakiegoś zachować. Tu mieli podobną sytuację z tym Halifaxem - gdzieś tak w latach 60-tych zrobili inwentaryzację zasobów muzealnych i się nagle okazało, że nie mają żadnego Halifaxa. Tyle ich było (ponad 6000) i nagle zabrakło. W końcu znaleziono jakiegoś w Morzu Północnym, wydobyto, i leży tutaj jako wrak.

A oprócz bombowców - cała masa innych samolotów. Mosquito, Mustang, Tempest, Kitty Hawk, Sunderland, Lysander... I jeszcze mnóstwo, mnóstwo innych.

R.A.F. Museum, London - Short Sunderland

R.A.F. Museum, London - Short Sunderland

Sklepik muzealny dobry, chociaż koszulki tak samo drogie jak wszędzie. Ale mają modele Airfixa (kupiliśmy set Spitfire + Bf-109 w 1:72) i sporo innych pamiątek lotniczych. A najbardziej rozbawiła mnie książka od Haynesa - miałem kiedyś z tej serii o moim Volvo, bardzo dobra była - o naprawie i restaurowaniu Avro Vulcana. No kurczę, zrobiono ich wszystkich, łącznie z prototypami 136 sztuk, z czego przetrwało koło dwudziestu, wątpię żeby jakiś był w rękach prywatnych, a jeżeli nawet, to jak kogoś stać na taki samolot (jest jeden latający, udało się go utrzymać tylko dzięki datkowi anonimowego ofiarodawcy w wysokości prawie pół bańki w funtach) to przecież nie będzie go naprawiał według książki na 300 stron! Książka musi być bardzo śmieszna.

R.A.F. Museum, London

R.A.F. Museum, London

Adres:

Royal Air Force Museum London

Grahame Park Way

London, NW9 5LL

Najbliższa stacja Tube: Colindale, Northern Line, Edgware branch

Otwarte:

  • Codziennie od 10 do 18

Wstęp wolny

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Warto zobaczyć: Science Museum, London

Są jeszcze niezłe muzea niewojskowe w Londynie. Jedno z nich to Science Museum.

Oczywiście nie może ono równać się z Deutsches Museum, no ale to największe muzeum techniki na świecie, inna liga. Ale Science Museum w Londynie też jest ciekawe, a przy tym wyraźnie starsze niż to niemieckie (1857 vs. 1903).

Jednego z istotnych eksponatów już tam nie ma - Nummer 3 Benza, najstarszy zachowany w oryginalnym stanie samochód świata wrócił do Ladenburga. Ale parę innych rzeczy w Londynie zostało. W końcu w Anglii rewolucja przemysłowa się zaczęła i trochę rzeczy tam wynaleziono i skonstruowano. Przy okazji anegdota dotycząca oznaczenia made in Germany: Pierwotnie tak miały być zaznaczane te gorsze, importowane z Niemiec produkty, żeby odróżnić je od tych lepszych ale droższych, angielskich. Ale wkrótce się to zmieniło - to produkty made in Germany powoli stały się lepsze, a made in Germany stało się gwarancją jakości.

Wróćmy do Londynu. W muzeum stoi trochę ciekawych eksponatów, na przykład:

Najstarsze, zachowane maszyny parowe i lokomotywy - Puffing Billy, Rocket. W końcu gdzie mają być, jak nie w Anglii.

Science Museum London - Puffing Billy

Science Museum London - Puffing Billy

Science Museum London - Rocket

Science Museum London - Rocket. W tle gruszka Bessemera

Maszyny liczące Babbage'a, oczywiście jako rekonstrukcje

Science Museum London - Differential Engine Babbage'a

Science Museum London - Differential Engine Babbage'a

Spora ekspozycja lotnicza z Vickerem Vimy na czele. To jest dokładnie ten egzemplarz, którym Alcock i Brown pierwsi przelecieli nad Atlantykiem. Tyle że oni rozbili się przy lądowaniu, samolot jest po remoncie.

Science Museum London - Vickers Vimy

Science Museum London - Vickers Vimy

Trochę techniki kosmicznej, z oryginalną kapsułą Apollo i repliką LM-a. Oczywiście część eksponatów jako modele, "Wostok" był z setu Plastikartu - widać to wyraźnie, poza NRD-owskim był tylko set od Revella z całkiem innym wnętrzem kabiny.

Science Museum London - Model statku kosmicznego "Wostok" z NRD-owskiego setu

Science Museum London - Model statku kosmicznego "Wostok" z NRD-owskiego setu

Część ekspozycji jest typowo edukacyjna, ale nie przyglądaliśmy się temu za bardzo. Był duży tłok, a i tak bardziej interesuje nas historia techniki.

Z bardziej oryginalnych wystaw mamy tu spory zbiór pionierskiego sprzętu medycznego i dioramy przedstawiające gabinety lekarskie i dentystyczne na przestrzeni dziejów.

Science Museum London - "Żelazne płuco"

Science Museum London - "Żelazne płuco"

Science Museum London - dawny gabinet dentystyczny

Science Museum London - dawny gabinet dentystyczny

Sklepik muzealny bardzo fajny, chociaż koszulki tak samo drogie jak wszędzie indziej (20+ GBP)

Ale warto zobaczyć.

Adres:

Science Museum

Exhibition Road, Kensington,

Londyn SW7 2DD

Najbliższa stacja Tube: South Kensington

Czynne:

  • Codziennie, 10-18

Wstęp wolny.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Warto zobaczyć: Firepower – Royal Artillery Museum, London

To jeszcze nie ta najciekawsza rzecz jaką widziałem w Londynie, ale muzeum też było ciekawe, chociaż niezbyt duże.

Firepower - Royal Artillery Museum, London

Firepower - Royal Artillery Museum, London

Jak sama nazwa wskazuje jest to muzeum artylerii, należące do wojska. Jest położone z dala od centrum - w dawnym arsenale w dzielnicy Woolwitch - i nie tak prosto dojechać do niego komunikacją miejską. Najprostszy dojazd to DLR do North Greenwich a potem autobus. Teren nie jest już wojskowy, zbudowano na tam osiedle mieszkaniowe.

Może jeszcze mały disclaimer: To już trzecie muzeum stricte wojskowe jakie polecam odwiedzić w Londynie. Proszę jednak nie wysnuwać wniosku że fascynuję się militariami - moje zainteresowania są czysto techniczne. Ale jakoś łatwiej o dobre muzeum techniczno-wojskowe niż o dobre muzeum innotechniczne albo ogólnotechniczne. W Niemczech jeszcze nie jest z tym tak źle, ale w stolicy imperium które trzymało za mordę sporą część świata, większość muzeów techniki to muzea techniki wojskowej.

Muzeum jest całkiem fajne, stoi tam sporo różnego sprzętu. Działa normalne, samobieżne, opancerzone, wyrzutnie rakietowe... Jest też oczywiście część reklamowa, jak to nasi chłopcy spuszczali łomoty, ale nie dominuje ona całości muzeum.

Firepower - Royal Artillery Museum, London

Firepower - Royal Artillery Museum, London

Firepower - Royal Artillery Museum, London

Firepower - Royal Artillery Museum, London

M110A2 8 inch self propelled gun

M110A2 8 inch self propelled gun

Część ekspozycji pokazuje historię artylerii, ale to raczej coś dla fanów starszej techniki.

Firepower - Royal Artillery Museum, London

Firepower - Royal Artillery Museum, London

Co zrobiło na mnie najmocniejsze wrażenie, to to, że organizują tam urodziny dla dzieci w wieku od lat 6 do 11. Przeczytałem o tym jeszcze przed wyjazdem na stronach muzeum, trochę się pośmiałem, i tyle. Ale byliśmy tam w sobotę i akurat byliśmy świadkami takich urodzin. No i to była chyba najmocniejsza rzecz jaką w ostatnich latach widziałem. Ale więcej za parę notek - będzie dłuższy tekst relatywizujący militaryzm komunizmu, tam opiszę szczegóły i dam zdjęcia (syn zrobił nawet filmik z najbardziej spektakularno-bulwersującej akcji).

Sklepik muzealny był całkiem fajny. A najlepsze w nim były pamiątkowe naboje pistoletowe i karabinowe. Całkiem prawdziwe, tylko bez ładunku miotającego (jak sądzę, ale kto je tam wie, nie będę sprawdzał). A przy tym jak na pamiątki bardzo tanie - najdroższy, karabinowy kosztował poniżej funta (79 pensów, jeżeli dobrze pamiętam). Syn sobie taki zażyczył, kupiliśmy, obawiałem się tylko co będzie na lotnisku. No ale nie było problemu - zgłosiłem go przy oddawaniu bagażu, kazali włożyć go do walizki i po sprawie.

Muzeum polecam zainteresowanym techniką wojskową - mają tam nieco inny sprzęt niż w typowych muzeach wojskowych. Z tym że dojazd jest nieco uciążliwy, nie jest to pierwszy wybór jeżeli macie ograniczony czas w Londynie.

Adres:

Firepower
The Royal Artillery Museum
Royal Arsenal
Woolwich
London
SE18 6ST

Otwarte:

  • Od wtorku do soboty 10-17
  • W niedziele i poniedziałki nieczynne

Wstęp:

  • Dorośli 5,30 GBP
  • Dzieci 2,50 GBP
  • Z London Pass za darmo
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Komentarze: (3)

Warto zobaczyć: HMS Belfast, London

Imperial War Museum ma też inne odziały niż opisany we wcześniejszej notce. Jednym z nich jest krążownik HMS Belfast zacumowany na Tamizie, blisko Tower Bridge.

HMS Belfast

HMS Belfast

Jest to zdaje się największy dostępny do zwiedzania okręt wojenny w Europie.

HMS Belfast został zwodowany przed WWII, w roku 1938. Wkrótce po rozpoczęciu wojny wszedł na minę i poszedł do remontu, który trwał do 1942. Potem pływał w ochronie konwojów arktycznych, był przy D-Day a potem służył na Dalekim Wschodzie. Potem była Wojna Koreańska i dalej Daleki Wschód, a w 1963 wycofano go z czynnej służby. W roku 1971 otwarto go do zwiedzania jako okręt-muzeum, a od 1978 przeszedł on pod zarząd Imperial War Museum.

HMS Belfast

HMS Belfast

No i powiem że to jest świetne i pouczające. Zwiedzamy nie tylko podkład i nadbudówki, ale również - chociaż częściowo - prawie wszystkie poziomy pod pokładem. Zaczyna się od wejścia do wieży działowej, gdzie symulowane jest strzelanie z działa z efektami akustycznymi (chyba jednak nie w realistycznej głośności), podłoga wieży się odpowiednio trzęsie.

HMS Belfast - w wieży działowej

HMS Belfast - w wieży działowej

Dalej idziemy przez nadbudówki zwiedzając między innymi kuchnię, pralnię i oddział szpitalny. Po stromych trapach schodzimy do maszynowni i kotłowni, i to robi wrażenie. Maszynownia jest 100% autentyczna, nie jak na "Błyskawicy" gdzie pocięto wszystko co przeszkadzało w wygodnym chodzeniu (przynajmniej tak zapamiętałem, ale było to w 1987, więc mogę bredzić). Z głośników leci podkład akustyczny, twierdzą że we właściwej głośności - chociaż spodziewałem się że będzie głośniej. Niektóre części są otwarte lub porozcinane, żeby było widać ich budowę, plansze i monitory wyjaśniają działanie poszczególnych zespołów.

HMS Belfast - maszynownia

HMS Belfast - maszynownia

Zwiedzane pomieszczenia tworzą trzy ścieżki tematyczne:

  • Life on board (życie na pokładzie)
  • How it works (jak to działa)
  • Where it happens (gdzie się dzieje, czyli przedziały bojowe i nawigacyjne)

Wszystkie ciekawe. Zwiedzanie trochę trwa, jest dużo do oglądania, radzę przewidzieć na to nie mniej niż dwie godziny. Sklepik muzealny taki sobie. Koszulki słabe i drogie, inne rzeczy mało ciekawe.

HMS Belfast - kuchnia

HMS Belfast - kuchnia

Szczerze polecam, To druga najciekawsza rzecz, jaką widziałem w Londynie. Jaka była ta najciekawsza - o tym wkrótce.

Adres:

HMS Belfast
The Queen's Walk
London
SE1 2JH

Czynne:

  • codziennie 10 - 18

Wstęp:

  • Dorośli 15.50 GPB
  • Dzieci do lat 16 za darmo
  • Z London Pass za darmo
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Komentarze: (4)

Prąd na ulicach: Nie ma jak własne doświadczenie

Na początek zawiązanie akcji: Na ostatnim przeglądzie pokazali mi, że gumowa osłona przegubu w prawym, przednim kole jest uszkodzona i trzeba by wymienić. Trochę potrwało zanim zorganizowali element zamienny, bo na szybko była dostępna tylko kompletna półośka za 800 EUR. Potem byłem na urlopie i tak trochę zeszło.

Ale w końcu się umówiłem na termin, była mowa o godzinie-półtorej, więc umówiłem się na ósmą i powiedziałem, że będę czekał. Bo komunikacją publiczną do pracy nie dojadę, raz próbowałem i to była katastrofa. A jak przyjadę o dziesiątej to nie będzie problem.

No i po ponad godzinie przyszli zakomunikować, że na osłonie nie widać śladów oddziaływań zewnętrznych, i w związku z tym naprawa będzie gwarancyjna. No super, ja się nie nudzę, mam ze sobą świetną książkę na dłuższe czekanie (Karl R. Popper - "The Translation of Objective Knowledge", kupiłem na bazarze w bibliotece). Tyle że w pracy mam pilną robotę. No i pod koniec trzeciej godziny przyszli i powiedzieli, że jeszcze trochę potrwa i dadzą mi samochód zastępczy, bez kosztów oczywiście.

Wypełniliśmy papiery, wyszliśmy przed budynek i akurat podjeżdżał zastępczy Yaris. Ale jakoś cicho podjeżdżał, przyjrzałem się i wyszło, że to hybryd. Kul - już od dawna chciałem zrobić jakąś jazdę próbną hybrydem, ale zawsze było coś pilniejszego do roboty. No to wsiadłem i pojechałem.

Yaris był jak na Yarisa wyposażony bardzo dobrze - miał taką samą nawigację jak mój Avensis, taką samą kamerę do cofania, nieco inną klimę, ale też dwustrefową, taki sam tempomat, takie samo automatycznie przyciemniane lusterko wewnętrzne. Innym wypasom się nie przyglądałem. Ale był automat. Nie lubię automatów - może to kwestia przyzwyczajenia, ale one zmieniają biegi w innych momentach niż bym chciał. W tym nie było tak źle - zmieniał łagodnie, wręcz niezauważalnie, tylko przy trochę głębszym przyciśnięciu gazu (prądu?) gwałtownie wchodził na straszne obroty. Ale pewnie dlatego mi się podobał, że - jak później sprawdziłem - miał przekładnię bezstopniową. Problem był tylko taki, że to jest samochód dla kogoś znacznie mniejszego niż ja - nie dało się tak ustawić fotela i kierownicy żebym siedział wygodnie, a żeby przyciskać pedały musiałem ustawiać stopy pod jakimiś dziwnymi kątami.

Przejechałem nim 50 kilometrów, część w mieście, część poza miastem, część drogami ekspresowymi. Włączyłem sobie energy monitor i popatrywałem co się dzieje. Monitor energii pokazuje skąd dokąd energia płynie. Kiedy jedziemy na benzynie, kiedy na prądzie, kiedy na obu naraz, kiedy akumulator się ładuje, kiedy pobieramy z niego energię, kiedy odzyskujemy energię. Stan naładowania akumulatora pokazywany jest na bargrafie z ośmioma segmentami.

Yaris Hybrid - przyspieszanie

Yaris Hybrid - przyspieszanie

Obserwacja pokazuje, że system stara się trzymać sześć kresek, co zakładając liniowość skali daje jakieś 70% pojemności. I to jest akurat ta wartość, która gdzieś tam obiła mi się o uszy. Sens niepełnego ładowania jest taki, żeby odzysk energii zawsze miał gdzie gromadzić.

Yaris Hybrid - odzysk energii

Yaris Hybrid - odzysk energii

Jak wystartowałem w drogę powrotną akumulator miał sześć kresek. Wyjechałem z parkingu na prądzie, dojechałem też na prądzie do pierwszego ronda (raptem ze 100 metrów), tam trochę przycisnąłem, dalej rozpędziłem się do 70 km/h i nagle kresek zrobiło się tylko trzy. Ale po kilku kilometrach wróciło do sześciu. Wniosek: Akumulator jest strasznie mały. Sprawdziłem, w danych technicznych - daje on max. 19 kW i ma znamionowo 144 V i 6,5 Ah. Nawet nie 1kWh. Szybkie obliczenie pokazuje, że te 19 kW rozładuje go od 100% do zera w czasie poniżej 3 minut. Czyli to nic więcej niż tylko bufor.

Przy stałej prędkości 120 km/h po płaskim samochód jedzie tylko na benzynie, przy 130 dołącza się silnik elektryczny. Co potwierdza że słusznie skreślam Priusa w przedbiegach z listy modeli które rozpatruję przy zmianie samochodu. Dużo jeżdżę po autostradzie i chciałbym móc jechać stałą prędkością 160-180 przez dłuższy czas. I zawsze podejrzewałem, że prędkość maksymalna jest osiągalna gdy pracują oba silniki naraz, a elektryczny długo nie pociągnie. Ale nigdzie tego nie ma napisanego wprost, trzeba by zrobić test praktyczny żeby wiedzieć to na pewno.

Ogólnie gdybym nie wiedział że to hybryd, pewnie bym tego nawet nie zauważył. System jest całkowicie przezroczysty dla użytkownika.

Nie przycisnąłem przycisku włączającego tryb oszczędzania energii, obserwacje byłyby być może inne. Ale niecała godzina jeżdżenia i tylko 50 kilometrów to za mało na gruntowne zbadanie systemu.

Wnioski:

  • Cały ten system napędu hybrydowego od Toyoty wygląda na całkiem dojrzały i bezproblemowy. Potwierdzają to czołowe miejsca, jakie w statystykach niezawodności te samochody zajmują.
  • Według danych producenta wersja z napędem hybrydowym oszczędza 1,5-3 l/100km paliwa w porównaniu z wersją klasyczną. Zakładając 20.000 km rocznie to jeżdżąc tylko po mieście (bo wtedy oszczędność jest z pewnością największa) będziemy na plusie o niecały 1000 EUR na rok. No i to już jest w zakresie w którym może się opłacać! Jak wybiorę w konfiguratorze u Toyoty porównywalne wersje, to różnica w cenie między hybrydem z przekładnią bezstopniową a klasycznym silnikiem 1,33l z ręczną skrzynią biegów jest mniejsza niż 2000 EUR. Z tym że nacisk jest na może, trzeba by jeszcze sprawdzić jak tam ceny przeglądów i ubezpieczeń, czy da się faktycznie zrobić taką różnicę w zużyciu. No i jeszcze ta konfiguracja nie jest specjalnie tania, jak na taki mały samochód.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Prąd, prąd, prąd na ulicach

Komentarze: (18)

Warto zobaczyć: Imperial War Museum London

Z powodu tego muzeum poprzednia notka była o muzeum Bundeswehry w Dreźnie - bo dzięki temu widać, że to leży przy przeciwległej ścianie. Zresztą dokładnie jak mówi jego nazwa - to przecież Imperialne Muzeum Wojny. Tamto było pacyfistyczne, to jest tak militarystyczne, że aż trudno przebić. Imperial War Museum to muzeum o tym, jak nasi chłopcy spuszczali łomoty różnym badgujom, chociaż czasem trudno było. A my jesteśmy z tego dumni.

Imperial War Museum London

Imperial War Museum London

Chociaż jak tak się zastanawiam, to chyba jedno takie muzeum wojskowe to przebija. Bo brytyjscy chłopcy faktycznie spuszczali te łomoty, więc można się czymś realnym pochwalić. Znam jednak (co prawda z opowiadań, osobiście tam nie byłem) takie muzeum, w którym chwalą się łomotem jaki nasi chłopcy spuścili badgujom, tyle że tak naprawdę to nasi chłopcy dostali wtedy straszne bęcki, mniejsza o przyczyny. A my jesteśmy z tego dumni. Sądzę że wszyscy czytelnicy domyślili się już, że to muzeum jest w Warszawie, a nawet jak się nazywa.

Wróćmy do Londynu. Imperial War Museum było przez dłuższy czas zamknięte, ze względu na przebudowę z okazji rocznicy wybuchu I Wojny Światowej. Otwarto je znowu w lipcu. No i syn był niepocieszony - na zdjęciach sprzed przebudowy było widać najciekawszy ich eksponat - Jagdpanther - a teraz go nie było.

Wstęp do muzeum jest darmowy, płatna była tylko wystawa o WWI. Nie weszliśmy, nie bawi to nas aż tak bardzo, a do tego kolejka była.

Imperial War Museum London

Imperial War Museum London

Ze sprzętu można w muzeum zobaczyć T-34 (no dlaczego zostawili T-34 a nie Jagdpanthera, T-34 jest jak psów, po Jagdpanthera będziemy musieli pojechać do Munsteru, a to nie po drodze), Shermana, parę samolotów (Spitfire, Harrier), V1, V2 i trochę różnych pojazdów. Ekspozycja skupia się jednak raczej na różnych konfliktach zbrojnych, w których żołnierze angielscy brali udział. Nie tylko WWI i WWII - również na późniejszych. Falklandy, Irlandia Północna, Afganistan, Irak...

Oprócz własnego sprzętu jest sporo rzeczy trofiejnych, na przykład kawałki zestrzelonych samolotów,

Zestrzelony samolot japoński

Zestrzelony samolot japoński

czy radar Würzburg A

Niemiecki radar Würzburg A

Niemiecki radar Würzburg A

często dość kuriozalnych, jak to przywiezione z Iraku:

Imperial War Museum London

Imperial War Museum London

Są jeszcze wystawy o broni jądrowej i o męczeństwie narodu angielskiego w WWII, z akcentami humorystycznymi. Cel do postrzelania sobie dla ludności, miał wyglądać jak pluskwa z głową Hitlera

Cel do strzelania, powszechnego użytku

Cel do strzelania, powszechnego użytku

A ukoronowaniem wystawy jest taki oto przejechany samochód

Imperial War Museum

Imperial War Museum

Zupełnie nie wiem, co miał symbolizować.

Muzeum polecam raczej jako studium stanu umysłu niż muzeum techniczno-wojskowe. Za dużo jednostronnie widzianego militaryzmu.

Sklepik muzealny taki sobie, zwłaszcza koszulki dość słabe i aż po 17-20 funtów.

Adres:

Imperial War Museum London
Lambeth Road
London SE1 6HZ

Otwarte:

  • 10 - 18

Wstęp wolny

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Warto zobaczyć: Muzeum Bundeswehry w Dreźnie

Ostatni wyjazd był do Londynu, ale najpierw muszę napisać coś o muzeum, w którym byłem wcześniej. Militärhistorisches Museum der Bundeswehr Dresden.

Już z zewnątrz muzeum nie wygląda całkiem zwyczajnie. Co prawda obok stoi parę pojazdów wojskowych, na przykład Panzerhaubitze 2000

Panzerhaubitze 2000

Panzerhaubitze 2000

i Wiesel

Wiesel

Wiesel

ale nie ma ich zbyt wiele. W typowy budynek z XIX wieku wbija się ciało obce, klin wymyślony przez topowego architekta Daniela Libeskinda (patrz zdjęcie z góry na końcu notki). Uczucia mam mieszane, ale dalej jest jeszcze dziwniej.

Otóż muzeum w Dreźnie jest jedynym znanym mi muzeum wojskowym należącym do wojska, które jest głęboko antymilitarystyczne i pacyfistyczne. Takie rzeczy tylko w Niemczech (analiza porównawcza przyczyn będzie w jednej z następnych notek). Nie zobaczymy tam świetnego sprzętu i chwalebnych zwycięstw, tylko:

  • Krytyczną wystawę o dziejach militaryzmu niemieckiego i jego wpływie na społeczeństwo. Ciekawostką jest urządzenie, które umożliwiło totalną kontrolę nad społeczeństwem - maszyna do przetwarzania kart perforowanych firmy IBM.
Maszyna do kart perforowanych IBM

Maszyna do kart perforowanych IBM

  • Wystawę o wykorzystaniu zwierząt w wojnie. Wiecie że na przykład Amerykanie prowadzili pracę nad użyciem pszczół do wykrywania min? Na pustyni, gdzie robili próby, nawet działało, ale jak poszli w bardziej realne warunki to pszczoły wolały zbierać pyłek z kwiatków. Pszczoły to mają mózgi w porównaniu. I to całkiem świeża rzecz, projekt zamknięto już w naszym stuleciu.
  • Wystawę o cierpieniach które wojna powoduje, najmocniejszym eksponatem jest czaszka żołnierza niemieckiego, który popełnił samobójstwo strzelając sobie w twarz. Nie dam zdjęcia.
  • Co nieco o drylu wojskowym na przestrzeni wieków.
  • O wpływie wojska i militaryzmu na literaturę, film, zabawki, muzykę...
  • I tak dalej i tak dalej. Z ciekawostek to mają tam na przykład Horcha 830 BL, którym jeździł de Gaulle, a wcześniej komendant Wehrmachtu w okupowanym Paryżu - generał Dietrich von Choltitz. Niestety jak widzę już od pewnego czasu mój aparat ma problemy z fokusowaniem na błyszczących powierzchniach w ciemnym pomieszczeniu. Chyba łapie ostrość na odbijające się lampy, będę musiał to uwzględniać przy robieniu zdjęć.
Horch 830 BL którym jeździł Charles de Gaulle

Horch 830 BL którym jeździł Charles de Gaulle

Muzeum ogólnie polecam, nie mimo jego nietypowości, ale właśnie ze względu na nią. Również miłośnicy militariów pogardzający pacyfizmem znajdą w nim coś dla siebie.

Adres:

Militärhistorisches Museum der Bundeswehr

Olbrichtplatz 2
01099 Dresden

Godziny otwarcia:

  • od czwartku do wtorku od 10 do 18
  • poniedziałek od 10 do 21
  • w środy nieczynne

Wstęp:

  • dorośli 5 EUR
  • dzieci 3 EUR
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Strona 5 z 53Start...34567...1020...Koniec