Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Żegnaj NRD (8): Koszty życia

Może po paru odcinkach w których NRD schodziło na dalszy plan teraz, dla odmiany, znowu coś bardziej ogólnohistorycznego. Na przykład o kosztach życia w NRD.

Życie w NRD było tanie. Przynajmniej dla nas, studentów. Praktycznie nie płaciliśmy za mieszkanie (marka za miesiąc, tyle co nic), wcale za wodę, prąd, CO. Telefon co prawda był, jeden numer należał do polskich aspirantów, ale poza wyjątkowymi sytuacjami nie był używany i nie był istotnym kosztem. Można było zadzwonić do Polski z budki, ówczesne aluminiowe monety 1 zł i 2 zł pasowały za jedno- i dwumarkówkę, dobry obyczaj zabraniał wrzucania złotówek do automatów na terenie Ilmenau. Podręczniki, jeżeli były potrzebne (a prawie nigdy nie były potrzebne), to były z biblioteki. Musieliśmy tylko się wyżywić, ubrać, kupić kosmetyki (a ile to w tych czasach używało się kosmetyków) i chemię gospodarczą (a ile student zużywa chemii gospodarczej) i zapłacić za pociąg do kraju i z powrotem. A bilety na pociąg z otwartym terminem powrotu i tak kupowało się w kraju.

Wyżywienie było bardzo tanie. Obiad w stołówce na uczelni kosztował 0,80 marki. Tak, to nie pomyłka: 80 fenigów NRD. Stołówka nieczynna tylko w niedziele i święta. Inna sprawa, że obiad ten nie był zbyt obfity ani zbyt smaczny. To znaczy mięso zazwyczaj było OK, czasem dawali nawet takie rarytasy jak królik. Ziemniaki też uszły. Najgorzej było z warzywami. Warzywa były ze słoika i wszędzie te same. W stołówce, w restauracji, w sklepie - te same słoiki, te same warzywa. Kapusta czerwona, kapusta biała, marchewka, fasolka szparagowa (zimna, na kwaśno - zgroza), szpinak w postaci pół-ciekłej i w kolorze ścierki do podłogi (błe) i jeszcze ze dwie, już nie pamiętam jakie. Później wprowadzono również trochę droższe zestawy, oprócz kwitka za 80 fenigów trzeba było dać od jednego do trzech dodatkowych kwitków po 30 fenigów. Zestawy te były dużo smaczniejsze, stały po nie duże kolejki. Obiady podawane były na plastikowych tackach z trzema przegródkami, panie wydające posiłki nie przykładały się do celowania i nierzadko kompot częściowo mieszał się z sosem albo ziemniakami. Przypominając sobie film który oglądaliśmy w kinie na obozie przygotowawczym w Radomiu dowcipkowaliśmy: "Czym różni się mensa w Ilmenau od mensy w Alcatraz?" - "W Alcatraz mają metalowe tacki". Ja jadałem w stołówce dopóki się nie zatrułem, zaszkodził mi Schweißwurst (czyli kaszanka). Ponieważ menu co dzień było pisane kredą, zawsze się znalazł ktoś kto zmazał w tej nazwie pierwsze 'w'. Po tym zatruciu chodziłem już tylko do restauracji w stołówce (już za 3-4 marki można było tam zjeść całkiem przyzwoicie) albo gotowałem sobie sam.

Śniadanie można było też zjeść w barze w stołówce, ale nigdy tego nie robiłem. Lepiej jednak w domu. Znaczy w pokoju w akademiku. Podstawowe produkty spożywcze kupowane w sklepie również były tanie. Bułka zwykła - 5 fenigów,  pół litra mleka pełnego - 34 fenigi, bochenek chleba - poniżej marki, tabliczka najtańszej czekolady czekoladopodobnej z orzeszkami ziemnymi - 80 fenigów, kostka margaryny - od 50 fenigów do 1 marki (zależnie od gatunku), itd. Podobnie jak w Polsce ceny były stałe i wydrukowane na opakowaniach - system nie przewidywał ani podwyżek, ani obniżek.

Schlager Süßtafer - wyrób czekoladopodobny z orzeszkami ziemnymi z NRD; cena 80 fenigów NRD

Schlager Süßtafer - wyrób czekoladopodobny z orzeszkami ziemnymi z NRD; cena 80 fenigów NRD

Pewien problem był z herbatą. W zwykłym sklepie można było kupić praktycznie wyłącznie Grusinische Mischung (Mieszankę Gruzińską), bardzo tanio, chyba po 80 fenigów za 100 gram, ale za to o smaku siana. Obrzydlistwo. Za to w sklepach Delikat można było kupić świetne herbaty znanych firm światowych, pięknie zapakowane, w dużym wyborze smaków tyle że drogo (kilkanaście marek/100g). Inne z tych tanich produktów też nie były najlepsze, na przykład pewnego ranka już na pierwszym roku ugryzłem bułkę pszenną za 5 fenigów i stwierdziłem, że już ich więcej nie zdzierżę i zaraz zwrócę zawartość mojego żołądka. Od tego czasu (aż do dziś!) preferuję pieczywo żytnie i mieszane, a pięciofenigowych bułek nie zmuszony nie tykałem. Ciekawa sprawa była z mlekiem: Polskie mleko (wtedy roznoszone codziennie przez mleczarzy pod drzwi mieszkań - kto ma dziś taki serwis?) zostawione na dzień-dwa zsiadało się i świetnie nadawało się do picia. W NRD mleko, mimo że tak samo jak w Polsce zamknięte w szklanej butelce tylko nieszczelnym kapslem z folii aluminiowej, nie zsiadało się w ogóle. Nawet po miesiącu. Co najwyżej lekko ciemniało. Nie wydaje mi się, żeby podobny efekt można było uzyskać samą pasteryzacją, a nawet niedostępną wtedy w bloku socjalistycznym technologią UHT. Na wszelki wypadek mleka tam nie pijałem.

Dostępność podstawowych produktów była dobra. Nigdy nie było problemów z kupnem chleba albo wędliny. Inna sprawa że na przykład kiełbasy to oni mieli niemal wszystkie w typie salami, był tylko jeden gatunek przypominający polską żywiecką - Kochsalami. Z mięsem generalnie też nie było problemów (przypominam, że w Polsce w tym czasie mięso było na kartki) pamiętam tylko kilka trochę trudniejszych tygodni gdzieś około 1985, kiedy podobno NRD miała do spłacenia jakiś kredyt i spłacała go w mięsie.

Zupełnie inaczej wyglądała sprawa z warzywami i owocami. Warzyw generalnie nie było za dużo, ziemniaki w okropnym, bardzo rozgotowującym się gatunku, w stałej sprzedaży brukiew (w Polsce kojarząca się z obozami koncentracyjnymi i chyba dlatego nikt jej nie jada), natomiast z innymi był problem. Po pomidory musiałem jeździć do Erfurtu, jabłka takie marne, że Polsce takich nikt by nie chciał, pomarańcze kubańskie, chociaż trzeba przyznać że w sezonie bywały arbuzy a te pomarańcze to prawie stale. Ale podobno to dlatego, że uczelnia itp., gdyby nie to to w mieście tej wielkości takich owoców by nie było. Dlaczego? Bo:

W NRD wszystko było na pokaz. Berlin był oknem wystawowym, odwiedzanym przez obcokrajowców, więc zaopatrzenie było tam znacznie lepsze niż w reszcie kraju. I tak dalej - im mniej atrakcyjne dla zagraniczniaków miasto, tym gorsze zaopatrzenie. Było nawet i tak: Istniała możliwość zakupu zachodniego samochodu, ale tylko konkretnych typów: Golf I i Mazda 323. Ale pieniądze nie wystarczały żeby taki samochód kupić, nawet znajomości nie. Trzeba było jeszcze mieszkać w odpowiednim miejscu. Golfa gdzieś na wiosce żaden obcokrajowiec by nie zobaczył i nie mógłby zaświadczyć o dobrobycie panującym w socjalistycznych Niemczech. Zachodni samochód mogli kupić tylko mieszkańcy dużych miast.

Ale oprócz żywności podstawowej, było też coś lepszego. Istniały sklepy i stoiska "Delikat". Idea była podobna jak naszych "Delikatesów", tyle że "Delikatesy" w latach 80-tych były już sklepami w zasadzie jak każdy inny. W sklepach "Delikat" można było kupić artykuły faktycznie lepsze niż w zwykłych sklepach - dobre wędliny, bardziej wyszukane wyroby garmażeryjne, konserwy, słodycze. Niemal wszystkie z tych produktów były wytwarzane w NRD, część z nich pod znanymi markami światowymi. Ten proceder nazywał się "Gestattungsproduktion" i było to coś w rodzaju licencji spłacanej tymi właśnie wyrobami. Tylko część produkcji była sprzedawana w NRD, reszta szła dla licencjodawcy. Na tej samej zasadzie produkowano też artykuły przemysłowe, na przykład buty "Salamander".

O artykułach przemysłowych opowiem w jednym z następnych odcinków. A nawet więcej niż w jednym.

Co do innych kosztów, to na przykład przejazdy autobusowe były tanie, na przejazdy kolejowe mieliśmy dużą zniżkę (kołacze mi się 80%) do miast w których mieszkali jacyś znajomi rodacy. Należało wpisać nazwisko i adres znajomego do takiego formularza (do okazania konduktorowi) i dać podstemplować to na uczelni. Ponieważ nikt prawdziwości danych nie sprawdzał, to oczywiście była to fikcja, ludzie namiętnie wpisywali tam nazwiska w rodzaju Klaus Mitffoch mieszkający na ulicy Bahnhofstrasse (Dworcowa, na pewno jest w każdym większym mieście).

Dokument uprawniający do zniżki na pociąg dla studentów zagranicznych, NRD, 1988

Dokument uprawniający do zniżki na pociąg dla studentów zagranicznych, NRD, 1988

Powstaje pytanie: W jaki sposób kraj, w którym wszystko jest tak tanie (czytaj: dotowane przez państwo) nie bankrutuje? Polska przecież w tym samym czasie praktycznie zbankrutowała i to mimo wyższych cen i niższych dotacji.

NRD mimo różnych trudności nie zbankrutowała, ponieważ była przez cały czas na garnuszku RFN. RFN miało doktrynę nie uznawania podziału państwa na RFN i NRD (temat NRD w oficjalnej mowie RFN zawsze był nazywany wewnątzniemieckim) i w związku z tym starało się dbać aby ziemie czasowo oddzielone nie podupadły za bardzo i dały się potem bez dużych kosztów przyłączyć (nie wyszło to za dobrze, ale mogło być jeszcze gorzej). RFN przykładało się do budżetu NRD w bardzo różny sposób:

  • Poprzez bezpośrednie dotacje, na przykład do dróg (i tak szło na czołgi a drogi pozostawały tragiczne).
  • Przez udzielanie NRD kredytów na preferencyjnych warunkach.
  • Poprzez uruchamianie w NRD produkcji licencyjnej (wspomniane wcześniej Gestattungsproduktion).
  • Przez zakupy NRD-owskich produktów, np. odkurzaczy czy sprzętu AGD sprzedawanych potem np. przez Quelle.
  • Przez płacenie różnego rodzaju opłat tranzytowych.
  • Poprzez ulgi podatkowe dla obywateli na rzeczy kupowane krewnym z NRD.
  • Przez przymusową wymianę marek zachodnich na wschodnie po kursie 1:1 przy przyjazdach obywateli RFN do NRD.

Mimo tej pomocy NRD zakończyła swoje istnienie ze sporym, wielomiliardowym długiem, ale dobry wujek wziął to na siebie. I do dziś się mu to odbija - sumarycznie gigantyczne wydatki na przyłączenie NRD dość dokładnie odpowiadają aktualnemu poziomowi zadłużenia wewnętrznego RFN. A przynajmniej tak było kilka lat temu.

W następnym odcinku: Studiowanie w NRD.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (6)

Żegnaj NRD (7): Kurs przygotowawczy

I znowu kurs przygotowawczy. Dla wszystkich studentów zagranicznych którzy przyjechali na pierwszy rok. Byliśmy w trochę niekorzystnym położeniu, bo wraz z Czechami i Słowakami przyjechaliśmy zaraz po krajowych szkołach i tylko po niemieckim w szkole. Większość innych miała za sobą rok kursu językowego w NRD. Nie będę udawał że od początku było łatwo. W końcu kto po czterech latach języka obcego w liceum zna ten język na tyle, żeby od razu w nim studiować? Dziś jest inaczej, z jednej strony możliwy jest o wiele większy kontakt z językiem obcym już u siebie w kraju, z drugiej strony wzrosły wymagania językowe żeby na studia zagraniczne w ogóle się dostać.

Legitymacja studencka TH Ilmenau, NRD, 1984

Legitymacja studencka TH Ilmenau, NRD, 1984

Kurs prowadził facet w wieku 50+, według raczej prawdziwych opowieści w podobnym celu jak ci studenci starszych lat przyjeżdżający do Radomia jako opiekunowie grup. Tyle że ten facet wolał chłopców, zwłaszcza żółtych.

Kurs składał się przede wszystkim z próbnych wykładów. Poziom ich nie był zbyt wysoki, wkrótce okazało się dlaczego. Otóż:

W Polsce tych czasów służba wojskowa studentom prawie nie groziła. Jeżeli ktoś zaraz po szkole dostał się na studia, skończył je w terminie i zaraz poszedł do pracy to z dużym prawdopodobieństwem udało mu się z wojskiem nie spotkać (poza szkoleniem wojskowym w trakcie studiów, ale to przecież nie to samo). A po studiach zagranicznych to nie brali w ogóle. Inaczej było w NRD - po szkole wszyscy chłopacy szli na rok do wojska, a bywali i tacy co dostawali propozycje nie do odrzucenia żeby zostać jeszcze rok. Wiadomo, zewnętrzna granica bloku itd. W związku z tym, po roku do dwóch w wojsku, nikt już nic ze szkoły nie pamiętał i prawie cały program trzeba było powtarzać. Zwłaszcza z matematyki.

Ponieważ matematyka w polskich szkołach i tak stała na wyższym poziomie niż w NRD, to przez pierwsze pół roku do roku z matematyki była dla nas laba. Problem polegał jednak na tym, żeby nie przegapić momentu kiedy skończy się powtórka a zacznie nowy materiał.

Wróćmy jednak do kursu. Oprócz wykładów mieliśmy również zajęcia z języka niemieckiego, w małych grupach a nawet indywidualnie. Zajęcia te mieliśmy również po kursie przygotowawczym, chyba przez cały pierwszy rok.

No i integracja. Integracja polegała na grupowych wycieczkach. Pamiętam raz byliśmy w amfiteatrze na wolnym powietrzu na jakiejś operze. Niezbyt znanej, tytułu i autora nie pamiętam. Pamiętam jednak, że niewiele rozumieliśmy (nie mówcie że na operze po polsku rozumiecie 100% tekstu śpiewanego, zwłaszcza jak wiatr wieje i las wokół szumi). Pamiętam też wycieczkę pieszą na Kickelhahn (najwyższą górę w okolicy), z zabytkową wieżą widokową i słynną chatką Goethego. Po wejściu jeden ze studentów dewizowych oświadczył "nigdy więcej na górę" i słowa dotrzymał. Nie on jeden zresztą nigdy się na wycieczkę pieszą nie ruszył.

Może teraz coś o grupie polskiej. Na ten pierwszy rok przyjechało nas 15 osób. Dwie dziewczyny, trzynastu chłopaków (w końcu uczelnia techniczna), z różnych stron kraju (Warszawa, Płock, Szczecin, Nisko, Zielona Góra, Katowice...). Większość po liceach, tylko część po technikach. W dwu poprzednich latach przyjeżdżały podobne grupy, wcześniej mniej, więc gdy przyjechaliśmy Polaków było w ośrodku ponad pięćdziesięciu. W następnym roku po nas nie przyjechał nikt, dwa lata później kilka osób a dalej chyba znowu nikt. Niezależnie od studentów pojawiali się w ośrodku doktoranci, najczęściej ze współpracującej z Technische Hochschule Ilmenau Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Zielonej Górze. Dzięki tej współpracy grupa polska miała spore przywileje, na przykład przyznano jej dwa pomieszczenia w jednym z budynków. Jedno, zwane "Centralą" było pomieszczeniem biurowym, drugie to "Klub Polski" o oczywistym przeznaczeniu.

Wszystko było pięknie, kurs sobie trwał, ale zaczynały się wszystkim kończyć pieniądze które dostaliśmy w Konsulacie, a tu stypendium ani widu, ani słychu. Postanowiliśmy więc grupowo pójść na nockę do fabryki porcelany i trochę zarobić. Chodzenie na nockę do Glasu albo Porcelany było jedną z możliwości dorobienia sobie, wielu studentów korzystało z tego, niektórzy dość regularnie. Na nocnej zmianie prawie zawsze potrzebowali tam pracowników do prostych prac, nie pamiętam już ile się dokładnie na takiej zmianie zarabiało, ale było to bodajże między 30 a 40 marek.

To było ciekawe doświadczenie. Przyznaję, że nigdy przedtem nie byłem w prawdziwej fabryce, na produkcji. Moim zadaniem była kontrola czy filiżanki i talerzyki idące do pakowania w zestawy nie są obtłuczone czy w inny sposób uszkodzone i składanie zestawu pakowanego później w folię termokurczliwą. Uszkodzone produkty szły po prostu na hałdę - porcelana nie daje się wykorzystać powtórnie jak szkło. Ta hałda była niewyczerpanym źródłem zastawy stołowej dla studentów - wiele elementów przeżywało wędrówkę na śmietnik bez większej szkody, akademiki były pełne używanej przez wszystkich, nieznacznie tylko obtłuczonej, darmowej zastawy z hałdy. Śmietnikowe talerze sprawiały też, że niemiecki zwyczaj tłuczenia porcelany przed ślubem (Polterabend, jak właśnie widzę w Wikipedii znany również w niektórych regionach Polski) mógł być nie tylko symboliczny, bo ilość tłuczonej porcelany była ograniczona wyłącznie przez to, ile kilogramów zastawy chciało się ludziom przytargać.

Ilmenau, Porzellanwerk

Ilmenau, Porzellanwerk Żródło: Bundesarchiv, Bild 183-Z0805-16, Autor: Helmut Schaar

Krótko później dałem się jeszcze namówić na nockę w Glasie. Fabryka ta produkowała głównie butelki, takie bardziej wymyślne, do lepszych alkoholi albo kosmetyków, oraz szkło laboratoryjne i techniczne. Ponieważ szkło można po prostu stopić i użyć jeszcze raz, żadnej hałdy koło fabryki nie było. Moim zadaniem tej nocy było pakowanie butelek. Butelki jechały na taśmie i gromadziły się w odpowiednim miejscu ładnie ułożone w prostokąt, po jakieś półtorej setki. Jak już się nazbierały opuszczałem na nie chwytak, który je wszystkie naraz łapał, potem podnosiłem ten chwytak (elektrycznie, elektrycznie), przekręcałem go o 90 stopni (to już ręcznie), przesuwałem nad drugą taśmę (znowu elektrycznie) i opuszczałem do kartonu. Potem następna warstwa i następna... i tak przez całą noc. A potem oczywiście cały następny dzień zmarnowany.

Ilmenau - Biurowiec fabryki szkła (Glaswerk)

Ilmenau - Biurowiec fabryki szkła (Glaswerk)

Tak więc obie okoliczne atrakcje miałem już zaliczone. Ponieważ zawsze uważałem że po to mam dobrą głowę, żeby nie musieć pracować rękami, to już więcej ani do Glasu ani do Porcelany nie poszedłem. Sposoby na dorobienie były też inne, ale o tym w następnych odcinkach.

Dla uzupełnienia: VEB Technisches Glas Ilmenau istnieje do dziś jako Technische Glaswerke Ilmenau GmbH, jednak to tylko ułamek dawnej wielkości zakładu i skali produkcji (kiedyś 5000 pracowników). Henneberg Porzelan również istnieje, jako Neues Porzellan Ilmenau jednak zatrudnia zaledwie 50 osób. Cóż to jest w porównaniu z 3000 w latach 80-tych.

W następnym odcinku: Coś o kosztach.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (2)

Żegnaj NRD (6): Technische Hochschule Ilmenau

Uczelnia w Ilmenau nosiła w tamtych czasach nazwę Technische Hochschule Ilmenau (THI) i statusem odpowiadała mniej więcej polskim Wyższym Szkołom Inżynierskim. Powstała w latach 50-tych i specjalizowała się w kierunkach elektryczno- elektronicznych. W latach 80-tych była stosunkowo nieduża, całość na dużej uczelni byłaby raczej dużym wydziałem. Podział uczelni odpowiadał standardom radzieckim - uczelnia dzieliła się na sekcje (Sektion), a sekcja na grupy seminaryjne (Seminargruppe). Sekcji było 5:

  • Sektion Technische und biomedizinische Kybernetik (Cybernetyka techniczna i biomedyczna) - wydział był zlepkiem kierunków takich jak informatyka techniczna, mikroprocesory, automatyka, bionika... Ciekawym pomysłem była właśnie bionika - ten kierunek był pomyślany jako medyczne zastosowania elektroniki i informatyki. Brzmiało to w tamtych czasach bardzo postępowo i przyszłościowo, jednak po zjednoczeniu okazało się, że robotę jakiej tam uczono załatwia po prostu serwis producenta sprzętu medycznego i absolwenci tego kierunku musieli się przekwalifikować.
  • Sektion Informationstechnik und Theoretische Elektrotechnik (Technika informacyjna i elektrotechnika teoretyczna) - wbrew historycznie uwarunkowanej nazwie wydział zajmował się głównie elektrotechniką, najczęściej silnoprądową.
  • Sektion Physik und Technik elektronischer Bauelemente (Fizyka i technika elementów elektronicznych) - Ten wydział zajmował się głównie technologią wytwarzania elementów półprzewodnikowych i był zorientowany na dział półprzewodników firmy VEB Robotron.
  • Sektion Gerätetechnik (Technika przyrządów) - Nie da się w zasadzie krótko przetłumaczyć tej nazwy w sposób oddający ideę wydziału. Chodziło tu z grubsza o połączenie mechaniki precyzyjnej z elektroniką, kierunek był sprofilowany na potrzeby konkretnego zakładu - VEB Carl Zeiss Jena.
  • Sektion Mathematik, Rechentechnik und ökonomische Kybernetik (Matematyka, technika obliczeniowa i cybernetyka ekonomiczna) - ta sekcja nie miała własnych studentów, była tylko "usługodawcą" dla innych sekcji, prowadząc wykłady z tych przedmiotów i zapewniając funkcjonowanie centrum obliczeniowego.
  • Sektion Marxismus-Leninismus (Marksizm-Leninizm) - Jak nazwa wskazuje. Najważniejsza sekcja na uczelni.

Kampus uczelni składał się z grupy akademików zbudowanych w różnych latach i w związku z tym reprezentujących różne standardy.

Pierwsza grupa powstała w latach 50-tych, standardem były 2-osobowe, niewielkie pokoje, łazienka i kuchnia na korytarzu.

TH Ilmenau - kampus, akademik blok A

TH Ilmenau - kampus, akademik blok A

Druga grupa (2 budynki) powstała gdzieś w końcu lat 60-tych i zawierała jednostki po dwa 3-osobowe pokoje, kuchnia i łazienka z prysznicem, wejście z korytarza. Trzecia grupa to wielkopłytowe budynki z końca lat 70-tych, w zasadzie standardowe budynki mieszkalne z klatkami schodowymi i 3-pokojowymi mieszkaniami, w takim mieszkaniu w dwóch mniejszych pokojach mieszkały po 2 osoby a w dużym pokoju 3. Oczywiście do tego przyzwoita (chociaż ślepa) kuchnia i łazienka z wanną. Standard tych ostatnich budynków był na owe czasy wysoki, w Polsce nawet nowe mieszkania rzadko były tak porządne.

TH Ilmenau - kampus, akademik blok K

TH Ilmenau - kampus, akademik blok L

Oprócz regularnych, murowanych akademików studenci byli zakwaterowani w zbudowanych niegdyś przez Budimex barakach typu "Skopje".

Nazwa typu baraku "Skopje" wywodzi się od miasta będącego dziś stolicą nie istniejącego wtedy państwa - Macedonii. Miasto to zostało w 1963 roku zniszczone przez trzęsienie ziemi. Polskie firmy w ramach pomocy humanitarnej zbudowały w tym mieście sporo baraków mieszkalnych o prostej konstrukcji zwanych od tego czasu barakami typu "Skopje". Istniały dwa warianty takiego baraku - o konstrukcji murowanej i drewnianej.

TH Ilmenau - kampus, akademik FB-1 (barak typu Skopje), NRD, 1988

TH Ilmenau - kampus, akademik FB-1 (barak typu Skopje), NRD, 1988

Barak typu "Skopje" był parterową konstrukcją z lekko spadzistym dachem, zewnętrzne ściany były murowane lub drewniane, wewnętrzne ściany działowe drewniane. Przez środek baraku wiódł korytarz, po lewej i prawej były 3-osobowe pokoje z umywalką, z przodu wspólna kuchnia (mało używana, bieganie po każdy drobiazg do pokoju było bardzo uciążliwe, wszyscy używali własnych płytek elektrycznych w pokojach), na środku długości toalety i łazienka. Wbrew pozorom mieszkanie w baraku nie było złe - na pewno lepsze niż w tych budynkach z lat 50-tych. Baraki były ciepłe, nie trzeba było biegać po schodach i, co najistotniejsze, nie było w nich karaluchów będących plagą w budynkach, zwłaszcza w tych starych, ze wspólną kuchnią na korytarzu.

Władze uczelni reagowały na słowo "Baracke" alergicznie, w oficjalnej mowie były to zawsze "Flachbauten" - "budynki niskie".

Centralnym punktem kampusu był budynek stołówki (po niemiecku Mensa, nie, nic wspólnego z IQ). Wrócę do tego jeszcze, ale oprócz stołówki w budynku znajdowały się jeszcze restauracja, bufet śniadaniowy i Bierstube (piwiarnia).

TH Ilmenau - kampus, Mensa

TH Ilmenau - kampus, Mensa

Drugim bardzo istotnym punktem był niewielki, samoobsługowy sklep spożywczy. Niewielki, ale zaopatrzenie jego było niezłe, w Polsce taki sklepik był nieosiągalnym marzeniem.

TH Ilmenau - kampus, sklep spożywczy

TH Ilmenau - kampus, sklep spożywczy

Teraz zajmijmy się budynkami stricte uczelnianymi. Akademiki położone były w dolince, natomiast budynki uczelni na najbliższej górce zwanej Ehrenberg. Były to dwa duże budynki z lat 50-tych, Helmholtzbau i Kirchhofbau.

TH Ilmenau - Helmholzbau, NRD, 1988

TH Ilmenau - Helmholtzbau, NRD, 1988

 

TH Ilmenau - Kirchhofbau, NRD, 1988

TH Ilmenau - Kirchhofbau, NRD, 1988

Oprócz tego nieduży ale dość nowoczesny budynek bioniki, oraz stalowo-szklany (ściana osłonowa), parterowy, podwójny budynek centrum obliczeniowego, kryjący zdaje się w swym wnętrzu kolejne dwa baraki typu "Skopje".

TH Ilmenau - centrum obliczeniowe uczelni, NRD, 1988

TH Ilmenau - centrum obliczeniowe uczelni, NRD, 1988

Do uczelni należały jeszcze dwa stare, XIX-wieczne budynki w mieście: Curiebau i Faradaybau.

TH Ilmenau - Curie Bau

TH Ilmenau - Curie Bau

 

TH Ilmenau - Faraday Bau

TH Ilmenau - Faraday Bau

Życie imprezowe studentów zabezpieczały trzy kluby studenckie mieszczące się w piwnicach akademików.

Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę

Dla Polaka nowy był duży udział studentów zagranicznych na uczelni. Polska była wtedy krajem bardzo jednolitym narodowościowo a przy tym biednym i zamkniętym. Obywatele krajów bloku nie za bardzo mogli do Polski przyjechać (stan wojenny skończył się dopiero rok wcześniej), może w Warszawie było inaczej, ale w Szczecinie można było najwyżej czasem spotkać odważnego Szweda który przyjechał zaimprezować. W Ilmenau studentów zagranicznych było około 1/4, w naszej grupie seminaryjnej nawet powyżej 1/3. Byli to ludzie z Europy wschodniej (Polska, Czechosłowacja, Węgry, Bułgaria), z dalekowschodnich krajów bloku (Mongolia, Wietnam, Korea Północna), innych krajów zaprzyjaźnionych (Jemen, Nikaragua, Angola, Etiopia). Było też trochę studentów dewizowych, płacących za studia i swoje utrzymanie twardą walutą. Pochodzili najczęściej z krajów arabskich (Syria, Palestyna (wiem, nie było takiego kraju, paszporty mieli jordańskie)). Jako ludzie byli różni. Europejczycy byli zazwyczaj w porządku, dostawali się na studia w większości tak jak my, po prostu zdając egzaminy. Ci z krajów mocno zideologizowanych to nierzadko były niezłe buce, oni przyjeżdżali na studia do NRD nie ze względu na swoje zdolności, ale za zasługi po linii partyjnej. Dotyczyło to zwłaszcza Koreańczyków, oni prezentowali najgorsze, stalinowskie standardy. Każdy z nich miał codziennie odkurzany i polerowany ołtarzyk z wizerunkiem Wodza i strasznie bał się, że ktoś na niego doniesie (bo wtedy powrót do kraju w trybie natychmiastowym). Sam czyhał jednak, żeby na kogoś przy pierwszej okazji donieść. Podobnie było z Nikaraguańczykami (minus ołtarzyk z wodzem). Nikaraguanka z grupy z dużym zaangażowaniem wygłaszała teksty antyamerykańskie, albo o tym że jej dziadek miał majątek ziemski, ale ona jest szczęśliwa że rewolucja mu ten majątek zabrała. Przy tym utrzymywała się na uczelni tylko dzięki współpracy ze Stasi (do tematu Stasi jeszcze wrócę, będzie o tym osobny odcinek). Studiujący w Lipsku kolega z klasy przyjaźnił się jednak z Nikaraguańczykiem będącym jakimś pociotkiem rządzącego tam Daniela Ortegi i twierdził, że był to równy gość. No ale ten nie musiał się zasługiwać żeby pojechać do NRD.

W sumie jednak te buce to był margines, większość ludzi z różnych krajów była całkiem sensowna. Co więcej z nimi wszystkimi miało się wspólny język i można było porozmawiać. W tych warunkach ujawniała się często polska ksenofobia. Serio, nie było tam większych ksenofobów niż Polacy, i to nie tylko moja obserwacja. Oczywiście nie wszyscy, ale wśród tych największych dominowali właśnie Polacy. Myślę, że był to skutek długotrwałego zamknięcia jednolitego etnicznie kraju. Oraz propagandy grającej ciągle na nastrojach narodowościowych, antyniemieckich, antyzachodnich, antysemickich i w ogóle anty. W domach pielęgnowano za to nastroje antyrosyjskie i sumie nie było chyba żadnej grupy narodowościowej, która w Polsce byłaby generalnie lubiana. Zresztą u niektórych wychodzi to do dzisiaj.

W następnym odcinku: Kurs przygotowawczy.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:DeDeeRowo, Edukacja

Skomentuj

Żegnaj NRD (5): Ilmenau

Ilmenau - widok ogólny, NRD, 1988

Ilmenau - widok ogólny, NRD, 1988

Ilmenau leży w Turyngii, około 40 kilometrów na południe od Erfurtu. Niegdyś należało do księstwa Sachsen-Weimar-Eisenach, którego to księstwa jednym z ministrów był Goethe. Goethe próbował uzdrowić finanse księstwa uruchamiając starą kopalnię srebra koło Ilmenau. Z kopalni nic nie wyszło, ale Goethe spędził w Ilmenau w sumie około ośmiu lat (w ciągu szesnastu) i pozostawił wiele wierszy z tego okresu, a między nimi poemat zatytułowany - jakżeby inaczej - "Ilmenau".

 W okresie kiedy tam byliśmy miasteczko liczyło około 25.000 mieszkańców. Oprócz uczelni znajdowały się tam dwa spore zakłady przemysłowe: VEB Werk für Technisches Glas Ilmenau (fabryka szkła technicznego) i VEB Henneberg Porzelan (fabryka porcelany). Oba zakłady zostały zbudowane przez polską firmę "Budimex".

Kraje bloku wschodniego należały obowiązkowo do Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej. W ramach tej organizacji istniał podział zadań między kraje członkowskie. Idea była taka, aby nie dublować prac rozwojowych nad różnymi grupami produktów, czyli wykorzystać efekty synergii. Tak na przykład duże autobusy produkowano na Węgrzech, trawlery rybackie w NRD, dyskietki 5,25`` w Bułgarii itp. Istniał nawet projekt opracowania jednego modelu samochodu osobowego dla całego RWPG, na szczęście nic z tego nie wyszło. Jedną z polskich specjalności była budowa zakładów przemysłowych pod klucz. Polskie firmy, między innymi Budimex, budowały fabryki praktycznie wszędzie od NRD i ZSRR do Iraku i Libii.

W Ilmenau od 1968 do 1978 na budowach obu zakładów pracowało stale około 2000 pracowników (przypominam: w mieście na 25.000 mieszkańców). Aby zapewnić im właściwe warunki miejscowe władze organizowały kursy języka polskiego dla sprzedawczyń, pracowników zakładów usługowych, restauracji itd. Doktoranci pamiętający czasy Budimexu opowiadali różne historie na ten temat. Na przykład: Przed świętem 1. maja ktoś zwrócił uwagę dyrektorowi z Budimexu, że na mieście jest wyraźnie więcej flag NRD-owskich niż polskich. Dyrektor natychmiast zadzwonił do miejscowego sekretarza partii z pretensjami i zapowiedział, że wyrówna te proporcje wysyłając brygadę spawaczy którzy zetną nadmiar masztów z flagami NRD. Ale jeżeli ładnie go poproszą, to się trochę wstrzyma. Flagi polskie natychmiast dowieszono. Nie jestem pewien czy to nie tylko "morskie opowieści", ale historia ta dobrze oddaje ducha tamtych czasów.

Miasteczko Ilmenau nie prezentowało się w oczach przyjezdnego z dużego miasta zbyt dobrze. Było szare i zaniedbane, wiele bardzo starych budynków, jako tako wyglądały tylko nowe osiedla mieszkaniowe (lepiej niż w Polsce) i główna, odremontowana ulica. Typowe dla NRD było to, że na tej głównej ulicy odremontowane były tylko fasady, od tyłu budynek nierzadko groził zawaleniem.

Pocztówka z Ilmenau - osiedle Am Stollen, NRD, ok. 1975

Pocztówka z Ilmenau - osiedle Am Stollen, NRD, ok. 1975

Atrakcji dla studentów nie było też zbyt wiele. Poza terenem kampusu (o czym w następnym odcinku) do dyspozycji były dwa kina, parę restauracji, prywatna cukiernia... i w zasadzie tyle. Nieco lepiej wyglądało zaplecze handlowe - dwie duże kaufhale (podobne do polskich Supersamów, tylko większe, ładniejsze i lepiej zaopatrzone) i sporo sklepów na głównej ulicy - z ubraniami, butami, artykułami gospodarstwa domowego, sprzętem foto, narzędziami. Nawet dziś w polskim mieście na 25.000 mieszkańców byłby to niezły zestaw.

Pocztówka z Ilmenau - główna ulica, NRD, ok. 1975

Pocztówka z Ilmenau - główna ulica, NRD, ok. 1975

Za to interesująca była okolica. Ilmenau położone jest w niewysokich górach na wysokości 500 m.n.p.m. Najwyższa góra w okolicy to uwieczniony w wierszu Goethego "Wandrers Nachtlied" Kickehahn - 861 m.n.p.m. Góry i lasy wokół zachęcają do spacerów i wycieczek.

Chatka Goethego na Kickelhahnie, NRD, 1988

Chatka Goethego na Kickelhahnie, NRD, 1988

Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę

Jednak dla nas najistotniejszym miejscem w mieście był oczywiście kampus uczelni. O tym w następnym odcinku.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (2)

Telewizja edukacyjna (3): Program z myszą

"Die Sendung mit der Maus" (Program z myszą) to prawdziwa instytucja. Pierwszy jego odcinek wyemitowano w 1971 roku, od tego czasu wychowało się na nim całe pokolenie. Dziś trudno byłoby znaleźć Niemca nie znającego tego programu. Ktoś taki musiałby chyba mieć ponad 60 lat, nie mieć dzieci, wnuków ani krewnych z dziećmi.

"Die Sendung mit der Maus" to półgodzinny, cotygodniowy program adresowany co prawda do dzieci przedszkolnych i szkolnych (szkoła podstawowa trwa tutaj 4 lata), ale według pomiarów oglądalności średni wiek widzów wynosi blisko 40 lat. Średnią tą wyrabiają nie tylko dziadkowie oglądający program z wnukami. Według badań najpierw dzieci oglądają ten program z rodzicami, potem w wieku 10-12 lat przestają go oglądać, a wracają do niego w wieku około 18 lat. Rodzice oglądają przez cały czas, również bez dzieci.

Cotygodniowy program z natury rzeczy musi mieć inną formułę niż programy Williy'ego. Każdy program zawiera kilka rożnych materiałów rozdzielonych krótkimi sekwencjami animowanymi z udziałem tytułowej Myszki, Słonika i Kaczki. Większość odcinków zawiera animowaną historyjkę opartą na piosence, książce lub wierszu dla dzieci oraz film animowany z serii w której produkcji brała udział telewizja WDR, np. znane i w Polsce Krecik i Baranek Shaun albo (chyba) nieznana w Polsce seria "Kapt'n Blaubär" (tytuł zawiera trudno przetłumaczalną grę słów "Blaubär" to "Niebieski miś" ale prawie tak samo wymawiane "Blaubeere" to "Jagoda"). Historyjki są adresowane do dzieci, ale zazwyczaj nie są infantylne a zawarty w nich humor jest nierzadko bardzo odjechany. Ja w każdym razie oglądam większość z nich z przyjemnością. Ale animacje to w sumie sprawa uboczna, clou programu to świetnie zrobione materiały o technice, nauce, przyrodzie, historii, języku...

Trzonem zespołu realizującego program są trzy osoby:

Armnin Maiwald

Armnin Maiwald Źródło: Wikipedia Autor: Ruecki

Armin Maiwald - był jednym z pomysłodawców programu i pracuje w nim od początku do dziś. Ma charakterystyczny głos i równie charakterystyczny, dowcipny sposób narracji. Jego dowcip działa również w tekście pisanym i nadaje się do tłumaczenia. Armin bierze udział oraz czyta komentarz głównie do scenek na temat nauki, techniki i historii.

Christoph Biemann

Christoph Biemann Źródło: www.pressesau.de

Christoph Biemann - był najpierw reżyserem audycji, potem zaczął również w niej występować. Nie ma on "gadanego" i w związku z tym w swoich scenkach się nie odzywa, komentarz z offu czyta ktoś inny. Bierze udział w scenkach z życia codziennego, gra zawsze niezręcznego i niezbyt rozgarniętego człowieka w średnim wieku robiącego wszystko nie tak jak trzeba, dzieciom się to podoba, mi nie za bardzo.

Ralph Caspers

Ralph Caspers Źródło: www.internet-abc.de

Ralph Caspers - jest zdecydowanie młodszy, typ mądrali w okularach, bardzo ekspresyjny, jak dla mnie nieco przeszarżowany. Występuje rzadziej niż Armin i Christoph, ale ma na przykład swój cykl podróżniczy.

Typowy materiał pokazuje proces produkcji czegoś, zazwyczaj trzeba się domyśleć czego. Zwykle jest to bardzo solidny kawałek dokumentacji, każdy etap produkcji jest dokładnie pokazany i wyjaśniony, to czego z przyczyn technicznych nie widać jest prezentowane na modelach. Do tego zabawny (ale przy tym bardzo rzeczowy) komentarz Armina. Na przykład program o produkcji samolotu Airbus A321 to dobra godzina materiału netto (dostępne na DVD), jako inżynier obejrzałem z jeszcze większym zainteresowaniem niż moje dziecko. Amerykańskie programy dla dorosłych na takie tematy puszczane na Discovery czy podobnych kanałach się po prostu nie umywają. Tu przykład:

Inny typ materiału to wyjaśnianie zjawisk fizycznych, chemicznych, biologicznych itp. Zawsze robią model poglądowy, komentuje Armin. I nie mogą się pomylić - pewien czas temu odpowiadali na pytanie dziecka dlaczego taka taśma używana do zdobienia bukietów kwiatów zwija się po przejechaniu nożyczkami z jednej strony. Zwrócili się z tym pytaniem do jakiegoś instytutu, ktoś z pracowników naukowych udzielił im odpowiedzi, zrobili model, zrealizowali i wyemitowali program. I wtedy się zaczęło - z kilkunastu (sic! - to się nazywa oglądalność) innych instytutów dostali listy od naukowców że wyjaśnienie jest złe. Cóż było robić - trzeba było zrobić nowy model i nowy materiał. Przykład:

Oprócz tego mamy scenki historyczne i językowe. Tu najczęściej występuje Armin.

Christoph występuje w scenka z życia codziennego - dotyczących np.: żywności, leczenia, mediów itp.

Co pewien czas zespół realizuje naprawdę spektakularny i zostający w pamięci kawałek, na przykład koledzy z pracy kiedyś spontanicznie zaczęli wspominać akcję z przepiłowaniem prawdziwego samochodu na pół wzdłuż, żeby lewa połówka skręciła w lewo a prawa w prawo. Pokazano to podobno dobre kilkanaście lat temu.

Program doczekał się kilku spin-offów:

  • "Die Sendung mit dem Elefanten" (Program ze słoniem) - Podobna koncepcja tylko adresowana do dzieci w wieku 3-6 lat. Poruszane tematy są prostsze i prościej przedstawione.
  • "Kochen mit der Maus" (Gotowanie z myszą) - Dokładnie to, co mówi tytuł.
  • "Bibliothek der Sachgeschichten" (Biblioteka przyrody i techniki) - W programie puszczane są po kolei alfabetycznie filmiki Armina, już bez piosenek, wierszy, filmów animowanych itd.

Wydawana jest cała masa książek do programu, od kolorowanek dla dzieci do bardzo rzeczowych książek dla 12-14 latków pisanych stylem Armina (często przez niego samego jako autora lub współautora). Wiele z tych książek dostępne jest jako audiobook. Bibliothek der Sachgeschichten dostępna jest jako seria na DVD. Myszkę i Słonika można kupić jako pluszową maskotkę w niemal każdym sklepie z zabawkami, wizerunki ich umieszczane są na wszelkich artykułach szkolnych, ubraniach, butach, zabawkach itd.

Myszka i słonik (Die Sendung mit der Maus), Erfurt, Niemcy

Myszka i słonik (Die Sendung mit der Maus), Erfurt, Niemcy

Dwa razy w roku zespół realizuje wielki quiz-show na żywo z udziałem mnóstwa znanych ludzi, emitowany w prime-time i bardzo popularny.

Nowy odcinek Myszy można zobaczyć w każdą niedzielę na KiKa o 11:30, oraz na ARD o tej samej porze (chyba  że koliduje z jakimś sportem, wtedy wcześniej).

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Telewizja

Komentarze: (1)

Kosy i osy

U sąsiadki na balkonie gniazdo założyły kosy.

Gniazdo kosów na balkonie

Gniazdo kosów na balkonie

A u nas tylko osy.

Gniazdo os w kasecie rolety

Gniazdo os w kasecie rolety

A jakże to, żeby od jednej litery tak wiele zależało?

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Ciekawostki

Skomentuj

Lost in translation: Pączki na studiach

Dziś o innym dowcipie:

Rozmawiają dwa pączki:
- Co tam u ciebie? 
- Złożyłem papiery na studia.
- I co, przyjęli cię?
- No co ty? Pączka?

Taki sobie dowcip abstrakcyjny. Może nie tak głupi jak ten o głuchych gołębiach, ale też słaby. Ale uwaga: To też jest tłumaczenie całkiem niezłego dowcipu niemieckiego. Zaczyna się on mniej więcej tak:

Zwei Berliner sprechen miteinander.

Oczywiście można to przetłumaczyć jako Rozmawiają dwa pączki, ale nikt normalny tak tego nie zrozumie. Normalny człowiek zrozumie to jako Rozmawiają dwaj berlińczycy. Dowcip jest w ostatnim zdaniu:

Einen Berliner? 

Użycie rodzajnika nieokreślonego sugeruje, że jednak nie chodzi tu o Berlińczyka tylko właśnie o pączka. Dokładnie tak jak u Kennedy'ego oświadczającego na Checkpoint Charlie Ich bin ein Berliner! - Jestem pączkiem!

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Język

Komentarze: (3)

Żegnaj NRD (4): Teraz na Zachód

Wspólny wyjazd do NRD zaczynał się oczywiście w Warszawie. W Polsce wszystko (zwłaszcza urzędy centralne) musi być w Warszawie, reszta kraju nie istnieje. W RFN na przykład odpowiednik Trybunału Konstytucyjnego jest w Karlsruhe, odpowiednik Instytutu Meteorologii w Offenbachu itd. W ten sposób nie dzieli się kraju na stolicę i pustynię. Oczywiście w NRD też wszystko było w Berlinie. Ups, przepraszam, w Berlinie, stolicy NRD.

Pocztówka z Berlina - stolicy NRD, ok. 1984

Pocztówka z Berlina - stolicy NRD, ok. 1984

Po wojnie Berlin został podzielony na cztery strefy okupacyjne, po jednej dla USA, Wielkiej Brytanii, Francji i ZSRR. Z trzech stref należących do mocarstw zachodnich powstała enklawa nazywana Westberlin - Berlin Zachodni. Nie będę opisywał jak do tego doszło, ja zajmuję się późnym NRD. Kto chce, niech sobie doczyta gdzie indziej, temat jest interesujący. Ale do czego zmierzam? Otóż zachodnia część Niemiec przyjęła za stolicę stosunkowo niewielkie Bonn, a to w celu podkreślenia tymczasowości tego rozwiązania. NRD, jak zwykle schizofrenicznie, z jednej strony chciała podkreślić że to oni są prawdziwymi Niemcami, a ci z zachodu to kadłubek i sługusy imperialistów, z drugiej strony musiała się odciąć od wilhelmińskiej i narodowosocjalistycznej przeszłości. Więc z jednej strony pozostawiono stolicę w Berlinie, ale z drugiej to wcale nie był już Berlin tylko Berlin, Hauptstadt der DDR (Berlin, stolica NRD). Zastrzeżenie: Proszę pamiętać że piszę o późnym NRD, wcześniej używano innych nazw.

Wiec znowu do Warszawy. Co ciekawe, ze Szczecina do Berlina jest 150 km, do Kopenhagi 350, do Pragi 500 a Warszawa jest dopiero czwartą pod względem odległości od Szczecina stolicą europejską. Nie dziwcie się wiec mojemu narzekaniu na konieczność jeżdżenia tak daleko na wschód.

Na szczęście w Warszawie mam rodzinę u której mogę się zatrzymać. Bo jednak jechanie całą noc pociągiem do Warszawy, załatwianie spraw w dzień i wyjazd znowu wieczorem w prawie całodobową podróż pociągiem (1000 km) to dużo nawet na 18-latka. A spraw do załatwienia było a było. Tego dnia otrzymaliśmy paszporty (jeden z kolegów pomyłkowo dostał stempel na ZSRR zamiast kraje bloku i miał dodatkowy stress) i legitymacje studenckie Politechniki Warszawskiej (ze względu na krajowe ubezpieczenie zdrowotne i zniżki na pociągi i komunikację miejską). Dalej musieliśmy jeszcze załatwić sobie międzynarodowe legitymacje studenckie Międzynarodowego Związku Studentów, zrobić dodatkowe zdjęcia legitymacyjne itp.

Legitymacja Międzynarodowego Związku Studentów, PRL, 1984

Legitymacja Międzynarodowego Związku Studentów, PRL, 1984

Wreszcie wyjechaliśmy. Sporą grupą, bo razem ci którzy jechali do Drezna, do Lipska i do Ilmenau. Pociąg jechał przez Drezno (gdzie wysiedli Drezdeńczycy) do Lipska. W Lipsku Lipszczanie pojechali do akademika, a my zgodnie z planem do polskiego konsulatu, gdzie mieliśmy otrzymać pierwsze marki. Na początku każdego roku akademickiego przysługiwało nam 100 marek NRD na zagospodarowanie.

Studia zagraniczne w krajach bloku wschodniego odbywały się na podstawie wzajemnych umów międzyrządowych o wymianie studentów. Studenci studiujący za granicą otrzymywali stypendium od rządu polskiego, za akademiki płacili symbolicznie (1 marka NRD za miesiąc i to chyba nawet płacona przez konsulat - bo nie pamiętam żebyśmy płacili z własnych kieszeni) i nie płacili żadnych opłat za studia. Na tych samych zasadach studenci z innych krajów bloku studiowali w Polsce. Stypendium wynosiło 11 a potem 12 marek NRD dziennie przy założeniu 30 dni w miesiącu. Czyli co miesiąc otrzymywaliśmy dokładnie 330 a potem 360 marek NRD. Przeliczając po ówczesnym kursie czarnorynkowym było to około 1,5 dolara na dzień - czyli w dzisiejszych realiach tyle co nic - jednak takie przeliczenia są całkowicie anachroniczne. Porównując tę sumę z kosztami utrzymania (wrócę jeszcze do tego tematu w którymś z następnych odcinków) wychodziło że nawet bez jakichkolwiek dodatkowych dochodów można było za taką kwotę bez większego problemu wyżyć. Dla porównania: średnia płaca w NRD w tym okresie wynosiła około 800 marek.

Tak więc wysiedliśmy z pociągu na dworcu w Lipsku (to największy dworzec czołowy w Europie), pożegnaliśmy Lipszczan i zostaliśmy w piętnastkę nowych studentów plus opiekun który właśnie zdał na drugi rok. Większa część tej szesnastki stanęła bezradnie na peronie i zaczęła się naradzać. Przeciętny Polak był wtedy jeszcze bardziej przyzwyczajony do wszechobecnej nadopiekuńczości i o wiele bardziej bezradny w nowych sytuacjach niż dziś. Wraz z kolegą z mojej klasy (nazwijmy go D.) oraz innym kolegą (nazwijmy go P.) jako bardziej obrotni usiłowaliśmy przejąć dowodzenie, ale jakoś nikt naszych propozycji nie słuchał. Po paru minutach namawiania mieliśmy dosyć i we trójkę z D. i P. skierowaliśmy się do przechowalni bagażu i dalej do tramwaju (adres konsulatu mieliśmy, a ja kupiłem jeszcze w Polsce plan Lipska).

Plan Lipska, NRD, ok. 1980

Plan Lipska, NRD, ok. 1980

W tramwaju (jakie to NRD małe) spotkaliśmy polskiego doktoranta z Ilmenau, również zmierzającego do konsulatu i trafiliśmy na miejsce na dobry kwadrans przed resztą peletonu. Tam zainkasowaliśmy nasze po 100 marek. Oczywiście każdy miał oprócz tego mniej lub więcej marek przywiezionych z domu w kieszeni.

Marka NRD, podobnie jak złoty polski tamtych czasów, nie były prawdziwymi pieniędzmi. Zarówno ceny jak i płace były ustalane urzędowo, w całkowitym oderwaniu od kosztów produkcji, popytu, podaży i logiki, więc te pieniądze nie były miernikiem czegokolwiek. Jedynym porównaniem z prawdziwym pieniądzem był kurs czarnorynkowy marki RFN. (Poświęcę temu zagadnieniu osobny odcinek). NRD-owskie władze miały na punkcie swoich marek dużego hopla, na przykład nie wolno było ich wywozić za granicę. W ogóle. Ani monety. Ani nawet książeczki oszczędnościowej. Teoretycznie przed przekroczeniem granicy w stronę "na zewnątrz" należało zdać wszystkie posiadane marki NRD do depozytu, a przy wjeździe odebrać je. Ponieważ ścisłe przestrzeganie tego przepisu było niemożliwe (No jak oddać marki do depozytu jadąc pociągiem? No jak? Pociąg ma czekać?), to nikt tego tak bardzo nie sprawdzał, ale przepis ten świetnie nadawał się do szykanowania osób jadących tranzytowo samochodem (o tym też będzie osobny odcinek). Dotknęło mnie to kiedyś osobiście jeszcze w końcu 1989.

Z Lipska już bez przygód pojechaliśmy pociągiem do Ilmenau, chyba z przesiadką w Erfurcie (Chyba? Kurczę, to już 25 lat, trzeba to wszystko szybko spisać bo jeszcze więcej zapomnę) i wylądowaliśmy na miejscu ciepłym, sierpniowym  popołudniem. Zostaliśmy tymczasowo zakwaterowani i czekał nas kolejny kurs przygotowawczy.

Ale o tym już w następnym odcinku.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (2)

Dzwonnica zaczepna, konfesjonał taktyczny

Na wystawie modelarskiej zobaczyłem coś takiego:

Dzwonnica przewoźna

Dzwonnica przewoźna

 

Konfesjonał przewoźny

Konfesjonał przewoźny

Według opisu to przewoźny konfesjonał oraz przewoźna dzwonnica. Oczywiście niemieckie, z WWII. Zastanawia mnie, że konfesjonał ma jedno miejsce klęczące dla penitenta, a drugie siedzące.

EDIT: Dopatrzyłem się później - Miejsce siedzące jest dla ewangelików, klęczące dla katolików.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Ciekawostki

Skomentuj

Żegnaj NRD (3): Droga na Zachód przez Wschód

Jak już wspomniałem w poprzednim odcinku, moje kontakty z NRD w latach 70-tych i wczesnych 80-tych ograniczały się do jeżdżenia na zakupy, oglądania telewizji i uczenia się niemieckiego w szkole. Jak się więc stało że wylądowałem w NRD? Jak to zwykle w życiu - przypadek.

Kiedy zbliżał się już koniec liceum trzeba było podjąć decyzję - co dalej. Interesowałem się wtedy intensywnie elektroniką i komputerami, z tym że komputerami raczej teoretycznie. ZX-81 można było zobaczyć co najwyżej w telewizji, książek i innych materiałów po polsku jeszcze nie było, żeby się czegokolwiek dowiedzieć tłumaczyłem sobie z czeskiego cykl artykułów o 8080 z pisma "Amatérské rádio" (mam ten zeszyt z tłumaczeniem do dziś). Pisałem na papierze programy w assemblerze, bez szans na puszczenie ich gdziekolwiek. Moim marzeniem było studiowanie elektroniki na Politechnice w Warszawie.

Dostanie się na studia w tych czasach nie było tak łatwe jak dzisiaj. Dziś tak naprawdę to wystarczy zapłacić i jakieś miejsce na jakichś zasadach się znajdzie. Wtedy nie - trzeba było zdać egzamin, a ponieważ papiery można było złożyć tylko na jedną uczelnię to w przypadku niepowodzenia robił się spory problem. Studia płatne, gdzie biorą wszystkich praktycznie bez odsiewu jeszcze nie istniały. Do tego jeszcze liczyły się punkty za pochodzenie - a ja, mały żuczek z prowincjonalnego Szczecina miałem za rodziców inżynierów.

Pewnego razu w szkole pojawił się poprzednioroczny maturzysta i zachęcał do studiowania za granicą. Opowiadał o własnych doświadczeniach na studiach w NRD, w Ilmenau, na informatyce. Jako maminsynek który nigdy nie był nawet na koloniach, tylko zawsze na wczasach z rodzicami, nawet nie rozważałem wyjazdu na studia za granicę. Wymyśliłem natomiast inną koncepcję: Ponieważ egzaminy na studia zagraniczne miały być wcześniej niż na studia krajowe, to złożę papiery też tam i będę miał trening przed tym właściwym egzaminem. Namówiłem na taką akcję jeszcze trzech kolegów z klasy, załatwiliśmy wszystkie formalności, trzech z nas wybrało uczelnię w Ilmenau (na której studiował kolega namawiający) czwarty, świetny matematyk, wybrał informatykę (taką bardziej matematyczną) na uniwersytecie w Dreźnie. No i pojechaliśmy na egzaminy. Na wschód. Do Radomia. Nawiasem mówiąc z klasy jeszcze dwóch kolegów pojechało na germanistykę do Lipska (ale jako laureaci olimpiady przedmiotowej nie zdawali egzaminów), jeden w następnym roku pojechał studiować w ZSRR a jeszcze jeden na medycynę do Rostoku.

W Radomiu, na Wyższej Szkole Inżynierskiej, odbywały się centralne egzaminy na zagraniczne studia techniczne. Do różnych krajów bloku (ZSRR, NRD, Czechosłowacja, Węgry i nie pamiętam co jeszcze). Egzamin trwał chyba 3 dni, pisemny z matematyki, fizyki i niemieckiego. Zakwaterowanie w standardowym akademiku, jedzenie w stołówce w której w ogóle nie było noży (smarowanie chleba masłem przy pomocy trzonka łyżki to traumatyczne przeżycie). Radio z kołchoźnika nastawiane centralnie przez panią z dyżurki (ponieważ do wyboru był tylko PRII i PRIII, nie był to aż taki problem). No ale czasy były ogólnie ciężkie. Nawet na wczasach sztućce dostawało się do użytku za pokwitowaniem.

No i, całkowicie niespodziewanie, wszyscy się dostaliśmy. A ponieważ lepszy wróbel w garści, to również wszyscy zdecydowaliśmy się jechać. Tylko jeszcze trzeba było odbębnić prawie dwutygodniowy obóz przygotowawczy, również w Radomiu.

Na obóz przygotowawczy przyjechaliśmy lepiej przygotowani, to znaczy z własnymi nożami. Obóz składał się przede wszystkim z wykładów, czasem nudnych, czasem bardzo interesujących. Najbardziej zapadł mi w pamięć wykład jakiegoś ówczesnego członka KC PZPR na temat społecznego odbioru religii w Polsce i różnych krajach bloku. Spodziewałem się nachalnej, prymitywnej propagandy, tymczasem wykład był po prostu świetny - rzeczowy, fachowy i interesujący. Oprócz tego z każdej uczelni pojawił się polski student z wyższego roku jako opiekun grupy (i oczywiście żeby jako pierwszy poznać dziewczyny). Pamiętam jeszcze koncert Daabu (bardzo fajny) i grupową wycieczkę po okolicy. Na wycieczce jedliśmy obiad w jakiejś wiejskiej knajpie, opiekun grupy poprosił na koniec o rachunek i usłyszał: "Jaki rachunek!? Tu trzeba pieniędzy!". Bywaliśmy też grupowo w kinie, oglądaliśmy na przykład "Ucieczkę z Alcatraz" z Clintem Eastwoodem (nawiążę do tego w jednym z następnych odcinków). Film był co prawda sprzed pięciu lat, ale wtedy jak na zachodni film w kinach była to świeżynka.

Obóz przetrwaliśmy, następne spotkanie w Warszawie, bezpośrednio przed wyjazdem. I znowu na Zachód przez Wschód - 525 km na wschód, w Polskę, żeby pojechać 450 km na południowy zachód. I oczywiście z tymi wszystkimi bagażami - bo nie można było tak po prostu pojechać sobie do domu po resztę rzeczy, o nie.

Istniało wtedy parę rodzajów paszportów. Podstawowym był paszport turystyczny w kolorze niebieskim, wydawany na wyjazdy turystyczne. Odmiana tego paszportu była zwana "S"-ką, od wydrukowanej na okładce litery S. Nie pamiętam, czy to S pochodziło od "sponsorowany" czy "sportowy", ale paszportów takich używali głównie sportowcy. Drugim typem paszportu był paszport służbowy, w kolorze zielonym, używany do wyjazdów służbowych. Trzecim typem był czerwony paszport dyplomatyczny. Zakres ważności paszportu (ZSRR, kraje socjalistyczne plus Jugosławia minus ZSRR, wszystkie kraje świata) określał całostronicowy stempel. Według dzisiejszych standardów wystarczałoby wsiąść w pociąg i już. Ale w realnym socjalizmie nic nie mogło być proste. Po pierwsze, paszportu nie można było mieć w domu. Paszport dostawało się do ręki krótko przed wyjazdem i zaraz po przyjeździe trzeba go było zdać. Paszporty turystyczne przechowywało odpowiednie dla miejsca zameldowania Biuro Paszportów, podległe zasadniczo Służbie Bezpieczeństwa. Paszporty służbowe przechowywał pracodawca (w moim przypadku Politechnika Warszawska), jak było z dyplomatycznymi nie wiem. Ale w realnym socjalizmie nic nie mogło być nawet tylko trochę skomplikowane. Po drugie z samym paszportem nie można było przekroczyć granicy. Niezbędne było posiadanie Karty Przekroczenia Granicy. Teoretycznie był to taki papierek do celów statystycznych, drukowana na czarno KPG na paszport turystyczny walała się w dowolnych ilościach we wszelakich urzędach. Żeby wyjechać na paszport turystyczny i tak trzeba było mieć jeszcze zaproszenie albo brać udział w wycieczce zorganizowanej. Natomiast swoją prawdziwą, totalitarną naturę pokazywała drukowana na zielono Karta Przekroczenia Granicy na paszport służbowy.

Karta Przekroczenia Granicy na paszport służbowy, PRL, 1988

Karta Przekroczenia Granicy na paszport służbowy, PRL, 1988

Karta Przekroczenia Granicy na paszport służbowy, PRL, 1988

Karta Przekroczenia Granicy na paszport służbowy, PRL, 1988

Zielona KPG nie walała się nigdzie. Teoretycznie powinien wydawać ją pracodawca, będący równocześnie właścicielem paszportu. Nam przysługiwały 4 KPG w roku, ale oczywiście nie można było dostać czterech na raz. Czyli w praktyce za każdym przyjazdem do domu (450 km * 2) musiałem pojechać do Warszawy do Działu Współpracy z Zagranicą Politechniki Warszawskiej (następne 525 km * 2). Zdarzała się możliwość załatwienia karty z innego źródła, ale był w tym następny haczyk: Dostawało się zazwyczaj czysty druk, a do przekroczenia granicy niezbędny był stempel zakładu pracy na nim. A stempel zakładu pracy to trzymano w sejfie albo zapieczętowanym pomieszczeniu razem z teleksem i nie było łatwo namówić kogoś na przyłożenie go do dokumentu, który z definicji wędrował do odpowiedniej komórki SB. Widziałem desperatów stemplujących KPG przy pomocy "Drukarenki", czyli zabawki w której z literek można było złożyć stempelek z napisem, w niczym nie przypominający prawdziwego stempla zakładu pracy.

Międzynarodowy bilet na pociąg, NRD, 1987

Międzynarodowy bilet na pociąg, NRD, 1987

Nadopiekuńczość państwa. Aby wyjechać za granicę trzeba było mieć paszport. Teraz też. Ponieważ obywatel mógł o tym nie wiedzieć, przy zakupie biletu kolejowego pani w kasie sprawdzała posiadanie paszportu. Jakiegokolwiek. Niekoniecznie należącego do osoby kupującej. Bez paszportu nie można było kupić biletu. Nie można i już. Sama idea nie jest może taka zła. Przynajmniej dopóki patrzymy na nią z osobna, bez uwzględnienia pozostałych uwarunkowań. A były one takie:

  • Na większość pociągów jeżdżących za granicę obowiązywały miejscówki.
  • Obłożenie tych pociągów, zwłaszcza w okresie różnych świąt było duże.
  • Paszport można było dostać do ręki najwyżej na parę dni przed wyjazdem.
  • Sam paszport i tak nie wystarczał do wyjazdu.

Skutek był taki, że jak się paszport do ręki dostało, to miejscówek już nie było. Czyli z idei którą może i dałoby się jakoś obronić (żeby obywatel na granicy nie rozczarował się jak, nie przymierzając, Polak zawrócony z lotniska w USA), robiła się jawna szykana potwornie utrudniająca życie i nic nie dająca. Kwintesencja PRL: Zrobimy ci dla twojego dobra tak fajnie, że ci się żyć odechce. Oczywiście trzeba było sobie jakoś radzić, więc można było pożyczyć paszport od kogoś, kto go akurat miał w domu (ale to było trudne, bo przecież prawie nikt nie miał go w domu na stałe), albo po prostu kupić miejscówkę na dowolny dzień, a pojechać i tak w takim terminie w jakim pojechać było trzeba. Czyli konsekwencją sprawdzania paszportów w kasie biletowej było zanegowanie instytucji miejscówki jako takiej. I oczywiście nie istniało żadne sprzężenie zwrotne między rzeczywistością a przepisami - przepisy były z definicji słuszne, a jak nie pasowały do rzeczywistości to tym gorzej dla rzeczywistości. Zresztą to akurat się do dziś nie za bardzo zmieniło. Przykłady z dwudziestu lat RP czytelnik może dośpiewać sobie sam.

Ciąg dalszy w przygotowaniu, jak znajdę chwile czasu to wyciągnę karton z dokumentami i pamiątkami i porobię zdjęcia. Gorzej będzie ze zdjęciami z NRD, robiłem slajdy a nie znam nikogo kto by miał przystawkę do skanowania slajdów.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (7)