W 1987 powstał plan żeby zrobić sobie wycieczkę na Węgry, do Budapesztu. Koncepcja była taka, że pojedziemy na pierwszego maja (taki pretekst ideologiczny) na zaproszenie tamtejszych studentów polskich zrzeszonych w ZSP (organizacjom młodzieżowym poświęcę chyba osobny odcinek). Nocować mieliśmy w tamtejszych akademikach, oczywiście na lewo. I się wybraliśmy, w trzy osoby. W banku wymieniliśmy marki NRD na forinty, kupiliśmy bilety na pociąg, i pojechaliśmy. Ach, najpierw jeszcze, specjalnie na tą okazję kupiłem od kolegi aparat fotograficzny - Zenit 12XP. Może nierewelacyjny technicznie, ale bardzo solidny.

Zenit 12XP Źródło: www.collection-appareils.fr
Była to spora wyprawa - na Węgry jest jednak daleko. Najpierw pojechaliśmy pociągiem do Drezna, tam przesiedliśmy się do pociągu relacji Rostock - Budapeszt (a może nawet Sofia? Nieważne.). Pociąg jechał i jechał, przez Czechosłowację wyglądało nawet że jako osobowy - zatrzymywał się co chwilę, stał długo a mimo to trzymał się rozkładu. Czescy WOP-iści na wjedzie nie robili problemów, natomiast później, na granicy węgierskiej Węgier wszedł do przedziału, spojrzał na nasze paszporty służbowe i zapytał ostro, po polsku: "Który raz w tym roku?". Różnych pytań się spodziewaliśmy, ale takiego to nie. Nie wiem czy uwierzył gdy powiedzieliśmy że pierwszy, ale nas wpuścił.
Pierwszy szok spotkał nas zaraz po ruszeniu z granicy - do pociągu, jadącego już od prawie doby, wsiedli ludzie i zaczęli go w czasie jazdy sprzątać! Czegoś takiego nie było nawet w NRD. Sam Budapeszt też różnił się od Polski czy NRD - nie był szary, smutny i zaniedbany tylko piękny i kolorowy. Gdyby nie socjalistyczne samochody i autobusy Ikarus można by go było pomylić z Zachodem.
Spaliśmy w akademiku różniącym się od tych małomiasteczkowych w Ilmenau - był to wielkomiejski, duży, kilkunastopiętrowy wieżowiec z pośpiesznymi windami. Zamiast na piechotę poruszaliśmy się świetnie działającą komunikacją miejską (studenci pożyczyli nam sieciówki), chodziliśmy do pięknych kawiarni, jedliśmy niedostępne gdzie indziej smakołyki jak lody z mielonymi kasztanami... Normalnie Zachód. Tamtejszy sklep spożywczy już wtedy praktycznie niczym nie różnił się od dzisiejszych supermarketów. Można było w nim kupić produkty zachodnich marek, być może nie oryginalne tylko licencyjne, ale zawsze.
Tamtejsi studenci polscy narzekali tylko na węgierski chleb - z domieszką mąki kukurydzianej, faktycznie niedobry. No ale raj na ziemi nie istnieje.
Na pochód pierwszomajowy oczywiście nie poszliśmy, byliśmy za to w wesołym miasteczku. Następnie wypisaliśmy sobie na papierze firmowym ZSP zaproszenie, żeby mieć podkładkę na uczelnię i na Politechnikę - w ten sposób nasz prywatny wyjazd stawał się służbowym i nie było problemu z nieuprawnionym użyciem paszportów. Potem jeszcze tylko blisko doba jazdy znowu do Ilmenau i koniec wycieczki. Powrót był dołujący. Szarość, szarość, szarość.
W następnym odcinku: Jeszcze dalej na Zachód - znowu przez Wschód.
]]>