Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Co można zrobić ze starej zajezdni tramwajowej

W Sachsenhausen była sobie zajezdnia tramwajowa. Kilka lat temu zbudowano nową zajezdnię, o wiele większą i w innym miejscu. A co zrobić z tą starą? Na przykład coś takiego:

Co można zrobić ze starej zajezdni tramwajowej

Co można zrobić ze starej zajezdni tramwajowej

W przebudowanym zespole znajduje się sklep spożywczy sieci REWE:

Co można zrobić ze starej zajezdni tramwajowej

Co można zrobić ze starej zajezdni tramwajowej

Redakcja Frankfurter Rundschau (ta gazeta to temat na osobną notkę o powolnym upadaniu prasy papierowej):

Redakcja Frankfurter Rundschau

Redakcja Frankfurter Rundschau

Knajpka:

Co można zrobić ze starej zajezdni tramwajowej

Co można zrobić ze starej zajezdni tramwajowej

 

 Oraz dzielnicowy oddział biblioteki miejskiej:

Co można zrobić ze starej zajezdni tramwajowej

Co można zrobić ze starej zajezdni tramwajowej

No i oczywiście parkhaus pod spodem. Całość zrobiona jest nieźle, gdy była tu zajezdnia był to martwy, niesympatyczny kwartał w bardzo atrakcyjnej lokalizacji, tuż koło dworca Südbahnhof. Ale najwięcej zyskała biblioteka - więc to dobra okazja na notkę o bibliotekach. Już wkrótce.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (3)

Sailing on the wide accountancy

Tuż obok browaru Bindinga i Wieży Henningera znajduje się taki oto budynek:

Budynek na Darmstädter Landstrasse

Budynek na Darmstädter Landstrasse

 

Budynek na Darmstädter Landstrasse

Budynek na Darmstädter Landstrasse

Świetny pomysł. Maszt, chociaż pionowy, natychmiast kojarzy się z bukszprytem. Tym budynkiem dopiero można by wypłynąć na szerokie wody międzynarodowej finansjery (jak to, jeżeli dobrze pamiętam, przetłumaczył Beksiński):

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (4)

Wieża Henningera

Wieża Henningera (Henninger Turm) jest jednym z symboli Frankfurtu.

Wieża Henningera

Wieża Henningera

Jest to zbiornik na zboże należący do niedawna do browaru Henningera. Wieżę zbudowano między 1959 a 1961 rokiem. W górnej części znajdowały się dwie obrotowe restauracje.

Wieża Henningera

Wieża Henningera

Wieża znana była w świecie między innymi dzięki corocznemu wyścigowi kolarskiemu Dookoła Wieży Henningera. Wyścig ten startował i kończył się właśnie na tej wąskiej uliczce, koło bramy zakładu. Odbywał się zawsze pierwszego maja.

Wieża Henningera

Wieża Henningera

Browar Henningera był firmą z wielkimi tradycjami, istniejącą już od roku 1655, najpierw pod inną nazwą, nazwisko Heinricha Henningera pojawiło się w nazwie od 1873 roku. Około roku 2000, po różnych perypetiach, browar stał się własnością sąsiedniej firmy - browaru Binding. Firma Binding jest trochę młodsza, ale w tym miejscu istnieje już od 1881. Produkcja została przeniesiona do Bindinga, a zakład Henningera został wyburzony.

Teren browaru Henningera

Teren browaru Henningera

Teren w tej dzielnicy (Sachsenhausen) jest niesamowicie drogi, pierwotny plan Henningera przewidywał sprzedaż terenu i przeniesienie produkcji do nowo wybudowanego zakładu gdzieś za miasto, jeszcze miało zostać im trochę kasy po tej akcji. Trochę nie wyszło. W planie jest zbudowanie tu osiedla domów mieszkalnych - metr kwadratowy mieszkania kosztuje w tej okolicy 4000+ EUR.

Teren browaru Henningera

Teren browaru Henningera

Część zakładu z drugiej strony ulicy też została wyburzona.

Browar Binding

Browar Binding

Została tylko wartownia

Teren browaru Henningera

Teren browaru Henningera

Teren browaru Henningera

Teren browaru Henningera

i oczywiście wieża - miasto nie zgadza się na jej wyburzenie, ale nie ma specjalnie koncepcji co z nią zrobić. Restauracja na górze nie działa już od dawna, tyle zostało z wejścia do niej:

Wejście do dawnej restauracji w wieży Henningera

Wejście do dawnej restauracji w wieży Henningera

Browar Bindinga jest tuż obok, przez płot:

Browar Binding

Browar Binding

Wyścig kolarski w ostatnich latach startował z szerszej ulicy sprzed bramy Bindinga, ale w tym roku zmienili się sponsorzy i nazwa. Wyścig nawet się tu już nie zbliża.

Browar Binding

Browar Binding

Browar Binding

Browar Binding

 

Loading
Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (7)

Dziwny obiekt na Bockenheimie

We Frankfurcie, w dzielnicy Bockenheim, niedaleko budynków Uniwersytetu (ale nie tych koło I.G.Farben-Haus) stoi sobie taki dziwny obiekt.

Pomnik Theodora W. Adorno, Frankfurt Bockenheim

Pomnik Theodora W. Adorno, Frankfurt Bockenheim

Musiałem trochę poszukać w sieci, żeby dowiedzieć się o co tu chodzi. Jest to pomnik Theodora W. Adorno - filozofa, socjologa, teoretyka muzyki i kompozytora. Może to wielki wstyd, ale przyznaję że wcześniej o nim nie słyszałem. (EDIT: Jednak słyszałem, tylko nie mam pamięci do nazwisk).

Pomnik Theodora W. Adorno, Frankfurt Bockenheim

Pomnik Theodora W. Adorno, Frankfurt Bockenheim

Pomnik robi niesamowite wrażenie - biurko, fotel, książki, pracujący metronom, lampa (podobno w nocy się świeci), tak na środku placu - po prostu odjazd.

Pomnik Theodora W. Adorno, Frankfurt Bockenheim

Pomnik Theodora W. Adorno, Frankfurt Bockenheim

Obiekt przyciąga wandali - na pierwszym zdjęciu widać pękniętą szybę, podobno to nie pierwszy raz.

Loading
Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (3)

Kinder Uni 2009

W tym roku Kinder Uni odbywało się na nowym terenie uczelni, właśnie tam gdzie I.G.-Farben-Haus. Zbudowano tam sporo nowych budynków dla uczelni, część jest jeszcze w budowie.

Uni Frankfurt

Uni Frankfurt

 

Uni Frankfurt

Uni Frankfurt

Nowa sala wykładowa jest naprawdę duża ale może być podzielona na dwie mniejsze. Całe wyposażenie jest nowe i najlepsze jakie było dostępne.

Kinder-Uni 2009

Kinder-Uni 2009

 

Plakat Kinder-Uni 2009

Plakat Kinder-Uni 2009 Żródło: www.kinderuni.uni-frankfurt.de

Tym razem udało mi się być z dzieckiem tylko na dwóch wykładach. Jeden był o lataniu przy pomocy gazów, prowadził go doktor chemii zajmujący się kształceniem nauczycieli chemii. Wykład był dobry, chociaż efekciarski. Prowadzący puszczał balon na ogrzane powietrze,

Kinder-Uni 2009

Kinder-Uni 2009

podpalał balon wypełniony wodorem,

Kinder-Uni 2009

Kinder-Uni 2009

wystrzeliwał w powietrze puszkę również wypełnioną wodorem, napełniał parami benzyny butelkę i robił z niej rakietę prowadzoną na sznurku. Udało mi się zrobić zdjęcie startującej puszki (wiem, mocno ruszone, ale i tak cud że się udało złapać właściwy moment).

Kinder-Uni 2009

Kinder-Uni 2009

Drugi wykład był z medycyny sportowej, na temat wpływu aktywności fizycznej na sprawność umysłową.

Kinder-Uni 2009

Kinder-Uni 2009

Na tym nawet się czegoś nowego dowiedziałem - mieli tam taką platformę pokazującą rozkład obciążeń, kazali stawać na niej na jednej nodze, potem zamykać oczy i rejestrowali ruch środka ciężkości. Interesujące było gdy osobie stojącej na jednej nodze zadawali coś do policzenia w pamięci - środek ciężkości porusza się wtedy dużo bardziej niż przy zamkniętych oczach.

Kinder-Uni 2009

Kinder-Uni 2009

Impreza jest naprawdę fantastyczna, nie słyszałem żeby w Polsce organizowano coś podobnego. A przecież to niewiele kosztuje, myślę że może nawet przynosić zyski ze sprzedaży koszulek, gadżetów i wpływów od sponsorów (imprezę sponsoruje na przykład czasopismo GEOlino, dziecięca wersja pisma popularnonaukowego GEO).

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Edukacja, Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (3)

Kinder Uni 2008

W budynku I.G.-Farben byłem przy okazji. Dziś o tej okazji.

I znowu będzie o edukacji. Tym razem nie o telewizji, tylko o imprezie organizowanej co roku przez miejscowy uniwersytet.

Impreza ta nazywa się Kinder Uni (Uniwersytet dziecięcy) i jest adresowana do dzieci w wieku od 8 do 12 lat. Jest to tygodniowy cykl wykładów prowadzonych przez wykładowców z uczelni. Każdego dnia z innej branży. Codziennie odbywają się trzy wykłady, dwa przed południem dla grup dzieci ze szkoły, po południu jeden dla wszystkich chętnych.

Plakat Kinder-Uni 2008

Plakat Kinder-Uni 2008 Źródło: www.kinderuni.uni-frankfurt.de

W zeszłym roku byłem z synem na wszystkich pięciu wykładach. A były one o:

  • Szyfrach i kodach. Dość ciekawie poprowadzony wykład, ale dla 8-latków trochę za trudny. Na koniec był konkurs do zrobienia - chodziło o rozszyfrowanie kawałka tekstu. Rozkodowałem go przy pomocy komputera, wątpię żeby jakiemuś dziecku chciało się policzyć na piechotę częstości występowania znaków w kilkusetznakowym tekście i rozszyfrować go ręcznie.
  • Topologii - obliczeniach na węzłach. Też dość ciekawy, ale mniejsze dzieci trochę nudziło.
  • Kometach - ten był bardzo fajny, między innymi wykładowca ulepił kometę z suchego lodu, wody, amoniaku, kurzu i sosu sojowego - patrz zdjęcie. Przepraszam za słabą jakość zdjęcia, ale sala była dość ciemna a miałem ze sobą tylko ten gorszy aparat.
Kinder-Uni 2008 - lepienie komety

Kinder-Uni 2008 - lepienie komety

  • Komputerach. Wykład składał się z dwu części. W pierwszej wykładowca przedstawił podstawy techniki cyfrowej, bardzo fajnie zrobił licznik binarny na dwie cyfry z dwóch pudełek po filmach, potem pokazywał licznik na wyłącznikach ale spieszył się tak bardzo, że ja (Dipl. Ing. Technische Informatik) nie nadążyłem, a co dopiero dzieci. W drugiej części jakiś emerytowany profesor medycyny, który podobno był pionierem centrów obliczeniowych dla celów medycznych w Niemczech, próbował brać dzieci na nostalgię pokazując zabytkowy sprzęt. Owszem, miał trochę naprawdę niezłych eksponatów, na przykład moduł lampowy od IBM-a, ale dzieci się przecież na nostalgię nie łapią.
Kinder-Uni 2008 - stary sprzęt komputerowy

Kinder-Uni 2008 - stary sprzęt komputerowy

  • Mięczakach. Ten wykład był świetny, zrobili prawdziwy show, doktoranci występowali w strojach roboczych (pianka do nurkowania, strój do chodzenia po dżungli itp.), ktoś ukryty animował kukiełkę ośmiorniczki komentującej wykład itp.
Kinder-Uni 2008

Kinder-Uni 2008 Źródło: www.kinderuni.uni-frankfurt.de

Przed każdym wykładem dzieci dostają dwie kartki, zieloną i czerwoną i przy ich pomocy odpowiadają na pytania zadawane sali. Otrzymują też kartki z testem z materiału z wykładu, po wykładzie wypełniają je i wśród uczestników losowane są nagrody. Każde dziecko otrzymuje również "legitymację studencką" i stempelek za każdą obecność na wykładzie, wśród uczestników z trzema lub więcej stempelkami losuje się nagrody (najczęściej prenumeratę pisma GEOlino). Dzieci zapoznawane są też z uczelnianym savoir-vivre, na przykład z tym że aprobatę wyraża się stukając kostkami palców zwiniętej w pięść dłoni w blat.

Przed salą wykładową sprzedawane są książki i gadgety edukacyjne oraz T-shirty z logo imprezy. T-shirty schodzą jak ciepłe bułeczki.

Trochę o technice:  W zeszłym roku wykłady odbywały się w starym (znaczy lata na oko 60-te) budynku na Bockenheimie, problem był taki, że w tej okolicy nie sposób zaparkować za darmo. Sala wykładowa była spora, ale cokolwiek zużyta i dość ciemna. Szczegóły doświadczeń są pokazywane na dużym ekranie (jedna kamera stoi na dole, blisko wykładowcy, druga pokazuje widok ogólny sali). Wykłady były na tej samej zasadzie transmitowane do drugiej sali wykładowej (na wykładzie o mięczakach było tyle dzieci, że rodzice musieli przejść do drugiej sali).

Kinder-Uni 2008

Kinder-Uni 2008

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Edukacja, Jak to się robi w Niemczech?

Skomentuj

I.G.-Farben-Haus (2)

Dziś dalej zwiedzamy I.G.-Farben-Haus.

Wnętrze budynku zostało gruntownie wyremontowane (parę lat stał pusty, więc i tak nie dało rady inaczej). Jednak gdzieniegdzie pozostał pierwotny wystrój.

Klatki schodowe, jak w latach 30-tych.

I.G.Farben-Haus klatka schodowa

I.G.Farben-Haus klatka schodowa

Hall wejściowy w marmurach.

I.G.Farben-Haus hall

I.G.Farben-Haus hall

 

I.G.Farben-Haus hall

I.G.Farben-Haus hall

 

I.G.Farben-Haus hall

I.G.Farben-Haus hall

Tu dobrze widać łuk części centralnej.

I.G.Farben-Haus korytarz

I.G.Farben-Haus korytarz

 

I.G.Farben-Haus korytarz

I.G.Farben-Haus korytarz

Rotunda z kawiarnią.

I.G.Farben-Haus rotunda

I.G.Farben-Haus rotunda

Drzwi windy w mosiądzach.

I.G.Farben-Haus winda

I.G.Farben-Haus winda

No i absolutny hit - działające windy paternoster. Jest ich tam kilka, chyba po jednej na skrzydło (nie sprawdzałem), czyli sześć. (EDIT: Jednak osiem, w skrajnych skrzydłach są po dwa.)

I.G.Farben-Haus - paternoster

I.G.Farben-Haus - paternoster

Poprzednio działające paternostery widziałem jako dziecko w pierwszej połowie lat 70-tych w DOKP Szczecin i w jeszcze jednej firmie w Szczecinie, potem je tam zlikwidowali.

Jest to jednak technologia dla zdrowych i przytomnych - spróbowałem pojechać, pewnie się starzeję, ale nie podobało mi się. Mój syn (8) nie odważył się, nawet ze mną. Nie dziwię się, ja w tym wieku też się bałem, w końcu pojechałem z dziadkiem ale wtedy nie było takiego nacisku na bezpieczeństwo. Teraz i w tym ustroju jesteśmy mli-mli, ale myślę że to dobrze. Są w życiu lepsze nagrody niż Nagroda Darwina.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (6)

I.G.-Farben-Haus (1)

Mamy tu, we Frankfurcie, jeden jedyny budynek zaliczany do największych dzieł architektury światowej. Już od dawna chciałem go zobaczyć, wreszcie trafiła się ku temu okazja. O okazji będzie notka innym razem, teraz o samym budynku.

Wchodząc na teren mijamy najpierw wartownię zamienioną na nie wiadomo co, chyba palarnię.

I.G. Farben Haus - wartownia

I.G. Farben Haus - wartownia

Budynek został po wojnie zajęty przez Amerykanów, mieściło się tam Dowództwo Europejskie Stanów Zjednoczonych, czyli ich sztab na całą Europę. Chyba już wszyscy kojarzą, o jaki budynek chodzi - jest to I.G.-Farben-Haus.

Nie da się już oddzielić samego budynku od jego inwestora i pierwszego użytkownika. Koncern I.G.-Farben kojarzy się baaaardzo źle, słusznie zresztą, skojarzenia bardzo obciążają też budowlę.

Kiedy Amerykanie, w 1995, budynek ten opuścili powstał problem, co z nim zrobić. Z jednej strony wybitne dzieło i zabytek - zburzyć nie wypada, z drugiej strony żadna firma ani urząd nie chciałyby mieć takiego adresu - od razu minus 500 punktów do lansu. Zwyciężyła koncepcja przekazania terenu Uniwersytetowi - chyba najlepsza jaką można było podjąć.

I.G. Farben Haus

I.G. Farben Haus

 

I.G. Farben Haus

I.G. Farben Haus

I.G.-Farben Haus nie za bardzo pasuje do Frankfurtu - Frankfurt to czerwony piaskowiec, a ten biurowiec pokryty jest kamieniem w kolorze szarożółtawym. Budynek jest wielki i ma rozmach - Speer by się go nie powstydził.

I.G. Farben Haus

I.G. Farben Haus

 

I.G. Farben Haus

I.G. Farben Haus

Bryłę budynku tworzy sześć skrzydeł połączonych lekko łukowatą częścią centralną. I to wygięcie jest chyba najlepszym pomysłem architekta - gdyby nie to, byłby to standardowy, nudny i ciężki biurowiec dużego koncernu.

I.G. Farben Haus

I.G. Farben Haus

W rotundzie obecnie znajduje się kawiarnia.

I.G. Farben Haus

I.G. Farben Haus

Do zespołu należy również  budynek kasyna, obecnie stołówka uniwersytetu.

I.G. Farben Haus - Kasyno

I.G. Farben Haus - Kasyno

 

I.G. Farben Haus - fontanna

I.G. Farben Haus - fontanna

 Po długiej dyskusji postanowiono zostać przy nazwie I.G.-Farben-Haus. Architekta budynku, Hansa Poelziga (budynek I.G.-Farben znany był również jako Poelzig-Haus), uczczono nazywając jego imieniem budynek kasyna.

Patrząc na to, co wyprawiali managerowie I.G.-Farben w czasie wojny można uwierzyć w realność Dukajowej Formy tego miejsca - wcześniej na tym terenie stał dom wariatów. Sztab armii amerykańskiej też trudno uznać za normalną instytucję, RAF robiącą tu zamach bombowy tym bardziej.

Zamach bombowy w budynku I.G.Farben, 1972

Zamach bombowy w budynku I.G.Farben, 1972 Żródło: Wikipedia

Loading
Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (3)

Żegnaj NRD (28): Powrót. Dół

RFN dla przybysza ze Wschodu było wspaniałe, ale czas było powoli wracać. Nie wszyscy tak uważali - jeden z polskich studentów z czwartego roku też był wtedy w RFN, w Monachium, i zdecydował się zostać. Rezygnując z ostatniego semestru, czyli dyplomu. Dziś ma firmę w USA.

Obywatele krajów socjalistycznych nie mieli dużego problemu z przeniesieniem się na Zachód. Jak już mieli w kieszeni paszport i znaleźli się w kraju zachodnim mogli po prostu zgłosić się w odpowiedniej instytucji (nawet nie wiem jakiej, ta opcja przed ukończeniem studiów mnie nie interesowała) i już. Otrzymywali oni pomoc finansową na start, lekcje języka, kursy zawodowe itp. Musieli tylko zadeklarować że są w swoim kraju prześladowani przez reżim komunistyczny. (NRD-owcy nic nie musieli deklarować, oni byli z definicji obywatelami RFN). Polacy intensywnie korzystali z tej możliwości - zorganizowane wycieczki na Zachód rzadko wracały w pełnym składzie do kraju. O ile dla NRD-owców decyzja o wyjeździe była ostateczna i nieodwracalna (będzie o tym odcinek), to Polacy po otrzymaniu obywatelstwa mogli przyjeżdżać do Polski, widywać się z rodziną itp.

Wróćmy jednak do tego, na jakich zasadach w ogóle tam pracowaliśmy. Było to oczywiście na czarno. M. interpretował przepisy tak, że wolno jest tak sobie pracować, zabronione jest tylko za to płacić. Stąd wersja w razie czego była, że my tu tylko tak się bawimy, bo nam do studiów potrzebne. Miałem ja jeszcze jeden problem - moja wiza była wystawiona tylko na miesiąc, po naradzie stwierdziliśmy że lepiej nie iść do urzędu przedłużyć, bo jak się nie zgodzą będę musiał wrócić od razu. Natomiast jak będę wyjeżdżał z opóźnieniem to i tak mi nic już nie zrobią, a już na pewno nie zatrzymają.

Ustalone wynagrodzenie dla mnie zostało zakupione już wcześniej - był to komputer Tandon PCA 20, Turbo AT (Turbo czyli 8MHz w odróżnieniu od zwykłego  6MHz), 20 MB HDD, Hercules, monitor mono zielony. Kosztowała taka maszyna bodajże 6600 DM, z tym że M. z pewnością miał spore rabaty a poza tym brał na firmę i wliczał ją sobie w koszty. (TUTAJ wyguglana reklama po francusku, tylko mój miał 1 MB RAM).  Jakość tego urządzenia przyprawiała mnie o opad szczęki jeszcze przez wiele lat - klawiatura jego była najlepsza, jaką w życiu widziałem, pracowałem na niej przez ponad 10 lat. Płytka drukowana płyty głównej była pod względem średnicy otworków i szerokości ścieżek technologicznie daleko do przodu w stosunku do innych widywanych przeze mnie urządzeń. Itd. itd.

Tandon PCA 20 z roku 1987

Tandon PCA 20 z roku 1987

Z wielkim żalem poodklejałem wszystkie znaczki firmowe i tabliczkę znamionową - bo komputery AT były na liście COCOM.

COCOM zajmował się pilnowaniem, żeby technologia nadająca się do wykorzystania militarnego nie dostawała się w ręce Rosjan. Na liście sprzętu którego nie można było wywozić do bloku wschodniego znajdowały się między innymi procesory 16-bitowe o większej wydajności, również wbudowane w urządzenia. Stąd nie można było eksportować na wschód nie tylko komputerów AT, ale również wielu modeli drukarek laserowych. Sprzęt znaleziony przez celników na granicy zostałby skonfiskowany.

Z M. udaliśmy się do sklepu kupić walizkę odpowiedniego formatu do transportu tej maszyny. M. był niesamowicie leniwy - zaparkował w parkhausie Karstadu na Zeilu, jak chciałem pójść do Kaufhofu (może 300 metrów) powiedział "To pojedziemy." (I tak byłoby bez sensu, Kaufhof nie ma parkhausu, ten Karstadu jest najbliższy).

Nakupiłem sobie trochę ciuchów, dyskietki na sprzedaż w NRD i inne rzeczy (już nie pamiętam dokładnie jakie), bilet na pociąg i wkrótce nadszedł dzień wyjazdu. Miałem swój plecak, walizę z komputerem (a obudowa jego była bardzo solidna i swoje ważyła) i torbę z rzeczami które zamierzałem zostawić w przechowalni w Berlinie, żeby ich nie ciągać dwa razy przez granicę (dyskietki też, hehehe). Z komputerem plan był taki, że wwiozę go legalnie do Polski z odprawą celną, a potem wywiozę na odprawę warunkową do NRD. Niestety brakło mi już rąk żeby zabrać monitor. M. obiecał że mi go przyśle pocztą, ale potem mu się nie chciało. Monitor stał podobno w magazynku przez parę następnych lat.

M. zawiózł mnie na dworzec, o mało się nie spóźniając (jak to on). Na granicy pogranicznicy RFN-owscy zauważyli, że wiza już mi upłynęła, ale się za bardzo nie czepiali. Najważniejsze że wyjeżdżałem. Chcieli tylko żeby podać gdzie przez ten czas mieszkałem - podałem adres mojego dalekiego krewnego z Frankfurtu, którego wtedy właśnie po raz pierwszy odwiedziłem i zobaczyłem. Bagażu nawet nie kazali pokazać.

Pamiętając o kontrolach Stasi w przechowalniach bagażu na ważniejszych dworcach, torbę z towarem oddałem do przechowania na nieistotnej stacji S-Bahnu w Berlinie. A potem na Lichtenberg i do Szczecina. Jeszcze tylko na stacji Szczecin Gumieńce (tam gdzie kontrola celna i paszportowa)  musiałem wysiąść i odprawić celnie mój komputer. Cła na komputery wtedy nie było, ale wolałem zrobić papier. Celnicy nie mieli pojęcia co to w ogóle jest ("Pan nam mówi że to komputer, ale skąd my możemy wiedzieć co to naprawdę jest?").

Odprawa celna komputera, PRL, 1987

Odprawa celna komputera, PRL, 1987

No i znowu cały ten cyrk: oddać paszport turystyczny, wziąć dowód, do Warszawy, oddać dowód, wziąć paszport służbowy, do Szczecina, do Ilmenau. Po drodze odprawiłem warunkowo komputer (czyli miałem na niego papier) i odebrałem torbę z przechowalni. Nienaruszoną.

Na uczelni musiałem się trochę tłumaczyć - powinienem był pojawić się tam już ze trzy tygodnie wcześniej. Bez świadków powiedziałem opiekunowi naszej grupy seminaryjnej, że pracowałem w czasie wakacji w RFN, a on na to: "Tak, my wiemy.". Cholera, nie rozgłaszałem tego, mówiłem tylko paru zaufanym osobom, ale oni (a raczej Oni) fotografowali wszystkie paszporty osób wyjeżdżających i robili z tego użytek. Kiedy zaproponowałem, że opowiem co ciekawego z branży widziałem i pokażę zdjęcia, nie było entuzjazmu. Raczej nie chcieli oglądać jak są zapóźnieni i wkurzać się, że taki Polak mógł sobie pojechać, a oni nie mogą.

No i mnie dopadło. Już po przyjeździe z Węgier można było dostać niezłego doła. Dół po powrocie z RFN był jak Rów Mariański.

Ale warto było. Nie chodzi tu nawet o ten przywieziony komputer czy inne towary. Warto byłoby nawet gdybym nie przywiózł ze sobą nic. Pozbycie się kompleksów było bezcenne.

Dalej o dołach w następnym odcinku.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Skomentuj

Żegnaj NRD (27): Nie samą pracą człowiek żyje, nawet na Zachodzie

M. wynajął dla nas poddasze domku w Maintalu o 200 metrów od jego domu. Znaczy normalne mieszkanie, dwa pokoje, łazienka, bez kuchni, ale i tak jeść chodziliśmy do M. Nasz dzień wyglądał tak, że wstawaliśmy około ósmej i szliśmy na śniadanie do M. Na śniadanie jedliśmy co chcieliśmy z lodówki, takich smakołyków w Polsce czy NRD nie było wcale. Chrupiące bułeczki (w Polsce chrupiące bułeczki były szeroko dyskutowanym symbolem wyższości kapitalizmu nad socjalizmem), super wędliny, ser Castello Blau i inne - dziś to samo można kupić w każdym supermarkecie w Polsce, ale wtedy wydawało się to nam prawdziwym luksusem. W Polsce szynkę to się jadło przede wszystkim na święta - tam (jak i dziś) na codzień.

Tymczasem M. leżał sobie na kanapie w szlafroku i rozmawiał przez telefon z rodziną w Rumunii. Dzień w dzień, przez godzinę-dwie. Nie było wtedy jeszcze tanich providerów, on tracił na te rozmowy majątek. Śniadania nie jadł, pił tylko parę super mocnych kaw (coś jak espresso, ale miał takie specjalne maszynki, na trzy łyżeczki kawy wchodził większy naparstek wody, potem fusy były chyba odwirowywane). Zanim się zebrał żeby pojechać z nami do firmy mijała dziesiąta a czasem i jedenasta. W. mówił, że jak nas nie było to M. rzadko był w firmie przed pierwszą. M. w firmie też nic nie jadł tylko kontynuował z kawa jak siekiera i papierosami, zapijając to jakimś mleczkiem na bóle żołądka. Pierwszy pokarm stały przyjmował gdy jechaliśmy o trzeciej-czwartej razem na obiad (a i to nie zawsze, bywało że jadł tylko kolację w domu). Na obiad jechaliśmy do Hessen Center, albo jedliśmy w jakichś imbissach na tym terenie przemysłowym gdzie była firma. Dziś - standard, wtedy dla nas - nowość. I jeszcze żeby nie te ceny w markach zachodnich. Na kolację jechaliśmy znowu do M., jego żona przygotowywała obfite posiłki znowu z takimi smakołykami jakich często dotąd w życiu nie widzieliśmy. A na deser winogrona albo lody, takich winogron nigdy wcześniej nie jadłem. Obżerałem się tak, że przez te dwa miesiące gdy tam byliśmy przytyłem dobre parę kilo.

M. z żoną nie mieli dzieci, dlatego traktowali nas jako ich zastępstwo. Żona M. karmiła nas najlepszym jedzeniem, M. dawał nam spore kieszonkowe (przez te dwa miesiące dostałem dobre tysiąc dwieście marek samego kieszonkowego) i zabierał nas na wycieczki. Zabrał nas na przykład na Strassenfest do Wiesbaden i kupił, jako atrakcję, chleb ze smalcem. Powiedzieliśmy mu, że jak chce nam coś kupować to lepiej coś, czego nie znamy, bo chleb ze smalcem to my możemy mieć na codzień w domu.

Zabierał nas też na kolacje z klientami do restauracji, byliśmy na przykład we francuskiej restauracji w Alt Sachsenhausen, tam dopiero zrozumiałem po co jest sos do mięsa.

Akurat we Frankfurcie były targi IAA, zabrał nas tam też. Porównanie pokazywanych tam samochodów z socjalistyczną motoryzacją było miażdżące. Dla mieszkańca bloku socjalistycznego pokazywanie tam samochody leżały w granicach między nieosiągalnym marzeniem a zupełną fantastyką. Fantastyką był na przykład concept-car Subaru (Subaru F-624 Estremo), bez lusterek zewnętrznych - zamiast nich były kamery i monitorki. Wstyd było mi robić zdjęcia moim Zenitem, trzymałem palec tak, żeby zasłaniał napis nad obiektywem.

Subaru F-624 Estremo na targach IAA 1987

Subaru F-624 Estremo na targach IAA 1987

Daihatsu TA-X80 

Daihatsu TA-X80 na targach IAA 1987

Daihatsu TA-X80 na targach IAA 1987

Peugeot Proxima

Peugeot Proxima na targach IAA 1987

Peugeot Proxima na targach IAA 1987

M. poleciał zaraz na stoisko Jaguara, bo takiego miał zamiar sobie kupić. Kupił go sobie wkrótce po naszym wyjeździe. Podobno pierwszego dnia po zakupie przyszedł do firmy mocno wkurzony skarżąc się, że przy ruszaniu ze świateł wyprzedził go Mercedes. W. ułagodził go mówiąc, że w Jaguarze nie chodzi o to żeby wszystkich wyprzedzać i że Jaguar to taki Rolls-Royce dla ludzi którzy chcą prowadzić sami. Pomogło.

Jaguar na targach IAA 1987

Jaguar na targach IAA 1987

W trakcie naszego pobytu M. z żoną pojechali też na kilka dni do Nicei, na jacht, zostawiając nas na gospodarstwie. Zjedliśmy co ciekawsze potrawy z zamrażalnika, na przykład ślimaki w maśle ziołowym. Obejrzeliśmy też co ciekawsze filmy na video, najciekawsze dla nas były oczywiście Bondy, dostępne po drugiej stronie tylko czasem w zachodniej telewizji na czarno-biało (bo kolorowy telewizor z PALem w akademikach nie występował). Filmy nagrane były z telewizji na kasetach VHS. miały dźwięk po angielsku i napisy po szwedzku.

Chodziliśmy też do kina, byliśmy na przykład na aktualnym wtedy Bondzie - Living daylights. Bond nie był dobrze widziany po naszej stronie granicy systemów, stąd bardzo mnie dziwiły sceny wyglądające na kręcone w Czechosłowacji (przynajmniej samochody na ulicy mieli socjalistyczne a potem rozwalali prawdziwe Żiguli). Jak jednak czytam na IMDB na liście lokacji Czechosłowacji nie ma.

Tam też zobaczyłem Blade Runnera. W kinie. (Widzieliście Blade Runnera?).

Dostaliśmy też, tak po  prostu, niektóre z gadgetów M. Ja dostałem na przykład jego statyw do aparatu i wielką lampę błyskową.

Żona M. chciała się odchudzić. Ponieważ ojciec A. z przyczyn zdrowotnych przeszedł skuteczną, kilkudniową dietę polegającą na tym, że o konkretnych porach trzeba było zjeść lub wypić coś konkretnego, pani M. poprosiła o dokładny przepis. A. zadzwonił do domu i spisał wszystko po kolei. Pani M. rozpoczęła dietę, ale oczywiście zamiast byle jabłka zjadła pomarańczę, ponieważ nie lubiła herbaty zastępowała ją kawą, w końcu prawie nic co jadła i piła nie zgadzało się z przepisem. "Eee, to nie działa" oznajmiła na koniec.

Dlaczego o tym piszę? Miało przecież być o NRD. Piszę, bo chcę pokazać jak było w tym czasie gdzie indziej. Stąd też wziął się odcinek o wycieczce na Węgry. Dziś to, co opisuję nie robi większego wrażenia, tak wygląda dzień powszedni wielu ludzi w Polsce. No może ten Jaguar i jacht w Nicei to rzadko, ale nie są niemożliwe. Ale wtedy wszystko to było dla nas jak z innej planety. Już nawet nie chodzi o jachty - porównajmy kartki na mięso z tymi frykasami, czekanie kilkanaście lat na samochód z targami IAA i stare filmy w kinie z aktualną produkcją.

Ale wszystko się kiedyś kończy. O powrocie do bloku wschodniego w następnym odcinku.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , , , , , , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (6)

Strona 4 z 512345