Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Jak to się robi w Niemczech: Länderfinanzausgleich i bogata, katolicka Bawaria

Trochę trwało z tą notką - miałem problem ze zrobieniem wykresu trzech wielkości po latach i z różnymi skalami pionowymi dla każdej. Wypróbowałem sporo pluginów do WordPressa - nic się nie nadało. To spróbowałem w Excelu i OpenOffisie - też nie za bardzo. Na koniec sięgnąłem po tego samego ZGraphera którym robiłem wykresy smoleńskie i trochę kombinując z ręcznym skalowaniem wartości narysowałem. On też nie jest do tego, ale jakoś dało się zrobić co chciałem.

Ostatnio w sieci poczytałem trochę artykułów i dyskusji o tym, że kraje katolickie są biedniejsze od protestanckich. Jako główny argument że to nieprawda praktycznie zawsze pojawia się w nich bogata, katolicka Bawaria. Mi w tym momencie ręce opadają, bo taki wniosek może wysnuć tylko ktoś, kto nie widział na oczy danych statystycznych. Zwłaszcza tych, dotyczących Länderfinanzausgleichu.

Nie bardzo wiem jak to przetłumaczyć na polski, Länderfinanzausgleich to system transferów między landami - landy bogate wpłacają pieniądze do wspólnego garnka, z którego są one rozdzielane po landach biedniejszych jako pomoc strukturalna. To tak w bardzo dużym uproszczeniu i taki rodzaj funduszu strukturalnego.

A teraz dokładniej. Rzecz zaczęła się po ostatecznym podziale Niemiec na część wschodnią i zachodnią w 1949. Okupanci zachodni narzucili części zachodniej skomplikowaną strukturę administracyjną z podziałem na w sporym stopniu autonomiczne landy i niezbyt silną władzę centralną (to temat na osobną notkę).

No i różnice między poszczególnymi landami były duże. Powstał więc pomysł, żeby bogatsze pomagały biedniejszym. W większości scentralizowanych państw odbywa się to po prostu przez dotacje z budżetu centralnego, ale narzucona zdecentralizowana struktura Niemiec wymusiła o wiele bardziej skomplikowane rozwiązania. Mianowicie w Niemczech większa część takiej pomocy jest "pozioma" - odbywa się między landami bez pośrednictwa budżetu centralnego. Sposób obliczania tej pomocy jest strasznie skomplikowany. Leci to mniej więcej tak:

Najpierw wyliczamy tzw. Ausgleichsmesszahl (trudno przetłumaczyć, powiedzmy wielkość porównawczą): Liczymy sumaryczne wpływy z podatków (ale tylko tych które idą do budżetu centralnego) całego kraju plus wpływy z akcyzy na wydobycie ropy naftowej i gazu ziemnego, wynik dzielimy przez ilość mieszkańców całego  kraju. Czyli mamy średnie wpływy podatkowe na głowę mieszkańca. Dalej dla każdego landu mnożymy uzyskany wynik przez ilość mieszkańców danego landu (tyle że przy landach "miejskich" mnożymy ich ilość mieszkańców przez 1,35).

W następnym kroku robimy podobną operację z podatkami gminnymi - sumujemy je dla całego kraju, dzielimy przez ilość mieszkańców kraju i dla każdego landu mnożymy przez ilość jego mieszkańców i przez 0,64.

Potem sumujemy oba wyniki i dostajemy w ten sposób jakie "powinny" być wpływy z podatków każdego landu.

Teraz druga strona obliczenia - liczymy Finanzkraftmesszahl (czyli dosłownie wielkość siły finansowej, chodzi o wartości rzeczywiście uzyskane). Wzory są takie jak w poprzednim punkcie, tyle że bierzemy sumy i ilości mieszkańców z danego landu. Tylko drobna różnica - parę landów wschodnich ma dodatkowe współczynniki powiększające ich dotacje.

No i teraz możemy wyliczyć czy dopłata się należy i ile ma jej być. Wzory i zasady są okrutnie skomplikowane, nawet mi się nie chce w nie wgłębiać.

Oprócz tego transferu poziomego istnieje jeszcze normalny transfer pionowy środków z budżetu centralnego do landów, które po tych dopłatach poziomych nadal mają poniżej średniej krajowej.

System ten działał jako tako do roku 1994. Transferowane sumy nie były zbyt wysokie, między landami "dawcami" a "biorcami" panowała względna równowaga. Ale od roku 1995 do systemu dołączono znacznie biedniejsze landy wschodnie i wszystko się posypało. Wpłaty do systemu pobierane od landów bogatszych poleciały w górę, parę landów wcześniej "biorących " przeszło na pewien czas do "dających". No i na dzień dzisiejszy sytuacja wygląda tak, że tylko trzy landy wpłacają do systemu - Bawaria, Hesja i Badenia-Würtembergia. Ale za to wpłacają bardzo dużo.

W związku z tym narasta krytyka systemu wyrównawczego, oczywiście głównie w landach "dawcach". Hesja na przykład skarży się, że musi zaciągać rocznie mniej więcej tyle nowych długów, ile wpłaca do systemu (rzędu 3,5 mld. euro), a sąsiedni Rheinland-Pfalz, duży biorca, za te pieniądze funduje dzieciom bezpłatne przedszkola, których w Hesji nie ma. A system nie motywuje "biorców" do wzięcia się za swoją gospodarkę.

No właśnie: motywacja. Od roku 1950 tylko jeden land przeszedł na trwałe z biorców do dawców. Była to Bawaria. Wróćmy więc do Bawarii. Większość internetowych (ale i gazetowych) "znawców" nie ma pojęcia, że Bawaria jeszcze całkiem niedawno była po stronie landów "biorców". Dofinansowanie otrzymywała od samego początku istnienia systemu dopłat (czyli od 1950), razem z landami Niedersachsen, Rheinland-Pfalz i Schleswig-Holstein.

Zero w bilansie (czyli że sumarycznie ani nie dopłacili, ani nie pobrali) wyszło im po raz pierwszy dopiero w roku 1987. W następnym roku znowu było zero, potem niewielkie wpłaty, jeszcze w  1992 zdarzyła im się obsuwa do biorców, w 1993 dołożyli, ale znikomo. Dopiero od 1994 nastąpił szybki wzrost ich wpłat, ale tak naprawdę nie był on spowodowany aż tak gwałtownym wzrostem bogactwa Bawarii, tylko głównie dołączeniem do systemu transferów nowych, znacznie biedniejszych landów wschodnich.

No dobrze, powie ktoś, bogaty od niedawna, ale przecież katolicki!

No to zobaczmy jak z tym katolicyzmem w Bawarii. Kiedyś rzeczywiście Bawaria była bardzo katolicka. Jeszcze w roku 1970 było tam ponad 70% katolików. Ale ostatnie dane jakie znajduję, za rok 2011, mówią o 53,7%. Jeszcze trochę i będzie ich tam poniżej 50%. No ale te zmiany są powolne i nie korelują zbyt spektakularnie z Länderfinanzausgleichem. Piękne natomiast jest nałożenie bilansu Länderausgleichu dla Bawarii na wykres ilości wystąpień z Kościoła Katolickiego w tym landzie (kliknięcie powiększy wykres) 

Bawaria - Länderfinanzausgleich a katolicyzm

Bawaria - Länderfinanzausgleich a katolicyzm (kliknij aby powiększyć)

 

No i jak, Bawaria tradycyjnie bogata i katolicka? Raczej im mniej katolicka, tym bogatsza.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (23)

Żegnaj NRD Extra: Ulbricht i Honecker czyli krótka historia gospodarcza NRD

Notkę tę chciałem opublikować na rocznicę zbudowania muru, ale utknąłem w kluczowym momencie i notka się mocno przeleżała. Ale niedawno film o kombinacie Robotron podrzucił mi ten najistotniejszy szczegół i dzięki temu mogę ją skończyć. A nawet rozszerzyć we wcześniej nie przewidywanym kierunku. Notka będzie ilustrowana najbardziej pasującymi zdjęciami jakie znalazłem na moim dysku - zdjęciami NRD-owskich znaczków pocztowych z głównym bohaterem notki - Walterem Ulbrichtem.

Oficjalna propaganda NRD w latach 80-tych twierdziła, że Ulbricht to był ten zły od zamknięcia granicy i budowy muru, a gospodarczy dobrobyt kraj zawdzięcza dobremu Honeckerowi. Przyjrzyjmy się może sprawie dokładniej. O Honeckerze sporo już pisałem, ale o Ulbrichcie nie było dotąd właściwie nic. Zacznijmy może od jego biografii. Nie radzę przy tym wierzyć za bardzo polskiej Wikipedii - z zamieszczonej w niej notki wychodzi, że był to tylko bezwzględny, stalinowski komuch. A to, jak zwykle, nie jest takie proste.

Ulbricht już jako nastolatek zapisał się do SPD i działał w młodzieżówce tej partii. Był, jak i duża część SPD, nastawiony antywojennie, mimo to musiał służyć w wojsku. Przez cały czas służby był traktowany jako politycznie podejrzany, w końcu wojny nawet siedział w areszcie a potem miał mieć rozprawę przed sądem wojskowym. Uratował go tylko ogólny bałagan rozlatującego sie cesarstwa, dzięki temu mógł zdezerterować i uciec. Po wojnie związał się z komunistyczną KPD i szybko w niej awansował, aż do Komitetu Centralnego. Po dojściu faszystów do władzy i delegalizacji KPD wyemigrował najpierw do Paryża a potem do Moskwy. Po WWII wrócił do wschodniej części Niemiec i ponownie organizował tam KPD. Po powstaniu NRD w 1949 został zastępcą przewodniczącego nowo powstałej SED, a w roku 1950 został jej przewodniczącym (stanowisko to później nazwano lepiej nam znaną nazwą "pierwszego sekretarza Komitetu Centralnego partii").

A jak to było z tym murem? Obowiązująca zarówno w Niemczech jak i w Polsce narracja o murze jest taka, że źli komuniści złośliwie zamknęli swoich ludzi w obozie koncentracyjnym jakim było NRD. Prosty czarno-biały obraz. A życie oczywiście nie było takie proste.

Nie zamierzam oczywiście usprawiedliwiać Ulbrichta i spółki. Chciałbym jednak przedstawić ich racje i tor rozumowania.

Znaczek pocztowy z NRD z Walterem Ulbrichtem, 1968

Znaczek pocztowy z NRD z Walterem Ulbrichtem, 1968

Od pewnego czasu w swoich notkach staram się opisywać różne produkty z NRD, na przykład filmy ORWO albo samochody i motory. Analizując historię tych produktów możemy zauważyć parę okresów w historii gospodarczej NRD:

W pierwszych latach po wojnie mamy całkowity upadek. Przemysł zostaje rozgrabiony przez Amerykanów i Rosjan, fachowcy powywożeni, produkcja fabryk które jeszcze robią coś sensownego idzie do ZSRR. Jednocześnie otwarta granica do części zachodniej robi dużo problemów. Przede wszystkim ekonomicznych - mocniejsza waluta części zachodniej powoduje odpływ towarów (i ludzi) z części wschodniej do zachodniej. A towarów i tak jest za mało, stąd zamknięcie granicy w roku 1952. Tak to funkcjonuje do roku mniej więcej 1953. Data graniczna ma oczywiście związek ze śmiercią Stalina i powstaniem robotniczym.

Potem Rosjanie trochę odpuszczają, a NRD-owscy fachowcy uruchamiają produkcję tego, co robili przed wojną. Idzie to trochę słabo, bo łańcuchy kooperacyjne zostały przerwane podziałem Niemiec, a zapasy magazynowe wkrótce się kończą. Więc trzeba szybko opracować coś nowego. W pierwszym rzucie powstają nieznaczne modyfikacje tych starych konstrukcji, jak Framo V901 albo IFY F8 i F9.

A potem powstaje coś nowego. Opartego o te stare, przedwojenne, ale trudno uznać to za zarzut. I trzeba przyznać że te nowe konstrukcje są niezłe, często porównywalne z zachodnioniemieckimi, czasem nawet lepsze. Na przykład Barkas albo Trabant P 50. W końcu lat 50-tych NRD, przynajmniej w segmencie popularnym, nie ma się czego wstydzić. A nawet uniknęło pewnych pułapek w które wpadli inni - jak te mikrosamochody. Nowe produkty sprzedają się na świecie, może niekoniecznie w rozwiniętych krajach Zachodu - ale świat się na nich przecież nie kończy. W wielu krajach tzw. rozwijających się wolą dość porządne a za to niedrogie produkty z NRD.

Oczywiście jest też w NRD wiele problemów. Największym (z przyjętego punktu widzenia) jest ucieczka fachowców - headhunterzy firm zachodnich nadal bez większych przeszkód penetrują NRD i nie mają żadnego problemu z zaoferowaniem płac wielokrotnie wyższych niż ci fachowcy dostają na miejscu. Do tego nie trzeba zachowywać żadnych okresów wypowiedzeń ani nic takiego - po prostu w piątek wieczorem podpisujesz umowę a w sobotę pakujesz walizkę i wio - i tak nikt cię nie ścignie za porzucenie pracy. A w poniedziałek firma liczy ilu ludzi jej przez weekend ubyło.

I ten fachowiec nie musi być nawet inżynierem - dobry majster też się na Zachodzie przyda. I tak gospodarka się po prostu wykrwawia, to są dziesiątki tysięcy ludzi rocznie. Tych najlepszych. A bez nich gospodarka nie przetrwa.

A przecież nie jest tak, że władza fachowcom złośliwie nie płaci. Niskie płace wiążą się przede wszystkim z próbą realizacji ideałów socjalizmu - pełnego zatrudnienia, bezpieczeństwa socjalnego, rozwoju kultury masowej, zmniejszenia rozwarstwienia społeczeństwa. Nic więc dziwnego że lower class nie ma aż tak dużego parcia na Zachód jak middle - bo lower w wielu wypadkach jak dotąd zyskuje. Przynajmniej w porównaniu z okresem przedwojennym.

Granica niby od 1952 roku jest zamknięta, ale jest luka - Berlin Zachodni. Tam kontrole graniczne tu i ówdzie są, jednak ominięcie ich nie jest dużym problemem. Z jednej części do drugiej przechodzą codziennie dziesiątki tysięcy ludzi mieszkających w sektorze radzieckim a pracujących w sektorach zachodnich. Tą drogą wypływa z NRD sporo dotowanych towarów, zwłaszcza żywności, której nie ma nadmiaru (kartki na żywność zniesiono w NRD dopiero w 1958).

Więc pierwszym nasuwającym się pomysłem jest zamknięcie tej furtki. Tak w zasadzie to nie widzę żadnych innych możliwości - każdy inny scenariusz musiałby wcześniej lub później zakończyć się ruiną kraju, kolejnym powstaniem albo interwencją radziecką. Albo wszystkim tym naraz. Więc powstaje mur. I na początku przynajmniej spełnia on swoje zadanie - odpływ kadr i towarów zostaje zahamowany, nastroje wkrótce się uspokajają. W kolejnych latach powstają niemal wszystkie szczytowe osiągnięcia NRD, na przykład wieża telewizyjna w Berlinie, Wartburg 353, Trabant 601, światowy zasięg ORWO, powstają i intensywnie rozwijają się kombinaty VEB Robotron i VEB Carl Zeiss Jena, przemysł chemiczny... Wydaje się że jest dobrze a będzie lepiej.

A jednak nie za bardzo. Początkowy rozpęd dość szybko wygasa - w początku lat 70-tych NRD popada w stagnację. I tak już do końca duża część produkowanych towarów pozostaje na poziomie lat 60-tych. I znowu wymienię tu te same nazwy: ORWO, Barkas, Trabant, Wartburg. Zastanówmy się, dlaczego to zdechło, chociaż początkowo wcale nieźle żarło.

Wydawałoby się, że NRD miało niezbędne atuty, nawet mimo poniesionych strat i międzynarodowej izolacji. Przede wszystkim miało niezłych fachowców i naprawdę dobry system szkolnictwa zapewniający stały dopływ nowych, dobrze wykształconych ludzi. Dlaczego więc stanęło? Od dawna się nad tym zastanawiałem. Moment w którym to nastąpiło wyglądał mi od dawna na związany z obaleniem Ulbrichta i przejęciem władzy przez Honeckera (początek 1971).

Znaczki pocztowe z NRD z Walterem Ulbrichtem, 1961

Znaczki pocztowe z NRD z Walterem Ulbrichtem, 1961

No i w tym filmie o Robotronie padła uwaga na temat różnicy między Ulbrichtem a Honeckerem, która jest brakującym elementem tej układanki. Otóż Ulbricht jaki był, taki był, ale był entuzjastą nauki i techniki. Angażował się chociażby w wymyślanie przydatnych gadżetów do samochodu Sachsenring P240, a przede wszystkim przeznaczał duże środki na programy badawczo-rozwojowe, na przykład na te komputery z Robotronu. Kiedy Robotron opracował model 300 Ulbricht zabronił jego eksportu, bo rozumiał, że od krótkoterminowej kasy ważniejszy jest rozwój kraju. Ale po Ulbrichcie nastał tępy aparatczyk Honecker i jako jedno z pierwszych posunięć obciął budżet Robotronu o połowę a zwolnione środki przeznaczył na budowę mieszkań. Podobnie przyciął inne projekty. No i w rezultacie NRD po prostu przejadło swój rozwój. Honecker zorientował się że to był błąd dopiero w latach 80-tych, zwiększył budżety R&D - stąd intensywny rozwój na przykład mikroelektroniki w tym okresie - ale było już za późno, dystans do odrobienia znacznie wzrósł a i nie było już z czego tego wszystkiego finansować.

Jakie z tego wnioski? To Ulbricht, mimo zamknięcia granicy, stłumienia powstania i budowy muru (a może i dzięki temu)  był twórcą podstaw względnego dobrobytu NRD. Natomiast to Honecker, przejadając te podstawy, był sprawcą zastoju, bankructwa i upadku kraju.

I drugi wniosek. R&D jest ważne. Obcinanie budżetów R&D nie kończy się dobrze.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (27)

Jak to się robi w Niemczech: Mądrość ekonomistów

Heiko Thieme

Heiko Thieme Żródło: www.heikothieme.com

I znowu WO poruszył temat zbliżony do tego, o którym już dawno miałem napisać notkę. Dziś będzie o mądrych ekonomistach. I równie mądrych managerach. Notka będzie ilustrowana między innymi zdjęciami symboli giełdy frankfurckiej - byka i niedźwiedzia. Byk robi za hossę a niedźwiedź za bessę, stąd z niedźwiedziem chcą się fotografować wszystkie dzieci, ale delegacja bankierów omija go z daleka i zawsze robi sobie zdjęcia przy byku.

Otóż jest w Niemczech taki jeden doradca inwestycyjny, nazywa się Heiko Thieme. (TUTAJ jego strony) Pamiętam, gdy przyjechałem do Niemiec w okresie bańki internetowej był on wielką gwiazdą na rynku doradców inwestycyjnych. Było tak: Kursy rosły w kosmos, wszyscy mówili że zaraz spadną i trzeba sprzedawać - a on mówił twardo - wzrosną, kupować. I kursy rosły. Zaangażowali go do radia - co dzień rano jadąc do pracy słyszałem jak zapewnia, że będzie rosło. Pisał on też cotygodniowe prognozy ekonomiczne we Frankfurter Allgemeine Zeitung, publikował w Spieglu, Sternie, Focusie i Capital - czyli w najważniejszych tygodnikach opiniotwórczych, pracował jako ekspert dla telewizji n24. Geniusz, co nie?

Ale potem bańka pękła i kursy zanurkowały. A pan Thieme nadal dzień w dzień rano w radiu zapewniał, że kursy będą za chwilę rosły. I tak zapewniał jeszcze przez ponad rok. Dzień w dzień, nie słyszałem żeby powiedział że cokolwiek spadnie. Aż po tym dobrze ponad roku go wreszcie z tego radia wywalili, bo kursy jakoś rosnąć nie chciały. Geniusz, co nie?

Byk (hossa) przed giełdą frankfucką

Byk (hossa) przed giełdą frankfucką

Wydaje mi się, że pan Thieme jest czystym przypadkiem klinicznym, nad którym warto się zastanowić. Ci ekonomiści wmawiają wszystkim, że ekonomia to nauka, że stosują naukowe metody, że ma to wszystko jakieś realne podstawy. Historia pana Thieme pokazuje że jest inaczej - tak naprawdę to jest kwestia szczęścia. On coś sobie wymyślił i twardo się tego trzymał. No i miał szczęście, rozwój sytuacji przez dłuższy czas był akurat taki jak mówił. Ale potem sytuacja się zmieniła - ale jego metoda nie. On cały czas stał twardo i wbrew oczywistym faktom przy poprzedniej prognozie.

I ta bańka to nie była jedyna jego wpadka. Już wcześniej stosował ze zmiennymi skutkami swoją metodę stałego optymizmu. W latach 1991-1993 prowadzony przez niego fundusz inwestycyjny był jednym z najlepszych w USA, a już w 1995 amerykańskie czasopismo branżowe ogłosiło go najgorszym managerem roku. W 1997 był znowu najlepszy. I tak przez cały czas - max/min.

I w tym momencie nasuwają mi się wyłącznie określenia powszechnie uważane za obraźliwe. Przecież do takiej "strategii inwestycyjnej" jaką praktykuje pan Thieme mózg jest całkowicie zbędny. Po co takiemu darmozjadowi płacić?

Niedźwiedź (bessa) przed giełdą frankfurcką

Niedźwiedź (bessa) przed giełdą frankfurcką

Teraz druga historia. Również za czasów bańki internetowej robiłem zlecenie w firmie Start Ticket. Była to część dużej firmy Start Amadeus (główny udziałowiec: Lufthansa), która zajmuje się sprzedażą usług turystycznych. Firma powstała w czasach przedinternetowych i jej terminale znajdowały się w wielu tysiącach biur podróży w Niemczech i nie tylko. Przez te terminale można było zamówić bilety na samoloty, pociągi, imprezy, zarezerwować hotel, wycieczkę albo samochód w wypożyczalni. W tych czasach firma miała podobno największe na świecie cywilne centrum obliczeniowe, samych mainframe'ów mieli tam szesnaście, nie licząc masy mniejszych maszyn. Start Ticket był częścią tej firmy zajmującą się sprzedażą biletów na imprezy, na przykład koncerty. Jako duży i znany pośrednik z dobrą infrastrukturą dostali na przykład zlecenie na sprzedaż biletów na EXPO 2000, a szło tego około 100.000 na dobę.

No i managerowie Lufthansy wymyślili sobie, że podepną się do boomu internetowego i zawiążą spółkę w której udziałowcami będą Start jako dostawca infrastruktury i oprogramowania, Bertelsmann jako dostawca kontentu i Axel Springer, który miał robić reklamę. Nowa spółka miała sprzedawać bilety przez internet. CEO spółki została pani Ivanka Springer, tak, z TYCH Springerów. Same wielkie koncerny i doświadczeni managerowie.

No i działalność spółki zaczęła się od wymyślenia nazwy. Zaangażowana agencja reklamowa wymyśliła za sumę sześciocyfrową (jeszcze w DM) nazwę Qivive. Czy ktoś jest w stanie zapamiętać jak to się pisze (to niepoprawne łacińskie qui vive - kto żyje)? A to przecież część adresu stron www.

Ci doświadczeni managerowie planowali szybkie wejście na giełdę i dalej spokojne zużywanie zebranej od akcjonariuszy kasy. Tymczasem grono programistów robiących aplikację usiadło w przerwie śniadaniowej i szybko przekalkulowało że to wszystko ma tylko bardzo  niewielkie szanse żeby się zbilansować. Nie muszę chyba pisać jaki nastrój w firmie się zrobił.

No i wkrótce się okazało, że jest już za późno żeby wejść na giełdę, bo bańka właśnie pękała. Spółka próbowała się jeszcze ratować kredytem, ale i na to było już za późno, żaden bank nie dawał już na internet. No i wkrótce wszystko się rypło, bankructwo, zwolnienia grupowe itd. Mnie na szczęście nie ruszyło, ja tam tylko sprzątałem. Ale przecież mówimy nie o świeżych pistoletach z firmy krzak, tylko o profesjonalnych managerach, murwa ich czać, z wielkich koncernów i z wieloletnim doświadczeniem.

No i ci managerowie nie przeanalizowali sytuacji, nie policzyli sobie na karteczce pi razy drzwi, tylko zrobili to co wszyscy i to co zwykle. A potem skasowali siedmiocyfrowe wynagrodzenia i położyli firmę.

Obie te historie wydają mi się dość typowe. Jak wiadomo 90% of everything is crap, nie inaczej jest w branży ekonomicznej. Czytuję czasem prasę ekonomiczną i widzę, że duża część tych top managerów wymyśla (albo odgapią) jakiś sposób postępowania i próbuje go stosować. I jak któremuś dwa-trzy razy się przypadkiem uda, to już jest uznawany w branży za geniusza i próbuje robić to samo znowu i znowu. Tak bez zrozumienia i modyfikacji - znowu i znowu. I dalej jest to kwestia szczęścia - albo mu się uda, albo nie. Jak mu się uda - w porządku, ale jak nie to najpierw szeregowi pracownicy zaharowują się żeby to jakoś uratować, a potem i tak lądują na bruku. A manager dostaje nową posadę w nowej firmie. I znowu ta sama metoda uda mu się, albo i nie.

A my za to wszystko płacimy.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (6)

Żegnaj NRD Extra: Rolnictwo w NRD

Już dłuższy czas temu (w maju) komentator dobson83 zapytał o rolnictwo w NRD:

dobson83

"Witam, jak już wspominałem w jednym z moich wpisów: super blog i świetna opowieść o NRD. Miałbym do pana małą prośbę, a mianowicie czy mógłby pan zamieścić na swoim blogu o ile oczywiście posiada pan wiedzę lub jakieś wspomnienia w tym temacie w ramach opowieści o NRD, informacje dotyczące rolnictwa w tym kraju? Mam tutaj na myśli strukturę i organizacje, sprzęt (traktory, kombajny, maszyny rolnicze), uprawy, hodowla zwierząt, a także osiągnięcia i stan na dzień dzisiejszy DDR-owskich odpowiedników naszych PGR-ów i SKR-ów o ile istniały one oczywiście tam w takiej formie jak u nas w okresie PRL-u. Interesowałaby mnie również skala porównawcza rolnictwa NRD z rolnictwem PRL-u. Z góry serdecznie dziękuje i jeszcze raz pełen szacunek za doskonały blog i tematykę w nim zawartą, pozdrawiam."

Trochę trwało, ale właśnie dojrzałem do napisania notki na ten temat. Notka będzie ilustrowana jako tako pasującymi zdjęciami krajobrazów wiejskich z NRD z roku 1988. Niestety nie mam pod ręką żadnego PRL-owskiego rocznika statystycznego, w sieci też nic takiego nie znalazłem, jedynie wyrywkowe dane. Komentator karolkrz0 wspomógł mnie danymi z rocznika statystycznego z roku 1986. Z braku bezpośredniego dostępu musiałem jednak zrezygnować z analizy produktywności itp.

Krajobrazy wiejskie z NRD w roku 1988

Krajobrazy wiejskie z NRD w roku 1988

Rolnictwo w NRD zorganizowane było zupełnie inaczej niż w PRL-u. Porównajmy sobie oba systemy.

W Polsce zaraz po wojnie rozparcelowano duże gospodarstwa powyżej 50 ha, odebrano ziemię Niemcom i kolaborantom, (patrz hasło "Reforma rolna"). Część odebranej ziemi rozdano bezrolnym chłopom tworząc najpierw małe gospodarstwa (2 ha), potem dając jednak więcej (5 ha). Resztę ziemi przekazano Państwowym Gospodarstwom Rolnym (PGR), będącym odpowiednikiem radzieckich sowchozów. Ziemia i cały ich majątek były tam własnością państwa, pracujący w nich ludzie byli  tylko normalnymi, etatowymi pracownikami, jak i w fabryce. Średnie gospodarstwa prywatne pozostawiono bez zmian.

W NRD również była reforma rolna, parcelowano majątki powyżej 100 ha i odbierano zbrodniarzom wojennym, członkom NSDAP i innym wrogom ludu. Za wrogów ludu uznawano po uważaniu. Ziemię przekazywano biedniejszym gospodarzom i uchodźcom, dawano po 5 ha. Tylko na 5% ziem powstały odpowiedniki polskich PGR-ów zwane "Volkseigenes Gut" (VEG).

Krajobrazy wiejskie z NRD w roku 1988

Krajobrazy wiejskie z NRD w roku 1988

Dalej nastąpiła faza kolektywizacji - rolników indywidualnych intensywnie i różnymi środkami perswazji nakłaniano do zakładania spółdzielni. W Polsce zaczęło się to w 1948, ale szło bardzo słabo. Spółdzielnie w roku 1970 obejmowały tylko około 1,4% gruntów rolnych, PGR-y 15,43%. Za to gospodarstw prywatnych było aż 75%. W roku 1985 udział spółdzielni wynosił 4,1%, a gospodarstw państwowych 18,7%. Z krajów bloku tylko w Polsce utrzymał się tak duży udział gospodarstw indywidualnych (76%).

W NRD nakłanianie do spółdzielczości zaczęło się później, od 1952. Ale byli oni znacznie skuteczniejsi, w roku 1960 już praktycznie nie było w NRD gospodarstw indywidualnych, a spółdzielnie obejmowały 83,6% użytków rolnych. Gospodarstwa te nazywały się Landwirtschaftliche Produktionsgenossenschaften (LPG). Państwowych VEG nigdy nie było więcej niż 6,3%, parę procent było prywatnych, reszta były to głównie również spółdzielnie, ale ogrodnicze.

Krajobrazy wiejskie z NRD w roku 1988

Krajobrazy wiejskie z NRD w roku 1988

LPG był (przynajmniej formalnie) czymś zupełnie innym niż PGR. Była to "prawdziwa" spółdzielnia - wniesiony do niej majątek pozostawał własnością wnoszącego - tyle że możliwość wycofania go była bardzo ograniczona. Spółdzielcy oprócz pensji dostawali udział w zyskach w proporcji do wniesionej ziemi, budynków, majątku itd. Formalnie rzecz biorąc LPG był samorządnym, niezależnym, kolektywnie zarządzanym przedsiębiorstwem, w praktyce jednak władza narzucała często swoich zaufanych przewodniczących. Dopuszczalne dla członków spółdzielni było również własne gospodarzenie na przysługującym 0,5 ha, w praktyce często i tę ziemię oddawano w użytkowanie spółdzielni w zamian za odnośny deputat.

W okresie kolektywizacji opór przeciw spółdzielniom był bardzo duży (200 gospodarzy popełniło samobójstwo, ponad 15.000 wyjechało na Zachód, odbyło się 8.000 pokazowych procesów), ale potem rolnicy się przyzwyczaili. Spółdzielnia jest całkiem niezła formą gospodarowania, dzięki efektom skali rolnicy mogli mieć na przykład urlopy, nawet w lecie (dla rolnika indywidualnego nie do pomyślenia), spółdzielnie prowadziły przedszkola, kasy zapomogowo-pożyczkowe itp.

Krajobrazy wiejskie z NRD w roku 1988

Krajobrazy wiejskie z NRD w roku 1988

Dobrze, aspekt ustrojowy omówiliśmy, spójrzmy teraz na oba systemy od strony klienta.

Ciągle obowiązujący w kraju schemat narracji jest taki, że dzięki dużemu udziałowi prywatnych gospodarstw rolnych, w Polsce z żywnością nie było tak źle jak w innych krajach socjalistycznych. OH, REALLY? To gdzieś poza Polską były kartki na żywność (nie liczymy okresu krótko po wojnie)?

Kartka zaopatrzeniowa, PRL lata 80-te XX wieku

Kartka zaopatrzeniowa, PRL lata 80-te XX wieku

Zdejmijmy może narodowe klapki na oczy i spójrzmy na to trzeźwo. Na przykład mięso: w Polsce z mięsem było po prostu biednie. Jedyne mięso którego było w miarę dość, były to kurczaki z wielkoprzemysłowych ferm. W NRD z mięsem nie było specjalnych problemów, typowym daniem restauracyjnym był Sofia-Schnitzel - gruby kotlet na dwie trzecie wielkiego talerza (nie znajduję w sieci zdjęcia, a w mojej książce kucharskiej z NRD nie ma przepisu). W PRL-u były za to dowcipy o tym że "psinę w czwartym gatunku rąbiemy razem z budą".  Z cukrem tak samo: Polska - kartki, NRD - ile chcieć. Olej też przywoziłem z NRD. Lepiej niż w NRD było w Polsce z owocami i warzywami, ale nie chodziło o ilość, tylko uprawiane w Polsce gatunki były lepsze i w większym wyborze.

Przyczyną lepszego zaopatrzenia w owoce i warzywa w Polsce nie była raczej forma własności ziemi, ale dostęp do wolnego rynku. W Polsce duża część produkcji właśnie owoców i warzyw rozchodziła się na wolnym rynku. W NRD tego prawie nie było, spółdzielnie musiały sprzedawać swoje produkty na regulowanym rynku po stałych cenach (ewentualnie otrzymując Produktgebundene Stützung czyli dotację). Stąd brak presji na poprawę jakości.

Który system był lepszy? Trudno tu o jednoznaczną ocenę. Struktury własnościowe rolnictwa w obu krajach były praktycznie dokładnie komplementarne. Na pewno jednym z najgorszych wariantów był PGR. Pracownikom opłacanym za "czy się stoi czy się leży" wszystko zwisało totalnie, spora część polskich PGR-ów generowała głównie straty i problemy społeczne. Druga strona skali - drobne gospodarstwa prywatne - też nie była lepsza. Wiele z nich nie osiągało nawet samowystarczalności, co dopiero mówić o sensownej produkcji na rynek. Środek - większe gospodarstwa prywatne i część PGR-ów radziły sobie jednak nie najgorzej.

NRD z ich spółdzielniami reprezentowało w sumie środek tego środka - formę pośrednią między PGR-em a dużym gospodarstwem prywatnym. Z jednej strony wielkość tych gospodarstw była wystarczająca dla efektywnego zastosowania maszyn, z drugiej spółdzielcy byli finansowo zainteresowani wydajnością i rozwojem swojej firmy.

Skąd taka różnica? Wydaje mi się, że w Polsce spółdzielnie się nie za bardzo przyjęły, bo Polacy nie umieją (a przynajmniej wtedy nie umieli) pracować w zespole. Wizja wspólnego gospodarowania z sąsiadem była bardziej przerażająca niż represje komunistycznego aparatu przymusu. I tak sprawa się rypła, opór rolników był zbyt duży.

O wyposażeniu maszynowym rolnictwa NRD nie potrafię napisać wiele. Używali oni przede wszystkim krajowego sprzętu marki "Fortschritt" ("Postęp"), na pierwszy rzut oka różniącego się od polskich urządzeń kolorem (polskie były czerwone, NRD-owskie zazwyczaj zielone). Nie mam pojęcia jaka była jakość tych maszyn.

Krajobrazy wiejskie z NRD w roku 1988

Krajobrazy wiejskie z NRD w roku 1988

A jak po zjednoczeniu? Statuty i organizacja LPG nie pasowały do standardów demokratycznego państwa, więc wszystkie spółdzielnie musiały się trochę przekształcić, wiele z nich się rozwiązało. Nastąpiła dalsza konsolidacja ziem, wszedł na te tereny kapitał z Zachodu i dziś olbrzymie gospodarstwa landów wschodnich spokojnie przebijają rentownością znacznie mniejsze gospodarstwa zachodnie. Kwestia skali - największe gospodarstwo Hesji to co najwyżej średnie gospodarstwo dla nowych landów. W sumie to tak było też przed wojną - na terenach wschodnich przeważali obszarnicy (junkrzy). Za czasów NRD rolnictwo (jak i przemysł) miało przerost zatrudnienia w stosunku do potrzeb, dziś zatrudnienie bardzo spadło.

A w Polsce - sami widzimy. Część gospodarstw powiększyła areały, zainwestowała i radzi sobie dobrze, inne wegetują.

Teraz, jak to u mnie na blogu, nie ograniczę się do wiadomości encyklopedycznych, tylko dopiszę trochę obserwacji i anegdot jakich w źródłach nie znajdziecie.

W okresie wykopków rolnictwo NRD, podobnie jak i polskie, potrzebowało dodatkowych rąk do pracy. Nas, studentów, też raz zabrano na wykopki, było to chyba w roku 1985. Zawieźli nas na miejsce zwykłym, miejskim autobusem Ikarus. No i trochę pozbieraliśmy, akcja była tylko na kilka godzin. W Polsce w czasach licealnych jeździliśmy na cały tydzień. W Polsce zbierało się do koszy, zawartość których wrzucało się na przyczepę, w NRD wrzucało się do takich olbrzymich siat na dobre kilkaset kilo, potem przyjeżdżał żuraw i wkładał pełną siatę na przyczepę.

W Polsce łatwo dostępne i  w dużym wyborze były kwiaty, w NRD było z tym ciężko. Pamiętam że w Ilmenau na głównej ulicy stawał czasem Wartburg Tourist, z którego jakieś małżeństwo sprzedawało prymulki w doniczkach. Stała długa kolejka. Podejrzewam, że byli to spółdzielcy, którzy na swoim 0,5 ha zrobili sobie szklarnię. Wolno im było, prywatna działalność gospodarcza na tak niewielką skalę była dozwolona. Pamiętam też wielką kolejkę do ludzi sprzedających tulipany przed kaufhalą "Am Stollen", i ja też tam stałem, jak doszedłem i zażyczyłem sobie piętnaście (a co, stać mnie było), cała kolejka aż jęknęła, bo kwiaty się powoli kończyły.

Jak już jesteśmy przy prywatnej inicjatywie: Było w NRD trochę "prywaciarzy". O wiele mniej niż w Polsce, ale byli. Ale w NRD istniał "szklany sufit" na bardzo niskim poziomie - polski prywaciarz bez problemu mógł sobie kupić Mercedesa i pojechać na wycieczkę na Karaiby, NRD-owskiemu skala kończyła się na Ładzie 2107 i wczasach w Bułgarii. Więc nie było specjalnego sensu się starać.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (5)

Żegnaj NRD Extra: Mahlzeit DDR (2)

Znalazłem jednak czwarty odcinek cyklu Mahlzeit DDR - jest o alkoholu. O wielu z omawianych tam spraw pisałem już w cyklu Żegnaj NRD, ale dodam dwie ciekawostki:

O słowo Pilsner nazwie eksportowego piwa Radeberger Pilsner toczył się ciągły spór z Czechosłowacją. Co prawda nazwy Pilsner używano też w RFN, ale Niemcy zachodni wybronili się tym, że pierwszy Pilsner powstał co prawda w Plilsnie, ale zrobił go Bawarczyk. NRD-owcy nie mieli takiego argumentu, więc cały czas brali na przeczekanie. No i jakoś przetrzymali aż do końca. Jedyne ustępstwo jakie musieli zrobić było takie, że w pociągach jadących przez Czechosłowację piwo Radeberger (bo można było je kupić w Mitropie) miało etykietki bez słowa Pilsner.

Butelka od piwa Radeberger, NRD

Butelka od piwa Radeberger, NRD

Teraz coś o mocniejszych alkoholach: Honecker wymagał na imprezach partyjnych ze swoim udziałem żeby zawsze pić kieliszek do końca, a potem odstawiać odwrócony do góry dnem. Żeby nikt nie oszukiwał. W dawnej Polsce stosowano w tym samym celu lepszy patent - kieliszki tzw. "kulawki". Za to Honecker miał inny pomysł - specjalnie dla niego robiono niskoprocentową wódkę (8%), żeby za szybko się nie upił.

A teraz odcinek cyklu. W tubkach dołączonych do poprzedniego odcinka zablokowano embedding, jak by i tu to się stało to trzeba kliknąć i obejrzeć na youtubie.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (3)

Żegnaj NRD Extra: Mahlzeit DDR

Obejrzałem wczoraj na eins Extra (EDIT: Teraz ten program nazywa się tagesschau24) trzy odcinki programu pod tytułem Mahlzeit DDR ("Smacznego NRD")  Program był o kilku artykułach spożywczych w NRD. To ciekawe i pasuje do mojego bloga, więc streszczę, dodając co nieco od siebie.

Pierwszy odcinek był o kurczakach. NRD po wojnie przeżywało ciężki okres. Najpierw bezwzględnie zabierali co się dało Rosjanie. Ale po wydarzeniach roku 1953 trochę odpuścili i dali towarzyszom NRD-owskim trochę swobody. No i towarzysze zaczęli myśleć, jak by zapewnić ludności więcej żywności, zwłaszcza mięsa.

Nie umknęło uwagi Partii otwarcie w części zachodniej sieci restauracji z potrawami z kurczaka pod nazwą Wienerwald (1955). W restauracjach tych podawano kurczaki właśnie w RFN wyhodowanej rasy, która miała dużo smacznego mięsa i osiągała właściwą wagę w 10 tygodni. Potrawa ta nazywała się Goldhähnchen. Firma z Bremy, która je wyhodowała sprzedała rasę firmie amerykańskiej, która opracowała technikę przemysłowego tuczu tych kurczaków, linie do uboju, inkubatory itd. itd. Sprzedawała też tą technologię do innych krajów. NRD-owcy zainteresowali się tym szybko, jednak ponieważ mieli ciągle nieuregulowane stosunki z Zachodem nie mogli sobie tego kupić sami. Zapośredniczyła Jugosławia. W niemieckiej Wikipedii piszą o Bułgarii, ale w programie bezpośredni świadkowie mówili że jednak Jugosławia. Są tam nawet kawałki filmu z Ulbrichtem na fermie w Jugosławii. Nie miałem pojęcia, że Tito mówił swobodnie po niemiecku.

Tak więc w połowie lat 60-tych NRD-owcy rozpoczęli budowę pierwszych przemysłowych ferm drobiu. Polska poszła tą drogą dopiero w latach 70-tych. No i trzeba było wymyślić dla nich nazwę. Musiała ona być inna niż na Zachodzie, i stąd wziął się Goldbroiler. Znowu Wikipedia niemiecka wysnuwa kilka fantastycznych koncepcji na temat tej nazwy, a w programie opowiada człowiek który sam podjął decyzję.

W roku 1967 w Berlinie otwarto trzy pierwsze restauracje kurczakowe podające Goldbroilery. Podobno były super. Ja byłem w takiej w Erfurcie około 1988, to już aż takie super nie było - remont by się powoli przydał. Ale kurczaki były smaczne. Ciekawostką był rząd umywalek na sali - kurczaka pieczonego nie da się zjeść bez pobrudzenia rąk, a tam nie trzeba było chodzić przez parę drzwi do toalety, tylko wprost od stolika można było podejść do umywalki nie dotykając po drodze żadnych klamek i nie musząc się przeciskać. W początku lat 90-tych jadłem też kiedyś w Wienerwaldzie, ale mi nie smakowało.

Jajek w handlu nagle zrobiło się dużo i wkrótce wyparły one jaja chłodnicze. Pojawiły się nawet reklamy "Nimm ein Ei mehr" ("Weź jajko więcej") zachęcające do używania większej ich ilości. Z Polski pamiętam jaja chłodnicze jeszcze w latach 70-tych. Wyjaśnienie dla młodszych czytelników: W czasach sprzed przemysłowej produkcji drobiu produkcja jajek podlegała sezonowym wahaniom, nadmiar z pewnych okresów trzeba było przechowywać w chłodniach, do użycia w okresie kiedy kury znosiły ich mniej. Takie przechowywane jaja były to właśnie jaja chłodnicze. Standardową procedurą przy zakupie jajek było prześwietlanie ich (światłem, w sklepach stały takie urządzenia) żeby rozpoznać te zepsute (zbuki). Jajek wtedy nie wbijało się prosto do potrawy albo na patelnię - zawsze najpierw na talerzyk, obejrzeć, powąchać, i dopiero potem do reszty jedzenia. Dziś tak już nie trzeba, zepsute jajko, widziałem ostatnio ze 20 lat temu.

Znalazłem ten program na Youtubie, tutaj odcinek o kurczakach (i paru potrawach na dodatek):

Drugi odcinek był o kawie. Tu też było parę ciekawych historii.

Na przykład o kryzysie kawowym w 1976. Mimo że sporo kawy trafiało do NRD w paczkach od rodzin z Zachodu, albo było przywożone przez emerytów, to sprowadzana za twardą walutę kawa była dużym obciążeniem dla budżetu kraju. Było tam nawet tak, że kawiarnie musiały się rozliczać ze zużytej kawy, prowadzić dokładną dokumentację, a odpowiednik naszej Inspekcji Robotniczo-Chłopskiej sprawdzał zapisy i czy nie dają za mało na filiżankę. Kiedy więc w roku 1976 na skutek nieurodzaju w Brazylii ceny kawy na rynkach światowych poszybowały w górę, to NRD-owcom zabrakło pieniędzy na zakup kawy na potrzeby krajowe. Wymyślono więc nowy produkt - Kaffee Mix. Była w nim 51% prawdziwej kawy, a resztę dopchano różnymi wypełniaczami, była tam nawet mączka z grochu która zapychała filtry w kawiarnianych ekspresach i powodowała ich eksplozje. Ludzie nie chcieli tego pić i masowo słali listy protestacyjne do władz. Listy trafiały do Stasi, która to wszystko rejestrowała, a było tego mnóstwo. Kaffee Mix nazywano złośliwie "Honecker-Krönung". Wkrótce (1978) trzeba było się z tego mixu wycofać i wygospodarować pieniądze na prawdziwą kawę. Próbowano jeszcze ograniczyć spożycie zabraniając podawania kawy na zebraniach, a w kawiarniach zabraniając sprzedaż kawy na dzbanuszki - tylko na filiżanki. Ale wiele to nie dało. Postarano się więc kupować kawę nie za dewizy, tylko barterowo za maszyny.

W roku 1980 zawarto porozumienie z Wietnamem. Wietnam produkował wtedy niewiele kawy, ale NRD miało założyć tam duże plantacje, który miały przynieść pierwsze plony w roku 1990. No i rzeczywiście tak się stało, ale NRD w międzyczasie zabrakło. Ale dzięki temu Wietnam jest dziś największym producentem kawy w regionie.

Jeszce jedna ciekawostka: Dzięki tym problemom z kawą NRD-owscy naukowcy wynaleźli nową metodę palenia kawy - Wirbelschichverfahren (proces fluidyzacyjny) - poprawiającą wydajność procesu i smak kawy.

Ponieważ w tych czasach kawy praktycznie nie pijałem (a i teraz piję niewiele) to nie mam za wiele osobistych wspomnień o kawie z NRD. Zapraszam za to do obejrzenia programu.

Trzeci odcinek był o bananach i pomarańczach. Jak dla mnie był mniej ciekawy. Ze wspomnień: Nie pamiętam, żebym widział w NRD banany. Pewnie bywały raczej w dużych miastach. Nawet pracownicy lipskiego ZOO w programie opowiadali, że czasem musieli jeździć po banany dla małp do Berlina. Też nie bardzo pamiętam pomarańczowe pomarańcze, tylko kubańskie. To może opowiem NRD-owski dowcip o bananach:

 Przychodzi zajączek do sklepu prowadzonego przez misia i mocno machając łapkami pyta:

- Są banany?

- Nie ma. - Odpowiada miś. 

I taka sytuacja powtarza się co dzień.  Po pewnym czasie miś się zdenerwował i krzyczy:

- Jak nie przestaniesz tak machać łapkami to przybiję cię za uszy do ściany! 

Następnego dnia znowu zajączek machając łapkami pyta się o banany. No to miś, zgodnie z ostrzeżeniem przybił go za uszy do ściany obok portretu Honeckera. Na co zajączek:

-  On też się pytał o banany?

Program ma zdaje się cztery części, ale nie udało mi się ustalić o czym jest czwarta. (EDIT: już się udało - zapraszam do następnego odcinka)

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (3)

Żegnaj NRD (47): Próba podsumowania

Przewaliły się już obchody dwudziestej rocznicy obalenia muru i największy ruch na moim blogu, a mi został do napisania odcinek podsumowujący 40 lat NRD. Najprościej będzie porównać dokonania NRD z PRL.

Może najpierw o bilansie startu obu państw. Do obu władza i system ekonomiczny zostały przyniesione na radzieckich bagnetach, obu odebrano znaczną część ich potencjału gospodarczego - w Polsce bardziej przez zniszczenia wojenne, w NRD bardziej przez zagrabienie całych fabryk i sporej części infrastruktury przez Rosjan.  Ale tu podobieństwa się kończą. Polska przed wojną była biednym krajem z przewagą rolnictwa. Tereny NRD należały co prawda do tych mniej uprzemysłowionych części przedwojennych Niemiec, ale nawet po rozgrabieniu startowały z wyższego poziomu. Podobnie poziom wykształcenia ludności i ilość kadry fachowej (nawet po uprowadzeniu wielu fachowców przez Amerykanów i Rosjan) były również wyższe niż w Polsce. Polsce na plus odcięto biedne i rolnicze rejony na wschodzie, a w zamian za to dołączono nieźle uprzemysłowione obszary Ziem Odzyskanych.

NRD miało o tyle trudniejszą sytuację niż Polska, że było całkowicie sztucznie wydzieloną częścią większej całości. Dla Polski alternatywy nie było, dla NRD - tak. Stąd NRD już momencie powstania było skazane na mur. Mur powstać musiał - bez tego nie było szans na utrzymanie status quo. Bez muru NRD wyludniłoby się wkrótce prawie całkowicie.

Mur rzutował oczywiście i na gospodarkę. Budowa, konserwacja, ochrona granicy pochłaniały bardzo dużą część budżetu państwa, które znowu aż tak bogate nie było. Istnienie muru implikowało oczywiście próby pokonania go, a prawie każdy miał po co próbować - z drugiej strony muru niemal każdy miał jakąś rodzinę i ponieważ był automatycznie obywatelem RFN nie musiał się obawiać nie przyznania prawa pobytu czy innych szykan. Zmuszało to służby bezpieczeństwa do starannej inwigilacji wszystkich obywateli, jak leci. Każdy był podejrzany. A taka skala i skuteczność też kosztuje. Do tego nie można było wypuścić obywatela nawet na wycieczkę ani do pracy za granicę systemów - ograniczało to możliwość zarabiania dewiz przez NRD poprzez eksport siły roboczej. W Polsce problem ten był dużo mniejszy, mnóstwo ludzi wyjeżdżało, pracowało na Zachodzie i przywoziło dewizy do kraju.

Istnienie drugiej części podzielonego kraju miało też swoje dobre strony. Zapewniało mianowicie stały dopływ dewiz, czy to na drodze prywatnej, czy też w formie dotacji czy preferencyjnych kredytów z RFN. Tego znowu w Polsce nie było.

W obu krajach starano się wprowadzić gospodarkę socjalistyczną. Sama idea nie jest nawet taka zła - żeby zlikwidować biedę, bezrobocie oraz marnotrawstwo wbudowane w kapitalizm. Problemem jest oczywiście wykonanie. Nie będę się wdawał w ocenę wykonalności tak postawionych zadań, ograniczę się do pokazania różnic między PRL a NRD w tym względzie. Otóż w NRD, inaczej niż w Polsce, praktycznie zlikwidowano rzemiosło prywatne. Konsekwencje tego faktu były bardzo daleko idące, wydaje mi się że między innymi dzięki temu Polska po transformacji radziła sobie lepiej niż byłe NRD. W Polsce też znacznie wcześniej odpuszczono sobie ignorowanie inflacji poprzez stałe ceny towarów nadrukowane na opakowaniach. No ale Polska zbankrutowała 10 lat wcześniej niż NRD.

Relatywny dobrobyt NRD był też stanowczo przereklamowany. Węgry przebijały pod tym względem NRD bez problemu.

Przemysł NRD nie był wbrew pozorom specjalnie dobrze rozwinięty. Nowych i nowoczesnych zakładów przemysłowych było tak naprawdę niezbyt dużo (a wiele z nich zbudował polski Budimex, a nie NRD-owcy), stare zakłady były często tylko prowizorycznie połatane i w częściowej ruinie. Generalnie wyższe uprzemysłowienie niż w PRL wynikało głównie z bilansu otwarcia, a nie z faktycznego rozwoju.

Pod względem kultury NRD nie zostawiła po sobie zbyt dużo. Ten czy inny zabytek odbudowano (a i to głównie siłami polskich PKZ-tów) ale do czytania, słuchania i oglądania nie zostało wiele. Kultura tworzona w NRD była przytłoczona kulturą RFN-owską. W Polsce alternatywy nie było i po PRL zostało znacznie więcej wartościowych dzieł.

Faktyczne osiągnięcia miało NRD w branży socjalnej. Ich sieć przedszkoli nie miała sobie równych na świecie, RFN o takiej ilości miejsc w przedszkolach do dziś nie śmie nawet marzyć.

Pod względem polityki i praw człowieka NRD była dużo mniej sympatycznym miejscem niż Polska. Wynikało to znowu z podziału Niemiec. O ile Polski patriota mógł działać dla dobra kraju w oficjalnych strukturach - bo innej Polski nie było, to nie wyobrażam sobie niemieckiego patrioty nie dążącego do zjednoczenia. Stąd we władzach NRD z definicji nie mogło być żadnego patrioty, a tylko ludzie bezwzględnie podporządkowani kierownictwu radzieckiemu i obowiązującemu systemowi. Stosunek oficjeli SED do pierestrojki i ich zachowanie w 1989 potwierdza tą tezę. Do tego w Polsce - jak to w Polsce - system z czasem rozmył się w powszechnym tumiwisiźmie, w NRD aż do końca wszystko było na 100% poważnie.

Porównajmy teraz bilans obu krajów na koniec roku 1990.  Jeżeli porównamy stan tych krajów z tego okresu ze stanem zaraz po wojnie albo nawet stanem sprzed wojny, to PRL wykazuje bilans niewątpliwie pozytywny. Kraj został przekształcony z rolniczo-przemysłowego w przemysłowo-rolniczy, poziom wykształcenia społeczeństwa znacznie wzrósł, kultura rozwijała się całkiem nieźle. Oczywiście było to o wiele mniej, niż można byłoby osiągnąć w innych warunkach, ale mimo wszystko coś PRL-owi można zapisać na plus. (Wiem, niektórzy odsądzą mnie od czci i wiary). Dla NRD podobny bilans wygląda zdecydowanie negatywnie. Ich osiągnięcia były niezłe tylko w porównaniu z biedniejszymi krajami bloku (jak na garbatego byli całkiem prości), jedyne, co bym im zaliczył na plus to te przedszkola. Ich przemysł był w 1990 (a nawet w 1989, żeby nie kopać leżącego) w dużo gorszym stanie niż w 1939.

Tak więc, żegnaj NRD. I nie wracaj.

 

A tych, którzy znaleźli mój blog dopiero teraz, zapraszam do przeczytania całego cyklu o NRD od początku.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (21)

Żegnaj NRD (46): Agonia

Mur padł, system też. Były oczywiście i igrzyska - na przykład zespół dziennikarzy elf99 robił i puszczał materiały nakręcone w rządowym ośrodku w Wandlitz, w domu Honeckera (znaleziono tam na przykład niezłą kolekcję pornosów - sam oglądał a innym nie pozwalał), itp.

NRD-owskie służby celne bardzo goniły nagrane nośniki - kasety video, dyskietki itp. Oprócz treści politycznych mieli dużo przeciwko pornosom właśnie. Pornosy Honeckera zostały specjalnie dla niego sprowadzone z RFN.

Ale igrzyska igrzyskami, a żyć trzeba. I tu zaczęły się schody.

Obalenie muru nie zmieniło wcale słuszności prognozy ekonomistów o bliskim zawaleniu się gospodarki NRD, a nawet ten proces przyspieszyło. Z dnia na dzień ludzie praktycznie przestali kupować produkty produkcji NRD, a chcieli tylko te zachodnie. Kurs marki RFN zaczął iść w górę prawie ekspotencjalnie. Doszło do tego, że niektóre sklepy (spożywcze!) sprzedawały zachodnie towary tylko za marki zachodnie. A ponieważ popyt na miejscowe produkty spadł gwałtownie, miejscowe zakłady zaczęły mieć poważne problemy.

W grudniu 1989 rozpoczęły się, zorganizowane na wzór polski, rozmowy Okrągłego Stołu, jednak sam stół był kwadratowy. W trakcie rozmów ustalono, że wypadające w maju wybory do parlamentu zostaną przesunięte na marzec, bo do maja gospodarka padnie już na pewno.

Więc w marcu odbyły się pierwsze i jedyne w historii tego kraju wolne wybory do parlamentu. Zanim do tego doszło, SED zdążyła dwuetapowo zmienić swoją nazwę na PDS (Partei des Demokratischen Sozialismus - Partia Demokratycznego Socjalizmu). Oprócz tej w wyborach wzięły udział partie satelickie SED (analogiczne do polskich SD i ZSL) i nowo utworzone partie, stronnictwa i ruchy. Część z nich od razu przypięło się do partii zachodnich - CDU, FDP i SPD, inne były w miarę niezależne. Wynik był taki, że Ost-CDU dostało 41%, wschodnie SPD 22, a postkomunistyczny PDS 16,4. Reszta to rozproszona drobnica. Jeżeli kogoś interesują dokładniejsze dane, to proszę TUTAJ.

Posiedzenia nowego parlamentu zaczęto pokazywać w telewizji i trzeba przyznać, że pod każdym względem najbardziej pozytywnie wyróżniającym się posłem był tam szef PDS-u Gregor Gysi. Inteligentny, dowcipny, rozsądny. Potrafił zgasić każdego, jedynym posłem potrafiącym z nim na odpowiednim poziomie dyskutować był nasz były wykładowca matematyki Hansjoachim Walther z prawicowo-konserwatywnej DSU. Po zjednoczeniu profesor Walther został nawet na krótki czas ministrem bez teki w rządzie RFN. Gysi natomiast jest do dziś prominentnym działaczem partii Die Linken i był z ramienia tej partii posłem do parlamentu RFN.

Nowo wybrany parlament natychmiast zgodził się co zjednoczenia, 18 maja podpisano z RFN Umowę o unii walutowej, gospodarczej i społecznej (Währungs-, Wirtschafts- und Sozialunion). Unia miała wejść w życie już pierwszego czerwca - czyli po dwóch tygodniach! Każdy miał mieć prawo wymienić (zależnie od wieku) od 2 do 6 tysięcy marek NRD po kursie 1:1, a resztę po kursie 1:2. Płace miały zostać przeliczone po kursie 1:1 a długi 1:2. Ponieważ kurs czarnorynkowy dochodził już chwilami i miejscami do 1:20, wszyscy wierzyli że zarabiając w zachodnich staną się natychmiast bogaci. Jakoś praktycznie nikomu nie przyszło do głowy że NRD-owska średnia płaca, czyli 800 marek, nawet przeliczona 1:1 na zachodnie leży gdzieś w okolicach zachodniego minimum socjalnego, a nominalne ceny podstawowych produktów są w RFN wielokrotnie wyższe (obiad w mensie za 80 fenigów RFN? Niemożliwe). Jeszcze mniejsza grupa pomyślała o tym, że faktyczna produktywność NRD-owskich pracowników bardziej odpowiada tym ośmiuset markom przeliczonym po kursie 1:20 niż 1:1. No ale skoro Helmut Kohl obiecał Blühende Landschaften (rozkwitające krajobrazy) i że na zjednoczeniu nikt nie straci...

NRD było gotowe oddać się RFN za każdą cenę, w RFN nastroje nie były tak jednoznaczne. Rządząca CDU była za, ale opozycyjna wtedy SPD nie za bardzo. Wielu prominentnych jej działaczy, jak późniejszy kanclerz Gerhard Schröder i aktualny wtedy kandydat na kanclerza Oskar Lafontaine było przeciw, bo to za drogo. Rację że to drogo mieli, ale nie wiem jak oni sobie właściwie wyobrażali żeby NRD nie przyłączyć? Przecież wkrótce by mieli w NRD pustynię i 17 milionów imigrantów w RFN. Taniej by nie było. No chyba żeby mur odbudować, ale żeby teraz pilnowali go RFN-owcy.

Lafontaine w ogóle jest jakiś dziwny, bo potem odszedł z SPD, namówił PDS na zmianę nazwy na Die Linken (Lewica) i się do nich przyłączył. Dlaczego właściwie nie przeniósł się do NRD już w latach 80-tych? Przyjęliby go z otwartymi ramionami.

Dzień wprowadzenia marki RFN się zbliżał, NRD-owcy zajmowali się tymczasem upychaniem swoich oszczędności przekraczających limit wymiany 1:1 po kontach znajomych nie osiągających tego limitu. Potem nadeszła noc z 31 maja na 1 czerwca i wszyscy z radością zrezygnowali z Alu-Chips, jak nazywano marki NRD. Otrzeźwienie przyszło wkrótce.

Nagle, praktycznie z dnia na dzień pojawiło się bezrobocie.

W krajach socjalistycznych oficjalnie bezrobocie nie istniało. Prawo do pracy było zagwarantowane w konstytucji i każdy pracę musiał dostać. Inną historią było, czy miał coś do roboty. Taka sytuacja jest nazywana bezrobociem ukrytym. Rodziło to bardzo wiele problemów, od demoralizacji ludzi (czy się stoi, czy się leży, [suma] się należy) do problemów zakładów (czy ludzie faktycznie pracują, czy nie, płacić im trzeba).

W NRD bywało nawet tak, że w kilkunastotysięcznym zakładzie połowa (sic!) pracowników zajmowała się tylko remontami, a nie produkcją. Oczywiście najdalej w kilka tygodni po wejściu z życie unii gospodarczej wszystkich niepotrzebnych trzeba było zwolnić. A potem najczęściej i tak bankructwo.

Z dnia na dzień większość ludzi w NRD stała się biedakami, często do tego bezrobotnymi. W takiej sytuacji ujawniły się tłumione przez długie lata nastroje ksenofobiczne, zwłaszcza antypolskie. Wyrostki obrzucały kamieniami polskie autobusy, pytani przez dziennikarzy dlaczego to robią mówili "A, bo ci Polacy przyjeżdżają, wykupują wszystko...". Tak to jest, jak 100% kapitalizm wprowadzi się umową z zaledwie dwutygodniowym czasem na przygotowanie. Pamiętam że raz gdy wracałem busem z towarem z Berlina ktoś z krzaków przy autostradzie, już niezbyt daleko od granicy, rzucił w moją stronę butelką. Jechałem ponad 100, jakby trafiła w przednią szybę nie byłoby wesoło. Na szczęście jechałem lewym pasem (bo prawy już wtedy słabo nadawał się do jazdy) a ktoś rzucił o pół sekundy za wcześnie i butelka rozbiła się tuż przed samochodem.

Do NRD zaczęli przyjeżdżać ludzie którzy wyjechali wcześniej, na Ausreiseantrag albo nielegalnie. Nie, nie po to żeby wrócić. Po to, żeby spróbować odzyskać swoje mieszkania i domy, który wcześniej państwo NRD-owskie im odebrało. Nieruchomości te zostały potem w dobrej wierze kupione od Skarbu Państwa przez innych ludzi. Oj, było z tego mnóstwo problemów.

Zakłady które zbankrutowały były przejmowane przez Urząd Powierniczy (Treuhandanstalt), który starał się sprzedać je komukolwiek, nawet za symboliczną jedną markę. Było z tego też mnóstwo afer których jednak specjalnie później nie drążono.

Infrastruktura NRD okazała się być w gorszym stanie niż ktokolwiek w RFN się spodziewał. Problem był nawet z zadzwonieniem na Zachód, w firmach przejętych przez zachodnie koncerny stosowano taką technikę, że po uzyskaniu połączenia telefonicznego z dyrekcją w RFN (bywało, że próby połączenia trwały parę godzin) słuchawki nie odkładano już. Dzięki temu można było przekazać informacje w dowolnym momencie, a gdy połączenie się przerwało specjalnie wyznaczony pracownik kręcił znowu do skutku. Krążył dowcip o tym, że Mercedes kupił kawałek NRD-owskiej autostrady jako odcinek testowy dla swoich samochodów. Terenowych.

Gwałtowny upadek przemysłu NRD miał też swoje dobre skutki. W ciągu kilku tygodni jakość powietrza w NRD gwałtownie się poprawiła, a ogłaszany wcześniej od czasu do czasu w RFN i Berlinie Zachodnim alarm smogowy już nigdy się nie powtórzył. Nigdy!

Wszystkie te problemy spowodowały, że większość obrotnych i potrafiących cokolwiek NRD-owców szybko przemieściła się do RFN. Praktycznie w landach wschodnich zostali głównie emeryci i nieudacznicy. Tam do dziś jest pustynia ze świetną infrastrukturą - bo rząd RFN próbował powstrzymać odpływ ludzi budując tam wszystko od nowa, często lepsze niż w landach zachodnich.

I w końcu, 3 października 1990 NRD z ulgą przyłączyła się do RFN.

 

I to był ostatni regularny odcinek cyklu o NRD. Zostało mi jeszcze trochę ciekawostek które nie pasowały do żadnej z notek albo przypomniały mi się zbyt późno. Materiały o NRD będą pojawiać się nadal. Z pewnością dodam też zdjęcia, muszę tylko przywieźć z Polski swoje slajdy (raczej dopiero w końcu roku), zorganizować skaner i trochę czasu.

Zapraszam dalej, tematów nie zabraknie.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (3)

Żegnaj NRD (37): Ochrona środowiska w NRD

Mówiąc o ochronie środowiska w NRD jestem trochę ahistoryczny - w tych czasach w bloku socjalistycznym mało się środowiskiem przejmowano.

Pisałem już o zakładach Leuna - środowiskowo była to jedna wielka katastrofa, inne zakłady nie odbiegały standardami od tego.

Nawet w naszych mało uprzemysłowionych okolicach Lasu Turyńskiego nie było wcale dobrze. Glas i Porcelana nie były zbyt uciążliwe dla środowiska - właściwie emitowały jedynie spaliny od grzania pieców do wypalania porcelany i topienia szkła, a porcelana na hałdzie nie jest szczególnie szkodliwa - bo to w zasadzie tylko taka forma minerału. Problem środowiskowy leżał gdzie indziej.

Ilmenau składało się w dużej części ze starych domów ogrzewanych piecami. Tylko nowe osiedla i kampus były ogrzewane centralnie ciepłem odpadowym z Glasu. No a reszta musiała palić tym, co było dostępne. A w NRD dostępne były praktycznie wyłącznie brykiety z węgla brunatnego.

Brykiet z węgla brunatnego (nie NRD-owski, tam wyglądały inaczej)

Brykiet z węgla brunatnego (nie NRD-owski, tam wyglądały inaczej) Źródło: Wikipedia Autor: Markus Schweiß

W NRD prawie nie było węgla kamiennego, za to sporo brunatnego - więc nie było wyjścia. Ale brykiety takie to nie jest zbyt czyste paliwo, zwłaszcza tak zasiarczone jak w NRD. Spalanie ich powoduje emisję mnóstwa pyłów i gazów o niezbyt przyjemnym zapachu. Elektrownia na węgiel brunatny (niestety nie NRD-owska) ma całe instalacje do wyłapywania tych pyłów i odsiarczania spalin, ale w piecu domowym oczywiście niczego takiego nie ma. Stąd nad leżącym w dolinie miasteczkiem przez całą zimę unosił się regularny smog. Gdy wiał silniejszy wiatr nie było tak źle, ale normalnie, w budynkach uczelni leżących w mieście lepiej było nie wietrzyć. Naprawdę, lepiej było siedzieć na sali wykładowej zasmrodzonej przez ludzi, niż wywietrzyć - czyli wpuścić te wyziewy pyłowo-siarkowe do środka. Zawartość siarki w tych spalinach była też jedną z głównych przyczyn kwaśnych deszczów niszczących lasy.

Na zdjęciu poniżej: Fabryka brykietów w Espenhain, najbardziej zanieczyszczone miejsce w NRD.

Fabryka brykietów w Espenhain

Fabryka brykietów w Espenhain Źródło: www.nach-gedacht.net

A raz jeden, roku nie pamiętam, ale na podstawie listy alarmów smogowych w Niemczech zamieszczonej w niemieckiej Wikipedii wnioskuję, że musiał to być początek lutego 1987, zdarzyło się coś niesamowitego. Przez dobry tydzień wiatr nie wiał prawie wcale, i to w sporej części Europy. W Berlinie Zachodnim wprowadzono alarm smogowy i ograniczenia w ruchu samochodów, żeby nie pogarszać sytuacji (we wschodnim oczywiście wszystko było OK, dwusuwowe Trabanty i Wartburgi mogły jeździć jak zwykle). Potem przyszedł łagodny powiew i wtedy się zaczęło. Czegoś takiego nigdy wcześniej ani później nie widziałem i nie chciałbym już więcej zobaczyć.

Chodziłem wtedy wieczorami do centrum obliczeniowego, położonego obok budynków uczelni na górce nad kampusem. Dla skrócenia drogi chodziłem na przełaj przez łąkę. Normalnie, niezależnie od warunków pogodowych dróżkę było widać wystarczająco, nawet w bezksiężycową noc wystarczały światła miasteczka. Raz co prawda w taki bezksiężycowy wieczór raczej usłyszałem i wyczułem niż zobaczyłem na ścieżce coś dużego, ciepłego i oddychającego, ominąłem to na wszelki wypadek szerokim łukiem, następnego dnia okazało się, że to był wielki byk - na tej łące wypasano czasem krowy. Ale tego wieczora wyszedłem po pracy i okazało się, że widoczność wynosi poniżej jednego metra. Autentycznie - wzrok nie sięgał gruntu! Wszędzie szare mleko. Widać było tylko jaśniejsze miejsca tam gdzie były jakieś lampy, a i to nie dalej niż na jakieś 50 metrów. O pójściu na przełaj nie mogło być nawet mowy, poszedłem ulicą. Nie chodnikiem - ulicą przy krawężniku, żeby macać drogę nogą. Dla oszczędności świeciła się co druga lampa uliczna - w połowie odległości między dwiema świecącymi był moment, gdy nie było widać dokładnie nic oprócz niejasnej szarości daleko z przodu i daleko z tyłu i trzeba było posuwać się całkowicie po omacku. Na dole na szczęście było już trochę lepiej, chociaż z okna baraku nie było widać sąsiedniego baraku położonego o mniej niż 10 metrów. Było widać tylko światło z tego kierunku. Na placyku koło mensy stał Wartburg z uchyloną nieco szybą, przez szczelinę wystawały jakieś rurki i słychać było pracującą elektryczną pompkę. Wyraźnie pobierali nieoznaczonym samochodem próbki powietrza. Następnego dnia rano widoczność wróciła, ale śnieg był cały żółtobrązowy, widać było wyraźnie po śladach jak powietrze opływało różne przeszkody.

Historię tę dedykuję do namysłu zielonym ekoterrorystom. Stop! Powiedziałem: "Do namysłu"! Bez namysłu jest to historia o tym, jak bardzo be są paliwa kopalne, zwłaszcza bez żadnych filtrów. A teraz z namysłem: Jak zapewnić ciepło i prąd ludziom przy pomocy wiatraków i energii słonecznej w długie, bezwietrzne, zimowe wieczory?

W następnym odcinku: Obyczajowość w NRD.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (1)

(Nie)istotne warunki zamówienia

Nie śledzę sprawy generała Skrzypczaka, przyznam się że polska polityka interesuje mnie coraz mniej (ma się ten luksus nie płacenia na nich), ale jak zwykle docierają do mnie echa mówiące o problemach z przetargami na sprzęt wojskowy. A to nie dało się czegoś kupić, bo zła specyfikacja, a to żaden sprzęt jej nie spełnia itd. Gdy jeszcze zajmowałem się działalnością gospodarczą w Polsce wielokrotnie stykałem się z przetargami i czytałem ich dokumentacje. Jak w Polsce tworzy się specyfikację istotnych warunków zamówienia do przetargu? Możliwości są takie:

  • Wariant 1: Fachowiec pisze to, co faktycznie jest istotne i podaje sensowne wartości. Wariant bardzo rzadko spotykany.
  • Wariant 2a: Niefachowiec przepisuje dane techniczne z instrukcji posiadanego urządzenia, bo nie ma pojęcia co jest istotne a co nie. Najczęstszy wariant, przypadkowo eliminujący rozwiązania znacząco inne od już posiadanych przez zleceniodawcę.
  • Wariant 2b: Niefachowiec przepisuje dane techniczne dostarczone przez producenta sprzętu, który ma wygrać. Również bardzo częsty wariant, ryzyko jest takie że konkurencja w ogóle nie będzie chciała startować w takim przetargu. Bywa, że konkurencja jest opłacana za wystawienie oferty która z założenia przegra - bo nie spełni istotnych warunków zamówienia.
  • Wariant 3: Niefachowiec przepisuje dane techniczne z kilku instrukcji, wybierając najwyższe liczby i wpisując cechy wszystkich urządzeń naraz. Stąd biorą się specyfikacje nie do spełnienia przez jakikolwiek istniejący sprzęt.

I tak to się kręci. I się nie zmieni, dopóki nie zacznie się zatrudniać fachowców zamiast pociotków i kolegów z partii. I płacić tym fachowcom jak należy. Ale nie mam nadziei, że to się stanie szybko. Póki co zostanę w Niemczech.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Polityka, polityka

Skomentuj