Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Lost in translation: Wiersz

Przypomniał mi się ni stąd ni zowąd wiersz, jaki blisko rok temu napisał Günter Grass. Ten o Izraelu. Nie chodzi mi o jego treść, tylko o formę - pamiętam że w różnych miejscach polskiej sieci ludzie się dziwili, że to jest wiersz. Miałem napisać na ten temat notkę, ale jakoś były inne rzeczy do zrobienia i mi się zapomniało.

Ale teraz wrócę do tematu. Od razu zaznaczam, że jestem inżynierem a nie polonistą, germanistą ani językoznawcą, więc nie powołujcie się na mój tekst w dyskusji z fachowcami. A i może być, że będę trochę pobredzał. Jeżeli rzeczywiście będę, to proszę o wytknięcie tego w komentarzach.

Najpierw zacytuję kawałek tekstu Grassa, żeby było wiadomo o czym mowa. Ani rymu, ani rytmu, chyba nie chciało mu się pisać eseju, więc połamał te pół strony szkicu na krótkie linie i sprzedał to jako wiersz:

Günter Grass - "Was gesagt werden muss"

Warum schweige ich, verschweige zu lange,
was offensichtlich ist und in Planspielen
geübt wurde, an deren Ende als Überlebende
wir allenfalls Fußnoten sind.

Es ist das behauptete Recht auf den Erstschlag,
der das von einem Maulhelden unterjochte
und zum organisierten Jubel gelenkte
iranische Volk auslöschen könnte,
weil in dessen Machtbereich der Bau
einer Atombombe vermutet wird.

(...)

Otóż Niemcy mają w stosunku do poezji zupełnie inne standardy niż Polacy. Znaczy o wiele niższe (IMHO). Trochę to dziwi - w końcu "naród filozofów i poetów...". Porównajmy więc:

W Polsce przyzwyczajeni jesteśmy, że wiersz ma mieć rymy. Znamy oczywiście wiersz biały, ale nie jest to jakaś szczególnie popularna (przynajmniej w mejnstrimie) forma wyrazu. Rymy w wierszu po polsku też mogą być różnej jakości - od dobrych, mocnych rymów męskich, przez słabsze rymy żeńskie do najpośledniejszych rymów częstochowskich. Ma to oczywiście związek ze strukturą samego języka - w polskim mamy dość rozbudowane końcówki wyrazów, które muszą być - bo bez nich zdania stają się niezrozumiałe. A rymowanie tych końcówek jest może i prymitywne, ale proste i dostępne dla każdego. Rymowanka - upraszczanka. Dla każdego coś prostego. Nawet ja tak potrafię.

W niemieckim jest trochę inaczej. Zamiast końcówek mamy rodzajniki. Stąd trudniej o trywialne rymowanie takich samych końcówek rzeczowników - zostają tylko czasowniki i przymiotniki z góra jednosylabowymi końcówkami. Natomiast poważnym problemem są te rodzajniki właśnie - one niewiele wnoszą - jest ich tylko parę różnych  i muszą być dość często, nie da się sensownie do nich rymować, a zabierają bezproduktywnie jedną- dwie sylaby. Natomiast w mowie potocznej po niemiecku, zwłaszcza wśród "prostego ludu" albo w różnych dialektach, częste jest zjadanie końcówek wyrazów - one nie są specjalnie istotne i komunikatywność na tym nie cierpi. Do tego w niemieckim nie ma podmiotu domyślnego - zawsze musi być tam chociaż bezosobowe es, czyli kolejna redundantna sylaba. A z drugiej strony rymować trzeba przede wszystkim mocno, a to już nie jest takie proste.

Z tych różnic prawdopodobnie wynikają różnice standardów w poezji. Po polsku słowa muszą być kompletne, jeżeli autor dla zachowania rytmiki pomija sobie sylabę, to jest to uważane za niezręczność. W wierszach po niemiecku pomijanie sylab albo samogłosek, zbijanie  słów z końcówką rodzajnika itp. jest na porządku dziennym. Widziałem nawet miejsca, w których bez problemu dałoby się nie pominąć sylaby, ale i tak była pominięta. Taki standard. Z drugiej strony częste jest też dodawanie zbędnych końcówek żeby się rymowało. Może przykład z klasyki:

Johann Wolfgang Goethe - Wandrers Nachlied

Über allen Gipfeln
Ist Ruh,
In allen Wipfeln
Spürest du
Kaum einen Hauch;
Die Vögelein schweigen im Walde.
Warte nur, balde
Ruhest du auch.

Jak widać Goethe zrymował du z Ruh zjadając sylabę (Ruhe) i Walde z balde dodając sylabę (bald). A to przecież tylko kilka linii, topowy autor i najbardziej klasyczna klasyka poezji niemieckiej. Nawet jak przyjdą jacyś germaniści i powiedzą, że akurat te formy były wtedy 100% poprawne, to nie zmieni to faktu że takie zjawisko istnieje.

Dzieła zebrane Goethego, wydanie z roku 1887

Dzieła zebrane Goethego, wydanie z roku 1887

 Inny przykład. Otwieram Goethego na losowej stronie, szukam czegoś krótkiego (szlag by to, po co kupiłem na Bücherflohmarkcie wydanie z 1887 gotykiem za jedne 1,50 EUR, umiem to czytać ale idzie wolno) i mam:

Johann Wolfgang Goethe - Stoßseufzer

Ach, man sparte viel,
Seltner wäre verruckt das Ziel,
Wär' weniger Dumpfheit, vergebenes Sehnen,
Ich könnte viel glücklicher sein -
Gäb's nur keinen Wein
Und keine Weibertränen!

 No i tu mamy typowe dla wierszy po niemiecku zjadanie sylab - zamiast wäre jest wär', zamiast gäbe es jest gäb's. Ten sam autor z samego topu.

  

Ale tak właściwie to rzecz jest w tłumaczeniu  pojęć. Grass napisał "Gedicht", co niezupełnie słusznie tłumaczymy na polski jako "wiersz". Tymczasem do wieku XVIII słowo Gedicht oznaczało dowolny tekst pisany, dopiero później przyjęło się nazywać tak lirykę. A polskiemu słowu wiersz bardziej odpowiada niemiecki Vers (nawet brzmi tak samo i ma takie samo pochodzenie). Poguglanie za "gedicht" + jakikolwiek temat zwróci w jakichś 90 procentach (im poważniejszy temat tym więcej, nie mówimy o wierszykach dla dzieci) wiersze białe, podobne guglanie po polsku za "wiersz" + temat da w podobnym procencie wiersze rymowane.

Tak więc trudno się dziwić, że Polak widząc typowy niemiecki Gedicht woła w zdumieniu "I to ma być wiersz!?"

A jak w tej sytuacji przetłumaczyć na polski słowo Gedicht? Trudna sprawa. Ale mimo braku odpowiedniego słowa, taką formę w języku polskim spotykamy - pamiętam że na SF-F produkował się czasem Mark (wcześniej: Marek) Falzmann. Mniejsza o treść jego wynurzeń, ale formalnie to on często pisał właśnie krótkie, nie rymujące się linie. Po niemiecku można by to zakwalifikować jako Gedicht. Z czytelników SF-F nikt o tym chyba nie pomyślał, ale może Falzmann widział się niespełnionym poetą?

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?, Język

Komentarze: (11)

Lost in translation: Droselklapa tandetnie blindowana i ryksztosuje

Już od dawna przymierzam się do ambitnego zadania translatorskiego, z którym chyba nikt dotąd się do końca nie zmierzył - do przetłumaczenia na polski tekstu Juliana Tuwima "Ślusarz". Tekst bardzo znany, ale jeszcze przedwojenny więc może ktoś nie czytał. Więc najpierw przytoczę:

Julian Tuwim "Ślusarz"

W łazience coś się zatkało, rura chrapała przeraźliwie, aż do przeciągłego wycia, woda kapała ciurkiem. Po wypróbowaniu kilku domowych środków zaradczych (dłubanie w rurze szczoteczką do zębów, dmuchanie w otwór, ustna perswazja etc.) - sprowadziłem ślusarza. Ślusarz był chudy, wysoki, z siwą szczeciną na twarzy, w okularach na ostrym nosie. Patrzył spode łba wielkimi niebieskimi oczyma, jakimś załzawionym wzrokiem. Wszedł do łazienki, pokręcił krany na wszystkie strony, stuknął młotkiem w rurę i powiedział: - Ferszlus trzeba roztrajbować.
Szybka ta diagnoza zaimponowała mi wprawdzie, nie mrugnąłem jednak i zapytałem: - A dlaczego?
Ślusarz był zaskoczony moją ciekawością, ale po pierwszym odruchu zdziwienia, które wyraziło się w spojrzeniu sponad okularów, chrząknął i rzekł: - Bo droselklapa tandetnie blindowana i ryksztosuje.
- Aha, - powiedziałem - rozumiem! Więc gdyby droselklapa była w swoim czasie solidnie zablindowana, nie ryksztosowałaby teraz i roztrajbowanie ferszlusu byłoby zbyteczne?
- Ano chyba. A teraz pufer trzeba lochować, czyli dać mu szprajc, żeby śtender udychtować.
Trzy razy stuknąłem młotkiem w kran, pokiwałem głową i stwierdziłem: - Nawet słychać.
Ślusarz spojrzał doć zdumiony: - Co słychać?
- Słychać, że śtender nie udychtowany. Ale przekonany jestem, że gdy pan mu da odpowiedni szprajc przez lochowanie pufra, to droselklapa zostanie zablindowana, nie będzie już więcej ryksztosować i, co za tym idzie ferszlus będzie roztrajbowany.
I zmierzyłem ślusarza zimnym, bezczelnym spojrzeniem. Moja fachowa wymowa oraz nonszalancja, z jaką sypałem zasłyszanymi po raz pierwszy w życiu terminami, zbiła z tropu ascetycznego ślusarza. Poczuł, że musi mi czymś zaimponować. - Ale teraz nie zrobię, bo holajzy nie zabrałem. A kosztować będzie reperacja - wyczekał chwilę, by zmiażdżyć mnie efektem ceny - kosztować będzie... 7 złotych 85 groszy.
- To niedużo, - odrzekłem spokojnie - myślałem, że co najmniej dwa razy tyle. Co się za tyczy holajzy, to doprawdy nie widzę potrzeby, aby pan miał fatygować się po nią do domu. Spróbujemy bez holajzy.
Ślusarz był blady i nienawidził mnie. Uśmiechnął się drwiąco i powiedział:
- Bez holajzy? Jak ja mam bez holajzy lochbajtel krypować? Żeby trychter był na szoner robiony, to tak. Ale on jest krajcowany i we flanszy culajtungu nie ma, to na sam abszperwentyl nie zrobię.
- No wie pan, - zawołałem, rozkładając ręce - czegoś podobnego nie spodziewałem się po panu! Więc ten trychter według pana nie jest zrobiony na szoner? Ha, ha, ha! Pusty śmiech mnie bierze! Gdzież on na litość Boga jest krajcowany?
- Jak to, gdzie? - warknął ślusarz - Przecież ma kajlę na iberlaufie!
Zarumieniłem się po uszy i szepnąłem wstydliwie:
- Rzeczywiście. Nie zauważyłem, że na iberlaufie jest kajla. W takim razie zwracam honor: bez holajzy ani rusz.
I poszedł po holajzę. Albowiem z powodu kajli na iberlaufie trychter rzeczywiście robiony był na szoner, nie zaś krajcowany, i bez holajzy w żaden sposób nie udałoby się zakrypować lochbajtel w celu udychtowania pufra i dania mu szprajcy przez lochowanie śtendra, aby roztrajbować ferszlus, który dlatego źle działa, że droselklapę tandetnie zablindowano i teraz ryksztosuje.

 

I jak? Wszyscy wszystko zrozumieli? Nie sądzę, mimo że to niby po polsku. Więc przetłumaczę najpierw co trudniejsze słowa:

  • Ferszlus - Verschluss - zamknięcie
  • roztrajbować - to od treiben - w różnych kontekstach tłumaczenie będzie różne, tu pasować będzie otworzyć, rozebrać.
  • droselklapa - Drosselklappe - to od droseln - tłumić, dławić, współcześnie używa się tego słowa na określenie przepustnicy w gaźniku, ale tu chodzi raczej o inny element - patrz niżej.
  • blindowana - blenden - oślepiać, zasłaniać
  • ryksztosuje - od Rückstoss - odrzut, odbijanie
  • pufer - Puffer - zderzak, ogranicznik
  • lochować, - od lochen - robić otwór
  • na szprajc - spreizen - chodzi o rozpieranie
  • śtender - Ständer - stojak, podstawka
  • udychtować -  dichten - uszczelniać
  • holajza - Hohleisen - żłobak
    Hohleisen

    Hohleisen Źródło: Wikipedia Autor: Nienetwiler

  • lochbajtel - Lochbeitel - szerokie, płaskie dłuto
    Lochbajtel

    Lochbajtel Źródło: Wikipedia Autor: Flominator

  • krypować - nie mam pojęcia w dowolnym kolorze.
  • trychter - Trichter - lejek
  • szoner - Schoner - ochraniacz, osłona
  • krajcowany - radełkowany na krzyż
    Radelkowanie

    Radelkowanie Źródło: Wikipedia Autor: Contributor

  • flansza - Flansch - to sposób łączenia np. rur poprzez skręcenie na śruby przyłożonych do siebie płaskich kołnierzy, LINK
    Flansza

    Flansza Źródło: Wikipedia Autor: Markus Schweiss

  • culajtung - Zuleitung - doprowadzenie
  • abszperwentyl - Absperrventil - zawór odcinający.
  • kajla - Keil - klin
  • iberlauf - Überlauf - przelew

Ale samo tłumaczenie słów raczej nie wystarczy. To teraz wyjaśnienie sytuacji: Autorowi zepsuł się reduktor ciśnienia wody, stosowany gdy ciśnienie wody w sieci jest zbyt duże. Reduktor taki obniża ciśnienie wody przy pomocy membrany. Dla zrozumienia tekstu niezbędna jest znajomość budowy takiego reduktora. Rysunek znalazłem w sieci, pochodzi zdaje się od firmy Honeywell. Usunąłem opisy i dodałem swoje.

Reduktor ciśnienia wody, opisy według "Ślusarza" Tuwima

Reduktor ciśnienia wody, opisy według "Ślusarza" Tuwima

Teraz omówimy sobie budowę takiego reduktora. Przedwojenne reduktory mogły być zbudowane w szczegółach trochę inaczej, ale koncepcja była taka sama.

Woda dochodzi do reduktora przez culajtung, flansza culajtungu jest przykręcona krojcowaną nakrętką. Woda ta ma wysokie ciśnienie. Przepływ jej jest ograniczany przez droselklapę (w naprawianej konstrukcji  pewnie bardziej przypominała klapę). Za droselklapą ciśnienie jest niższe. Woda o niższym ciśnieniu dostaję się przez iberlauf do komory membrany, naciska na membranę, w ten sposób przymyka droselklapę i obniża ciśnienie. Czyli jest to regulator z ujemnym sprzężeniem zwrotnym. Ciśnienie wyjściowe ustawianie jest poprzez napinanie sprężyny, znajdującej się w trychterze. W naprawianym reduktorze trychter był prawdopodobnie połączony na kajlę i przykręcony krojcowaną nakrętką. Trudno powiedzieć, jak wygląda trychter robiony na szoner, pewnie to po prostu inny rodzaj połączenia. Pufer to prawdopodobnie ta uszczelka pokazana na rysunku, uszkodzenie jej spowoduje opisywane przez poetę objawy. Absperwentyla na rysunku nie ma, on raczej jest podłączony przed reduktorem jako niezależny element. Zostaje śtender - strzelam że jest to ten sztyft (hehehe, też po niemiecku - Stift) łączący membranę z droselklapą.

Autor z wypowiedzi fachowca nie zrozumiał dokładnie nic (o tym przecież jest tekst), ale generalnie są one sensowne - musi to być oparte na prawdziwej rozmowie a nie fikcja literacka. W paru miejscach jednak wypowiedzi są raczej przekręcone, ale nie ma się co dziwić. Spróbujmy więc jeszcze raz, ale teraz z tłumaczeniem i komentarzem:

Julian Tuwim "Ślusarz"

W łazience coś się zatkało, rura chrapała przeraźliwie, aż do przeciągłego wycia, woda kapała ciurkiem. Po wypróbowaniu kilku domowych środków zaradczych (dłubanie w rurze szczoteczką do zębów, dmuchanie w otwór, ustna perswazja etc.) - sprowadziłem ślusarza. Ślusarz był chudy, wysoki, z siwą szczeciną na twarzy, w okularach na ostrym nosie. Patrzył spode łba wielkimi niebieskimi oczyma, jakimś załzawionym wzrokiem. Wszedł do łazienki, pokręcił krany na wszystkie strony, stuknął młotkiem w rurę i powiedział: - Ferszlus trzeba roztrajbować.

 

Trzeba go rozebrać. To oczywiście nie jest żadna diagnoza, tylko stwierdzenie że trzeba zobaczyć w środku.

Szybka ta diagnoza zaimponowała mi wprawdzie, nie mrugnąłem jednak i zapytałem: - A dlaczego?
Ślusarz był zaskoczony moją ciekawością, ale po pierwszym odruchu zdziwienia, które wyraziło się w spojrzeniu sponad okularów, chrząknął i rzekł: - Bo droselklapa tandetnie blindowana i ryksztosuje.

 

Zawór regulacyjny jest marnie zaślepiony i odbija. Tak dokładnie to wpada w drgania, stąd wycie i słaby przepływ wody.

- Aha, - powiedziałem - rozumiem! Więc gdyby droselklapa była w swoim czasie solidnie zablindowana, nie ryksztosowałaby teraz i roztrajbowanie ferszlusu byłoby zbyteczne?

 

Tuwim odpowiada przeformułowując wypowiedź fachowca i tu udaje mu się zachować sens.

- Ano chyba. A teraz pufer trzeba lochować, czyli dać mu szprajc, żeby śtender udychtować.

 

Chodzi z pewnością o naprawę uszczelki zaworu regulacyjnego, żeby odpowiednio zamykał przepływ. Co do szczegółów operacji to trzeba by znać dokładną konstrukcję danego reduktora.

Trzy razy stuknąłem młotkiem w kran, pokiwałem głową i stwierdziłem: - Nawet słychać.
Ślusarz spojrzał dość zdumiony: - Co słychać?
- Słychać, że śtender nie udychtowany. Ale przekonany jestem, że gdy pan mu da odpowiedni szprajc przez lochowanie pufra, to droselklapa zostanie zablindowana, nie będzie już więcej ryksztosować i, co za tym idzie ferszlus będzie roztrajbowany.

 

Następna próba poety jest mniej udana - najpierw jest sensownie ale wszystko wali zakończenie, że dzięki wykonanym operacjom reduktor będzie rozkręcony.

I zmierzyłem ślusarza zimnym, bezczelnym spojrzeniem. Moja fachowa wymowa oraz nonszalancja, z jaką sypałem zasłyszanymi po raz pierwszy w życiu terminami, zbiła z tropu ascetycznego ślusarza. Poczuł, że musi mi czymś zaimponować. - Ale teraz nie zrobię, bo holajzy nie zabrałem.

 

Tu raczej zaczyna się fikcja literacka bo holajza, czyli odmiana dłuta, to narzędzie do drewna, a nie do napraw hydraulicznych. No chyba że fachowiec postanowił sprawdzić wiedzę klienta.

A kosztować będzie reperacja - wyczekał chwilę, by zmiażdżyć mnie efektem ceny - kosztować będzie... 7 złotych 85 groszy.
- To niedużo, - odrzekłem spokojnie - myślałem, że co najmniej dwa razy tyle. Co się za tyczy holajzy, to doprawdy nie widzę potrzeby, aby pan miał fatygować się po nią do domu. Spróbujemy bez holajzy.
Ślusarz był blady i nienawidził mnie. Uśmiechnął się drwiąco i powiedział:
- Bez holajzy? Jak ja mam bez holajzy lochbajtel krypować?

 

Tu autor coś pokręcił, to na pewno nie brzmiało dokładnie tak. Jak bez żłobaka robić coś (nie wiadomo dokładnie co) z dłutem? Bez sensu. Druga możliwość jest taka, że ślusarz się po prostu z ignoranta nabijał.

Żeby trychter był na szoner robiony, to tak. Ale on jest krajcowany i we flanszy culajtungu nie ma, to na sam abszperwentyl nie zrobię.

 

Fachowiec tłumaczy że gdyby lejek - chodzi na pewno o stożkową pokrywę przestrzeni gdzie jest membrana - miał jakąś osłonę (szoner) to by się dało, a ponieważ jego nakrętka jest radełkowana krzyżowo a doprowadzenie wody nie jest poprowadzone przez to złącze to nie da się zrobić tego przy zaworze odcinającym. Brzmi niezbyt składnie, chyba autorowi coś z wypowiedzi umknęło, żeby odtworzyć pełny sens uwagi trzeba by mieć chociaż rysunek konkretnego rozwiązania reduktora. No chyba że to dalej nabijanie się.

- No wie pan, - zawołałem, rozkładając ręce - czegoś podobnego nie spodziewałem się po panu! Więc ten trychter według pana nie jest zrobiony na szoner? Ha, ha, ha! Pusty śmiech mnie bierze! Gdzież on na litość Boga jest krajcowany?
- Jak to, gdzie? - warknął ślusarz - Przecież ma kajlę na iberlaufie!

 

Przecież przelew jest łączony na stożek. Nie jest to oczywiście bezpośrednia odpowiedź na pytanie Gdzie jest krajcowany?, ale na pewno była na tym połączeniu radełkowana krzyżowo nakrętka.

Zarumieniłem się po uszy i szepnąłem wstydliwie:
- Rzeczywiście. Nie zauważyłem, że na iberlaufie jest kajla. W takim razie zwracam honor: bez holajzy ani rusz.
I poszedł po holajzę. Albowiem z powodu kajli na iberlaufie trychter rzeczywiście robiony był na szoner, nie zaś krajcowany, i bez holajzy w żaden sposób nie udałoby się zakrypować lochbajtel w celu udychtowania pufra i dania mu szprajcy przez lochowanie śtendra, aby roztrajbować ferszlus, który dlatego źle działa, że droselklapę tandetnie zablindowano i teraz ryksztosuje.

 

Teraz jasne?

 

Słownictwo fachowe w różnych branżach było przed wojną potwornie zaśmiecone słowami głównie pochodzenia niemieckiego. Po wojnie stworzono komisję, która zajęła się porządkami, i komisja ta wymyśliła i wprowadziła mnóstwo całkiem niezłych słów polskich zamiast tych obcych. Zastępowano również słowa pochodzące z innych języków, na przykład rosyjskie. Część starych słów jednak pozostała w potocznym użytku - mało kto wie dziś co to jest holajza, ale większość ludzi zamiast strug mówi hebel.

O właśnie, hebel. To jest całkiem bezsensowne zapożyczenie z niemieckiego, bo po niemiecku narzędzie do strugania drewna nazywa się Hobel, a Hebel to dźwignia.

Dziś język fachowy mamy znowu bardzo zaśmiecony, tym razem jednak wyrazami przejętymi z angielskiego. Może znowu jest czas na jakąś komisję językową?

 

PS: Jeżeli ktoś ma lepsze pomysły co do tłumaczenia to bardzo proszę o podanie ich w komentarzach.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Język

Komentarze: (60)

Lost in translation: Mleko Matki Boskiej

Liebfrauenkirche w Worms

Liebfrauenkirche w Worms Żródło: www.boligo.de

Również w Polsce jest do nabycia niemieckie wino z wizerunkiem Matki Boskiej na etykiecie, opisane jako Liebfrauenmilch. Co jest najczęściej tłumaczone jako "Mleko Matki Boskiej, hehehe".

Na pierwszy rzut oka wszystko się zgadza. Liebe Frau (Ukochana Pani) to rzeczywiście jedno z określeń Matki Boskiej a Milch to mleko. Ale sens oryginału całkowicie ginie w takim tłumaczeniu.

O co więc tu chodzi? Problem leży w niemieckim słowotwórstwie. Pisałem już o tym, że Martin-Buber-Schule to nie jest szkołą należąca do Martina Bubera, tylko szkołą jego imienia. A Hundertwasser-Kita to nie przedszkole należące do Hundertwassera, tylko przez niego zaprojektowane. Tu mamy podobny wypadek: Pierwotnie chodzi tu o wino wyprodukowane w winnicach należących Liebfrauenkirche (kościoła pod wezwaniem Ukochanej Pani - czyli Matki Boskiej) w Worms. Mleko w nazwie pochodzi od pielgrzymów odwiedzających kościół, chwalili oni to wino że smakuje "jakby pili mleko naszej Ukochanej Pani". Czyli coś w stylu  "Piwo z rana jak śmietana". Pełne i sensowne tłumaczenie nazwy Liebfrauenmilch powinno brzmieć Dobre wino od (kościoła) Matki Boskiej. Oczywiście to za długie i nikt tak mówił nie będzie, ale skojarzenia erotyczno-religijne Mleka Matki Boskiej są nie na miejscu.

Liebfrauenmilch to wino białe, półsłodkie.Do jego produkcji mogą być używane winogrona tyko określonych gatunków, a w minimum 70% ma być to Riesling.

Pierwsza wzmianka w dokumentach o Liebrauenmilch pochodzi z roku 1744, wtedy nazwę tą mogło nosić wyłącznie wino produkowane z winogron które wyrosły "w zasięgu cienia wieży kościoła w Worms". Dziś wino o tak dokładnie określonym pochodzeniu sprzedawane jest jako "Wormser Liebfrauenstift-Kirchenstück", stosunkowo drogo - znalazłem w sieci ceny od 7 do 16 euro za butelkę.

W wieku XIX Liebfrauenmilch stało się szlagierem eksportowym, a ponieważ ta nazwa nie była chroniona to pojawiło się mnóstwo podróbek pochodzących spoza zasięgu cienia wieży. Interes był dobry, bo popyt był duży, a zasięg cienia - czyli skala produkcji oryginału - niewielka. Nazwą Liebfrauenmilch nazywana jest od tego czasu duża część win z całego regionu Rheinhessen. A od lat 80-tych XX wieku wypuszcza się po tą nazwą wino supermarketowe, dostępne tanio w dużych zakręcanych butelkach, a nawet w kartonach. W niektórych krajach (na przykład w Anglii i Rosji) tani Liebrauenmilch uważany jest za typowe wino niemieckie, co bardzo wkurza niemieckich producentów bardziej markowych win.

Wino "Liebfrauenmilch" w kartoniku

Wino "Liebfrauenmilch" w kartoniku

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?, Język

Komentarze: (3)

Lost in translation: Pączki na studiach

Dziś o innym dowcipie:

Rozmawiają dwa pączki:
- Co tam u ciebie? 
- Złożyłem papiery na studia.
- I co, przyjęli cię?
- No co ty? Pączka?

Taki sobie dowcip abstrakcyjny. Może nie tak głupi jak ten o głuchych gołębiach, ale też słaby. Ale uwaga: To też jest tłumaczenie całkiem niezłego dowcipu niemieckiego. Zaczyna się on mniej więcej tak:

Zwei Berliner sprechen miteinander.

Oczywiście można to przetłumaczyć jako Rozmawiają dwa pączki, ale nikt normalny tak tego nie zrozumie. Normalny człowiek zrozumie to jako Rozmawiają dwaj berlińczycy. Dowcip jest w ostatnim zdaniu:

Einen Berliner? 

Użycie rodzajnika nieokreślonego sugeruje, że jednak nie chodzi tu o Berlińczyka tylko właśnie o pączka. Dokładnie tak jak u Kennedy'ego oświadczającego na Checkpoint Charlie Ich bin ein Berliner! - Jestem pączkiem!

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Język

Komentarze: (3)

Lost in translation: Głuche gołębie

Od bardzo dawna zastanawiał mnie znany dowcip, który leci tak:

Siedzą sobie na dachu dwa głuche gołębie. Jeden mówi do drugiego "Całuj mnie w d***". Na to drugi "A ty mnie w d***".

Naprawdę, jeden z najgłupszych i najmniej śmiesznych dowcipów jakie kiedykolwiek słyszałem. Jak gołębie są głuche to co śmiesznego w tym, że się nie słyszą? Ale pewnego dnia przyszło olśnienie. Nie, nie zaczął wydawać mi się śmieszny, to byłoby nie olśnienie tylko zaćmienie umysłowe. Ale zrozumiałem nagle, że to jest tłumaczenie z niemieckiego. Niestety to, co śmieszne zaginęło w tłumaczeniu. A dowcip po niemiecku musi zaczynać się mniej więcej tak:

Zwei Tauben sitzen auf einem Dach.

Czyli z grubsza tak jak w wersji polskiej, ale nie ma słowa o tym, że są głuche. Taube to gołąb, na dachu, wszystko jasne. Tyle że jak w dalszej części dowcipu się nie słyszą to okazuje się, że wcale nie chodzi o gołębie - zwei Tauben to mogą być również dwaj głusi. Przetłumaczyć z zachowaniem dowcipu się tego oczywiście nie da. Ciekawe że nie udało mi się wyguglać oryginalnego tekstu po niemiecku.

I dalej nie rozumiem, jak można tak kretyńską wersję polską komukolwiek opowiadać.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Język

Skomentuj

Lost in translation: können i dürfen

Pisałem już kiedyś o tym na pl.rec.fantastyka.sf-f, ale kto czyta jakiśtam Usenet, a zwłaszcza o takich głupotach jak fantastyka. Więc jeszcze raz:

Polacy uczący się niemieckiego mają poważny problem z użyciem tych dwóch podstawowych czasowników modalnych. Zwłaszcza tego drugiego. Dlaczego? Najprostsze tłumaczenie obu na polski jest takie samo: móc. Z tym że können to móc, bo potrafić, a dürfen to móc, bo mieć pozwolenie. A Polacy nie bardzo łapią różnicę. Dla Polaka chcieć to móc i co można to i wolno ("Jak się chce to wszystko można, byle z wolna i ostrożna" oraz "Jak to, mój płaszcz nie może wisieć w business class?"), natomiast dla Niemca bardzo istotne jest, czy coś robić wolno. Zwróćcie uwagę jak często słyszycie i czy sami używacie sformułowań w rodzaju "nie wolno Ci tego robić". Nie, Polak powie "nie możesz tego robić". Przyczyna jest oczywista - Polacy są od pokoleń przyzwyczajeni do olewania prawa. Wiadomo, było to niezbędne do przeżycia, jeszcze dziś w stosunkach z władzą i biurokracją nie da się stosować do wszystkich, nierzadko bzdurnych, przepisów. Jednak w dzisiejszych czasach staje się to problemem - Polacy generalnie mają kłopoty ze stosowaniem się do przepisów, ustaleń i procedur oraz z pracą w zespole. Ale to już temat na osobną notkę, którą na pewno napiszę.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Język

Komentarze: (3)

Lost in translation: Beruf

Język jest odbiciem sposobu myślenia ludzi. Analizując go możemy sporo dowiedzieć się o ludziach i narodach. Dziś zajmiemy się słowem Beruf. Nie znających niemieckiego proszę o chwilowe powstrzymanie się od sprawdzenia jego znaczenia w słowniku.

Słowo Beruf jest blisko spokrewnione ze słowem Berufung, a Berufung to powołanie. Bardzo pozytywna konotacja, w języku niemieckim nie związana z niczym w rodzaju WKU. Po niemiecku można kogoś powołać na urząd lub wysokie stanowisko, ale nie do wojska. Można również mieć powołanie od Boga. Drugie znaczenie to apelacja, może już niekoniecznie pozytywne, ale nie od razu dołujące. Czyli Beruf to musi być coś wzniosłego, nobilitującego, pozytywnego. A jak to jest po polsku? Aż wstyd przyznać... no... tego... zawód. Jak "wyuczone zajęcie wykonywane w celach zarobkowych" może być czymś pozytywnym, skoro oznacza również "przykre uczucie, doznawane gdy nie spełniają się czyjeś marzenia, plany"? (definicje za sjp.pwn.pl) Porażka wbudowana w charakter narodowy.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Język

Komentarze: (3)