Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Majsterkowanie domowe

Ostatnio ruch u mnie na blogach mały, trochę notek mam rozgrzebanych, niektóre prawie gotowe - tylko zdjęć im brakuje (A propos: Czy ktoś z czytelników ma link do plakatu wyborczego wąsatego kandydata na posła, pozującego z rodziną, psem i strzelbą? Potrzebuję do notki na blogu  po niemiecku, ale ostatnie wybory były dawno i nic już nie mogę znaleźć. Na którymś z blogów z blogrolki w komentarzach ktoś kiedyś coś takiego linkował, ale tego też nie mogę znaleźć). Niestety brakuje mi mi też czasu żeby notki pokończyć i opublikować. 

A czasu brakuje, bo majsterkuję. W branży komputerowej zresztą. Już od dawna martwi mnie, że wszystkie te moje zdjęcia, inne pliki, teksty itd. leżą na pojedynczym dysku twardym, który zawsze może paść. Znaczy niby kopia jest na innym dysku twardym, a backup na CD, no ale obie te kopie nie są bardzo aktualne. Bo - tak z ręką na sercu - kto robi w domu backupy tak regularnie jak to się robi w przyzwoitej firmie?

Rozwiązanie wymyśliłem już dawno - trzeba postawić serwer ze zmirrorowanym dyskiem twardym. Oczywiście nie zastępuje to backupu, ale radykalnie zmniejsza ryzyko utraty danych. W rozwiązania z wrzucaniem na chmurę nie wierzę za bardzo - motto: "Nie mamy Pana danych, i co nam Pan teraz zrobi?". Poza tym niekoniecznie chcę dzielić się wszystkimi moimi plikami z No Such Agency, innymi kilkuliterowymi skrótami oraz don't be evil (czyli: oddaj nam Twoje dane po dobroci) Google.

No ale problem z serwerem jest taki, że muszę go mieć blisko routera WiFi - bo tylko tam mam połączenie kabelkowe - a to jest w pokoju, na półce. W wymyślonej przeze mnie konfiguracji serwer miał mieć trzy dyski twarde (2 mirrorowane na dane i jeden na system), a przy tym stać na półce w regale. Czyli twarde ograniczenie na wysokość obudowy do 30 cm a na głębokość do 36.

No i to jest straszny problem. Na rynku dostępne są wyłącznie obudowy w formatach MicroITX - a do takiej nie zmieszczą się trzy dyski (nawet z dwoma jest problem) i obudowy MiniATX w formacie małej wieży (ewentualnie na leżąco) o głębokości 40cm+ - co nie zmieści się w regale. Już od dawna co pewien czas szukałem intensywnie i nic pośredniego się nie znajdowało.

Ale pod koniec wakacji poszukałem znowu i się znalazło: Obudowa firmy Cooltek o nazwie Coolcube Maxi. Zgrabna kostka o wymiarach 28 x 24 x 28 cm, do środka wchodzi normalna płyta MicroATX i normalny ATX-owy zasilacz, są miejsca na dwa dyski twarde 3,5'' i jedno na 3,5 lub 2,5. No prawie ideał. Jedno tylko im nie weszło - nie ma miejsca na napęd DVD. Ale to pół biedy, DVD w serwerze jest tylko do backupów, można podłączyć zewnętrzny przez USB. Obudowa dostępna w kolorach czarnym i srebrnym.

Serwer-02

No to zaraz poszukałem innych elementów. Płytę główną postanowiłem wziąć niezbyt mocną z komputera syna, zamieniłem mu ją zaraz na upgrade kit z Conrada. Zamiast i3, 4GB RAMu i słabego chipsetu syn ma teraz i5, 8 GB RAM i płytę ASRock Z77 Pro 4 - najlepsze co w rozsądnej cenie udało mi się znaleźć. Wybrałem dwa dyski twarde po terabajcie i jeden mniejszy 2,5'', wszystkie do pracy ciągłej. I cichy zasilacz - firmy Be Quiet! PURE POWER L8 430W. Wszystko pozamawiałem i wkrótce zrobił się mały zonk.

Zasilacz-01

Ta obudowa jest naprawdę jedyna na rynku w takim formacie - producent został zalany zamówieniami i wszystko co mieli w magazynach zostało wyprzedane. Pośpiesznie zaczęli robić nową partię, ale termin 5-6 tygodni. Wszytko inne już przyszło, ale obudowa nie. Aż zrobiłem prowizoryczną obudowę z kartonu żeby móc coś już działać.

Ostatnio obudowa przyszła, po ośmiu tygodniach od zamówienia. Śliczna jest. Z czasów gdy w Polsce składałem komputery pamiętam pokaleczone ręce po każdym grzebaniu się w komputerach - w tej taniej chińszczyźnie było zawsze pełno ostrych krawędzi (jedna mi się kiedyś trafiła ładnie obrobiona, ale w zamian wymiarów nie trzymała i było z nią mnóstwo problemów). Nawet w sprzęcie markowym nie wygląda to dobrze - ostatnio w pracy dostałem nowy komputer HP, przy przekładaniu karty i slotu PCMCIA na samym końcu jednak krew mi się z palca polała. A ta obudowa pierwszorzędnie wykończona (może trochę dlatego że cała z aluminium), wszystko pasuje idealnie i żadnego skaleczenia przy montażu. Zasilacz też taki, że wcześniej z taką klasą wykonania nie miałem do czynienia.

No i złożyłem, uruchomiłem i się okazało, że ten stockowy wentylator na procesorze turkoce dość głośno. Musiałem poszukać innego, jak najcichszego. Całe szczęście że nie zrobiłem tego wcześniej, bo miejsca w obudowie jest niezbyt dużo i nie każdy by się zmieścił. Wybrałem znowu coś cichego, wyszło że tej samej firmy co obudowa (Cooltek CoolForce 2). No ten jest o wiele cichszy, z obudowy wydobywa się jeszcze tylko trochę składowych stosunkowo niskoczęstotliwościowych, da się z tym żyć, ale może spróbuję jeszcze z jakąś matą wygłuszającą bo wygląda mi to na rezonanse akustyczne wewnątrz obudowy. 

Serwer-01

Przy poszukiwaniach części do serwera znalazłem kontrolery RAID. Planowałem zakup, ale przy wyborze doczytałem się, że niemal wszystkie z nich tylko udają prawdziwy RAID i linuksowy sofware'owy RAID nie jest od nich nic gorszy. Dałem więc sobie z takim kontrolerem spokój.

Na serwerze postawiłem Linuxa Ubuntu, bez GUI. No i jestem od dłuższego czasu przy instalowaniu programów i konfiguracji ich. Na RAID położyłem wolumin home i wszystko muszę poprzekładać tak, żeby dane tam leżały. To często nie jest całkiem trywialne, a największy problem mam z organizacją dostępu do folderów udostępnianych przez Sambę. Muszę się trochę wgłębić w manual żeby było tak jak chcę.

Przy okazji muszę zamienić ostatni w domu notebook z Windows XP. To Sony Vaio, bardzo dobre, dziesięć lat wytrzymało (po drodze rozszerzyłem mu pamięć do 1GB, więcej się nie da), ale teraz pamięci mu brakuje i nawet jak nic się nie dzieje procesor chodzi na ponad 50%, wentylator wyje i niewiele da się zrobić. Zastępuję go właśnie padem na Androidzie, o doświadczeniach też napiszę.

A nowe notki będą. Tutaj dalej o Oplach  i rodzinie Opel, na hobbystycznym dokładniej o budowaniu serwera, na niemieckojęzycznym o polskim pozowaniu na szlachtę i polskim katolicyzmie. Zapraszam.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Bez kategorii

Komentarze: (3)

Dzień otwartych drzwi w Deutscher Wetterdienst

Kiedyś już wspominałem, że mam tu pod bokiem, w Offenbachu, centralę Deutscher Wetterdienst, czyli na nasze Instytutu Meteorologii. Nawet przez parę lat pracowałem o rzut beretem od tego budynku. W tym czasie oni zdążyli go zburzyć i zbudować całkiem od nowa, bo im się komputery przestały mieścić. Wczoraj był tam dzień otwartych drzwi, więc postanowiłem zobaczyć ich sprzęt.

Deutscher Wetterdienst Offenbach - logo

Deutscher Wetterdienst Offenbach - logo

Deutsches Wetterdienst (DWD) kontynuuje tradycje założonego w roku 1847 Pruskiego Instytutu Meteorologicznego (Preusisches Meteorologisches Institut) w Berlinie. Pod obecną nazwą powstał w roku 1952, a centralę w Offenbachu zbudowano w latach 1955-1957.

Deutscher Wetterdienst Offenbach

Deutscher Wetterdienst Offenbach

Na dniu otwartym pokazywali sprzęt pomiarowy, dawny i aktualny, trochę różnych zabytków typu telemetrii lampowej do balonów meteorologicznych, zapisy pogody sprzed 100 lat itp.

Deutscher Wetterdienst Offenbach

Deutscher Wetterdienst Offenbach


Deutscher Wetterdienst Offenbach - heliograf

Deutscher Wetterdienst Offenbach - heliograf

Ja zapisałem się na Führung po centrum obliczeniowym - nie było to łatwe, bo co pół godziny wchodziło  po ok. 30 osób, po kartę wstępu trzeba było się ustawić godzinę wcześniej z odpowiednim wyczuciem momentu. Führung nie był niestety zbyt dobry, tylko opowiadali i pokazywali film. Rzecz odbywała się w sali kontrolerów, nie różni się ona od zwykłego biura.

Deutscher Wetterdienst Offenbach - stanowisko kontrolne superkomputera NEC SX-9

Deutscher Wetterdienst Offenbach - stanowisko kontrolne superkomputera NEC SX-9

Do sali z komputerami można było tylko zajrzeć przez szklane drzwi. Z wprowadzaniem wycieczek byłoby chyba trudno, ba na drzwiach było oznaczenie żeby wchodzić tylko ze środkami ochrony słuchu. Ale sprzętu mają tam trochę: Dwa superkomputery wektorowe NEC SX-9 po 480 procesorów każdy.

Deutscher Wetterdienst Offenbach - superkomputer NEC SX-9

Deutscher Wetterdienst Offenbach - superkomputer NEC SX-9

Procesorów chyba stale dokładają, bo w prospektach wydrukowanych w 2010 mowa jest o 224. W maksymalnej konfiguracji z 512 procesorami w momencie wejścia na rynek (2008) byłby to najszybszy komputer na świecie. Chodzi to na wariancie Unixa. Na zdjęciu: Procesor do superkomputera. Znaczy procesor to jest ta płytka na wierzchu, reszta to radiator.

Deutscher Wetterdienst Offenbach - procesor superkomputera NEC SX-9

Deutscher Wetterdienst Offenbach - procesor superkomputera NEC SX-9

Oprócz tego mają dwa komputery skalarne SUN X4600, do sterowania tamtymi, developmentu i testowania, też po 480 procesorów każdy. Te wywodzą się z pecetów - mają intelowskie procesory i chodzą na SuSe Linuksie. Do tego jeszcze cztery serwery bazodanowe SGI Altix 4700 po 96 procesorów każdy, razem 1125 TiB (też na SuSe).

Bierze ten sprzęt 2 MW mocy, jak to przy takich wymogach pracy ciągłej jest oczywiście generator zasilania awaryjnego zbuforowany kołem zamachowym. Generator potrzebuje 15 sekund na rozruch i 15 na synchronizację, wyobraziłem sobie koło zamachowe oddające 2MW (+ straty na generatorze) przez 30 sekund i wyszło mi duże.

Wszystko to po to, żeby liczyć prognozę pogody dla całej Ziemi - jest to jedno z 10 centrów na świecie liczących prognozy globalne. W każdym cyklu obliczeń liczą według dziesięciu różnych modeli.

To wszystko jest finansowane z budżetu państwa - podpada to pod ministerstwo komunikacji, a 10% wydatków finansuje wojsko. W zamian wojsko dostaje 10% czasu komputerów i może sobie liczyć na tym co chce. Wpływy ze sprzedaży prognoz nie lądują na koncie Wetterdienstu, tylko idą do budżetu państwa.

Loading
Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (4)

Żegnaj NRD Extra: Kombinat Robotron

Obejrzałem ostatnio, oczywiście na MDR film o kombinacie Robotron. Używałem kiedyś na codzień produktów tego kombinatu i miałem już parę notek (1, 2 i 3) na ich temat, stąd nie dowiedziałem się za wiele nowego. Podzielę się tylko paroma ciekawostkami. Zdjęcia, jak zwykle przy takiej okazji, z niezastąpionego serwisu http://www.robotrontechnik.de. Polecam.

  • Pierwszy NRD-owski komputer - Robotron 300 z roku 1966 (klon IBM-a 1401) został pokazany po raz pierwszy na targach w Moskwie. Wzbudził duże zainteresowanie we wszystkich krajach socjalistycznych, ale Ulbricht zabronił ich eksportu (również do ZSRR) bo miały służyć gospodarce NRD.

Robotron R300

Robotron R300 Źródło: www.robotrontechnik.de

 

  • Pierwszy NRD-owski komputer biurowy nie straszący wielką skrzynią - PC1715 - został opracowany w zakładach VEB Robotron Büromaschinenwerk "Ernst Thälmann" Sömmerda robiących drukarki, w tajemnicy przed wierchuszką partyjną. Pokazano go na targach przemycając go jako urządzenie sterujące do drukarki. Klienci walili drzwiami i oknami, a były to tylko firmy i urzędy - zakup prywatny był absolutnie niemożliwy, poza tym urządzenie kosztowało w 1986 pod 20.000 marek NRD, czyli po kursie czarnorynkowym na poziomie prawdziwego peceta. A PC1715 to był komputer CP/M-owy na Z-80 2,5 MHz. Zrobiono ich ponad 90.000 sztuk. Po zastanowieniu stwierdziłem, że trzeba umieścić tę konstrukcję w kontekście historycznym: Nie ma co się śmiać. Już komputer na CP/M-ie w tamtych czasach dawał przedsiębiorstwu nowe możliwości i wymierne korzyści. Z grubsza w tym samym okresie, w Polsce, biuro w którym pracował mój wujek kupiło komputer podobnej klasy, pani zajmująca się w firmie informatyką napisała w dBase (jumanym oczywiście, innych nie było) odpowiedni program i przy jego pomocy zoptymalizowano fundusz płac tak, żeby ludzie dostali jak najwięcej a podatku od ponadnormatywnych wynagrodzeń (takie cuś było...) firma zapłaciła jak najmniej. Już po takiej jednej akcji komputer się zwrócił.

Robotron PC 1715, NRD, 1985-1990

Robotron PC 1715, NRD, 1985-1990

  • Ostatnim wielkim projektem Robotronu był minikomputer 32-bitowy. W praktyce był to klon komputera serii VAX. Klon, nie dokładna kopia w stylu radzieckim, musiał wyglądać inaczej, a NRD-owcy metodą reverse engineeringu opracowali własne układy scalone do procesora. Stasi jakimiś mętnymi kanałami sprowadziło do badań dwa egzemplarze VAXa, mimo embarga, COCOM-u itd. To było duże osiągnięcie, przywiezienie peceta, jak ja, to nic szczególnego, ale taki VAX zajmuje dużą ciężarówkę, a i nie można go kupić tak po prostu, anonimowo  w sklepie, załadować do samochodu i odjechać w siną dal.
Robotron K1840

Robotron K1840 Źródło: www.robotrontechnik.de

Marka Robotron istnieje nadal. Byli pracownicy dawnego koncernu przejęli nazwę za bezcen i założyli firmę kontynuującą współpracę z Oracle. To Amerykanie przekonali ich, że u klientów spoza bloku nazwa ta nie ma negatywnych konotacji, marka jest znana i warto ją utrzymać. Na ich stronie o historii firmy bardzo mi się podoba  sformułowanie "Neben Eigenentwicklungen wurden bekannte Datenbanksysteme analysiert und adaptiert." ("Oprócz własnych projektów, firma analizowała i adaptowała znane systemy baz danych"). Jak to ładnie można napisać że "jumaliśmy zachodnie systemy".

Najciekawsza dla mnie informacja została podana mimochodem i niezupełnie dotyczyła głównego tematu, ale to był akurat brakujący mi kawałek do notki o historii NRD. Notka miała być gotowa na ostatnią rocznicę obalenia muru, ale leży rozgrzebana bo brakowało mi kluczowego drobiazgu. Teraz uda mi się ją skończyć. Niedługo.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Skomentuj

Żegnaj NRD Update: Tandon Pac 286

Skanuję swoje slajdy z dawnych czasów i dopadają mnie różne wspomnienia. Dziś wspominamy komputery sprzed prawie ćwierć wieku.

Jak już pisałem w cyklu Żegnaj NRD, w firmie w której pracowałem w RFN widziałem sensacyjną wtedy konstrukcję - Tandon Pac-286.

Tandon Pac z roku 1987

Tandon Pac z roku 1987

Był to komputer zapomnianej już firmy Tandon, zbudowany na bazie ich komputera z procesorem 80286. Zegar 8 MHz - wtedy było to Turbo AT, w odróżnieniu od zwykłego AT na 6 MHz. Obudowa jego była to jedna z pierwszych "małych wież". Pierwotnie były przewidziana i do stania, i do leżenia, ten znaczek firmowy w postaci paska można było w zmyślny sposób przekręcić tak, żeby pasował tak albo tak. Na zdjęciu powyżej widać nóżki do stawiania na poziomo i znaczek przekręcony na taką pozycję.

Normalnie w miejscu na dyski znajdowały się zwyczajna stacja dyskietek 5,25'' i dysk twardy w tym samym rozmiarze. Ale Pac miał zamiast nich coś zupełnie nowego - dwa wymienne dyski twarde po 30 MB. Dyski były spore, trudno powiedzieć w jakim właściwie rozmiarze, prawdopodobnie 3,5 cala w wysokości dwa razy większej niż obecne. Ciekawe jak ta wysokość się zwie, bo przy pięciocalowych wysokość taka jak przy stacji dyskietek jest "połówkowa".

Tandon Pac z roku 1987

Tandon Pac z roku 1987

Wkładało się je trochę do slotu, do końca wciągał je silnik elektryczny. Wyrzucanie dysku odbywało się też elektrycznie, po przyciśnięciu przycisku.

Tandon Pac z roku 1987

Tandon Pac z roku 1987

Dyski były podobno odporne na wstrząsy, my oczywiście tego nie robiliśmy, ale w redakcjach czasopism komputerowych zrzucali je z biurka na podłogę i twierdzili że potem nadal działały.

Tandon Pac z roku 1987

Tandon Pac z roku 1987

Tyle że stacja dyskietek im się do obudowy nie zmieściła i musieli dołożyć ją "na dostawkę".

Tandon Pac z roku 1987

Tandon Pac z roku 1987

Jak szybko mija czas, to przecież jakaś prehistoria komputeryzacji. 8 MHz, 1 MB RAM, 2 * 30 MB HDD.

Zdjęcia słabe, bo w większości robione przy świetle jarzeniowym, a i slajdy jakoś ściemniały przez te ćwierć wieku. Ale na temat tego jak slajdy ORWO zachowały się przez ten czas zrobię osobną notkę jak skończę skanowanie.

Zapraszam do przejrzenia moich starych notek z cyklu Żegnaj NRD - pojawiło się tam już sporo nowych zdjęć, część wziętych z zewnątrz zastąpiłem też własnymi. A stopniowo będzie ich tam coraz więcej.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (1)

Żegnaj NRD (29): Góry i doły studiowania

Studiowanie to nie tylko wykłady i ćwiczenia, są jeszcze praktyki. A było tego trochę. Od razu powiem że w chronologii mogłem trochę pokręcić, inne fakty pamiętam jakoś lepiej.

Na koniec pierwszego roku mieliśmy chyba 4 tygodnie praktyki robotniczej. Coś takiego było również w Polsce, nie wiem jednak czy istnieje do dziś. W praktyce robotniczej chodzi o to, żeby student poznał pracę w normalnym zakładzie przemysłowym na stanowisku robotniczym.

My mieliśmy praktykę w miejscowości Weida, w fabryce VEB Wetron Weida. Fabryka produkowała automatykę przemysłową, głównie różne regulatory, a w ramach produkcji artykułów konsumpcyjnych regulatory temperatury do akwarium. Zajmowaliśmy się tam wtykaniem elementów w płytki drukowane które potem szły do lutowania na fali, oraz montażem i lutowaniem elementów które nie mogły być polutowane na fali - na przykład transformatorów i złącz. Nie mogliśmy zrozumieć, dlaczego oni wszystko robią całkiem ręcznie! To wtykanie elementów w płytki robili bez żadnego wspomagania, mimo że na sali stały maszyny podstawiające pod rękę element do włożenia i podświetlające jednocześnie przy pomocy światłowodów otwory, w które element trzeba było włożyć. Znaleźliśmy nawet maszyny skonfigurowane dokładnie do płytek które montowaliśmy, nikt nie umiał przekonywająco wytłumaczyć dlaczego ich nie używają. Na sali stał też klimatyzator którego nikomu nie przychodziło do głowy włączyć, nawet w duży upał. Klimatyzator był sprawny - jakiś kierownik przyszedł kiedyś i go po prostu włączył zadając jednocześnie właśnie to pytanie: Dlaczego go nie używają?

Weida była małym (10.000) bardzo prowincjonalnym miasteczkiem bez perspektyw. Tam wszystko było stare i zaniedbane, jedynym budynkiem przy którym coś robiono był zamek, remontowany przez polskie PKZ-ety.

PKZ to Pracownie Konserwacji Zabytków - przedsiębiorstwo państwowe powołane, jak sama nazwa wskazuje, do fachowej i kompleksowej konserwacji zabytków. Była to jedna z polskich specjalności nie tylko w ramach RWPG - PKZ-ety miały bardzo dobrą renomę i prowadziły prace również wielu krajach zachodnich odnawiając wiele cennych obiektów, nierzadko zaliczanych do Listy Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. PKZ nadal jest bardzo dobrą marką - w początku tego roku byłem na przykład w Ludwigsburgu(polecam!) i tam przewodnik też bardzo chwalił ich pracę.

Zamek w Weidzie

Zamek w Weidzie Źródło: Wikipedia Autor: Zacke82

W Weidzie nawet woda lecąca z kranu nie nadawała się do picia, również po przegotowaniu - herbata zrobiona na niej odpychała samym wyglądem. Ludzie pracujący w zakładzie byli smętni i zrezygnowani. Kierownik wydziału wypytywał mnie, jak to jest w Polsce z wyjazdami na Zachód i skarżył się, że im urzędnicy mówią po prostu "Nie" nie podając żadnego uzasadnienia. Był rok 1985 i nic jeszcze nie wskazywało że coś się może zmienić.

Potem, chyba był to pierwszy semestr drugiego roku, wszyscy chłopacy (NRD-owcy oczywiście) pojechali na parę tygodni na przeszkolenie wojskowe. Zostały dziewczyny, ausländrzy i jeden Niemiec z naszej grupy który był inwalidą - zepsuł sobie prawą rękę eksperymentując z pirotechniką.

Skoro jesteśmy przy tym: W porównaniu z Polską w NRD zwracała uwagę spora ilość inwalidów. Wtedy sądziliśmy że w NRD jest ich więcej niż w Polsce, ale raczej chodziło o to, że  w Polsce byli oni praktycznie uwięzieni w domach i rzadziej pojawiali się na ulicach.

Pamięć kasetowa

Pamięć kasetowa Źródło: www.robotrontechnik.de

W trakcie przeszkolenia wojskowego NRD-owców my mieliśmy praktykę na uczelni - ja miałem napisać program pod CP/M do manipulacji danymi z pamięci kasetowej (znaczy nagranymi na kasecie magnetofonowej) w C, inni też dostali jakieś zadania mniej więcej z branży, a Nikaraguanka o której wspominałem (między innymi w odcinku o Stasi) ponieważ niewiele umiała to miała zawieszać tabliczki ostrzegawcze na komputerach ze zdjętymi częściami obudów. Po moim programie spodziewano się czegoś w rodzaju powszechnie na uczelni używanego podobnego programu do danych na dyskietce - napisał go parę lat wcześniej jeden ze studentów, było to całkiem niezłe, ale wszystko CLI. Ja miałem już od dłuższego czasu Commodorka i moje standardy były inne. Te ich komputery miały semigrafikę, więc napisałem zgrabny program z okienkami i sensownym sterowaniem, ale w sumie nic szczególnego. Ale według ich standardów było to niesamowite osiągnięcie, wszystkim pracownikom kierunku szczęki poopadały, zaliczyli mi to jako już następny etap, Großer Beleg i rozmawiali ze mną o indywidualnym toku nauczania.

Ja nie byłem aż tak chętny do przyspieszania - ponieważ obciążenie na studiach było niskie miałem sporo czasu na rozwój indywidualny, a zawsze byłem samoukiem. W zasadzie to na zajęciach nie dowiadywałem się niczego nowego z branży informatycznej. Za to robiłem różne rzeczy w centrum obliczeniowym i na moim Commodorku i czytałem literaturę fachową przywiezioną z Polski.

W Polsce w latach 70-tych i 80-tych wydawano sporo dobrych, tłumaczonych książek informatycznych znanych autorów, na przykład w serii Biblioteka Inżynierii Oprogramowania. Mam tego do dziś dobry metr bieżący, wiele klasycznych pozycji wartościowych nadal. Potem, w końcu lat 80-tych i początku 90-tych rynek zdominowały podręczniki do kradzionych programów. A już zupełnie klinicznym przypadkiem był krajowy autor, niejaki Jan Bielecki, który sprzedawał jedną i tą samą książkę o C++ pod wieloma tytułami: "Borland C++", "Microsoft C++", "Turbo C++" itd., zdaje się że jeszcze dodawał numery wersji. (Zamiast "Hello world" pisał zawsze "Hello, I'm Jan B.")

Książki z serii Biblioteka Inżynierii Oprogramowania, PRL

Książki z serii Biblioteka Inżynierii Oprogramowania, PRL

Natomiast na uczelni z aktualną literaturą fachową było ciężko. Czasopisma zachodnie były dostępne w czytelni, ale gdy na pierwszym roku zamówiłem w bibliotece książkę pt. "Using the Unix system" to już pod koniec czwartego roku dostałem zawiadomienie, że mogę ją wypożyczyć.

W przyspieszaniu studiów nie miałem żadnego interesu - był komunizm, prywatna przedsiębiorczość prawie nie istniała, a tymczasem znowu zaczęli brać do wojska po studiach zagranicznych. Więc do czego się miałem spieszyć?

Następną praktyką był Großer Beleg (ma to jakiś polski odpowiednik?). Było to chyba w drugim semestrze trzeciego roku, mieliśmy do zrobienia już taki dość przyzwoity projekt. Ja miałem napisać zestaw procedur bibliotecznych do robienia okienek w trybie tekstowym (znowu C, tym razem Unix ale nie na K-1630 tylko na czymś opartym na klonie procesora Z-8000). Napisałem, nic trudnego, ale ponieważ byliśmy na uczelni to jeszcze kazali mi zrobić coś bardziej teoretycznego - opis formalny tego co napisałem. Sięgnąłem do swojej biblioteczki, wyciągnąłem parę świeższych pozycji i zrobiłem opis denotacyjny w notacji lambda. Oddałem opiekunowi (w Polsce to się chyba nazywa promotor?) on wyznaczył termin kiedy o tym porozmawiamy. Przyszedłem w umówionym terminie i zobaczyłem mój tekst otwarty na stronie drugiej. Promotor poprosił żebyśmy się spotkali za parę dni, bo gdy na parę minut przed spotkaniem zamierzał tekst przeczytać to padł na pierwszym wzorze (tego oczywiście nie powiedział). Za parę dni miałem już innego promotora, ale i on konsultował mój tekst z kimś kto się lepiej znał. No i na koniec zaliczyli mi Großer Beleg już za następny etap - praktykę inżynierską.

Praktyka inżynierska trwała przez cały pierwszy semestr czwartego roku, większość studentów jechała do jakiejś firmy (państwowej oczywiście, prywatnych nie było) i robiła tam jakiś projekt. Najlepszych, w tym i mnie,  uczelnia zostawiała sobie żeby robili coś na miejscu. W sumie tylko dlatego mogłem pozwolić sobie na późniejszy powrót z RFN - nie miałem regularnych zajęć, nie musiałem stawić się w zakładzie pracy, więc spóźnienie nie robiło istotnej różnicy. Miałem jakieśtam zadanie, już nawet nie pamiętam jakie. A dlaczego nie pamiętam?

Bo po powrocie z RFN dostałem strasznego doła. Jak patrzyłem na ten przestarzały miejscowy sprzęt, na te bezsensowne, nieistotne i nikomu niepotrzebne tematy, na ogólne badziewie i brak perspektyw dookoła to ręce mi natychmiast opadały. Przez cały ten semestr nie zrobiłem dokładnie nic, rzadko tylko jakąkolwiek pracę symulując. Cała uczelnia nie wytrzymywała porównania z dziadowską firmą leniwego Rumuna - po co miałem chociażby kiwnąć palcem dla wsparcia tego chłamu. Deprecha jak się patrzy - co nie? Trudno się dziwić, że NRD-owcy na codzień porównujący NRD z pokazywanym w zachodniej telewizji RFN też byli w permanentnej depresji.

Po tym zawalonym semestrze praktyki inżynierskiej miałem oczywiście trochę problemów - dziekan odbył ze mną rozmowę dyscyplinującą, ale ponieważ tak formalnie praktykę inżynierską zaliczyłem wcześniej to uznano że jestem w czasie i wszystko rozeszło się po kościach. Jak to się czasem w życiu układa.

A co robiłem przez ten cały semestr? Sprzedałem Commodorka, zorganizowałem monitor, co piątek jechałem do Erfurtu albo Suhl kupić trochę lepszego jedzenia na cały tydzień. I dużo chodziłem na piesze wycieczki. Ach sprzedałem też Zenita i kupiłem sobie NRD-owski aparat fotograficzny.

Więc to dobra okazja, żeby w następnym odcinku napisać o sprzęcie fotograficznym produkcji NRD. Odcinki o tym będą dwa, żeby Blox nie miał pretensji o długość.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo, Edukacja

Skomentuj

Żegnaj NRD (28): Powrót. Dół

RFN dla przybysza ze Wschodu było wspaniałe, ale czas było powoli wracać. Nie wszyscy tak uważali - jeden z polskich studentów z czwartego roku też był wtedy w RFN, w Monachium, i zdecydował się zostać. Rezygnując z ostatniego semestru, czyli dyplomu. Dziś ma firmę w USA.

Obywatele krajów socjalistycznych nie mieli dużego problemu z przeniesieniem się na Zachód. Jak już mieli w kieszeni paszport i znaleźli się w kraju zachodnim mogli po prostu zgłosić się w odpowiedniej instytucji (nawet nie wiem jakiej, ta opcja przed ukończeniem studiów mnie nie interesowała) i już. Otrzymywali oni pomoc finansową na start, lekcje języka, kursy zawodowe itp. Musieli tylko zadeklarować że są w swoim kraju prześladowani przez reżim komunistyczny. (NRD-owcy nic nie musieli deklarować, oni byli z definicji obywatelami RFN). Polacy intensywnie korzystali z tej możliwości - zorganizowane wycieczki na Zachód rzadko wracały w pełnym składzie do kraju. O ile dla NRD-owców decyzja o wyjeździe była ostateczna i nieodwracalna (będzie o tym odcinek), to Polacy po otrzymaniu obywatelstwa mogli przyjeżdżać do Polski, widywać się z rodziną itp.

Wróćmy jednak do tego, na jakich zasadach w ogóle tam pracowaliśmy. Było to oczywiście na czarno. M. interpretował przepisy tak, że wolno jest tak sobie pracować, zabronione jest tylko za to płacić. Stąd wersja w razie czego była, że my tu tylko tak się bawimy, bo nam do studiów potrzebne. Miałem ja jeszcze jeden problem - moja wiza była wystawiona tylko na miesiąc, po naradzie stwierdziliśmy że lepiej nie iść do urzędu przedłużyć, bo jak się nie zgodzą będę musiał wrócić od razu. Natomiast jak będę wyjeżdżał z opóźnieniem to i tak mi nic już nie zrobią, a już na pewno nie zatrzymają.

Ustalone wynagrodzenie dla mnie zostało zakupione już wcześniej - był to komputer Tandon PCA 20, Turbo AT (Turbo czyli 8MHz w odróżnieniu od zwykłego  6MHz), 20 MB HDD, Hercules, monitor mono zielony. Kosztowała taka maszyna bodajże 6600 DM, z tym że M. z pewnością miał spore rabaty a poza tym brał na firmę i wliczał ją sobie w koszty. (TUTAJ wyguglana reklama po francusku, tylko mój miał 1 MB RAM).  Jakość tego urządzenia przyprawiała mnie o opad szczęki jeszcze przez wiele lat - klawiatura jego była najlepsza, jaką w życiu widziałem, pracowałem na niej przez ponad 10 lat. Płytka drukowana płyty głównej była pod względem średnicy otworków i szerokości ścieżek technologicznie daleko do przodu w stosunku do innych widywanych przeze mnie urządzeń. Itd. itd.

Tandon PCA 20 z roku 1987

Tandon PCA 20 z roku 1987

Z wielkim żalem poodklejałem wszystkie znaczki firmowe i tabliczkę znamionową - bo komputery AT były na liście COCOM.

COCOM zajmował się pilnowaniem, żeby technologia nadająca się do wykorzystania militarnego nie dostawała się w ręce Rosjan. Na liście sprzętu którego nie można było wywozić do bloku wschodniego znajdowały się między innymi procesory 16-bitowe o większej wydajności, również wbudowane w urządzenia. Stąd nie można było eksportować na wschód nie tylko komputerów AT, ale również wielu modeli drukarek laserowych. Sprzęt znaleziony przez celników na granicy zostałby skonfiskowany.

Z M. udaliśmy się do sklepu kupić walizkę odpowiedniego formatu do transportu tej maszyny. M. był niesamowicie leniwy - zaparkował w parkhausie Karstadu na Zeilu, jak chciałem pójść do Kaufhofu (może 300 metrów) powiedział "To pojedziemy." (I tak byłoby bez sensu, Kaufhof nie ma parkhausu, ten Karstadu jest najbliższy).

Nakupiłem sobie trochę ciuchów, dyskietki na sprzedaż w NRD i inne rzeczy (już nie pamiętam dokładnie jakie), bilet na pociąg i wkrótce nadszedł dzień wyjazdu. Miałem swój plecak, walizę z komputerem (a obudowa jego była bardzo solidna i swoje ważyła) i torbę z rzeczami które zamierzałem zostawić w przechowalni w Berlinie, żeby ich nie ciągać dwa razy przez granicę (dyskietki też, hehehe). Z komputerem plan był taki, że wwiozę go legalnie do Polski z odprawą celną, a potem wywiozę na odprawę warunkową do NRD. Niestety brakło mi już rąk żeby zabrać monitor. M. obiecał że mi go przyśle pocztą, ale potem mu się nie chciało. Monitor stał podobno w magazynku przez parę następnych lat.

M. zawiózł mnie na dworzec, o mało się nie spóźniając (jak to on). Na granicy pogranicznicy RFN-owscy zauważyli, że wiza już mi upłynęła, ale się za bardzo nie czepiali. Najważniejsze że wyjeżdżałem. Chcieli tylko żeby podać gdzie przez ten czas mieszkałem - podałem adres mojego dalekiego krewnego z Frankfurtu, którego wtedy właśnie po raz pierwszy odwiedziłem i zobaczyłem. Bagażu nawet nie kazali pokazać.

Pamiętając o kontrolach Stasi w przechowalniach bagażu na ważniejszych dworcach, torbę z towarem oddałem do przechowania na nieistotnej stacji S-Bahnu w Berlinie. A potem na Lichtenberg i do Szczecina. Jeszcze tylko na stacji Szczecin Gumieńce (tam gdzie kontrola celna i paszportowa)  musiałem wysiąść i odprawić celnie mój komputer. Cła na komputery wtedy nie było, ale wolałem zrobić papier. Celnicy nie mieli pojęcia co to w ogóle jest ("Pan nam mówi że to komputer, ale skąd my możemy wiedzieć co to naprawdę jest?").

Odprawa celna komputera, PRL, 1987

Odprawa celna komputera, PRL, 1987

No i znowu cały ten cyrk: oddać paszport turystyczny, wziąć dowód, do Warszawy, oddać dowód, wziąć paszport służbowy, do Szczecina, do Ilmenau. Po drodze odprawiłem warunkowo komputer (czyli miałem na niego papier) i odebrałem torbę z przechowalni. Nienaruszoną.

Na uczelni musiałem się trochę tłumaczyć - powinienem był pojawić się tam już ze trzy tygodnie wcześniej. Bez świadków powiedziałem opiekunowi naszej grupy seminaryjnej, że pracowałem w czasie wakacji w RFN, a on na to: "Tak, my wiemy.". Cholera, nie rozgłaszałem tego, mówiłem tylko paru zaufanym osobom, ale oni (a raczej Oni) fotografowali wszystkie paszporty osób wyjeżdżających i robili z tego użytek. Kiedy zaproponowałem, że opowiem co ciekawego z branży widziałem i pokażę zdjęcia, nie było entuzjazmu. Raczej nie chcieli oglądać jak są zapóźnieni i wkurzać się, że taki Polak mógł sobie pojechać, a oni nie mogą.

No i mnie dopadło. Już po przyjeździe z Węgier można było dostać niezłego doła. Dół po powrocie z RFN był jak Rów Mariański.

Ale warto było. Nie chodzi tu nawet o ten przywieziony komputer czy inne towary. Warto byłoby nawet gdybym nie przywiózł ze sobą nic. Pozbycie się kompleksów było bezcenne.

Dalej o dołach w następnym odcinku.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Skomentuj

Żegnaj NRD (27): Nie samą pracą człowiek żyje, nawet na Zachodzie

M. wynajął dla nas poddasze domku w Maintalu o 200 metrów od jego domu. Znaczy normalne mieszkanie, dwa pokoje, łazienka, bez kuchni, ale i tak jeść chodziliśmy do M. Nasz dzień wyglądał tak, że wstawaliśmy około ósmej i szliśmy na śniadanie do M. Na śniadanie jedliśmy co chcieliśmy z lodówki, takich smakołyków w Polsce czy NRD nie było wcale. Chrupiące bułeczki (w Polsce chrupiące bułeczki były szeroko dyskutowanym symbolem wyższości kapitalizmu nad socjalizmem), super wędliny, ser Castello Blau i inne - dziś to samo można kupić w każdym supermarkecie w Polsce, ale wtedy wydawało się to nam prawdziwym luksusem. W Polsce szynkę to się jadło przede wszystkim na święta - tam (jak i dziś) na codzień.

Tymczasem M. leżał sobie na kanapie w szlafroku i rozmawiał przez telefon z rodziną w Rumunii. Dzień w dzień, przez godzinę-dwie. Nie było wtedy jeszcze tanich providerów, on tracił na te rozmowy majątek. Śniadania nie jadł, pił tylko parę super mocnych kaw (coś jak espresso, ale miał takie specjalne maszynki, na trzy łyżeczki kawy wchodził większy naparstek wody, potem fusy były chyba odwirowywane). Zanim się zebrał żeby pojechać z nami do firmy mijała dziesiąta a czasem i jedenasta. W. mówił, że jak nas nie było to M. rzadko był w firmie przed pierwszą. M. w firmie też nic nie jadł tylko kontynuował z kawa jak siekiera i papierosami, zapijając to jakimś mleczkiem na bóle żołądka. Pierwszy pokarm stały przyjmował gdy jechaliśmy o trzeciej-czwartej razem na obiad (a i to nie zawsze, bywało że jadł tylko kolację w domu). Na obiad jechaliśmy do Hessen Center, albo jedliśmy w jakichś imbissach na tym terenie przemysłowym gdzie była firma. Dziś - standard, wtedy dla nas - nowość. I jeszcze żeby nie te ceny w markach zachodnich. Na kolację jechaliśmy znowu do M., jego żona przygotowywała obfite posiłki znowu z takimi smakołykami jakich często dotąd w życiu nie widzieliśmy. A na deser winogrona albo lody, takich winogron nigdy wcześniej nie jadłem. Obżerałem się tak, że przez te dwa miesiące gdy tam byliśmy przytyłem dobre parę kilo.

M. z żoną nie mieli dzieci, dlatego traktowali nas jako ich zastępstwo. Żona M. karmiła nas najlepszym jedzeniem, M. dawał nam spore kieszonkowe (przez te dwa miesiące dostałem dobre tysiąc dwieście marek samego kieszonkowego) i zabierał nas na wycieczki. Zabrał nas na przykład na Strassenfest do Wiesbaden i kupił, jako atrakcję, chleb ze smalcem. Powiedzieliśmy mu, że jak chce nam coś kupować to lepiej coś, czego nie znamy, bo chleb ze smalcem to my możemy mieć na codzień w domu.

Zabierał nas też na kolacje z klientami do restauracji, byliśmy na przykład we francuskiej restauracji w Alt Sachsenhausen, tam dopiero zrozumiałem po co jest sos do mięsa.

Akurat we Frankfurcie były targi IAA, zabrał nas tam też. Porównanie pokazywanych tam samochodów z socjalistyczną motoryzacją było miażdżące. Dla mieszkańca bloku socjalistycznego pokazywanie tam samochody leżały w granicach między nieosiągalnym marzeniem a zupełną fantastyką. Fantastyką był na przykład concept-car Subaru (Subaru F-624 Estremo), bez lusterek zewnętrznych - zamiast nich były kamery i monitorki. Wstyd było mi robić zdjęcia moim Zenitem, trzymałem palec tak, żeby zasłaniał napis nad obiektywem.

Subaru F-624 Estremo na targach IAA 1987

Subaru F-624 Estremo na targach IAA 1987

Daihatsu TA-X80 

Daihatsu TA-X80 na targach IAA 1987

Daihatsu TA-X80 na targach IAA 1987

Peugeot Proxima

Peugeot Proxima na targach IAA 1987

Peugeot Proxima na targach IAA 1987

M. poleciał zaraz na stoisko Jaguara, bo takiego miał zamiar sobie kupić. Kupił go sobie wkrótce po naszym wyjeździe. Podobno pierwszego dnia po zakupie przyszedł do firmy mocno wkurzony skarżąc się, że przy ruszaniu ze świateł wyprzedził go Mercedes. W. ułagodził go mówiąc, że w Jaguarze nie chodzi o to żeby wszystkich wyprzedzać i że Jaguar to taki Rolls-Royce dla ludzi którzy chcą prowadzić sami. Pomogło.

Jaguar na targach IAA 1987

Jaguar na targach IAA 1987

W trakcie naszego pobytu M. z żoną pojechali też na kilka dni do Nicei, na jacht, zostawiając nas na gospodarstwie. Zjedliśmy co ciekawsze potrawy z zamrażalnika, na przykład ślimaki w maśle ziołowym. Obejrzeliśmy też co ciekawsze filmy na video, najciekawsze dla nas były oczywiście Bondy, dostępne po drugiej stronie tylko czasem w zachodniej telewizji na czarno-biało (bo kolorowy telewizor z PALem w akademikach nie występował). Filmy nagrane były z telewizji na kasetach VHS. miały dźwięk po angielsku i napisy po szwedzku.

Chodziliśmy też do kina, byliśmy na przykład na aktualnym wtedy Bondzie - Living daylights. Bond nie był dobrze widziany po naszej stronie granicy systemów, stąd bardzo mnie dziwiły sceny wyglądające na kręcone w Czechosłowacji (przynajmniej samochody na ulicy mieli socjalistyczne a potem rozwalali prawdziwe Żiguli). Jak jednak czytam na IMDB na liście lokacji Czechosłowacji nie ma.

Tam też zobaczyłem Blade Runnera. W kinie. (Widzieliście Blade Runnera?).

Dostaliśmy też, tak po  prostu, niektóre z gadgetów M. Ja dostałem na przykład jego statyw do aparatu i wielką lampę błyskową.

Żona M. chciała się odchudzić. Ponieważ ojciec A. z przyczyn zdrowotnych przeszedł skuteczną, kilkudniową dietę polegającą na tym, że o konkretnych porach trzeba było zjeść lub wypić coś konkretnego, pani M. poprosiła o dokładny przepis. A. zadzwonił do domu i spisał wszystko po kolei. Pani M. rozpoczęła dietę, ale oczywiście zamiast byle jabłka zjadła pomarańczę, ponieważ nie lubiła herbaty zastępowała ją kawą, w końcu prawie nic co jadła i piła nie zgadzało się z przepisem. "Eee, to nie działa" oznajmiła na koniec.

Dlaczego o tym piszę? Miało przecież być o NRD. Piszę, bo chcę pokazać jak było w tym czasie gdzie indziej. Stąd też wziął się odcinek o wycieczce na Węgry. Dziś to, co opisuję nie robi większego wrażenia, tak wygląda dzień powszedni wielu ludzi w Polsce. No może ten Jaguar i jacht w Nicei to rzadko, ale nie są niemożliwe. Ale wtedy wszystko to było dla nas jak z innej planety. Już nawet nie chodzi o jachty - porównajmy kartki na mięso z tymi frykasami, czekanie kilkanaście lat na samochód z targami IAA i stare filmy w kinie z aktualną produkcją.

Ale wszystko się kiedyś kończy. O powrocie do bloku wschodniego w następnym odcinku.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , , , , , , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (6)

Żegnaj NRD (26): Na Zachodzie oczywiście bez zmian

Wysiadłem z pociągu na dworcu we Frankfurcie, znalazłem automat telefoniczny i zadzwoniłem do firmy. A. tam już był, umówiliśmy się, że z właścicielem przyjadą po mnie. Usiadłem w umówionym miejscu, z widokiem na postój taksówek i czekałem Trochę im zajęło, jakieś półtorej godziny. Przez ten czas zobaczyłem chyba więcej Mercedesów niż przez całe moje dotychczasowe życie - taksówki, w 96% Mercedesy (z nudów liczyłem)  podjeżdżały co kilka-kilkanaście sekund przez cały czas. W końcu zajechał również srebrny Mercedes, S-klasy, z właścicielem - nazwijmy go M. - i A. i pojechaliśmy do firmy.

Właściciel firmy był Rumunem, 45 lat, doktorem informatyki z Uniwersytetu w Bukareszcie, kilka lat wcześniej sprzedanym do RFN.

Jednym z istotnych źródeł dewiz dla Rumunii Ceauşescu był handel ludźmi. U niego sprawa była postawiona jasno: Chcesz wyjechać na stałe na Zachód? - Płać w twardej walucie. M. kosztowała ta przyjemność 60.000 DM, pieniądze wyłożył rząd RFN, nie z dobrego serca ale jako pożyczkę do spłaty.

M. mówił dość dobrze po angielsku ale bardzo słabo po niemiecku. Nieźle po niemiecku mówiła jego żona. M. po przyjeździe chciał zatrudnić się w Siemensie, żona napisała mu CV, które tak się w kadrach Siemensa spodobało, że odpowiedzialny pracownik nie doczytał go do końca który brzmiał: "Nur gebrochen Deutsch" (Tylko łamany niemiecki). Na rozmowę kwalifikacyjną M. poszedł z żoną jako tłumaczką, kadrowcowi było głupio. M. zrobił dobre wrażenie, ale go ze względu na język nie przyjęli (dziś nie byłoby problemu, ludzi z angielskim bez niemieckiego jest tam mnóstwo, nawet narady często robią tam po angielsku). Pozostało mu więc założyć własną firmę.

Firma M. nie była duża - zajmowała kilka pomieszczeń w niedużym biurowcu w przemysłowej części dzielnicy Fechenheim. W firmie pracowali w tym momencie M. (jako szef i główny fachowiec), jego żona (jako sekretarka i księgowa) i Polak W., który wyjechał w 1980 (jako człowiek od pracowania). No i nas dwóch, Polaków studiujących w NRD. Wcześniej pracowali tam też polscy absolwenci Ilmenau, stąd A. miał ten adres. Bywali tam też Rumuni, Rosjanie a Niemca to ta firma nie widziała, chyba że jako klienta.

Nieduży biurowiec w przemysłowej części dzielnicy Fechenheim

Nieduży biurowiec w przemysłowej części dzielnicy Fechenheim

Firma zajmowała się głównie terminalami do komputerów mainframe, przede wszystkim marki Sperry. Oprócz instalacji i konfiguracji robili również różne kawałki transmisyjne dla dopasowania wszelkiego sprzętu do siebie nawzajem - standaryzacja była jeszcze w powijakach. Klientów firma miała w całej Europie (Zachodniej oczywiście), na przykład linie lotnicze Iberia z Hiszpanii. Ja miałem wymyślić protokół transmisyjny do jakichśtam celów terminalowych (tak szczerze to nie pamiętam już szczegółów) i zimplementować go w assemblerze, A. robił oprogramowanie do karty z jakimiś specjalizowanymi układami do transmisji w standardzie X.25, też w assemblerze. Karta to był jakiś prototyp, układy były z serii przedprodukcyjnych, jeszcze z błędami.

Firma miała taki sprzęt, że na uczelni takiego nie widzieli. Wszystkie komputery były AT, same markowe (w 1987 klony dopiero zaczynały się pojawiać), głównie nieistniejącej już firmy Tandon (parę ciekawych rzeczy wymyślili, a nawet nie mają wpisu w Wikipedii, w żadnym języku). Wszystkie komputery były połączone siecią, na ARCnecie, z serwerem Novell NetWare w wersji chyba 2.0 czy coś koło tego. Na uczelni sieci nie było nawet w 1989. Na półkach walało się legalne a nieużywane (bo kupione tylko na próbę) oprogramowanie w rodzaju Xenixa czy Windowsów 1.0 z SDK.

Novell Netware V2.0, rok 1987

Novell Netware V2.0, rok 1987

Wtedy nawet zwykłe obudowy od pecetów mogły być interesujące. Jeden z komputerów, Tandon PCA, wielka obudowa desktop, był tak skonstruowany, że część obudowy, tam gdzie karty, była zdejmowana, można było wymieniać je bez rozkręcania obudowy a nawet odstawiania monitora. Inny komputer, zorientowany na zastosowania biurowe Nixdorf (firma później przejęta przez Siemensa), miał wewnątrz obudowy plastikowe korytko z wszystkimi rodzajami potrzebnych śrubek oraz śrubokrętem. Gdzie są teraz takie rozwiązania? (Wiem, wiem, za drogie, pytanie retoryczne).

M. nie był zbyt porządnym szefem. Wszystkie telefony miały dołączone dodatkowe słuchaweczki, M. nigdy sam nie odbierał telefonu tylko przez tą słuchaweczkę słuchał kto dzwoni i na migi pokazywał czy jest w firmie, czy gdzieś wyszedł i go nie ma. W. opowiadał, że kiedyś pracował w firmie Rosjanin który odmówił odbierania telefonów motywując to tym, że religia zabrania mu kłamać. A. opowiadał, że rok wcześniej M. miał jakiś deadline, najpierw pracował intensywnie, ale gdy powoli było widać że nie zdąży po prostu zadzwonił do żony że jadą na tydzień do Nicei. I pojechali zostawiając pracowników na pastwę rozwścieczonego klienta. Żona M. była do takich akcji przyzwyczajona, tylko za pierwszym razem po podobnym telefonie gdy powiedziała że najpierw musi do fryzjera, kosmetyczki, spakować się itd., czyli najwcześniej jutro to M. stwierdził że "Eee, to nie jedziemy". Od tego czasu ustalili, że telefon ma być nie mniej niż sześć godzin przed odlotem. Mimo takich numerów klienci nie odchodzili, prawdopodobnie dlatego że M. miał know-how którego inni nie mieli. W sumie w tych czasach jakakolwiek wiedza komputerowa była dla przeciętnego człowieka wiedzą tajemną, wiedza nawet zdolnych amatorów prawie nie miała punktów stycznych z wiedzą profesjonalistów. Dziś każdy amator ma w domu sprzęt nie odbiegający wiele (przynajmniej funkcjonalnie) od sprzętu do zastosowań profesjonalnych i używa tych samych lub pokrewnych systemów operacyjnych, wtedy od domowego Sinclaira czy Commodora do mainframe z terminalem a nawet AT z Xenixem i siecią były lata świetlne.

M. kosił niezłą kasę. Miał pół okazałego domu w Maintalu, tego Mercedesa   (W126) którym po mnie przyjechał,

Mercedes W126, Frankfurt, 1987

Mercedes W126, Frankfurt, 1987

 żonie która dopiero co rozwaliła swoją Fiestę kupił (wbrew jej protestom, bo jeździła bardzo słabo) nowiutkiego, czerwonego,

Mercedes 190 E (W201), Frankfurt, 1987

Mercedes 190 E (W201), Frankfurt, 1987

miał w Nicei własny jacht, na który jeździł ledwie na tydzień albo dwa w roku, wypływał kawałek z portu, kotwiczył i się na nim opalał. Był nieprawdopodobnym gadżeciarzem. Pokazywał nam prospekty GPS-u jaki sobie na ten jacht kupił - był to jeden z pierwszych GPS-ów dla żeglarzy, kosztował kupę szmalu, a M. nie oddalał się od portu dalej niż na kilka kilometrów. W domu miał drogą wieże Hi-Fi, gdy ją oglądałem zauważyłem, że tuner nie był dotąd włączony ani razu. W ogóle M. miał mnóstwo drogich gadżetów, których nie użył ani razu albo najwyżej parę razy.

 Firma nie robiła dobrego wrażenia. Wszystkie stoliki przy których można by wypić np. kawę były zasłane grubą warstwą czasopism komputerowych,

Biuro firmy we Frankfurcie, 1987

Biuro firmy we Frankfurcie, 1987

 w nie najgorzej wyposażonym warsztaciku (lutownice miał oczywiście profesjonalne, Wellera) wszędzie piętrzyły się powyciągane z szafek szuflady, których nikomu nie chciało się włożyć na miejsce.

Bałagan w warsztacie, Frankfurt, 1987

Bałagan w warsztacie, Frankfurt, 1987

Z wielkiej skrzynki pocztowej M. wyciągał tylko listy z wierzchu, pozostawiając w środku reklamy, czasopisma itp., gdy ją kiedyś opróżniliśmy do końca (kilkanaście kilogramów makulatury) znaleźliśmy zagubione od pół roku listy od klientów. Kiedyś miałem już dosyć tego bałaganu i z A. poukładaliśmy czasopisma na półkach, powkładaliśmy szuflady z warsztatu na miejsce itd., zaraz zrobiło się przyjemniej, w warsztacie dało się coś zrobić a żona M. była cała szczęśliwa.

 Ponieważ pomieszczenia firmy były, jak to zwykle bywa, adaptowane, toaleta nie była osobnym pomieszczeniem tylko znajdowała się w sporym magazynku z materiałami biurowymi itp. Zdziwiło mnie w niej to, że deska sedesowa była podłączona przewodem do gniazdka 220V. Przy próbie skorzystania deska zaczynała hałasować, okazało się że zawiera wentylator i filtr powietrza, wentylator odsysał powietrze spod deski. Nigdy wcześniej ani później czegoś podobnego nie widziałem.

 Ze spraw zawodowych zobaczyłem i nauczyłem się tam bardzo wiele. Oprócz tego kawałka programu w assemblerze instalowałem na przykład Unixa dystrybuowanego na taśmie streamerowej na maszynie firmy NCR. Maszyna była na pewno mocniejsza niż ten K-1630 na którym pracowałem w centrum obliczeniowym, miała na owe czasy duży dysk twardy - całe 60MB (jak to dziś żałośnie brzmi), a była wielkości dzisiejszego PC-ta w wysokiej obudowie serwerowej.

Server NCR, 1987

Server NCR, 1987

 Skonstruowałem kawałek sprzętu odcinającego trochę zbyt długie łącze RS-232 przy wyłączeniu komputera do którego było podłączone - to dla jakiegoś profesora z uniwersytetu we Frankfurcie, bo mieli tam jakąś sieć na RS-ach z którą były problemy. Zrobiłem parę kawałków w C pod Unixa do sterowania transmisją szeregową, i jeszcze parę innych drobiazgów. Wszystko to nie było robione w specjalnie sformalizowany sposób, ale metodologia prowadzenia projektów wtedy dopiero raczkowała. Ale od tego czasu teletransmisja i protokoły należą do moich ulubionych zagadnień.

 Pewnego dnia M. przywiózł z firmy Tandon nowość światową - jeszcze niedostępną na rynku - komputer Tandon Pac z wymiennymi dyskami twardymi. Komputer był umieszczony w jednej z pierwszych na świecie obudów od razu zaprojektowanych jako wieża, i miał dwa miejsca do wetknięcia specjalnie skonstruowanych 30MB hot-plugable dysków twardych. Rzecz była na owe czasy sensacyjna, jednak dziś już zapomniana.

Tandon Pac z roku 1987

Tandon Pac z roku 1987

 W porównaniu w NRD-owską uczelnią to ta w sumie dość dziadowska firma to był pierwszy front rozwoju technologicznego.

 

W następnym odcinku: Nie samą pracą człowiek żyje, nawet na Zachodzie.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Skomentuj

Żegnaj NRD (21): Commodore i inni

Akurat kiedy przyjechaliśmy do NRD jeden z polskich aspirantów, W. (ten spotkany przez nas w tramwaju do konsulatu w Lipsku) kupił sobie komputer domowy Commodore C-64. Od tego momentu byłem u niego częstym gościem. Wkrótce się okazało, że mam do programowania niezły dryg, czy to w BASICu, czy w assemblerze, czy w czymkolwiek innym. W czytelni były dostępne zachodnie czasopisma, na przykład c't, aspiranci mogli zlecać wykonanie kserokopii artykułów, więc wkrótce mieliśmy wklepane trochę drukowanych tam programów użytkowych - jakieś monitory, assemblery, graficzne rozszerzenia BASICa... Aspirant miał temat teoretyczny, związany z obliczeniami równoległymi, chodziło o przyporządkowanie zadań (FEM) do procesorów regularnego systemu massive multiprocessor (jakoś to się po polsku nazywa?), modelował i wizualizował te algorytmy na swoim Commodorku - komputerów z lepszą grafiką na uczelni w zasadzie nie było. Pomagałem mu w tym i nieco przesadzając można by powiedzieć, że był to mój pierwszy doktorat.

Oczywiście nie był to jedyny komputer domowy w okolicy. Było trochę Sinclairów Spectrum, dwa z nich należały do polskich studentów z trzeciego roku, Commodorków wśród Niemców też było parę. Ale oni się niezbyt chętnie ujawniali, przynajmniej tak 1984-85  - pamiętam dwóch mających wspólnego C-64, którzy wyciągali komputer z szafy dopiero po zamknięciu drzwi na klucz i zasłonięciu okien. Potem posiadanie komputera znormalniało i przestali już się kryć.

Inny z Niemców z nieukrywanym żalem pokazywał swojego Commodore VIC-20, kupionego mu okazyjnie przez niekumatą rodzinę z RFN. Wszyscy łączyliśmy się z nim w bólu.

Ja swojego C-64 kupiłem w 1985 roku, przywiózł mi go jeden ze studentów dewizowych z naszej grupy, Palestyńczyk Said. Na początek z magnetofonem i joystickiem, Problemem był mały telewizor - został zakupiony w Polsce, była to VELA 203.

To się tak łatwo mówi, zakupiony w Polsce.  W Polsce był to okres największej biedy, taki telewizor był nie do kupienia w normalnym sklepie. Udało się tylko dzięki temu, że kuzynka wychodziła za mąż, a telewizor już miała. Co jedno z drugim ma wspólnego? W tym okresie pewna pula artykułów trwałego użytku została wydzielona dla Młodych Małżeństw. Takie Młode Małżeństwo, legitymując się odpowiednim zaświadczeniem z Urzędu Stanu Cywilnego mogło kupować artykuły z tej puli, zwanej MM,  i w ten sposób urządzić sobie samodzielne gospodarstwo domowe. Oczywiście wszyscy wykorzystywali pulę na maksa, rzeczy im niepotrzebne zawsze przydały się w bliższej lub dalszej rodzinie albo mogły zostać wymienione na bardziej potrzebne dobra.

Telewizor przemyciłem do NRD, musiałem jeszcze tylko przestroić go na tamtejszą częstotliwość pośrednią fonii, żeby w ogóle było coś słychać z komputera i z telewizji. Później, na jakiejś giełdzie komputerowej w Polsce zobaczyłem ciekawą przeróbkę - resetowanie komputera przez przyciśnięcie diody Power. Też zrobiłem sobie coś takiego.

Commodore 64, ok. 1985

Commodore 64, ok. 1985

 

Karta gwarancyjna Commodore 64, 1985

Karta gwarancyjna Commodore 64, 1985

Komputer służył przede wszystkim do grania, gry, oczywiście głównie  nielegalne, krążyły w dowolnych ilościach. Bo kogo tam było by stać na porządniejszą. legalną grę? Pojawiały się też książki o wnętrznościach C64, głównie z wydawnictwa Data Becker - wielu Niemców miało rodziny na Zachodzie, a co to dla nich było 30 DM raz na pewien czas. Dziadek emeryt książkę fachową mógł przywieźć od rodziny bez problemu (z programem było trudniej, bo celnicy gonili nagrane nośniki, zwłaszcza z Zachodu). Natomiast już w NRD nie było tak lekko, 30 DM to było jednak aż 150 wschodnich, ksero nie wchodziło w rachubę, musieliśmy kopiować te książki fotograficznie - robiliśmy zdjęcia aparatem fotograficznym na filmie czarno-białym i odbitki na papierze światłoczułym. Oczywiście wszystko to osobiście w jednej z kilku uczelnianych ciemni. Miałem tych książek odfotografowanych z dziesięć, w tym schemat, opisy wszystkich układów i pełny listing ROMu.

Gry grami, ale zbierałem również wszelakie implementacje języków programowania, żeby sobie popróbować. Lisp, Pascal, Forth, Logo, wszystko co podeszło. I to było dobre, wiele skorzystałem.

Aspirant W. kupił sobie również moduł z Z-80 do Commodore, licząc na używanie CP/M-u i środowisko kompatybilne z tym, co na uczelni. Niestety nic z tego nie wyszło, system chodzący na tym module zwieszał się co chwilę. Jakieś dwa lata później w ramach próbowania różnych, utopijnych koncepcji Zarobienia Mnóstwa Kasy zrysowałem schemat z tego modułu, przeanalizowałem go i zrozumiałem dlaczego to nie działa - ponieważ procesor 6510 używany w Commodorku używał dwufazowego zegara 1 MHz (ze względu na inną koncepcję odpowiadało to gdzieś 3,5 MHZ dla Z-80), a dla Z-80 było to bardzo mało, zrobiono w module taki dość zmyślny układ który przez odpowiednie pół cyklu zegara 6510 zwielokrotniał częstotliwość zegara dla Z-80. Średnio wychodziło, że Z-80 chodzi na 2 MHz. W związku z tym jakiś księgowy w Commodore zarządził wkładanie tam procesorów na 2,5 MHz. Ale prawda była taka, że on chodził na przemian z 0 MHz i 4 MHz i wersja 2,5 MHz teoretycznie nie miała szans się wyrobić (jeden z wymaganych czasów w timingu był katalogowo >170 ns, w praktyce mniej niż 125 ns). Obraz problemu zaciemniało to, że w praktyce duża część wkładanych procesorów Z-80 jednak się wyrabiała i problemy były tylko z niektórymi modułami CP/M.

Moduł CP/M do Commodore 64

Moduł CP/M do Commodore 64 Żródło: www.computermuseum-muenchen.de

Później dorobiłem się jeszcze stacji dysków. Wtedy było to coś, ale z perspektywy - nic szczególnego, nawet nie mam nic interesującego do powiedzenia na ten temat.

Commodore 1570 disk drive, ok. 1986

Commodore 1570 disk drive, ok. 1986

Potem na uczelni zaczęły się pojawiać pecety. Jako pierwsi dostali parę sztuk na bionice. Wszystkie znaczki firmowe zostały z nich usunięte, żeby nie było widać że są od wroga klasowego. A po wakacjach 1986 pojawił się pierwszy pecet w rękach prywatnych. Przywiózł go polski aspirant z Warszawy, nazwijmy go A. Aspirant ten jakoś znalazł firmę programistyczną w RFN, która go zatrudniła na wakacje i w ten sposób zarobił na peceta i to od razu AT. Było to klasyczne AT na 6 MHz (czyli standard w tej, wyższej klasie) z 1MB RAM (wtedy dużo) i 10 MB HDD (znowu standard). Do tego karta Hercules, monitor mono zielony i stacja dyskietek 5,25 cala. Całość firmy Sperry (niemarkowych pecetów jeszcze wtedy nie było, firma Sperry wkrótce potem połączyła się z firmą Burroughs tworząc istniejący do dziś Unisys). Ciekawa była obudowa, można było ten komputer postawić jako desktop albo jako wieżę, znaczek firmowy był przestawiany żeby zawsze pasował - wtedy to była absolutna nowość. Był to najlepszy komputer na uczelni. Cała ta historia miała spore konsekwencje dla mojej dalszej drogi życiowej, wrócę do tego w więcej niż jednym odcinku.

Aspirant ten wciągnął mnie też w pracę na uczelni jako Hilfsassistent (asystent pomocniczy), w centrum obliczeniowym pisałem programy (niezbyt skomplikowane na początku) pod Unixem na K-1630 (czyli PDP-11) najpierw w C, potem w Moduli 2 (ktoś pamięta jeszcze taki język?). Dużo się dzięki temu nauczyłem, a do tego były za taką pracę jakieś pieniądze (chyba ze 100 czy 120 marek na miesiąc - kolejna możliwość dorobienia).

Po 1987 na uczelni zaczęły pojawiać się pecety w większej ilości, jednak były to przeważnie XT klasy popularnej, na przykład Amstrad 1215 (w RFN sprzedawany pod marką Schneider). Mimo to sprzętowe wyposażenie uczelni coraz bardziej odstawało od aktualnego stanu techniki, studenci w swoich pokojach coraz częściej mieli lepszy sprzęt niż uczelnia. Największą uczelnianą porutę pamiętam, kiedy na czwartym roku (pierwsza połowa 1988) mieliśmy cykl gościnnych wykładów ludzi z różnych uczelni zagranicznych. Między innymi o Ethernecie opowiadał człowiek z Kuby, (wtedy poważnie myśleliśmy, że Ethernet thick i thin to taki high-tech, że w życiu się z nim osobiście nie zetkniemy - wnioski pozostawiam do wyciągnięcia czytelnikowi. Zresztą przy thick mieliśmy rację, ale nie ze względu na jego high-techowość). Więc on opowiedział również jaki tam u nich, na uniwersytecie w Hawanie, mają sprzęt. Nawet zakładając że koloryzował używając czynnika 2, to i tak mieli tam o wiele więcej i o wiele nowocześniejszego sprzętu, niż w NRD. Kuba, wyspa jak wulkan gorąca.

Największy problem był z drukarkami. Wszystkie te wielgachne i szybkie NRD-owskie konstrukcje, jakich było pełno, nie miały nawet kompatybilnych z pecetami wtyczek, a co dopiero mówić o driverach do jakichkolwiek pecetowych edytorów.

W czasach MS-DOSu nie istniało coś takiego jak jeden, systemowy driver do drukarki. Każdy program, który miał coś drukować musiał mieć swoje drivery przynajmniej do paru standardowych drukarek. Jeżeli drukarka w czymkolwiek odbiegała od standardu, to jej właściciel miał problem, nierzadko nierozwiązywalny. Do tego drukarki nie mogły najczęściej drukować polskich znaków w trybie tekstowym. Stąd popularność (przynajmniej w Polsce) edytora ChiWriter - zawierał on w pakiecie program do projektowania znaków drukowanych później na drukarce, można było modyfikować układ klawiatury, a sterowanie drukarką odbywało się przy pomocy modyfikowalnych przez użytkownika tekstowych plików sterujących. Innymi słowy: ChiWritera można było doprowadzić do działania z dowolną, posiadaną drukarką i z klawiaturą w dowolnym układzie.

Do pecetów używano drukarek zachodnich, ale najtańszych jakie tylko dało się znaleźć. To znaczy tak dokładnie to wszelkich jakie dało się znaleźć - był to przecież sprzęt przywożony przez osoby prywatne i sprzedawany firmom - więc zazwyczaj najtańszy, jaki był w sklepie w RFN. Jako edytora używaliśmy oczywiście ChiWritera - bo dało mu się dorabiać polskie i niemieckie litery i modyfikować drivery - ale niestety wydruk był robiony w pełnej grafice. Skutek był taki, że na tych najtańszych drukarkach jedna strona A4 drukowała się około piętnastu minut, a ten nędzny złom najdalej przy drugiej stronie się przegrzewał i wydruk się kończył. Mimo to, dzięki ciężkiej pracy w zespole dwuosobowym udawało się drukować nawet spore teksty. Wyglądało to tak:

  • Taśma do drukarki była towarem deficytowym, więc ją wyjmowaliśmy i wkładaliśmy do drukarki dwie kartki przełożone kalką maszynową (Trzy razy sprawdzić, czy we właściwą stronę!).
  • Żeby drukarka się nie przegrzała, zdejmowaliśmy z niej wszystkie możliwe klapki.
  • Ponieważ największa z tych klapek dociskała papier do wałka, po zdjęciu jej jedna osoba musiała za górne rogi kartki przyciągać papier w odpowiednią stronę. Przez cały czas wydruku, przerwa, a nawet chwila rozproszenia się niedopuszczalna.
  • W tym czasie druga osoba wachlowała drukarkę inną kartką papieru, żeby zapewnić chłodzenie. Lepiej też bez przerwy.
  • Krytycznym momentem było parę ostatnich linii - żeby kartka nie wyskoczyła spod głowicy przed zakończeniem wydruku.

I tak cztery strony na godzinę. Teraz WO wyzywa nas od linuksiarzy, a przecież sam na pewno musiał robić akcje w takim stylu. W tych czasach bez linuksiarstwa nie dało się nic zrobić.

Dochodziło do tego, że co się dało drukowałem będąc w Polsce - tam w byle biurze był lepszy sprzęt a z taśmami do drukarek nie było większego problemu.

W następnym odcinku - Pod znakiem dwusuwa.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (2)

Żegnaj NRD (16): NRD-owska elektronika w zastosowaniach – komputery domowe

W ramach zaspokajania potrzeb społecznych NRD-owskie zakłady miały narzucony uchwałą Biura Politycznego obowiązek przeznaczać przynajmniej 5% swojej produkcji na rynek artykułów konsumpcyjnych. Również kombinat Robotron musiał oprócz sprzętu przeznaczonego dla firm produkować też coś dla konsumentów indywidualnych. Stąd wzięły się ich komputery domowe. Było tego sporo wariantów, omówię trzy najistotniejsze linie. Żeby nie było, że teoretyzuję - wszystkie trzy widziałem na własne oczy i dotykałem własnymi rękoma, te dwa lepsze otrzymaliśmy nawet jako grupa polska do użytkowania, stały w "centrali".

Robotron Z1013

Komputer domowy Z1013, NRD, 1984

Komputer domowy Z1013, NRD, 1984 Źródło:www.robotrontechnik.de

Był to bardzo prosty system mikroprocesorowy, oczywiście z NRD-owskim Z80. Proszę przyjrzeć się "obudowie" - jest to wytłoczka z cienkiego plastiku wykonana w takiej samej technologii jak wkładki do szuflady kuchennej, takie na sztućce. Foliowa klawiatura w układzie alfabetycznym w zasadzie wcale nie nadawała się do użytku. Urządzenie miało modulator do podłączenia telewizora (obraz w trybie tekstowym 32x32 znaki) oraz interface do magnetofonu. Pamięci było w tym 16 KB (dla takiego urządzenia wtedy było to dość). Całość przeznaczona była dla majsterkowiczów - nawet zasilacz trzeba było skombinować sobie samemu, a bez przeróbek i rozszerzeń wiele się na tym zrobić nie dało. Zanim zaczniecie to urządzenie wyśmiewać: W latach 80-tych również na Zachodzie istniało wiele konstrukcji o podobnych parametrach, często do samodzielnego montażu. Jedynie prędkość procesora była tu zbyt niska, na Zachodzie takie systemy zaczynały się od 2,5 MHz (bo wolniejszych Z80 nie było).

Wersja z procesorem 1 MHz kosztowała w 1984 roku 650 marek, wersja 2 MHz z 1987 965 marek. Jeszcze raz przypominam - średnia płaca 800 marek.

Robotron Z9001, Robotron KC85/1, Robotron KC87

Komputer domowy Z9001, NRD, 1988

Komputer domowy Z9001, NRD, 1988

Był to już prawdziwy komputer domowy, a nie zestaw dla majsterkowiczów. Umieszczony był w solidnej, metalowej obudowie, miał prawie pełną klawiaturę (chociaż wąskie, marne przyciski nie były wygodne), Z80 na 2,5 MHz, 16 KB RAM i 4 porty do modułów z rozszerzeniami. Nie miał trybu graficznego, tylko semigrafikę z definiowalnymi znakami, 40x24 znaki (standard w trybie znakowym w tamtych czasach). Telewizor podłączony przez modulator wyświetlał tylko obraz czarno-biały, żeby mieć kolor trzeba było użyć wejścia RGB, nie spotykanego w NRD-owskich telewizorach. Jako pamięć masowa używany był magnetofon. Nawet BASIC musiał być załadowany z kasety albo z rozszerzenia ROMu. Dźwięku nie było. Większość wyprodukowanych urządzeń otrzymały szkoły, kluby komputerowe itp. Tak naprawdę to na tym urządzeniu też wiele się zrobić nie dało. Cena różnych wersji wynosiła od 1550 do ponad 3000 marek.

KC85/2, HC900

Komputer domowy KC85/2, NRD, 1985

Komputer domowy KC85/2, NRD, 1985

 

Komputer domowy KC85/2 - klawiatura, NRD, 1985

Komputer domowy KC85/2 - klawiatura, NRD, 1985

W tej konstrukcji mniej wysiłku i ceny poszło w obudowę, a więcej w technikę. W miarę normalna klawiatura, tryb graficzny (320x256 punktów), dwa porty rozszerzeń, kolor, dźwięk... Dodatkowe punkty dla programistów, którzy system operacyjny tego urządzenia nazwali CAOS (czytane jak słowo chaos, skrót od Cassette Aided Operating System).

System operacyjny CAOS komputera domowego KC85/2, NRD, 1985

System operacyjny CAOS komputera domowego KC85/2, NRD, 1985 Źródło:www.robotrontechnik.de

Oczywiście ta linia też miała swoje wady. Wyświetlanie odbywało się wyłącznie w trybie graficznym - nie było żadnego trybu tekstowego - co w połączeniu z wolnym procesorem (od 0,975 do 1,75 MHz zależnie od wersji, dla Z80 to bardzo mało) powodowało że operacje ekranowe były nieznośnie wolne. Przescrollowanie ekranu o jedną linię odbywało się takim "wężowym" ruchem i trwało około sekundy (!). Ciekawostką jest, że modulator urządzenia dawał kolor w systemie PAL, a nie w obowiązującym w NRD SECAMie (pewnie nie zrobili go sami tylko kupili na Dalekim Wschodzie). Generowany obraz był bardzo zakłócony przesłuchami z części cyfrowej, a może były to problemy timingu dostępu do pamięci ekranu. W każdym razie obraz na telewizorze był drżący i niezbyt wyraźny. Cena urządzenia w najlepszej wersji wynosiła 4600 marek, cen tych prostszych nie znalazłem. Na tym też nie dało się wiele zrobić, a cena zbijała z nóg.

Ponieważ miałem wtedy już własne Turbo AT (a Commodorka miałem wcześniej) to opisywane urządzenia tylko z inżynierskiej ciekawości obejrzałem i przetestowałem. W sumie wszystko badziew. Do tego zauważmy, że 3000 marek NRD w 1987 roku to było po czarnorynkowym kursie około 600 marek RFN. Za tyle mogła rodzina z RFN kupić powiedzmy nowego Sinclaira ZX Spectrum (z uwzględnieniem ulgi podatkowej), dziadek emeryt mógł przywieźć tego Sinclairka do NRD (sprzęt mały, lekki, dziadek się nie przedźwigał), telewizor i magnetofon i tak musiały być. Więc za tą samą cenę można było mieć o wiele lepszy komputer, w dodatku z mnóstwem łatwo dostępnego pirackiego oprogramowania. I tak faktycznie robiono - wśród studentów było znacznie więcej komputerów Spektrum i Commodore 64 niż sprzętu NRD-owskiego. A jak ktoś nie miał rodziny w RFN i/lub dziadka emeryta? To studenci dewizowi przywozili taki sprzęt bez problemu, ja tak kupiłem swojego C64.

Jeszcze jako ciekawostka: Komputery szachowe produkcji NRD, oczywiście też na ich Z-80:

Komputer szachowy SC2, NRD, ok. 1982

Komputer szachowy SC2, NRD, ok. 1982 Źródło:www.robotrontechnik.de

 

Komputer szachowy ChessMaster, NRD, 1984

Komputer szachowy ChessMaster, NRD, 1984 Źródło:www.robotrontechnik.de

 

Komputer szachowy Chess Master Diamond, NRD, 1987

Komputer szachowy Chess Master Diamond, NRD, 1987 Źródło:www.robotrontechnik.de

Dwa ostatnie modele były sprzedawane również w sklepach na Zachodzie. Do tego ostatniego można było dokupić (widoczne na zdjęciu) moduły ROM z otwarciami i końcówkami.

W następnym odcinku - Od elektroniki nawiążę do polityki.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (1)

Strona 1 z 212