Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Śladami NRD: W poszukiwaniu soljanki w Weimarze

Po zwiedzeniu baraku w Apoldzie zgłodnieliśmy trochę, postanowiliśmy więc pojechać do Weimaru i zjeść sobie soljankę.

Za NRD byłem parę razy w Weimarze, ale zawsze tylko w teatrze, i to jesienią lub zimą jak już było ciemno. Szliśmy tylko z dworca kolejowego do teatru i z powrotem. Nie pamiętam więc zbyt wiele, ale teatr rozpoznałem.

Weimar - teatr

Weimar - teatr

Gdzie najlepiej zapytać o soljankę? W budce z bratwurstami oczywiście. Panie sprzedające bratwursty oznajmiły że jest niedaleko jeden imbiß z soljanką, niestety w niedzielę nieczynny. Ale w dwóch restauracjach w tamtym kierunku też mogą mieć, tyle że nie każdego dnia ją robią.

Skoro tak się zaczęło, to na wszelki wypadek zjedliśmy po bratwurście. No i dobrze zrobiliśmy - w obu wskazanych restauracjach soljanki nie było, i w żadnej innej z mijanych też. Najlepszą z NRD-owskich zup można dostać tylko w tanim barze. Do czego to doszło.

Thüringer Bratwurst

Thüringer Bratwurst

Weszliśmy jeszcze spontanicznie do jednego - waham się czy użyć tego słowa - muzeum. Nazywało się toto Weimar Haus i miało być o Goethem, Schillerze i weimarskiej klasyce.

Weimar Haus

Weimar Haus

Ekspozycja była dość efektowna - przez automatycznie otwierające się drzwi przechodziło się do kolejnych pomieszczeń, gdzie przy pomocy różnych efektów specjalnych przedstawiano sceny z historii Weimaru. Szczególnie mocny był Goethe - na styropianowej głowie manekina wyświetlano twarz poruszającą ustami i mrugającą oczami, trochę jak w musicalu War of the Worlds Jeffa Wayne'a (TUTAJ trailer, chwilami widać wielka głowę nad sceną). Ale rzutnik się odrobinę przesunął i usta Goethego były mocno skrzywione. I ogólnie to przedrożone (7 euro dla dorosłego), nie polecam. Mimo wszystko adres:

Weimar Haus
Schillerstrasse 16
99423 Weimar

Sklepiki muzealne wszędzie gdzie byliśmy były dość słabe, pamiątkowy magnes kupiliśmy w przypadkowo otwartej w niedzielę księgarni dużej sieci Thalia.

I na tym zakończyliśmy dzień trzeci wycieczki. Przed nami dzień czwarty i ostatni, będzie na dwie notki.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (3)

Śladami NRD: Wartburg. Ale zamek.

Nadal omawiam pierwszy dzień naszej podróży śladami NRD. Jak już byliśmy w Eisenach nie mogliśmy przecież nie zwiedzić zamku Wartburg. Lista Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i takie tam. Byłem tam dotąd ze trzy razy, ale ostatnio za NRD. I mam swoje stare zdjęcia, stąd mimo że nie ma on za wiele wspólnego z NRD, to nada się do tego cyklu. Zdjęcia na przemian z roku 1988 i 2012.

Zamek Wartburg w roku 1988

Zamek Wartburg w roku 1988

 

Zamek Wartburg

Zamek Wartburg

Na zamku nie zmieniło się zbyt wiele przez ostatnie 25 lat, w gołębniku siedzą nawet gołębie tej samej rasy co wcześniej.

Zamek Wartburg w roku 1988

Zamek Wartburg w roku 1988

 

Zamek Wartburg

Zamek Wartburg

To może parę ciekawostek:

  • Pierwszy kawałek zamku zbudował około roku 1067 hrabia Ludwig o przydomku der Springer (Skoczek). Przydomek pochodził stąd, że kiedyś wyprawił się on na dobra innego hrabiego, zabił go, a potem został złapany i uwięziony. Skazano go na śmierć, ale przed wykonaniem wyroku uratował się skacząc z muru zamku do rzeki.
  • Hrabia miał typowy dla tamtych czasów stosunek do własności prywatnej. Spodobało mu się wzgórze, na którym dziś stoi zamek Wartburg, nie należące jednak do niego. Hrabia kazał przywieźć w workach ziemię pochodzącą z jego włości, rozsypać ją cienką warstwą na wzgórzu i zbudować na niej zamek. A potem mógł z czystym sumieniem przysięgać, że "zamek stoi na mojej własnej ziemi". Przewodnik twierdził, że znanych jest jeszcze kilka innych przypadków gdzie ktoś wykonał podobny numer.
  • Wartburg nigdy nie był zamkiem obronnym, zawsze służył głównie do szpanowania.
  • Najstarsze stojące kawałki są z wieku XII (te na zdjęciu poniżej), potem były tylko rozbudowy i remonty. Zamek nigdy się nie spalił, nigdy nie był zdobywany ani zniszczony.
Zamek Wartburg w roku 1988

Zamek Wartburg w roku 1988

 

Zamek Wartburg

Zamek Wartburg

  • Słynna jest opowieść o pojedynku śpiewaków na zamku Wartburg, około roku 1200. W tych czasach popularne były podobne konkursy, wygrywający otrzymywał sporą nagrodę. Tutaj organizator miał oświadczyć, że ostatni traci życie. Śpiewacy się postarali, wszyscy zajęli równorzędne miejsce pierwsze, impreza była super a organizator przyoszczędził na nagrodzie dla zwycięzcy. Na zdjęciach: Sala w której miała ta impreza się odbyć, odnowiona w XIX wieku w stylu romantycznym. Był tam Ludwik Bawarski i tak mu się to spodobało że kazał zrobić podobną w swoim zamku  Neuschwanstein.
Zamek Wartburg w roku 1988

Zamek Wartburg w roku 1988

 

Zamek Wartburg

Zamek Wartburg

  • Katolicy wiążą z Wartburgiem postać świętej Elżbiety z Turyngii (po angielsku zwanej Elizabeth of Hungary). Prezentowała ona wrażliwość lewicową dążąc do spłaszczenia różnic w dochodach i organizując zalążki powszechnej służby zdrowia. Potem wpadła pod wpływ sadystycznego spowiednika Konrada z Marburga, który doprowadził do jej śmierci w wieku 24 lat. Elżbiecie zaliczono 60 cudów (dziś do uznania za świętego wystarczają dwa), jednak nie ma wśród nich tego najbardziej znanego z jej przypisywanych - zamiany chleba w róże. Na zdjęciach: Mozaiki z sali poświęconej Elżbiecie, stosunkowo nowe bo XIX-wieczne.
Zamek Wartburg w roku 1988

Zamek Wartburg w roku 1988

 

Zamek Wartburg

Zamek Wartburg

  • Dla ewangelików najważniejszy na Wartburgu jest Luter. Znana jest opowieść, jak to Lutrowi pokazał się diabeł, aby odwieść go od tłumaczenia Biblii. Ale Luter się nie przestraszył, tylko rzucił w diabła kałamarzem. Plamy na ścianie już nie ma, bo zeskrobali ją po trochu na relikwie odwiedzający przez wieki jego pokój.

W notce 18 zastąpiłem zdjęcie pokoju Lutra znalezione w sieci swoim.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (7)

Ursus Wehrli i porządkowanie sztuki

Ktoś nazywający się Wehrli oczywiście nie może być Niemcem, to musi być Szwajcar. Pozostajemy jednak w kręgu kultury niemieckojęzycznej.

Ursus Wehrli już od dość dawna (1987) zabawiał wraz z Nadją Sieger (jako duet Ursus & Nadeschkin) publiczność na scenach Szwajcarii. Pooglądałem ostatnio trochę ich numerów, komentarze są entuzjastyczne (że niby "Najlepsi w Szwajcarii"), ale według mnie nic nadzwyczajnego. No może poza jednym skeczem, przy którym popłakałem się dokumentnie ze śmiechu, jak już od lat nie. Polecam nawet czytelnikom nie znającym niemieckiego, to jest krótkie, te parę zdań przetłumaczę, a naprawdę śmieszne zaczyna się potem. Wstęp jest dość długi i nierewelacyjny, chodzi o przeczytanie wiersza Goethego, a potem Ursus decyduje że lepszy będzie wiersz współczesny. Pod tytułem "Das Faxgerät" ("Telefax"). Von Sony (to trochę trudno przetłumaczyć, ale "von Sony" można zrozumieć że urządzenie zostało wyprodukowane przez firmę Sony, ale również jako "Autor: Sony"). Tekst:

  • Proszę czekać!
  • Proszę czekać!
  • Proszę czekać!
  • Proszę.. Za chwilę zostaną Państwo połączeni z naszym faksem.

Dalej trzeba obejrzeć (od 4:00, ale z dźwiękiem i nie radzę w pracy, nawet na słuchawkach).

Ale przecież nie poświęcałbym notki średniemu kabaretowi ze Szwajcarii - Ursus Wehrli potrafi więcej. Dziesięć lat temu wymyślił on sobie "Porządkowanie sztuki", na początku chyba tylko jako jajcarski temat do skeczu, ale rzecz była po prostu genialna i dzięki niej stał się sławny w kręgach artystycznych na szerokim świecie. O co chodzi świetnie pokazuje ten materiał z "Die Sendung mit der Maus" (są napisy po angielsku).

A tutaj sam autor przedstawia swoją koncepcję (po angielsku) na TED 2006:

A teraz wersja dla czytelników nie władających językiem language. Pan Wehrli zrobił międzynarodową karierę artystyczną i wydał parę świetnie się sprzedających albumów ze swoją sztuką dzięki genialnemu pomysłowi. On wziął kilka ogólnie znanych obrazów abstrakcyjnych, powycinał z nich elementy z których zostały zbudowane i posortował je po kształtach, wielkościach i kolorach. Efekt był świetny, a sam Wehrli jako kabareciarz potrafi to świetnie i dowcipnie sprzedać jako szwajcarski porządek. Wehrli nie ograniczył się do malarstwa, porządkował również obiekty świata rzeczywistego jak na przykład porcję frytek, gałązkę jodły, zupę z makaronem, sałatkę owocową czy łąkę z plażowiczami.

Autor: Ursus Wehrli

Autor: Ursus Wehrli

A mi się najbardziej w tym podoba, że on nie próbuje udawać nie wiadomo jakiej głębi intelektualnej, tylko od razu widać że robi sobie jaja.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (1)

Kobieta na Księżycu

Mniejsza o to jakimi ścieżkami skojarzeniowymi, ale doszedłem właśnie do obejrzenia starego filmu niemieckiego. Jeszcze niemego, z roku 1929. W reżyserii Fritza Langa. Frau im Mond - Kobieta na Księżycu.

Parę niemych filmów niemieckich, w tym również Langa już widziałem, ale tego jeszcze nie. Zajrzałem na youtube i znalazłem tam cały film w dobrej jakości (tylko dodane napisy po włosku).

No i to się daje oglądać, mimo ponad 80 lat od nakręcenia.  Bardzo krótko plot: Chodzi oczywiście o lot na Księżyc, po złoto, wykonany przez niezbyt zgraną załogę w składzie:

  • Inżynier i przedsiębiorca Wolf Helius, główny bohater
  • Profesor Georg Manfeldt, autor ogólnie wyśmiewanej teorii o dużych pokładach złota na Księżycu
  • Inżynier Hans Windegger, bliski współpracownik Heliusa
  • Friede Velten, absolwentka astronomii, narzeczona Windeggera, ale Helius się w niej podkochuje
  • gangster Turner, czarny charakter działający na zlecenie grupy Złych Biznesmenów, jego udział zostaje wymuszony przy pomocy zamachów bombowych i innych akcji bezpośrednich.
  • Gustav, wczesnonastoletni syn kierowcy Heliusa, namiętny czytelnik pulpowych komiksów SF, jako pasażer na gapę

W trakcie lotu wychodzi że Windegger to rozlazły tchórz bez jaj, za to jaja jak smok okazuje się mieć Friede Velten - co w tamtych czasach w filmie było chyba większą fantastyką niż lot na Księżyc (bo już Georges Méliès i Podróż na Księżyc w 1902...). Scenariusz ma parę mielizn, ale o wiele słabsze rzeczy pokazuje dziś telewizja w prime time.

Ale co najciekawsze to strona techniczna. Frau im Mond jest uznawany za pierwszy film hard SF. Nic dziwnego - konsultantami naukowym filmu byli profesor Hermann Oberth, pionier techniki rakietowej, później współpracownik von Brauna, i bliski przyjaciel Langa - Willy Ley, współzałożyciel Verein für Raumschiffahrt we Wrocławiu i autor paru popularnonaukowych książek o technice rakietowej. No i oni Langowi wszystko wyjaśnili i narysowali, jak by to zrobili. Film był na tyle zbliżony do ówczesnych projektów, że Ley na premierze oznajmił że to nie fantastyka, ale jeszcze nie do końca zrealizowana rzeczywistość.

Bo: Bohaterowie lecą trójstopniową rakietą na paliwo ciekłe, prędkości i przyspieszenia są poprawnie policzone, cała sekwencja transportu pionowego na stanowisko startowe nie różni się zasadniczo od tych z projektu Apollo. Jeden tylko szczegół jest inny - Oberth miał koncepcję, żeby rakieta startowała z częściowego zanurzenia w basenie z wodą (żeby nie musiała stać o własnych siłach). Koncepcja ta była poważnie rozważana przez NASA przy paru znacznie późniejszych projektach. W czasie lotu jest nieważkość (żeby przyoszczędzić na efektach specjalnych tylko krótko, jak u Verne'a). Bohaterowie radzą sobie z nią wkładając stopy w pętle zainstalowane na podłodze, ale mają problemy z wylewaniem koniaku z butelki w zeroG. Wylana ciecz zbiera się w unoszące się w powietrzu kulki. Sekwencja wschodu Słońca zza Ziemi jest prawie jak na prawdziwych zdjęciach, brakuje tylko chmur na Ziemi, a i kontynenty od strony nocnej widać zbyt dobrze.

A najciekawsze: To Lang wymyślił countdown - odliczanie do zera miało budować napięcie w sekwencji startu.

Oczywiście nie wszystko jest tak naukowo ścisłe - na odwrotnej stronie Księżyca jest nadające się do oddychania powietrze (jak w Na srebrnym globie Żuławskiego (1903), ale była to teoria XIX-wiecznego, niemieckiego astronoma, Petera Andreasa Hansena). Profesor  Manfeldt testuje czy atmosfera nadaje się do oddychania zapalając trzy zapałki i znajduje złoto przy pomocy różdżki, a piloci rakiety przy 4g (pokazywanym w m/s2 na wskazówkowym akcelerometrze) wychylają się z pryczy żeby obsługiwać dźwignie sterowania ciągiem.

Film nie był sukcesem kasowym - w 1929 film niemy wychodził już z mody - ale mimo wszystko warto go zobaczyć. Dla niecierpliwych - przygotowanie do startu rakiety zaczyna się w części 6 od 7:00.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Ciekawostki, Telewizja

Skomentuj

Śmieszne tylko po polsku: Reksio nie tylko dla dzieci (2)

Opisałem już prawie cały cykl gier o Reksiu firmy Aidem Media, ale brakowało mi jednej  - Reksio i wehikuł czasu. Będąc ostatnio w kraju uzupełniłem ten brak - nie dało jej się kupić w żadnym sklepie, trzeba było zamawiać u producenta - wczoraj ją skończyłem i znowu muszę się podzielić.

No i znowu: Gra jest świetna, co najmniej tak dobra jak Reksio i kapitan Nemo. I nie dajcie się zmylić - to nie jest gra dla dzieci, bo skąd dzieci mają na przykład wiedzieć dlaczego nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji?

Reksio i wehikuł czasu

Reksio i wehikuł czasu

W warstwie fabularnej - jak już jej tytuł wskazuje - gra rozgrywa motyw podróży w czasie. Bohaterowie podróżują przy pomocy przekonstruowanej sofy ("do sofania się w czasie") wstecz i w przód, do czasów prehistorycznych, starożytnego Egiptu, średniowiecza i w mroczną przyszłość rodem z Blade Runnera (spadłem ze śmiechu z krzesła gdy kret Kretes wygłosił monolog Roya Batty'ego). Plot jest nieźle zakręcony a przy tym trzyma się kupy, jego stopień komplikacji jest taki, że autorzy poczuli się w obowiązku wytłumaczenia na koniec największego twistu, żeby dzieci i mniej obyci z podobnymi historiami dorośli go zrozumieli. Widać że scenarzysta czuje SF, wymyślenie spójnej, kilkukrotnie zapętlonej pętli czasowej nie przerasta go i że ma konsekwencje paradoksu dziadka w małym palcu.

Rozwiązywane zagadki mają poziom trudności "w sam raz" chociaż trzeba przyznać, że niektóre są znacznie trudniejsze niż w innych grach z serii. No ale Myst to to nie jest, bez obawy. Mi najbardziej podobały się trójwymiarowe labirynty. Niestety znowu dwa czy trzy zadania trzeba rozwiązywać metodą prób i błędów.

Jest oczywiście kilka zadań zręcznościowych, tym razem bez Boulder Dasha, ale za to fajne platformówki.

Screenshot z gry "Reksio i wehikuł czasu"

Screenshot z gry "Reksio i wehikuł czasu"

I jak zwykle najlepsze w grze są odwołania do popkultury. Oprócz wspomnianych hiszpańskiej inkwizycji i Blade Runnera mamy tu na przykład Nostradamusa, Leonarda da Vinci z kotem i Moną Lisą, Salvadore Dali'ego, Różokrzyżowców... A wszystko okraszone autoironią i dowcipem. Po prostu kupa dobrej, inteligentnej zabawy.

Reksio i wehikuł czasu - okładka

Reksio i wehikuł czasu - okładka

Szkoda tylko, że seria się już skończyła skrętem w stronę słabych gier na rynek międzynarodowy i nie widzę szans żeby powstał kolejny odcinek na poziomie tego.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Śmieszne tylko po niemiecku

Skomentuj

I to też jest po niemiecku: Accept

Jak już jesteśmy przy muzyce głośnej i hałaśliwej to przypomnę zespół Accept. Pamiętam że w początku lat 80-tych nagrałem sobie ich płytę Restless and Wild z radia. No i ponieważ mieli angielską nazwę i śpiewali po angielsku przez myśl mi nie przeszło że mogą być z Niemiec. Byli z mitycznego Zachodu i tyle.

Jak się teraz nad tym zastanawiam to mi wychodzi, że moje kryteria dotyczące muzyki głośnej nie zmieniły się przez te 30 lat. Kawałki Acceptu, podobnie jak Blind Guardiana też mają melodię i mocny wokal.

BTW: Od paru dni słucham Blind Guardiana, mój syn usłyszał Wheel of time i powiedział, że ich nauczyciel sportu puszcza im ten kawałek na ćwiczeniach.

Wróćmy do Acceptu i Restless and Wild. Ta muzyka jest znacznie prostsza niż Guardianów. Accept  nie potrafi ani ballady, ani niczego spokojnego, ani orkiestrowych aranżacji. Ale typowy ich dynamiczny kawałek wchodzi mi gładko. Najgładziej ten:

Historia zespołu zaczyna się od parunastu lat problemów. Najpierw działalność amatorska, potem dymanie przez firmę płytową, która nie dość że ich wcale nie wspierała, to jeszcze chciała z nich zrobić zespół Neue Deutsche Welle. Na swojej przełomowej płycie - właśnie Restless and Wild zespół odwdzięczył się swoim managerom utworem Son of a Bitch. Potem im jakoś poszło. Na przykład tak: wiecie jak brzmi Dla Elizy w wersji metalowej (od 3:09, sorry nie znalazłem w lepszej jakości)?

Członkowie zespołu mieli poglądy antyfaszystowskie i antymilitarystyczne, ale przez proste skojarzenie Niemcy -> faszyści parę ich zabiegów artystycznych zostało w niektórych krajach błędnie zrozumiane i niezasłużenie zostali w nich zaszufladkowani, tylko po wstępie do tego utworu. Ten kawałek był zresztą podobno pierwszym na świecie utworem speed metalowym.

Od czasu sukcesów lat 80-tych zespół rozpadł się i ponownie zszedł już dwa razy. I jak widzę nadal jest to po prostu radosne, głośne granie, nie żebym zaraz miał kupować ich płytę, ale może być.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Muzyka

Komentarze: (4)

I to też jest po niemiecku: Blind Guardian

Lubię sobie czasem posłuchać czegoś głośnego i dynamicznego. Ale jako stary zgred nie lubię większości aktualnych produkcji metalowych - nie znoszę growlowania, niemelodyjnego łomotania i takich tam. Dla mnie kawałek, również głośny, powinien mieć jakąś melodię, ma być tam mocny wokal a nie jakieś charczenie albo mamrotanie, ma się coś w utworze dziać i ma być aranżacja i brzmienie. Nie trawię muzyki dla motocyklistów w stylu Motörhead (dopóki silnik chodzi równo a wydawane przez niego dźwięki zawierają się w stosunkowo wąskim zakresie częstotliwości, to wszystko jest w porządku). Lubię za to progresywne kawałki po 10+ minut - i z tego powodu w jakiejś dyskusji ktoś mi polecił taki dwunastominutowy kawałek zespołu Blind Guardian - "And Then There Was Silence" (słuchać głośno, najlepiej na dobrych słuchawkach). A potem jeszcze znalazłem że zespół mimo angielskiej nazwy i tekstów jest z Niemiec, więc nadaje się do tego cyklu.

No i to mi podeszło. Całość brzmi, zmienia się, wokalista (Hansi Kürsch) naprawdę śpiewa i nie musi odwracać uwagi od marnej muzyki strojem, makijażem albo wydurniając się. Wygląda normalnie, ubrany jest w czarny sweterek, w komunikacji miejskiej nikt nie zwróciłby na niego uwagi, w najnowszym klipie jaki znalazłem jest nawet elegancko ostrzyżony. I to mi się podoba, malowanie się we wzorki to obciach. Jego bibilijno-mitologiczno-fantasy teksty przeżyję, chociaż wolałbym coś z większym sensem.

Zespół powstał w roku 1984 jako Lucifer’s Heritage  i zaczynał od rzeczy takich, jak na początku notki napisałem że ich nie lubię (łomotany speed metal). Ale potem, gdzieś od 1992 i już pod aktualną nazwą się wyrobili. Podobno są bardzo wpływowym zespołem w gatunku power metal, wiele ich utworów jest klasyfikowanych jako progressive metal, ale potrafią też ballady:

 

i kawałki w stylu ilustracji do opowieści historycznej albo fantasy (to nie jest oryginalne video, ale piosenka klimatem pasuje do obrazu).

 

Niedawno wystąpili też jako animacje w grze Sacred 2: Fallen Angel

Ostatnia ich płyta (At the Edge of Time) doszła w Niemczech do drugiego miejsca na liście sprzedaży albumów, a to jest coś, zwłaszcza że to jednak muzyka dość niszowa.

Na zakończenie: najnowszy klip, wokalista wygląda prawie jak Thomas Anders.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Muzyka

Komentarze: (1)

Jacek Dukaj i wojny ekonomiczne

Przeczytałem w Wyborczej wywiad WO z Jackiem Dukajem i przypomniał mi on, że miałem napisać notkę o pewnej ciekawostce związanej z Czarnymi Oceanami. Chodzi o wojny ekonomiczne.

Jacek Dukaj - Czarne Oceany

Już dobre kilka lat temu przeczytałem w prasie ekonomicznej artykuł o pewnej uczelni we Francji, która to uczelnia natychmiast skojarzyła mi sie z CO. Zrazu pomyślałem że ktoś ważny we Francji czyta Dukaja (i to po polsku!), ale zaraz sprawdziłem - uczelnia ta powstała jeszcze przed wydaniem Czarnych Oceanów, już w 1997. Ciekawe czy Jacek o niej słyszał - w żadnym czytanym przeze mnie wywiadzie z nim o tym nie wspomina. Uczelnia ta nazywa się - UWAGA: École de guerre économique - Szkoła wojny ekonomicznej. Przyjmują tam tylko managerów z minimum pięcioletnią praktyką zawodową. Szkoła jest finansowana przez ministerstwo obrony, wielu z jej wykładowców to wojskowi i ludzie ze służb specjalnych. Wszystko jak w Czarnych Oceanach, chociaż do oficjalnego przejęcia samego prowadzenia wojny ekonomicznej przez wojsko jeszcze trochę brakuje.

Logo École de guerre économique

Żródło: /www.ege.fr

Na dowód że nic nie zmyślam: TUTAJ wpis w Wikipedii po francusku, do wyboru jest jeszcze tylko wersja niemiecka. A TUTAJ link do stron samej uczelni - oczywiście tylko po francusku.

Future is now.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (2)

Jak to się robi w Niemczech: Jedenasty listopada

Jedenasty listopada jest hucznie obchodzony w Niemczech. Jak?

W tym dniu przypada Świętego Marcina z Tours. Marcin żył w IV w., był synem rzymskiego trybuna i jako taki był zobowiązany do odbycia 25 letniej służby wojskowej. W trakcie tej służby przeszedł na chrześcijaństwo i bezskutecznie próbował odmówić dalszej służby, ale zwolniono go dopiero terminowo. Potem (skracam) osiadł w Tours i został tam wybrany przez ludność biskupem (bo dawno, dawno temu biskupów wybierano oddolnie). Hagiografie podają za jego największy uczynek podzielenie się z biedakiem wojskowym płaszczem w zimną noc.

No i tego Świętego Marcina obchodzi się w całych Niemczech. W części Polski też - głównie w Wielkopolsce (jedna z głównych ulic Poznania nie bez powodu nazywa się Święty Marcin). W tym dniu odbywają się pochody dzieci z własnoręcznie zrobionymi latarniami, dzieci śpiewają okolicznościowe piosenki. W pochodach uczestniczą głównie dzieci przedszkolne, a dla dzieci z pierwszej i drugiej klasy szkoły podstawowej obecność na szkolnym pochodzie jest obowiązkowa. Konie całego kraju maja pełne kalendarze zleceń - bo pochód jest porządny tylko jeżeli jest w nim rzymski żołnierz w czerwonym płaszczu na koniu. Jeżeli pochód musi iść ulicą asekuruje go policja. A na koniec musi być ognisko, inaczej impreza nieważna.

Zwyczaje na Świętego Marcina

Zwyczaje na Świętego Marcina

Obowiązkową potrawą na ten dzień jest gęś albo kaczka, duża część sprzedawanego w tym okresie drobiu już tradycyjnie i od dziesięcioleci jest sprowadzana z Polski. Jeszcze z czasów NRD-owskich pamiętam zachodnie radiowe reklamy "Gęsi i kaczki z Polski".

Ale to są zabawy dzieci, dorośli tego dnia bawią się w coś zupełnie innego. Ma to związek z datą - w Niemczech liczby powstałe przez powtórzenie jednej cyfry nazywają się Schnapszahlen (dosłownie liczby wódczane). Nazwa ta pochodzi prawdopodobnie od dwojenia się w oczach pod wpływem. Druga hipoteza jest taka, że wzięło się to z dawnych drinking games. No ale nieważne, 11.11 to jest dopiero Schnapstag. Trzeba się napić! Najlepiej o 11:11!

W tym dniu, 11.11 o godzinie 11:11, oddziały pospolitego ruszenia szturmują ratusze. Są w mundurach, są uzbrojone w broń białą, mają ze sobą działo, ratusz po zaciekłym acz krótkim oporze pada i burmistrz przekazuje napastnikom klucze do budynku i kasy miejskiej.

Nie, no oczywiście że nie naprawdę, mundury to fantazyjne imitacje mundurów końca XVIII i początku XIX wieku, broń biała jest nieszkodliwa, działo jest ładowane od przodu i strzela naprawdę, ale nie ma w nim pocisku, a atakujący i broniący się toczą ze sobą rytualne spory wierszem.

Niestety nie udało mi się dotąd być przy takiej akcji osobiście i muszę się podeprzeć zdjęciem z sieci. To dość typowy obrazek, działo bywa bardziej prawdziwe kalibru kilkucentymetrowego i naprawdę odpalane (jak już wcześniej napisałem bez pocisku - to przecież zabawa). Oddziały rekrutują się zazwyczaj z lokalnego Karnevalvereinu (klubu karnawałowego), który zajmuje się właśnie przygotowywaniem tego typu imprez w karnawale - szyją sobie stroje, przygotowują sprzęt i teksty, ćwiczą bębnienie na werblach i maszerowanie. No i to wszystko to jest przede wszystkim okazja do wypitki. W krajach protestanckich nie obchodzi się imienin i trzeba znajdować sobie inne okazje.

Szturm na ratusz na Świętego Marcina

Szturm na ratusz na Świętego Marcina Żródło: http://www.koenigswinter-direkt.de

Jest to część szerszej tradycji zamiany ról w okresie karnawału. Źródła tego zwyczaju sięgają zdaje się jeszcze czasów rzymskich, mundurowa oprawa jest z wieku XVIII. Tradycje te są bardzo żywe, a swój szczyt osiągają w ostatnich dniach przed Środą Popielcową, kiedy to wszystkie te Karnevalvereine maszerują w wielogodzinnych pochodach demonstrując swoje stroje, choreografię, robiąc satyrę polityczną i rzucając w tłum cukierki. We Frankfurcie w takim pochodzie idzie zawsze dobrze ponad setka różnych Vereinów. No ale więcej o tym może jak przyjdzie czas.

Jak zwykle w takich sytuacjach włącza mi się tryb porównywania z Polską. No i jakoś trudno mi sobie coś takiego w krajowych warunkach wyobrazić. Działalność w Vereinie, szycie sobie strojów, przygotowywanie wierszowanych tekstów i choreografii, chodzenie w pochodach, w sumie po to tylko żeby w listopadzie i w karnawale sobie zaimprezować - nie, to w Polsce nie idzie. Podobnie trudno mi sobie wyobrazić przeciętnego burmistrza polskiego małego miasteczka przerzucającego się wierszowanymi tekstami bez wyrazów powszechnie uważanych za obraźliwe z nieco już wstawionymi "napastnikami" (bo bywa że atakujący za długo zabawią w barze po drodze i się spóźniają).

Ogólnie mam wrażenie, że w Niemczech życie jest tak uporządkowane, że Niemcy w czasie wolnym muszą sobie trochę powariować. W Polsce natomiast życie codzienne to takie wariactwo, że w czasie wolnym można się najwyżej urżnąć na smutno, bo limit wygłupiania się jest już dawno wyczerpany.

Jak czytam w krajowej prasie w ostatnich latach w Polsce pojawiły się nieco podobne zwyczaje na jedenastego listopada. Też maszerują, atakują, czasem nawet wierszem coś wołają, co poniektóry na pewno też coś wypije, ale to wszystko jakieś takie smutne. A podobno to Niemcy nie mają poczucia humoru.

A może by tak zamiast robić blokady tych smutnych manifestacji lepiej by było zaanektować to święto i urządzić imprezę w stylu niemieckim? Chociażby odegrać ten jajcarski atak na ratusz. Żeby było wesoło i kolorowo. Odpowiednio patriotycznie kojarzące się kolorowe mundury dałoby się dobrać, śmieszne teksty wierszem też da się napisać. A na koniec rzucać w tłum cukierki. Każdy znajdzie tu coś dla siebie - patriota i kosmopolita, militarysta i anarchista. Myślę że taki wyluzowany patriotyzm w kilka lat dałoby się wypromować tak, żeby na konkurencyjną imprezę smutasów prawie nikt nie przychodził.

Tyle że pewnie i tak się nie da, bo żaden burmistrz nie da się namówić na gadanie wierszem.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (4)

Śmieszne tylko po niemiecku: Niemcy kochają Lema

Wczoraj na ZDFneo puścili dwa pierwsze odcinki drugiej serii "Ijon Tichy: Raumpilot". Powiem, że z pierwszej serii widziałem tylko krótki fragment z polowaniem na kurdle na youtubie. Wiem jednak, że WO dołączył DVD z pierwszą, sześcioodcinkową serią do gazetowej serii lemowskiej.

Dla tych którzy nie widzieli: Serial zrobiony jest na motywach "Dzienników gwiazdowych" i innych książek w których występował Ijon Tichy, niektóre odcinki są bardzo luźno związane z opowiadaniami, inne dość dokładnie. Scenariusz napisał Oliver Jahn, i on gra też Ijona. Tutaj trailer drugiej serii:

 

Scenografia jest dość umowna - rakieta jest z zaparzacza do kawy i termosu, jej wnętrze to berlińskie mieszkanie Jahna. Ijon Tichy paraduje w podkoszulku albo bluzie od dresu, jest nieogolony i mówi bardzo zabawnym łamanym niemieckim z wschodnioeuropejskim akcentem. No i właśnie to jest śmieszne tylko po niemiecku - obejrzałem trailer pierwszej serii po polsku i w tłumaczeniu nic z tego nie zostaje, a to ze dwie trzecie dowcipu.

Z dwóch odcinków pokazanych wczoraj pierwszy miał z Lemem bardzo wiele wspólnego - było tam stworzeniu świata na motywach Podróży osiemnastej, występował tam profesor Tarantoga. Zabawne. Drugi odcinek miksował sporo różnych motywów. Tichy lądował na planecie meblowej (ta nazwa oczywiście nie padła, ale cala masa dowcipów wskazywała na IKEĘ). Już na wstępie zamiast iść długą, krętą ścieżka przez całą planetę Ijon wychodzi za żółta linię i rzucają się na niego meble (krzesławki dręczypupy nie było, wszystkie miały nazwy jak z IKEI, zresztą faktycznie były z IKEI). Ijon ratuje się ostrzeliwując się z pistoletu do kleju z kosza z przecenami. Po prostu ROTFL przez cały czas. Nie chce zdradzać tu wszystkich dowcipów - koniecznie oglądać! Taki Mr. Bean to przy Tichym smutny nudziarz.

Następne odcinki można będzie zobaczyć też na ZDFneo, w trzy kolejne piątki (11.11, 18.11 i 25.11) o 21:00. Jeżeli ktoś nie ma kabla albo satelity to seria będzie powtórzona na normalnym ZDF w poniedziałki 28.11 i 5.12 o 0:20 a 12.12 i 19.12 o 23:55. Daty emisji za blogiem realizatorów serialu, mam pewne wątpliwości czy poniedziałek o 0:20 nie oznacza tak naprawdę nocy z poniedziałku na wtorek.

Oba sezony dostępne są już na DVD. No i poczytałem na Amazonie oceny, przeważają maksymalne, ale jest tez parę słabych. Większość z nich to teksty typu "jak można było tak spłycić Lema", ale było też na przykład "ten nieporządny facet w podkoszulku mówiący łamanym niemieckim z polskim akcentem mnie jako Polkę obraża!".

No i tu zaraz przypomniała mi się notka MRW. Jest tak: Ten bohater jest domyślnie Polakiem, jest rzeczywiście nieporządny, bucowaty i mówi po niemiecku dokładnie tak jak wielu Polaków (tylko jeszcze bardziej). Czyli ze mnie się śmieją, co nie? Naprawdę powinienem się, jak to ujął MRW, wkurwić, jak ta pani na Amazonie? Jakoś nie potrafię, on jest zbyt śmieszny.

Na deser coś Lemowskiego z innej beczki - Neue Deutsche Welle. Jeden z niemieckich zespołów początku lat 80-tych nazywał się 1. Futurologischer Kongress. Co prawda zespół był IMHO słaby i w utworach nic z Lema nie było, ale nazwa o czymś świadczy.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:Śmieszne tylko po niemiecku

Komentarze: (18)

Strona 1 z 41234