Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Marzenie o olimpiadzie

Obejrzałem wczoraj na arte ciekawy program - film dokumentalny "Der Traum von Olympia" ("Marzenie o olimpiadzie") - i muszę się podzielić.

Film opowiada historię olimpiady 1936 w Berlinie z punktu widzenia dwóch osób:

  • Wolfganga Fürstnera - jednego z głównych jej organizatorów, oficera Wehrmachtu odpowiedzialnego za organizację i działanie wioski olimpijskiej
  • Gretel Bergmann - lekkoatletki niemieckiej pochodzenia żydowskiego

Obu tych historii nie znałem, obie są bardzo znamienne i interesujące.

Najpierw o formie: Film zrobiony jest jako fabularyzowany dokument, zdjęcia dokumentalne opatrzone są pierwszoosobowym komentarzem obu bohaterów, w scenach aktorskich bohaterowie często zwracają się wprost do kamery z ich monologami wewnętrznymi. Ogólnie konwencja całkiem ciekawa. Klamra fabularna została wzięta z "Bulwaru Zachodzącego Słońca" - zaczyna się to od pierwszoosobowego monologu martwego ciała w jeziorze, kończy na scenie śmierci.

Teraz o faktach. Wolfgang Fürstner był zaangażowanym i wierzącym w narodowy socjalizm oficerem Wehrmachtu, na tyle sprawnym organizatorem, że powierzono mu organizację wioski olimpijskiej. Wymyślił on wiele z różnych chwytów, dzięki którym olimpiada 1936 w Berlinie stała się wielkim sukcesem propagandowym, Wtedy właśnie zaczęło się wykorzystywanie sportu do propagowania ideologii, zwłaszcza totalitarnych i do dziś na każdej olimpiadzie (zwłaszcza w kraju z jakąś dyktaturą, ale nie tylko) wiele rzeczy robi się dokładnie tak samo.

Fürstner przeprowadził swoje koncepcje żeby wszystko wyglądało maksymalnie pokojowo wbrew swojemu oponentowi - Wernerowi von Gilsa, który chciał żeby porządku na olimpiadzie pilnowało umundurowane wojsko dowodzone przez niego. Natomiast Fürstner zaangażował do tego zadania umundurowanych na biało synów oficerów armii i bardzo pilnował, żeby w wiosce olimpijskiej nie pojawiały się swastyki. Fürstner bardzo się starał, wierząc że będzie to wstęp do jego wielkiej kariery w Rzeszy. Ale już w trakcie organizacji olimpiady uchwalono "Ustawy Norymberskie" i zaczęto grzebać w życiorysach. I w sposób całkowicie niespodziewany znaleziono Fürstnerowi dziadka w Wehrmachcie że jego dziadek był przechrzczonym Żydem. Wbrew pozorom skłoniło to Fürstnera do jeszcze większych starań, bo wierzył on że jak wszystko pójdzie perfekcyjnie to nieprawomyślne pochodzenie zostanie mu zapomniane.

Ale tak nie było. Krótko przed otwarciem olimpiady zdegradowano Fürstnera do zastępcy komendanta wioski olimpijskiej (komendantem został jego konkurent Werner von Gilsa) pod pozorem że jak był dzień otwarty w wiosce to zwiedzający coś popsuli. Fürstner zrobił dobrą minę do złej gry i perfekcyjnie przeprowadził wszystko do końca z uśmiechem na ustach. Trzy dni po zakończeniu olimpiady został jeszcze odznaczony Niemieckim Olimpijskim Medalem Honorowym pierwszej klasy, a po imprezie na cześć uhonorowanych się zastrzelił.

Teraz druga linia narracji: Gretel Bergmann miała wielkie szanse na medal w skoku wzwyż, ale mieszkała w Anglii i miała wystartować w jej barwach. Wezwano ją więc do Niemiec (grożąc represjami dla rodziny jeżeli nie przyjedzie) i posłano na treningi z innymi sportowcami niemieckimi. Tyle że w ostatnim momencie odmówiono jej prawa do startu. I na koniec Niemcy zdobyły w skoku wzwyż medal srebrny.

Obie te historie zadedykowałbym ludziom znającym się na czymkolwiek, starającym się zrobić karierę w jakiejkolwiek dyktaturze, nawet raczej łagodnej (jak na razie), w stylu PiSowskim. Dyktatura to bardzo marny ustrój - może i na początku radzi sobie lepiej i sprawniej niż rozlazła demokracja, ale na dłuższą metę nie może być lepsza. Jeżeli nawet najlepszy fachowiec może w każdym momencie popaść w niełaskę, i to również z przyczyn całkowicie niezależnych od niego, to jeżeli tylko można, lepiej dla fachowca byłoby wybrać jakiś inny system. A i sam system dobrowolnie rezygnuje z zaangażowanych w niego fachowców pod byle pozorem - tak nie można wygrać, niektórzy ludzie są naprawdę niezastąpieni.

Los bohaterów jest też charakterystyczny: Fürstner zabił się już 1936, von Gilsa popełnił samobójstwo w 1945 po wpadnięciu w niewolę radziecką, a Gretel Bergmann która przeniosła się do USA, zdobyła tam kilka tytułów w różnych dyscyplinach sportu i żyje do dziś (ma 102 lata). Dyktatura nie jest zdrowa.

Na arte będą jeszcze dwa powtórzenia tego filmu, jedno za godzinę (niedziela 17.07. o 15:25), jedno w piątek 05.08. o 9:25, ale z pewnością można będzie go jeszcze nie raz zobaczyć.

No i jest w mediatece: http://www.arte.tv/guide/de/054765-000-A/der-traum-von-olympia (ale nie wiadomo jak długo)

I jeszcze dodam, że wioska olimpijska jeszcze istnieje i można ją zwiedzać. Kiedyś się wybiorę (ale będzie to raczej dopiero koło najbliższej Wielkanocy)

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Pomyślmy, Telewizja

Komentarze: (4)

Egzamin na obywatela (Einbürgerungstest)

Już dość dawno temu obiecałem notki na temat procedury zdobywania obywatelstwa niemieckiego. Ostatnio nie mam za bardzo czasu na pisanie - już wkrótce następne wakacje, a jeszcze nie wszystkie polecanki z poprzednich się pojawiły, parę innych notek też pozaczynanych ale nie skończonych - ale aktualny splot wydarzeń skłonił mnie do wzięcia się za ten akurat temat. Z pewnością komuś się przyda.

Jednym z istotnych dokumentów które trzeba dołączyć do wniosku o obywatelstwo niemieckie jest zaświadczenie o zdaniu "egzaminu na obywatela" - Einbürgerungstest. Test ten pojawił się jako obowiązujące wymaganie nie tak dawno, w roku 2008. Pamiętam dyskusje kiedy go wprowadzano. Było to mniej więcej w tym samym czasie, kiedy CSU wymyśliło że "multi-kulti" to bzdura i nowi obywatele mają uznawać niemiecką "Leitkultur" ("kulturę przewodnią"). Dopiero zaczęło się naśmiewanie - bo co to jest właściwie "deutsche Leitkultur"? Czy wszyscy nowi obywatele mają mieć obowiązek oglądania RTL-u? I czy mówiący dialektem bawarskim politycy CSU mieszczą się w ogóle w "niemieckiej kulturze przewodniej"?

Podobne pytania pojawiały się kontekście Einbürgerungstestu, zwłaszcza pytań o historię. Ocena wielu wydarzeń i postaci nie jest jednoznaczna, czy pytania nie będą sugerować jakiejś konkretnej wizji historii Niemiec?  No ale to było już dość dawno, potem sprawa mnie nie interesowała i pytania obejrzałem dopiero teraz.

Teraz może o kwestiach technicznych: Podczas testu trzeba odpowiedzieć na 33 pytania wybrane z katalogu 3oo pytań obowiązujących dla całego kraju + 10 specyficznych dla landu, w którym test jest zdawany. Odpowiedzieć poprawnie trzeba na przynajmniej 17, czyli powyżej 50%. Nie są to jakieś wygórowane wymagania. Jeżeli ktoś śledzi wiadomości i chociaż pobieżnie orientuje się w historii nie powinien mieć problemów z zaliczeniem. Wszystkie pytania wraz z odpowiedziami dostępne są w sieci ( na przykład TUTAJ), można sobie poćwiczyć, można też sobie wziąć kurs przygotowawczy w Volkshochschule (o Volkshochschulach muszę kiedyś napisać notkę). Test jest pojedynczego wyboru, na papierze, każdy zestaw pytań na sali jest inny. Wydrukowane formularze są generowane dla każdego kandydata specjalnie i imiennie w jakimś bardziej centralnym urzędzie, więc nie można liczyć na zrobienie testu w stylu "dziś decyzja, jutro test" - zgłosić się trzeba na minimum jakieś 4 tygodnie przed testem. Z testu zwolnieni są kandydaci na obywateli, którzy chodzili/chodzą w Niemczech do szkoły i (będą) mieli w szkole przedmiot "polityka", na którym się te tematy omawia.

Egzamin kosztuje 25 EUR, jakby miał nie wyjść (chociaż dobrze ponad 90% przystępujących go zdaje) można go powtarzać do woli. Jedyny problem jest taki, że terminy są dość rzadko, co 2-3 miesiące, jeżeli komuś się spieszy to radzę posprawdzać w VHS-ach w okolicy (byle w tym samym landzie, w którym chcemy złożyć wniosek o obywatelstwo.

Teraz coś o pytaniach. Należą one do paru grup:

  • Pierwsza to pytania ogólnoustrojowe. Trójpodział władzy, zadania każdej z tych władz, uprawnienia podstawowych organów władzy, itp.
  • Druga to ogólne zasady organizacji społeczeństwa, pytania typu "od której jest cisza nocna" albo "jaki organ jest kompetentny w takiej a takiej sprawie obywatela".
  • Trzecia to te pytania landowe
  • Czwarta to pytania historyczne, nie sięgające zbyt daleko w przeszłość
    • Parę pytań dotyczy zjednoczenia Niemiec i powstania hymnu
    • Sporo pytań dotyczy lat 1933-1945. Wszystkie odpowiedzi są bezdyskusyjne, bo z tym że była to dyktatura i jakie prawa obywatelskie były wtedy ograniczone musi zgodzić się najbardziej nawet zagorzały neonazista.
    • Następna grupa to strefy okupacyjne po WWII, powstanie RFN itd.
    • Dużo jest pytań dotyczących NRD

Generalnie pytania dotyczą faktów, nie ocen i nie bardzo jest się do czego przyczepić. Fachowi krytycy czepiają się niedoskonałej precyzyjności dwóch czy trzech, ale bez przesady, uważam że nieźle im to wszystko wyszło.

Ciekawostką jest, że zwłaszcza przy pytaniach ogólnoustrojowych bardzo często jedna odpowiedź błędna byłaby poprawna w przypadku NRD. Nie wiem, dla kogo miałaby to być zmyłka, chyba tylko dla kogoś kto wziął pierwszą książkę z brzegu na ten temat i akurat trafiłby na NRD-owską.

A ta aktualna okazja z której powodu jest notka to nie tylko Brexit, ale przede wszystkim to, że wczoraj przyszły zaświadczenia o zdanym teście. Twierdzili, że aktualny czas oczekiwania na wynik to 5-6 tygodni, bo takie obciążenie, a wyniki przyszły już po 10 dniach. Albo tak szybko odrobili zaległości (w co nie bardzo wierzę), albo potraktowali nas preferencyjnie (co jest całkiem możliwe).

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (4)

Żegnaj NRD: Carl Zeiss i meandry XX-wiecznej polityki

W poprzedniej notce gość, Andrzej Jamiołkowski, zadał kilka ciekawych pytań dotyczących firmy Carl Zeiss Jena:

Jakim cudem taka firma do końca NRD istniała, czemu dziś ta firma już przyrządów dla chemików nie oferuje i co to za firma ZEISS, która była [ chyba ] wówczas obecna na rynku zachodnim i czemu budowę przyrządów zapoczątkowanych w NRD dziś kontynuuje inna firma – AnalitykJena już nie mająca Zeiss w nazwie.

Pytania te podzieliłbym na dwie grupy:

  1. Jak skomplikowana była historia firmy założonej przez Carla Zeissa?
  2. Jak w NRD mogła istnieć firma na poziomie?

Na pytanie drugie odpowiem w kolejnej notce - bo to znowu dłuższy temat. Dziś zacznę od pytania pierwszego. Cokolwiek o firmie Carl Zeiss Jena już pisałem w kontekście aparatów fotograficznych, teraz dokładniej.

Ogólnie cała ta historia jest mocno NRD-owska, trochę podobna do historii marek Horch, BMW/EMW czy Agfa/ORWO..

Firmę założył w Jenie w roku 1846 oczywiście Carl Zeiss - mechanik pochodzący z Weimaru. Firma produkowała urządzenia mechaniczno-optyczne, głównie mikroskopy. Zeiss miał jednak poważny problem: Mikroskopy były robione na zamówienie, każdy był inny, a Zeiss nie potrafił przewidzieć konstrukcji optycznej każdego egzemplarza przed jego zrobieniem. Musiał za każdym razem eksperymentalnie zestawiać soczewki aż do uzyskania pożądanego efektu. Brakowało mu teorii takich układów. Dlatego w roku 1866 rozpoczął współpracę z Ernstem Abbe - profesorem fizyki na uniwersytecie w Jenie. Po kilku latach pracy profesorowi Abbe udało się opracować teorię mikroskopu optycznego i to był początek sukcesu firmy Zeissa.

Później Zeiss wspólnie z chemikiem Otto Schottem (nie ma wpisu w Wiki po polsku) rozwiązali następny problem - uruchomili oni w Jenie produkcję specjalnego szkła na soczewki. Schott to szkło borosilikatowe (zwane do dziś szkłem jenajskim - Jenaer Glas) wynalazł. Produkowała je jego firma Jenaer Glaswerk Schott, istniejąca do dziś jako Schott AG. W roku 1875 Zeiss zaoferował Ernstowi Abbe udziały w jego firmie.  Carl Zeiss zmarł w roku 1888, a firmę przejął jego syn Roderich. Natomiast Abbe utworzył fundację Carl-Zeiss-Stiftung, do której przekazał swoje udziały, później swoje części przekazali fundacji również Otto Schott i Roderich Zeiss. Fundacja stała się tak właścicielem całego koncernu, złożonego z zakładów Zeissa i Schotta. Abbe wybrał formę fundacji, bo jako jeden z celów statutowych chciał zapisać działalność społeczną. (Uwaga: polska wiki w haśle Ernst Abbe twierdzi, że w 1888 Abbe został wyłącznym właścicielem zakładu Zeissa, ale to bzdura, ktoś nic nie zrozumiał)

Przedwojenne logo Carl Zeiss Jena

Przedwojenne logo Carl Zeiss Jena

Firma rozwijała się świetnie, a potem przyszły wojny światowe, które jeszcze bardziej napędziły koniunkturę na sprzęt optyczny. Do Hitlera zarząd firmy był nastawiony chłodno - doszło do poważnych konfliktów z nowa władzą na tym tle, ale potem zostali spacyfikowani (na szybko nie znalazłem szczegółów). No i na koniec byli mocno umoczeni - pracowało u nich mnóstwo robotników przymusowych, produkcja była prawie wyłącznie zbrojeniowa. Z drugiej strony firmie o takim profilu trudno oprzeć się naciskowi dyktatury, co najwyżej można robić tak jak Bahlsen,

W końcu wojny Turyngię zajęli Amerykanie i oczywiście zaraz zabrali zarząd, fachowców i sporo dokumentacji technicznej do Heidenheimu w Würtembergii. A po wymianie stref okupacyjnych Rosjanie zarekwirowali zakład i wywieźli niemal 100% wyposażenia w ramach reparacji wojennych. Równolegle w Oberkochen koło Heidenheimu wywieziony zarząd i fachowcy założyli nowy zakład, nazwany "Opton". Początkowo przedsięwzięcie to było wspierane i finansowane przez Carl-Zeiss-Stiftung z Jeny - podziału Niemiec nikt na początku nie przewidywał. Potem przekształcono resztki zakładu w Jenie w państwowy VEB Carl Zeiss Jena. Forma prawna Carl-Zeiss-Stiftung nie zmieniła się, ale zakres działalności fundacji przykrojono do działalności społecznej. Wtedy firma Opton zaproponowała przeniesienie siedziby Carl-Zeiss-Stiftung do Heidenheimu, co zrealizowano w roku 1949. Ale nie całkiem, bo fundacja w Jenie nie zaprzestała działalności. Za to Opton przemianował się na Carl Zeiss (1951). I tak wszystkie części koncernu (fundacja, Carl Zeiss i Schott) zaczęły mieć dwie wersje - wschodnią i zachodnią. Na początku to nawet działało - Jena udostępniała dokumentację techniczną i fachowców części zachodniej, w zamian te firmy udostępniały Jenie dokumentację swoich nowych projektów.

 

Logo VEB Carl Zeiss Jena

Logo VEB Carl Zeiss Jena

Logo Zeiss - Niemcy zachodnie

Logo Zeiss - Niemcy zachodnie

 

Problemy zaczęły się w roku 1953, kiedy to kierownictwo NRD zakazało bezpośrednich kontraktów między firmami NRD-owskimi a zachodnimi. Kontakty były dozwolone tylko za pośrednictwem przedsiębiorstwa Elektronik VE AHB - był to Außenhandelsbetrieb, odpowiednik polskich central handlu zagranicznego. Centrala ta używała na rynkach zagranicznych marki "Carl Zeiss", co nie spodobało się fundacji z Zachodu. Fundacja akceptowała używanie tej marki przez siostrzaną firmę ze Wschodu, ale tu w grę weszła firma trzecia. Fundacja zażądała wyłączności na markę Carl Zeiss, na co NRD-owcy stwierdzili, że to przecież oni mają prawdziwego Carla Zeissa - a nie jakieś nowo założone popłuczyny - i to oni powinni mieć wyłączność. Sprawa trafiła do sądu i wywołała całą lawinę procesów w różnych krajach. No i sądy w różnych krajach rozstrzygały raczej politycznie - zachodnie przyznawały rację stronie zachodniej, wschodnie wschodniej. Wszystkie te procesy kosztowały kupę szmalu, w końcu, w roku 1971 zawarto kompromis: Obie firmy miały prawo używać nazwy "Carl Zeiss" w swojej strefie - Jena w bloku wschodnim,. Oberkochen na Zachodzie. Produkty z NRD produkowane na Zachód miały mieć markę "Jenoptik" (inne źródła mówią że miało być "aus Jena", a "Jenoptik" było wcześniej, nie potrafię ocenić które mają rację), a zachodnie na wschód "Opton". W 1980 Schott z Jeny zrezygnował z "Schott" w nazwie, a zachodni z "Jenaer". I tak się to dokręciło do zjednoczenia.

Porozumienie to było o tyle ciekawe, że w innych wypadkach NRD-owcy raczej odpuszczali sobie i rezygnowali ze spornej marki. BMW bez wielkiego problemu zmieniono na EMW, z Horcha zrezygnowano bez większego gadania (a sytuacja była przecież prawie identyczna jak w przypadku Zeissa), Agfę zmieniono na ORWO wręcz z entuzjazmem. A tu trzymano się nazwy zębami i pazurami.

W NRD firma VEB Carl Zeiss Jena była technologicznie przodująca jak na blok wschodni i robiła bardzo przyzwoite rzeczy, na przykład kamery do radzieckiego programu kosmicznego albo znane na świecie projektory do planetariów (rzecz bardzo niszowa, ale ciekawa i z bajerami). Firma z Jeny rozrosła się wręcz do koncernu - podporządkowano jej wiele zakładów w branży zaawansowanej technologii.  Nawet układy scalone pamięci DRAM 1 Mbit - szczytowe osiągnięcie NRD w tej branży - zrobiono w zakładach VEB Carl Zeiss Jena.

Projektor w planetarium w Jenie, produkt firmy Carl Zeiss Jena

Projektor w planetarium w Jenie, produkt firmy Carl Zeiss Jena Autor: Karsten3000, Żródło: Wikipedia niemiecka

 

Logo Zeiss po zjednoczeniu

Logo Zeiss po zjednoczeniu

Po zjednoczeniu zachodni Carl-Zeiss-Stiftung przejął zakłady ze Wschodu. Ale wkrótce przeszedł poważny kryzys, co spowodowało falę zwolnień i wydzielenie produkcji w wielu specjalnościach do samodzielnych firm. I to jest odpowiedź na pytanie, dlaczego produkcję sprzętu analitycznego robi dziś firma bez Zeissa w nazwie - to właśnie taka firma pochodna.

W następnej notce odpowiedź na pytanie drugie: "Jakim cudem taka przyzwoita firma istniała w NRD".

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Skomentuj

Serdeczne gratulacje i podziękowania dla PiS-u

Nie, drodzy czytelnicy, wzrok Was nie myli. Chciałem z tego miejsca serdecznie pogratulować i podziękować PiS-owi. Dokonali oni tego, co przez kilkanaście lat nikomu się nie udało - skłonili mnie do podjęcia decyzji o wystąpieniu o obywatelstwo niemieckie. Wcześnie uważałem to za sprawę bez znaczenia - polskie, niemieckie, jedyna różnica to to, w jakich wyborach mogę głosować. Teraz sytuacja w Polsce idzie w taką stronę, że niczego nie można być pewnym i lepiej się zabezpieczyć. Dziękuję wam serdecznie, tak w sumie to mi ulżyło.

Decyzja została podjęta parę tygodni temu, a w międzyczasie pojawiło się ten klip:

Autorem piosenki i klipu jest Jan Böhmermann, ten sam który ostatnio wkurzył Erdogana. O tej sprawie w dalszej części notki, teraz wróćmy do klipu o Niemcach.

Ten klip pozwolił mi zemocjonalizować moją decyzję. Nie zracjonalizować - decyzja jest w 100% racjonalna, ja w ogóle jestem zazwyczaj racjonalny do bólu - tylko właśnie zemocjonalizować. Tekst uważam za genialny - to są właśnie moje wartości, podane w formie jaką lubię (zestawienie Lindemann + imperatyw kategoryczny, piękne). Uwielbiam być miły, kask rowerowy i kurtkę Jacka Wolfskina mam, Birkenstocków nie, ale żona ma dwie pary więc średnia się zgadza. Proud of not being proud, śliczne. Ja chcę żyć wśród ludzi myślących w ten sposób.

Nie, no oczywiście nie jestem naiwny i zdaję sobie sprawę, że masa ludzi w Niemczech myśli inaczej, daleko nie szukając w komentarzach pod klipem fala hejtu też się wylewa. Ale mainstream to jest to, co w klipie. Manifestacje anty-Pegidowe są tu zawsze większe od Pegidowych.

I jeszcze polemika uprzedzająca, gdyby ktoś wyskoczył z zarzutami że zostawiam swój kraj w potrzebie, że trzeba wracać i walczyć. Ja już raz wróciłem. W 1989. Część kolegów i koleżanek ze studiów wybrała inaczej. Poświęciłem dziesięć lat mojego życia na budowanie kraju właściwych wartości, ale wiele z tego nie wyszło. Znaczy owszem, co nieco powstało, tu i tam rękę przyłożyłem, założyłem rodzinę, ale szło tak ciężko że musiałem wyemigrować. Cały czas staram się propagować moje wartości - przecież między innymi i po to prowadzę tego bloga - i będę to robił dalej. Ale sorry, byt i bezpieczeństwo rodziny na pierwszym miejscu.

O technicznej stronie wyrabiania obywatelstwa niemieckiego będę pisał w miarę postępów sprawy. A teraz trochę o aktualnej aferze Böhmermann vs. Erdogan. EDIT: Zaktualizowałem 15.04.2016

Tekst o który poszło był rzeczywiście mocny - był to w zasadzie stek wyzwisk dochodzący aż do "kozojebcy". Z tym że Böhmermann nie jest amatorem i ujął go w niezbędny  cudzysłów - tekst padł w skeczu, w którym wyjaśnia on Erdoganowi (granemu przez innego komedianta) co w Niemczech w ramach swobody wypowiedzi wolno, a co nie. Była to ewidentna prowokacja - podobno Erdogan składa średnio dwa pozwy o zniesławienie dziennie, tyle że zazwyczaj u siebie w kraju. Tu też złapał haczyk i pozew złożył. Sytuacja jest dość skomplikowana:

  • W Niemczech istnieje przepis o ochronie dobrego imienia głów obcych państw. Przepis jest wyraźnie przestarzały (pochodzi z roku 1871, jeszcze z czasów cesarstwa!), ale jest. Zresztą w Polsce też taki jest, z tego paragrafu skazano Jerzego Urbana za obrazę JP2. Na moje niefachowe oko bezprawnie - bo w polskim przepisie jest wymaganie wzajemności, a jakoś nie jestem przekonany że w prawie Watykanu jest zapis o ochronie czci prezydentów innych krajów. W przepisie niemieckim wzajemność jest, jest też wymaganie żeby rząd się zgodził na rozpoczęcie postępowania.
  • Jeszcze istotna informacja: Böhmermann pracuje dla telewizji publicznej, co dla dyktatorka pokroju Erdogana może się równać "rządowej".
  • Rząd niemiecki ma zagwozdkę, bo jak Böhmermann zostanie skazany to podniesie się larum o dławieniu wolności wypowiedzi, a jak nie - to Erdogan się obrazi i może być ciężko z porozumieniem z Turcją w sprawie uchodźców.
  • Dziś (15.04.2016) rząd się zgodził na rozpoczęcie postępowania, według mnie słusznie, bo od rozstrzygania takich spraw jest sąd, a nie polityka. SPD protestuje, ale dla mnie odmowa byłaby instrumentalizacją prawa, niegodną lewicy.
  • Nie orientuję się w praktyce orzecznictwa niemieckiego w takich sprawach (zresztą zdaje się ten że ten przepis nie jest zbyt często używany) ale podejrzewam że sąd i tak rozstrzygnie że konstytucyjny zapis o wolności wypowiedzi ma wyższą rangę niż przepis niższego rzędu o obrazie majestatu. A ten jego cudzysłów zmienia kwalifikację czynu z obrazy na satyrę, która w stosunku do polityków jest jak najbardziej dopuszczalna.
  • Do samego Böhmermanna specjalnych pretensji bym nie miał. Tekst był co prawda nawet nie po bandzie, a wręcz poza nią, ale jako skuteczne zwrócenie uwagi że nie wszystko w relacjach z Turcją jest w porządku (jak próbuje udawać rząd) jest OK. Takie jest w końcu zadanie błaznów.
  • Pojawiają się spekulacje, że najlepszą metodą wyjścia z sytuacji byłoby szybkie zlikwidowanie przepisu, co podobno zamknęłoby również biegnące sprawy. Chyba rzeczywiście to byłoby dobre rozwiązanie.
  • Niezależnie od przepisu o obrazie majestatu Erdogan wniósł też sprawę cywilną o obrazę, ale też nie sądzę żeby coś ugrał. Tyle że tutaj nie da się załatwić sprawy likwidacją przepisu - sąd i tak będzie się musiał tym zająć.

To nie jest pierwszy problem satyryków niemieckich z głowami innych państw. "Kartofle" pewnie wszyscy pamiętają, ale to był drobiazg. Z grubszych rzeczy pamiętam jak w latach 80-tych Rudi Carell miał program "Rudi's Tagesshow" parodiujący wiadomości "Tagesschau".  W jednym z programów sparodiował on Chomeiniego, co skończyło się wyrzuceniem niemieckich dyplomatów z Iranu. Rudi Carell dał sobie wkrótce po tym wydarzeniu spokój z tym programem, uważam że niesłusznie.

Tutaj rzeczony fragment Rudi's Tagesshow:

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (9)

Jak to się robi w Niemczech: Zbytki biskupów (4)

Wracam do tematu biskupa Limburga, bo wracając z kraju przez konsulat w Kolonii odwiedziłem Limburg. W związku z tym mam własne wrażenia i własne zdjęcia.

Stare miasto w Limburgu jest bardzo ładne i bardzo zabytkowe.

Limburg - Stare Miasto

Limburg - Stare Miasto

A potem dochodzimy na wzgórze do katedry. Katedra jest z XII wieku, ze schyłkowego okresu stylu romańskiego, już z elementami gotyckimi. Interesująca architektura, nie kojarzyłem takiego sposobu budowania ze stylem romańskim. Na mój gust trochę zbyt pstrokata, ale podobno to odtworzone oryginalne malowanie.

Limburg - Katedra

Limburg - Katedra

A obok katedry znajduje się teren pałacu biskupiego. Oczywiście nie można było wejść do środka - parę razy taka możliwość była, ale mam co robić i nie będę specjalnie po to jeździł osiemdziesięciu kilometrów w jedną stronę. Ale można było wejść do muzeum diecezjalnego (na poniższym zdjęciu błędnie zaznaczonym numerem 7, ale może potem zmienili - teraz to budynek między 7 a 8) i przespacerować się po prywatnym ogrodzie biskupa (8).

Przypominam zdjęcie terenu z góry (chyba z wieży katedry)

Nowa rezydencja biskupa Limburga

Nowa rezydencja biskupa Limburga

Na podstawie tego zdjęcia wyobrażałem sobie, że teren jest spory. A tymczasem to wszystko jest po prostu malutkie! Ten prywatny ogród biskupa (8) za 175 + 790 tysięcy = blisko milion euro ma 20x25 metrów (zmierzone na Google Maps)! Gdzie na tym placyku udało mu się upchnąć tyle szmalu to naprawdę nie wiem. Przecież to 2000 eur/m2 - pół tego co chcą za mieszkanie w mojej, drogiej dzielnicy.

Limburg - prywatny ogród biskupa, za w sumie blisko milion euro

Limburg - prywatny ogród biskupa, za w sumie blisko milion euro

Brama za czterdzieści dziewięć tysięcy (między 1 a 2) jest może i w ponadprzeciętnym standardzie, ale normalnie pospawana z płaskowników, nic superspecjalnego, biskup albo dał się ordynarnie orżnąć na kasie, albo był jak nowy ruski ("Zobacz, kupiłem ten krawat za pięćdziesiąt tysięcy" - "Ty durak, wiem gdzie takie same krawaty można kupić za osiemdziesiąt tysięcy!")

Limburg - brama za 50.000 EUR

Limburg - brama za 49.000 EUR

Prywatna kaplica biskupa (5) obłożona płytami z jakiegoś super drogiego kamienia, które sobie na podstawie zdjęć wyobrażałem jako wypolerowane na błyszcząco, po trzech latach jest całkiem matowa od jakichś glonów czy innych porostów. Za następne kilka lat będzie z pewnością całkiem ohydna.

Limburg - prywatna kaplica biskupa

Limburg - prywatna kaplica biskupa

Teraz wnioski:

  1. Nie nadaję się na reportera. Znowu przy pisaniu notki okazało się, że zdjęcia powinny być całkiem inne, a tych właściwych nie zrobiłem.
  2. Społeczeństwo zrobiło jednak wieeeelki postęp od czasów średniowiecza. Jak źle nie działałyby dzisiejsze świeckie korporacje i świecka polityka, to i tak jest znacznie lepiej niż struktury feudalne. Tyle że kościół tego nie wie.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (2)

Jak to się robi w Niemczech: Repair Cafe

Od zawsze uwielbiam naprawiać wszystko, co zepsute. Tu powinna nastąpić dłuższa opowieść z dygresjami, ale ostatnio mam sporo różnej roboty i za dużo pisać mi się nie chce, więc od razu do rzeczy:

Już pewien czas temu usłyszałem o ciekawej inicjatywie - nazywa się to Repair Cafe. Gdzieś w jakichś publicznych pomieszczeniach zbiera się kilku fachowców od naprawiania, a ludzie przynoszą tam różne zepsute, ale rokujące nadzieję rzeczy do naprawy. Cel jest taki, żeby nie wyrzucać zaraz i nie kupować nowego bez sensu. Taka tam działalność antysystemowa i proekologiczna. Ostatnio coś takiego zaczęto urządzać w naszej dzielnicy, więc zabrałem trochę narzędzi i poszedłem już na pierwsze spotkanie. Zabrałem syna - to przecież świetna okazja żeby zobaczył parę ciekawych urządzeń w środku i popróbował naprawiać.

Podobne spotkania odbywały się tu i ówdzie już od kilkunastu lat, a w 2009 holenderska dziennikarka Martine Postma opracowała jednolitą koncepcję którą nazwała właśnie Repair Cafe, i udostępniła ją w sieci na zasadzie licencji franchisingowej. Założenie swojej Repair Cafe kosztuje jednorazowo 49 EUR, dostaje się za to podręcznik i zestaw reklamowy (jako pliki, tylko wpisać adresy/terminy i dać do druku). Zarejestrowane Repair Cafe dostają oczywiście również reklamę na stronie inicjatywy i mogą za pół ceny kupić podstawowy zestaw narzędzi (bardzo porządny, na przykład pincety w zestawie są najlepsze jakie w ręku miałem). Rzecz jest w tej chwili na fali w kilku krajach (głównie europejskich), w samych Niemczech jest już podobno ponad 500 opartych na tej koncepcji inicjatyw. Interesują się tym też media - na pierwszym i drugim spotkaniu było trochę dziennikarzy z prasy i radia i jakiś wyższy urzędnik z zarządu miasta. Jakoś na zdjęcie w gazecie się nie załapałem, ale może i dobrze.

Repair Cafe

Repair Cafe

W naszej dzielnicy rzecz odbywa się w domu parafialnym parafii katolickiej, ale nie jest formalnie związana z kościołem. W innych dzielnicach spotkania odbywają się w pomieszczeniach miejskich (zazwyczaj Bürgerhaus - coś w rodzaju niegdysiejszych Domów Kultury), tyle że w naszej dzielnicy Bürgerhausu nie ma.

Repair Cafe

Repair Cafe

Spotkania odbywają się co miesiąc, ostatnio było już czwarte. Z fachowców przychodzą tam głównie jacyś elektronicy, paru gości robiących elektromechanikę i rowery, raz była pani z maszyną do szycia od napraw odzieży. My z synem specjalizujemy się w komputerach, ale nie gardzimy i elektromechaniką. No i obowiązkowo jest jeden z uprawnieniami do sprawdzania bezpieczeństwa użytkowania i odpowiednim sprzętem pomiarowym. Zainteresowanie jest spore i dość dobrze odzwierciedla strukturę fachowców - najwięcej do naprawy jest różnej elektroniki i zmechanizowanego sprzętu AGD. Rzadko przyjdzie ktoś z rowerem - ale w końcu jest zima, wiosną rowerów na pewno będzie więcej. Odzieży do naprawy było tyle co nic, więc pani z maszyną do szycia już nie przychodzi. Z komputerami jest różnie, czasem dużo, czasem mało.

Repair Cafe

Repair Cafe

Każdy "klient" podpisuje oświadczenie, że przyjmuje do wiadomości że to nie jest serwis i naprawa może się nie udać, a nawet może być gorzej niż było. Różne oświadczenia podpisują oczywiście też naprawiacze, wzory oświadczeń dostaje się w pakiecie startowym Repair Cafe (i to chyba jest najcenniejsze co się dostaje).

Repair Cafe

Repair Cafe

No i ogólnie to fajna zabawa, z różnymi ludźmi można pogadać, po naprawie wrzucają datki do puszki, czekając mogą też kupić sobie kawę czy ciasto. Za te datki kupuje się między innymi narzędzia - za każdym razem parę setek się zbiera, narzędzia na miejscu są coraz porządniejsze.

Ponaprawiałem jak dotąd na przykład takie rzeczy:

  • Notebooka z wyłamanym zawiasem. Wzięcie tego to był zły pomysł, na drugi raz będę od razu odmawiał. I tak nie da rady nic sensownego z tym zrobić, poza wywaleniem luźnych kawałków plastiku.
  • Pokazałem jednej pani jak wymienić HDD w notebooku. Jedną z idei Repair Cafe jest "pomoc dla samopomocy" - nauczenie ludzi jak mogą poradzić sobie sami.
  • Wymieniłem elektrolita w routerze WiFi - facet był dość kumaty, dał część i pokazał palcem gdzie wymienić, tylko lutować nie umiał i nie miał w domu lutownicy. Zadziałało.
  • Naprawiłem lampę sufitową z Ikei, halogenową z elektronicznym trafo. W trafo puścił jeden lut (na oko to był bardzo słabo przysmarowany cyną i od nowości trzymał się na tylko słowo honoru). Po przylutowaniu zadziałało.
  • Jedna pani przyniosła amplituner Kenwood (kupiony na ebayu) w którym wypadł przycisk wyłącznika zasilania. Przycisk był nieudolnie sklejony i pewnie zaraz po sklejeniu urządzenie poszło na aukcję. Akurat nie było kleju dwuskładnikowego na sali, zaproponowałem pani że nie włożymy przycisku, a włączać będzie się wkładając palec w otwór po przycisku i przyciskając wprost popychacz wyłącznika sieciowego. Pani rozwiązanie się spodobało i sprzęt można było uznać za naprawiony. Nie ma co się śmiać - to jest impreza non-profit dla ludzi nie wymagających perfekcji (a często i nie mających kasy na nówki). Liczy się, że działa.
  • Ostatnio z braku komputerów wzięliśmy stary rzutnik do przezroczy, na oko połowa lat 70-tych.  No i to była dłuższa historia:

Rzutnik z zewnątrz wyglądał bardzo solidnie. Obudowa full metal, stal, nie jakieś tam odlewane alu. Sterowany elektrycznie, kablowo. składany. Lampa świeciła, ale obiektyw był ciemny. Właściciel wyciągnął go z piwnicy, bo chciał wnukom przezrocza pokazać. Ale rzutnik wcale nie reagował na przyciskanie przycisków, a włożenie przezrocza w podajnik ręczny też nie działało - obiektyw ciemny. Po oględzinach rozkręciliśmy go i okazało się, że w środku jest cała masa nieprzejrzystej mechaniki, szczękały jakieś elektromagnesy, ale ruszało się niewiele. Po dłuższej kontemplacji spróbowałem pokręcić jednym takim dużym kołem zębatym, ale ruszało się bardzo ciężko. Zastał się po prostu, smar przestał działać. Poszukałem czegoś do smarowania (ten od rowerów miał), posmarowałem tu i ówdzie i coś zaczęło się ruszać, ale raczej niepewnie i wymagało pomocy. Posmarowałem jeszcze tu i tam - nawet zaczęło jako tako działać. Z naciskiem na jako tako - co pewien czas zacinało się, tak porządnie. Posmarowałem jeszcze parę miejsc i teraz zaczęło działać zbyt dobrze - nie chciało się zatrzymać we właściwym miejscu a chwilami wydawało dźwięki jak maszyna do szycia. Znowu musiałem pokontemplować mechanizm i wnioski były takie:

  • Napęd całości robi tylko jeden silnik indukcyjny kręcący wentylatorem promieniowym.
  • Z osi silnika/wentylatora odbiera napęd duże koło z gumowym bieżnikiem. No i jak to guma, po 40 latach tarcie o ośkę zrobiło się znikome.
  • Cała mechanika to jeden wielki facepalm. Wszystko opiera się na tym, że luz tu i tam jest taki, a nie inny. a w trakcie obrotu to i tamto akurat machnie się w jedną a nie w drugą i że smar ma taką, a nie inną lepkość. To nie ma szansy zadziałać niezawodnie bez wymiany bieżnika na nowy i jednej dużej, plastikowej krzywki, która ma takie spore pęknięcie. A i wtedy bez gwarancji.
  • Naprawa polegała na pokręceniu mechanizmem w takie położenie, żeby żarówka była odsłonięta (też jakieś luźne krzywki) i trwałym rozsprzęgleniu napędu (po prostu zdjąłem ten gumowy bieżnik). No i teraz można było zmieniać slajdy ręcznie. Właściciel był taki zadowolony, że wrzucił do puszki 30 euro.

A ja zacząłem się zastanawiać. To urządzenie z zewnątrz wyglądało supersolidnie, niby pełna profeska i wogle. Ale w środku może i solidne materiały, ale skonstruowane toto tak mniej więcej, jak soft w firmie w której robię - totalne amatorstwo doprowadzone do jakiego-takiego działania metodą prób i błędów i powiększaniem luzów. Mój syn zrobiłby lepszy mechanizm z Lego, serio. Przypominam sobie krajowe rzutniki marki bodajże Krokus - ich mechanika była głównie plastikowa, ale o wiele bardziej niezawodna i lepiej przemyślana. Nie wiem jak wygląda współczesny rzutnik produkcji chińskiej (o ile w ogóle coś takiego jeszcze w przyrodzie występuje), ale sądzę że też jest zrobiony lepiej.

Już od dawna mam wrażenie, że te "dawne dobre czasy (TM)" gdy wszystko było porządne, solidne, trwałe, prawdziwe, zdrowe, czy co tam jeszcze, to w dużym stopniu nasze projekcje. Badziewia zawsze było pełno, teraz po prostu mniej się je maskuje. Przynajmniej w konstrukcjach mechanicznych.

Ciekawe czy Repair Cafe pojawi się też w byłych demoludach.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (3)

Pastuchy i przestępcy pozbawieni wyższej kultury

Byłem na święta w kraju i niestety trochę mnie to całe szambo ubrudziło. A potem upubliczniły się wiadomości o różnych wydarzeniach w Sylwestra w Niemczech i szambo wybiło jak fontanna. Naprawdę muszę przestać zaglądać do polskiego Internetu, a przynajmniej na niektóre strony. No ale stało się, muszę się teraz trochę oczyścić i stąd notka na temat aktualny.

 Zacznę od paniki moralnej wylewającej się z sieci: "OMG przez uchodźców bezpieczne miasta robią się takie niebezpieczne". Chodzi oczywiście o plac przed dworcem kolejowym w Kolonii. Dlaczego mnie nie dziwi, że to mniemanie w większości pochodzi z Polski? Przecież większość głoszących to ludzi nigdy nie była w Niemczech, a zwłaszcza w okolicy jakiegoś dworca.

No mać, mać, mać, serio ktoś kto był koło jakiegoś większego dworca kolejowego w dużym mieście w Niemczech uważa to miejsce za przyjemne i bezpieczne? Zwłaszcza w nocy?

Zaraz minie siedemnasty rok jak mieszkam we Frankfurcie. Na początku przez parę tygodni mieszkałem akurat w dzielnicy blisko dworca (na szczęście nie w tej najgorszej części), potem przez ileś miesięcy codziennie wysiadałem z U-Bahnu na dworcu idąc do pracy. Oczywiście było to zawsze w dzień. I nigdy nie czułem się tam szczególnie bezpiecznie. Dworzec kolejowy to zawsze jest miejsce, gdzie kręci się sporo różnych ludzi z którymi niekonieczne chciałoby się wchodzić w bliższe interakcje - jacyś narkomani na głodzie, kieszonkowcy, bezdomni,  nierzadko próbujący zdobyć jakąś kasę na używki w sposób nie zawsze legalny, a często dość nachalny. We Frankfurcie dzielnica bezpośrednio przylegająca do frontu budynku dworca to siedlisko wątpliwej rozkoszy i niewątpliwej rzeżączki, z całą przestępczą otoczką jaka się zawsze w takich miejscach tworzy. Jest tam też siedziba "klubu motocyklowego", czyli zorganizowanej przestępczości na motocyklach (Hell's Angels), co pewien czas zdarzają się tam ustawki, bywa że z ofiarami śmiertelnymi. Jest to jedyne miejsce w okolicy którego staram się unikać. Nie żebym miał jakieś lęki, ale po co, jeżeli nie trzeba? Czysty rozsądek.

I to wszystko nie jest nowe - proszę, tu zdjęcie z tej okolicy z roku 1987:

Frankfurt, dzielnica koło dworca, 1987

Frankfurt, dzielnica koło dworca, 1987

Byłem na placu między katedrą a dworcem w Kolonii dwa i pół roku temu, przed tą całą sytuacją z uchodźcami. No i mimo że było niedzielne południe, to czułem się tam jeszcze mniej bezpiecznie niż we Frankfurcie. Nie, nie mam żadnej paranoi, nie mam problemu jak jest tłok, nie rusza mnie jak jest brudno albo niesympatycznie. Ale widzę zaraz kto kombinuje co by tu zwędzić, kto szuka zaczepki, a kto będzie chciał mnie naciągnąć na kasę (ostatnio to chciał ze mną zwady jeden stuprocentowy Francuz w Paryżu, akurat też koło dworca, specjalnie mnie potrącił żebym zrobił awanturę, widziałem z daleka że może być problem. Zignorowałem zaczepkę, był bardzo rozczarowany). Więc nie zwalajcie na uchodźców, część z nich też tam trafi, ale nie ich uchodźstwo jest tego przyczyną i wywalenie wszystkich uchodźców żadnego problemu nie rozwiąże.

Co mnie wkurza jeszcze bardziej, to ten ton moralnej wyższości wśród Polaków, w stylu "Te pastuchy przynoszą do Europy swój prymitywny brak wyższej kultury". Młodzi ludzie, (młodzi, bo starsi pewnie pamiętają to, o czym zaraz napiszę) wam się wydaje że Polacy to takie wyższe sfery? Przypomnę, że jeszcze całkiem niedawno, w początku lat dziewięćdziesiątych, Niemcy mieli bardzo poważny problem z Polakami masowo przyjeżdżającymi "na jumę", czyli po prostu i ordynarnie kraść. Nie na drobne kradzieże kieszonkowe, jak ci z Kolonii - oni kradli wszystko co się dało zabrać i nie było pilnowane, aż do luksusowych samochodów włącznie (niemiecki dowcip z tamtych czasów: "Jedź na wczasy do Polski! Twój samochód już tam jest!"). Pamiętam wywieszki w Aldim po polsku "Wszystkie towary wyłożyć na taśmę i bez dyskusji" - nie, nie była to szykana tylko reakcja na konkretne wydarzenia. Kolega z Berlina, z którym wtedy współpracowałem w branży IT zaciągnął mnie kiedyś na ten słynny bazar, na którym handlowali Polacy, to był straszny wstyd i żenada, po paru minutach zażądałem żebyśmy już stamtąd sobie poszli. Dziś już jest trochę lepiej, ale jakiś Polak robiący bydło ciągle się zdarza (bywa przecież, że i znany polityk). Mam w dzielnicy meczet i polską parafię katolicką i więcej problemów robi ta parafia polska. Nawet jej proboszcz (którego przypadkiem znam osobiście) skarży się, że jak organizuje festyn parafialny to zawsze mu się paru schleje, a bywa że się po pijaku pobiją albo coś zdemolują. Ale tym pastuchom to brak kultury, nie to co nam.

Sorry że mi się ulało, jak skończę z przechodzeniem na Windows 10 na komputerach w domu postaram się napisać coś weselszego.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Pomyślmy

Komentarze: (4)

Warto zobaczyć: Grube Messel

Dawno nie było nowych notek - aktualny projekt w którym robię od wielu miesięcy, balansuje na granicy katastrofy (jakby się posłuchali mnie na samym początku, to wszystko szło by gładko) i nie mam specjalnie czasu na inne zajęcia. Ale ponieważ pojawia się wyraźne niezadowolenie społeczne ze względu na brak notek, to wrzucę co jest już od miesięcy prawie gotowe. Sporo ciekawych rzeczy widziałem we Francji i też mam w planach o tym notki, ale dziś o czymś co mam prawie za rogiem (jakieś 25 km) - Grube Messel.

Sądzę, że większość czytelników nigdy o tym miejscu nie słyszała, a tymczasem jest ono na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO w kategorii "Przyroda".

Grube (czyli kopalnia) Messel powstała w połowie wieku XIX. Najpierw wydobywano tu rudę darniowa, potem trafiono na węgiel brunatny, a na koniec dokopano się do łupków bitumicznych. Akurat mniej więcej wtedy pojawiły się samochody na benzynę i powstał rynek na znaczne ilości produktów ropopochodnych. Skala wydobycia była całkiem spora - do zamknięcia zakładu w roku 1971 wydobyto tu podobno 20 milionów ton łupków z których pozyskano około miliona ton produktów naftowych. Pozyskiwanie odbywało się metoda krakingu - w takich łupkach nie ma ropy wprost, do freakingu się nie nadają, nie ma obawy. Działały tu 24 pirolityczne piece krakingowe, w swoim czasie najnowocześniejsze na świecie. Niestety żaden się nie zachował, gdyby jakiś został, miejsce z pewnością było by na liście UNESCO również w kategorii "kultura" (techniczna oczywiście).

Grube Messel - widok ogólny

Grube Messel - widok ogólny

Potem wzrost podaży ropy spowodował, że wydobycie tutaj stało się nieopłacalne i w roku 1971 eksploatacji złoża ostatecznie zaprzestano. A potem politycy wymyślili, że taka dziura w ziemi świetnie nadaje się na wysypisko śmieci, i śmieci zaczęły przyjeżdżać.

Teraz narracja z drugiej strony: Od samego początku eksploatacji łupków tutaj było wiadomo, że znajduje się w nich świetnie zachowane skamieniałości - już przy pierwszych próbach w 1876 znaleziono tu szkielet aligatora. Ale kogo to wtedy obchodziło, poza garstką fascynatów. W 1971 wyglądało to już trochę inaczej. Przeciw zamienieniu Grube Messel w wysypisko śmieci mocno protestowali naukowcy i okoliczni mieszkańcy, powstał cały ruch obywatelski który kosztem dużego wysiłku i sporej ilości prywatnych pieniędzy w końcu wygrał batalię - wysypisko śmieci nie powstało, a w roku 1991 teren kupił land Hesja i przeznaczył go na teren badań naukowych. Było to możliwe tylko dzięki temu, że tymczasem do parlamentu i rządu Hesji dostali się Zieloni, i to oni uratowali to stanowisko. Ich partner koalicyjny - CDU - przez cały czas starał się przeciwdziałać i odkręcać, i proszę im to dobrze zapamiętać.

Grube Messel - widok ogólny

Grube Messel - widok ogólny

A co w tej okolicy jest takiego szczególnego? Otóż było to tak: Jest to krater wulkanu. Jakieś 48 milionów lat temu lawa w tym wulkanie trafiła na wody gruntowe i wybuch pary opróżnił lej o średnicy ok. 2 km do głębokości dobrych 300 metrów. Wkrótce w leju zebrała się woda tworząc bardzo głębokie a przy tym stosunkowo wąskie jezioro. I teraz w cyklu rocznym na dno tego jeziora opadała warstwa obumarłych alg na przemian z warstwą pyłu. Środowisko na dnie jeziora było beztlenowe i w ten sposób powstały łupki bitumiczne, bardzo powoli, jakieś 0.1 mm/rok. Łupki takie zawierają około 30-40% wody a jak wyschną rozdzielają się na cieniutkie warstwy (można pomacać grunt przy zwiedzaniu i zobaczyć to na własne oczy).

Grube Messel - wyschnięte łupki

Grube Messel - wyschnięte łupki

I oczywiście do jeziora wpadał nie tylko pył, ale również rośliny i zwierzęta. Ze względu na beztlenowe środowisko praktycznie nic się tam na dnie nie rozkładało, tylko zostało świetnie zakonserwowane. I teraz rozdzielając warstwy łupka można znaleźć zakonserwowane skamieniałości. Naprawdę świetnie zakonserwowane - na odciskach można rozpoznać włosy, pióra, organy wewnętrzne, zawartość żołądków... Przy zwiedzaniu dostajemy do ręki łupek z pokrywami chrząszczy które połyskują zielono-metalicznie, prawie jak nowe. Po czterdziestu milionach lat! (Dygresja: U Carda w cyklu Homecoming Saga istotną rolę gra system sztucznych satelitów działający bezobsługowo od paru milionów lat. W tym momencie wzmacniany hak do zawieszania niewiary urwał mi się z hukiem i tylko stwierdziłem:  "Parę milionów lat to nawet młotek nie wytrzyma". A tu proszę - siatka dyfrakcyjna odbiciowa działa po 42 milionach lat). Takich znalezisk nie ma praktycznie nigdzie indziej na świecie. I jest tego mnóstwo - na sezon wykopaliskowy znajduje się tu jakieś 2-3 TYSIĄCE skamieniałości, i to uwzględniając tylko porządne, w miarę kompletne, paru liści czy pojedynczej kostki nikt tu nawet nie liczy.

Grube Messel - Nietoperz

Grube Messel - Nietoperz

Jednym z warunków wpisania miejsca czy obiektu na listę UNESCO jest żeby można je było zwiedzać. Koło terenu zbudowano centrum w stylu betonowo-brutalistycznym, o jego estetyce można dyskutować.

Grube Messel - centrum informacyjne

Grube Messel - centrum informacyjne

W centrum możemy zobaczyć bardzo dobrze zrobiony film o historii terenu. Film jest po niemiecku z angielskimi napisami. Oprócz tego mamy tu wystawę co fajniejszych znalezisk, fragmenty rdzenia z sondażowego wiercenia w środku krateru i też nieźle zrobiony film dookólny w którym widzimy wnętrze otworu wiertniczego z perspektywy głowicy wiertniczej. Nie jest tego wszystkiego bardzo dużo, ale ponad godzinę trzeba sobie zarezerwować. My byliśmy w niedzielę, siedział tam pracownik naukowy z Senkenbergu, preparował jakąś skamieniałość i można było się go zapytać o szczegóły techniczne.

Grube Messel - prezentacja preparacji wykopalisk

Grube Messel - prezentacja preparacji wykopalisk

Na zewnątrz możemy zajrzeć w dolinę z ogólnodostępnej platformy widokowej.

Preparacja znalezisk nie jest bezproblemowa - łupek gdy wyschnie rozpada się i kostki idą w rozsypkę. Dopiero w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku opracowano technologię konserwacji - na łupek ze szkieletem wylewa się żywicę (chyba epoksydową), po jej utwardzeniu odwraca się znalezisko na drugą stronę i usuwa łupek.

Krater jest spory, a podobno przed rozpoczęciem eksploatacji był pełny łupka prawie po brzegi i teren był płaski.

Na samo zwiedzanie centrum nie opłaca się tu przyjeżdżać. Jak już, to trzeba pójść na zwiedzanie terenu. Tylko z przewodnikiem - według przepisów jest to kopalnia i obowiązują przepisy kopalniane. Nie wiem czy zwiedzanie jest też w językach innych niż niemiecki. Warto zarezerwować sobie miejsce telefonicznie albo przez sieć - przyjechaliśmy tuż przed turą zwiedzania i miejsce było dopiero za dwie godziny.

Standardowe zwiedzanie to godzina, lepsza tura to dwie godziny, ale dwugodzinne jest tylko w tygodniu. W związku z tym byliśmy na godzinnym, może nie jest to bardzo dużo, ale mimo wszystko warto. Z kompetentnym przewodnikiem (u nas była to pani biolog z Senkenbergu) schodzimy drogą kawałek wgłąb krateru, ale nie dochodzimy do stanowisk wykopaliskowych. Ale dostajemy do ręki oryginalne kawałki łupka ze skrzydłami mrówki, czy odciskiem szkieletu (odciskiem - jak rozdzielić warstwy to szkielet zostaje z jednej strony, a z drugiej jego odcisk negatywowy) i parę koprolitów.

Ogólnie warto i polecam, ale tylko ze zwiedzaniem krateru.

Dojazd: Myślałem wcześniej, że Grube Messel to nazwa tego miejsca i jak się pokazało w nawigacji to wybrałem nie wpisując ulicy, ale okazało się, że tak nazywa się najbliższa miejscowość. Dobrze że przeczytałem uwagi o dojeździe w sieci - trzeba się kierować na "Besucherzentrum", nie na "Museum". Muzeum to niezależna placówka, odwiedzę je innym razem.

Adres:

UNESCO Weltnaturerbe Grube Messel
Roßdörfer Straße 108
D-64409 Messel

Czynne:

  • Codziennie 10-17

Wstęp:

  • Besucherzentrum:
    • Dorośli: 10 EUR
    • Dzieci: 8 EUR
    • Rodzina: 7 EUR/osobę
  • Besucherzentrum + zwiedzanie krateru
    • Dorośli: 14 EUR
    • Dzieci: 11 EUR
    • Rodzina: 11 EUR/osobę
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Przez Hitlera musimy budować garaże

Ostatnio mam tyle zajęć, że nie dochodzę do blogowania. Kilka notek od miesięcy leży praktycznie gotowe, tylko zdjęcia powklejać, inne już przemyślane, tylko wpisać, ale jakoś czasu i ochoty nie ma. Ale właśnie się zmusiłem, mam nadzieję że teraz uda mi się pisać regularniej.

Podczas zwiedzania terenu Dulag Luft w Oberursel poznaliśmy jeszcze parę ciekawych historii. Dzisiaj jedna z nich.

Hitlerowcy mieli dużego hopla na punkcie "niemieckości". Wszystko musiało być "niemieckie" beż żadnych obcych wpływów. Problemem było jednak, co to właściwie znaczy "niemieckie". Niemcy jako jednolite państwo istniały od całkiem niedawna (1871), wcześniej był to zawsze mniej lub bardziej luźny związek niezależnych księstw i królestw. W każdym z tych księstw było trochę inaczej, obowiązywały inne przepisy, były inne zwyczaje, inaczej mówili po niemiecku, mieli nawet inną ortografię. A już w ogóle nie dało się stwierdzić istnienia jednolitego stylu architektonicznego - nawet każde duże miasto miało (i ma nadal) swoje cechy charakterystyczne. Na przykład Frankfurt jest czerwony (od czerwonego piaskowca) a Norymberga szara.

Ale najpierw krótka dygresja o języku. Dzisiejsza wymowa niemiecka jest raczej miękka, głoski wymawiamy niewyraźnie, sporą część końcówek połykamy. W okresie międzywojennym trendy była dokładna i twarda wymowa każdej głoski, dziś kojarząca nam się właśnie z nazizmem. Słyszymy to w nagraniach z tamtych czasów. Dziś takiej wymowy używają (całkowicie świadomie) na przykład słoweński zespół Laibach i niemiecki Rammstein, który praktycznie wszystko z Laibacha ściągnął.

Wróćmy do architektury. Skoro nie było typowej "niemieckości", trzeba było ją stworzyć. I tak w roku 1938 na terenach targów we Frankfurcie postawiono wzorcowe niemieckie osiedle. Składało się ono z 12 domów mieszkalnych w różnych standardach i czegoś w rodzaju domu kultury. Architektonicznie obowiązywał stromy dach i elewacja zwana w Polsce nieprawidłowo "murem pruskim" (fachowcy używają niemieckiego słowa "Fachwerk"). Wzorem była - wyidealizowana oczywiście - architektura akurat okolic Frankfurtu - czyli Rhein-Main-Gebiet.

Osiedle wzorcowe pokazano wszystkim architektom, ale przecież nie mogło stać na terenach targowych wiecznie. Według pierwszej koncepcji miało ono zostać przeniesione do Zeppelinheimu koło lotniska, jako powiększenie osiedla dla personelu naziemnego obsługującego sterowce. No ale akurat zdarzyła się katastrofa w Lakehurst i rozbudowę osiedla wstrzymano. Na koniec stanęło na Oberursel, osiedle nazwano Reichssiedlungshof. Hopel "niemieckości" był naprawdę mocny - budynek Dulagu oznaczony we wcześniejszej notce numerem 4 wyglądał wtedy zupełnie inaczej, niedostatecznie niemiecko. Rozebrano go do poziomu stropu piwnicy i postawiono na nowo, tym razem "po niemiecku"

Część tych budynków się zachowała, oto zdjęcia:

 

Reichssiedlungshof Oberursel, wzorcowy osiedlowy dom kultury (właśnie psuty przebudową na apartamentowiec)

Reichssiedlungshof Oberursel, wzorcowy osiedlowy dom kultury (właśnie psuty przebudową na apartamentowiec)

Reichssiedlungshof Oberursel, jeden z domów wzorcowych

Reichssiedlungshof Oberursel, jeden z domów wzorcowych

Reichssiedlungshof Oberursel, inny dom wzorcowy

Reichssiedlungshof Oberursel, inny dom wzorcowy

Reichssiedlungshof Oberursel, jeszcze jeden dom wzorcowy, niestety docieplony

Reichssiedlungshof Oberursel, jeszcze jeden dom wzorcowy, niestety docieplony

No i tam dowiedziałem się czegoś ciekawego. Otóż w tym samym czasie Niemcy miały zostać zmotoryzowane przy pomocy Volkswagenów. A samochód nie miał stać na ulicy, tylko mieć garaż. I właśnie wtedy uchwalono "Reichgaragenordnung" - ustawę zobowiązującą do budowania miejsca garażowego do każdego mieszkania i domu. Ustawa ta w niektórych landach obowiązuje do dziś bez żadnych zmian, w innych ma nowsze wersje, ale podstawowe założenia pozostały. W wielu innych krajach obowiązują podobne ustawy, wzorowane na tej. Poczytałem w sieci i znalazłem sporo artykułów oskarżających tą ustawę o "faszystowskie przymuszanie do zakupu samochodu", "niepotrzebne podnoszenie ceny mieszkania" i że Hitler do dziś zmusza nas do budowania garaży. Nie przekonali mnie. Tu gdzie mieszkam nie wszyscy mają samochód, ale inni maja po dwa i się bilansuje. A znam kapitalizm dostatecznie długo żeby wiedzieć, że gdyby przymusu budowy garaży nie było, to cena mieszkania wcale nie byłaby znacząco niższa (bo wynika ona przecież z popytu i podaży, a nie z kosztów), a za to ceny garaży byłyby znacznie wyższe (bo byłyby dobrem deficytowym).

A to wzorcowy garaż z roku 1938. Jak widać jest maławy, na Garbusa OK, ale nic większego.

Reichssiedlungshof Oberursel, garaż wzorcowy

Reichssiedlungshof Oberursel, garaż wzorcowy

Reichssiedlungshof Oberursel, garaż wzorcowy

Reichssiedlungshof Oberursel, garaż wzorcowy

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Komentarze: (9)

Dulag Luft, Oberursel

Z ostatniego wyjazdu do kraju przywiozłem książkę Bohdana Arcta "Niebo w ogniu". Żeby syn przeczytał - od dłuższego czasu lata w "War Thunderze" i te klimaty go interesują. Ale tymczasem książkę wzięła do ręki żona i bardzo to ją wciągnęło.

Bohdan Arct - Niebo w ogniu

Bohdan Arct - Niebo w ogniu

Ja przeczytałem wszystko Arcta jakieś 35 lat temu, ale żona z podobnej tematyki znała tylko "Dywizjon 303" Fiedlera (nawiasem mówiąc to on jest winien że na squadron po polsku mówią dywizjon). No i ciekawe było, a potem żona doszła do miejsca gdzie Arctowi zepsuł się samolot nad Holandią, dostał się do niewoli, a potem przewieźli go przez Frankfurt do Oberursel.

Oczywiście 35 lat temu nazwa Oberursel nic mi nie mówiła, nawet nie zwróciłem na nią uwagi. Ale w międzyczasie w Oberursel nawet mieszkaliśmy. Zajrzałem więc do sieci i się okazało, że w Oberursel, góra dwa kilometry od miejsca w którym mieszkaliśmy był obóz przejściowy dla lotników, zwany Dulag Luft (od DUrchgangsLAGer czyli właśnie Obóz Przejściowy). Potem ten teren przejęli Amerykanie i nazwali Camp King (on nazwiska jednego poległego żołnierza, nie od żadnego króla). Ta nazwa mówiła mi więcej, bo krótko zanim się do Oberursel sprowadziliśmy, ukończono tam nowe osiedle mieszkaniowe, nawet parę razy byliśmy tam w Edece.

Zajrzałem dokładniej do sieci i się okazało, że wkrótce będzie tam zwiedzanie z przewodnikiem. Pojechaliśmy więc.

Najpierw się trochę zdziwiłem, bo przewodnik zaczął sprawdzać listę obecności, a w sieci nic o meldowaniu się nie było. Ale wkrótce się wyjaśniło - równolegle były akurat dwa zwiedzania organizowane przez różne instytucje. To z listą obecności było za 13 EUR od osoby i o szpiegach - czyli o okresie gdy byli tam Amerykanie, nasze było organizowane przez miasto Oberursel, obejmowało całą historię terenu i było po 3 EUR.

Na początek mapka obozu, ukradziona ze strony Prisoners of War:

Dulag Luft, Oberursel

Dulag Luft, Oberursel, Źródło: Prisoners of War http://www.pegasusarchive.org

Legenda (tłumaczenie moje):

  1. Więzienie na 200 cel
    • A. Skrzydło z 30-40 celami
    • B. Pomieszczenie do identyfikacji, przeszukiwania i wydawania jeńców
    • C. Miejsce zbiórki nowo przybyłych jeńców
    • D. Recepcja dla nowo przybyłych jeńców
    • E. Schody do piwnicy, używanej jako recepcja dla nowych jeńców
    • F. Pomieszczenia załogi
    • G. Pomieszczenia strażników
  2. Nowy budynek biurowy
  3. Stary budynek biurowy
  4. Biuro komendanta obozu, pomieszczenia monitoringu (podsłuchu) cel
  5. Kantyna i nowa mesa oficerska
  6. Fotograf, W/T room (ni cholery nie wiem co to), izba chorych
  7. Stary obóz
  8. Wieżyczki strażnicze
  9. Magazyn
  10. Dowódca strażników i załogi obozu
  11. Biura Gestapo i więzienie dla jeńców przesłuchiwanych przez Gestapo
  12. Stare kwatery oficerów
  13. Nowe kwatery oficerów
  14. Kwatery kobiet
  15. Kwatery mężczyzn
  16. Biura i kwatery strażników
  17. Pomieszczenia strażników
  18. Główne wejście

Z budynków nie zostało wiele. Jest jeszcze numer 4

 

Budynek dawnego Dulag Luft Oberursel

Budynek dawnego Dulag Luft Oberursel

numer 6

Budynek dawnego Dulag Luft Oberursel

Budynek dawnego Dulag Luft Oberursel

i numer 10

Budynek dawnego Dulag Luft Oberursel

Budynek dawnego Dulag Luft Oberursel

Barak numer 11 został wyburzony dopiero co, teren po nim jest jeszcze prowizorycznie ogrodzony. Inne budynki zostały zburzone w różnych okresach jeszcze przez Amerykanów i zastąpione nowymi.

Na podstawie tej wizyty i mapki byliśmy w stanie dokładnie zidentyfikować miejsca o których pisał Arct, trzeba przyznać że pisał szczegółowo i wszystko się zgadza. Myślę że wiem nawet, którędy dotarł tu z dworca we Frankfurcie, a droga była nietypowa i z przygodami.

Czego Arct prawdopodobnie nie wiedział - tuż obok obozu znajdowała się placówka badania zestrzelonych samolotów. O szczegóły natychmiast można było zapytać pilota - wszyscy złapani piloci byli przywożeni na początek najpierw tutaj, czy odpowiadali na pytania to inna historia. Stąd najpierw każdego jeńca trzymano osobno, dopiero po pewnym czasie przenoszono do wspólnego baraku. Baraki miały założony podsłuch.

Po wojnie teren zajęli Amerykanie i role się odwróciły. Tutaj trzymano co bardziej podejrzanych, na przykład byli tu Speer i Dönitz. Potem była tu centrala amerykańskiego szpiegowania Europy (zwłaszcza wschodniej), na tym terenie powstał zalążek wywiadu zachodnioniemieckiego. Amerykanie opuścili teren całkiem niedawno, w początku lat 90-tych. Zbudowano tu osiedle mieszkaniowe, raczej dla bogatych. Do dziś o rzut beretem (no może długi rzut beretem) jest szkoła dla dzieci mieszkających w okolicy Amerykanów (Frankfurt International School), kiedyś dla dzieci pracujących tu żołnierzy. Byłem tam kiedyś na bazarze z rzeczami dla dzieci - szkoła jest jak żywcem wyjęta z amerykańskiego filmu, nawet colę mają sprowadzaną z USA.

Na terenie Camp King jest jeszcze parę innych ciekawostek, ale o tym w innej notce.

Zwiedzanie polecam, ale tylko z przewodnikiem. Terminy TUTAJ  w zakładce Führungen, najbliższy we wrześniu.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Komentarze: (2)

Strona 1 z 2712345...1020...Koniec