Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Jak to się robi w Niemczech: Lewicowe (?) psycholstwo

Niedawno blogokomentator red1grzeg zadał pytanie o AfD z niemieckiego punktu widzenia. To bardzo ciekawy temat i mam zamiar o tym napisać, ale teraz zacznę od drugiego (przynajmniej w deklaracjach) bieguna sceny politycznej.

Już ponad dziesięć lat temu WO miał na swoim blogu notkę w której wysnuwał tezę, że w Polsce psycholi przyciąga głównie prawica, a w innych krajach bywa inaczej. Przypomniało mi się to, gdy znowu w mojej skrzynce pocztowej znalazła się broszurka (no może broszurka to za dużo powiedziane, to zawsze ma objętość jednej-dwu kartek A4 zadrukowanych dwustronnie) sygnowana przez niejaki "Bund gegen Anpassung" ("Związek przeciw dopasowaniu"). Druki ktoś wtyka do wszystkich skrzynek pocztowych kilka razy do roku. A ja to próbuję czytać i mam z tymi tekstami stały problem - nic nie rozumiem.

Znaczy ja rozumiem wszystkie używane słowa, dobrze rozumiem gramatykę zdań, rozpoznaję źródła stylistyki i retoryki, rozumiem całe zdania, ale co do treści to mam naprzemiennie WTF i facepalm oburącz. Bo to jest tak:

Autor uważa się za lewicowca. Tak wygląda jego logo (napisy głoszą: "kontrola urodzeń", "skrócenie czasu pracy", "powszechna równość"):

 Bund gegen Anpassung - logo

Jego retoryka i inwektywy są lewackie w pierwotnym znaczeniu tego słowa. Ciągle jest o przebrzydłych kapitalistach, imperialistach, zwykłych pognębionych ludziach itd. Tyle że jest to napisane tak grafomańsko i egzaltowanie, że trudno wyłapać o co właściwe autorowi chodzi. Ja jak się mocno nie skupię, to odpadam zanim doczytam do końca akapitu.

Ale jak już doczytam, to zaraz mam mindfucka. Na przykład w ostatniej ulotce autor podziwia Trumpa (i to nie pierwszy raz) jako dobroczyńcę prostego ludu (WTF?) i przeciwstawia go złemu Sorosowi, który przecież dla "prawdziwej prawicy" jest synonimem wrednego lewaka finansującego komunizm. Lewicowość autora w konkretnych poglądach przejawia się głównie w krytykowaniu USA i generalnie świata zachodniego i bezkrytycznym wychwalaniu Rosji (WTF?). Jak ktoś uważa współczesną Rosję za lewicowy wzór do naśladowania to chyba musi mieć co najmniej trzydziestoletniego jetlaga i zasługuje najwyżej na facepalma.

Z tym że takie skrzywienie prezentuje nie tylko on. Podobnie widzi temat na przykład partia Die Linke. Ona ogólnie jest rzeczywiście mocno lewicowa i nawet czasem zastanawiam się czy na nią nie zagłosować, ale zaraz wyłazi im dziedzictwo SED (z którego przecież bezpośrednio się wywodzą), wygłaszają coś w stylu proradzieckiej propagandy jaką pamiętam ze studiów i chęć głosowania na nich zaraz mi przechodzi.

Teraz lekka dygresja. Mam tu we Frankfurcie dalekiego krewnego z pokolenia moich rodziców, który wyemigrował jeszcze w latach siedemdziesiątych. On uwielbia czytać o spiskach i podarował mi pewien czas temu popularną w Niemczech książkę o przyczynach tego wszystkiego, co dzieje się obecnie na Bliskim Wschodzie, Książka ma tytuł "Wer den Wind sät..." ("Kto sieje wiatr..."), napisał ją Michael Lüders, który niby ma się na temacie znać. Według przedmowy książka ma burzyć powszechnie utrwalony obraz że to wszystko przez tych wstrętnych Ruskich i opowiada historię ostatnich stu kilkudziesięciu lat tego regionu praktycznie wcale nie wspominając o Związku Radzieckim i Rosji. Jest tam tylko o tym, jak przebrzydli zachodni imperialiści ciągle się mieszali w wewnętrzne sprawy spokojnych, niezależnych i samorządnych krajów regionu (i Afganistanu też). Oj dana, dana, wszystko przez Reagana.

Michael Lüders - Wer den Wind sät

Michael Lüders - Wer den Wind sät

Znaczy ja nie przeczę że się mieszali, mieszali się jak cholera, ale opowiedzenie tego całkowicie pomijając rolę ZSRR jest taką samą manipulacją, jak zwalenie wszystkiego na Ruskich. I założę się, że wielu (zwłaszcza mniej oczytanych) czytelników nie zwróciło uwagi na przedmowę tylko wzięło tekst poważnie jako "ukrywaną, najprawdziwszą prawdę historyczną".

Wróćmy do naszego ulotkowego psychola: Podobnie było przy TTIP. On też jojczył nad TTIP, ale mindfuck mi zrobił gdy puścił ulotkę pod alarmującym tytułem "TTIP to przesądzona sprawa" jak już od dobrych kilku tygodni było dokładnie wiadomo, że nic z tego nie będzie. Czym zresztą nic się nie różnił od polskich politycznych psycholi głównie z obozu PiSowskiego. A wystarczyło się chociaż trochę tematem interesować żeby wiedzieć, że negocjacje w sprawie TTIP posuwały się w tempie ślimaczym, umowa miała mieć 17 rozdziałów, a przez wiele lat negocjacji do samego końca nie udało się uzgodnić ani jednego z nich i cokolwiek do podpisania w ogóle nie istniało. Co nie przeszkadzało oszołomom wszelkiej maści krzyczeć "UNIA ODDAJE SIĘ AMERYKANOM W NIEWOLĘ!!!ONE!". No mać, mać, mać, jak by tak bardzo chciała się oddać to umowę podpisano by w try miga, problem polegał na tym, że Amerykanie rzeczywiście chcieli wziąć wszystko co możliwe, ale Unia wcale nie była skłonna im tego dać. Ja rozumiem, że polscy psychole nie mają pojęcia o niemieckiej polityce i mogą wypisywać głupoty w rodzaju "Merkel musi szybko podpisać TTIP bo Deutsche Bank ma straty i zaraz padnie" (autentyczny tekst, który widziałem w paru miejscach) - skąd biedacy mają wiedzieć że Deutsche Bank mimo Deutsche w nazwie to firma prywatna (niemiecki bank emisyjny nazywa się Deutsche Bundesbank, ale jaki świr by na to wpadł?), i że Merkel ma rząd koalicyjny a za negocjacje TTIP odpowiedzialni byli ministrowie z SPD, bez nich i tak nic by nie podpisała. No ale mieszkając w Niemczech i interesując się chociaż trochę polityką trudno było nie zauważyć jak Steinmeier (akurat najbardziej kompetentny w temacie, bo odpowiedzialny za negocjacje TTIP minister spraw zagranicznych z SPD) oznajmił że TTIP jest martwy i za to publiczne stwierdzenie faktu mu się z różnych stron dostało. A ten świr od ulotek nie zauważył do tego stopnia, że ostatnio przypisał jedyną zasługę w nie dojściu TTIP do skutku Trumpowi.

Z kolejnych jego poglądów to on jest (jeżeli dobrze wyczytuję z jego mętnych figur retorycznych)  generalnie przeciw przyjmowaniu uchodźców. Jakoś nie za bardzo pasuje to do wrażliwości lewicowej. Stałym jego tematem jest "Lügenpresse" (czyli że "prasa kłamie") - w zasadzie z tymi dwiema rzeczami mógłby od razu przystąpić do Pegidy a nawet AfD. Od razu wyjaśnię temat "Lügenpresse" - z pewnością do mediów niemieckich można mieć takie czy inne zastrzeżenia, ale gdzie jest ten ideał? Pluralizm mediów w Niemczech z całą pewnością istnieje, a rozdział mediów publicznych od państwa działa tak dobrze, jak chyba nigdzie na świecie. Jak ktoś uważa akurat media niemieckie za generalnie "Lügenpresse" to musi nie mieć najbledszego pojęcia o innych krajach. #problemypierwszegoświata.

Jeszcze można by tak długo. Ale trzeba przyznać, że ten dysonans między retoryką a poglądami jest fascynujący, nazbierałem już kilkanaście ulotek "Bund gegen Anpassung", bo takiego kuriozum nie będę wyrzucał. A autor musi też znajdować sympatyków, bo jednak drukowanie sporych nakładów i rozprowadzanie ich wymaga trochę grosza, a nie sądzę żeby pokrywał to wszystko z własnej kieszeni.

Poszukałem kto właściwie za tym wszystkim stoi: Autorem ulotek jest niejaki Fritz Erik Hoevels, mieszkający tu, we Frankfurcie. Jest on psychoanalitykiem i publicystą, oraz przewodzi organizacji pod nazwą "Bund gegen Anpassung". Hoevels na studiach był zafascynowany lewicą, zapisał się do Sozialistische Deutsche Studentenbund (Socjalistycznego Związku Studentów Niemieckich), organizacji początkowo bliskiej SPD, która potem zdryfowała daleko na lewo. Hoevels stał się aktywnym działaczem, ale potem coś swoimi akcjami narozrabiał (nie znam szczegółów). Jako swoich idoli podaje on Marksa, Engelsa (to jeszcze całkiem spoko), Lenina i Trockiego (tu wskazówka wykrywacza świrów wychyla się już znacząco), oraz Freuda i Reicha, tego od orgonów (wskazówka wykrywacza świrów dochodzi do oporu mechanicznego). Do lewicowego zestawu idoli nie tylko mi nie pasują jego poglądy - przez wiele źródeł jest od klasyfikowany jako "skrajna prawica" + "sekta". On sam przed wyborami kilka lat temu zalecał swoim zwolennikom głosowanie na NPD (czyli faszystów) albo Piratów, zestaw przedziwny.

Autor ma swoją stronę w sieci, podstrona "O autorze" jest nawet przetłumaczona na polski. Ciekawe kto tłumaczył, bo tłumaczenie bardzo dobrze oddaje kwiecisto-mętny styl oryginału.

Jakie z tego wnioski? Po pierwsze WO ma rację, że prawica nie ma monopolu na psycholi. W Polsce poglądy lewicowe zostały spalone przez okres realnego socjalizmu, gdzie indziej tak nie jest.

Po drugie: Psychol to psychol. Czy przyznaje się do prawicy, czy do lewicy, poglądy wychodzą bardzo zbliżone.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (13)

Warto zobaczyć: Muzeum historii medycyny, Charite Berlin

Mnóstwo miejsc które warto zobaczyć czeka na opisanie, a ja ciągle mam zbyt wiele zajęć żeby do tego dojść. Ale to, co widziałem ostatnio było tak mocne, że muszę się podzielić.

W ostatnich tygodniach niemiecka telewizja publiczna pokazała premierowo nowy, sześcioodcinkowy serial o lekarzach z berlińskiego szpitala Charite. Nazwa ta chyba nie jest większości czytelników z Polski znana, ale główni bohaterowie z pewnością tak. Są to słynny patolog Rudolf Virchof, i trzej laureaci Nagrody Nobla: Robert Koch, Paul Ehrlich i Emil von Behring. Serial całkiem nie najgorszy, oczywiście nie jest to rzecz naukowa, tylko popularna historyjka na faktach i tle, ale da się oglądać a i istotne fakty się zgadzają. Tu trailer:

A poczytując w sieci informacje uzupełniające znalazłem, że w szpitalu Charite jest muzeum. Wracając z kraju zajechaliśmy więc. No i okazało się że muzeum jest po prostu zajebiste. Zaplanowałem że zejdzie na nie godzinka, a po wyjściu okazało się, że minęły ponad trzy - to chyba najlepsza rekomendacja. Tak naprawdę to za dużo wrażeń na jeden raz, należałoby pójść tam parę razy. Jedyny problem jest taki, że absolutnie nie pozwalają tam robić zdjęć i notka będzie opatrzona tylko dwoma zdjęciami budynków z zewnątrz.

Charite, Berlin

Charite, Berlin

Muzeum mieści się w budynku, w którym wykładał Virchof, i w którym miał on swoją kolekcję preparatów. Sala w której wykładał zachowała się w stanie ruiny - w końcu wojny budynek został częściowo zniszczony, potem odbudowano nad salą strop (tyle że z betonu), ale w sali zostało tylko to, co było z cegły.

Zwiedzanie zaczyna się od wystawy okresowej, teraz jest to wystawa poświęcona kryminalistyce. Bardzo interesująca, wszystkie aspekty szukania, zabezpieczania i analizy śladów przestępstw są dokładnie pokazane i omówione. Może to być szczególnie wartościowe dla miłośników kryminałów.

Wystawa stała zaczyna się od historii kolekcjonowania preparatów patologicznych, wywiedziona ona jest z gabinetów osobliwości, którymi chwalili się wszyscy szanujący się (i odpowiednio bogaci) szlachcice. Wywód prowadzi oczywiście do kolekcji Vichofa, która jest trzonem najciekawszej części ekspozycji.

Virchow był jednym z najbardziej znanych patologów tamtych czasów, jego mottem było "Kein Tag ohne Preparat" (z grubsza "Dzień bez preparatu to dzień stracony"). Nagromadził on mnóstwo zadziwiających preparatów, nierzadko naprawdę szokujących. UWAGA: Rzecz nie jest dla delikatesów! Na przykład płód, na oko 7-8 miesięczny z jednym okiem pośrodku czoła - regularny cyklop - musi zrobić wrażenie na nieprzygotowanym fachowo obserwatorze, nawet dość odpornym. Wyraźnie odradzają (odradzają - nie mylić z "zakazują") chodzenie tam z dziećmi poniżej 16 lat. Oczywiście wszystko jest do decyzji rodziców, widziałem tam chłopaka na oko 12 letniego, radził sobie bez problemu (ale może ma rodziców chirurgów, albo sporo grał w Brutal Doom).

Oprócz tego jest tam jeszcze ciekawa kolekcja narzędzi i przyrządów medycznych z różnych okresów, sporo o historii szpitala oraz szpitalnictwa w ogólności. Na okrasę jest jeszcze trochę tablic związanych z serialem. Ale od razu wyjaśnienie co do serialu: Nie był on kręcony "on location" w Berlinie, a głównie w Pradze, bo tam wnętrza zachowały się w stanie bliskim tego sprzed około stu lat.

Charite, Berlin

Charite, Berlin

Po obejrzeniu kolekcji Virchofa naszły mnie przemyślenia (nie żeby specjalnie nowe). Syn poznał ostatnio we Frankfurcie jednego studenta pierwszego roku biologii, który jest zwolennikiem Inteligentnego Projektu. Mam nadzieję że nie dotrwa on końca studiów jako fan ID, znaczy albo go nauczą faktów, albo wywalą. Ale uważam że każdy wyznawca "Genialnego, Inteligentnego Projektanta" powinien pooglądać sobie taką kolekcję. Przecież gdyby ktoś w przemyśle zaprojektował produkt czy proces robiący tak poważne problemy i z tak wysoką stopą błędów, to szybko wyleciałby z roboty. Naprawdę ktoś chce wierzyć w geniusz takiego fuszera? I to będąc przedstawicielem gatunku, u którego jedną z najczęstszych przyczyn śmierci jest przytkanie takiej jednej rurki? Jeżeli już naprawdę upierać się przy osobowym stwórcy, to o wiele łatwiej i niesprzeczniej jest wyobrazić sobie "Wielkiego Zegarmistrza" konstruującego mechanizm (ewolucyjny) i puszczającego go w ruch. Bo wtedy co złego, to nie On, to wygenerował biegnący proces, a nie "Projektant". Oczywiście nie rozwiązuje to ostatecznie problemu niedostatecznej fachowości "Zegarmistrza" tworzącego zawodny mechanizm, tylko odsuwa go z centrum uwagi - ale to inny temat.

Szpital leży w dawnej części wschodniej, bardzo blisko niegdysiejszego muru. Z parkowaniem w okolicy jest ciężko, polecam parkhaus, zwłaszcza że trudno ocenić ile czasu będzie potrzebne na zwiedzanie (z pewnością bardzo zależy to od własnej odporności i zainteresowania tematem).

 Adres:

Berliner Medizinhistorisches Museum

Charitépl. 1, 10117 Berlin - tak jest podane w sieci, ale to adres bramy głównej szpitala, który spory jest. Muzeum mieści się w drugim końcu terenu, wewnętrzne ulice mają swoje nazwy i adres wewnętrzny to Virchofweg 18

Otwarte:

  • Wtorek, czwartek, piątek, niedziela - 10-17
  • Środa i sobota 10-19
  • W poniedziałki nieczynne

Wstęp:

  • Bilet normalny 9 EUR
  • Bilet ulgowy 4 EUR
Loading
Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Komentarze: (5)

Hannah Arendt i banalność wszystkiego

Notka przeleżała mi się już dobry miesiąc, głównie przez nieustanną walkę z programistycznymi twitami i związany z nią wyjazd do Meksyku. Na szczęście bieżąca kampania zbliża się do końca. Ale pojawiło się coś, czym muszę się podzielić. Był to pokazany przez arte film "Hannah Arendt". Nazwisko to oczywiście znałem, miałem też obowiązkowe skojarzenie z banalnością zła, ale jakoś tak się złożyło że "Eichmanna w Jerozolimie" dotąd nie czytałem. Film był niezły, jak na film o kimś kto głównie siedzi i pisze albo wygłasza wykłady akademickie to trzymał w niezłym napięciu. I finałowa scena polemiki na wykładzie zachęciła mnie do sięgnięcia po książkę. Zwłaszcza że w filmie wszyscy bohaterowie dzieło komplementowali, nawet jeżeli fragmenty im się bardzo nie podobały.

No i książka rozczarowuje. Znaczy relacja z procesu Eichmanna jest interesująca (chociaż przygnębiająca), dowiedziałem się z niej sporo nowych rzeczy o karierze Eichmanna, jego aresztowaniu i procesie, mechanizmach Zagłady, różnicach między antysemityzmem w różnych krajach, itd., niestety relacja jest dość chaotyczna. Narracja leci jednym ciągiem bez żadnej strukturyzacji tekstu, rozdziały wynikają chyba tylko z pierwotnego podziału tekstu na odcinki drukowane w gazecie. No ale pewnie jako inżynier mam tu zbyt wysokie wymagania. Gorzej, że z książki niewiele mogłem się dowiedzieć na temat poddtytułowej tezy o "banalności zła". Słowo "banal*" występuje w całej książce zaledwie trzy razy i to w dużych odstępach. Brak jest jakiejś syntezy, chociaż takiej jak pojawiła się w filmie. Film jest zazwyczaj gorszy od książki, więc sądziłem że finałowa scena wykładu to tylko okrojony wybór fragmentów z tekstu, tymczasem było to właśnie to, czego w tekście brakowało. W dodatku zasadniczą treścią sceny były wyjątki z polemiki z krytycznym listem, nie należącej do pierwotnego tekstu, a tylko dodanej w późniejszych wydaniach jako postscriptum.

Jako przyczynek do "banalności zła" film jest znacznie lepszy niż książka. Na przykład książka tylko wspomina o tym (dwa razy), że Eichmanna na procesie pytano czy zabiłby swojego ojca gdyby Führer kazał, film zawiera oryginalne nagranie filmowe z procesu i pokazuje cały dialog, bardzo mocny zresztą. A akurat ten dialog bardzo dobrze ilustruje tezę autorki, naprawdę nie rozumiem dlaczego w książce nie został przytoczony. W praktyce to podtytuł "Rzecz o banalności zła" jest bardziej efektowną reklamą, niż oddaje treść książki. To znaczy książka jest też o tym, ale uzasadnienie tezy jest tylko "do samodzielnego montażu" - trzeba samemu znaleźć w książce odpowiednie argumenty i zsyntetyzować własnoręcznie. Niecierpliwym polecam jednak film. A pozostałym i książkę, i film, raczej zaczynając od filmu.

Teraz może coś o samej tezie. Autorka przed procesem Eichmanna była przekonana że zło zawsze jest "radykalne", a proces przekonał ją, że może być "banalne". Banalność miała postać niezbyt rozgarniętego i zapatrzonego w siebie nieudacznika Eichmanna, człowieka zupełnie przeciętnego i nudnego, który zza biurka zorganizował logistycznie zabicie milionów ludzi, nie potrafiąc przy tym odróżniać dobra od zła. Ja jakoś nie jestem przekonany, żeby zjawisko było takie nowe - przecież już w Rzymie cezarów jacyś przeciętni i nudni urzędnicy zza ówczesnych odpowiedników biurek organizowali zaopatrzenie legionów idących wyrzynać zbuntowaną ludność tu czy tam. I nie trzeba zaraz nikogo wymordowywać, normalne korpo też opiera się na takich ludziach, którzy zrobią wszystko co im się każe, bez zastanawiania się nad etyką. Patrz aktualny skandal dieslowski Volkswagena - przecież tam z całą pewnością nikt nie zrobił nic z uświadomionej złośliwości, czy innych niskich pobudek. Wszyscy robili to, co uznawali za dobre, każdy w swoim kawałku, najwyżej leciutko naciągając zasady, bo zawsze znalazły się jakieś usprawiedliwiające okoliczności. Przecież ja też robię w takim korpo i bywam na przykład na zebraniach z udziałem szefa całej fabryki. I to jest taki sam chłopek-roztropek jak ten uwieczniony na materiałach filmowych z procesu Eichmann. Praktycznie każdy rodzaj działalności ludzkiej wymaga współdziałania w większym zespole, skutki decyzji podejmowanych na wielu stanowiskach pojawiają się często o wiele później i zupełnie gdzie indziej. Odpowiedzialność się rozmywa, łatwo jest powiedzieć sobie jakieś "ja tylko..."  I tak będzie zawsze.

Jedno tylko mnie niepokoi. Banalny i przeciętny Eichmann był idealnym zwolennikiem dowolnej dyktatury. On nigdy nikogo nie zabił, ale zabiłby swojego ojca gdyby Führer powiedział że to zdrajca i trzeba go zabić. Ja rozumiem że tacy ludzie istnieją, jest ich w populacji całkiem spory procent i trzeba z tym żyć. Tylko ostatnimi czasy znowu udaje się różnym takim ich skutecznie zmobilizować. Świat nie idzie w dobrym kierunku. Tylko co na to poradzić?

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Pomyślmy

Komentarze: (10)

Marzenie o olimpiadzie

Obejrzałem wczoraj na arte ciekawy program - film dokumentalny "Der Traum von Olympia" ("Marzenie o olimpiadzie") - i muszę się podzielić.

Film opowiada historię olimpiady 1936 w Berlinie z punktu widzenia dwóch osób:

  • Wolfganga Fürstnera - jednego z głównych jej organizatorów, oficera Wehrmachtu odpowiedzialnego za organizację i działanie wioski olimpijskiej
  • Gretel Bergmann - lekkoatletki niemieckiej pochodzenia żydowskiego

Obu tych historii nie znałem, obie są bardzo znamienne i interesujące.

Najpierw o formie: Film zrobiony jest jako fabularyzowany dokument, zdjęcia dokumentalne opatrzone są pierwszoosobowym komentarzem obu bohaterów, w scenach aktorskich bohaterowie często zwracają się wprost do kamery z ich monologami wewnętrznymi. Ogólnie konwencja całkiem ciekawa. Klamra fabularna została wzięta z "Bulwaru Zachodzącego Słońca" - zaczyna się to od pierwszoosobowego monologu martwego ciała w jeziorze, kończy na scenie śmierci.

Teraz o faktach. Wolfgang Fürstner był zaangażowanym i wierzącym w narodowy socjalizm oficerem Wehrmachtu, na tyle sprawnym organizatorem, że powierzono mu organizację wioski olimpijskiej. Wymyślił on wiele z różnych chwytów, dzięki którym olimpiada 1936 w Berlinie stała się wielkim sukcesem propagandowym, Wtedy właśnie zaczęło się wykorzystywanie sportu do propagowania ideologii, zwłaszcza totalitarnych i do dziś na każdej olimpiadzie (zwłaszcza w kraju z jakąś dyktaturą, ale nie tylko) wiele rzeczy robi się dokładnie tak samo.

Fürstner przeprowadził swoje koncepcje żeby wszystko wyglądało maksymalnie pokojowo wbrew swojemu oponentowi - Wernerowi von Gilsa, który chciał żeby porządku na olimpiadzie pilnowało umundurowane wojsko dowodzone przez niego. Natomiast Fürstner zaangażował do tego zadania umundurowanych na biało synów oficerów armii i bardzo pilnował, żeby w wiosce olimpijskiej nie pojawiały się swastyki. Fürstner bardzo się starał, wierząc że będzie to wstęp do jego wielkiej kariery w Rzeszy. Ale już w trakcie organizacji olimpiady uchwalono "Ustawy Norymberskie" i zaczęto grzebać w życiorysach. I w sposób całkowicie niespodziewany znaleziono Fürstnerowi dziadka w Wehrmachcie że jego dziadek był przechrzczonym Żydem. Wbrew pozorom skłoniło to Fürstnera do jeszcze większych starań, bo wierzył on że jak wszystko pójdzie perfekcyjnie to nieprawomyślne pochodzenie zostanie mu zapomniane.

Ale tak nie było. Krótko przed otwarciem olimpiady zdegradowano Fürstnera do zastępcy komendanta wioski olimpijskiej (komendantem został jego konkurent Werner von Gilsa) pod pozorem że jak był dzień otwarty w wiosce to zwiedzający coś popsuli. Fürstner zrobił dobrą minę do złej gry i perfekcyjnie przeprowadził wszystko do końca z uśmiechem na ustach. Trzy dni po zakończeniu olimpiady został jeszcze odznaczony Niemieckim Olimpijskim Medalem Honorowym pierwszej klasy, a po imprezie na cześć uhonorowanych się zastrzelił.

Teraz druga linia narracji: Gretel Bergmann miała wielkie szanse na medal w skoku wzwyż, ale mieszkała w Anglii i miała wystartować w jej barwach. Wezwano ją więc do Niemiec (grożąc represjami dla rodziny jeżeli nie przyjedzie) i posłano na treningi z innymi sportowcami niemieckimi. Tyle że w ostatnim momencie odmówiono jej prawa do startu. I na koniec Niemcy zdobyły w skoku wzwyż medal srebrny.

Obie te historie zadedykowałbym ludziom znającym się na czymkolwiek, starającym się zrobić karierę w jakiejkolwiek dyktaturze, nawet raczej łagodnej (jak na razie), w stylu PiSowskim. Dyktatura to bardzo marny ustrój - może i na początku radzi sobie lepiej i sprawniej niż rozlazła demokracja, ale na dłuższą metę nie może być lepsza. Jeżeli nawet najlepszy fachowiec może w każdym momencie popaść w niełaskę, i to również z przyczyn całkowicie niezależnych od niego, to jeżeli tylko można, lepiej dla fachowca byłoby wybrać jakiś inny system. A i sam system dobrowolnie rezygnuje z zaangażowanych w niego fachowców pod byle pozorem - tak nie można wygrać, niektórzy ludzie są naprawdę niezastąpieni.

Los bohaterów jest też charakterystyczny: Fürstner zabił się już 1936, von Gilsa popełnił samobójstwo w 1945 po wpadnięciu w niewolę radziecką, a Gretel Bergmann która przeniosła się do USA, zdobyła tam kilka tytułów w różnych dyscyplinach sportu i żyje do dziś (ma 102 lata). Dyktatura nie jest zdrowa.

Na arte będą jeszcze dwa powtórzenia tego filmu, jedno za godzinę (niedziela 17.07. o 15:25), jedno w piątek 05.08. o 9:25, ale z pewnością można będzie go jeszcze nie raz zobaczyć.

I jeszcze dodam, że wioska olimpijska jeszcze istnieje i można ją zwiedzać. Kiedyś się wybiorę (ale będzie to raczej dopiero koło najbliższej Wielkanocy)

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Pomyślmy, Telewizja

Komentarze: (4)

Egzamin na obywatela (Einbürgerungstest)

Już dość dawno temu obiecałem notki na temat procedury zdobywania obywatelstwa niemieckiego. Ostatnio nie mam za bardzo czasu na pisanie - już wkrótce następne wakacje, a jeszcze nie wszystkie polecanki z poprzednich się pojawiły, parę innych notek też pozaczynanych ale nie skończonych - ale aktualny splot wydarzeń skłonił mnie do wzięcia się za ten akurat temat. Z pewnością komuś się przyda.

Jednym z istotnych dokumentów które trzeba dołączyć do wniosku o obywatelstwo niemieckie jest zaświadczenie o zdaniu "egzaminu na obywatela" - Einbürgerungstest. Test ten pojawił się jako obowiązujące wymaganie nie tak dawno, w roku 2008. Pamiętam dyskusje kiedy go wprowadzano. Było to mniej więcej w tym samym czasie, kiedy CSU wymyśliło że "multi-kulti" to bzdura i nowi obywatele mają uznawać niemiecką "Leitkultur" ("kulturę przewodnią"). Dopiero zaczęło się naśmiewanie - bo co to jest właściwie "deutsche Leitkultur"? Czy wszyscy nowi obywatele mają mieć obowiązek oglądania RTL-u? I czy mówiący dialektem bawarskim politycy CSU mieszczą się w ogóle w "niemieckiej kulturze przewodniej"?

Podobne pytania pojawiały się kontekście Einbürgerungstestu, zwłaszcza pytań o historię. Ocena wielu wydarzeń i postaci nie jest jednoznaczna, czy pytania nie będą sugerować jakiejś konkretnej wizji historii Niemiec?  No ale to było już dość dawno, potem sprawa mnie nie interesowała i pytania obejrzałem dopiero teraz.

Teraz może o kwestiach technicznych: Podczas testu trzeba odpowiedzieć na 33 pytania wybrane z katalogu 3oo pytań obowiązujących dla całego kraju + 10 specyficznych dla landu, w którym test jest zdawany. Odpowiedzieć poprawnie trzeba na przynajmniej 17, czyli powyżej 50%. Nie są to jakieś wygórowane wymagania. Jeżeli ktoś śledzi wiadomości i chociaż pobieżnie orientuje się w historii nie powinien mieć problemów z zaliczeniem. Wszystkie pytania wraz z odpowiedziami dostępne są w sieci ( na przykład TUTAJ), można sobie poćwiczyć, można też sobie wziąć kurs przygotowawczy w Volkshochschule (o Volkshochschulach muszę kiedyś napisać notkę). Test jest pojedynczego wyboru, na papierze, każdy zestaw pytań na sali jest inny. Wydrukowane formularze są generowane dla każdego kandydata specjalnie i imiennie w jakimś bardziej centralnym urzędzie, więc nie można liczyć na zrobienie testu w stylu "dziś decyzja, jutro test" - zgłosić się trzeba na minimum jakieś 4 tygodnie przed testem. Z testu zwolnieni są kandydaci na obywateli, którzy chodzili/chodzą w Niemczech do szkoły i (będą) mieli w szkole przedmiot "polityka", na którym się te tematy omawia.

Egzamin kosztuje 25 EUR, jakby miał nie wyjść (chociaż dobrze ponad 90% przystępujących go zdaje) można go powtarzać do woli. Jedyny problem jest taki, że terminy są dość rzadko, co 2-3 miesiące, jeżeli komuś się spieszy to radzę posprawdzać w VHS-ach w okolicy (byle w tym samym landzie, w którym chcemy złożyć wniosek o obywatelstwo.

Teraz coś o pytaniach. Należą one do paru grup:

  • Pierwsza to pytania ogólnoustrojowe. Trójpodział władzy, zadania każdej z tych władz, uprawnienia podstawowych organów władzy, itp.
  • Druga to ogólne zasady organizacji społeczeństwa, pytania typu "od której jest cisza nocna" albo "jaki organ jest kompetentny w takiej a takiej sprawie obywatela".
  • Trzecia to te pytania landowe
  • Czwarta to pytania historyczne, nie sięgające zbyt daleko w przeszłość
    • Parę pytań dotyczy zjednoczenia Niemiec i powstania hymnu
    • Sporo pytań dotyczy lat 1933-1945. Wszystkie odpowiedzi są bezdyskusyjne, bo z tym że była to dyktatura i jakie prawa obywatelskie były wtedy ograniczone musi zgodzić się najbardziej nawet zagorzały neonazista.
    • Następna grupa to strefy okupacyjne po WWII, powstanie RFN itd.
    • Dużo jest pytań dotyczących NRD

Generalnie pytania dotyczą faktów, nie ocen i nie bardzo jest się do czego przyczepić. Fachowi krytycy czepiają się niedoskonałej precyzyjności dwóch czy trzech, ale bez przesady, uważam że nieźle im to wszystko wyszło.

Ciekawostką jest, że zwłaszcza przy pytaniach ogólnoustrojowych bardzo często jedna odpowiedź błędna byłaby poprawna w przypadku NRD. Nie wiem, dla kogo miałaby to być zmyłka, chyba tylko dla kogoś kto wziął pierwszą książkę z brzegu na ten temat i akurat trafiłby na NRD-owską.

A ta aktualna okazja z której powodu jest notka to nie tylko Brexit, ale przede wszystkim to, że wczoraj przyszły zaświadczenia o zdanym teście. Twierdzili, że aktualny czas oczekiwania na wynik to 5-6 tygodni, bo takie obciążenie, a wyniki przyszły już po 10 dniach. Albo tak szybko odrobili zaległości (w co nie bardzo wierzę), albo potraktowali nas preferencyjnie (co jest całkiem możliwe).

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (4)

Żegnaj NRD: Carl Zeiss i meandry XX-wiecznej polityki

W poprzedniej notce gość, Andrzej Jamiołkowski, zadał kilka ciekawych pytań dotyczących firmy Carl Zeiss Jena:

Jakim cudem taka firma do końca NRD istniała, czemu dziś ta firma już przyrządów dla chemików nie oferuje i co to za firma ZEISS, która była [ chyba ] wówczas obecna na rynku zachodnim i czemu budowę przyrządów zapoczątkowanych w NRD dziś kontynuuje inna firma – AnalitykJena już nie mająca Zeiss w nazwie.

Pytania te podzieliłbym na dwie grupy:

  1. Jak skomplikowana była historia firmy założonej przez Carla Zeissa?
  2. Jak w NRD mogła istnieć firma na poziomie?

Na pytanie drugie odpowiem w kolejnej notce - bo to znowu dłuższy temat. Dziś zacznę od pytania pierwszego. Cokolwiek o firmie Carl Zeiss Jena już pisałem w kontekście aparatów fotograficznych, teraz dokładniej.

Ogólnie cała ta historia jest mocno NRD-owska, trochę podobna do historii marek Horch, BMW/EMW czy Agfa/ORWO..

Firmę założył w Jenie w roku 1846 oczywiście Carl Zeiss - mechanik pochodzący z Weimaru. Firma produkowała urządzenia mechaniczno-optyczne, głównie mikroskopy. Zeiss miał jednak poważny problem: Mikroskopy były robione na zamówienie, każdy był inny, a Zeiss nie potrafił przewidzieć konstrukcji optycznej każdego egzemplarza przed jego zrobieniem. Musiał za każdym razem eksperymentalnie zestawiać soczewki aż do uzyskania pożądanego efektu. Brakowało mu teorii takich układów. Dlatego w roku 1866 rozpoczął współpracę z Ernstem Abbe - profesorem fizyki na uniwersytecie w Jenie. Po kilku latach pracy profesorowi Abbe udało się opracować teorię mikroskopu optycznego i to był początek sukcesu firmy Zeissa.

Później Zeiss wspólnie z chemikiem Otto Schottem (nie ma wpisu w Wiki po polsku) rozwiązali następny problem - uruchomili oni w Jenie produkcję specjalnego szkła na soczewki. Schott to szkło borosilikatowe (zwane do dziś szkłem jenajskim - Jenaer Glas) wynalazł. Produkowała je jego firma Jenaer Glaswerk Schott, istniejąca do dziś jako Schott AG. W roku 1875 Zeiss zaoferował Ernstowi Abbe udziały w jego firmie.  Carl Zeiss zmarł w roku 1888, a firmę przejął jego syn Roderich. Natomiast Abbe utworzył fundację Carl-Zeiss-Stiftung, do której przekazał swoje udziały, później swoje części przekazali fundacji również Otto Schott i Roderich Zeiss. Fundacja stała się tak właścicielem całego koncernu, złożonego z zakładów Zeissa i Schotta. Abbe wybrał formę fundacji, bo jako jeden z celów statutowych chciał zapisać działalność społeczną. (Uwaga: polska wiki w haśle Ernst Abbe twierdzi, że w 1888 Abbe został wyłącznym właścicielem zakładu Zeissa, ale to bzdura, ktoś nic nie zrozumiał)

Przedwojenne logo Carl Zeiss Jena

Przedwojenne logo Carl Zeiss Jena

Firma rozwijała się świetnie, a potem przyszły wojny światowe, które jeszcze bardziej napędziły koniunkturę na sprzęt optyczny. Do Hitlera zarząd firmy był nastawiony chłodno - doszło do poważnych konfliktów z nowa władzą na tym tle, ale potem zostali spacyfikowani (na szybko nie znalazłem szczegółów). No i na koniec byli mocno umoczeni - pracowało u nich mnóstwo robotników przymusowych, produkcja była prawie wyłącznie zbrojeniowa. Z drugiej strony firmie o takim profilu trudno oprzeć się naciskowi dyktatury, co najwyżej można robić tak jak Bahlsen,

W końcu wojny Turyngię zajęli Amerykanie i oczywiście zaraz zabrali zarząd, fachowców i sporo dokumentacji technicznej do Heidenheimu w Würtembergii. A po wymianie stref okupacyjnych Rosjanie zarekwirowali zakład i wywieźli niemal 100% wyposażenia w ramach reparacji wojennych. Równolegle w Oberkochen koło Heidenheimu wywieziony zarząd i fachowcy założyli nowy zakład, nazwany "Opton". Początkowo przedsięwzięcie to było wspierane i finansowane przez Carl-Zeiss-Stiftung z Jeny - podziału Niemiec nikt na początku nie przewidywał. Potem przekształcono resztki zakładu w Jenie w państwowy VEB Carl Zeiss Jena. Forma prawna Carl-Zeiss-Stiftung nie zmieniła się, ale zakres działalności fundacji przykrojono do działalności społecznej. Wtedy firma Opton zaproponowała przeniesienie siedziby Carl-Zeiss-Stiftung do Heidenheimu, co zrealizowano w roku 1949. Ale nie całkiem, bo fundacja w Jenie nie zaprzestała działalności. Za to Opton przemianował się na Carl Zeiss (1951). I tak wszystkie części koncernu (fundacja, Carl Zeiss i Schott) zaczęły mieć dwie wersje - wschodnią i zachodnią. Na początku to nawet działało - Jena udostępniała dokumentację techniczną i fachowców części zachodniej, w zamian te firmy udostępniały Jenie dokumentację swoich nowych projektów.

 

Logo VEB Carl Zeiss Jena

Logo VEB Carl Zeiss Jena

Logo Zeiss - Niemcy zachodnie

Logo Zeiss - Niemcy zachodnie

 

Problemy zaczęły się w roku 1953, kiedy to kierownictwo NRD zakazało bezpośrednich kontraktów między firmami NRD-owskimi a zachodnimi. Kontakty były dozwolone tylko za pośrednictwem przedsiębiorstwa Elektronik VE AHB - był to Außenhandelsbetrieb, odpowiednik polskich central handlu zagranicznego. Centrala ta używała na rynkach zagranicznych marki "Carl Zeiss", co nie spodobało się fundacji z Zachodu. Fundacja akceptowała używanie tej marki przez siostrzaną firmę ze Wschodu, ale tu w grę weszła firma trzecia. Fundacja zażądała wyłączności na markę Carl Zeiss, na co NRD-owcy stwierdzili, że to przecież oni mają prawdziwego Carla Zeissa - a nie jakieś nowo założone popłuczyny - i to oni powinni mieć wyłączność. Sprawa trafiła do sądu i wywołała całą lawinę procesów w różnych krajach. No i sądy w różnych krajach rozstrzygały raczej politycznie - zachodnie przyznawały rację stronie zachodniej, wschodnie wschodniej. Wszystkie te procesy kosztowały kupę szmalu, w końcu, w roku 1971 zawarto kompromis: Obie firmy miały prawo używać nazwy "Carl Zeiss" w swojej strefie - Jena w bloku wschodnim,. Oberkochen na Zachodzie. Produkty z NRD produkowane na Zachód miały mieć markę "Jenoptik" (inne źródła mówią że miało być "aus Jena", a "Jenoptik" było wcześniej, nie potrafię ocenić które mają rację), a zachodnie na wschód "Opton". W 1980 Schott z Jeny zrezygnował z "Schott" w nazwie, a zachodni z "Jenaer". I tak się to dokręciło do zjednoczenia.

Porozumienie to było o tyle ciekawe, że w innych wypadkach NRD-owcy raczej odpuszczali sobie i rezygnowali ze spornej marki. BMW bez wielkiego problemu zmieniono na EMW, z Horcha zrezygnowano bez większego gadania (a sytuacja była przecież prawie identyczna jak w przypadku Zeissa), Agfę zmieniono na ORWO wręcz z entuzjazmem. A tu trzymano się nazwy zębami i pazurami.

W NRD firma VEB Carl Zeiss Jena była technologicznie przodująca jak na blok wschodni i robiła bardzo przyzwoite rzeczy, na przykład kamery do radzieckiego programu kosmicznego albo znane na świecie projektory do planetariów (rzecz bardzo niszowa, ale ciekawa i z bajerami). Firma z Jeny rozrosła się wręcz do koncernu - podporządkowano jej wiele zakładów w branży zaawansowanej technologii.  Nawet układy scalone pamięci DRAM 1 Mbit - szczytowe osiągnięcie NRD w tej branży - zrobiono w zakładach VEB Carl Zeiss Jena.

Projektor w planetarium w Jenie, produkt firmy Carl Zeiss Jena

Projektor w planetarium w Jenie, produkt firmy Carl Zeiss Jena Autor: Karsten3000, Żródło: Wikipedia niemiecka

 

Logo Zeiss po zjednoczeniu

Logo Zeiss po zjednoczeniu

Po zjednoczeniu zachodni Carl-Zeiss-Stiftung przejął zakłady ze Wschodu. Ale wkrótce przeszedł poważny kryzys, co spowodowało falę zwolnień i wydzielenie produkcji w wielu specjalnościach do samodzielnych firm. I to jest odpowiedź na pytanie, dlaczego produkcję sprzętu analitycznego robi dziś firma bez Zeissa w nazwie - to właśnie taka firma pochodna.

W następnej notce odpowiedź na pytanie drugie: "Jakim cudem taka przyzwoita firma istniała w NRD".

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Skomentuj

Serdeczne gratulacje i podziękowania dla PiS-u

Nie, drodzy czytelnicy, wzrok Was nie myli. Chciałem z tego miejsca serdecznie pogratulować i podziękować PiS-owi. Dokonali oni tego, co przez kilkanaście lat nikomu się nie udało - skłonili mnie do podjęcia decyzji o wystąpieniu o obywatelstwo niemieckie. Wcześnie uważałem to za sprawę bez znaczenia - polskie, niemieckie, jedyna różnica to to, w jakich wyborach mogę głosować. Teraz sytuacja w Polsce idzie w taką stronę, że niczego nie można być pewnym i lepiej się zabezpieczyć. Dziękuję wam serdecznie, tak w sumie to mi ulżyło.

Decyzja została podjęta parę tygodni temu, a w międzyczasie pojawiło się ten klip:

Autorem piosenki i klipu jest Jan Böhmermann, ten sam który ostatnio wkurzył Erdogana. O tej sprawie w dalszej części notki, teraz wróćmy do klipu o Niemcach.

Ten klip pozwolił mi zemocjonalizować moją decyzję. Nie zracjonalizować - decyzja jest w 100% racjonalna, ja w ogóle jestem zazwyczaj racjonalny do bólu - tylko właśnie zemocjonalizować. Tekst uważam za genialny - to są właśnie moje wartości, podane w formie jaką lubię (zestawienie Lindemann + imperatyw kategoryczny, piękne). Uwielbiam być miły, kask rowerowy i kurtkę Jacka Wolfskina mam, Birkenstocków nie, ale żona ma dwie pary więc średnia się zgadza. Proud of not being proud, śliczne. Ja chcę żyć wśród ludzi myślących w ten sposób.

Nie, no oczywiście nie jestem naiwny i zdaję sobie sprawę, że masa ludzi w Niemczech myśli inaczej, daleko nie szukając w komentarzach pod klipem fala hejtu też się wylewa. Ale mainstream to jest to, co w klipie. Manifestacje anty-Pegidowe są tu zawsze większe od Pegidowych.

I jeszcze polemika uprzedzająca, gdyby ktoś wyskoczył z zarzutami że zostawiam swój kraj w potrzebie, że trzeba wracać i walczyć. Ja już raz wróciłem. W 1989. Część kolegów i koleżanek ze studiów wybrała inaczej. Poświęciłem dziesięć lat mojego życia na budowanie kraju właściwych wartości, ale wiele z tego nie wyszło. Znaczy owszem, co nieco powstało, tu i tam rękę przyłożyłem, założyłem rodzinę, ale szło tak ciężko że musiałem wyemigrować. Cały czas staram się propagować moje wartości - przecież między innymi i po to prowadzę tego bloga - i będę to robił dalej. Ale sorry, byt i bezpieczeństwo rodziny na pierwszym miejscu.

O technicznej stronie wyrabiania obywatelstwa niemieckiego będę pisał w miarę postępów sprawy. A teraz trochę o aktualnej aferze Böhmermann vs. Erdogan. EDIT: Zaktualizowałem 15.04.2016

Tekst o który poszło był rzeczywiście mocny - był to w zasadzie stek wyzwisk dochodzący aż do "kozojebcy". Z tym że Böhmermann nie jest amatorem i ujął go w niezbędny  cudzysłów - tekst padł w skeczu, w którym wyjaśnia on Erdoganowi (granemu przez innego komedianta) co w Niemczech w ramach swobody wypowiedzi wolno, a co nie. Była to ewidentna prowokacja - podobno Erdogan składa średnio dwa pozwy o zniesławienie dziennie, tyle że zazwyczaj u siebie w kraju. Tu też złapał haczyk i pozew złożył. Sytuacja jest dość skomplikowana:

  • W Niemczech istnieje przepis o ochronie dobrego imienia głów obcych państw. Przepis jest wyraźnie przestarzały (pochodzi z roku 1871, jeszcze z czasów cesarstwa!), ale jest. Zresztą w Polsce też taki jest, z tego paragrafu skazano Jerzego Urbana za obrazę JP2. Na moje niefachowe oko bezprawnie - bo w polskim przepisie jest wymaganie wzajemności, a jakoś nie jestem przekonany że w prawie Watykanu jest zapis o ochronie czci prezydentów innych krajów. W przepisie niemieckim wzajemność jest, jest też wymaganie żeby rząd się zgodził na rozpoczęcie postępowania.
  • Jeszcze istotna informacja: Böhmermann pracuje dla telewizji publicznej, co dla dyktatorka pokroju Erdogana może się równać "rządowej".
  • Rząd niemiecki ma zagwozdkę, bo jak Böhmermann zostanie skazany to podniesie się larum o dławieniu wolności wypowiedzi, a jak nie - to Erdogan się obrazi i może być ciężko z porozumieniem z Turcją w sprawie uchodźców.
  • Dziś (15.04.2016) rząd się zgodził na rozpoczęcie postępowania, według mnie słusznie, bo od rozstrzygania takich spraw jest sąd, a nie polityka. SPD protestuje, ale dla mnie odmowa byłaby instrumentalizacją prawa, niegodną lewicy.
  • Nie orientuję się w praktyce orzecznictwa niemieckiego w takich sprawach (zresztą zdaje się ten że ten przepis nie jest zbyt często używany) ale podejrzewam że sąd i tak rozstrzygnie że konstytucyjny zapis o wolności wypowiedzi ma wyższą rangę niż przepis niższego rzędu o obrazie majestatu. A ten jego cudzysłów zmienia kwalifikację czynu z obrazy na satyrę, która w stosunku do polityków jest jak najbardziej dopuszczalna.
  • Do samego Böhmermanna specjalnych pretensji bym nie miał. Tekst był co prawda nawet nie po bandzie, a wręcz poza nią, ale jako skuteczne zwrócenie uwagi że nie wszystko w relacjach z Turcją jest w porządku (jak próbuje udawać rząd) jest OK. Takie jest w końcu zadanie błaznów.
  • Pojawiają się spekulacje, że najlepszą metodą wyjścia z sytuacji byłoby szybkie zlikwidowanie przepisu, co podobno zamknęłoby również biegnące sprawy. Chyba rzeczywiście to byłoby dobre rozwiązanie.
  • Niezależnie od przepisu o obrazie majestatu Erdogan wniósł też sprawę cywilną o obrazę, ale też nie sądzę żeby coś ugrał. Tyle że tutaj nie da się załatwić sprawy likwidacją przepisu - sąd i tak będzie się musiał tym zająć.

To nie jest pierwszy problem satyryków niemieckich z głowami innych państw. "Kartofle" pewnie wszyscy pamiętają, ale to był drobiazg. Z grubszych rzeczy pamiętam jak w latach 80-tych Rudi Carell miał program "Rudi's Tagesshow" parodiujący wiadomości "Tagesschau".  W jednym z programów sparodiował on Chomeiniego, co skończyło się wyrzuceniem niemieckich dyplomatów z Iranu. Rudi Carell dał sobie wkrótce po tym wydarzeniu spokój z tym programem, uważam że niesłusznie.

Tutaj rzeczony fragment Rudi's Tagesshow:

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (9)

Jak to się robi w Niemczech: Zbytki biskupów (4)

Wracam do tematu biskupa Limburga, bo wracając z kraju przez konsulat w Kolonii odwiedziłem Limburg. W związku z tym mam własne wrażenia i własne zdjęcia.

Stare miasto w Limburgu jest bardzo ładne i bardzo zabytkowe.

Limburg - Stare Miasto

Limburg - Stare Miasto

A potem dochodzimy na wzgórze do katedry. Katedra jest z XII wieku, ze schyłkowego okresu stylu romańskiego, już z elementami gotyckimi. Interesująca architektura, nie kojarzyłem takiego sposobu budowania ze stylem romańskim. Na mój gust trochę zbyt pstrokata, ale podobno to odtworzone oryginalne malowanie.

Limburg - Katedra

Limburg - Katedra

A obok katedry znajduje się teren pałacu biskupiego. Oczywiście nie można było wejść do środka - parę razy taka możliwość była, ale mam co robić i nie będę specjalnie po to jeździł osiemdziesięciu kilometrów w jedną stronę. Ale można było wejść do muzeum diecezjalnego (na poniższym zdjęciu błędnie zaznaczonym numerem 7, ale może potem zmienili - teraz to budynek między 7 a 8) i przespacerować się po prywatnym ogrodzie biskupa (8).

Przypominam zdjęcie terenu z góry (chyba z wieży katedry)

Nowa rezydencja biskupa Limburga

Nowa rezydencja biskupa Limburga

Na podstawie tego zdjęcia wyobrażałem sobie, że teren jest spory. A tymczasem to wszystko jest po prostu malutkie! Ten prywatny ogród biskupa (8) za 175 + 790 tysięcy = blisko milion euro ma 20x25 metrów (zmierzone na Google Maps)! Gdzie na tym placyku udało mu się upchnąć tyle szmalu to naprawdę nie wiem. Przecież to 2000 eur/m2 - pół tego co chcą za mieszkanie w mojej, drogiej dzielnicy.

Limburg - prywatny ogród biskupa, za w sumie blisko milion euro

Limburg - prywatny ogród biskupa, za w sumie blisko milion euro

Brama za czterdzieści dziewięć tysięcy (między 1 a 2) jest może i w ponadprzeciętnym standardzie, ale normalnie pospawana z płaskowników, nic superspecjalnego, biskup albo dał się ordynarnie orżnąć na kasie, albo był jak nowy ruski ("Zobacz, kupiłem ten krawat za pięćdziesiąt tysięcy" - "Ty durak, wiem gdzie takie same krawaty można kupić za osiemdziesiąt tysięcy!")

Limburg - brama za 50.000 EUR

Limburg - brama za 49.000 EUR

Prywatna kaplica biskupa (5) obłożona płytami z jakiegoś super drogiego kamienia, które sobie na podstawie zdjęć wyobrażałem jako wypolerowane na błyszcząco, po trzech latach jest całkiem matowa od jakichś glonów czy innych porostów. Za następne kilka lat będzie z pewnością całkiem ohydna.

Limburg - prywatna kaplica biskupa

Limburg - prywatna kaplica biskupa

Teraz wnioski:

  1. Nie nadaję się na reportera. Znowu przy pisaniu notki okazało się, że zdjęcia powinny być całkiem inne, a tych właściwych nie zrobiłem.
  2. Społeczeństwo zrobiło jednak wieeeelki postęp od czasów średniowiecza. Jak źle nie działałyby dzisiejsze świeckie korporacje i świecka polityka, to i tak jest znacznie lepiej niż struktury feudalne. Tyle że kościół tego nie wie.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (2)

Jak to się robi w Niemczech: Repair Cafe

Od zawsze uwielbiam naprawiać wszystko, co zepsute. Tu powinna nastąpić dłuższa opowieść z dygresjami, ale ostatnio mam sporo różnej roboty i za dużo pisać mi się nie chce, więc od razu do rzeczy:

Już pewien czas temu usłyszałem o ciekawej inicjatywie - nazywa się to Repair Cafe. Gdzieś w jakichś publicznych pomieszczeniach zbiera się kilku fachowców od naprawiania, a ludzie przynoszą tam różne zepsute, ale rokujące nadzieję rzeczy do naprawy. Cel jest taki, żeby nie wyrzucać zaraz i nie kupować nowego bez sensu. Taka tam działalność antysystemowa i proekologiczna. Ostatnio coś takiego zaczęto urządzać w naszej dzielnicy, więc zabrałem trochę narzędzi i poszedłem już na pierwsze spotkanie. Zabrałem syna - to przecież świetna okazja żeby zobaczył parę ciekawych urządzeń w środku i popróbował naprawiać.

Podobne spotkania odbywały się tu i ówdzie już od kilkunastu lat, a w 2009 holenderska dziennikarka Martine Postma opracowała jednolitą koncepcję którą nazwała właśnie Repair Cafe, i udostępniła ją w sieci na zasadzie licencji franchisingowej. Założenie swojej Repair Cafe kosztuje jednorazowo 49 EUR, dostaje się za to podręcznik i zestaw reklamowy (jako pliki, tylko wpisać adresy/terminy i dać do druku). Zarejestrowane Repair Cafe dostają oczywiście również reklamę na stronie inicjatywy i mogą za pół ceny kupić podstawowy zestaw narzędzi (bardzo porządny, na przykład pincety w zestawie są najlepsze jakie w ręku miałem). Rzecz jest w tej chwili na fali w kilku krajach (głównie europejskich), w samych Niemczech jest już podobno ponad 500 opartych na tej koncepcji inicjatyw. Interesują się tym też media - na pierwszym i drugim spotkaniu było trochę dziennikarzy z prasy i radia i jakiś wyższy urzędnik z zarządu miasta. Jakoś na zdjęcie w gazecie się nie załapałem, ale może i dobrze.

Repair Cafe

Repair Cafe

W naszej dzielnicy rzecz odbywa się w domu parafialnym parafii katolickiej, ale nie jest formalnie związana z kościołem. W innych dzielnicach spotkania odbywają się w pomieszczeniach miejskich (zazwyczaj Bürgerhaus - coś w rodzaju niegdysiejszych Domów Kultury), tyle że w naszej dzielnicy Bürgerhausu nie ma.

Repair Cafe

Repair Cafe

Spotkania odbywają się co miesiąc, ostatnio było już czwarte. Z fachowców przychodzą tam głównie jacyś elektronicy, paru gości robiących elektromechanikę i rowery, raz była pani z maszyną do szycia od napraw odzieży. My z synem specjalizujemy się w komputerach, ale nie gardzimy i elektromechaniką. No i obowiązkowo jest jeden z uprawnieniami do sprawdzania bezpieczeństwa użytkowania i odpowiednim sprzętem pomiarowym. Zainteresowanie jest spore i dość dobrze odzwierciedla strukturę fachowców - najwięcej do naprawy jest różnej elektroniki i zmechanizowanego sprzętu AGD. Rzadko przyjdzie ktoś z rowerem - ale w końcu jest zima, wiosną rowerów na pewno będzie więcej. Odzieży do naprawy było tyle co nic, więc pani z maszyną do szycia już nie przychodzi. Z komputerami jest różnie, czasem dużo, czasem mało.

Repair Cafe

Repair Cafe

Każdy "klient" podpisuje oświadczenie, że przyjmuje do wiadomości że to nie jest serwis i naprawa może się nie udać, a nawet może być gorzej niż było. Różne oświadczenia podpisują oczywiście też naprawiacze, wzory oświadczeń dostaje się w pakiecie startowym Repair Cafe (i to chyba jest najcenniejsze co się dostaje).

Repair Cafe

Repair Cafe

No i ogólnie to fajna zabawa, z różnymi ludźmi można pogadać, po naprawie wrzucają datki do puszki, czekając mogą też kupić sobie kawę czy ciasto. Za te datki kupuje się między innymi narzędzia - za każdym razem parę setek się zbiera, narzędzia na miejscu są coraz porządniejsze.

Ponaprawiałem jak dotąd na przykład takie rzeczy:

  • Notebooka z wyłamanym zawiasem. Wzięcie tego to był zły pomysł, na drugi raz będę od razu odmawiał. I tak nie da rady nic sensownego z tym zrobić, poza wywaleniem luźnych kawałków plastiku.
  • Pokazałem jednej pani jak wymienić HDD w notebooku. Jedną z idei Repair Cafe jest "pomoc dla samopomocy" - nauczenie ludzi jak mogą poradzić sobie sami.
  • Wymieniłem elektrolita w routerze WiFi - facet był dość kumaty, dał część i pokazał palcem gdzie wymienić, tylko lutować nie umiał i nie miał w domu lutownicy. Zadziałało.
  • Naprawiłem lampę sufitową z Ikei, halogenową z elektronicznym trafo. W trafo puścił jeden lut (na oko to był bardzo słabo przysmarowany cyną i od nowości trzymał się na tylko słowo honoru). Po przylutowaniu zadziałało.
  • Jedna pani przyniosła amplituner Kenwood (kupiony na ebayu) w którym wypadł przycisk wyłącznika zasilania. Przycisk był nieudolnie sklejony i pewnie zaraz po sklejeniu urządzenie poszło na aukcję. Akurat nie było kleju dwuskładnikowego na sali, zaproponowałem pani że nie włożymy przycisku, a włączać będzie się wkładając palec w otwór po przycisku i przyciskając wprost popychacz wyłącznika sieciowego. Pani rozwiązanie się spodobało i sprzęt można było uznać za naprawiony. Nie ma co się śmiać - to jest impreza non-profit dla ludzi nie wymagających perfekcji (a często i nie mających kasy na nówki). Liczy się, że działa.
  • Ostatnio z braku komputerów wzięliśmy stary rzutnik do przezroczy, na oko połowa lat 70-tych.  No i to była dłuższa historia:

Rzutnik z zewnątrz wyglądał bardzo solidnie. Obudowa full metal, stal, nie jakieś tam odlewane alu. Sterowany elektrycznie, kablowo. składany. Lampa świeciła, ale obiektyw był ciemny. Właściciel wyciągnął go z piwnicy, bo chciał wnukom przezrocza pokazać. Ale rzutnik wcale nie reagował na przyciskanie przycisków, a włożenie przezrocza w podajnik ręczny też nie działało - obiektyw ciemny. Po oględzinach rozkręciliśmy go i okazało się, że w środku jest cała masa nieprzejrzystej mechaniki, szczękały jakieś elektromagnesy, ale ruszało się niewiele. Po dłuższej kontemplacji spróbowałem pokręcić jednym takim dużym kołem zębatym, ale ruszało się bardzo ciężko. Zastał się po prostu, smar przestał działać. Poszukałem czegoś do smarowania (ten od rowerów miał), posmarowałem tu i ówdzie i coś zaczęło się ruszać, ale raczej niepewnie i wymagało pomocy. Posmarowałem jeszcze tu i tam - nawet zaczęło jako tako działać. Z naciskiem na jako tako - co pewien czas zacinało się, tak porządnie. Posmarowałem jeszcze parę miejsc i teraz zaczęło działać zbyt dobrze - nie chciało się zatrzymać we właściwym miejscu a chwilami wydawało dźwięki jak maszyna do szycia. Znowu musiałem pokontemplować mechanizm i wnioski były takie:

  • Napęd całości robi tylko jeden silnik indukcyjny kręcący wentylatorem promieniowym.
  • Z osi silnika/wentylatora odbiera napęd duże koło z gumowym bieżnikiem. No i jak to guma, po 40 latach tarcie o ośkę zrobiło się znikome.
  • Cała mechanika to jeden wielki facepalm. Wszystko opiera się na tym, że luz tu i tam jest taki, a nie inny. a w trakcie obrotu to i tamto akurat machnie się w jedną a nie w drugą i że smar ma taką, a nie inną lepkość. To nie ma szansy zadziałać niezawodnie bez wymiany bieżnika na nowy i jednej dużej, plastikowej krzywki, która ma takie spore pęknięcie. A i wtedy bez gwarancji.
  • Naprawa polegała na pokręceniu mechanizmem w takie położenie, żeby żarówka była odsłonięta (też jakieś luźne krzywki) i trwałym rozsprzęgleniu napędu (po prostu zdjąłem ten gumowy bieżnik). No i teraz można było zmieniać slajdy ręcznie. Właściciel był taki zadowolony, że wrzucił do puszki 30 euro.

A ja zacząłem się zastanawiać. To urządzenie z zewnątrz wyglądało supersolidnie, niby pełna profeska i wogle. Ale w środku może i solidne materiały, ale skonstruowane toto tak mniej więcej, jak soft w firmie w której robię - totalne amatorstwo doprowadzone do jakiego-takiego działania metodą prób i błędów i powiększaniem luzów. Mój syn zrobiłby lepszy mechanizm z Lego, serio. Przypominam sobie krajowe rzutniki marki bodajże Krokus - ich mechanika była głównie plastikowa, ale o wiele bardziej niezawodna i lepiej przemyślana. Nie wiem jak wygląda współczesny rzutnik produkcji chińskiej (o ile w ogóle coś takiego jeszcze w przyrodzie występuje), ale sądzę że też jest zrobiony lepiej.

Już od dawna mam wrażenie, że te "dawne dobre czasy (TM)" gdy wszystko było porządne, solidne, trwałe, prawdziwe, zdrowe, czy co tam jeszcze, to w dużym stopniu nasze projekcje. Badziewia zawsze było pełno, teraz po prostu mniej się je maskuje. Przynajmniej w konstrukcjach mechanicznych.

Ciekawe czy Repair Cafe pojawi się też w byłych demoludach.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (3)

Pastuchy i przestępcy pozbawieni wyższej kultury

Byłem na święta w kraju i niestety trochę mnie to całe szambo ubrudziło. A potem upubliczniły się wiadomości o różnych wydarzeniach w Sylwestra w Niemczech i szambo wybiło jak fontanna. Naprawdę muszę przestać zaglądać do polskiego Internetu, a przynajmniej na niektóre strony. No ale stało się, muszę się teraz trochę oczyścić i stąd notka na temat aktualny.

 Zacznę od paniki moralnej wylewającej się z sieci: "OMG przez uchodźców bezpieczne miasta robią się takie niebezpieczne". Chodzi oczywiście o plac przed dworcem kolejowym w Kolonii. Dlaczego mnie nie dziwi, że to mniemanie w większości pochodzi z Polski? Przecież większość głoszących to ludzi nigdy nie była w Niemczech, a zwłaszcza w okolicy jakiegoś dworca.

No mać, mać, mać, serio ktoś kto był koło jakiegoś większego dworca kolejowego w dużym mieście w Niemczech uważa to miejsce za przyjemne i bezpieczne? Zwłaszcza w nocy?

Zaraz minie siedemnasty rok jak mieszkam we Frankfurcie. Na początku przez parę tygodni mieszkałem akurat w dzielnicy blisko dworca (na szczęście nie w tej najgorszej części), potem przez ileś miesięcy codziennie wysiadałem z U-Bahnu na dworcu idąc do pracy. Oczywiście było to zawsze w dzień. I nigdy nie czułem się tam szczególnie bezpiecznie. Dworzec kolejowy to zawsze jest miejsce, gdzie kręci się sporo różnych ludzi z którymi niekonieczne chciałoby się wchodzić w bliższe interakcje - jacyś narkomani na głodzie, kieszonkowcy, bezdomni,  nierzadko próbujący zdobyć jakąś kasę na używki w sposób nie zawsze legalny, a często dość nachalny. We Frankfurcie dzielnica bezpośrednio przylegająca do frontu budynku dworca to siedlisko wątpliwej rozkoszy i niewątpliwej rzeżączki, z całą przestępczą otoczką jaka się zawsze w takich miejscach tworzy. Jest tam też siedziba "klubu motocyklowego", czyli zorganizowanej przestępczości na motocyklach (Hell's Angels), co pewien czas zdarzają się tam ustawki, bywa że z ofiarami śmiertelnymi. Jest to jedyne miejsce w okolicy którego staram się unikać. Nie żebym miał jakieś lęki, ale po co, jeżeli nie trzeba? Czysty rozsądek.

I to wszystko nie jest nowe - proszę, tu zdjęcie z tej okolicy z roku 1987:

Frankfurt, dzielnica koło dworca, 1987

Frankfurt, dzielnica koło dworca, 1987

Byłem na placu między katedrą a dworcem w Kolonii dwa i pół roku temu, przed tą całą sytuacją z uchodźcami. No i mimo że było niedzielne południe, to czułem się tam jeszcze mniej bezpiecznie niż we Frankfurcie. Nie, nie mam żadnej paranoi, nie mam problemu jak jest tłok, nie rusza mnie jak jest brudno albo niesympatycznie. Ale widzę zaraz kto kombinuje co by tu zwędzić, kto szuka zaczepki, a kto będzie chciał mnie naciągnąć na kasę (ostatnio to chciał ze mną zwady jeden stuprocentowy Francuz w Paryżu, akurat też koło dworca, specjalnie mnie potrącił żebym zrobił awanturę, widziałem z daleka że może być problem. Zignorowałem zaczepkę, był bardzo rozczarowany). Więc nie zwalajcie na uchodźców, część z nich też tam trafi, ale nie ich uchodźstwo jest tego przyczyną i wywalenie wszystkich uchodźców żadnego problemu nie rozwiąże.

Co mnie wkurza jeszcze bardziej, to ten ton moralnej wyższości wśród Polaków, w stylu "Te pastuchy przynoszą do Europy swój prymitywny brak wyższej kultury". Młodzi ludzie, (młodzi, bo starsi pewnie pamiętają to, o czym zaraz napiszę) wam się wydaje że Polacy to takie wyższe sfery? Przypomnę, że jeszcze całkiem niedawno, w początku lat dziewięćdziesiątych, Niemcy mieli bardzo poważny problem z Polakami masowo przyjeżdżającymi "na jumę", czyli po prostu i ordynarnie kraść. Nie na drobne kradzieże kieszonkowe, jak ci z Kolonii - oni kradli wszystko co się dało zabrać i nie było pilnowane, aż do luksusowych samochodów włącznie (niemiecki dowcip z tamtych czasów: "Jedź na wczasy do Polski! Twój samochód już tam jest!"). Pamiętam wywieszki w Aldim po polsku "Wszystkie towary wyłożyć na taśmę i bez dyskusji" - nie, nie była to szykana tylko reakcja na konkretne wydarzenia. Kolega z Berlina, z którym wtedy współpracowałem w branży IT zaciągnął mnie kiedyś na ten słynny bazar, na którym handlowali Polacy, to był straszny wstyd i żenada, po paru minutach zażądałem żebyśmy już stamtąd sobie poszli. Dziś już jest trochę lepiej, ale jakiś Polak robiący bydło ciągle się zdarza (bywa przecież, że i znany polityk). Mam w dzielnicy meczet i polską parafię katolicką i więcej problemów robi ta parafia polska. Nawet jej proboszcz (którego przypadkiem znam osobiście) skarży się, że jak organizuje festyn parafialny to zawsze mu się paru schleje, a bywa że się po pijaku pobiją albo coś zdemolują. Ale tym pastuchom to brak kultury, nie to co nam.

Sorry że mi się ulało, jak skończę z przechodzeniem na Windows 10 na komputerach w domu postaram się napisać coś weselszego.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Pomyślmy

Komentarze: (4)

Strona 1 z 2712345...1020...Koniec