Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Kinder-Uni 2010

O Kinder-Uni już pisałem:

Kinder-Uni 2008
Kinder-Uni 2009

W tym roku ta impreza też się odbyła, w tym samym miejscu i na tych samych zasadach co w poprzednim. Nie będę się więc powtarzał tylko od razu napiszę o tym, co było na wykładach. Byłem na czterech z nich, a moje dziecko na wszystkich pięciu

Kinder Uni 2010 - plakat

Kinder Uni 2010 - plakat

W poniedziałek pani profesor od nauk o Ziemi opowiadała o zużyciu wody. Dość ciekawie, ja też się czegoś dowiedziałem. Pani profesor zaprezentowała na modelu dobowe zużycie wodociągowej wody przez przeciętnego obywatela Niemiec (124 litry) i porównała tą wielkość ze zużyciem wody potrzebnej na wyprodukowanie żywności dla tego samego obywatela, również na dobę - 4 metry sześcienne. Teraz ta ciekawostka: Gdyby przejść na dietę wegetariańską byłyby to 3 metry sześcienne. Spodziewałem się, że ta różnica będzie większa. Na zdjęciu: z prawej 124 litry, z lewej 4 metry sześcienne.

Kinder Uni 2010

Kinder Uni 2010 - Zużycie wody na wyprodukowanie żywności dla człowieka na dzień

We wtorek był wykład z archeologii na temat "Dlaczego w okolicy znajduje się tak wiele rzymskich monet?". Podobny był niezły, a ramach show po sali przechadzali się rzymscy legioniści. A sama odpowiedź jest oczywiście prosta - Frankfurt leży już po rzymskiej stronie Limesu. Limes jest jeszcze widoczny - jak będę w okolicy robię zdjęcia i notkę.

W środę był wykład z biochemii - na temat krzepnięcia krwi. Prowadzący go profesor poszedł trochę na łatwiznę i wykroił wykład dla dzieci z normalnego wykładu dla studentów, więc było trochę nudno i dla części dzieci za trudno. Na zdjęciu: Wąż pożyczony z zoo.

Kinder Uni 2010

Kinder Uni 2010 - Wąż wypożyczony z zoo

W czwartek  profesor biologii miał wykład o produkcji biopaliw. Wykład był ciekawy, podobno oni tam wszczepili DNA bakterii do komórek drożdży uzyskując organizmy mogące przetwarzać odpady drzewne wprost na bioetanol. Nauczył też dzieci tak pożytecznej umiejętności jak destylacji spirytusu z wina (patrz zdjęcie).

Kinder Uni 2010

Kinder Uni 2010 - Destylacja alkoholu z wina

No i znowu najciekawszy wykład był w piątek i z biologii. Nie było żadnego show i tanich efektów, tylko profesor od biologii morza i badań głębinowych opowiadał i pokazywał zdjęcia, filmy i preparaty. Zakonserwowane w alkoholu ryby głębinowe można było dotknąć - normalnie zna się je tylko z rysunków albo zdjęć. Znowu się czegoś dowiedziałem - we wszystkich źródłach z jakimi się dotąd zetknąłem było napisane, że tych ryb głębinowych nie da się wyciągnąć na powierzchnię, bo je różnica ciśnień zabija. Profesor twierdził jednak, że one nie mają w sobie ani trochę gazów (pęcherza pławnego też nie), a zabija je szok termiczny. Można je wyciągnąć żywe, tylko trzeba ustabilizować temperaturę wody. ("Tylko", to się tak łatwo mówi).

Na zdjęciu: gąbki głębinowe.

Kinder Uni 2010

Kinder Uni 2010 - Gąbki głębokowodne

Na zdjęciu: krab głębinowy

Kinder Uni 2010

Kinder Uni 2010 - Krab głębokowodny

Na zdjęciu: To jest taki anglerfish/Anglerfisch jak w każdym źródle o głębinach oceanu, tyle że jako preparat do pomacania.

Kinder Uni 2010

Kinder Uni 2010 - Anglerfisch

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Ciekawostki

Skomentuj

Jak to się robi w Niemczech: Jeszcze o finansowaniu kościołów

W notkach o podatku kościelnym wspominałem już o tym, że państwo dokłada się do finansowania związków wyznaniowych. Na podstawie znanych mi informacji wydawało mi się, że to nie jest zbyt dużo. Jednak właśnie przeczytałem o tym artykuł (Euro 10/2010, Stephan Haberer i Hans-L. Merten "Das Kreuz mit dem Kapital") i muszę się tą nową wiedzą podzielić.

Najpierw uwaga: W dalszym ciągu notki będę pisał o "kościołach" - mowa będzie zbiorczo o kościele katolickim i ewangelickim. Nie będzie dużym błędem założenie, że podane sumy rozkładają się między oba te związki wyznaniowe z grubsza po połowie, a inne kościoły są na tyle nieznaczne, że można je w tych rozważaniach pominąć.

Przejdźmy więc do kosztów ponoszonych przez państwo niemieckie:

Koszty duszpasterstwa wojskowego są łatwe do policzenia - jest to pojedyncza pozycja w budżecie państwa i wynosi 26,3 milionów euro. Zdecydowana większość tej sumy to koszty płac dla kapelanów. Opłacanie kapelanów nie jest w żaden sposób umocowane w przepisach. Czyli wszystko podobnie jak w Polsce.

Następna pozycja to religia w szkole. Tu jest trudniej. Co prawda łatwo jest wyliczyć koszty płac nauczycieli kościelnych (207 milionów) ale są jeszcze katecheci świeccy i inne koszty, Carsten Frerk w książce "Finanse i majątek kościołów w Niemczech" oszacował całkowite koszty państwa na naukę religii w szkole na 2,28 miliarda euro rocznie. I znowu to wszystko podobnie jak w Polsce.

Dalej mamy podatek kościelny. Zasady są co prawda ładne, ale w praktyce państwo też ma z tego powodu koszty. Mianowicie zapłacony podatek kościelny odlicza się od podstawy opodatkowania, w związku z tym wpływy państwa zmniejszają się o ponad 3 miliardy rocznie. Tego czynnika w Polsce nie ma.

Podobnie jest z darowiznami na kościoły - wpływy podatkowe państwa zmniejszają się z tego powodu o jakieś 600 milionów rocznie. Tu chyba znowu podobnie jak w Polsce.

Kościoły są zwolnione z różnych podatków - ta subwencja kosztuje podatnika jakieś 7 miliardów  rocznie. To znowu podobnie jak w Polsce.

Często podnoszony jest argument o działalności społecznej kościołów - o prowadzeniu przedszkoli, szkół, szpitali, domów starców... I ma to być dofinansowywane z budżetów diecezjalnych. Jednak prawda jest taka, że instytucje te działają na tych samych zasadach jak instytucje świeckie a dofinansowanie z ze środków kościelnych jest znikome. Za to bardzo duże wsparcie (nawet do 100%) pochodzi ze środków państwowych lub gminnych. Dokładnie tak jak i dla instytucji państwowych, ale nad kościelnymi państwo nie ma żadnej kontroli. Organizacje dobroczynne są tylko w bardzo niewielkim stopniu dofinansowywane z podatku kościelnego, a za to w sporym stopniu ze środków publicznych. Na przykład dla Misereor jest to 58% środków publicznych, a tylko 6% diecezjalnych. I to się jeszcze nazywa "Bischöfliches Hilfswerk" ("Biskupie dzieło pomocy")! 

Struktura przychodów Misereor

Struktura przychodów Misereor Źródło: Wikipedia Autor: Partikular

 Na diagramie: Struktura przychodów Misereor w roku 2007

Legenda:

  • Staatl. Steuermittel - środki państwowe finansowane z podatków
  • Spenden - darowizny
  • Kollekte - zbiórki organizowane przez kościół (np. taca)
  • Kirchliche Haushaltsmittel - środki własne kościoła (czyli z podatku kościelnego)
  • Zinsen - odsetki (czyli dochody kapitałowe)

 

 

I są jeszcze drobniejsze pozycje, na przykład dofinansowanie remontów zabytków kościelnych (22 miliony). A na sam Ökumenisches Kirchentag (jak się to po polsku nazywa? Taki duży zjazd kościelny) 2010 w Monachium państwo dołożyło 10 milionów. Znowu jak w Polsce.

 

A teraz radzę usiąść i mocno trzymać się poręczy fotela. Tego nie ma nawet w Polsce. Mnie też trzepnęło jak o tym przeczytałem. Najpierw trochę o historii, bo to ważne.

Istotną rolę w systemie finansowania kościołów w Niemczech odegrał Napoleon. Na mocy traktatu pokojowego z Lunéville odebrał on księstwom niemieckim tereny na lewo od Renu, zrzekając się jednocześnie roszczeń do terenów na prawo od rzeki. Wywłaszczeni książęta dostali jako odszkodowanie (zatwierdzone przez Reichsdeputationshauptschluss - ostatni znaczący akt prawny Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego) tereny odebrane kościołom leżące na prawo od Renu. Było to w roku 1803. Tak zakończył swoje istnienie system zwany Reichskirche (jest na to polskie określenie? I jeszcze uwaga dla nie czytających po niemiecku: Przełączenie się w Wikipedii z niemieckiego hasła Reichskirche na angielski nie daje informacji o które tu chodzi), czyli szczególna wzajemna zależność władzy świeckiej i kościelnej obowiązująca w Świętym Cesarstwie Rzymskim Narodu Niemieckiego. Ziemie odebrane kościołom stanowią aż 27% obecnej powierzchni Bundesrepubliki

Z tymi ziemiami kościelnymi było tak, że część księstw niemieckich należało do książąt będących jednocześnie biskupami. Takiego księcia-biskupa nazywano Fürstbischoff - chyba nie ma na to nawet polskiego słowa, bo w Polsce skala tego zjawiska była znikoma. Księstwa te uległy likwidacji i zostały włączone do księstw świeckich. W zamian za to książęta świeccy zobowiązali się "dbać o wyposażenie katedr i pensje dla wyższych duchownych".

I od tego czasu płaciło biskupom cesarstwo, płaciła republika weimarska, płacił Hitler i płaci Bundesrepublik. Już od ponad 200 lat.

I nie są to drobne. Tyle że nie ma na to jednej pozycji w statystyce. Struktura administracyjna Niemiec jest bardzo skomplikowana (to przez Amerykanów, specjalnie  tak zrobili, muszę napisać o tym notkę) i nie da się w prosty sposób uzyskać takich danych. Według szacunków są to około 442 miliony euro rocznie (na 67 biskupów katolickich + nie udało mi się ustalić ilu ewangelickich). Dla porównania 180 szefów koncernów notowanych w DAX wzięło w roku 2009 w sumie "tylko" 409 milionów.

I tak w sumie wychodzi około 20 miliardów rocznie na koszt podatników. A z podatku kościelnego kościoły mają tylko 10 miliardów.

Jak widać, z tym rozdziałem kościołów od państwa w Niemczech nie jest tak dobrze, jak to się na pierwszy rzut oka wydaje. Z kilku z tych pozycji zdawałem sobie sprawę, ale na przykład to o finansowaniu biskupów to dla mnie nowość. Ech...

 

Mam w planie jeszcze notkę o niemieckim konkordacie, ale okazało się że sprawa jest tak skomplikowana, że bez jakiegoś dobrego opracowania nie dam rady się przez nią przegryźć. Więc to trochę potrwa.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (17)

Niebo nad Frankfurtem 2

Pewien czas temu pisałem o niebie nad Frankfurtem. Dla porównania normalny stan nieba w tej okolicy:

Niebo nad Frankfurtem

Niebo nad Frankfurtem

Co pewien czas jacyś ekoterroryści robią akcję pokazując dokładnie takie obrazki na bilbordach (nawet zazwyczaj z dokładnie takim tytułem jak u mnie), a ja zupełnie nie rozumiem czego oni chcą. Krzyżujące się smugi kondensacyjne na różnych wysokościach podświetlone od dołu wschodzącym lub zachodzącym słońcem to naprawdę coś pięknego.

Niebo nad Frankfurtem

Niebo nad Frankfurtem


Niebo nad Frankfurtem

Niebo nad Frankfurtem

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Ciekawostki

Skomentuj

Na ulicy widziane: Alfa Romeo Montreal

Zapowiedziałem notkę o Krzyżakach w lesie miejskim, czeka notka o KinderUni 2010 (było w zeszłym tygodniu) ale ponieważ chwilowo jestem w niedoczasie to na razie tylko coś szybkiego o samochodach.

Dziś spotkałem na ulicy taki oto ciekawy samochód (zdjęcia niestety mocno średnie, nie dało się dobrze podejść):

Alfa Romeo Montreal (1970-1977)

Alfa Romeo Montreal (1970-1977)

Jest to Alfa Romeo Montreal. Konstrukcja pokazana jako concept car na Expo 1967 w Montrealu (stąd nazwa). Ponieważ klienci byli bardzo chętni, uruchomiono produkcję seryjną tego modelu. Produkowano go od 1970 do 1977, ale nie sprzedało się dużo bo w międzyczasie zrobił się kryzys paliwowy i zainteresowanie samochodami palącymi 14 l/100 bardzo spadło. W sumie wyprodukowano ich mniej niż 4000 sztuk.

Alfa Romeo Montreal (1970-1977)

Alfa Romeo Montreal (1970-1977)

Te wloty powietrza z boku pochodzą z concept cara z silnikiem centralnym, w serii silnik był z przodu więc te otwory to tylko ozdoby. Z przodu widać oryginalne zasłonki na reflektory, podobno po włączeniu świateł zasłonka ta zsuwa się jakoś w dół, ale nie znalazłem żadnego zdjęcia jak to dokładnie działa.

Podobno przetrwało tego modelu sporo bo, w odróżnieniu od innych produktów firmy Alfa Romeo, ten miał bardzo porządne zabezpieczenie antykorozyjne nadwozia.

A w ogóle to najciekawsze w tym samochodzie jest to, że był to concept car który wszedł do produkcji. Potem coś takiego się już chyba nie zdarzyło, nawet gdy zainteresowanie klientów było ogromne. Jako przykład podam tu Mercedesa C111 (1970), na którego klienci stali w kolejce żeby robić przedpłaty, i który był masowo produkowany w połowie świata jako zabawka dla dzieci, ale nigdy nie wszedł do produkcji seryjnej. (Zdjęcie z Muzeum Mercedesa w Stuttgarcie)

Mercedes C111-II (1970)

Mercedes C111-II (1970)

A dziś concept cary to zazwyczaj nawet nie są jeżdżące, a co dopiero mówić o produkcji.

Renault Zoé Z.E. Concept na IAA 2009

Renault Zoé Z.E. Concept na IAA 2009

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , , ,

Kategorie:Na ulicy widziane

Skomentuj

Krzyżacy we Frankfurcie!

Jedna z istniejących do dziś placówek zakonu znajduje się we Frankfurcie, tuż nad Menem.

Tędy do Krzyżaków we Frankfurcie

Tędy do Krzyżaków we Frankfurcie

Oprócz kościoła i klasztoru mieści się tam muzeum ikon oraz prowadzone przez zakon przedszkole. Nie jest ono niczym nietypowym - bardzo wiele przedszkoli w Niemczech prowadzonych jest przez kościoły zarówno katolickie jak i ewangelickie. Ciekawostką jest, że dyrektorką tego przedszkola jest polska siostra zakonna należąca do zakonu krzyżackiego.

Budynki Zakonu Krzyżackiego we Frankfurcie

Budynki Zakonu Krzyżackiego we Frankfurcie

Teren ten został własnością zakonu już w 1221 roku. Potem było różnie - raz im odbierano, innym razem oddawano. Ostatnia zmiana stosunków własnościowych zaszła w 1958 - zakon odkupił teren wraz z ruinami zabudowań - budynki zakonne zostały zniszczone w czasie wojny i odbudowane ze środków zakonnych w latach 60-tych. Nie udało mi się znaleźć żadnego zdjęcia przedstawiającego stan po bombardowaniu, nie wiem więc ile jest nowe.

Muzeum Ikon w klasztorze krzyżackim we Frankfurcie

Muzeum Ikon w klasztorze krzyżackim we Frankfurcie

 

Kościół w klasztorze krzyżackim we Frankfurcie

Kościół w klasztorze krzyżackim we Frankfurcie

 Członkowie zakonu pojawiają się na uroczystościach religijnych w strojach organizacyjnych.

Zakonnik krzyżacki na uroczystościach Bożego Ciała we Frankfurcie

Zakonnik krzyżacki na uroczystościach Bożego Ciała we Frankfurcie

Polak w takiej sytuacji sięga po komórkę żeby zadzwonić po Jagiełłę (abonent poza zasięgiem niestety).

Zakonnicy krzyżaccy na uroczystościach Bożego Ciała we Frankfurcie

Zakonnicy krzyżaccy na uroczystościach Bożego Ciała we Frankfurcie

Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę

W następnym odcinku: Krzyżacy w lesie miejskim.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (1)

Krzyżacy!

Wszyscy w Polsce wiedzą, kto to byli Krzyżacy. Konrad Mazowiecki, Malbork, Grunwald, Hołd Pruski. I? I to w zasadzie wszystko. Owszem, co bardziej oczytani wiedzą o Państwie Zakonnym więcej, niektórzy orientują się, we wcześniejszej historii Zakonu. Ale mało kto wie, co się działo z zakonem po sekularyzacji w 1525. No może zna słynne (w Polsce) zdjęcie Konrada Adenauera w stroju organizacyjnym.

Adenauer w płaszczu krzyżackim

Adenauer w płaszczu krzyżackim Źródło: www.deutsche-und-polen.de

Źródłem nieporozumień jest już samo, zwyczajowo przyjęte polskie określenie Krzyżacy. Nie ma ono żadnego, bezpośredniego odpowiednika niemieckiego, tytuł książki i filmu Krzyżacy jest tłumaczony na niemiecki jako Kreuzritter, co oznacza krzyżowców - czyli generalnie rycerzy wyprawiających się na wyprawy krzyżowe, inaczej krucjaty. A to jednak niezupełnie to samo.

Decyzja Wielkiego Mistrza zakonu Albrechta I. von Brandenburg-Ansbach z 1525 co prawda praktyczne zlikwidowała zakon, poddała państwo zakonne królowi polskiemu i zmieniła obowiązujące w nim wyznanie na luteranizm, ale oczywiście nie cały zakon zgodził się na te zmiany. Działalność zakonu została przeniesiona na posiadane przez zakon rozproszone ziemie głównie na terenie dzisiejszych Niemiec, a nową stolicą został Mergentheim (dziś: Bad Mergentheim). Tam też mieści się duże muzeum historii zakonu. Po 1809 główna siedziba została przeniesiona do Wiednia, gdzie (z przerwą po drodze) znajduje się do dziś.

Zamek krzyżacki Mergentheim

Zamek krzyżacki Mergentheim

 

Zamek krzyżacki Mergentheim

Zamek krzyżacki Mergentheim

Interesujące jest zapoznanie się z historią zakonu opowiedzianą z punktu widzenia jego dzisiejszych członków. W Polsce Krzyżacy widziani są przez pryzmat lektur i filmów, w których grali oni role bad guyów. Ale to oczywiście tylko jedna strona medalu. Oprowadzająca po muzeum siostra zakonna podkreślała szczególnie nowoczesną infrastrukturę stworzoną i wybudowaną przez Zakon na terenie Prus Wschodnich. Krzyżacy wykorzystywali doświadczenia zebrane podczas wypraw krzyżowych i budowali masowo zamki według najnowocześniejszych wtedy rozwiązań technicznych.

Model zamku krzyżackiego w muzeum w Bad Mergentheim

Model zamku krzyżackiego w muzeum w Bad Mergentheim

Do najbardziej znanych należy wyniesienie toalety poza obręb murów - doświadczenia z kampanii w Palestynie pokazywały że skażenie wody i wybuch zarazy wśród obrońców był bardzo częstą przyczyną upadku twierdz. Ale chodziło nie tylko o budowle - dobrze i nowocześnie zorganizowana były na przykład administracja i poczta.

Witraż na zamku krzyżackim Mergentheim

Witraż na zamku krzyżackim Mergentheim

Założenia statutowe zakonu również były chwalebne - chodziło przede wszystkim o prowadzenie szpitali. Ale właściwym sensem istnienia zakonu było danie zajęcia drugim i następnym synom szlachciców, tym którzy nie mogli liczyć na odziedziczenia majątku po ojcu. Zlecenie od Konrada Mazowieckiego spadło zakonowi jak z nieba, bo wyprawy krzyżowe się akurat skończyły.

Płaszcz krzyżacki w muzeum zakonu w Bad Mergentheim

Płaszcz krzyżacki w muzeum zakonu w Bad Mergentheim

Siostra oprowadzająca po muzeum w Bad Mergentheim opowiadała również o mniej chwalebnych kartach historii tej organizacji, strony internetowe Deutschorden prześlizgują się po tych tematach bardzo powierzchownie.

Płaszcz krzyżacki w muzeum zakonu w Bad Mergentheim

Płaszcz krzyżacki w muzeum zakonu w Bad Mergentheim

Zakon mimo problemów natury finansowej istnieje do dziś i liczy około 1000 członków - 100 księży, 200 sióstr zakonnych i 700  Familiaren (zakonników świeckich). Wielki Mistrz rezyduje w Wiedniu i, jak donosi moja kuzynka która była kiedyś na obiedzie z udziałem tegoż Wielkiego Mistrza, nie jest wcale wielki - jej, niezbyt wysokiej dziewczynie sięga do ramienia.

Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę

W następnym odcinku: Krzyżacy we Frankfurcie.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (5)

Jak to się robi w Niemczech: Bazary, bazary (2)

Plakat Kinderkram 2010

Plakat Kinderkram 2010

 We Frankfurcie raz do roku organizowany jest bazar inny niż wszystkie. Odbywa się on wkrótce po wakacjach, teraz była to akurat ostatnia niedziela. Bazar nazywa się "Kinderkram" i ma miejsce w sporym parku.

Bazar "Kinderkram", Frankfurt

Bazar "Kinderkram", Frankfurt

Nie trzeba rezerwować miejsc - można po prostu przyjść i się ze swoimi rzeczami rozłożyć. Organizator zapewnia karuzelę dla dzieci, parę stoisk z jedzeniem i napojami i toalety, w zamian pobiera od każdego stanowiska opłatę w wysokości 8 euro.

Bazar "Kinderkram", Frankfurt

Bazar "Kinderkram", Frankfurt

Sprzedających jest bardzo wielu, mimo że impreza zaczyna się teoretycznie o 13 to już o dwunastej ludzi jest mnóstwo.

Bazar "Kinderkram", Frankfurt

Bazar "Kinderkram", Frankfurt

Sprzedawane rzeczy są w różnym stanie, ale przy tylu sprzedających zawsze daję się znaleźć coś ciekawego. Na przykład w tym roku z synem kupiliśmy:

Zestaw LEGO 8272 Snowmobile (skuter śnieżny) kompletny, z pudełkiem i instrukcją, cena w sklepie 40 euro - za 8 euro.

LEGO 8272 Snowmobile

LEGO 8272 Snowmobile

Zestaw LEGO 7237 Police Station {with Lighted Figure} (posterunek policji, wariant ze świecącą figurką), tak po prostu w reklamówce i bez instrukcji (ale jest na peeronie i na lego.de), cena sklepowa 70 euro, kilku części brakuje ale tylko typowych - też za 8 euro.

LEGO 7237 Police Station (with Lighted Figure)

LEGO 7237 Police Station (with Lighted Figure)

Zestaw LEGO 8250 Search Sub (pojazd podwodny z pneumatyką) z 1997 roku, bez pudełka, ale kompletny (no, niemal, brakowało jednej płetwy dla technikowego ludzika), z instrukcją i grą na CD, cena sklepowa 100 DM, za 17 euro. To nie było całkiem tanio, ale zależało nam na pneumatyce. Chcieli 25, ale stargowałem.

LEGO 8250 Search Sub

LEGO 8250 Search Sub

Zestaw LEGO 8676 Sunset Cruiser (zdalnie sterowany samochód terenowy do użytku outdoor, nie ma na peeronie, ale podobny do tego), kompletny, bez instrukcji i pudełka, cena w sklepie coś koło 120 euro - za 7 euro.

LEGO 8676 Sunset Cruiser

LEGO 8676 Sunset Cruiser

Zestaw eksperymentów fizycznych, całkiem niezły, paru części brakuje ale raczej dadzą się zastąpić - za 4 euro. (EDIT: Za 10 euro producent przysłał brakujące części. Cena zestawu w sklepie: 50+ euro)

Kosmos Physik P2000

Kosmos Physik P2000

Zestaw do skręcania firmy Eitech, C78 Solar, za 5 euro. Tu nas niestety trochę orżnęli, w środku brakowało dwóch najważniejszych elementów - baterii słonecznej i silniczka, ale za 5 euro to warto było kupić dla pozostałych części. Takie sytuacje zdarzają się rzadko, większość ludzi uprzedza, że czegoś brakuje, zwłaszcza istotnego.

Eitech Construction 78

Eitech Construction 78

Model do sklejania Revella - Ferrari 2005. Za 3 euro. Woreczki nawet nie rozcięte. Modele do sklejania się zdarzają - ktoś nieświadomy kupuje w prezencie dziecku fajny samochód albo samolot, a po rozpakowaniu okazuje się że zonk. Takie modele lądują za grosze na bazarze.

Revell Ferrari F2005

Revell Ferrari F2005

To były łupy tegoroczne, ale kupujemy na bazarach częściej, a LEGO to prawie wyłącznie tam. Bywają jeszcze lepsze okazje, na przykład kiedyś trafiliśmy poprzednie Mindstormsy 3804, kompletne (tylko jeden z silników ciężko chodzi, ale to była ich wada produkcyjna), cena sklepowa koło 200 euro, za 17 euro. Innym razem daliśmy za 8465 Extreme Off-Roader plus trzy motory z pull-backiem 1 euro. Słownie jedno euro.

Co jeszcze warto kupować na bazarach? Na przykład zestawy Fischer Technik. Znacie Fischer Technik? Raczej wątpię (muszę strzelić o nich notkę). Są to klocki dużo bardziej zaawansowane niż LEGO technic, z wieloma rodzajami połączeń, adresowane do większych dzieci i raczej do szkół. Są do tego też silniki, sterowniki mikroprocesorowe itd. również w znacznie większym asortymencie niż w LEGO. Niestety są jeszcze droższe - skala produkcji nie ta. Więc jeżeli zobaczy się zestaw na bazarze - to brać, nie zastanawiać się!

Pewnie wielu czytelnikom narobiłem smaku na odwiedzenie bazaru. Skąd się dowiedzieć, gdzie bazar będzie? Radzę czytać tablice ogłoszeń przy mijanych kościołach, przedszkolach i szkołach, przyglądać się karteczkom przyklejanym na latarniach ulicznych i czytać małe notki w darmowych gazetach wrzucanych do skrzynki pocztowej. I oczywiście w sieci - terminy w Hesji najlepiej sprawdzić na HR-online (terminy tylko na najbliższy tydzień). Słowa kluczowe brzmią Kinderflohmarkt, Flohmarkt rund um das Kind, Kinderbasar albo coś w tym rodzaju. Uwaga: Nie wszyscy organizatorzy w ogóle umieszczają informacje w sieci, najpewniejszym źródłem informacji są te tablice ogłoszeń. Sezon jesienny właśnie się zaczyna (no chyba że w Waszym landzie jeszcze są wakacje, wtedy zacznie się później).

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Skomentuj

Jak to się robi w Niemczech: Bazary, bazary (1)

Niemcy to bogaty kraj. W Polsce nierzadko pokutuje stereotyp, że Niemcy kupują wyłącznie nowe samochody i w życiu nie kupią sobie niczego używanego.

Oczywiście to nieprawda. Bogactwo Niemiec bierze się między innymi z oszczędności. Większość Niemców dokładnie kalkuluje. A najbardziej gdy chodzi o rzeczy dla dzieci.

Rzeczy dla dzieci są tu po prostu obłędnie drogie. Nie ma żadnego problemu żeby kupić buty dziecięce w cenie 60+ EUR, łóżeczko za 700 EUR albo wózek za 500. Głupie śpioszki dla niemowlaka potrafią kosztować ponad 20 EUR, zresztą cena dowolnego produktu praktycznie nie ma ograniczenia górnego.

Więc jeżeli się już takie drogie rzeczy kupiło, to chciałoby się chociaż część ich wartości odzyskać, gdy przestają być potrzebne. I oczywiście jest też mnóstwo ludzi, którzy chcą takie rzeczy nabyć po niższej cenie. A przecież niemowlaki nie niszczą rzeczy, artykuły dobrej jakości po jednym użytkowniku często niewiele różnią się od nowych.

W Polsce młodzi rodzice często oczekują, że dostaną używane rzeczy dziecięce od rodziny albo znajomych za darmo. Bo przecież używane. A potem jeszcze wybrzydzają że zużyte, nieładne albo złej jakości. A ofiarodawców krew zalewa.

W Niemczech robi się to inaczej. Oczywiście przekazywanie rzeczy dziecięcych rodzinie istnieje, ale większość tego towaru sprzedawane jest na bazarach rzeczy dziecięcych. Organizatorami są najczęściej przedszkola i kościoły (kościoły często prowadzą również przedszkola), rzadziej szkoły.

Bazar z rzeczami dla dzieci, Frankfurt

Bazar z rzeczami dla dzieci, Frankfurt

Zasady są następujące:

  • Sprzedawać może każdy, trzeba tylko odpowiednio wcześniej zarezerwować stół.
  • Za stół pobierana jest opłata, zazwyczaj jest to 5 euro, czasem zamiast tej opłaty pobiera się procent od obrotu (typowo 10%).
  • Oprócz tego każdy sprzedający ma przynieść ciasto (powinno być własnoręcznie upieczone, ale często ludzie przynoszą takie mrożone, ze sklepu). Organizatorzy sprzedają ciasto i napoje i mają z tego dochód.
  • Dochody organizatora przeznaczane są na podreperowanie kasy przedszkola (tej samej, na którą wpłaca się na "komitet rodzicielski"), albo są przeznaczane na działalność dobroczynną.

Na typowym bazarze każdy sprzedaje sam, istnieje jednak inny wariant - każdy zgłoszony sprzedawca otrzymuje numer, który wraz z ceną umieszcza na wszystkich swoich towarach. W tym wariancie nie trzeba stać przy stole i samodzielnie sprzedawać (ale według mnie wtedy nie ma szpasu, bo targować się nie można) - organizatorzy kasują według opisu i na koniec dają każdemu jego część minus 10%. Ma to oczywiście zalety - na przykład wszystkie rzeczy są pogrupowane po branżach i rozmiarach, łatwiej jest znaleźć to, czego się szuka, ale innym też jest łatwiej znaleźć i najlepsze rzeczy szybciej znikają.

Bazar z rzeczami dla dzieci, Frankfurt

Bazar z rzeczami dla dzieci, Frankfurt

Bazary mają dwa główne sezony: wiosenny, w marcu i początku kwietnia i jesienny - we wrześniu (+/- ze dwa tygodnie). Poza tymi okresami bazary też się zdarzają, ale rzadko. W sezonie natomiast w każdą sobotę i niedzielę można zaliczyć nawet kilka w różnych częściach miasta i w okolicy.

Bazar z rzeczami dla dzieci, Frankfurt

Bazar z rzeczami dla dzieci, Frankfurt

Oczywiście są bazary lepsze i gorsze, z moich doświadczeń wynika że lepiej jest sprzedawać w dzielnicach biedniejszych a kupować w bogatszych. Ale to dość trywialne spostrzeżenie a i od tej reguły są wyjątki.

Na zdjęciu: Stoisko z ciastem i napojami na bazarze.

Ciasto na bazarze z rzeczami dla dzieci, Frankfurt

Ciasto na bazarze z rzeczami dla dzieci, Frankfurt

Co można kupić na takim bazarze? Najliczniej reprezentowane są rzeczy dla niemowląt. łóżeczka, kojce, wózki, sterylizatory do butelek, ubranka... Porządną rzecz można kupić za cenę gdzieś między 1/3 a 1/4 ceny sklepowej.  Bywa i taniej, i oczywiście można się targować.

Z rzeczami dla starszych dzieci jest trudniej - im dziecko starsze tym bardziej niszczy ubrania, a zniszczonych nie warto kupować. Warto za to kupić książki, gry, inne zabawki, a najbardziej LEGO (albo, jak ktoś lubi, Playmobila).

O tym, co z zabawek można kupić na takim bazarze - w następnej notce.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Skomentuj

Śladami NRD/Żegnaj NRD Update: Przejście graniczne Wartha

O przejściu granicznym między NRD a RFN koło Eisenach pisałem w odcinku 25. Wracając z wakacji zrobiłem parę zdjęć w Rasthofie Eisenach, który wykorzystuje część budynków dawnego przejścia granicznego po stronie NRD.

Najpierw przypomnę zdjęcie przejścia z lat 80-tych zalinkowane w notce.

Przejście graniczne Wartha

Przejście graniczne Wartha Źródło: www.grenzzaunlos.de

 Zdjęcie pochodzi z interesującej strony "Überwundene Grenze" (Przezwyciężona granica) i zostało podobno wykonane przez armię RFN podczas lotu zwiadowczego w rejonie nadgranicznym w roku 1985 - wkrótce po wybudowaniu przejścia.

Z widocznych na zdjęciu budynków do dziś przetrwały: wieża na środku (ta ciemna, zdjęcie jest wykonane nad ranem, pod światło), i budynek na prawo od niej (kontrola na wjeździe). Zadaszenie nad częścią wjazdową zostało przebudowane, możliwe że część zadaszenia została po prostu ustawiona inaczej.

Następne zdjęcie, też z "Überwundene Grenze", zostało wykonane w roku 1990.

Przejście graniczne Wartha

Przejście graniczne Wartha Źródło: www.grenzzaunlos.de

Dziś mieści się tu Rasthof Eisenach.

Rasthof Eisenach na miejscu przejścia granicznego Wartha

Rasthof Eisenach na miejscu przejścia granicznego Wartha

Rasthof Eisenach

Rasthof Eisenach na miejscu przejścia granicznego Wartha

Pod dachem zamiast stanowisk do odprawy jest teraz stacja benzynowa, a sam budynek został z zewnątrz ładniej pomalowany (przedtem był szary jak wszystko w komunizmie) i zaadaptowany na rasthof. W środku można poczuć jeszcze NRD i to nie jako atrakcję dla turystów, a tylko dlatego że adaptacja była szybka, tania i wkrótce po zjednoczeniu.

A w wieży jest, zdaje się, knajpa, w środku jednak nie byłem.

Rasthof Eisenach

Rasthof Eisenach na miejscu przejścia granicznego Wartha

Przy okazji w notce 25 podmieniłem zdjęcie Rasthofu Eisenach na własne.

A tak swoja drogą, to jakie duże drzewa zdążyły już wyrosnąć od zjednoczenia.

Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (2)

Zielony sos frankfurcki

Drugą potrawą z Frankfurtem w nazwie jest zielony sos frankfurcki (Frankfurter Grüne Sauce).

Zielony sos robi się z dużej ilości liści siedmiu ziół. W jego skład według klasycznego miejscowego przepisu wchodzą:

Niezły zestaw, poza pietruszką, szczypiorkiem i szczawiem nie rozpoznałbym na polu właściwych roślin. Nawet rzeżuchy nie, bo normalnie widzi się ją tylko małą, hodowaną na talerzu. W dobrym zestawie żadnego z ziół nie ma więcej niż 30%, dodawanie koperku lub zastępowanie nim brakujących gatunków jest uznawane za fałszerstwo (bo wtedy wychodzi Kasseler Grüne Sauce - Zielony sos z Kassel).

A tych liści bierze się dużo, paręset gram. Sieka się je bardzo drobno, miesza z czymś mlecznym (Schmandem, kwaśną śmietaną albo jogurtem) i pokrojonymi jajkami na twardo, przyprawia solą, pieprzem i czym tam kto lubi i podaje, na zimno, na ziemniaki. I to jest naprawdę dobre. Oczywiście jak to w takich przypadkach każdy ma trochę inny przepis.

Odpowiedni zestaw ziół można kupić świeży, zawinięty w wilgotny papier,

Frankfurcki Zielony Sos świeży

Frankfurcki Zielony Sos świeży

albo mrożony, już posiekany.

Frankfurcki Zielony Sos mrożony

Frankfurcki Zielony Sos mrożony

Dla leniwych są też gotowe sosy, tylko polać ziemniaki i już, ale to oczywiście nie to.

Tradycyjnym miejscem uprawy ziół na zielony sos frankfurcki jest sąsiednia dzielnica Oberrad. Tam też powstał Pomnik Zielonego Sosu Frankfurckiego.

Pomnik Zielonego Sosu Frankfurckiego

Pomnik Zielonego Sosu Frankfurckiego

Składa się on z siedmiu małych szklarni, po jednej na każde zioło, każda w nieco innym odcieniu koloru zielonego.

Pomnik Zielonego Sosu Frankfurckiego

Pomnik Zielonego Sosu Frankfurckiego

Nazwa zielonego sosu frankfurckiego ma status Chronionej Nazwy Pochodzenia.

Nie wiadomo dokładnie skąd ta potrawa do Frankfurtu przywędrowała, jako możliwe inspiracje podaje się włoski Salsa verde który miałby być przywieziony przez włoską rodzinę Bolongaro, albo francuski Sauce verte przywieziony przez osiedlających się w tej okolicy po roku 1685 Hugenotów. Zioła trudne do zdobycia na miejscu miałyby być zastąpione miejscowymi i tak miał się narodzić zielony sos frankfurcki.

Wielkim fanem zielonego sosu frankfurckiego miał być Goethe, jako minister w Weimarze kazał podobno przysyłać sobie karetą pocztową z Frankfurtu zielony sos robiony przez jego mamusię. Jego mamusia miałaby ten sos wymyślić, ale inni twierdzą, że to wszystko to tylko legendy miejskie. W listach Goethego nie ma żadnej wzmianki o zielonym sosie, a karety pocztowe woziły z Frankfurtu salceson.

W każdym razie wariant frankfurcki zielonego sosu pojawia się w źródłach pisanych dopiero od 1860 roku.

 

Wszystko to podaję jako ciekawostki, bo nie bardzo wierzę w możliwość zrobienia dokładnie takiego sosu gdzieś z dala od Frankfurtu - trudno będzie kupić część z wymaganych ziół. No chyba że ktoś się dobrze zna i zbierze sobie na łące. Radziłbym raczej przy okazji wizyty we Frankfurcie spróbować tej potrawy w jakiejś knajpie.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (1)

Strona 20 z 27Start...10...1819202122...Koniec