Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Jak to się robi w Niemczech: Kłamstwo w polityce (3)

Miałem nadzieję, że nie będzie następnego wpisu z cyklu o kłamstwie w polityce, ale oczywiście nadzieja matką głupich. Heskie CDU to niestety super-chrześcijanie i hiper-demokraci.

Niedawno gruchnęła wieść, że Roland Koch dostał pracę. Byłoby wszystko OK, niech sobie pracuje, ale problem w tym co to za praca. Otóż ma on zostać przewodniczącym zarządu koncernu budowlanego Bilfinger Berger z Mannheimu.

To może najpierw o firmie. Koncern Bilfinger Berger powstał w roku 1975 jako połączenie trzech firm z tradycjami sięgającymi XIX wieku. Koncern realizuje wiele projektów, nie tylko w kraju. Jest spółką notowaną na giełdzie i drugim co do wielkości koncernem budowlanym w Niemczech. Jak na razie nic nadzwyczajnego, jedziemy dalej. Ostatnimi czasy koncern zrobił parę bardzo nieładnych akcji. Na przykład budując odcinek metra w Kolonii narozrabiali strasznie. Kilka zabytkowych budynków się cokolwiek uszkodziło, a jeden (archiwum miejskie) nawet zawalił grzebiąc pod sobą  dwie osoby i mnóstwo cennych, historycznych dokumentów. Przyczyną było nieprawidłowe prowadzenie prac, fałszowanie protokołów kontrolnych i kradzieże elementów zbrojenia.

Zniszczony budynek archiwum miejskiego w Kolonii

Zniszczony budynek archiwum miejskiego w Kolonii Źródło: Wikipedia Autor: Frank Domahs

Podobne nieprawidłowości wykryto na budowie trasy ICE Norymberga-Monachium i na budowie metra w Düsseldorfie. Na innych budowach też się źle dzieje.

No dobrze, ale ktoś może powiedzieć: To chyba OK, że chcą nająć mocnego człowieka, żeby zrobił u nich porządek.

Gdyby tak było, byłoby pewnie naprawdę OK. Ale sposób załatwienia tej sprawy budzi spore wątpliwości. Po pierwsze: Pan Koch zrezygnował z polityki niespodziewanie, przed końcem kadencji, prawie że rzucił robotę, rozwiązał umowę i sobie poszedł. Wtedy twierdził, że po prostu ma dosyć i sobie odpocznie, ale dziś się okazuje że jakieś rozmowy prowadził, pilnując tylko żeby nie można mu było zarzucić że coś podpisał, albo podejmował wiążące ustalenia.

I teraz najważniejsze: Koncern Bilfinger Berger dostał nieco wcześniej zlecenie na budowę nowego pasa na lotnisku we Frankfurcie. Za 80 milionów. W porównaniu z całością inwestycji to może i niedużo, ale 80 baniek piechotą nie chodzi. A kto o tym zleceniu decydował? Fraport i land Hessen. Czyli w zasadzie pan Koch. A o tym, co się przy tym projekcie działo i dzieje już pisałem. W tym samym cyklu. I chyba zbyt dobrze pana Kocha oceniłem pisząc, że nie ma w tym wszystkim własnego interesu.

I to jeszcze nie koniec cyklu. Kolejne afery heskiej CDU w drodze. Następna notka z tego cyklu też, niech tylko sytuacja się jeszcze trochę wyklaruje.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (3)

Jak to się robi w Niemczech: Kłamstwo w polityce (2)

Wczoraj, zupełnie niespodziewanie, premier Hesji Roland Koch zapowiedział rezygnację ze wszystkich swoich stanowisk i odejście z polityki. O Rolandzie Kochu już pisałem, cieszę się że odchodzi. W końcu to on przeforsował na przykład wprowadzenie w Hesji czesnego za studia na uczelniach państwowych i parę innych niezbyt miłych projektów. Ale po kilku godzinach paniki heskie CDU sobie z problemem odchodzącego szefa poradziło i uchwaliło kto będzie jego następcą - Volker Bouffier.

Volker Bouffier

Volker Bouffier Źródło: Wikipedia

Za panem Bouffier też ciągnie się parę smrodów. Na przykład kiedyś jako prawnik doradzał w sprawie rozwodowej. Na dwie strony - i mężowi i żonie. To się nazywa elastyczność, co nie? Prokuratura badała sprawę, ale Bouffier dogadał się z nią jakoś i skończyło się na karze pieniężnej w wysokości 8000 DM - dla prawnika to drobne, pewnie na samej tej parze zarobił więcej.

Z nowszych numerów to pan Boufiier jako aktualny minister spraw wewnętrznych Hesji mianował z pominięciem procedur na stanowisko szefa policyjnych oddziałów prewencji (Bereitschaftspolizei) jakiegoś swojego pociotka, a gdy sprawa wyszła na jaw wstecznie naprodukował protokoły z głosowania którego nie było. I oczywiście włos mu z głowy nie spadł. W końcu nadal rządzi tu CDU - Chrześcijańscy Demokraci, i swojakowi nic się nie stanie.

Pan Bouffier jest również zwolennikiem łapania społeczeństwa za mordę - podsłuchów, kamer wideo, rejestracji DNA i Rasterfahndungu (prewencyjnej analizy danych wszystkich obywateli aby wyłapać potencjalnych terrorystów).

Jak widać Roland Koch ma godnego następcę.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (2)

Jak to się robi w Niemczech: Kłamstwo w polityce

Dokładnie wiadomo jak rozpoznać kiedy polityk kłamie, jest to bardzo proste: Jak otwiera usta, to kłamie. W Niemczech nie jest inaczej niż w reszcie świata. Ale są kłamstwa i kłamstwa. Przyjrzyjmy się więc, jak to się robi w Niemczech.

Z hasłem kłamstwo w polityce niemieckiej natychmiast kojarzy mi się jedna osoba: Roland Koch. To nie znaczy, że wszyscy inni mówią prawdę, ale że Koch jest przypadkiem modelowym.

Roland Koch

Roland Koch Źródło: Wikipedia Autor: Kuebi = Armin Kübelbeck

Roland Koch jest politykiem chrześcijańsko-prawicowej CDU, jej szefem na Hesję i długoletnim premierem Hesji.

Znany karykaturzysta Gerhard Haderer (jego rysunek drukowany jest od wielu lat co tydzień na jednej z pierwszych stron "Sterna") sportretował go bardzo celnie. Na rysunku (opublikowanym podczas afery z lewymi pieniędzmi CDU, kiedy Helmut Kohl tłumaczył się, że o niczym nie wiedział) Roland Koch modli się przed pójściem spać do figurki Kohla mówiąc "I spraw, żebym był taki duży, potężny i nic nie wiedzący jak Ty". Dlaczego? Heska CDU miała bardzo podobną aferę, tyle że Koch nie wywinął się z niej tak zręcznie jak Kohl, jego tłumaczenia że ja nic nie wiedziałem już z daleka zalatywały kłamstwem.

Szczególnym popisem kłamstw Kocha jest ciągnąca się już od wielu lat sprawa rozbudowy lotniska we Frankfurcie. Lotnisko to jest jednym z największych w Europie, ale ma sporo problemów z obsługa ruchu w szczycie. Średnio na dobę jest tu ponad 1300 startów/lądowań, w szczycie samoloty lecą w odstępach ok. 30 sekund. Przydałby się więc jakiś dodatkowy pas.

Lotnisko we Frankfurcie

Lotnisko we Frankfurcie Źródło: Wikipedia Autor: AlbertR

Wszystko pięknie, tyle że taka rozbudowa ma duży wpływ na całą okolicę - samoloty zaczynają latać bliżej miast i miasteczek, albo bezpośrednio nad nimi. Nic więc dziwnego że mieszkańcy nie są zachwyceni planami rozbudowy.

Na początku przygotowano trzy koncepcje rozbudowy lotniska:

  • Koncepcja południowa - dobudowanie pasów równolegle do istniejących, na południe od nich. Ta koncepcja od początku wydawała mi się najlepsza. Na południe od istniejących pasów były tylko stare budynki bazy amerykańskiej, ale był znany dokładny terminarz ich wycofania się stamtąd (już ich nie ma, teraz jest tam centrum cargo). Poza tym było tam prawie puste pole. Podejście do nowych pasów leżałoby blisko dotychczasowego, obciążenie hałasem okolicy wzrosłoby stosunkowo niewiele. Nie muszę chyba pisać, że rozwiązania tego oczywiście nie wybrano.
  • Koncepcja  zachodnia - nowe pasy miałyby się znajdować prostopadle do istniejących (równolegle do jednego, który istnieje), co robi mnóstwo problemów w synchronizacji startów/lądowań. Do tego podejście byłoby bezpośrednio nad Frankfurtem, a i pewnie zawadzałoby nieco o domy miejscowych notabli w Königsteinie i Kronbergu. I jeszcze: pasy wchodziłyby na teren sąsiedniej gminy. Więc ta koncepcja nie miała szans.
  • Koncepcja północno-zachodnia - nowe pasy miałyby leżeć po drugiej stronie autostrady, w kierunku miasta. No tu po prostu ręce opadają: W tym miejscu rośnie las, który trzeba wyciąć. Podejście wchodzi już w granice  Frankfurtu i obciąża dodatkowo sporo innych miejscowości. Samoloty żeby przejechać ze starej części do nowej będą musiały przejeżdżać nad autostradą. I do tego podejście prowadzi tuż nad fabryką chemiczną leżącą o 700 metrów od końca pasa. No wszystko super. W obliczu tylu zalet oczywistym jest, że to rozwiązanie zostało wybrane.

No dobrze, ale gdzie pan Roland Koch? Pan Koch jako szermierz rozbudowy zaproponował deal: Lotnisko zostanie rozbudowane według wariantu północno-zachodniego, a w zamian zostanie wprowadzony całkowity zakaz lotów w nocy. No mnie przytkało, takie idiotyzmy słyszy się rzadko. Znaczy najpierw za gruby szmal powiększamy pojemność lotniska, żeby z drugiej strony ją poważnie zmniejszyć? Coś tu nie gra. W dodatku pan Koch opowiadał stale ile to nowych miejsc pracy powstanie po rozbudowie lotniska, a tymczasem po zakazaniu lotów w nocy niektórzy z największych klientów lotniska będą musieli się wynieść gdzie indziej. W końcu na przykład przesyłki pocztowe muszą latać w nocy. I zatrudnienie spadnie.

Roland Koch nie jest idiotą, więc od razu oczywiste było że zapowiadając zakaz lotów w nocy kłamie. Świetnie to można było zobaczyć po jego kolejnych akcjach. Bo po pewnym czasie zaczęło się okazywać, że całkowity zakaz lotów w nocy jest niemożliwy, że 15 samolotów każdej nocy ma jednak móc polecieć, albo że więcej niż 15, no ale poza tymi piętnastoma to zakaz będzie całkowity, albo i nie, albo i tak, albo damy ludziom pieniądze, żeby sobie wprawili szczelniejsze okna... I tak to się kręci. Wszystkie okoliczne gminy zaskarżyły decyzję o rozpoczęciu budowy do sądu, postępowanie się ciągle toczy, ale to w niczym nie przeszkadza. Las już wycięli, fabryce chemicznej Ticona zapłacili żeby się przeniosła w inne miejsce. A Roland Koch nadal kłamie.

Wycinanie lasu pod nowy pas lotniska we Frankfurcie

Wycinanie lasu pod nowy pas lotniska we Frankfurcie Źródło: Wikipedia Autor Wo st 01

 Ale zastanówmy się, dlaczego właściwie on to robi? Otóż w trakcie podejmowania decyzji Roland Koch był przewodniczącym rady nadzorczej firmy Fraport AG, do której lotnisko należy. Fraport AG należy w 45% do landu Hesja, którego premierem jest również Koch. Już jasne? Ale zwróćmy uwagę na taki fakt: On nie ma z tej rozbudowy żadnych osobistych korzyści, jego partia w zasadzie też nie. Wszystkie te kłamstwa służą (w rozumieniu samego Kocha oczywiście) interesowi regionu i landu.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Skomentuj

Żegnaj NRD (47): Próba podsumowania

Przewaliły się już obchody dwudziestej rocznicy obalenia muru i największy ruch na moim blogu, a mi został do napisania odcinek podsumowujący 40 lat NRD. Najprościej będzie porównać dokonania NRD z PRL.

Może najpierw o bilansie startu obu państw. Do obu władza i system ekonomiczny zostały przyniesione na radzieckich bagnetach, obu odebrano znaczną część ich potencjału gospodarczego - w Polsce bardziej przez zniszczenia wojenne, w NRD bardziej przez zagrabienie całych fabryk i sporej części infrastruktury przez Rosjan.  Ale tu podobieństwa się kończą. Polska przed wojną była biednym krajem z przewagą rolnictwa. Tereny NRD należały co prawda do tych mniej uprzemysłowionych części przedwojennych Niemiec, ale nawet po rozgrabieniu startowały z wyższego poziomu. Podobnie poziom wykształcenia ludności i ilość kadry fachowej (nawet po uprowadzeniu wielu fachowców przez Amerykanów i Rosjan) były również wyższe niż w Polsce. Polsce na plus odcięto biedne i rolnicze rejony na wschodzie, a w zamian za to dołączono nieźle uprzemysłowione obszary Ziem Odzyskanych.

NRD miało o tyle trudniejszą sytuację niż Polska, że było całkowicie sztucznie wydzieloną częścią większej całości. Dla Polski alternatywy nie było, dla NRD - tak. Stąd NRD już momencie powstania było skazane na mur. Mur powstać musiał - bez tego nie było szans na utrzymanie status quo. Bez muru NRD wyludniłoby się wkrótce prawie całkowicie.

Mur rzutował oczywiście i na gospodarkę. Budowa, konserwacja, ochrona granicy pochłaniały bardzo dużą część budżetu państwa, które znowu aż tak bogate nie było. Istnienie muru implikowało oczywiście próby pokonania go, a prawie każdy miał po co próbować - z drugiej strony muru niemal każdy miał jakąś rodzinę i ponieważ był automatycznie obywatelem RFN nie musiał się obawiać nie przyznania prawa pobytu czy innych szykan. Zmuszało to służby bezpieczeństwa do starannej inwigilacji wszystkich obywateli, jak leci. Każdy był podejrzany. A taka skala i skuteczność też kosztuje. Do tego nie można było wypuścić obywatela nawet na wycieczkę ani do pracy za granicę systemów - ograniczało to możliwość zarabiania dewiz przez NRD poprzez eksport siły roboczej. W Polsce problem ten był dużo mniejszy, mnóstwo ludzi wyjeżdżało, pracowało na Zachodzie i przywoziło dewizy do kraju.

Istnienie drugiej części podzielonego kraju miało też swoje dobre strony. Zapewniało mianowicie stały dopływ dewiz, czy to na drodze prywatnej, czy też w formie dotacji czy preferencyjnych kredytów z RFN. Tego znowu w Polsce nie było.

W obu krajach starano się wprowadzić gospodarkę socjalistyczną. Sama idea nie jest nawet taka zła - żeby zlikwidować biedę, bezrobocie oraz marnotrawstwo wbudowane w kapitalizm. Problemem jest oczywiście wykonanie. Nie będę się wdawał w ocenę wykonalności tak postawionych zadań, ograniczę się do pokazania różnic między PRL a NRD w tym względzie. Otóż w NRD, inaczej niż w Polsce, praktycznie zlikwidowano rzemiosło prywatne. Konsekwencje tego faktu były bardzo daleko idące, wydaje mi się że między innymi dzięki temu Polska po transformacji radziła sobie lepiej niż byłe NRD. W Polsce też znacznie wcześniej odpuszczono sobie ignorowanie inflacji poprzez stałe ceny towarów nadrukowane na opakowaniach. No ale Polska zbankrutowała 10 lat wcześniej niż NRD.

Relatywny dobrobyt NRD był też stanowczo przereklamowany. Węgry przebijały pod tym względem NRD bez problemu.

Przemysł NRD nie był wbrew pozorom specjalnie dobrze rozwinięty. Nowych i nowoczesnych zakładów przemysłowych było tak naprawdę niezbyt dużo (a wiele z nich zbudował polski Budimex, a nie NRD-owcy), stare zakłady były często tylko prowizorycznie połatane i w częściowej ruinie. Generalnie wyższe uprzemysłowienie niż w PRL wynikało głównie z bilansu otwarcia, a nie z faktycznego rozwoju.

Pod względem kultury NRD nie zostawiła po sobie zbyt dużo. Ten czy inny zabytek odbudowano (a i to głównie siłami polskich PKZ-tów) ale do czytania, słuchania i oglądania nie zostało wiele. Kultura tworzona w NRD była przytłoczona kulturą RFN-owską. W Polsce alternatywy nie było i po PRL zostało znacznie więcej wartościowych dzieł.

Faktyczne osiągnięcia miało NRD w branży socjalnej. Ich sieć przedszkoli nie miała sobie równych na świecie, RFN o takiej ilości miejsc w przedszkolach do dziś nie śmie nawet marzyć.

Pod względem polityki i praw człowieka NRD była dużo mniej sympatycznym miejscem niż Polska. Wynikało to znowu z podziału Niemiec. O ile Polski patriota mógł działać dla dobra kraju w oficjalnych strukturach - bo innej Polski nie było, to nie wyobrażam sobie niemieckiego patrioty nie dążącego do zjednoczenia. Stąd we władzach NRD z definicji nie mogło być żadnego patrioty, a tylko ludzie bezwzględnie podporządkowani kierownictwu radzieckiemu i obowiązującemu systemowi. Stosunek oficjeli SED do pierestrojki i ich zachowanie w 1989 potwierdza tą tezę. Do tego w Polsce - jak to w Polsce - system z czasem rozmył się w powszechnym tumiwisiźmie, w NRD aż do końca wszystko było na 100% poważnie.

Porównajmy teraz bilans obu krajów na koniec roku 1990.  Jeżeli porównamy stan tych krajów z tego okresu ze stanem zaraz po wojnie albo nawet stanem sprzed wojny, to PRL wykazuje bilans niewątpliwie pozytywny. Kraj został przekształcony z rolniczo-przemysłowego w przemysłowo-rolniczy, poziom wykształcenia społeczeństwa znacznie wzrósł, kultura rozwijała się całkiem nieźle. Oczywiście było to o wiele mniej, niż można byłoby osiągnąć w innych warunkach, ale mimo wszystko coś PRL-owi można zapisać na plus. (Wiem, niektórzy odsądzą mnie od czci i wiary). Dla NRD podobny bilans wygląda zdecydowanie negatywnie. Ich osiągnięcia były niezłe tylko w porównaniu z biedniejszymi krajami bloku (jak na garbatego byli całkiem prości), jedyne, co bym im zaliczył na plus to te przedszkola. Ich przemysł był w 1990 (a nawet w 1989, żeby nie kopać leżącego) w dużo gorszym stanie niż w 1939.

Tak więc, żegnaj NRD. I nie wracaj.

 

A tych, którzy znaleźli mój blog dopiero teraz, zapraszam do przeczytania całego cyklu o NRD od początku.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (21)

Żegnaj NRD (46): Agonia

Mur padł, system też. Były oczywiście i igrzyska - na przykład zespół dziennikarzy elf99 robił i puszczał materiały nakręcone w rządowym ośrodku w Wandlitz, w domu Honeckera (znaleziono tam na przykład niezłą kolekcję pornosów - sam oglądał a innym nie pozwalał), itp.

NRD-owskie służby celne bardzo goniły nagrane nośniki - kasety video, dyskietki itp. Oprócz treści politycznych mieli dużo przeciwko pornosom właśnie. Pornosy Honeckera zostały specjalnie dla niego sprowadzone z RFN.

Ale igrzyska igrzyskami, a żyć trzeba. I tu zaczęły się schody.

Obalenie muru nie zmieniło wcale słuszności prognozy ekonomistów o bliskim zawaleniu się gospodarki NRD, a nawet ten proces przyspieszyło. Z dnia na dzień ludzie praktycznie przestali kupować produkty produkcji NRD, a chcieli tylko te zachodnie. Kurs marki RFN zaczął iść w górę prawie ekspotencjalnie. Doszło do tego, że niektóre sklepy (spożywcze!) sprzedawały zachodnie towary tylko za marki zachodnie. A ponieważ popyt na miejscowe produkty spadł gwałtownie, miejscowe zakłady zaczęły mieć poważne problemy.

W grudniu 1989 rozpoczęły się, zorganizowane na wzór polski, rozmowy Okrągłego Stołu, jednak sam stół był kwadratowy. W trakcie rozmów ustalono, że wypadające w maju wybory do parlamentu zostaną przesunięte na marzec, bo do maja gospodarka padnie już na pewno.

Więc w marcu odbyły się pierwsze i jedyne w historii tego kraju wolne wybory do parlamentu. Zanim do tego doszło, SED zdążyła dwuetapowo zmienić swoją nazwę na PDS (Partei des Demokratischen Sozialismus - Partia Demokratycznego Socjalizmu). Oprócz tej w wyborach wzięły udział partie satelickie SED (analogiczne do polskich SD i ZSL) i nowo utworzone partie, stronnictwa i ruchy. Część z nich od razu przypięło się do partii zachodnich - CDU, FDP i SPD, inne były w miarę niezależne. Wynik był taki, że Ost-CDU dostało 41%, wschodnie SPD 22, a postkomunistyczny PDS 16,4. Reszta to rozproszona drobnica. Jeżeli kogoś interesują dokładniejsze dane, to proszę TUTAJ.

Posiedzenia nowego parlamentu zaczęto pokazywać w telewizji i trzeba przyznać, że pod każdym względem najbardziej pozytywnie wyróżniającym się posłem był tam szef PDS-u Gregor Gysi. Inteligentny, dowcipny, rozsądny. Potrafił zgasić każdego, jedynym posłem potrafiącym z nim na odpowiednim poziomie dyskutować był nasz były wykładowca matematyki Hansjoachim Walther z prawicowo-konserwatywnej DSU. Po zjednoczeniu profesor Walther został nawet na krótki czas ministrem bez teki w rządzie RFN. Gysi natomiast jest do dziś prominentnym działaczem partii Die Linken i był z ramienia tej partii posłem do parlamentu RFN.

Nowo wybrany parlament natychmiast zgodził się co zjednoczenia, 18 maja podpisano z RFN Umowę o unii walutowej, gospodarczej i społecznej (Währungs-, Wirtschafts- und Sozialunion). Unia miała wejść w życie już pierwszego czerwca - czyli po dwóch tygodniach! Każdy miał mieć prawo wymienić (zależnie od wieku) od 2 do 6 tysięcy marek NRD po kursie 1:1, a resztę po kursie 1:2. Płace miały zostać przeliczone po kursie 1:1 a długi 1:2. Ponieważ kurs czarnorynkowy dochodził już chwilami i miejscami do 1:20, wszyscy wierzyli że zarabiając w zachodnich staną się natychmiast bogaci. Jakoś praktycznie nikomu nie przyszło do głowy że NRD-owska średnia płaca, czyli 800 marek, nawet przeliczona 1:1 na zachodnie leży gdzieś w okolicach zachodniego minimum socjalnego, a nominalne ceny podstawowych produktów są w RFN wielokrotnie wyższe (obiad w mensie za 80 fenigów RFN? Niemożliwe). Jeszcze mniejsza grupa pomyślała o tym, że faktyczna produktywność NRD-owskich pracowników bardziej odpowiada tym ośmiuset markom przeliczonym po kursie 1:20 niż 1:1. No ale skoro Helmut Kohl obiecał Blühende Landschaften (rozkwitające krajobrazy) i że na zjednoczeniu nikt nie straci...

NRD było gotowe oddać się RFN za każdą cenę, w RFN nastroje nie były tak jednoznaczne. Rządząca CDU była za, ale opozycyjna wtedy SPD nie za bardzo. Wielu prominentnych jej działaczy, jak późniejszy kanclerz Gerhard Schröder i aktualny wtedy kandydat na kanclerza Oskar Lafontaine było przeciw, bo to za drogo. Rację że to drogo mieli, ale nie wiem jak oni sobie właściwie wyobrażali żeby NRD nie przyłączyć? Przecież wkrótce by mieli w NRD pustynię i 17 milionów imigrantów w RFN. Taniej by nie było. No chyba żeby mur odbudować, ale żeby teraz pilnowali go RFN-owcy.

Lafontaine w ogóle jest jakiś dziwny, bo potem odszedł z SPD, namówił PDS na zmianę nazwy na Die Linken (Lewica) i się do nich przyłączył. Dlaczego właściwie nie przeniósł się do NRD już w latach 80-tych? Przyjęliby go z otwartymi ramionami.

Dzień wprowadzenia marki RFN się zbliżał, NRD-owcy zajmowali się tymczasem upychaniem swoich oszczędności przekraczających limit wymiany 1:1 po kontach znajomych nie osiągających tego limitu. Potem nadeszła noc z 31 maja na 1 czerwca i wszyscy z radością zrezygnowali z Alu-Chips, jak nazywano marki NRD. Otrzeźwienie przyszło wkrótce.

Nagle, praktycznie z dnia na dzień pojawiło się bezrobocie.

W krajach socjalistycznych oficjalnie bezrobocie nie istniało. Prawo do pracy było zagwarantowane w konstytucji i każdy pracę musiał dostać. Inną historią było, czy miał coś do roboty. Taka sytuacja jest nazywana bezrobociem ukrytym. Rodziło to bardzo wiele problemów, od demoralizacji ludzi (czy się stoi, czy się leży, [suma] się należy) do problemów zakładów (czy ludzie faktycznie pracują, czy nie, płacić im trzeba).

W NRD bywało nawet tak, że w kilkunastotysięcznym zakładzie połowa (sic!) pracowników zajmowała się tylko remontami, a nie produkcją. Oczywiście najdalej w kilka tygodni po wejściu z życie unii gospodarczej wszystkich niepotrzebnych trzeba było zwolnić. A potem najczęściej i tak bankructwo.

Z dnia na dzień większość ludzi w NRD stała się biedakami, często do tego bezrobotnymi. W takiej sytuacji ujawniły się tłumione przez długie lata nastroje ksenofobiczne, zwłaszcza antypolskie. Wyrostki obrzucały kamieniami polskie autobusy, pytani przez dziennikarzy dlaczego to robią mówili "A, bo ci Polacy przyjeżdżają, wykupują wszystko...". Tak to jest, jak 100% kapitalizm wprowadzi się umową z zaledwie dwutygodniowym czasem na przygotowanie. Pamiętam że raz gdy wracałem busem z towarem z Berlina ktoś z krzaków przy autostradzie, już niezbyt daleko od granicy, rzucił w moją stronę butelką. Jechałem ponad 100, jakby trafiła w przednią szybę nie byłoby wesoło. Na szczęście jechałem lewym pasem (bo prawy już wtedy słabo nadawał się do jazdy) a ktoś rzucił o pół sekundy za wcześnie i butelka rozbiła się tuż przed samochodem.

Do NRD zaczęli przyjeżdżać ludzie którzy wyjechali wcześniej, na Ausreiseantrag albo nielegalnie. Nie, nie po to żeby wrócić. Po to, żeby spróbować odzyskać swoje mieszkania i domy, który wcześniej państwo NRD-owskie im odebrało. Nieruchomości te zostały potem w dobrej wierze kupione od Skarbu Państwa przez innych ludzi. Oj, było z tego mnóstwo problemów.

Zakłady które zbankrutowały były przejmowane przez Urząd Powierniczy (Treuhandanstalt), który starał się sprzedać je komukolwiek, nawet za symboliczną jedną markę. Było z tego też mnóstwo afer których jednak specjalnie później nie drążono.

Infrastruktura NRD okazała się być w gorszym stanie niż ktokolwiek w RFN się spodziewał. Problem był nawet z zadzwonieniem na Zachód, w firmach przejętych przez zachodnie koncerny stosowano taką technikę, że po uzyskaniu połączenia telefonicznego z dyrekcją w RFN (bywało, że próby połączenia trwały parę godzin) słuchawki nie odkładano już. Dzięki temu można było przekazać informacje w dowolnym momencie, a gdy połączenie się przerwało specjalnie wyznaczony pracownik kręcił znowu do skutku. Krążył dowcip o tym, że Mercedes kupił kawałek NRD-owskiej autostrady jako odcinek testowy dla swoich samochodów. Terenowych.

Gwałtowny upadek przemysłu NRD miał też swoje dobre skutki. W ciągu kilku tygodni jakość powietrza w NRD gwałtownie się poprawiła, a ogłaszany wcześniej od czasu do czasu w RFN i Berlinie Zachodnim alarm smogowy już nigdy się nie powtórzył. Nigdy!

Wszystkie te problemy spowodowały, że większość obrotnych i potrafiących cokolwiek NRD-owców szybko przemieściła się do RFN. Praktycznie w landach wschodnich zostali głównie emeryci i nieudacznicy. Tam do dziś jest pustynia ze świetną infrastrukturą - bo rząd RFN próbował powstrzymać odpływ ludzi budując tam wszystko od nowa, często lepsze niż w landach zachodnich.

I w końcu, 3 października 1990 NRD z ulgą przyłączyła się do RFN.

 

I to był ostatni regularny odcinek cyklu o NRD. Zostało mi jeszcze trochę ciekawostek które nie pasowały do żadnej z notek albo przypomniały mi się zbyt późno. Materiały o NRD będą pojawiać się nadal. Z pewnością dodam też zdjęcia, muszę tylko przywieźć z Polski swoje slajdy (raczej dopiero w końcu roku), zorganizować skaner i trochę czasu.

Zapraszam dalej, tematów nie zabraknie.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (3)

Żegnaj NRD (45): Upadek

Wybory lokalne w maju 1989, o których parę razy wspominałem, były sfałszowane. Wykazała to opozycja demokratyczna niezależnie licząc frekwencję. Według mnie to niepotrzebnie się wysilali - typowy w realnym socjalizmie wynik w rodzaju 99% frekwencji i 98,85% głosów na właściwych kandydatów musi być sfałszowany - nie ma siły żeby było inaczej.

Jak pokazują wypływające powoli dokumenty, władze zareagowały na oskarżenia o fałszerstwo przygotowując obozy internowania i tworząc listy proskrypcyjne. W czerwcu, po masakrze na placu Tian'anmen, jak już pisałem nastawienie władz było bojowe. Dziś wiadomo już, że mniej więcej w tym samym czasie grupa ekonomistów przygotowała tajny raport dla Biura Politycznego, w którym prognozowała całkowite bankructwo ekonomiczne NRD w czasie nie dłuższym niż jeden rok.

Mając nadzieję na obniżenie napięcia władze wypuściły do RFN dużą grupę ludzi ze statusem Ausreisewillig. Ale oczywiście skutek był odwrotny do zamierzonego. W czasie wakacji NRD-owcy wyjeżdżający na Węgry coraz częściej korzystali z tego, że Węgrzy zlikwidowali umocnienia graniczne na granicy z Austrią i masowo uciekali przez zieloną granicę. W sierpniu na Węgrzech przebywało 150.000 NRD-owców w wiadomym celu. Wkrótce Węgrzy mieli dosyć pilnowania ich i 11 września po prostu otworzyli dla nich granicę. W ciągu pierwszych trzech dni otwartej granicy wyjechało 18.000 ludzi. Innym wariantem było dostanie się na teren ambasady RFN w Budapeszcie albo Pradze i próbowanie wymuszenia zgody na wyjazd. Skala tych zjawisk była tak duża (we wrześniu na Zachód różnymi drogami uciekło 55.000 ludzi!) że w październiku zamknięto granicę z Czechami. Mimo to straty NRD w październiku wyniosły aż 21.000 ludzi.

Wydarzenia toczyły się coraz szybciej. W początku września Montagsgebete przekształciły się w Montagsdemonstrationen. Ktoś z obecnych zaproponował po prostu żeby nie siedzieć w kościele i nie żalić się tylko we własnym gronie, ale wyjść na ulicę i powiedzieć to publicznie. Wszyscy obecni wyszli i wykrzyczeli swoje żale publicznie. Nowy zwyczaj błyskawicznie rozprzestrzenił się na całe NRD. Władze wypuszczały na nich policję, ale raczej bez większego przekonania. Od czerwca minęło parę miesięcy, oni raczej wiedzieli że już po nich, że nawet jak stłumią demonstracje to dopadnie ich wkrótce bezlitosna ekonomia.

Ale zanim dojdziemy do ostatecznego upadku, jest jeszcze do opowiedzenia jedna, mało w Polsce znana historia:

W sierpniu 1989 kierownictwo stwierdziło, że może trzeba by jakoś ten ich system uczynić trochę strawniejszym, zwłaszcza dla młodzieży (rychło w czas). I wymyślili sobie program telewizyjny dla młodzieży, ciekawszy i dynamiczniejszy niż standardowe ideologiczne nudziarstwo. Zmontowano więc zespół młodych dziennikarzy, sprowadzono im z Zachodu nowoczesny sprzęt i kazano im robić program. Nazywał się on elf99, od kodu pocztowego budynku telewizji (1199). Pierwsze wydanie poszło pierwszego września 1989. I było świetne. Był to dwugodzinny program raz w tygodniu, składał się z wiadomości, reportaży, muzyki, sportu i odcinka jakiegoś serialu. Wszystko zrobione dynamicznie i dowcipnie, po prostu świetnie. Oglądałem ich co tydzień, byli o dwie klasy lepsi od całej reszty telewizji NRD-owskiej i od polskiej zresztą też.

Logo elf99

Logo elf99 Źródło: Wikipedia

Wkrótce potem wymieniono Honeckera, na co od dłuższego już czasu naciskali Rosjanie, na Egona Krenza. Krenz stroił się później w gołębie piórka, ale z członków Biura Politycznego tylko jemu można udokumentować wypowiedź za stosowaniem siły. Niespodziewanie przeciw użyciu siły wypowiadał się szef Stasi - Erich Mielke.

Władza nie pociągnęła już długo. 9 listopada padł mur - otwarto wszystkie przejścia graniczne i NRD-owcy rzucili się na Zachód. W Berlinie Zachodnim każdemu przyjeżdżającemu wręczano 100 marek zachodnich Begrüßungsgeldu (pieniędzy na powitanie). I tu znowu pojawia się ekipa elf99 - oni jako pierwsi złapali za kamery i polecieli robić reportaż z wydarzenia. Z tego reportażu pochodzi duża część materiałów standardowo pokazywanych w telewizji z okazji rocznicy przewrócenia muru. Mnie najbardziej rozśmieszyły wywiady z NRD-owcami stojącymi w kolejkach do sex-shopów (które podobno były na granicy bankructwa a NRD-owcy i Begrüßungsgeld je uratowali).

Radość była wielka, ale prawdziwe problemy zaczęły się dopiero wtedy. O tym w następnym odcinku, ostatnim już z regularnych.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (2)

Żegnaj NRD (43): Wewnętrzny krąg władzy

W tym odcinku będzie się działo. Właściwie wszystkie wcześniejsze odcinki były przygotowaniem do tego jednego. Jeżeli ktoś nie czytał wszystkich od początku to bardzo proszę to zrobić przed przeczytaniem tego. Początek jest TUTAJ. Bez tego pewnie mi nie uwierzycie.

Już wszyscy przeczytali? To jedziemy.

Po imprezie dla wyróżnionych pracowników ważniejsi goście zagraniczni z tłumaczami zostali zabrani do niezbyt dużego, chyba zabytkowego pałacyku (chyba - nie widziałem zbyt dobrze bo było już ciemno), prawdopodobnie należącego do partii. Zaprowadzono nas do sali konferencyjnej na piętrze, kelnerzy i kelnerki zaopatrzyli stół w napoje (UWAGA: bezalkoholowe), po czym opuścili salę i budynek. Drzwi wejściowe do budynku zostały zamknięte na klucz, pozamykano okna, zasłonięto zasłony, sprawdzono czy nikt niepowołany nie został w środku.

Obecni byli: Ten dyrektor kopalni - członek KC, nie wiem dokładnie który numer w kraju, ale na pewno między 25 (bo nie był członkiem Biura Politycznego) a sto kilkadziesiąt (bo tylu było członków KC). A właśnie dostał medal, więc raczej nie był z ostatnich. Oprócz tego sami dyrektorzy, ci z kopalni z Polski, ZSRR i Bułgarii - oni też byli z odpowiednich KC i mieli swoich, zaufanych tłumaczy. My z D. byliśmy tam zupełnie nie na swoim miejscu, weszliśmy tylko dzięki protokołowi który wymagał zaproszenia wszystkich obecnych dyrektorów i zastępców dyrektorów. Bo oczywiście wszyscy dyrektorzy musieli być partyjni. Tyle że ci nasi to byli partyjni tylko formalnie.

Dyrektorzy i zastępcy dyrektorów w bardzo wielu zakładach pracy musieli należeć do partii - takie stanowiska nazywano nomenklaturowymi. Miało to między innymi i taki skutek, że w wielu wypadkach nie dało się zatrudnić na takim stanowisku bezpartyjnego fachowca. Wcale nierzadkim zjawiskiem było w związku z tym zapisywanie takiego fachowca do partii przed mianowaniem na stanowisko. Zapisany dyrektor miał, jak najbardziej, legitymację partyjną i od czasu do czasu bez entuzjazmu przychodził na imprezy obowiązkowe, ale miał to wszystko w bardzo głębokim poważaniu.

Ten mój nawet powiedział żeby mu nie tłumaczyć, bo go to w ogóle nie obchodzi, on przyjechał tylko do swoich ludzi w sprawach firmy a musi tam siedzieć. Ale pozostali to był wewnętrzny krąg władzy, jak i gospodarz.

Zrozumienie sytuacji

Ten miejscowy z kręgu wewnętrznego zamierzał przekazać przyjezdnym z kręgu wewnętrznego nieoficjalne (czyli prawdziwe) stanowisko miejscowych władz. Do przekazania dalej, reszcie kręgu wewnętrznego. Bez świadków - dlatego wyproszono personel. O sprawdzeniu przypadkowych tłumaczy nikt nie pomyślał, może dlatego że Intertext też był firmą należącą do Partii i domyślnie ludzie dostarczani przez nich powinni być już zweryfikowani.

Więc ten z KC zaczął opowiadać. Zaufani tłumacze tłumaczyli bardzo dokładnie - ponieważ ja tłumaczyłem tylko co mocniejsze kawałki, mogłem posłuchać co oni mówią. Mówca nie zaprzeczał istnieniu różnych problemów, ale bagatelizował je. W zasadzie tym razem nie powiedział nic naprawdę istotnego, raz tylko odniósł się do Polski. Powiedział:

My w NRD naprawdę myślimy o ludziach, nie zbudowaliśmy sobie dwóch fabryk samochodów, tylko rozwiązaliśmy problem mieszkaniowy.

W NRD budownictwo mieszkaniowe było w trochę lepszym stanie niż w Polsce, ale też nie było z nim dobrze. Dla poprawienia statystyk nie liczono więc zbudowanych mieszkań, tylko posługiwano się pojęciem problemu mieszkaniowego (Wohnungsproblem). Liczono to tak: Jeżeli obywatel dostał nowe mieszkanie, to jeden Wohnungsproblem był rozwiązany. Ale jeżeli dwóch obywateli zamieniło się na swoje zagrzybione klitki, to notowano to w statystykach jako rozwiązane dwa Wohnungsproblemy. Świetna metoda, prawda?

Czyli zazdrościli towarzyszom polskim Polonezów (dygresja; jedna ze studentek z Polski jeździła Polonezem i był to najlepszy samochód w miasteczku), a pewnie i Maluchów.

Tym razem to było na tyle. Ale ta historia biegnie dalej.

To był czerwiec 1988. Ale w następnym roku, w czerwcu 1989, ja już zjechałem do kraju a D. załapał się na tłumaczenie na tej samej imprezie w tym samym miejscu. Również i tam odbyło się takie samo poufne zebranie, na którym i on się znalazł. Sytuacja polityczna była już zupełnie inna - przypominam, że w Polsce skończyły się już rozmowy Okrągłego Stołu, Związek Radziecki powoli zaczynał się sypać, a w NRD widać było już pewne oznaki rozkładu (wrócę do tego w jednym z kolejnych odcinków). A ten z KC oświadczył:

"To niedobrze, że towarzysze polscy tak po prostu oddają władzę. A przecież towarzysze chińscy właśnie pokazali nam, co w takiej sytuacji trzeba robić."

Czy łapiecie o czym on mówił? Co pokazali właśnie towarzysze chińscy? W pierwszych dniach czerwca 1989?

Ciepło, ciepło. Towarzysze chińscy właśnie byli po masakrze na placu Tian'anmen. Mam ochotę dołączyć tu parę mocniejszych słów, ale nie chcę żeby mój blog się zrobił dla dorosłych. Ci !"§$%&# byli gotowi strzelać do swoich obywateli i tłumić protesty siłą! W połowie 1989! W świetle strzelania na granicy nie jest trudno w to uwierzyć, ale takie otwarte przyznanie się robi wrażenie. Ja wiem, że władze NRD oficjalnie chwaliły Chińczyków za ich sposób rozwiązania problemu, ale to mógł być blef. Stanowisko to wyrażone poufnie potwierdza jednak, że nie

A teraz przejdźmy do współczesności. Ciągle można w różnych miejscach przeczytać rozważania różnych ludzi że stan wojenny w Polsce 1981 był niepotrzebny, że Rosjanie by nie weszli, żeby Jaruzelskiego za to pod sąd itp. Durnie. Durnie do kwadratu. Najwierniejsi uczniowie Rosjan jeszcze osiem lat później byli gotowi strzelać do swoich ludzi. Powiedział to na poufnym spotkaniu w (prawie) zaufanym gronie człowiek z ich kierownictwa. Rosjanie w tym czasie już trochę odpuścili, ale jak ktoś z kierownictwa NRD powiedział: "Jeżeli sąsiad zmienił tapetę w swoim mieszkaniu nie oznacza to, że my też musimy tapetować od nowa". Po tym czego się dowiedziałem uważam za cud że się tam krew nie polała. A te półgłówki z nizin swojej niewiedzy ośmielają się twierdzić że Rosjanie za Breżniewa na pewno by nie weszli. A skąd oni to, do cholery, wiedzą? Nawet gdyby przypadkiem byli na takim spotkaniu jak my z D. i tam ktoś z KC KPZR powiedziałby że nie wejdą, to i tak byłoby za mało żeby się wypowiedzieć autorytatywnie. Znaczyłoby to co najwyżej, że w KC istnieje frakcja przeciwna interwencji, albo że informacja jest zbyt tajna żeby powierzać ją przedstawicielom bratnich partii. Ja też nie twierdzę, że całe KC SED było za strzelaniem do demonstrantów, ale czasem jeden za strzelaniem  wystarczy. Jeden przeciw na pewno nie.

Więc Rosjanie weszliby bez żadnych oporów. Dlaczego mieliby nie wejść? Od kogo NRD-owcy się uczyli jak nie od Breżniewa i wcześniejszych sekretarzy? Dlaczego tak reagowali na krytykę Breżniewa właśnie (o tego zakazanego Sputnika mi chodzi)?

No to już wylałem swoje żale. Teraz już z górki. W następnym odcinku: Dyplom i dalej.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (3)

Żegnaj NRD (42): Bo gdy Titanic tonął, to też orkiestra grała. A nawet 18 orkiestr

Najciekawsze z moich tłumaczeń było to: Dzień Górnika w Bad Salzungen w początku czerwca 1988. Działo się tam, a działo...

Zaproszenie na Dzień Górnika w Bad Salzungen (NRD) w roku 1988

Zaproszenie na Dzień Górnika w Bad Salzungen (NRD) w roku 1988

Bad Salzungen jest odpowiednikiem polskiego Ciechocinka i również jest znanym uzdrowiskiem z tężniami soli. W pobliżu znajduje się kopalnia soli w Merkers, i ten właśnie zakład urządzał imprezę z okazji Dnia Górnika. Był to bardzo duży zakład istotny dla gospodarki i - podobnie jak w takich zakładach w Polsce - dyrektor jego był członkiem Komitetu Centralnego partii - czyli człowiekiem wewnętrznego kręgu władzy.

Kopalnia w Merkers leżała niedaleko granicy, podziemne korytarze sięgały podobno aż pod terytorium RFN. Z drugiej strony granicy też była kopalnia, słyszałem opowieści że korytarze ich się łączą i parę osób wie jak wyjść po drugiej stronie i chodzi tam czasem na zakupy. Znając procedury bezpieczeństwa stosowane w kopalniach nie za bardzo w to wierzyłem - oni liczą osoby wchodzące i wychodzące i każdy nadmiar lub niedomiar zostanie natychmiast wykryty. Również na Zachodzie na teren kopalni czy fabryki wejść można tylko z przepustką. No chyba żeby się zamieniać z kimś z drugiej strony.

Kopalnia Merkers

Kopalnia Merkers

Na imprezę przyjeżdżały delegacje z kopalni w Polsce, Bułgarii i ZSRR. Większość z tych delegacji miało swoich tłumaczy, ja tłumaczyłem dla dyrektora do spraw eksportu polskiej firmy budowlanej robiącej w zakładzie prace remontowe. Dyrektor ten przyjechał w sumie głównie porozmawiać ze swoimi ludźmi, ale nie mógł odmówić zaproszeniu członka KC. Kolega D., który też tam był, tłumaczył trzyosobową delegację też jakiejś firmy budowlano-remontowej. Przyjechaliśmy do Merkers w piątek około południa, dowiedzieliśmy się co i jak i zakwaterowano nas w hotelu Freundschaft (Przyjaźń - takie wtedy były nazwy) w Bad Salzungen. Po południu pojawiły się nasze delegacje i udaliśmy się na imprezę dla wyróżnionych pracowników.

Zaproszenie na Dzień Górnika w Bad Salzungen (NRD) w roku 1988

Zaproszenie na Dzień Górnika w Bad Salzungen (NRD) w roku 1988

Impreza odbywała się w sporej hali zastawionej stołami, wstęp na zaproszenia, byli tam pracownicy z rodzinami, w sumie paręset osób. I niezłe jedzenie, kelnerki biegają i dolewają co kto chce - szampan, wódka, weinbrand, wino, piwo (Radeberger), program artystyczny w tle, itp. itd. I to był dopiero początek.

Po imprezie zabrali tych wszystkich zagranicznych dyrektorów z tłumaczami na osobne spotkanie, poświęcę mu następny odcinek. Będzie się działo.

Następnego dnia, w sobotę, imprezowanie zaczęło się od samego rana. Pobudka o szóstej, po hotelowym śniadaniu spotkaliśmy się na składaniu gratulacji dyrektorowi - temu członkowi KC - który właśnie został odznaczony  jakimś medalem. Kolejka do gratulacji, potem szwedzki bufet, samo najlepsze, delikatowe żarcie, a kelnerki znowu biegają i dolewają co kto chce - szampan, wódka, weinbrand, wino, piwo (Radeberger). Zobaczyłem tam jabłka, nie takie marne jak zwykle, ale ślicznie błyszczące. Połakomiłem się - i to był błąd. Jabłka były takie jak i wszędzie, tylko posmarowane masłem, żeby się błyszczały.

Po gratulacjach był pochód. Rozmach mieli Titanikowy. Samych orkiestr górniczych szło w pochodzie 18, na czele szła orkiestra z Polski i grała "Hej kto Polak na bagnety...". Jechały maszyny specjalnie wyciągnięte z dołu, szły dzieci poprzebierane za sceny z nędznego losu w przedwojennym kapitalizmie, robotnicy z transparentami mówiącymi jak wspaniale jest teraz...

Po pochodzie mój dyrektor zabrał mnie na spotkanie ze swoimi pracownikami, a potem był dla gości oficjalnych uroczysty obiad. Na obiedzie jak zwykle - niezłe jedzenie, kelnerki biegają i dolewają co kto chce - szampan, wódka, weinbrand, wino, piwo (Radeberger). Byli tam też różni oficjele z innych instytucji, naprzeciw mnie siedzieli oficerowie Armii Czerwonej. Nawet sensowni, pogadaliśmy trochę, nieźle mówili po niemiecku. Potem zawieźli nas na imprezę plenerową dla całego miasteczka lecącą już od zakończenia pochodu. Bockwursty dla plebsu były za darmo, podobno 2000 sztuk. A dla oficjeli specjalny namiot - a w nim niezłe jedzenie, kelnerki biegają i dolewają co kto chce - szampan, wódka, weinbrand, wino, piwo (Radeberger).

A na popołudnie gości oficjalnych zawieźli na imprezę do jakiegoś zameczku w okolicy. I znowu: niezłe jedzenie, kelnerki biegają i dolewają co kto chce - szampan, wódka, weinbrand, wino, piwo (Radeberger). Do zabawy przygrywa zespół: jakaś pani śpiewa, chłopak na basie, a na klawiszach miejscowy Polak. I ten Polak opowiedział nam niezłą historię: Akurat poprzedniej nocy, korzystając z tego że okolica imprezowała, jego sąsiad z kumplem wsiedli do ciężarówki (którą uprzednio cokolwiek opancerzyli) i pojechali na forsowanie granicy, Pojechali ile się dało, a jak utknęli to wyskoczyli i pobiegli dalej na piechotę. Zobaczył ich dwuosobowy patrol ochrony granicy, jeden z patrolu chciał do nich strzelać, ale drugi dał mu po łbie, unieszkodliwił broń i poleciał na drugą stronę za nimi. Titanic naprawdę już tonął, mimo 18 orkiestr górniczych grających na pokładzie.

No ale impreza trwała. Co pewien czas któryś z Polaków chciał pogadać z Niemcem, lub odwrotnie, brali sobie tłumacza i gadali. Zazwyczaj jakieś głupoty, jeden przewodniczący związków zawodowych z kopalni w Katowicach kazał mi tłumaczyć jak gada do swojego miejscowego odpowiednika. Zasuwał jak karabin maszynowy ale zdania jak z gazety partyjnej, więc nie miałem problemu z zasuwaniem takich samych zdań w tym samym tempie po niemiecku. Jak tylko się zająknąłem albo chciałem zaczerpnąć powietrza, on uważał że to już i zasuwał dalej. Ale ponieważ to wszystko co mówił było doskonale nieistotne, to luki w tłumaczeniu też nie robiły różnicy. Kolega D. trafił gorzej - musiał tłumaczyć dyskusję dwóch zapalonych wędkarzy.

Następnego dnia nie było już imprez oficjalnych tylko program rozrywkowy dla gości zagranicznych. Mój dyrektor już pojechał, więc zapytałem trójki którą tłumaczył D., czy im też nie potłumaczyć. A co im była za różnica, w końcu nie oni płacili. Zostałem więc. Zaczęło się od spaceru w jakiejś okolicznej miejscowości (chyba Bad Liebenstein) w stronę obiadu. I znowu: niezłe jedzenie, kelnerki biegają i dolewają co kto chce - szampan, wódka, weinbrand, wino, piwo (Radeberger). Potem pod knajpę podstawili dwie dorożki i dwa wozy konne z torbami wyładowanymi małpkami z alkoholem. Do jednego wozu wsiedli Rosjanie, do drugiego Polacy, jedną dorożkę zajęli Bułgarzy (tylko czterech ich było), a w drugiej dorożce, na czele, jak panowie, my we dwóch z D. Obwieźli nas po okolicy, zawieźli do  stadniny koni koło Bad Liebenstein. Tam wszystkim wypisali legitymacje jeździeckie, wpisali po dwie godziny jazdy, chociaż na koniu posadzili tylko polskiego dyrektora z kopalni w Katowicach. Do jedzenia były już tylko bratwursty a do picia piwo, ale nadal Radeberger.

Legitymacja jeździecka, NRD, 1988

Legitymacja jeździecka, NRD, 1988

 

Legitymacja jeździecka, NRD, 1988

Legitymacja jeździecka, NRD, 1988

 Ponieważ był już wieczór to znowu do hotelu. Rano, w poniedziałek padła propozycja zwiedzania kopalni, ale nie była to już część programu oficjalnego i nie zapewniali transportu do Merkers. Niestety się nie załapałem. D. opowiadał, że tam pod ziemią jeżdżą ciężarówki i Simsony, a odległości są wielokilometrowe. Jak podaje Wikipedia mają tam 4600 kilometrów korytarzy. Słownie: cztery tysiące sześćset! Kilometrów! No ale nic, nadrobię kiedyś to zwiedzanie, jadąc do kraju przejeżdżam niezbyt daleko stamtąd, a jest tam teraz Erlebnisbergwerk z prawie 3-godzinnym programem zwiedzania, jeżdżeniem ciężarówkami, kryształami soli o boku 1m i komorą, gdzie pod koniec wojny hitlerowcy schowali złoto Reichsbanku. (EDIT: Nadrobiłem)

Kopalnia Merkers, komora z największymi na świecie kryształami soli

Kopalnia Merkers, komora z największymi na świecie kryształami soli

Jeszcze jako ciekawostka - w końcu wojny Bad Salzungen i okolice zajęli Amerykanie, główny technolog kopalni opowiadał, że on się akurat wtedy urodził, a jego rodzina wraz nim musiała opuścić dom bo zajęto go na kwaterę dla Eisenhowera.

Taaakie  żarcie, taaakie przeżycia i jeszcze za to zapłacili. Chyba z 900 marek. I do tego hotel (chociaż snu mało, bo praca od rana do nocy). Super było. A i Titanic na szczęście nie był mój.

Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę

Jeszcze przypis: Tytuł pochodzi z "Ballady o marynarzach z Titanica” Andrzeja Górszczyka w wykonaniu Zenona Załubskiego. Piosenka z 1980, jak ulał pasująca do NRD a.d. 1988.

W następnym odcinku: Wewnętrzny krąg władzy.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (1)

Żegnaj NRD (40): Ich will raus!

Życie w NRD było łatwiejsze niż w Polsce, ale RFN na wyciągnięcie ręki sprawiało, że było trudniejsze do wytrzymania. Wielu ludzi decydowało się na próbę zmiany swojego miejsca zamieszkania. Nielegalną. I niebezpieczną.

W NRD posunęli się w pilnowaniu swoich ludzi do tego, że zainstalowali piekielne urządzenia zwane Selbstschussanlage (samopał)

Grenzmuseum Schifflersgrund - samopał

Grenzmuseum Schifflersgrund - samopał

W zasadzie była to odmiana miny lądowej, pociągnięcie linki wyzwalającej powodowało odpalenie materiału wybuchowego wyrzucającego kierunkowo odłamki na odległość do 120 metrów. Urządzenia te zlikwidowano w 1983 pod naciskiem RFN (za marchewkę robił nisko oprocentowany duży kredyt). Ucieczka zrobiła się trochę (ale tylko trochę) mniej niebezpieczna. Żołnierze nadal mieli rozkaz strzelania do uciekinierów i robili to (a co mieli zrobić, warunki na granicy od strony NRD były prawie wojenne).

Wielu ludzi zginęło w trakcie ucieczki, innym się udało - ale zazwyczaj tym bardziej pomysłowym. Uciekano własnoręcznie zbudowanymi samolotami albo balonami, opancerzonymi ciężarówkami, zjeżdżano po lince na drugą stronę muru (to w Berlinie), robiono podkopy, ukrywano ludzi w samochodach itp.

Tunel ucieczkowy na terenie stacji S-Bahnu Wollankestrasse Źródło: Bundesarchiv Bild 183-90157-0001

Tunel ucieczkowy na terenie stacji S-Bahnu Wollankestrasse Źródło: Bundesarchiv Bild 183-90157-0001

Niektórzy mieli więcej możliwości - wtedy, jak na przykład znany trener Jörg Berger, w trakcie pobytu w Jugosławii wchodzili do ambasady RFN i tam dostawali fałszywe paszporty, na które potem wyjeżdżali, albo robili inne kombinacje. Bardzo częste było również że NRD-owcy wyjeżdżający na Zachód legalnie (służbowo czy na wycieczkę) po prostu nie wracali.

Ale istniała też legalna droga wyjazdu - należało po prostu złożyć Ausreiseantrag (podanie o wyjazd), czyli zgłosić się jako "ausreisewillig" (chętny do wyjazdu). Ale znowu: To się tak łatwo mówi. W praktyce było to coś dla lubiących rosyjską ruletkę. Bo możliwości były dwie:

  1. Uzyskiwało się zgodę na wyjazd - wiązało się to jednak z utratą całego majątku.
  2. Nie uzyskiwało się zgody na wyjazd. I trzeba było się liczyć z utratą dotychczasowej pracy i koniecznością wzięcia czegoś bardzo nisko płatnego, no i w praktyce z utratą dużej części majątku. Plus jeszcze inne szykany.

Nie muszę chyba dodawać, że pierwszy wariant był rzadki. No w zasadzie był jeszcze trzeci - trwanie w zawieszeniu, długotrwałe oczekiwanie na rozpatrzenie wniosku. Ale status już się za człowiekiem ciągnął i szykany już zaczynały. Od razu odbierano takiemu dowód osobisty i wystawiano tylko zaświadczenie. Policja przy kontroli dokumentów często traktowała ludzi legitymujących się takim zaświadczeniem jakby wcale nie mieli dokumentów i potrafiła wsadzić takiego delikwenta na 24. Szykanowano często też bliższą lub dalszą rodzinę chętnych na wyjazd.

Ciekawe jest, że najwięcej podań o wyjazd było z okolic Drezna - czyli tam gdzie nie było zachodniej telewizji. Oglądanie ARD i ZDF zdecydowanie pomagało w pozbyciu się złudzeń o kapitalistycznym raju.

Teraz z (pozornie) innej beczki. Po powrocie z RFN, tak gdzieś w początku 1988, zauważyłem na antenie przejeżdżającego samochodu zawiązany kawałek białej wstążki. O, ślub, pomyślałem. Ale wkrótce zauważyłem takie wstążeczki jeszcze parę razy i to już było za dużo jak na śluby. Zwróciłem więc uwagę na nie i okazało się, że już tak gdzieś co dziesiąty samochód jeździł ze wstążeczką na antenie a potem robiło się ich coraz więcej. Jak się dowiedziałem, wstążeczkę wiązali sobie właśnie ci, którzy byli ausreisewillig. Skala tego zjawiska była olbrzymia, tym ludziom (jak pisałem w poprzednim odcinku) nagle naprawdę zrobiło się wszystko jedno i woleli rosyjską ruletkę od swojej NRD-owskiej egzystencji. Dzięki temu, że się tym chwalili można było zobaczyć ile ich jest. Te samochody to były najczęściej Wartburgi, czyli ludzie nimi jeżdżący należeli do lepiej sytuowanych, wykształconych i z wyższymi aspiracjami. I oni masowo stawiali wszystko na jedną kartę. Nie było szans - to się musiało wkrótce zawalić. Niektórzy polscy "kombatanci" chwalą się swoją niesamowitą odwagą, bo nosili w klapie opornik. Cóż to jest w porównaniu z tą wstążeczką - zdarzało się, że ludzie za odmowę jej zdjęcia naprawdę lądowali na wiele miesięcy w więzieniu a ich samochód był rekwirowany. Tylko za to. W 1988.

Statystykę podań o wyjazd można zobaczyć TUTAJ. W 1987 liczba osób które złożyły podanie przekroczyła 100.000 (uwaga: chodzi o sumę wszystkich ludzi ze statusem ausreisewillig, nie o ilość podań złożonych w tym roku).  Przypominam, że NRD liczyło mniej niż 17 milionów mieszkańców.

Bywały też różne dziwne sytuacje. Chyba był 1988, w środkach masowego przekazu NRD i RFN toczyła się bitwa propagandowa o jakiegoś NRD-owca który był, nie pamiętam tak dokładnie, ale chyba służbowo w Berlinie Zachodnim. Tam [złapano go na kradzieży | wrobiono go w kradzież] w sklepie, zawieziono na policję, gdzie [poprosił o | wystawiono mu wbrew jego woli] na fałszywe nazwisko paszport RFN, którego nie podpisał a potem go wypuścili. Wtedy tylko podejrzewałem, ale dzisiaj wiem więcej i było to prawdopodobnie tak: Facet był w Berlinie Zachodnim i chciał sobie załatwić paszport na ucieczkę. Ukradł więc coś w sklepie i dał się złapać (żeby zgubić ewentualny ogon i mieć alibi na NRD), na policji poprosił o paszport i go dostał. No ale paszport został znaleziony (albo sam spietrał i zgłosił całe wydarzenie) i się wytłumaczył. Po tym jak zobaczyłem relację z trochę podobnej akcji przeprowadzonej przez Jörga Bergera (w odcinku Willi's VIPs) to w ogóle nie mam wątpliwości jak było.

Ducha roku 1988 dobrze oddają dowcipy:

Co będzie jak wieża telewizyjna w Berlinie się przewróci?

Będzie można jeździć windą do Berlina zachodniego.

albo:

Honecker wraca z podróży zagranicznej (wtedy dużo jeździł za granicę, kraj mu się sypał a w różnych krajach zachodnich przyjmowali go z honorami), wylądował jego samolot - a tu nikt go nie wita. No dobrze - myśli sobie - pewnie oglądają mnie w telewizji. Dalej jedzie samochodem - a tu na ulicach pusto. Zdziwienie coraz większe. Samochód jedzie koło muru. W murze wielka dziura, a koło niej napis "Erich, jesteś ostatni, jak będziesz wychodził, zgaś światło".

Tak właściwie była jeszcze jeszcze inna droga wyjazdu. Przez Polskę. Na przykład aspirant A. ożenił się z dziewczyną z NRD, wyjechali razem do Polski, dziewczyna zmieniła obywatelstwo i już - mogła pojechać do RFN. Tylko formalności trwały tak długo, że w międzyczasie NRD padło i tylko siedząc na miejscu byłoby szybciej. No ale wszystkiego nie da się przewidzieć.

EDIT: Ponieważ poskanowałem zdjęcia, to mogę coś dołączyć: Mur od strony wschodniej (z dość daleka, bo wiele bliżej się podejść nie dało, a tak długim obiektywem udało się złapać Siegessäule w tle), rok 1988.

Brama Brandenburska od strony wschodniej, NRD, koniec 1988

Brama Brandenburska od strony wschodniej, NRD, koniec 1988

 

 To samo miejsce, tylko od drugiej strony i jakiś rok później (lato 1989).

Brama Brandenburska od strony zachodniej, Berlin Zachodni, lato 1989

Brama Brandenburska od strony zachodniej, Berlin Zachodni, lato 1989

W następnym odcinku: Tłumaczenia.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (2)

Żegnaj NRD (39): Źle się dzieje w państwie NRD-owskim

Kiedy przyjechaliśmy do NRD, wszystko jeszcze wyglądało tam całkiem dobrze. Albo całkiem źle - zależy jak na to spojrzeć. Wszystko toczyło się swoim ustalonym trybem, wszystko wyglądało na trwałe i niezmienne. Dlatego też ludzie z rezygnacją poddawali się tym wszystkim rytuałom zaklinania rzeczywistości - nie było żadnych nadziei na zmianę stanu rzeczy. A już zwłaszcza niezmienny i twardy jak skała był Honecker. "Vorwärts immer, rückwerts nimmer" (Zawsze naprzód, nigdy wstecz) było jego ulubionym powiedzeniem. Dowcip o odmrożonym NRD-owcu i wyborze Honeckera na kolejną kadencję już był - tak właśnie widziano to w NRD. Nie ma nadziei, tak już będzie zawsze. Myślę, że dlatego ten profesor od mikroprocesorów o którym już pisałem zdecydował się na doktorat z marksizmu - on też uważał, że w przewidywalnej przyszłości nic się nie zmieni. Totalna konserwa.

W Lipsku, w Nikolaikirche, już od trzech lat odprawiali swoje Montagsgebete. Jak to było? Pewnego poniedziałkowego wieczora, podczas spotkania modlitewnego pastor poprosił obecnych parudziesięciu ludzi o podanie intencji do modlitwy i ktoś z nich wstał i powiedział o swoim problemie z ustrojem, władzą, Stasi itd. Potem następny, potem jeszcze jeden... Wszyscy się od tego poczuli lepiej, więc za tydzień przyszło więcej ludzi i też sobie ponarzekali. I tak co tydzień. Oczywiście przychodzili również agenci Stasi, notowali, robili zdjęcia swoją szpiegowską aparaturą, pisali sprawozdania. Te modlitwy to była raczej psychoterapia niż faktyczna działalność opozycyjna, więc Stasi poza zbieraniem danych nic specjalnego w tej sprawie nie robiła. Ale rzecz miała większe konsekwencje, do których jeszcze w którymś z późniejszych odcinków wrócę.

Zmarł Andropow, nastał Czernienko, wkrótce potem zmarł Czernienko ("Mrą jak muchy" stwierdził jeden z moich współlokatorów) nastał Gorbaczow. Najpierw wszystko wyglądało jak zwykle, ale potem zaczęły się dziać rzeczy niesłychane. Gorbaczow ogłosił swoją doktrynę Głasnosti i Pierestrojki i wtedy towarzyszom NRD-owskim grunt zaczął usuwać się spod nóg.

Władze NRD w zasadzie nie prowadziły własnej polityki, nie miały własnych idei i własnego zdania, tylko wszystko głosiły i wykonywały pod dyktando towarzyszy radzieckich i według obowiązującej ideologii. Ich władza opierała się przede wszystkim na obecności wojsk radzieckich, bez nich padli by w kilka miesięcy. Ujawnienie w ramach Głasnosti jak naprawdę wygląda sytuacja w NRD nie wchodziło dla nich w rachubę - zostaliby zmieceni jeszcze szybciej. Co więc zrobili? Tu pasujący dowcip:

Pociąg kolei transsyberyjskiej zatrzymuje się w tajdze - nie można jechać dalej bo ukradziono podkłady. Co zrobiliby w tej sytuacji różni przywódcy?

Lenin - kazałby komsomolcom iść w tajgę, wyrąbać parę drzew i zrobić nowe podkłady.

Stalin - kazałby rozstrzelać winnych.

Honecker - siadłby w swoim przedziale, zasłoniłby zasłonki i udawał że pociąg jedzie dalej.

I tak właśnie zrobił Honecker. Zasłonił zasłonki i udawał, że nic się nie stało. Konkretnie wyglądało to tak, że zaczęto cenzurować wszystkie informacje o pierestrojce a nawet radzieckie gazety! Zabroniono rozprowadzania niemieckojęzycznego wydania radzieckiego magazynu ilustrowanego "Sputnik". Prenumeratorom zwrócono pieniądze. Poszło o artykuły negatywnie oceniające Stalina, Breżniewa i pakt Ribbentropp-Mołotow. O ile dobrze pamiętam nie wpuszczono też kilku numerów "Prawdy". W tych czasach był to zamach na świętość - Prawda była oficjalnym organem KC KPZR i to co było publikowane w Prawdzie miało rangę omalże encyklik papieskich. Było to w końcu 1988.

Zabronione w NRD wydanie radzieckiego pisma Sputnik

Zabronione w NRD wydanie radzieckiego pisma Sputnik Źródło: www2.jugendopposition.de

Oczywiście w NRD nie dało się zablokować informacji o Pierestrojce, bo i tak wszyscy oglądali zachodnią telewizję.

W 1987 Honecker pojechał do RFN. Właściwie miał pojechać tam już w 1984, ale wtedy zablokowali tę wizytę Rosjanie. RFN-owcy nie wykazali się zbytnią konsekwencją przyjmując Honeckera jak głowę państwa (a przecież tego państwa formalnie nie uznawali), pamiętam że była wtedy mowa o ciążącym na Honeckerze jeszcze przedwojennym wyroku za zabójstwo policjanta, komentatorzy polityczni z RFN zastanawiali się czy Honecker nie zostanie zaaresztowany, ale jakoś nie mogę doguglać się potwierdzenia tej informacji. EDIT: Trochę mi się pomieszało - tu chodziło o Ericha Mielke.

Honecker w RFN, 1987

Honecker w RFN, 1987 Źródło: meike-wulf.homepage.t-online.de

Jak widać na zdjęciu gęba się mu śmieje, NRD-owcy też się śmiali, bo mieli nadzieję na zmiany (Honecker mówił w RFN coś o zniknięciu muru). Ale nic się w polityce nie zmieniło.

I właśnie moje wrażenie jest takie, że w ciągu 1987 roku zmieniło się co innego - nastawienie ludzi w NRD. Jak wcześniej byli zrezygnowani, ale bierni i karni, to po 1987 zrobiło im się już wszystko jedno. Rządzący słusznie bali się utraty poparcia radzieckiego - kiedy ludzie zobaczyli że nawet Rosjanie zmienili kurs, to nic już nie było w stanie uchronić NRD przed upadkiem. Wierchuszka ciągle jeszcze udawała dalszą jazdę, ale podkładów już nie było. Ani nawet komsomolców chętnych do rąbania drzew. Tym punktem zwrotnym była chyba właśnie wizyta Honeckera w RFN - on mógł pojechać, a ludziom nie dał. Ten jego uśmiech, to puszczanie obietnic tak, żeby na Zachodzie słyszeli... A potem żadnych zmian w kraju! To się nie mogło skończyć dobrze.

W następnym odcinku: Ich will raus!

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (2)