Tak więc zestaw już mam. Poczytałem o nim w sieci i spotkałem opinię, że NRD-owcy wzorowali się na trochę wcześniej wypuszczonym zestawie Revella numer 0024. Zastanawiałem się wcześniej nad kupieniem tego zestawu, ale po obejrzeniu instrukcji stwierdziłem że ten NRD-owski jest jednak lepszy, zwłaszcza ma o wiele lepiej zrobione wnętrze kabiny. Teraz poszukałem instrukcji (EDIT 2014.02.25: Właśnie zniknęła ze stron Revella i musiałem odlinkować) od Revellowego znowu i porównałem jeszcze raz - na pewno jeden nie jest kopią drugiego. Części są inaczej podzielone, zbiorniki z powietrzem zrobione są w obu zupełnie inaczej, to wnętrze... Co prawda obrazek na pudełku jest bardzo podobny, ale też nie skopiowany.
Zestaw zawiera jeszcze oryginalne naklejki (nie będę próbował ich przyklejać, zresztą i tak są doskonale zbędne)
i oryginalny klej, taki jak pamiętam - w czymś w rodzaju tubki bez zakrętki. Pomysł marny, ale na szczęście NRD-owcy produkowali dobry klej do modeli do kupienia osobno. Niestety ani jedna jego tubka nie przetrwała u mnie w szufladzie, nie pamiętam jak ten klej się nazywał i nie znalazłem żadnego jego zdjęcia.
Miałem takiego Wostoka jako dziecko, co prawda byłem za mały żeby skleić go samodzielnie, ale bardzo mi się podobał.
VEB Plasticart produkował około 40 zestawów modeli do sklejania. Większość z nich nie była rewelacyjna - duże części, mało dokładne modele, stanowczo za duże nity. Skala najczęściej też nie była bardzo typowa - 1:100, 1:75 czy 1:50. Ale niektóre były niezłe. Większość z nich był to w miarę aktualny wtedy sprzęt radziecki:
Lista na podstawie strony www.arnes-modellbauseite.de
Sporo z tych modeli miałem (koło 12 sztuk), wiele innych mieli koledzy i krewni. Około 12 nie widziałem wcale. Większość z tych zestawów jest ciągle dostępna na eBayu, nawet w rozsądnych cenach.
W początku lat 70-tych w Polsce modele VEB Plasticart były najlepsze z dostępnych, dopiero później pojawiły się klasę lepsze modele czechosłowackie firmy Kovozavody Prostejov. Plasticart w pierwszym momencie przetrwał upadek NRD i po zmianie nazwy na Mastermodell produkował swoje zestawy dalej. Ale nie za długo - zbankrutował ostatecznie w 1991. Natomiast Kovozavody Prostejov istnieją nadal i ich stare zestawy są ciągle w produkcji.
Zakup zaowocował też nowym pomysłem - ale o tym w następnej notce.
]]>Stereomat był stereoskopową przeglądarką do przezroczy. Pomysł nie był oczywiście NRD-owski, pierwsze takie urządzenia pojawiły się jeszcze przed wojną. Różni producenci mieli różne systemy tych przezroczy, najczęściej oparte na oprawianiu ich w papierowe ramki. Najpopularniejszym z tych systemów był amerykański View Master. Ale wspólna dla wszystkich była idea - robienie zdjęć dwoma aparatami przesuniętymi względem siebie o mniej więcej tyle, ile wynosi rozstaw oczu u człowieka. Jeżeli pokazać każdemu oku odpowiednie zdjęcie, mózg odtworzy z nich obraz trójwymiarowy. Podobnie działają współczesne systemy filmu i telewizji 3D.
Stereomat był prostą, plastikową przeglądarką do takich przezroczy produkcji tej samej firmy, która robiła opisany w poprzedniej notce zestaw Optik-Montage-Experiment. Zdaje się nawet, że użyte w nim soczewki były wzięte z tego zestawu.
Przezrocza oprawione były w prostokątne papierowe karty o rozmiarze 104x150 mm zawierające 6 par zdjęć. Zdjęcia miały 20x16 mm (chyba było to pół klatki filmu małoobrazkowego minus margines). Do urządzenia były dołączone trzy takie karty, można było też kupować następne osobno. Tematyka zdjęć była głównie bajkowa, prawdopodobnie były to po prostu zdjęcia z planów animowanych filmów lalkowych. Styl ich większości był bardzo charakterystyczny, zbliżony do stylistyki początkowych i końcowych sekwencji Piaskowego dziadka. Papier kart był raczej marny, szorstki, trzeba się było obchodzić z nimi delikatnie.
Istniał jeszcze drugi system NRD-owskiego stereoskopu, z okrągłymi tarczami na 7 par mniejszych zdjęć, zwany Stereobox. Była to już po prostu kopia systemu View Master. W NRD-owskim wykonaniu tarcze były z marnego papieru, takiego samego jak w Stereomacie, nie mogę znaleźć z czego były w oryginale, zdaje się że były też papierowe, ale trochę lepiej wykonane. Tego systemu w ręku nie miałem, widziałem go tylko w sklepach i ostatnio w Muzeum NRD-owskich zabawek w Ilmenau. Stamtąd pochodzą również zdjęcia.
]]>
Co to właściwie jest? Jest to zabawka edukacyjna do nauki optyki. Można z tego zestawu zbudować kilka przyrządów optycznych (to jest część zabawowa):
No i clou programu: ława optyczna do eksperymentowania z soczewkami.
Wszystko to było z plastiku (soczewki też, ale z bardzo porządnego), poszczególne części były bardzo zmyślnie zrobione tak, że dało się je wykorzystać w różny sposób. Do tego instrukcja, może i niebyt efektowna, ale z opisem wielu bardzo sensownych i kształcących eksperymentów.
Oczywiście nie da się tego kupić w sklepie - kupuje się to na eBayu, podaż jest ciągle spora, praktycznie zawsze znajdzie się ich kilka do wyboru. Radzę tylko zwrócić uwagę czy zestaw jest kompletny. Ceny są różne, mi się udało wylicytować za 11 EUR + 7 przesyłki, a to tanio. Bywają oferty "kup zaraz" za sumy rzędu 35 EUR+przesyłka, to już jest trochę drogo. Ale za kompletny spokojnie można dać 30 EUR, po pewnym czasie będzie można go sprzedać za nie mniejszą cenę.
Myślę, że w Polsce też da się kupić ten zestaw - były one w początku lat 70-tych dostępne w sklepach Składnicy Harcerskiej. W zestawach sprzedawanych w Polsce instrukcja była po polsku (o ile dobrze pamiętam).
Nazywam ten zestaw "Optik-Montage-Experiment", bo tak nazywał się ten który miałem w początku lat 70-tych ubiegłego wieku. Ale najpierw zestaw nazywał się "Optik Universal", a w latach 80-tych "Optik-Cabinet 80". Również ich opakowania były różne, najpierw czarno-pomarańczowo-białe z geometrycznymi rysunkami,
przez pomarańczowe z czarno-białymi zdjęciami przyrządów (takie miałem), potem tak samo tylko tło było zjadliwie fioletowe
a na koniec takie jak kupiłem teraz - niebiesko-pomarańczowe z kolorowymi zdjęciami.
Dziś, w wysoko rozwiniętym kapitalizmie, zestawu edukacyjnego podobnej klasy po prostu nie ma. Teraz to nawet jak gdzieś jest soczewka, to bardzo badziewna. No może by się znalazła jakaś ława optyczna dla dzieci bogaczy za straszną kupę kasy, ale za 20 EUR to absolutnie żadnych szans.
Różnice między zestawami z różnych lat są niewielkie, mam wrażenie że ten z lat 80-tych ma przynajmniej niektóre części z nieco innego, niekoniecznie lepszego tworzywa niż ten stary. Są też drobne różnice w styropianowym pudełku, ale to nie ma żadnego znaczenia.
Słabym punktem zestawu były mleczne elementy przeglądarek do przezroczy, tworzywo ich było cokolwiek kruche i "łapki" mocujące te elementy do korpusu przeglądarki łatwo się łamały. Po 25-40 latach od wyprodukowania zestawu z pewnością jest jeszcze gorzej. Ale przyrządy zawarte w zestawie to tylko zabawki, prawdziwą wartość edukacyjną mają soczewki i elementy ławy optycznej.
Ogólnie bardzo polecam jeżeli ktoś ma dzieci w odpowiednim wieku. Tylko jaki to właściwie wiek? Na pudełku ani w instrukcji nic na ten temat nie ma. Zabawa w budowanie i używanie przyrządów optycznych dostępna jest już dla dzieci gdzieś 6-7 letnich (ja dostałem taki zestaw w tym właśnie wieku), taką grupę wiekową sugerują też dołączone przezrocza bajkowo-misiowe. Natomiast ława optyczna to raczej coś dla dzieci z polskiego gimnazjum, a nawet liceum.
Sugeruję: kupić taki zestaw dziecku, nauczyć je, a potem zestaw sprzedać, niech następni mają z niego pożytek. Bo wątpię żeby pojawiło się coś tej klasy w bieżącej produkcji.
A może zachować dla wnuków? To jedna z niewielu rzeczy z NRD tego warta.
]]>
Logo Bahlsen Źródło: Wikipedia
Parę dni temu usłyszałem w radiu mniej lub bardziej zabawną informację dotyczącą firmy Bahlsen, i przypomniała mi ona że miałem napisać o tej firmie notkę.
Firma Bahlsen znana jest ze swoich herbatników, głównie z marki Leibniz-Butterkekse. Ale najpierw aktualna historia.
Główną siedzibę firmy Bahlsen w Hannoverze zdobi rzeźba przedstawiająca ludzi niosących sztandarowy produkt firmy. Rzeźba powstała w roku 1910, a sam keks jest pozłacany i waży podobno około 20 kg.

Rzeźba "Brezelmänner" na budynku firmy Bahlsen Źródło: Wikipedia Autor: Axel_Hindemith
No i ten keks został niedawno ukradziony, a ostatnio pojawiło się pismo od złodzieja z żądaniami okupu. Tekst pisma - według najlepszych wzorów ze słabych kryminałów - został złożony z liter wyciętych z gazet i dołączone jest do niego zdjęcie przedstawiające człowieka przebranego w strój Ciasteczkowego Potwora z Ulicy Sezamkowej nadgryzającego złote ciasteczko. W piśmie ktoś żąda wpłacenia 1000 EUR na konto pewnego schroniska dla zwierząt i zaopatrzenia w ciasteczka pewnego szpitala dla dzieci. Jeżeli żądania porywacza nie zostaną spełnione keks trafi do kosza na śmieci w którym mieszka Oskar.

Ciasteczkowy Potwór szantażuje Bahlsena Żródło: Berliner Morgenpost
Historyjka jak z marnego filmu klasy C. Ale historia firmy Bahlsen zawiera momenty nadające się do dobrego filmu klasy A.
Firmę założył w Hannoverze Hermann Bahlsen, w roku 1889. Pomysł i przepis na swoje ciasteczka Bahlsen przywiózł z Anglii, i nazwał je również po angielsku - Butter-Cakes. Była to luka rynkowa, bo z ciasteczek w typie herbatników na rynku niemieckim dostępne były wtedy tylko zwykłe suchary albo nietrwałe ciasteczka sprzedawane luzem. Małych, trwałych ciasteczek nie można było kupić nawet w cukierni. Zainteresowany klient miał do wyboru upiec sobie coś samemu, albo kupić obłędnie drogie (ze względu na zaporowe cła) ciasteczka importowane z Francji albo Anglii. Herbatniki Bahlsena sprzedawały się dobrze, ale pomysł z nazwą okazał się jednak średni, bo znajomość angielskiego wśród Niemców była słaba i wszyscy wymawiali tę nazwę nie jako "kejks" tylko "kakes", co budziło nieodparte skojarzenia z kupą (niem.: Kake).
Bahlsen musiał zmienić nazwę produktu - wymyślił więc słowo Keks, po niemiecku wymawiane trochę podobnie do tego angielskiego Cakes. Słowo przyjęło się jako rzeczownik pospolity nie tylko w Niemczech (pojawiło się w słowniku Dudena w roku 1912) - w Polsce też pewien rodzaj ciasta (chociaż zupełnie inny) nazywany jest keksem. Marka Leibniz pochodzi od tego Leibniza, bo on był przecież z Hannoveru. Imię to nie było całkiem od czapy - Leibniz zajmował się nie tylko filozofią i rachunkiem różniczkowo-całkowym, ale między innymi również problematyką zaopatrzenia wojska w żywność. I wyszło mu że suchary są do tego lepsze od chleba, bo trwalsze.
Ciasteczka Bahlsena odniosły sukces przede wszystkim dzięki długiemu okresowi przydatności do spożycia - Bahlsen wymyślił sprzedaż w zapobiegających zawilgoceniu i kruszeniu się zawartości opakowaniach kartonowych, opatentował swój pomysł i dostał za niego parę międzynarodowych nagród. Charakterystyczny dla jego ciasteczek kształt z 52 ząbkami na obwodzie i 15 zagłębieniami (one są po to, żeby przy pieczeniu nie robiły się pęcherze, bez tych zagłębień ciasteczko po upieczeniu nie byłoby płaskie) powstał w początku XX wieku.
Trwałość herbatników była podkreślona znakiem towarowym powstałym w roku 1903. Znak przedstawiał egipski hieroglif oznaczający "wiecznotrwały" i jego uproszczoną transkrypcję fonetyczną "TET".

Znak towarowy TET Bahlsena Źródło: Wikipedia Autor: Nifoto
W roku 1905 Bahlsen jako pierwszy w Europie zastosował w swojej fabryce produkcję taśmową. Podpatrzył ją będąc na Wystawie Światowej w Chicago w 1893, zwiedzając zautomatyzowaną rzeźnię pracująca taśmowo już od 1870 (to dla czytelników przekonanych że produkcję taśmową wynalazł Henry Ford).

Pierwsza w Europie taśma produkcyjna w zakładach Bahlsena w Hannoverze Źródło: www.bahlsen.com
Hermann Bahlsen był - jak wielu niemieckich przedsiębiorców tamtych czasów - zaangażowanym społecznie socjalistą. Dbał on o swoich pracowników - uruchomił dla nich na przykład zakładową kasę chorych, zatrudniał lekarzy zakładowych itp. Planował też budowę dzielnicy mieszkaniowej dla swoich robotników, mającą nazywać się "TET-Stadt". Dzielnica miała być położona obok fabryki, oprócz mieszkań miała być w niej też zieleń i instytucje kulturalne, a wszystko miało być w miksie stylu egipskiego z secesyjnym. Plany zarzucono w 1919, bo po wojnie nie było na to środków.

TET-Stadt (model) Źródło: www.bahlsen.com
Po śmieci Hermanna Bahlsena w 1919 dzieło prowadzenia firmy kontynuowali jego trzej synowie. Wprowadzali oni, podobnie jak ojciec, wiele innowacyjnych produktów i metod produkcji i dystrybucji oraz równie innowacyjnych sposobów reklamy. I zdecydowanie nie lubili się z faszystami.
Po pewnym czasie wybuchła WWII i tu następuje część zasługująca na film klasy A. Otóż w 1940 roku faszystowskie władze przywiozły firmie pracowników przymusowych - kobiety z Polski, Ukrainy i podobnych okolic. Tak jak i innym firmom produkującym dla wojska, którym przecież część pracowników wzięto do woja i posłano na front - a firma produkowała suchary i herbatniki dla żołnierzy. Ale Bahlsenowie, inaczej niż zarządy większości innych firm (oraz na przykład kościoły - i katolicki, i ewangelicki) stwierdzili, że nie rozumieją dlaczego mieliby te pracownice traktować inaczej niż resztę załogi. Opłacali więc je dokładnie tak samo i zapewniali im dokładnie takie same warunki pracy i przywileje socjalne.
Takie podejście budzi szacunek, ale to jeszcze nie koniec. Ta historia ma morał który brzmi: Opłaca się być porządnym człowiekiem. Mianowicie po upadku III Rzeszy Hannover zajęły wojska alianckie. No i żołnierze, jak to żołnierze plądrowali sobie różne obiekty. Ale gdy doszli do firmy Bahlsenów, pracownice przymusowe stanęły przed bramą i żołnierzy nie wpuściły, mówiąc że to ich firma i plądrowanie tylko po ich trupie. Zakłady zostały w 60% zniszczone przez bombardowania, ale nic nie zostało zrabowane ani rozkradzione.
Po wojnie nie było już w historii firmy Bahlsen podobnie spektakularnych momentów. Bahlsen zaczął produkować chipsy ziemniaczane, wszedł w orzeszki ziemne, wchłonął trochę innych firm, podzielił się na część "słodką" i "słoną" i prosperuje całkiem dobrze.
Jak na razie trudno powiedzieć, czy akcja Ciasteczkowego Potwora to nie jest tylko PR-owy gag. Zobaczymy.
]]>Ale podzielić się chciałem przede wszystkim czymś innym. Opowiedzieli tam historię, której nie znałem. Chodziło o żarówki.
Znana jest historia żarówki z Livermore (Centennial Light), świecącej prawie nieprzerwanie od roku 1901. Tymczasem aktualnie (jeszcze) produkowane żarówki maja trwałość rzędu 1000 godzin, czyli zaledwie trochę ponad 40 dób. Dlaczego?
Hasło brzmi "Kartel Phoebus". W roku 1924 wszyscy znaczący producenci żarówek na świecie (w sumie 80% rynku światowego) utworzyli w Szwajcarii spółkę o nazwie "Phoebus S.A. Compagnie Industrielle pour le Développement de l'Éclairage" i wnieśli do niej udziały w proporcji do ich udziału w rynku światowym. Spółka zajęła się standaryzacją - zestandaryzowała podstawki (stąd w większości świata w klasycznych żarówkach mamy gwint Edisona w paru rozmiarach) - to OK, zestandaryzowała konstrukcję i metody produkcji - to już gorzej. Dalej ustaliła, że wszyscy producenci będą się wymieniać know-how i patentami (dzwonek alarmowy), określiła kontyngenty produkcji i podzieliła świat między należące do spółki firmy, na obszary w których firma taka miała wyłączność na sprzedaż żarówek i ustalanie cen (wszystkie sygnalizatory alarmowe działają z pełną mocą!).
Ale na tym się nie skończyło! Spółka ustaliła jeszcze, że żarówki nie mogą mieć trwałości większej niż 1000 godzin, regularnie były prowadzone testy żarówek członków kartelu, a jeżeli produkty którejś z firm wytrzymywały dłużej, to firma ta musiała płacić kary umowne według taryfikatora! To nie jest tylko teoria spiskowa - są na to dokumenty! (TUTAJ materiał filmowy na ten temat)
Zastrzeżenie: Chodzi oczywiście o żarówki powszechnego użytku, takie do domu, żarówki specjalne (na przykład do sygnalizatorów ulicznych) miewają znacznie dłuższą trwałość.
Umowa ta miała obowiązywać do roku 1955, jednak około 1941 spółka Phoebus została oficjalnie zlikwidowana. Zostały po niej teorie spiskowe - żarówki do dziś mają oficjalnie deklarowaną trwałość "około 1000 godzin", czyżby porozumienie obowiązywało nadal? Podobne zmowy są dziś zabronione na całym świecie, ale może akurat ta działa dalej w ukryciu?
Uważny czytelnik zadaje sobie teraz pytanie: "Ale co to wszystko ma wspólnego z NRD?" Otóż trochę ma. Ale po kolei.
W NRD produkowano żarówki pod marka NARVA. Nazwa wzięła sie od N - azotu, AR - argonu i VA - Vakuum (próżnia) - czyli tego co w żarówce może być w środku. Kombinat Narva wywodził się z jednego z berlińskich oddziałów firmy Osram, firmy która była członkiem kartelu Phoebus.
Firma robiła żarówki jak żarówki, ale w latach 80-tych, jako jedyna firma na świecie rozpoczęła produkcję żarówek powszechnego użytku o trwałości podwyższonej do 2500 godzin. Oczywiście to żadna sztuka zrobić żarówkę świecącą długo - wystarczy ją niedowoltować, tyle że wtedy spada jej sprawność i kolor światła idzie mocno w stronę czerwonego.
Ale NRD-owcy poszli w inną stronę. Wzrost trwałości został osiągnięty przez włączenie w szereg z żarnikiem pewnego elementu, dzięki któremu włączenie było łagodniejsze. Wszyscy chyba zauważyli, że żarówki najczęściej przepalają się w momencie włączenia - zimny żarnik z wolframu ma sporo mniejszy opór niż rozgrzany, przez chwilę zanim się on rozgrzeje prąd jest znacznie wyższy niż normalnie i bum w miejscu o lokalnie wyższym oporze robi się o wiele łatwiej. Żarówka z Livermore ma jeszcze klasyczną, edisonowską budowę z włóknem węglowym, przy którym jest akurat odwrotnie - zimne ma większy opór niż gorące, włączenie jest łagodne i stosunkowo wolne. Element dodany w żarówce NARVY był widoczny jako czarny pręcik, prawdopodobnie był to po prostu węglowy termistor o ujemnym współczynniku temperaturowym. (Coś mi się wydaje, że mój blog jest jedynym miejscem w całej sieci, z którego się o tym można dowiedzieć).
Ale chyba nie działało to zbyt dobrze - przypomniałem sobie, że zafascynowany wszystkim co niemieckie (nawet jak było z NRD) kolega ze szkoły gdzieś około 1982 kupił sobie dwie takie żarówki i obie przepaliły się praktycznie natychmiast. Ale nie przepalił się w nich żarnik, tylko termistor.
Na dysku znalazłem nawet zdjęcie opakowania tej żarówki, niestety niezbyt wyraźne.
NARVA opracowała nawet żarówkę o trwałości 5000 godzin, ale podobno na Targach Hannowerskich ludzie z Osram-u zapytali ich: "Chcecie sami siebie posłać na bezrobocie?". Żarówka nie weszła do produkcji.
I jak widać, nie warto zadzierać z międzynarodowymi spiskami. Długie macki kartelu Phoebus doprowadziły wkrótce do likwidacji NRD, firmy wywodzące się z NARVY istnieją co prawda nadal, ale po zjednoczeniu nawet nie myślały o produkcji takich żarówek.
I Wy, drodzy czytelnicy, też nawet o tym nie myślcie! (#teoriespiskowe) Wynalazca "wiecznej żarówki", Dieter Binninger, człowiek który chciał kupić kombinat NARVA i swoje wieczne żarówki w nim produkować, zginął w roku 1991 w nie do końca wyjaśnionej katastrofie lotniczej. Strzeżcie się!
]]>To już szósta notka, a jesteśmy nadal dopiero przy drugim dniu wyprawy. Z Suhl pojechaliśmy do Ilmenau. A w Ilmenau jest największe muzeum NRD-owskich zabawek w Niemczech. A pewnie i na świecie, bo gdzie indziej mają mieć duży zbiór zabawek z NRD?
Muzeum mieści się w sporej hali i jest po prostu imponujące.
Mają tam prawie wszystko co pamiętam jako zabawki z NRD i jeszcze sporo rzeczy których wcale nie kojarzyłem z NRD. Na przykład przypomniałem sobie, że miałem taki statek.
Pamiętam, że takie zabawkowe zegarki dla dzieci były do kupienia w kioskach w Polsce. Nie miałem pojęcia że były z NRD.
Tak samo z tymi układankami.
I miałem taki samochód. To on był z NRD!?
I jeszcze mają modele do sklejania, różne systemy klocków, samochody, czołgi, kolejki, i masę innych rzeczy. I jeszcze trochę artykułów niezabawkowych z NRD. Szczerze polecam, robi wrażenie i przywołuje masę wspomnień z dzieciństwa.
Adres:
DDR Spielzuegmuseum Rottenbachstr. 27 98693 IlmenauWięcej zdjęć w notce 33, podmieniłem tam zdjęcia z sieci na swoje. A z innych zdjęć zrobię jeszcze sporo notek.
]]>Rzeczy z NRD widuję rzadko (trzeba by kiedyś pojechać na podobną imprezę gdzieś do Turyngii, ale to ładny kawałek drogi). Ale tym razem moje czujne oko zauważyło NRD-owski klaser na znaczki pocztowe - dokładnie taki miałem, musi gdzieś jeszcze leżeć w jakiejś szafie u rodziców.
W klaserze były znaczki z różnych krajów, również z Polski, ale najwięcej z NRD. No i odezwał mi się nałóg i klaser kupiłem. Za bezcen zresztą.
W domu, przy dokładniejszym oglądaniu zauważyłem w środku stare zdjęcie. Wygląda to grupę żołnierzy służby zasadniczej na wyjściu do miasta. Stoją pod księgarnią, obok optyka. Okres szacowałbym na koniec lat 60-tych, ale mogę się mylić.
A potem zaczęło mi się przypominać NRD-owskie źródło takich znaczków z różnych krajów. Otóż w sklepach papierniczych w NRD można było kupić takie nieduże, zafoliowane tekturki z włożonymi kilkudziesięcioma losowymi znaczkami pocztowymi. Każdy zestaw był inny a widać było tylko część znaczków, więc były to takie ówczesne jajka z niespodzianką. Znaczki były głównie z krajów socjalistycznych, ale trafiały się tam też bardzo różne - amerykańskie, australijskie, angielskie, albo piękne, duże, kolorowe znaczki i bloczki z dziwnych krajów dorabiających sobie wydawaniem takich znaczków.
W ogóle to poszukałem czegoś o tych znaczkach wyżej - znalazłem coś takiego, ale akurat tych nie mogę znaleźć.
Zestawy te, o ile sobie dobrze przypominam, nie były drogie, najwyżej kilka marek NRD. Podobne zestawy można było chyba kupić w Polsce (znowu nie jestem pewien, może ktoś pamięta lepiej) ale były one mniej różnorodne i atrakcyjne.
W klaserze była jeszcze jedna ciekawa rzecz - znaczki z automatu. W NRD znaczki pocztowe można było kupić nie tylko na poczcie, ale również w automacie. Większość tych automatów była technicznie bardzo prosta i sprzedawała kartonowe książeczki z dziesięcioma znaczkami po 10 fenigów NRD, za monetę 1 M.

Automaty do znaczków pocztowych z NRD Źródło: flickr Autor: © Uwe Dörnbrack
Tutaj książeczka z klasera z zachowanymi czterema znaczkami. Jest dość stara, pewnie koniec lat 60-tych albo początek 70-tych.
Mi też została taka książeczka, z końca lat 80-tych, znacznie porządniejsza.
]]>
W NRD porządne sztućce produkowała chyba tylko jedna firma - VEB Werkzeug- und Besteckfabriken Schmalkalden, część kombinatu VEB Werkzeugkombinat Schmalkalden. Kombinat ten powstał w roku 1968 i zrzeszał niemal wszystkie NRD-owskie fabryki produkujące narzędzia. Narzędzia były całkiem przyzwoite, niektóre z nich mam i używam do dziś, ale o nich może w osobnej notce.
Niestety w sieci nie daje się znaleźć zbyt wiele na temat tej fabryki od sztućców, jedno jest pewne - że nie przetrwała zjednoczenia. Ich sztućce ze stali nierdzewnej były niezłe, ale WMF czy nawet Justinus to nie był. Nie wiem, czy akurat ta fabryka robiła też tanie sztućce aluminiowe. Zajmijmy się więc tymi ze stali nierdzewnej.
Wybór sztućców był bardzo duży. Sporo wzorów, i szeroki asortyment. W większości wzorów oprócz zwykłych widelcy, noży, łyżek i łyżeczek
były dostępne też duże łyżki do sałatek,
widelce do wędlin, łyżki wazowe i do sosów,
łopatki do ciasta, szczypce do cukru w kostkach, Fischmesser (takie niby nożyki do jedzenia ryb, chciałem sprawdzić w Wikipedii jak to się po polsku nazywa, ale w wersji polskiej jest głównie o nożu jako broni), malutkie łyżeczki do kawy,
noże do masła, itd. itd.
Niestety nie we wszystkich wzorach było wszystko - ja nakupiłem sobie wzoru zwanego 950, a potem przez dwa lata w każdym napotkanym sklepie z takimi rzeczami pytałem o widelczyki do ciasta w tym wzorze i nigdzie nie było. Kupiona przeze mnie łopatka do nakładania do ciasta miała ten sam wzór, ale była wyraźnie inaczej wykonana - blacha nie była polerowana chemicznie i miała jakoś tak mniej pozaokrąglane krawędzie. Kilka lat temu puścił w niej zgrzew i musiałem ją wyrzucić (stąd zdjęcia brak).
Reszta zachowywała się przez ćwierć wieku całkiem dobrze, był tylko jeden problem: ostrza noży. Taki nóż wygląda jak wykonany z jednego kawałka metalu, ale to nie jest prawda. Trzonek noża jest pusty w środku, a ostrze jest osobnym elementem, zaprasowanym w trzonku. No i po parunastu latach częstego mycia w zmywarce się okazało, że ostrze jest z innej stali niż trzonek i robią się na nim punktowe wżery, a powierzchnia nie jest już tak gładka i w zmywarce osadzają się na niej jakieś zanieczyszczenia - często po zmywaniu trzeba było je domywać ręcznie. Przez te wżery część noży straciła ząbki i niektórymi trudno było ukroić nawet parówkę.
No i ponieważ oprócz tego sześć łyżeczek do herbaty mi jakoś zaginęło a jeden nóż się złamał (moja wina), to sztućce poszły do wymiany. Ale nie wywalę ich, szkoda przecież, tylko po wakacjach spróbuję sprzedać - NRD-owskie rzeczy na fali Ostalgii się dobrze sprzedają, kilka dych powinno z tego być.
Ten mój wzór 950 nie był najpopularniejszy, częstsze były na przykład takie:
Oprócz takich porządnych, popularne były znacznie tańsze sztućce z plastikowymi trzonkami (Zdjęcie: agatanal), ale nie jestem pewien czy one też były ze Schmalkalden.

Sztućce z NRD Autor:AgataNal
A tu moje zdjęcie.
]]>Party-Grill był zbudowany bardzo prosto. Aluminiowa skrzynka bez czołowej ścianki, podnoszone na zawiasie wieczko, bakelitowe nóżki. A na górze, pod wieczkiem grzałka rozgrzewająca się do czerwoności. Bez wyłącznika - wyłączenie przez wyciągnięcie wtyczki z gniazdka. Urządzenie służyło do zapiekania, pomysł był po prostu świetny. Dziś nie za bardzo mam jak zapiec sobie kanapkę z serem - żadne z posiadanych przeze mnie urządzeń się do tego specjalnie nie nadaje. Piekarnik - no grzać cały piekarnik na jedną kanapkę? Ile to czasu zajmuje i ile prądu na to idzie. Mikrofala z grillem - za słaby ten grill, a zmikrofalowany ser to nie to samo co zapieczony. Są dostępne takie małe, stołowe piekarniki, ale to też jest raczej piekarnik niż grill. Podobnego do Party-Grilla urządzenia po prostu nie ma.
Nie ma jednak większych szans żeby ktoś coś podobnego wyprodukował dziś, bo urządzenie nie przeszłoby przez TÜV. Górna pokrywa rozgrzewała się do wysokiej temperatury, a użytkownik nie był niczym chroniony przed poważnym poparzeniem. Teoretycznie można by zrobić jakąś izolacje termiczną pokrywy, ale wtedy ona nie będzie chłodzona i wewnątrz urządzenia będzie rozgrzewać się jeszcze bardziej, myślę że spokojnie powyżej temperatury topnienia aluminium. No chyba żeby pokrywa była stalowa, ale to znowu wyższe koszty...
Miało to urządzenie jeszcze drugą wadę - tłuszcz pryskający od wewnątrz na górną pokrywę grilla czepiał się aluminium tak mocno, że nie dawał się usunąć inaczej niż przez szlifowanie środkiem ściernym. Ja wkrótce wpadłem na pomysł żeby wykładać pokrywę folią aluminiową, i to działało.
Do Party-Grilla można było dokupić szpikulce do szaszłyków. Też działały. Miałem takie, ale niestety dawno temu wywaliłem je razem z grillem i zdjęcie muszę sobie pożyczyć z sieci (eBay, numer aukcji 190630160519).
W późnych latach 80-tych pojawiła się zmodyfikowana konstrukcja pod trochę inną nazwą której nie pamiętam (Tisch-Grill? Może ktoś z czytelników sobie przypomina?), różniła się ona od Party-Grilla tym, że górną, aluminiową pokrywę zastąpiono płytkim, stalowym korytkiem którego sens nie był dla mnie zbyt jasny. Nie używałem tej wersji i nikt ze znajomych tego nie kupił ale nie wydaje mi się żeby to był dobry pomysł i ta konstrukcja zaginęła w pomroce dziejów. Może to była próba zabezpieczenia użytkownika przed oparzeniami? Wykorzystanie ciepła odpadowego? Zdjęcie znowu pożyczone z eBaya (Nr aukcji 170632174152).
Teraz jeszcze coś: W samym końcu wieku XX byłem (już tu, we Frankfurcie) na wystawie z okazji 10-lecia przewrócenia muru i tam prezentowano między innymi parami podobne do siebie produkty z NRD i RFN. No i wyobraźcie sobie że stał tam bardzo podobny grill z Zachodu! Szczęka mi opadła. Niestety nie mam zdjęcia, a i wyguglać mi się tego urządzenia nie udaje. Trudno więc powiedzieć kto od kogo zrzynał.
Znalazłem w piwnicy oryginał instrukcji od Party-Grilla. Zdaje się że urosły wokół niej jakieś mity, bo robiąc research trafiłem na dyskusję w której ktoś pytał czy to prawda że w instrukcji był przepis na pieczone banany, a ktoś inny potwierdzał że był. Ale to nieprawda, sprawdziłem i w mojej nie ma.
Zajrzałem na eBaya i widzę że takich grilli jest sporo i trafiają się tam nawet nieużywane nówki sztuki w oryginalnym pudełku! A niektórzy chcą za używkę ponad 60 EUR (wątpię żeby za tyle sprzedali).
EDIT: Dla zainteresowanych wrzucam skan instrukcji
]]>Większość NRD-owskich artykułów piśmienniczych była produkowana pod marką Markant, natomiast tusze i atramenty produkowała firma z długa tradycją o nazwie Barock. Niestety większość tego co miałem wylądowało w koszu na wiele lat przed pojawieniem się cyfrówek, ale parę rzeczy jeszcze mam. Dostałem też wsparcie w postaci zdjęć od agatynal, więc kilka obrazków jednak się nazbiera. Mimo to przydałoby się więcej zdjęć. Mam poważne opory przed linkowaniem do zdjęć z profesjonalnych stron typu www.industrieform-ddr.de, w paru miejscach wcześniej nie dało się tego uniknąć, ale cały czas się staram zastąpić te zdjęcia innymi (najlepiej swoimi). No to jedziemy z tym co mamy.
NRD-owskie sklepy papiernicze były zaopatrzone o wiele lepiej niż polskie. Jako fajniejsze w Polsce zapamiętałem tylko pióra wieczne produkcji chińskiej i również chińskie kolorowe i pachnące gumki do ścierania.
Największe wrażenie w NRD-owskim sklepie papierniczym robiły na mnie plastikowe szablony. W Polsce dostępne były praktycznie wyłącznie krzywe linijki i ekierki (zazwyczaj drewniane) i krzywiki z marnego tworzywa w smutnych kolorach. A w NRD była tego masa w różnych rozmiarach i wzorach, z przezroczystego tworzywa barwionego zazwyczaj na zielonkawo. Moim ulubionym był taki chemiczny, z różnymi kolbami, probówkami, rurkami i chłodnicami. Nudząc się w szkole rysowałem skomplikowane układy aparatury chemicznej, fajna zabawa. Niestety taki szablon nie dotrwał do dziś i jego zdjęcia nie będzie. Z praktycznego punktu widzenia najbardziej przydatne były szablony z kółkami o różnych średnicach i szablony do pisma technicznego.
Ten z kółkami to nie jest ten najbardziej praktyczny, ale ten właściwy nie dożył.
Ale było tego jeszcze dużo innych rodzajów, na przykład meble w jakiejś skali (włącznie z fortepianem)
elementy schematów elektrycznych i elektronicznych
bloki do automatyki analogowej
i różne mniej lub bardziej abstrakcyjne.
Tu typowy kątomierz
a tu bardziej wydziwiony (pękł mi dopiero parę tygodni temu).
Do rysowania przy pomocy tych szablonów służyły rapidografy również marki Markant. Miałem taki spory zestaw, nie był oczywiście taki dobry jak profesjonalne, zachodnie rapidografy Rotring używane przez ojca, ale do użycia amatorskiego nadawał sie całkiem nieźle. Tusze do rapidografów Barock były sprzedawane w fajnych plastikowych buteleczkach o bardzo dobrze oddanym kształcie butli do gazów technicznych. Wyglądało to świetnie, ale znowu nie mam zdjęcia.
Z mniej specjalistycznych rzeczy dobre były pisaki. Tutaj dostałem zdjęcie takich grubych - też kiedyś takie miałem. Teraz uwaga: zdjęcie jest świeże (styczeń 2012) - pisaki jeszcze piszą - kreski na papierze są nimi narysowane! Pisaki mają nie mniej niż 25 lat. (Zdjęcie: agatanal)
Kredki i ołówki z NRD nie były takie dobre - w tym specjalizowali się Czesi (marka Koh-i-Noor, istniejąca do dziś).
Dostępny był spory wybór papeterii,
ale niektóre ich wzory były zastanawiające. Były na przykład papeterie w motywy indiańskie (Karl May, Winnetou i te sprawy), nie bardzo widzę ich grupę docelową. Znaczy grupę widzę, ale nie bardzo widzę żeby miała tyle listów pisać.
Z innych przyborów mam jeszcze dziurkacz, ten ma już prawie 40 lat. Oczywiście działa nadal. Ma on jeden problem - pojemnik na "dziurki" zamykany jest miękkim kawałkiem plastiku naciąganym na metalową stopę, zmiękczacz wypocił się po paru latach i już od dawna pojemnik nie daje się porządnie zamknąć. Ale da się z tym żyć, nie jest to duży problem.
I jak zwykle pytanie: Jak tam po zjednoczeniu?
Nie udaje mi się znaleźć nic na temat Markant, zdaje się że nie poradzili sobie. Nikt też nie przejął marki.
Firma Barock z Drezna, za NRD zwana Pelikanem wschodu, po zjednoczeniu niemal zbankrutowała. Udało się jej jednak uratować i nawet jako tako jej szło. Całkiem niedawno (jakiś rok temu) musiała ogłosić niewypłacalność, zdaje się że przyczyną były błędy w zarządzaniu. Ale udało się im jakoś z tego wyciągnąć i istnieją nadal.
EDIT 22.03.2013: Firma Barock już nie istnieje.
]]>