Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Jak to się robi w Niemczech: Zbytki biskupów (3)

Jak już wróciłem do pisania, to może zaległa i nieco przeleżała notka o biskupie Limburga. Od poprzedniej notki aż tak wiele się nie stało. Biskup dostał tylko nowe stanowisko - teraz zajmuje się nową ewangelizacją Europy Zachodniej. Ma do tego niewątpliwie świetne kwalifikacje - już od dawna nikt w Niemczech nie spowodował więcej wystąpień z kościoła niż on.

Bezpośrednią inspiracją do notki było to, że diecezja wpuściła dziennikarzy do prywatnego mieszkania biskupa i pojawiły się zdjęcia. Dzięki temu można ocenić, jak biskup powydawał pieniądze diecezji. Konkretne sumy były podane w raporcie, teraz możemy zobaczyć, co za to dostał.

Zdjęcia są niestety copyrightowane, więc nie przekleję ich, tylko podlinkuję TUTAJ galeria 15 zdjęć na stronach hr-online. A TUTAJ materiał filmowy

Na zdjęciach widzimy nowoczesne, białe, minimalistyczne wnętrza, wykonane bardzo porządnie i z pierwszorzędnych materiałów. Pomieszczenia są teraz puste, nie ma mebli, ale na wcześniejszych zdjęciach umeblowanie też jest proste w formie, nowocześnie eleganckie i nie przesadzone.

Tyle że tak na moje oko, to to wszystko jest straaaasznie przepłacone. Słynna wanna za 15.000 EUR na oko nie różni się za bardzo od dowolnej innej wanny z wyższej półki, myślę że spokojnie dałoby się kupić coś zbliżonego za 5.ooo bez większej różnicy w jakości. Oświetlenie regałów kosztowało 650.000 EUR - no przecież za tyle to można kupić całe, duże mieszkanie w wysokim standardzie w mojej, drogiej dzielnicy. Uważam, że może i ładne, ale przepłacone co najmniej kilkukrotnie. Staw dla karpi koi za 213.000 EUR w ogóle nie robi wrażenia. Takie tam, stawik jak stawik. Garderoba o powierzchni 10 m2 zabudowana jest szafami systemowymi, a nie na wymiar - czyżby niedopatrzenie? Taka taniocha?

I tak dalej i tak dalej. Gdyby takie mieszkanie zbudował sobie prywatny biznesmen za swoją, prywatną kasę, nie można by powiedzieć złamanego słowa. A nawet można by chwalić jego niezły gust. Gdyby natomiast firma za firmowe pieniądze (przypominam: ponad 6 milionów euro) zbudowała takie mieszkanie służbowe dla najwyższego szefa, to byłby to oczywisty przypadek niegospodarności, z całą pewnością temat na najbliższym zebraniu akcjonariuszy. Nawet nie chodzi o standard, tylko o przepłacenie! Dokładnie to samo mogłoby kosztować znacznie mniej, a przy nieznacznym obniżeniu standardów można by zbić koszty z pewnością  do mniej niż połowy. Albo i jeszcze niżej.

No ale tak to jest, jak się wydaje pieniądze które łatwo przyszły.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Skomentuj

Afery biskupa Limburga rozdział kolejny – pora na Glasnost

Nie mam zbyt wiele czasu na pisanie notek, ale pojawiło się coś ciekawego. Po aferze biskupa Limburga niemiecki Kościół Katolicki próbuje odzyskać zaufanie wiernych. Diecezja Limburg zdecydowała się na niespotykany dotąd krok - ogłosiła parę dni temu raport o swojej sytuacji finansowej. No i temu trzeba się przyjrzeć.

Raport jest dostępny w sieci na stronach Diecezji Limburg jako pdf: TUTAJ

Czytajmy więc. We wstępie czytamy, że raport jest przygotowany według standardów obowiązujących dla spółek kapitałowych. Brzmi obiecująco. Raport podobno był skontrolowany przez zewnętrznego audytora, nie doczytałem się kogo konkretnie. Przeanalizujmy więc podane liczby na koniec roku 2013 i za rok 2013. Nie jestem księgowym więc mogę błędnie tłumaczyć pojęcia z raportu na polski, jeżeli ktoś zna się na tym lepiej to proszę o uwagi w komentarzach.

Pierwsza ciekawa liczba to suma bilansowa: Majątek diecezji Limburg to 908.934.000 EUR. Blisko miliard. Robi wrażenie. Z tego ok. 76 milionów jest w nieruchomościach (spodziewałem się więcej) a 702 w papierach wartościowych. Nieźle.

Ale jeszcze ciekawszy jest wynik operacyjny za 2013. I tak:

  • Przychody z podatku kościelnego to około 180 milionów euro
  • Dotacje od landów (Hessen i Rheinland-Pfalz) to razem 3.359.000 euro
  • Suma przychodów diecezji to 205 milionów euro
  • Suma wydatków diecezji to 264 miliony euro
  • Czyli wynik operacyjny za 2013 to około minus 58 milionów.

Potem na bilansie zrobione jest kilka operacji, nie wszystkie zrozumiałem, ale na moje oko końcowy plus w wysokości 15,8 miliona wyszedł głównie dzięki wyjęciu szmalu z jakichś zapasów. Znaczy tak naprawdę operacyjnie to wyszedł jednak minus.

Teraz parę ciekawostek o wydatkach.

  • Prawie 5,5 miliona to koszty poboru podatku kościelnego
  • 8 milionów to dopłaty do przedszkoli kościelnych
  • Na Caritas poszło 14 milionów
  • Zarządzanie diecezją kosztowało ponad 22 miliony

Raport co prawda nie interpretuje tych wszystkich liczb, ale podaje prognozę na przyszłość. Na przykład taki ładny wykres gdzie zekstrapolowano liniowo dotychczasowy spadek ilości katolików w diecezji:

Prognoza spadku ilości katolików w diecezji Limburg

Prognoza spadku ilości katolików w diecezji Limburg. Źródło: Bistum Limburg, raport finansowy za rok 2013.

Dalej raport podaje prognozę co do zmian średniego wieku katolika i rozwoju wpływów z podatku kościelnego. Przy przyjętych założeniach wychodzi im, że w 2050 wpływy z tego podatku będą o połowę mniejsze niż dziś.

Pod tym wszystkim brak jest jakichkolwiek wniosków. Pewnie dlatego, że nie byłyby one optymistyczne. Bo co prawda sytuacja na dziś nie jest specjalnie zła, ale na podstawie takiego prospektu nie zainwestowałbym w firmę z takimi danymi, niezależnie od jej branży. No chyba żeby przedstawiła jakiś realny program restrukturyzacji, przeprofilowania i opracowania nowych produktów.

Ale jakie przeprofilowanie może zrobić ta firma? Jakie nowe produkty może zaproponować? Do jakich nowych grup docelowych dotrzeć? Nic się nie da zrobić.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (3)

Jak to się robi w Niemczech: Trzydzieści jeden milionów biskupa

Ogłoszono wreszcie raport komisji badającej upadek. Przeczytałem go - tu nikt nie wołał "PULL UP!". Ale to ciekawe i się podzielę, bo wątpię żeby jakiś krajowy dziennikarz się pofatygował i przeczytał te 108 stron fachowego tekstu prawniczo-budowlanego- finansowego dokładnie i samodzielnie.

Zresztą zaglądam na strony prasy polskiej - i nic. Jedynie w Wyborczej mignęło coś o tym że papież przyjął rezygnację biskupa, ale autor o raporcie nawet nie słyszał. W Rzeczpospolitej temat nie występuje nawet w wynikach przeszukiwania archiwum. Na Frondzie o raporcie też nie wspomną, chociaż o sprawie jest. Czyli moja notka się przyda.

Notkę napisałem nie tylko na podstawie raportu - mieszkam akurat na terenie diecezji Limburg i dociera do mnie znacznie więcej wiadomości w tej sprawie niż dostępne jest w Polsce, a nawet niż w reszcie Niemiec.

Dokument został opracowany przez niezależną komisję na zlecenie episkopatu Niemiec i w układzie nie różni się specjalnie od dowolnego innego raportu z jakiegoś niepowodzenia, chociażby od raportu z katastrofy smoleńskiej. Tyle że raport z katastrofy lotniczej czyta mi się łatwiej - mowa jest wtedy o zasadach i procedurach podobnego typu jak te z którymi stykam się na codzień, a analiza dotyczy zagadnień technicznych w których jako inżynier jestem biegły, nawet jeżeli nie jest to moja superspecjalność.

Tutaj natomiast znaczną część raportu wypełnia analiza sytuacji prawnej, i to nie w świetle prawa świeckiego tylko prawa kanonicznego i przepisów wewnątrzdiecezjalnych. Trochę się nad tym prześlizgnąłem skupiając się tylko na wnioskach - znajomość tych szczegółów nie jest mi do niczego potrzebna. Nie wiem również jak po polsku nazywają się te różne organy i osoby prawne związane z diecezją/kurią/biskupstwem których wzajemne relacje analizuje raport, ale to też nie ma większego znaczenia dla całości sprawy widzianej z zewnątrz. A tak po prawdzie to ten raport jest strasznie nudny. Pierwsza połowa to problemy interesujące głównie zleceniodawcę, jeżeli ktoś będzie chciał przeczytać raport samodzielnie (link na końcu notki) to radzę zacząć od punktu 2.8 (strona 48) - to wnioski z części prawnej. Dalej następuje trochę ciekawsza część kosztorysowo-budowlana, smaczki to punkt 5.3.6.1. Ostatnia część to aspekty finansowania inwestycji, również mniej interesujące.

Na początek wrażenie ogólne: Jak i przy większości innych katastrof, główną przyczyną tej było ignorowanie istniejących przepisów i procedur. Ja doskonale rozumiem tendencję do omijania przepisów i procedur, sam miewam takie pokusy, kto ich nie ma niech pierwszy rzuci kamieniem. W końcu trzeba się trochę (albo i dużo więcej niż tylko trochę) wysilić żeby zrobić wszystko tak jak trzeba, no ale tak w zasadzie to jak się zastanowić, to te procedury i przepisy są - wbrew pozorom - właśnie DLA człowieka. Weźmy na przykład taki kodeks drogowy - wielu kierowców traktuje go jako upierdliwość i ograniczenie wolności, a za najgorszy skutek nieprzestrzegania uważa mandat albo punkty karne. Tymczasem tak naprawdę chodzi o to, żeby zminimalizować szanse żeby ktoś zginął albo doznał innej szkody. Podobnie całe to dokumentowanie, protokołowanie itp. papierkologia służy przede wszystkim do ochrony własnego tyłka. Póki wszystko idzie dobrze wystarcza ustalanie na gębę, ale jak coś się rypnie (a według praw Murphy'ego rypnie się na pewno) dobry protokół z podpisami jest bezcenny i potrafi uchronić przed na przykład więzieniem.

No i tego mnóstwo ludzi nie jest w stanie zrozumieć. A potem powoduje się wypadek i jest płacz i zgrzytanie zębów (o ile samemu się w nim nie zginie). Ale przedtem uprawnienia do lądowania bez widoczności to tylko nic nie znaczące pierdoły.

Ale wróćmy do biskupa. Tu co prawda nikt od nie trzymania się przepisów nie zginie, ale one są przede wszystkim po to żeby nie było za łatwo zaszkodzić sobie i instytucji. Finansowo i wizerunkowo. Tyle że w świecie świeckim, takie na przykład państwo jest zorganizowane tak, żeby istniało w nim parę wzajemnie kontrolujących się ośrodków władzy. Pomysł nie jest nowy - to jeszcze wiek XVIII i Montesquieu. Rzecz nie jest idealna i co i raz gdzieś ktoś mimo wszystko narozrabia, ale na pewno znacznie częściej dzięki temu nie narozrabiał, albo przynajmniej było mu trudniej.

Tymczasem Kościół Katolicki do dziś zorganizowany jest stuprocentowo hierarchicznie bez żadnego podziału władzy. Biskup na diecezji jest udzielnym księciem, wszystkie organy kolegialne mające go w teorii kontrolować są powoływane przez niego i zależne od niego, episkopat jest luźnym zlotem tych udzielnych książąt nie mających prawa mieszać się w sprawy diecezji innego biskupa, suwerenem jest papież, ale nawet on poza nielicznymi przypadkami nie ma prawa odwołać z diecezji biskupa, który nie chce zwolnić stanowiska. W sprawie biskupa Limburga pojawiały się już koncepcje że jak nie będzie chciał ustąpić, to jedyną możliwością wywalenia go będzie likwidacja diecezji i podział jej między sąsiednie.

Chociaż tak właściwie to z raportu widzę, że jakieśtam próby podziału władzy Kościół podejmuje - w rzeczonej sprawie teoretycznie odpowiedzialność leżała u różnych organów i one powinny wyrażać swoje zgody (albo i nie zgadzać się). Ale to i tak nic nie dało, bo biskup był władny pozmieniać statuty, zmienić przeznaczenie środków finansowych należących do fundacji celowej, dokonywać płatności bez jakiejkolwiek kontroli, nie przedstawić dokumentów, zamówić wykonanie robót bez jakiejkolwiek umowy ani przetargu, a co najistotniejsze - zobowiązać wszystkie zaangażowane osoby do zachowania tajemnicy. No  to mnie właśnie najbardziej przy czytaniu raportu osłabiło - nikt tam nie pilnował żeby kasa się zgadzała, żeby jakoś sformułować wymagania dla projektu i określić ramy finansowe, żeby wykonawcy nie żądali wygórowanych cen, itp. Większa część wysiłku szła w ukrywanie faktycznych kosztów, wymyślanie jak ogłosić publicznie ile to wszystko kosztuje, nawet wizytator z Watykanu dostał do wglądu zaniżony kosztorys, a budowa otoczona była wysokim płotem żeby nie było widać co się dzieje w środku. W dodatku niektóre akcje były niepotrzebne - biskup nie zapoznał się z przepisami prawa kanonicznego i był przekonany że inwestycja wymaga zatwierdzenia u papieża - dlatego rozpisał ją na kilka projektów poniżej 5 milionów euro. Tymczasem akurat tego nie trzeba było robić, obowiązku zatwierdzenia nie było.

A już najgorsze było, że wszystkie zaangażowane osoby nawet nie próbowały biskupowi się przeciwstawić. Nikt nie zawołał PULL-UP!, nikt nie ostrzegał, nikt nie żądał dokumentów, wszyscy słuchali biskupa jak wyroczni i położyli uszy po sobie. A nawet całkowicie potracili instynkt samozachowawczy - nikt nawet nie protokołował większości zebrań i ustaleń, prawie wszystko szło na gębę. Rozumiem że biskupowi nie zależało na tym, ale wszyscy inni powinni jednak dbać żeby w archiwum były korzystne dla nich podkładki.

Teraz krótka chronologia wydarzeń:

  • Wszystko zaczęło się od poprzedniego biskupa (Franz Kamphaus), który był człowiekiem skromnym. Ponieważ budynek w którym biskup wtedy mieszkał miał prawie 500 lat i wymagał już poważnego remontu, biskup stwierdził że szkoda na to pieniędzy i zamieszkał w seminarium, praktycznie w akademiku.
  • Gdy biskup Kamphaus ustąpił ze stanowiska (ze względu na wiek), kapituła katedralna postanowiła że dotychczasowy budynek biskupstwa zostanie wyremontowany, a zbuduje się nowy. Według wstępnego projektu, w miarę rozsądnego według mnie, miało to kosztować jakieś 6 milionów, ale stwierdzono że za drogo i projekt odrzucono.
  • Potem przyszedł nowy biskup - Franz-Peter Tebarz-van Elst - i musiał gdzieś mieszkać. Powstał kolejny plan, teraz wyznaczono limit kosztów - milion za remont starego, zabytkowego budynku, i 500-750 tysięcy za budowę nowego, w standardzie "dobrego domu parafialnego". Na moje oko ten limit był nierealistyczny.
  • Potem w planowanie wmieszał się biskup i kazał mocno pozmieniać. Kosztorys opiewał na jakieś 5 milionów + wyposażenie. W pierwszym etapie zrobiono ogród za 175.000.
  • W następnym etapie biskup pojechał na bogato. Nie zostały określone jakiekolwiek wymagania, nie postawiono jakichkolwiek limitów finansowych, tylko wymyślano co by tam jeszcze wsadzić. No i biskup wymyślił żeby obniżyć poziom gruntu o 4,5 metra (a to wzgórze, czyli skała), wykuć jeszcze piwnicę, dużo nabudować, użyć dobrych materiałów na elewacje... Z wstępnego kosztorysu wyszło 22 miliony (w tym 2 miliony zapasu na nieprzewidziane problemy). No i ten projekt poszedł do realizacji. Z grubsza w tym samym czasie (o tym w raporcie nie ma, zleceniodawcy to przecież nie interesuje) biskup napisał list pasterski do wiernych diecezji, że czasy ciężkie, trzeba zacisnąć pasa, zwolnić część pracowników świeckich...
  • Już w trakcie realizacji projektu biskup wpadał na różne pomysły, które straszliwie biły w koszty.
  • Niedawno zrobiony ogród jednak się biskupowi nie spodobał. Więc zrobiono go na nowo. Za jedne 789.610 EUR brutto.
  • Biskupowi się spieszyło, więc wcale nie szukał gdzie taniej i akceptował warunki umowy podsunięte przez wykonawców. Dodatkowe koszty z tego powodu raport wylicza na 330.000 EUR
  •  Wszystkie zmiany w projekcie, podwójne zlecanie i płacenie (sic!) kosztowało dodatkowo OSIEM MILIONÓW TRZYSTA TYSIĘCY EURO! Mam tylko jeden komentarz: No mać! mać! mać!
  • Wszystko co gazety pisały o różnych fanaberiach, co oczywiście było brutalnym atakiem na Święty Kościół Katolicki, okazało się być prawdą.

Parę smaczków:

  • Większość wyłączników światła była już zainstalowana gdy biskup wymyślił sobie lepsze, dotykowe. Koszt dodatkowy 20.000 EUR.
  • Biskup wymyślił, żeby ramy okienny były w brązie. Dodało to do rachunku 820.000 EUR.
  • Obniżenie poziomu gruntu pociągnęło za sobą koszty w wysokości 2,7 miliona
  • Biskup zażyczył sobie na dziedzińcu stawik z karpiami koi, głęboki na dwa metry. Koszt: 213.000 EUR. Karpie to mają fajnie.
  • Dwa kawałki płotu, w sumie 5,2 metra bieżącego, wysokość 160 cm, cena 49.000 EUR (5.900 EUR /m2). Ojciec Rydzyk ze swoim płotem może się schować ze wstydu.
  • Nagłośnienie w pomieszczeniach (między innymi 32 głośniki płaskomembranowe za 45.o0o) razem 280.000 EUR. Biskup wyraźnie audiofil.
  • Designerskie oświetlenie LED-owe kosztowało 650.000 EUR. Koneser.
  • W świetle tych liczb, wanna i inne urządzenia sanitarne za w sumie 37.000 to była taniocha. Co za poświęcenie żyć tak skromnie.

Komentarz sobie daruję. Biskup, jaki jest każdy widzi.

I jeszcze jedno: Na biednego nie trafiło. Istnienie diecezji Limburg absolutnie i w żadnym momencie nie było i nie jest zagrożone. Diecezja ma wielki majątek (liczyłem na to że zostanie on szczegółowo ujawniony w raporcie, ale wypisano tam tylko środki niektórych osób prawnych zaangażowanych bezpośrednio), chodzi tylko o niezgodne z wewnętrznymi przepisami KK przemieszczenia środków między różnymi podmiotami i zaciągnięcie kredytów bez wymaganych podkładek ze strony organów wewnątrzdiecezjalnych - i tak podległych biskupowi. Gdyby biskup zachował się zgodnie z tymi przepisami - czyli po prostu był cierpliwszy i mniej arogancki - to sprawy w ogóle by nie było. A gdyby jeszcze nie wydawał tych pieniędzy tak ostentacyjnie i nie obcinał jednocześnie parafiom to w ogóle nikt by mu do kasy nie zajrzał, nawet wierni. Chciwość nie popłaca.

Raport do samodzielnego przeczytania dostępny jest TUTAJ.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Skomentuj

Polscy biskupi i Gabriele Kuby

Za tą wizytą w Polsce poczułem się jak na froncie walki ideologicznej. Przygotowanie ogniowe trwało już od pewnego czasu, szturm nastąpił w ostatnią niedzielę. Jak się zapewne domyślacie, zapoznałem się ze sławetnym listem i przypomniały mi się enerdowskie czasy - potem nie spotkałem się z podobnym stężeniem kłamstw, manipulacji i ustawiania wyimaginowanego wroga.

Nie zamierzam wyjaśniać gdzie te kłamstwa i przeinaczenia leżą, to nie ma sensu. List był przeznaczony do wiernych wyznawców, nie uznających argumentów rozumowych i faktów niezgodnych z biskupim nauczaniem. A ludzie myślący samodzielnie mogą się dowiedzieć wszystkiego z innych źródeł. Ale ja rozpoznałem źródło, z którego biskupi spore kawałki przepisali i o tym chciałem napisać. Bo to źródło jest w Niemczech i wszystko to, co było o seksualizacji w przedszkolach również mówiło o przedszkolach niemieckich i cytowało broszurkę do wychowania seksualnego w niemieckiej szkole podstawowej, o której pisałem już TUTAJ.

Tym źródłem jest pani Gabriele Kuby. Poczytałem o niej już przed świętami i dlatego nie powstrzymam się od napisaniem o niej notki. Bo niestety w sieci ciekawe informacje o niej znajdują się praktycznie wyłącznie po niemiecku i są niedostępne dla ogromnej większości mieszkańców Polski. A jest o czym poczytać, ta pani to niezły model. TUTAJ jej strona w sieci (tylko po niemiecku).

Gabriele Kuby

Gabriele Kuby z Benedyktem XVI Źródło: www.gabriele-kuby.de

Zacznijmy od dowodu na odpisywanie: Bardzo proszę, TUTAJ wywiad z panią Kuby po polsku, z Gościa Niedzielnego, sprzed półtora roku. Pani Kuby dosłownie powtarza w nim tezy ze swoich książek, nie chce mi się porównywać, ale od razu zauważyłem że pojawiają się one dość dokładnie w inkryminowanym liście. Jak kogoś to bawi może poszukać czy zostały chociaż trochę przeformułowane, czy też przerżnięte 1:1 bez podania źródła.

 Teraz może parę ciekawych faktów z życia pani Kuby:

  • Jej wujkiem był Werner Heisenberg, tak, ten Heisenberg.
  • Na szybko nie udało mi się ustalić czy jest spokrewniona z Christine Kuby - terrorystką z RAF, ale trop jest interesujący.
  • Gabriele nie była wychowywana religijnie, ale w wieku 8 lat zażyczyła sobie, żeby ją ochrzcić w obrządku ewangelickim. Jak to się stało nie wiem, trzeba by więcej researchu i to raczej pozasieciowego.
  • Studiowała i ukończyła socjologię, więc teoretycznie powinna mieć jakieś przygotowanie fachowe.
  • Potem "studiowała" na International Academy for Continuous Education w Londynie. To był jakiś straszliwy new age'owy miks wszelkich religii (patrz hasło John G. Bennett)
  • Zawodowo pani Kuby głównie tłumaczyła książki.
  • W 1996, rozpadło się po 18 latach jej małżeństwo. Gabriele Kuby miała wtedy 52 lata i trójkę dzieci.
  • W tym samym roku pani Kuby skonwertowała się na katolicyzm. Ta historia jest bardzo dziwna, bo było to w trakcie pielgrzymki do Medjugorie. Medjugorie w ogóle jest bardzo nie ten tego, bo oficjalnie KK tamtejszych cudów nie uznaje (z dość konkretnym i spójnym uzasadnieniem ideologicznym), ale absolutnie nie przeszkadza to w kręceniu się biznesu i organizowanym przez księży katolickich pielgrzymkom. Wracając do pani Kuby - ona, mimo że nie katoliczka, pojechała na taką pielgrzymkę i na niej przystąpiła do katolickiej spowiedzi (ŹRÓDŁO po niemiecku), a potem doznała oświecenia.
  • Jak to często z konwertytami bywa, przeszła na pozycje skrajnie fundamentalistyczne.
  • Trzy lata po konwersji ostatecznie się rozwiodła.
  • Należy do bardzo fundamentalistycznej organizacji niemieckich katolików świeckich - Forum Deutscher Katholiken. Nie tak dawno ta organizacja jako jedyna broniła biskupa Tebartza-van Elsta (pamiętacie, Limburg, 31 milionów), że on taki biedny, niewinny, niezrozumiany i niesprawiedliwie atakowany.
  • Po konwersji zajęła się pisaniem książek, głównie o tematyce moralno-religijnej. O ich treści będzie dalej.
  • Dwie z jej książek traktują o Harrym Potterze, jaki od zły i jakie spustoszenie wśród młodzieży szerzy. Pierwszą z nich pani Kuby posłała kardynałowi Ratzingerowi, on raczej nie czytał Pottera, ale na pewno przeczytał książkę Kuby - bo jej potem, już jako Benedykt XVI, dziękował i powtarzał jej tezy.

Teraz coś o jej pomysłach. Ale najpierw skąd wzięła się "ideologia gender", bo wydaje mi się że jeszcze nikt w Polsce tego nie załapał - bo wszyscy tłumaczą że studia genderowe to coś całkiem innego. Ale biskupom raczej nie chodzi o studia genderowe, ale o faktycznie istniejące zalecania ideowe, tylko oni sami raczej nie wiedzą jak to się nazywa po angielsku. A nazywa się to "Gender mainstreaming", wyobraźcie sobie że jest o tym nawet w polskiej wikipedii. Tak jest u pani Kuby w miejscach, gdzie biskupi mówią "ideologia gender". Tyle że pewnie jakiś tłumacz nie miał pojęcia co tłumaczy, nie sprawdził co to jest i przetłumaczył jak mu się wydawało. Mogę się założyć, że biskupi sami nie wiedzą czym straszą i czego się boją. Tak przeczytali i tak powtarzają. Ale teraz wróćmy do przemyśleń Gabriele Kuby:

  • Pani Kuby uważa, że "być albo nie być" chrześcijaństwa zależy od zachowania tradycyjnych norm odnośnie seksualności.
  • Według niej cały upadek zaczął się od wydarzeń roku 1968, bo przedtem było wszystko cacy.
  • Pedofilia to według niej problem całego społeczeństwa, a ujawnianie że istnieje w kościele to "próba powalenia go na kolana", bo w kościele akurat ten problem nie jest znaczący.
  • Ona uważa jakiekolwiek planowanie rodziny za złe i jest zafiksowana na "czystość" w rozumieniu chrześcijańskim.
  • Żłobek prowadzi według niej do nieodwracalnych szkód psychicznych wśród dzieci, na co podobno ma kwity.
  • Protestuje ona przeciw zajęciom z wychowania seksualnego, bo to promuje homoseksualizm i zaciera różnice między płciami.
  • Największa jej obsesja to to wychowanie seksualne. Wszystkie te teksty o narządach płciowych itp. przytoczone w liście biskupów pochodzą z broszurki którą dzieci otrzymują po cyklu zajęć z wychowania seksualnego w szkole podstawowej. Przeczytałem tą broszurkę bardzo dokładnie - i uwaga - te zwroty rzeczywiście w niej występują. Tu pani Kuby nie kłamie. Nie kłamie, ale - świadomie lub nie - manipuluje. Ona wyrwała te stwierdzenia z kontekstu. Myślę, że jej się myślenie przy tych zwrotach wyłącza, znam parę takich osób. A kontekst jest taki - autorzy broszurki (i całego programu wychowania seksualnego) starają się za wszelką cenę nie produkować dzieciom żadnych lęków, fobii czy poczucia winy związanego z kwestiami seksualnymi. Stąd stwierdzenia, że zrobienie tego czy tamtego jest OK, ale również - czego pani Kuby nie zauważa - że NIE ZROBIENIE jest co najmniej tak samo OK. Szkoła daje informacje (nawiasem mówiąc również o tzw. naturalnych metodach antykoncepcji, tyle że nie już w szkole podstawowej), i mówi "Nic nie musisz, to ty decydujesz, nie dawaj sobie narzucać że coś trzeba. Nieważne czy rówieśnikom, czy dorosłemu. Jeżeli czujesz że coś jest niewłaściwe to nie rób tego i nie zgadzaj się na to". Ta myśl przewija się przez cały materiał wychowania seksualnego, nie wiem jak zboczonym trzeba być, żeby zauważać w tym tylko penisy i waginy.
  • A już szczytem wszystkiego jest o tym uczeniu masturbacji w przedszkolu. Moje dziecko chodziło tu do przedszkola - nigdy czegoś takiego nie było, nie słyszałem żeby gdziekolwiek było. Przeciwnie - wychowawcy i wychowawczynie zwracają uwagę dzieciom gmerającym sobie przy siusiakach i cipkach. To musi być jakaś prywatna obsesja seksualna pani Kuby. W sumie nic dziwnego - jak ktoś w tych broszurkach widzi same penisy to musi mieć z tym jakiś problem. Ja tam bym nie dopuścił pani Kuby do jakiegokolwiek dziecka na bliżej niż 10 metrów.

Jak widać pani Kuby bardzo dobrze pasuje krajowym fundamentalistom. Warto wiedzieć gdzie jest znana (na podstawie wpisów w Wikipedii):

  • oczywiście w Niemczech
  • we Włoszech z książki o Potterze
  • na Słowacji i w Chorwacji z książki o seksualności
  • w Polsce z książek o Potterze i o genderze

I nigdzie indziej.

Dziś wróciłem z kraju i jestem padnięty, więc dość tej notki, mimo że jeszcze sporo można by napisać. W następnej kolejności będzie dużo o NRD, bo po drodze tam i z powrotem odwiedziłem dwa ciekawe miejsca. Stay tuned.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:Polityka, polityka

Komentarze: (1)

Jak to się robi w Niemczech: Kościół Katolicki

Czytam sporo komentarzy w prasie polskiej i na różnych forach na temat afery biskupa Limburga i widzę, że cały spór jest dla polskich komentatorów kompletnie niezrozumiały. Większość komentarzy brzmi w stylu: "Phi, 31 miliomów, polscy biskupi wydają więcej". Nie, tu nie chodzi o 31 milionów, to był tylko kamyczek poruszający lawinę. Żeby zrozumieć o co tak naprawdę chodzi, trzeba zrozumieć różnicę między kościołami niemieckim i polskim. No to jedziemy:

Pierwsza różnica: Polski Kościół Katolicki ma faktyczny monopol na krajowym rynku wiary. W Niemczech jest inaczej - KK ma równorzędnego konkurenta w postaci kościoła ewangelickiego. oraz konkurencję wielu słabiej zorganizowanych, mniejszych i rozdrobnionych, ale mimo to znaczących innych wspólnot - na przykład islamskich.

Druga różnica jest historyczna: W Polsce KK miał zawsze spore wpływy polityczne, ale praktycznie zawsze pośrednie. W Niemczech było inaczej - przed 1802 znaczna część księstw była rządzona przez biskupa w randze księcia, zwanego właśnie tak - Fürstbischof (książę-biskup). W Polsce było tylko jedno takie księstwo, i to malutkie (biskupi krakowscy byli jednocześnie książętami Siewierza), w Niemczech do takich księstw należało aż 27% obecnej powierzchni kraju.

Trzecia różnica jest w finansowaniu: Polski KK finansowany jesz częściowo z tacy, a głównie z różnych przychodów z kasy państwowej. Majątku trwałego i dochodowego biznesu należącego do Kościoła zrobiło się ostatnio więcej, ale nadal nie tak bardzo dużo. W Niemczech natomiast jest podatek kościelny, taca ma minimalne znaczenie, finansowanie z kasy państwowej też jest niemałe, ale KK ma dużo majątku i robi sporo biznesu, nie tylko związanego z religią. Na przykład znane i w Polsce wydawnictwo Weltbild należy w 100% do Kościoła Katolickiego. Wydawnictwo to wydaje głównie literaturę świecką, w tym sporo o ezoteryce, uzgadnialnej z wyznaniem katolickim chyba tylko dzięki kasie jaką przynosi. Należący do Kościoła Caritas jest też największym pracodawcą prywatnym w Niemczech - zajmuje się przedszkolami, szpitalami i domami starców, ale finansowane to wszystko jest głównie przez państwo.

Następna różnica jest w strukturze zaangażowania w Kościół. W Polsce na msze chodzi 32% ludności ogółem, jako zaangażowanych trzeba doliczyć jeszcze część ludzi starych i chorych. Ale i z tych którzy chodzą, spora część chodzi z przyczyn pozareligijnych - na przykład bo rodzice czy dziadkowie byliby niezadowoleni gdyby nie przyjść. Ta grupa w Niemczech w ogóle się w kościele nie pojawia, tacy ludzie co najwyżej płacą podatek kościelny i już. Inni Polacy chodzą do kościoła poszukując towarzystwa i wspólnoty - w Niemczech łatwiej jest znaleźć towarzystwo o podobnych zainteresowaniach gdzie indziej. A najliczniejszą grupę Polaków w kościele tworzą ludzie poszukujący ukojenia swoich lęków i szukający autorytetu i przewodnika. To z nich rekrutuje się twarde jądro "moheru", posłuszne hierarchii zawsze i we wszystkim. I znowu w Niemczech - dzięki generalnie niższemu poziomowi ogólnospołecznych zaburzeń lękowych - tej grupy jest o wiele mniej. W niemieckich kościołach dominuje trochę inna grupa - ludzie faktycznie i świadomie zaangażowani w wiarę. Ludzie czytający Biblię, dyskutujący ją na spotkaniach kościelnych kół biblijnych, udzielający się w pomocy potrzebującym, śpiewający w kościelnym chórze itd. 

Kolejna różnica: W Polsce Kościół jak dotąd nie ma większych problemów kadrowych. Księży jest dużo, niemal każda parafia ma proboszcza. W Niemczech sprawa wygląda inaczej. Już od wielu lat jeden ksiądz obsługuje parę parafii, wielu z księży nie jest Niemcami a na przykład Polakami czy Hindusami. Co za tym idzie, zasadniczą rolę w wielu parafiach grają pracownicy świeccy. Wiele parafii zarządzanych jest przez zatrudnioną na etacie świecka kobietę, z pełnymi uprawnieniami do wszelkich decyzji oprócz tych niewielu, które z racji zasad prawa kanonicznego zarezerwowane są dla księdza ze święceniami. Inne zadania wykonywane są przez innych świeckich, częściowo etatowych, częściowo wolontariuszy. 

Następne: W parafiach niemieckich istotną rolę grają świeccy. Rada parafialna faktycznie działa, spełnia funkcje kontrolne, finanse parafii są (przynajmniej w większości parafii) jawne, a roczne sprawozdanie finansowe ogłaszane jest z ambony. 

Zbliżamy się do istoty problemu z biskupem Tebartzem-van Elst. Otóż od kilku lat biskup (nie on jeden, to postanowienia całego episkopatu niemieckiego) prowadzi akcję redukcji kosztów. Wymyślono rozwiązanie typowe dla korporacji - scala się kilka sąsiednich parafii w tzw. Großpfarei - powiedzmy 6 parafii na 3 księży. Księża rotacyjnie odprawiają w tych parafiach msze, udzielają sakramentów itd., administracja też jest zcentralizowana, nawet kościelni zajmują się więcej niż jednym kościołem. Dzięki temu można było zlikwidować część etatów i obniżyć w ten sposób koszty. No ale żeby parafie jakoś funkcjonowały, część obowiązków muszą przejąć wolontariusze.

Powoli dochodzimy do zasadniczych przyczyn konfliktu. Większość parafii jest biedna, często brakuje pieniędzy na konieczne remonty albo na wyposażenie. W Oberstedten, gdzie mieszkałem, w kościele na przykład obrazy drogi krzyżowej były amatorsko namalowane tuszem na kartonie, bo na nic więcej ich nie było stać. Biskup odnosił się zarówno do podległych mu księży, jak i do świeckich generalnie źle. Komenderował wedle uznania, powoływał i odwoływał nic nie tłumacząc i z nikim się nie konsultując. I to od początku był główny zarzut dla biskupa - autorytarny styl zarządzania. Koszty siedziby pojawiły się dopiero później.

Drugim zarzutem był "luźny stosunek do prawdy", powodujący że wierni powoli tracili do biskupa zaufanie. Dopiero w ostatniej kolejności, jako ukoronowanie kryzysu zaufania wypłynęła sprawa ukrywania przez biskupa prawdziwych kosztów jego siedziby. Nie chodzi  tylko o pieniądze - diecezja po prostu sprzeda coś ze swoich nieruchomości i koszty będą pokryte, pewnie nawet z nawiązką.

W Polsce wszystko to nie byłoby wielkim problemem. Polski Kościół ciągle jest od góry do dołu feudalny, niemal każde działanie biskupa spotka się z poparciem znacznej części wyznawców, a świeccy nie mają praktycznie nic do gadania. Niemiecki Kościół natomiast jest feudalny tylko od góry, od dołu jest mocno zdemokratyzowany. Stąd protest "dołów" kościelnych i kryzys zaufania do biskupa. Aktywny katolik niemiecki płaci podatek kościelny i konkretną sumę widzi co miesiąc na rozliczeniu z pracodawcą, w parafii musi oszczędzać i więcej pracować - a jednocześnie widzi biskupa rozrzucającego się z pieniędzmi. Aktywny katolik polski nie ma poczucia płacenia na Kościół (poza  drobnymi na tacę), nie ma żadnego wpływu na wydatkowanie pieniędzy w parafii i nie udziela się w niej zbyt wiele, więc zbytki biskupów nie robią mu większej różnicy.

Co jednak jest takie same w Polsce i w Niemczech, to feudalna organizacja kurii biskupiej. Biskup ma pełnię władzy i żadnego organu kontrolnego nad sobą - wszystkie są powoływane i odwoływane przez niego. Tak mogło to działać w średniowieczu, dziś wcześniej czy później musi się załamać.

I jeszcze ostatnie wiadomości: Biskup dziś rano poleciał Ryanairem do Rzymu (uprzednio kłamiąc że to od dawna zaplanowana wizyta i ma zarezerwowany lot). I wychodzi, że na 31 milionach się nie skończy, bo jeszcze trzeba będzie co najmniej wyremontować ulice zniszczone przez ciężki sprzęt dojeżdżający na budowę. A może jeszcze coś wyjdzie na jaw.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (3)

Jak to się robi w Niemczech: Zbytki biskupów (2)

W Polsce afery pedofilsko/Michalikowe i nikt nie zwraca uwagi na dalszy rozwój sprawy biskupa diecezji Limburg. A sprawa rozwija się szybko i intensywnie.

Od poprzedniego odcinka zdarzyło się sporo.  Najpierw przyjechał z Watykanu kardynał Giovanni Lajolo z "braterską wizytą". Chyba wiadomo o co chodzi, Rosjanie Radzieccy też wpadali z "braterskimi wizytami". Kardynał zorientował się w sytuacji, podyktował biskupowi tekst przeprosin do wygłoszenia w najbliższą niedzielę, przypilnował czy zostało wygłoszone i kazał jak najszybciej podsumować koszty nowej siedziby biskupa. A potem pojechał. Biskup otarł pot z czoła i liczył że jakoś to będzie.

Ale w tym tygodniu koszty zostały policzone. Najpierw rys historyczny:

  • Według pierwotnego kosztorysu nowa siedziba miał kosztować 2-3 miliony euro, z czego 200 tysięcy miało kosztować mieszkanie. Powiedziałbym, że to by było OK, nie za drogo.
  • Potem była mowa o pięciu milionach
  • W lipcu biskup zapewniał że zamknie się w dziesięciu
  • W momencie wizyty kardynała biskup nadal utrzymywał że dziesięć milionów, spekulacje określonych kręgów lejących wodę na wiadome młyny mówiły, że może być tych milionów nawet dwadzieścia.

Komunikat komisji liczącej koszty przeszedł najśmielsze oczekiwania. Milionów zrobiło się 31 (słownie: trzydzieści jeden), a i to bez gwarancji że biskup jeszcze gdzieś nie zachomikował jakiejś faktury na następne miliony.

Nowa rezydencja biskupa Limburga

Nowa rezydencja biskupa Limburga Źródło: Spiegel Online

Tłumaczenie legendy ze zdjęcia:

  1. Pomieszczenia biurowe biskupa
  2. Dom sióstr zakonnych
  3. Pomieszczenia konferencyjne
  4. Atrium
  5. Prywatna kaplica biskupa
  6. Mieszkanie biskupa
  7. Muzeum diecezjalne
  8. Prywatny park biskupa

No i się zagotowało. A biskup radośnie oświadczył, że jego też to zdziwiło, no po prostu nie wiadomo skąd się taka suma wzięła, To na pewno przez tego wstrętnego konserwatora zabytków, co takie straszne wymagania nałożył.

Tyle że konserwator zabytków nie nałożył żadnych szczególnych wymagań, bo zdaje się nawet nie za bardzo może to Kościołowi zrobić. 

I powoli wycieka, skąd takie koszty. Po prostu biskup miał coraz to nowe życzenia. Nawet nie chodzi o to, że zażyczył sobie wannę za 15.000 euro (kryptoreklama: podobno firmy Duravit, seria Starck + wyposażenie dodatkowe) - to są fistaszki. On wymyślał coraz to nowe rzeczy i kazał je robić. Na przykład w projekcie było, że Adventskranz (czyli wieniec adwentowy, taki z czterema świecami) w prywatnej kaplicy (to to czarne numer 5) będzie stal na podłodze, na ręcznie kutym stojaku, wcale nie tanim. Ale biskup poszedł do budowlańców i zapytał, czy ten wieniec nie może być podwieszony pod dachem. Budowlańcy oświadczyli że i owszem, może, ale to będzie dużo kosztowało. Na co biskup stwierdził że nieważne, on tak chce. No i trzeba było wyciąć kawałek dachu, wbudować tam wyciągarkę i zrobić dach znowu. Razem coś pod sto tysięcy. 

I tak wkoło. Na przykład na zdjęciu widać, że ta kaplica nie ma rynien. Czyli musi mieć jakiś (obłędnie drogi) system odsysania spływającej wody. Niewykluczone że dach jest podgrzewany żeby śnieg się na nim nie trzymał. Ale nie za bardzo wiadomo jak jest naprawdę - budowa była przez cały czas zasłonięta żeby nie było wiadomo co się tam robi.

Nowa kaplica pałacu biskupiego w Limburgu

Nowa kaplica pałacu biskupiego w Limburgu

Samo mieszkanie biskupa wyszło 3 miliony. Bez wyposażenia. Ale prawdziwe koszty zrobiło podobno to, że drugie takie samo wykuto w skale pod salą zgromadzeń. W projekcie i pozwoleniu na budowę były tam jakieś pomieszczenia techniczne, potem biskup kazał zmienić przeznaczenie. No i jeszcze budynek (na zdjęciu numer 1) posadowiono cokolwiek niżej. W dzisiejszej technice można prawie wszystko, ale kosztuje to ładnie.

Teraz wszyscy zadają sobie pytanie, jak to się stało że nikt tego wszystkiego nie zauważył. I wychodzi na to, że to przez feudalną strukturę Kościoła. W Kościele nie ma po prostu żadnej wiążącej instytucji kontrolnej, jak w korpo rada nadzorcza. Nad biskupem jest tylko papież, wszyscy pracownicy diecezji są biskupowi podlegli i nic nie mogą mu zabronić ani zażądać od niego żadnych dokumentów.

To wszystko było mocne, ale dziś się jeszcze wzmocniło. Prokuratura postawiła biskupowi zarzuty w związku z kłamstwem pod przysięgą (patrz poprzednia część). To nie jest drobiazg - rzecz może kosztować nawet dwa lata pozbawienia wolności. No i jeszcze się okazało że w momencie jak ksiądz biskup oficjalnie zapewniał że rezydencja będzie kosztowała poniżej 10 milionów, miał już zatwierdzony kredyt na piętnaście. Czyli również tam kłamał jak najęty.

W najbliższych dniach sprawą zajmie się papież. Myślę że biskup przyklei się jednak do stanowiska i nie zrezygnuje po dobremu - jak by miał chociaż trochę godności to już by się podał do dymisji.

Ale przyznam, że mimo wszystko wolę śledzić perypetie tutejszego biskupa, niż te obrzydliwe sprawki biskupów polskich.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (5)

Pomyślmy: Schyłki różnych systemów bywają podobne

Mam taką przypadłość, że łatwo dostrzegam podobieństwa, nawet mocno różnych rzeczy. Bywa że staje się to problemem, na przykład jeżeli znowu pomyliłem kogoś z kimś innym - bo w niektórych cechach podobni. W innych sytuacjach to bardzo korzystne - na przykład w programowaniu obiektowym. W jeszcze innych wypadkach może być to niezły temat na notkę - miałem już taką o podobieństwach katastrof w Czarnobylu i Smoleńsku. Teraz będzie o podobieństwie okresów schyłkowych. Wezmę na tapetę rozgrywający się na naszych oczach schyłek Kościoła Katolickiego w Polsce.

Trudno nie zauważyć, że przeżywamy okres schyłkowy KK w Polsce. Nawet nie o to chodzi że od lat systematycznie maleje odsetek dominicantes (40% w 2012 - uwaga: faktycznie oznacza to 32% ludności obecnej w niedzielę na mszy), że wiara Polaków jest prawie wyłącznie obrzędowa - to nic nowego, pamiętam wykład na ten temat na obozie przygotowawczym do studiów zagranicznych w 1984, i już wtedy prelegent zwracał na to wszystko uwagę. W Polsce nigdy nie było tradycji czytania i dyskutowania Biblii, dziś mam wrażenie że lepiej od "prawdziwych" katolików Biblię znają sceptycy i ateiści. Ale to wszystko nic, przez wieki tak było i nie było mowy o schyłku. Dlaczego uważam że obserwujemy schyłek uzasadnię dalej.

Dziś ciągle w mediach widzimy, słuchamy i czytamy wypowiedzi hierarchów, którzy z jednej strony opowiadają o Wartościach Chrześcijańskich i jak żyć, ale często w tej samej wypowiedzi walą po oczach nienawiścią, żądzą władzy i zysku. A ja ciągle - przez tą moją przypadłość - mam wrażenie że już to wszystko kiedyś widziałem i słyszałem w zupełnie innym systemie.

No bo przecież podobną dwoistość prezentowała duża część partyjnej wierchuszki za komunizmu. Tak samo było o Wartościach, Dobrobycie, Sprawiedliwości Społecznej ITP., a równolegle pogróżki, zastraszanie i Waadza.

No i co mnie szczególnie uderza to to, że bardzo wielu przedstawicieli obu systemów dokładnie tak samo wydaje się być niewierzącymi w głoszone poglądy i dokładnie tak samo instrumentalnie wykorzystywać hasła i retorykę swoich świętych ksiąg.  

Pamiętam oficjalną demonstrację z okazji Pierwszego Maja, w Szczecinie w roku 1982. Nie było pochodu - bo stan wojenny - tylko wszystkich spędzono na Jasne Błonia. Atmosfera była strasznie wysilona - praktycznie nikt z obecnych nie miał ochoty w tym miejscu być, nie tylko ta spędzona ludność, ale i organizatorzy i milicja. Gdy wszyscy przyszli na miejsce, jakiś sekretarz partii wygłosił wielkopatriotyczne przemówienie przyjęte znudzoną ciszą, a potem zaintonował hymn, którego nie podchwycił nikt z obecnych - i oficjel musiał dośpiewać do końca solo, fałszując strasznie (ale chociaż tekst znał, nie jak niektórzy dzisiejsi "patrioci"). A jak już dośpiewał, zaczęła się część artystyczna i już w tym momencie wszyscy sobie poszli. Orkiestry marszowe nawet z muzyką. Czuć było, że wszystkim ulżyło, z milicjantami i partyjniakami włącznie. System był już nie do uratowania - nikt go już nie chciał. No ale systemy nie padają natychmiast, temu potrzebne było jeszcze kilka lat i - co najistotniejsze - osłabienie nacisku zewnętrznego przez nastałego parę lat później Gorbaczowa. Ale już w tym momencie było widać że się kończy.

Potem pojechałem do NRD. I tam już po paru miesiącach zobaczyłem podobne oznaki. W system nie wierzył niemal nikt, ani z ludności, ani z Partii. Tylko retoryka, bezwładność, oportunizm, wyparcie i lęk przed nadzorcami z Moskwy. Prawdziwie wierzący byli nieliczni, tak naprawdę kojarzę tylko jednego - Harry'ego który miał z nami ćwiczenia z Naukowego Socjalizmu na trzecim roku. To musiało paść, stwierdziłem nawet że ciekawe czy zdążymy skończyć przedtem studia. Był koniec roku 1984 i pomyliłem się niewiele - skończyliśmy w kwietniu 1989, rypnęło się ostatecznie w październiku.

No i teraz widzę wszystko to samo. Wierchuszkę instrumentalnie operującą retoryką, ale z całą pewnością nie wierzącą w głoszone przez siebie hasła i coraz bardziej niechętną rzeszę tych, którzy jeszcze w to chociaż trochę wierzą albo się do tych rytuałów i tej retoryki przyzwyczaili.

A ostatnio w watykańskiej centrali nastał nowy zwierzchnik, który - podobnie jak kiedyś Gorbaczow - wydaje się wierzyć w głoszone przez siebie ideały. Z mównicy padają nieprawdopodobnie odkrywcze oczywistości, od dawna zapisane w Świętych Księgach i masowo używane w retoryce funkcjonariuszy. Ale teraz padają na poważnie, chociaż na razie głównie postulatywnie. System ma być dla ludzi, a nie ludzie dla systemu. Za Gorbaczowa było dokładnie tak samo.

Władze PRL-u były gotowe na Pieriestrojkę, NRD nie. W NRD zaczęto cenzurować wypowiedzi władz radzieckich, nie wpuszczać niektórych numerów radzieckich gazet itp., żeby tylko wierni tych herezji nie słyszeli. Ale to nie działało nawet w latach 80-tych ubiegłego wieku i to w komunizmie.  Dziś w Polsce obserwujemy podobne próby ograniczania zasięgu wypowiedzi papieskich przez biskupów, w rodzaju tłumaczenia co autor miał na myśli i dlaczego nie to, co powiedział, ale dziś możliwości blokowania są jeszcze mniejsze niż za NRD.

Tak więc rypnąć się musi. Ciekawe tylko ile to potrwa? Dziś nie poważę się na prognozę, niewiadomych jest zbyt wiele. Religia tkwi w ludziach o wiele głębiej niż komunistyczny totalitaryzm. Z drugiej strony KK nie ma środków przymusu bezpośredniego, może działać wyłącznie w sferze gróźb symbolicznych. Tu nie ma realnych pałek w rękach ZOMO, tu są tylko bariery w głowach ludzi. Z trzeciej strony łatwiej jest wygrać z pałkami, niż z tym co w głowach. A grono tych, którzy mają posłuszeństwo KK wprogramowane do niewymazywalnego ROM-u jest znacznie większe niż tych, którzy w swoim ROM-ie mieli firmware PZPR albo SED. 

Niektórzy z wierzących bronią się jeszcze twierdząc, że polski KK bardzo się zmienił na gorsze po 1989. Myślę że jednak nie. Z wszystkimi niedobrymi zjawiskami wśród funkcjonariuszy tej instytucji zetknąłem się już przed 1989. Była i głupota, i hipokryzja, i pijaństwo, i doniesienia o pedofilii, i rozrzutność, i wystawny styl życia, i związki księży z kobietami... Wszystko już było. Może się wydawać, że kiedyś było tego mniej, ale to raczej kwestia dostępu do informacji. Kiedyś nie sposób było dotrzeć do doniesień o wcześniejszym życiu księdza przydzielonego do lokalnej parafii. Co biskup powiedział dowiadywaliśmy się od wielkiego dzwonu z listu pasterskiego odczytanego z ambony, tak przynudziastego że mało kto go słuchał. I generalnie nie wierzyliśmy partyjnej prasie i telewizji. Dziś mamy gugla i jako tako niezależną prasę - głupoty, grzeszki i wielkie grzechy, kiedyś z łatwością ukrywane, dziś są stale na widoku. Kościół się nie zmienił - po prostu wiemy o nim więcej.

Przy okazji wspomnienie z PRL-u połowy lat 70-tych. Pamiętam że w szkole podstawowej, w klasie bodajże piątej, pani od plastyki i muzyki się kiedyś na lekcji ulało i wygłosiła półgodzinną tyradę na temat pazerności KK. Coś musiało ją dotknąć osobiście, bo nie była to drętwa pogadanka ideologiczna tylko autentyczna złość. Wszyscy oczywiście siedzieliśmy jak trusie, ale po lekcji przedyskutowaliśmy temat. Byliśmy może mali, ale nie całkiem głupi - wiedzieliśmy że coś jest na rzeczy, ale jednak uznaliśmy że pani trochę przesadza, bo "kiedyś faktycznie tak było, ale teraz już nie aż tak". Ale jednak było aż tak.

Chociaż tak myśląc trzeźwo, to wszystko zależy od kasy. Póki będzie finansowanie, póty hierarchia KK będzie się trzymać. To właśnie z braku kasy w Polsce A.D. 1982 nikt nie miał już ochoty na kontynuację, i właśnie z braku kasy NRD-owcy dali sobie spokój z tym murem akurat w październiku 1989.

Wniosek: Koniecznie trzeba odciąć biskupów od kasy, zaraz złagodnieją.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:Pomyślmy

Komentarze: (8)

Jak to sie robi w Niemczech: Zbytki biskupów

Dawno nie było notki o Niemczech, czas żeby napisać coś nowego. Mam sporo zajęć, między innymi przygotowuję start bloga o Polsce po niemiecku (już wkrótce), ale chwilę znajdę bo się dzieje i trzeba łapać temat póki aktualny.

Od pewnego czasu w Polsce ciągle jakiś biskup albo inny hierarcha coś palnie, albo wykaże się znaczącym oderwaniem od ziemskich trosk i zamiłowaniem do bogactwa i luksusu. Zjawiska te nie są specyficzne tylko dla Polski, zobaczmy może jak to wygląda w Niemczech. Rzecz dotyczy akurat biskupa obejmującej Frankfurt diecezji Limburg, więc dociera do mnie sporo ciekawostek.

Zacznijmy od poprzedniego biskupa tej diecezji. Był to Franz Kamphaus. No i ten był w miarę porządny. Linię ideologiczną miał nie bardzo skostniałą - w konflikcie o doradztwo przed usunięciem ciąży (chyba trzeba by napisać o tym notkę) był przeciw JPII. No i przede wszystkim żył skromnie - nie mieszkał w domu biskupim, tylko w  apartamencie (Apartment po niemiecku odpowiada znaczeniu angielskiemu - małe mieszkanko dla singla - a nie polskiemu coś prawie jak pałac) w seminarium. A służbowej limuzyny z szoferem używał rzadko i niechętnie. No ale w 2007 skończył 75 lat i zgodnie z prawem kanonicznym ustąpił ze stanowiska. W 2008 zastąpił go Franz-Peter Tebartz-van Elst.

Biskup Franz-Peter Tebartz-van Elst

Biskup Franz-Peter Tebartz-van Elst Źródło: Christliches Medienmagazin pro

Proszę nie sugerować się rozbudowanym nazwiskiem - nowy biskup nie pochodzi ze szlachty.  Urodził się w rodzinie rolników i jest drugim dzieckiem z piątki. W momencie nominacji miał 49 lat. To tak dla ustalenia uwagi.

No i ten biskup zaczął się wkrótce zachowywać, jakby był z Polski. Jeszcze w roku objęcia urzędu w Limburgu zdobył rozgłos odwołując dziekana z Wetzlaru za współudział w nabożeństwie dla pary homoseksualnej, która właśnie zawarła ślub cywilny. Ja rozumiem żeby palcem pogrozić że to nie po linii i nie na bazie, ale żeby zaraz odwoływać? No ale niech mu będzie.

Dalej było tylko gorzej. Pisałem już o oszczędnościach w niemieckim Kościele Katolickim, o scalaniu parafii dla oszczędności kosztów, redukcji etatów itd. Było tam też o odwołaniu proboszcza pismem - to typowy styl działania tego biskupa. Autorytaryzm. Ale między odwołaniem starego a powołaniem nowego biskupa kapituła (??? Domkapitel, nie wiem jak po polsku, nie jestem biegły w tym nazewnictwie)  postanowiła zbudować nowy pałac biskupi. Koszty miały się zamknąć w dwóch milionach euro. Nowy biskup rozszerzył inwestycję - miało to być teraz Centrum Diecezjalne Św. Mikołaja - a budżet miał wzrosnąć do 5,5 miliona. Całkiem ostatnio wyszło, że potrzebne jest prawie 10 milionów, a i to na 100% nie jest ostatnie słowo.

Nowa kaplica pałacu biskupiego w Limburgu

Nowa kaplica pałacu biskupiego w Limburgu Źródło: Wikipedia Autor: Nikola

No i teraz pojawia się interesujące pytanie: Skąd diecezja weźmie na to szmal. Sytuacja zrobiła się trochę niezręczna, bo z jednej strony inwestycje diecezjalne powyżej pięciu milionów euro muszą być zatwierdzane przez Watykan (a niedawno zmienił się tam szef i ten nowy takich rzeczy chyba nie lubi), a z drugiej wierni w diecezji są już mocno wkurzeni tym, że muszą zaciskać pasa, a tu takie zbytki. Co prawda diecezja nie zbankrutuje - ma co sprzedać, majątku jest znacznie więcej, ale miło nie będzie.

A jeszcze trochę wcześniej biskup wybrał się na wyjazd służbowy do Indii. Obejrzeć slumsy. No ale biskup nie będzie leciał byle biznesklasą - razem z wikariuszem generalnym diecezji polecieli klasą pierwszą (różnica na dwóch biletach w dwie strony ok. 7000 euro). Rozeszło by się po kościach, ale jak Spiegel miał o tym napisać diecezja przystąpiła do ataku - usiłowała zablokować artykuł. Przy tym biskup nakłamał dziennikarzowi Spiegla że leciał biznesklasą, a potem złożył oświadczenie pod przysięgą (Versicherung an Eides statt) że nic takiego nie mówił. Nie wiem czy w Polsce jest coś takiego jak to oświadczenie, w każdym razie w Niemczech kłamstwo w takim oświadczeniu jest karalne. A Spiegel miał nagranie. No i ksiądz biskup będzie miał proces.

Wierni i księża diecezji mają powoli biskupa dosyć. Zaczynają już pojawiać się listy otwarte żądające zmian, a nawet ustąpienia biskupa. Ciekawe co będzie dalej. EDIT 2013-08-30: Wczoraj pojawił się list otwarty popierający biskupa, że niby go za wierność linii ideologicznej zwalczają.

Tymczasem biskup Franz-Peter prezentuje wysoki poziom oderwania od rzeczywistości twierdząc, że on cały czas chce tak dobrze, ale jakoś go nie rozumieją. Całkiem jak Jezusa. Serio tak powiedział, to nie moja ironia. Niezły okaz, co nie? Prawie jak w Polsce.

A teraz wniosek. Wiele osób w Polsce uważa, że wprowadzenie podatku kościelnego w stylu niemieckim załatwia problem rozdziału Kościoła od państwa i wszystkie wyskoki hierarchi. Niestety nie. To dopiero początek drogi.

TUTAJ więcej na temat biskupa (artykuł z FAZ po niemiecku)

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (7)

Jak to się robi w Niemczech: Länderfinanzausgleich i bogata, katolicka Bawaria

Trochę trwało z tą notką - miałem problem ze zrobieniem wykresu trzech wielkości po latach i z różnymi skalami pionowymi dla każdej. Wypróbowałem sporo pluginów do WordPressa - nic się nie nadało. To spróbowałem w Excelu i OpenOffisie - też nie za bardzo. Na koniec sięgnąłem po tego samego ZGraphera którym robiłem wykresy smoleńskie i trochę kombinując z ręcznym skalowaniem wartości narysowałem. On też nie jest do tego, ale jakoś dało się zrobić co chciałem.

Ostatnio w sieci poczytałem trochę artykułów i dyskusji o tym, że kraje katolickie są biedniejsze od protestanckich. Jako główny argument że to nieprawda praktycznie zawsze pojawia się w nich bogata, katolicka Bawaria. Mi w tym momencie ręce opadają, bo taki wniosek może wysnuć tylko ktoś, kto nie widział na oczy danych statystycznych. Zwłaszcza tych, dotyczących Länderfinanzausgleichu.

Nie bardzo wiem jak to przetłumaczyć na polski, Länderfinanzausgleich to system transferów między landami - landy bogate wpłacają pieniądze do wspólnego garnka, z którego są one rozdzielane po landach biedniejszych jako pomoc strukturalna. To tak w bardzo dużym uproszczeniu i taki rodzaj funduszu strukturalnego.

A teraz dokładniej. Rzecz zaczęła się po ostatecznym podziale Niemiec na część wschodnią i zachodnią w 1949. Okupanci zachodni narzucili części zachodniej skomplikowaną strukturę administracyjną z podziałem na w sporym stopniu autonomiczne landy i niezbyt silną władzę centralną (to temat na osobną notkę).

No i różnice między poszczególnymi landami były duże. Powstał więc pomysł, żeby bogatsze pomagały biedniejszym. W większości scentralizowanych państw odbywa się to po prostu przez dotacje z budżetu centralnego, ale narzucona zdecentralizowana struktura Niemiec wymusiła o wiele bardziej skomplikowane rozwiązania. Mianowicie w Niemczech większa część takiej pomocy jest "pozioma" - odbywa się między landami bez pośrednictwa budżetu centralnego. Sposób obliczania tej pomocy jest strasznie skomplikowany. Leci to mniej więcej tak:

Najpierw wyliczamy tzw. Ausgleichsmesszahl (trudno przetłumaczyć, powiedzmy wielkość porównawczą): Liczymy sumaryczne wpływy z podatków (ale tylko tych które idą do budżetu centralnego) całego kraju plus wpływy z akcyzy na wydobycie ropy naftowej i gazu ziemnego, wynik dzielimy przez ilość mieszkańców całego  kraju. Czyli mamy średnie wpływy podatkowe na głowę mieszkańca. Dalej dla każdego landu mnożymy uzyskany wynik przez ilość mieszkańców danego landu (tyle że przy landach "miejskich" mnożymy ich ilość mieszkańców przez 1,35).

W następnym kroku robimy podobną operację z podatkami gminnymi - sumujemy je dla całego kraju, dzielimy przez ilość mieszkańców kraju i dla każdego landu mnożymy przez ilość jego mieszkańców i przez 0,64.

Potem sumujemy oba wyniki i dostajemy w ten sposób jakie "powinny" być wpływy z podatków każdego landu.

Teraz druga strona obliczenia - liczymy Finanzkraftmesszahl (czyli dosłownie wielkość siły finansowej, chodzi o wartości rzeczywiście uzyskane). Wzory są takie jak w poprzednim punkcie, tyle że bierzemy sumy i ilości mieszkańców z danego landu. Tylko drobna różnica - parę landów wschodnich ma dodatkowe współczynniki powiększające ich dotacje.

No i teraz możemy wyliczyć czy dopłata się należy i ile ma jej być. Wzory i zasady są okrutnie skomplikowane, nawet mi się nie chce w nie wgłębiać.

Oprócz tego transferu poziomego istnieje jeszcze normalny transfer pionowy środków z budżetu centralnego do landów, które po tych dopłatach poziomych nadal mają poniżej średniej krajowej.

System ten działał jako tako do roku 1994. Transferowane sumy nie były zbyt wysokie, między landami "dawcami" a "biorcami" panowała względna równowaga. Ale od roku 1995 do systemu dołączono znacznie biedniejsze landy wschodnie i wszystko się posypało. Wpłaty do systemu pobierane od landów bogatszych poleciały w górę, parę landów wcześniej "biorących " przeszło na pewien czas do "dających". No i na dzień dzisiejszy sytuacja wygląda tak, że tylko trzy landy wpłacają do systemu - Bawaria, Hesja i Badenia-Würtembergia. Ale za to wpłacają bardzo dużo.

W związku z tym narasta krytyka systemu wyrównawczego, oczywiście głównie w landach "dawcach". Hesja na przykład skarży się, że musi zaciągać rocznie mniej więcej tyle nowych długów, ile wpłaca do systemu (rzędu 3,5 mld. euro), a sąsiedni Rheinland-Pfalz, duży biorca, za te pieniądze funduje dzieciom bezpłatne przedszkola, których w Hesji nie ma. A system nie motywuje "biorców" do wzięcia się za swoją gospodarkę.

No właśnie: motywacja. Od roku 1950 tylko jeden land przeszedł na trwałe z biorców do dawców. Była to Bawaria. Wróćmy więc do Bawarii. Większość internetowych (ale i gazetowych) "znawców" nie ma pojęcia, że Bawaria jeszcze całkiem niedawno była po stronie landów "biorców". Dofinansowanie otrzymywała od samego początku istnienia systemu dopłat (czyli od 1950), razem z landami Niedersachsen, Rheinland-Pfalz i Schleswig-Holstein.

Zero w bilansie (czyli że sumarycznie ani nie dopłacili, ani nie pobrali) wyszło im po raz pierwszy dopiero w roku 1987. W następnym roku znowu było zero, potem niewielkie wpłaty, jeszcze w  1992 zdarzyła im się obsuwa do biorców, w 1993 dołożyli, ale znikomo. Dopiero od 1994 nastąpił szybki wzrost ich wpłat, ale tak naprawdę nie był on spowodowany aż tak gwałtownym wzrostem bogactwa Bawarii, tylko głównie dołączeniem do systemu transferów nowych, znacznie biedniejszych landów wschodnich.

No dobrze, powie ktoś, bogaty od niedawna, ale przecież katolicki!

No to zobaczmy jak z tym katolicyzmem w Bawarii. Kiedyś rzeczywiście Bawaria była bardzo katolicka. Jeszcze w roku 1970 było tam ponad 70% katolików. Ale ostatnie dane jakie znajduję, za rok 2011, mówią o 53,7%. Jeszcze trochę i będzie ich tam poniżej 50%. No ale te zmiany są powolne i nie korelują zbyt spektakularnie z Länderfinanzausgleichem. Piękne natomiast jest nałożenie bilansu Länderausgleichu dla Bawarii na wykres ilości wystąpień z Kościoła Katolickiego w tym landzie (kliknięcie powiększy wykres) 

Bawaria - Länderfinanzausgleich a katolicyzm

Bawaria - Länderfinanzausgleich a katolicyzm (kliknij aby powiększyć)

 

No i jak, Bawaria tradycyjnie bogata i katolicka? Raczej im mniej katolicka, tym bogatsza.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (23)

Śladami NRD: Wartburg. Ale zamek.

Nadal omawiam pierwszy dzień naszej podróży śladami NRD. Jak już byliśmy w Eisenach nie mogliśmy przecież nie zwiedzić zamku Wartburg. Lista Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i takie tam. Byłem tam dotąd ze trzy razy, ale ostatnio za NRD. I mam swoje stare zdjęcia, stąd mimo że nie ma on za wiele wspólnego z NRD, to nada się do tego cyklu. Zdjęcia na przemian z roku 1988 i 2012.

Zamek Wartburg w roku 1988

Zamek Wartburg w roku 1988

 

Zamek Wartburg

Zamek Wartburg

Na zamku nie zmieniło się zbyt wiele przez ostatnie 25 lat, w gołębniku siedzą nawet gołębie tej samej rasy co wcześniej.

Zamek Wartburg w roku 1988

Zamek Wartburg w roku 1988

 

Zamek Wartburg

Zamek Wartburg

To może parę ciekawostek:

  • Pierwszy kawałek zamku zbudował około roku 1067 hrabia Ludwig o przydomku der Springer (Skoczek). Przydomek pochodził stąd, że kiedyś wyprawił się on na dobra innego hrabiego, zabił go, a potem został złapany i uwięziony. Skazano go na śmierć, ale przed wykonaniem wyroku uratował się skacząc z muru zamku do rzeki.
  • Hrabia miał typowy dla tamtych czasów stosunek do własności prywatnej. Spodobało mu się wzgórze, na którym dziś stoi zamek Wartburg, nie należące jednak do niego. Hrabia kazał przywieźć w workach ziemię pochodzącą z jego włości, rozsypać ją cienką warstwą na wzgórzu i zbudować na niej zamek. A potem mógł z czystym sumieniem przysięgać, że "zamek stoi na mojej własnej ziemi". Przewodnik twierdził, że znanych jest jeszcze kilka innych przypadków gdzie ktoś wykonał podobny numer.
  • Wartburg nigdy nie był zamkiem obronnym, zawsze służył głównie do szpanowania.
  • Najstarsze stojące kawałki są z wieku XII (te na zdjęciu poniżej), potem były tylko rozbudowy i remonty. Zamek nigdy się nie spalił, nigdy nie był zdobywany ani zniszczony.
Zamek Wartburg w roku 1988

Zamek Wartburg w roku 1988

 

Zamek Wartburg

Zamek Wartburg

  • Słynna jest opowieść o pojedynku śpiewaków na zamku Wartburg, około roku 1200. W tych czasach popularne były podobne konkursy, wygrywający otrzymywał sporą nagrodę. Tutaj organizator miał oświadczyć, że ostatni traci życie. Śpiewacy się postarali, wszyscy zajęli równorzędne miejsce pierwsze, impreza była super a organizator przyoszczędził na nagrodzie dla zwycięzcy. Na zdjęciach: Sala w której miała ta impreza się odbyć, odnowiona w XIX wieku w stylu romantycznym. Był tam Ludwik Bawarski i tak mu się to spodobało że kazał zrobić podobną w swoim zamku  Neuschwanstein.
Zamek Wartburg w roku 1988

Zamek Wartburg w roku 1988

 

Zamek Wartburg

Zamek Wartburg

  • Katolicy wiążą z Wartburgiem postać świętej Elżbiety z Turyngii (po angielsku zwanej Elizabeth of Hungary). Prezentowała ona wrażliwość lewicową dążąc do spłaszczenia różnic w dochodach i organizując zalążki powszechnej służby zdrowia. Potem wpadła pod wpływ sadystycznego spowiednika Konrada z Marburga, który doprowadził do jej śmierci w wieku 24 lat. Elżbiecie zaliczono 60 cudów (dziś do uznania za świętego wystarczają dwa), jednak nie ma wśród nich tego najbardziej znanego z jej przypisywanych - zamiany chleba w róże. Na zdjęciach: Mozaiki z sali poświęconej Elżbiecie, stosunkowo nowe bo XIX-wieczne.
Zamek Wartburg w roku 1988

Zamek Wartburg w roku 1988

 

Zamek Wartburg

Zamek Wartburg

  • Dla ewangelików najważniejszy na Wartburgu jest Luter. Znana jest opowieść, jak to Lutrowi pokazał się diabeł, aby odwieść go od tłumaczenia Biblii. Ale Luter się nie przestraszył, tylko rzucił w diabła kałamarzem. Plamy na ścianie już nie ma, bo zeskrobali ją po trochu na relikwie odwiedzający przez wieki jego pokój.

W notce 18 zastąpiłem zdjęcie pokoju Lutra znalezione w sieci swoim.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (7)

Strona 1 z 212