Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Żegnaj NRD: Carl Zeiss i meandry XX-wiecznej polityki

W poprzedniej notce gość, Andrzej Jamiołkowski, zadał kilka ciekawych pytań dotyczących firmy Carl Zeiss Jena:

Jakim cudem taka firma do końca NRD istniała, czemu dziś ta firma już przyrządów dla chemików nie oferuje i co to za firma ZEISS, która była [ chyba ] wówczas obecna na rynku zachodnim i czemu budowę przyrządów zapoczątkowanych w NRD dziś kontynuuje inna firma – AnalitykJena już nie mająca Zeiss w nazwie.

Pytania te podzieliłbym na dwie grupy:

  1. Jak skomplikowana była historia firmy założonej przez Carla Zeissa?
  2. Jak w NRD mogła istnieć firma na poziomie?

Na pytanie drugie odpowiem w kolejnej notce - bo to znowu dłuższy temat. Dziś zacznę od pytania pierwszego. Cokolwiek o firmie Carl Zeiss Jena już pisałem w kontekście aparatów fotograficznych, teraz dokładniej.

Ogólnie cała ta historia jest mocno NRD-owska, trochę podobna do historii marek Horch, BMW/EMW czy Agfa/ORWO..

Firmę założył w Jenie w roku 1846 oczywiście Carl Zeiss - mechanik pochodzący z Weimaru. Firma produkowała urządzenia mechaniczno-optyczne, głównie mikroskopy. Zeiss miał jednak poważny problem: Mikroskopy były robione na zamówienie, każdy był inny, a Zeiss nie potrafił przewidzieć konstrukcji optycznej każdego egzemplarza przed jego zrobieniem. Musiał za każdym razem eksperymentalnie zestawiać soczewki aż do uzyskania pożądanego efektu. Brakowało mu teorii takich układów. Dlatego w roku 1866 rozpoczął współpracę z Ernstem Abbe - profesorem fizyki na uniwersytecie w Jenie. Po kilku latach pracy profesorowi Abbe udało się opracować teorię mikroskopu optycznego i to był początek sukcesu firmy Zeissa.

Później Zeiss wspólnie z chemikiem Otto Schottem (nie ma wpisu w Wiki po polsku) rozwiązali następny problem - uruchomili oni w Jenie produkcję specjalnego szkła na soczewki. Schott to szkło borosilikatowe (zwane do dziś szkłem jenajskim - Jenaer Glas) wynalazł. Produkowała je jego firma Jenaer Glaswerk Schott, istniejąca do dziś jako Schott AG. W roku 1875 Zeiss zaoferował Ernstowi Abbe udziały w jego firmie.  Carl Zeiss zmarł w roku 1888, a firmę przejął jego syn Roderich. Natomiast Abbe utworzył fundację Carl-Zeiss-Stiftung, do której przekazał swoje udziały, później swoje części przekazali fundacji również Otto Schott i Roderich Zeiss. Fundacja stała się tak właścicielem całego koncernu, złożonego z zakładów Zeissa i Schotta. Abbe wybrał formę fundacji, bo jako jeden z celów statutowych chciał zapisać działalność społeczną. (Uwaga: polska wiki w haśle Ernst Abbe twierdzi, że w 1888 Abbe został wyłącznym właścicielem zakładu Zeissa, ale to bzdura, ktoś nic nie zrozumiał)

Przedwojenne logo Carl Zeiss Jena

Przedwojenne logo Carl Zeiss Jena

Firma rozwijała się świetnie, a potem przyszły wojny światowe, które jeszcze bardziej napędziły koniunkturę na sprzęt optyczny. Do Hitlera zarząd firmy był nastawiony chłodno - doszło do poważnych konfliktów z nowa władzą na tym tle, ale potem zostali spacyfikowani (na szybko nie znalazłem szczegółów). No i na koniec byli mocno umoczeni - pracowało u nich mnóstwo robotników przymusowych, produkcja była prawie wyłącznie zbrojeniowa. Z drugiej strony firmie o takim profilu trudno oprzeć się naciskowi dyktatury, co najwyżej można robić tak jak Bahlsen,

W końcu wojny Turyngię zajęli Amerykanie i oczywiście zaraz zabrali zarząd, fachowców i sporo dokumentacji technicznej do Heidenheimu w Würtembergii. A po wymianie stref okupacyjnych Rosjanie zarekwirowali zakład i wywieźli niemal 100% wyposażenia w ramach reparacji wojennych. Równolegle w Oberkochen koło Heidenheimu wywieziony zarząd i fachowcy założyli nowy zakład, nazwany "Opton". Początkowo przedsięwzięcie to było wspierane i finansowane przez Carl-Zeiss-Stiftung z Jeny - podziału Niemiec nikt na początku nie przewidywał. Potem przekształcono resztki zakładu w Jenie w państwowy VEB Carl Zeiss Jena. Forma prawna Carl-Zeiss-Stiftung nie zmieniła się, ale zakres działalności fundacji przykrojono do działalności społecznej. Wtedy firma Opton zaproponowała przeniesienie siedziby Carl-Zeiss-Stiftung do Heidenheimu, co zrealizowano w roku 1949. Ale nie całkiem, bo fundacja w Jenie nie zaprzestała działalności. Za to Opton przemianował się na Carl Zeiss (1951). I tak wszystkie części koncernu (fundacja, Carl Zeiss i Schott) zaczęły mieć dwie wersje - wschodnią i zachodnią. Na początku to nawet działało - Jena udostępniała dokumentację techniczną i fachowców części zachodniej, w zamian te firmy udostępniały Jenie dokumentację swoich nowych projektów.

 

Logo VEB Carl Zeiss Jena

Logo VEB Carl Zeiss Jena

Logo Zeiss - Niemcy zachodnie

Logo Zeiss - Niemcy zachodnie

 

Problemy zaczęły się w roku 1953, kiedy to kierownictwo NRD zakazało bezpośrednich kontraktów między firmami NRD-owskimi a zachodnimi. Kontakty były dozwolone tylko za pośrednictwem przedsiębiorstwa Elektronik VE AHB - był to Außenhandelsbetrieb, odpowiednik polskich central handlu zagranicznego. Centrala ta używała na rynkach zagranicznych marki "Carl Zeiss", co nie spodobało się fundacji z Zachodu. Fundacja akceptowała używanie tej marki przez siostrzaną firmę ze Wschodu, ale tu w grę weszła firma trzecia. Fundacja zażądała wyłączności na markę Carl Zeiss, na co NRD-owcy stwierdzili, że to przecież oni mają prawdziwego Carla Zeissa - a nie jakieś nowo założone popłuczyny - i to oni powinni mieć wyłączność. Sprawa trafiła do sądu i wywołała całą lawinę procesów w różnych krajach. No i sądy w różnych krajach rozstrzygały raczej politycznie - zachodnie przyznawały rację stronie zachodniej, wschodnie wschodniej. Wszystkie te procesy kosztowały kupę szmalu, w końcu, w roku 1971 zawarto kompromis: Obie firmy miały prawo używać nazwy "Carl Zeiss" w swojej strefie - Jena w bloku wschodnim,. Oberkochen na Zachodzie. Produkty z NRD produkowane na Zachód miały mieć markę "Jenoptik" (inne źródła mówią że miało być "aus Jena", a "Jenoptik" było wcześniej, nie potrafię ocenić które mają rację), a zachodnie na wschód "Opton". W 1980 Schott z Jeny zrezygnował z "Schott" w nazwie, a zachodni z "Jenaer". I tak się to dokręciło do zjednoczenia.

Porozumienie to było o tyle ciekawe, że w innych wypadkach NRD-owcy raczej odpuszczali sobie i rezygnowali ze spornej marki. BMW bez wielkiego problemu zmieniono na EMW, z Horcha zrezygnowano bez większego gadania (a sytuacja była przecież prawie identyczna jak w przypadku Zeissa), Agfę zmieniono na ORWO wręcz z entuzjazmem. A tu trzymano się nazwy zębami i pazurami.

W NRD firma VEB Carl Zeiss Jena była technologicznie przodująca jak na blok wschodni i robiła bardzo przyzwoite rzeczy, na przykład kamery do radzieckiego programu kosmicznego albo znane na świecie projektory do planetariów (rzecz bardzo niszowa, ale ciekawa i z bajerami). Firma z Jeny rozrosła się wręcz do koncernu - podporządkowano jej wiele zakładów w branży zaawansowanej technologii.  Nawet układy scalone pamięci DRAM 1 Mbit - szczytowe osiągnięcie NRD w tej branży - zrobiono w zakładach VEB Carl Zeiss Jena.

Projektor w planetarium w Jenie, produkt firmy Carl Zeiss Jena

Projektor w planetarium w Jenie, produkt firmy Carl Zeiss Jena Autor: Karsten3000, Żródło: Wikipedia niemiecka

 

Logo Zeiss po zjednoczeniu

Logo Zeiss po zjednoczeniu

Po zjednoczeniu zachodni Carl-Zeiss-Stiftung przejął zakłady ze Wschodu. Ale wkrótce przeszedł poważny kryzys, co spowodowało falę zwolnień i wydzielenie produkcji w wielu specjalnościach do samodzielnych firm. I to jest odpowiedź na pytanie, dlaczego produkcję sprzętu analitycznego robi dziś firma bez Zeissa w nazwie - to właśnie taka firma pochodna.

W następnej notce odpowiedź na pytanie drugie: "Jakim cudem taka przyzwoita firma istniała w NRD".

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Skomentuj

Gość na blogu: Andrzej Jamiołkowski o przyrządach laboratoryjnych z NRD

Rzadko mam na blogu gości, ostatnia notka gościnna pojawiła się już prawie trzy lata temu. Autorem jej (a nawet dwóch) był Andrzej Jamiołkowski i obie były o żeglarstwie i NRD. Dziś ten sam gość i znów o NRD, ale tym razem nie o hobby, tylko o pracy. Zapraszam.

Gość zadaje pytania o firmę Carl Zeiss Jena i NRD w ogólności - planowałem odpowiedzieć na nie pod tekstem, ale i bez tego notka jest długa. Odpowiem więc w następnej notce.

I jeszcze napiszę, że i ja miałem kontakt z jednym z opisywanych urządzeń - chyba był to SPEKOL 2. Nie pamiętam dokładnie, bo było to jakieś 35 lat temu, kiedy jako licealista chodziłem na Politechnikę na zajęcia Młodzieżowego Towarzystwa Naukowego.


Optyczna analiza instrumentalna w Polsce – zasługa NRD

Jestem chemikiem, studia skończyłem w roku 1970 (UMK Toruń) i rozpocząłem pracę w laboratorium analizującym wodę i ścieki, potem zająłem się analizą powietrza i gazów odlotowych z kominów. Wówczas laboratoriów chemicznych było bardzo wiele, istniały w stacjach San-Epid, ochronie środowiska, stacjach chemiczno-rolniczych, zakładach wodociągów i kanalizacji czy zakładach przemysłowych, przede wszystkim produkcji spożywczej. Dzisiaj wymogi posiadania przez laboratoria akredytacji spowodowały, że laboratoriów jest dużo mniej, kupno odczynników zostało obecnie - z obawy przed niekontrolowaną produkcją narkotyków i/lub materiałów wybuchowych - bardzo sformalizowane, wówczas przedsiębiorstwa kupowały odczynniki bez większych kłopotów.

W owym czasie królowały w analizie śladów przede wszystkim klasyczne metody chemicznej z analizami wagowymi i objętościowymi na czele. Ale te metody miały swoje ograniczenia: nie pozwalały w ogóle wykonać pewnych oznaczeń i/lub analizy trwały długo. W II połowie lat 60 XX w zaczęły się pojawiać i wchodzić do stosowania w laboratoriach ruchowych coraz więcej metod analizy instrumentalnej. Najpopularniejszym sposobem były analizy polegające na wywołaniu w analizowanym roztworze barwy proporcjonalnej do zawartości szukanej substancji i następnie porównywanie tej barwy z wzorcami, często przygotowanymi z zupełnie innych farbek. Było to mało dokładne, ale kolorymetria torowała sobie drogę coraz śmielej. Należało te analizy udokładnić i sposobem na to było badanie absorpcji światła – nie białego – ale monochromatycznego, co pozwalało uzyskać wyższe absorbancje – czyli oznaczać szukaną substancję w próbkach, w niższym w nich stężeniu. Polskie kolorymetry były w owym czasie (koniec lat 60 XX w) bardzo prymitywne, z wykorzystaniem jako monochromatorów kolorowych szybek (bardzo niedokładna monochromatyzacja) i źródłem sygnału w postaci fotoogniwa, bez jakiejkolwiek elektroniki do wzmacniania i obróbki tego sygnału. I tu pomoc przyszła z NRD: pojawił się wówczas kultowy przez dłuższy czas spektrofotometr SPEKOL (produkcja w NRD od 1963 r.) najpierw oznaczony numerem 1, potem 10. Był to przyrząd sygnowany jako Carl Zeiss Jena z jedną wiązką światła widzialnego generowanego z odpowiedniej żarówki, światło to było monochromatyzowane siatką dyfrakcyjną i podawane na szklaną kiuwetę z kolorowym roztworem. Za nią znajdowało się w pierwszych egzemplarzach fotoogniwo selenowe, generujące prąd. Dla kiuwety z roztworem bezbarwnym ustawiało się potencjometrem wskazania woltomierza wskazówkowego na 100 % transmisji, a następnie w kiuwecie umieszczało się barwny roztwór z analizowanym składnikiem i znów mierzyło transmitację (albo absorbancję), galwanometr miał dwie skale. Część światła zmonochromatyzowanego ulegała pochłonięciu w barwnym roztworze, pochłonięcie to było proporcjonalne (prawo Lamberta-Beera) do stężenia czynnika wywołującego barwę. Przyrządy były proste w obsłudze, w miarę powtarzalne, można było do nich dokupić części zamienne. Z czasem urządzenia rosły, pojawiły się w nich fotokomórki zamiast fotoogniw, dodano wzmacniacze, pozwalające wzmocnić sygnał, w koszyczkach na kiuwety pojawiła się możliwość ustawienia kiuwet o większej niż 1 cm grubości warstwy barwnej cieczy. Firma też oferowała przystawki do przyrządu podstawowego do oznaczeń mętności i kilku innych parametrów, rzadziej stosowane.

SPEKOL 2

SPEKOL 2

Stary SPEKOL rozbudowany

Stary SPEKOL rozbudowany

Spekol z czasem rósł mężniał i potężniał, w latach 80 pojawił się przyrząd nadal sygnowany jako producent Carl Zeiss Jena nazywający się Spekol 11, w nim źródłem światła była już lampa halogenowa, a do detekcji używano dwóch różnych fotoogniw, lepiej dopasowanych do odpowiednich długości fali światła widzialnego. Zamiast miernika analogowego – pojawił się wyświetlacz cyfrowy pokazujący absorbancję i/lub transmitancję. Z takimi nowinkami wjechaliśmy w nową erę. Potem były dostępne jeszcze inne spektrofotometry, mające w nazwie spekol ale to już nie były te, które setki chemiczek i chemików w Polsce wprowadziły w latach 70 XX w w świat analiz spektrofotometrycznych. Oczywiście, opisywane wyżej przyrządy nie miały żadnej możliwości obróbki sygnału, każdy sobie sam musiał ten przyrząd wywzorcować, krzywą (daj Boże – prostą) kalibracyjną wykreślić na papierze milimetrowym i z niej potem mozolnie odczytywać jakiej absorbancji odpowiada jakie stężenie oznaczanej substancji albo wyliczać to stężenie z równania prostej. Ale to i tak był kolosalny postęp w stosunku do innych kolorymetrów bądź sztucznych skal wzorców. Firma nazywana Carl Zeiss Jena dostarczała też lepsze spektrofotometry do zastosowań naukowych, również na zakres UV-VIS, ale żaden z nich nie był tak popularny i dostępny jak SPEKOLe, w kolejnych ich odsłonach, w laboratoriach ruchowych.

SPEKOL 11 z objaśnieniami

SPEKOL 11 z objaśnieniami

Nie wszystkie oznaczenia w chemii da się wykonać przeprowadzając oznaczaną substancję do związku barwnego, np. nie można w ten sposób sobie poradzić z oznaczeniami zawartości jonów sodu, potasu i wapnia w roztworach – np. wyciągach glebowych i/lub płynach fizjologicznych. Jony te tworzą tylko roztwory bezbarwne. Ale na szczęście jony te – o ile są w postaci aerozolu wprowadzone do palnika gazowego – barwią ten płomień i ten fakt może być podstawą do analizy – w tym wypadku spektrometrii emisyjnej. I tu znów w dawnych czasach NRD przychodziła chemiczkom i chemikom w Polsce z pomocą – dostarczając takie fotometry firmy Carl Zeiss o nazwie Flapho. Pierwsze były przyrządami jednowiązkowymi (ale z możliwością zmiany filtrów), elementy były ustawione na ławie optycznej, wszystkie części składowe przyrządu były widoczne, do pomiaru natężenia promieniowania z płomienia służyło fotoogniwo selenowe, a miernikiem prądu był galwanometr lusterkowy. Późniejsze, z lat 80 XX w. to fotometr Flapho 4 – ten już był już przyrządem dwuwiązkowym, pozwalającymi z jednej zasysanej podciśnieniowo próbki oznaczyć w tym samym płomieniu jednego palnika – ale w oddzielnych torach pomiarowych np. jednocześnie sód i potas. Oczywiście odczyt wyników był z analogowego miernika jakim ten fotometr dysponował w każdym kanale, bez jakiejkolwiek rejestracji wyników, regulacja powietrza i gazu do palnika ręczna, zaworami, brak podajnika próbek. Tym niemniej te przyrządy pozwoliły wykonywać analizy sodu i potasu – wcześniej niewykonywalne, choć spektrometry emisyjne (niemieckiej zresztą konstrukcji) były wykorzystywane już w XIX wieku. Korzystanie z tych fotometrów było dla obserwatora z zewnątrz lekkim szamaństwem, palnik szumiał, za ścianą tłukła sprężarka powietrza do palnika, płomień interesująco zmieniał barwę w czasie podawania do niego próbek. Niektóre z tych fotometrów pracują do dziś.

FLAPHO 4

FLAPHO 4

W pewnym momencie powstała konieczność oznaczania zawartości metali w różnych próbkach, w tym w próbkach środowiskowych. Technika polarografii (czeski wynalazek), która pozwalała oznaczać metale w próbkach została wycofana, posługiwała się bowiem rtęcią, której odpady zaczęły być w laboratoriach stosujących tę technikę problemem. Inną techniką, szczególnie dedykowaną do analiz stężeń metali ciężkich w roztworach okazała się atomowa spektrometria absorpcyjna. Technika ta polega na rozbiciu (fachowo: atomizacji) związków metali ciężkich w roztworze - do wolnych atomów tych metali, na ich podstawowym poziomie energetycznym.

Najstarszy fotometr płomieniowy

Najstarszy fotometr płomieniowy

Tutaj znów NRD pomogło wprowadzić polskich chemików (obojga płci) w czarowny świat takich, wówczas (koniec lat 70 XX w – początek lat 80 XX w) bardzo nowoczesnych analiz metali – np. w środowisku. Firma nazywana Carl Zeiss Jena oferowała wówczas jako podstawowy przyrząd spektrofotometr AAS , potem AAS 1 (w NRD od roku 1971, w Polsce od końca lat 70 XX w.). Do atomizacji w tych przyrządach używano szerokiego palnika acetylenowo-powietrznego, do generowania linii widmowych poszczególnych metali firma oferowała kilkanaście lamp z katodą wnękową z metali, w NRDowskim przyrządzie można było jednocześnie zainstalować 4 takie lampy, co pozwalało z jednego roztworu zasysanego do palnika oznaczyć 4 pierwiastki. Nie były to przyrządy najlepsze, bo nie miały wówczas korekty tła (absorpcji niespecyficznej) ani możliwości atomizacji w kiuwetach grafitowych ogrzewanych elektrycznie, co dawało lepsze wykrywalności i eliminowało palnik i gazy do jego zasilania. Ale i tak było to na początku lat 80 XX w zetknięcie z bardzo wówczas nowoczesną techniką analiz, a szeroki na ok. 10 cm palnik dawał osobom patrzącym z zewnątrz duże wrażenia. Ale w tych pierwszych przyrządach sterowanie gazami do palnika było ręczne, odczyt absorbancji – tylko z miernika analogowego, ustawianie natężenia prądu w lampach z katodą wnękową – też ręczne. Ale dawało się już coś tym oznaczyć i rtęci do polarografii nie trzeba było stosować. Oczywiście w końcu lat 80 pojawiły się udoskonalone przyrządy (AAS 3), już z korektą tła, a dziś – jeszcze lepsze. Ale w międzyczasie NRD zniknęło.

Spektrometr absorpcji atomowej AAS 1

Spektrometr absorpcji atomowej AAS 1

Ta sama firma oferowała również spektrofotometr do badań w zakresie podczerwieni o symbolu UR-10, wielki, rozmiarów biurka przyrząd. Techniki tej używano do ustalania budowy związków organicznych, korzystałem z widm z tego przyrządu robiąc dyplom, w laboratoriach ruchowych nie był on stosowany.

I na koniec wspomnienie – anegdota – całkiem prawdziwa. W latach 1980-1990 pracowałem dodatkowo, na pół etatu w olsztyńskiej Akademii Rolniczo Technicznej, na ówczesnym wydziale ochrony wód, gdzie zorganizowałem i prowadziłem wykład i ćwiczenia z przedmiotu analiza instrumentalna wody i ścieków. W pracowni, w której uruchomiłem wcześniej zakupione przez wydział przyrządy studenci 3 roku wykonywali 6 oznaczeń, do trzech z nich stosowano opisane tu przyrządy produkcji Carl Zeiss Jena. Razu pewnego (koniec lat 80 XX w) wchodzę do budynku wydziału, na zajęcia i natykam się w holu na ówczesną panią dziekan oprowadzającą po budynku kilku panów (później okazało się, że to byli goście wydziału z RFN). Pani dziekan (wiedziała, że potrafię coś po niemiecku powiedzieć) tonem nie znoszącym sprzeciwu poleciła mi pokazać tym gościom wydziałową pracownię analizy instrumentalnej wody i ścieków. Zaprowadziłem gości do pracowni i w kilku słowach objaśniłem jakie to przyrządy i co się na nich i jakimi technikami oznacza. Jeden z panów zadał mi dodatkowe pytanie/stwierdzenie o treści „te wszystkie przyrządy nie mają żadnej komputerowej obróbki sygnału, ani zapisywania wyników w komputerze. To państwo (kierując to stwierdzenie do mnie) celowo tak zrobili żeby studenci lepiej mogli zobaczyć jak przyrządy działają, nieprawdaż ? Nie zaprzeczyłem, choć oczywiście nie była to prawda, wówczas nam się o komputerach współpracujących z przyrządami nie śniło.

Gospodarza witryny proszę o komentarz co do firmy – wtedy, w czasach NRD nazywającej się Carl Zeiss Jena. Jakim cudem taka firma do końca NRD istniała, czemu dziś ta firma już przyrządów dla chemików nie oferuje i co to za firma ZEISS, która była [ chyba ] wówczas obecna na rynku zachodnim i czemu budowę przyrządów zapoczątkowanych w NRD dziś kontynuuje inna firma – AnalitykJena już nie mająca Zeiss w nazwie.

Ale zasługi firmy z NRD w nauczeniu rzeszy polskich chemiczek i chemików z tamtych lat korzystania z optycznych technik analizy instrumentalnej są niezaprzeczalne i pewnie dobrze, że choć do takiej nowoczesności dostęp wtedy był.

 

Andrzej Jamiołkowski

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:DeDeeRowo, Gościnne

Komentarze: (4)

Warto zobaczyć: Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget

Muzeum techniki w Paryżu jest niezłe, ale muzeum lotnictwa jeszcze lepsze. Mieści się ono na dawnym, podparyskim lotnisku Le Bourget. Jego zalążek powstał już w roku 1919 i w związku z tym to jedno z najstarszych muzeów lotnictwa na świecie.

Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget

Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget

Budynek lotniska jest duży i modernistyczny i świetnie nadaje się na muzeum lotnictwa. I mają tu tych samolotów mnóstwo - powiedziałbym to muzeum jest co najmniej równorzędne z muzeum RAF. RAF miał samolotów bardzo dużo, ale praktycznie wyłącznie wojskowe, głównie WWII i z nielicznymi wyjątkami dopiero od lat trzydziestych XX wieku - tutaj mają i okres pionierski, i WWI, i lotnictwo cywilne, i prototypy, i kosmonautykę... W zasadzie najgorzej są zaopatrzeni w WWII, ale przyczyny są dość oczywiste.

Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget

Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget

Spory jest dział kosmiczny i mają sporo sprzętu radzieckiego. Ale to nie jest specjalnie dziwne - Francuzi przez długi czas współpracowali w tej dziedzinie z ZSRR i pewnie głównie  dzięki temu mamy teraz ESA i europejski program kosmiczny.

Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget

Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget

W sali z prototypami mają prawdziwe dziwactwa, na przykład takie (Leduc 010):

Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget - Leduc 010

Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget - Leduc 010

Hangar z samolotami z WWII był w remoncie i nie mogliśmy wejść. Szkoda, bo mają tam też parę samolotów francuskich, trudnych do zobaczenia gdzie indziej, na przykład Dewoitine D.520 (zdjęcie przez okno)

Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget - Dewoitine D.420

Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget - Dewoitine D.420

Wstęp do muzeum jest bezpłatny (!). Płatne jest tylko oglądanie w środku szczególnych atrakcji, które są trzy:

  • "Forfait avions" - nie wiem co to ma znaczyć, "avions" to na pewno samoloty ale "forfait"? Nie udało mi się sensownie przetłumaczyć przy użyciu sieci, może po prostu głupio nazwane. Można w ramach tej atrakcji zobaczyć w środku Concorde (prototyp i samolot seryjny), Jumbo Jeta, Dakotę i Super Frelona - nie weszliśmy, bo 747 w środku widzieliśmy w Speyer a Concorde w Sinsheimie. Nawiasem mówiąc Super Frelon to był kiedyś świetny set Hellera w 1:35, ale już nie robią, a nieliczne nie sklejone egzemplarze chodzą na ebayu bardzo wysoko.
  • Planetarium
  • Symulatory
  • Atrakcje dla dzieci związane z techniką kosmiczną.

Więc raczej nie ma co płacić, chyba że z dziećmi, cała reszta jest za darmo.

No i jeszcze płaci się za parkowanie, bo lepiej przyjechać samochodem. To już jest na przedmieściach, daleko od centrum. Wjazd na parking oznaczony jest słabo, zauważyłem dopiero za drugim kółkiem. Jeszcze gorzej było z płaceniem za parking - automat stoi na zewnątrz budynku, cokolwiek schowany. Musiałem się pytać w kasie jak zapłacić i nie tylko ja miałem taki problem.

Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget

Musée de l’air et de l’espace, Le Bourget

W muzeum stały tablice na temat udziału polskich pilotów w obronie Francji w 1940, tekst przygotowany przez Polaków (byli podpisani) ale tylko po francusku. Nawet nie po angielsku. Żona pisząc do ambasady w sprawie muzeum Curie wspomniała i o tym, i tu też ambasador się kopsnął i ustalił że zostanie opracowany tekst po angielsku i polsku.

Bardzo polecam, jedno z większych muzeów lotnictwa jakie widziałem z bardzo dużą kolekcją ciekawych eksponatów.

Poniżej link do stron muzeum, niestety głównie po francusku. Da się dojść do wersji po angielsku, ale tylko fragmentarycznej i nawet angielska informacja o biletach nie zgadza się z francuską.

Adres:

Musée de l’air et de l’espace

Aéroport de Paris
Le Bourget BP 173
93352 Le Bourget Cedex France

Czynne:

  • Codziennie od 10 do 18

Wstęp:

  • Wystawy stałe - za darmo
  • Jedna atrakcja - 9/7 EUR
  • Dwie atrakcje - 14/11 EUR
  • Trzy atrakcje - 17/13 EUR
  • Cztery atrakcje - 21/17 EUR
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Warto zobaczyć: Musée des Arts et Métiers, Paryż

Kolejne wakacje coraz bliżej, a ja jeszcze nie zdążyłem z polecankami po poprzednich. Nie ma na co czekać, trzeba pisać nowe notki.

Dziś o muzeum w Paryżu, które nazywa się "Muzeum sztuki i rzemiosła", a tak naprawdę to jest muzeum techniki. Muzeum nie jest może zbyt wielkie, ale po Deutsches Museum to każde wydaje się małe. Mieści się ono częściowo w zabudowaniach, które kiedyś należały do klasztoru. Również w klasztornym kościele - i to jest świetne i symboliczne zastosowanie dla budynku kościoła.

Francuscy naukowcy i inżynierowie niejedno odkryli i wynaleźli, więc i w Paryżu jest co pokazać. Mają tu na przykład:

Pojazd parowy Cugnota z roku 1771, i jest to oryginał! Pojazd jest wielki, źle wyważony i niepraktyczny, trudno się dziwić że armia dała sobie z nim spokój. Nie mogę się tylko nadziwić, jak im się uchował przez już prawie ćwierć milenium!

Pojazd Cugnota

Pojazd Cugnota

Parowy samolot Clementa Adera - Avion III z roku 1892-1897. I to też jest oryginał! Samolot nie latał oczywiście - jakoś nie kojarzę żadnego latającego samolotu z napędem parowym - ale wygląda zarąbiście, pełny steampunk.

Samolot parowy Avion III

Samolot parowy Avion III

I jeszcze maszyny liczące Pascala, wyposażenie laboratorium Lavoisiera, silniki spalinowe Lenoira itd. itd.

Kalkulatory Pascala

Kalkulatory Pascala

W nawie kościoła znajduje się - również oryginalne - wahadło Foucaulta, oraz kolekcja wczesnych francuskich samochodów i motocykli. Jest tu motocykl Milleta z silnikiem gwiazdowym w kole (o którym już było przy okazji Opla), samochody de Diona, i Panharda, omnibus parowy L'Obéissante z 1873...

Motocykl Milleta

Motocykl Milleta

Samochody znajdują się na przestrzennym rusztowaniu, które im trochę nie wyszło - za lekko zbudowane, wytrzymuje tylko 15 zwiedzających na raz i cały czas ktoś z obsługi musi pilnować żeby więcej nie wchodziło.

Musée des Arts et Métiers

Musée des Arts et Métiers

Ogólnie bardzo polecam, porządny kawał historii techniki, może nie największe, ale same ciekawe rzeczy. Najlepiej dojechać metrem, najbliższa stacja (nazywająca się tak samo jak muzeum) też jest warta zobaczenia, cała w stylistyce steampunkowej.

Adres:

Musée des arts et métiers
60 rue Réaumur
Paris 3e

Godziny otwarcia:

  • wtorek,  środa - 10-18
  • czwartek 10-21:30
  • piątek-niedziela 10-18

Wstęp:

  • Dorośli - 8 EUR
  • Dzieci do 26 roku życia za darmo
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Komentarze: (3)

Jak to się robi w Niemczech: Repair Cafe

Od zawsze uwielbiam naprawiać wszystko, co zepsute. Tu powinna nastąpić dłuższa opowieść z dygresjami, ale ostatnio mam sporo różnej roboty i za dużo pisać mi się nie chce, więc od razu do rzeczy:

Już pewien czas temu usłyszałem o ciekawej inicjatywie - nazywa się to Repair Cafe. Gdzieś w jakichś publicznych pomieszczeniach zbiera się kilku fachowców od naprawiania, a ludzie przynoszą tam różne zepsute, ale rokujące nadzieję rzeczy do naprawy. Cel jest taki, żeby nie wyrzucać zaraz i nie kupować nowego bez sensu. Taka tam działalność antysystemowa i proekologiczna. Ostatnio coś takiego zaczęto urządzać w naszej dzielnicy, więc zabrałem trochę narzędzi i poszedłem już na pierwsze spotkanie. Zabrałem syna - to przecież świetna okazja żeby zobaczył parę ciekawych urządzeń w środku i popróbował naprawiać.

Podobne spotkania odbywały się tu i ówdzie już od kilkunastu lat, a w 2009 holenderska dziennikarka Martine Postma opracowała jednolitą koncepcję którą nazwała właśnie Repair Cafe, i udostępniła ją w sieci na zasadzie licencji franchisingowej. Założenie swojej Repair Cafe kosztuje jednorazowo 49 EUR, dostaje się za to podręcznik i zestaw reklamowy (jako pliki, tylko wpisać adresy/terminy i dać do druku). Zarejestrowane Repair Cafe dostają oczywiście również reklamę na stronie inicjatywy i mogą za pół ceny kupić podstawowy zestaw narzędzi (bardzo porządny, na przykład pincety w zestawie są najlepsze jakie w ręku miałem). Rzecz jest w tej chwili na fali w kilku krajach (głównie europejskich), w samych Niemczech jest już podobno ponad 500 opartych na tej koncepcji inicjatyw. Interesują się tym też media - na pierwszym i drugim spotkaniu było trochę dziennikarzy z prasy i radia i jakiś wyższy urzędnik z zarządu miasta. Jakoś na zdjęcie w gazecie się nie załapałem, ale może i dobrze.

Repair Cafe

Repair Cafe

W naszej dzielnicy rzecz odbywa się w domu parafialnym parafii katolickiej, ale nie jest formalnie związana z kościołem. W innych dzielnicach spotkania odbywają się w pomieszczeniach miejskich (zazwyczaj Bürgerhaus - coś w rodzaju niegdysiejszych Domów Kultury), tyle że w naszej dzielnicy Bürgerhausu nie ma.

Repair Cafe

Repair Cafe

Spotkania odbywają się co miesiąc, ostatnio było już czwarte. Z fachowców przychodzą tam głównie jacyś elektronicy, paru gości robiących elektromechanikę i rowery, raz była pani z maszyną do szycia od napraw odzieży. My z synem specjalizujemy się w komputerach, ale nie gardzimy i elektromechaniką. No i obowiązkowo jest jeden z uprawnieniami do sprawdzania bezpieczeństwa użytkowania i odpowiednim sprzętem pomiarowym. Zainteresowanie jest spore i dość dobrze odzwierciedla strukturę fachowców - najwięcej do naprawy jest różnej elektroniki i zmechanizowanego sprzętu AGD. Rzadko przyjdzie ktoś z rowerem - ale w końcu jest zima, wiosną rowerów na pewno będzie więcej. Odzieży do naprawy było tyle co nic, więc pani z maszyną do szycia już nie przychodzi. Z komputerami jest różnie, czasem dużo, czasem mało.

Repair Cafe

Repair Cafe

Każdy "klient" podpisuje oświadczenie, że przyjmuje do wiadomości że to nie jest serwis i naprawa może się nie udać, a nawet może być gorzej niż było. Różne oświadczenia podpisują oczywiście też naprawiacze, wzory oświadczeń dostaje się w pakiecie startowym Repair Cafe (i to chyba jest najcenniejsze co się dostaje).

Repair Cafe

Repair Cafe

No i ogólnie to fajna zabawa, z różnymi ludźmi można pogadać, po naprawie wrzucają datki do puszki, czekając mogą też kupić sobie kawę czy ciasto. Za te datki kupuje się między innymi narzędzia - za każdym razem parę setek się zbiera, narzędzia na miejscu są coraz porządniejsze.

Ponaprawiałem jak dotąd na przykład takie rzeczy:

  • Notebooka z wyłamanym zawiasem. Wzięcie tego to był zły pomysł, na drugi raz będę od razu odmawiał. I tak nie da rady nic sensownego z tym zrobić, poza wywaleniem luźnych kawałków plastiku.
  • Pokazałem jednej pani jak wymienić HDD w notebooku. Jedną z idei Repair Cafe jest "pomoc dla samopomocy" - nauczenie ludzi jak mogą poradzić sobie sami.
  • Wymieniłem elektrolita w routerze WiFi - facet był dość kumaty, dał część i pokazał palcem gdzie wymienić, tylko lutować nie umiał i nie miał w domu lutownicy. Zadziałało.
  • Naprawiłem lampę sufitową z Ikei, halogenową z elektronicznym trafo. W trafo puścił jeden lut (na oko to był bardzo słabo przysmarowany cyną i od nowości trzymał się na tylko słowo honoru). Po przylutowaniu zadziałało.
  • Jedna pani przyniosła amplituner Kenwood (kupiony na ebayu) w którym wypadł przycisk wyłącznika zasilania. Przycisk był nieudolnie sklejony i pewnie zaraz po sklejeniu urządzenie poszło na aukcję. Akurat nie było kleju dwuskładnikowego na sali, zaproponowałem pani że nie włożymy przycisku, a włączać będzie się wkładając palec w otwór po przycisku i przyciskając wprost popychacz wyłącznika sieciowego. Pani rozwiązanie się spodobało i sprzęt można było uznać za naprawiony. Nie ma co się śmiać - to jest impreza non-profit dla ludzi nie wymagających perfekcji (a często i nie mających kasy na nówki). Liczy się, że działa.
  • Ostatnio z braku komputerów wzięliśmy stary rzutnik do przezroczy, na oko połowa lat 70-tych.  No i to była dłuższa historia:

Rzutnik z zewnątrz wyglądał bardzo solidnie. Obudowa full metal, stal, nie jakieś tam odlewane alu. Sterowany elektrycznie, kablowo. składany. Lampa świeciła, ale obiektyw był ciemny. Właściciel wyciągnął go z piwnicy, bo chciał wnukom przezrocza pokazać. Ale rzutnik wcale nie reagował na przyciskanie przycisków, a włożenie przezrocza w podajnik ręczny też nie działało - obiektyw ciemny. Po oględzinach rozkręciliśmy go i okazało się, że w środku jest cała masa nieprzejrzystej mechaniki, szczękały jakieś elektromagnesy, ale ruszało się niewiele. Po dłuższej kontemplacji spróbowałem pokręcić jednym takim dużym kołem zębatym, ale ruszało się bardzo ciężko. Zastał się po prostu, smar przestał działać. Poszukałem czegoś do smarowania (ten od rowerów miał), posmarowałem tu i ówdzie i coś zaczęło się ruszać, ale raczej niepewnie i wymagało pomocy. Posmarowałem jeszcze tu i tam - nawet zaczęło jako tako działać. Z naciskiem na jako tako - co pewien czas zacinało się, tak porządnie. Posmarowałem jeszcze parę miejsc i teraz zaczęło działać zbyt dobrze - nie chciało się zatrzymać we właściwym miejscu a chwilami wydawało dźwięki jak maszyna do szycia. Znowu musiałem pokontemplować mechanizm i wnioski były takie:

  • Napęd całości robi tylko jeden silnik indukcyjny kręcący wentylatorem promieniowym.
  • Z osi silnika/wentylatora odbiera napęd duże koło z gumowym bieżnikiem. No i jak to guma, po 40 latach tarcie o ośkę zrobiło się znikome.
  • Cała mechanika to jeden wielki facepalm. Wszystko opiera się na tym, że luz tu i tam jest taki, a nie inny. a w trakcie obrotu to i tamto akurat machnie się w jedną a nie w drugą i że smar ma taką, a nie inną lepkość. To nie ma szansy zadziałać niezawodnie bez wymiany bieżnika na nowy i jednej dużej, plastikowej krzywki, która ma takie spore pęknięcie. A i wtedy bez gwarancji.
  • Naprawa polegała na pokręceniu mechanizmem w takie położenie, żeby żarówka była odsłonięta (też jakieś luźne krzywki) i trwałym rozsprzęgleniu napędu (po prostu zdjąłem ten gumowy bieżnik). No i teraz można było zmieniać slajdy ręcznie. Właściciel był taki zadowolony, że wrzucił do puszki 30 euro.

A ja zacząłem się zastanawiać. To urządzenie z zewnątrz wyglądało supersolidnie, niby pełna profeska i wogle. Ale w środku może i solidne materiały, ale skonstruowane toto tak mniej więcej, jak soft w firmie w której robię - totalne amatorstwo doprowadzone do jakiego-takiego działania metodą prób i błędów i powiększaniem luzów. Mój syn zrobiłby lepszy mechanizm z Lego, serio. Przypominam sobie krajowe rzutniki marki bodajże Krokus - ich mechanika była głównie plastikowa, ale o wiele bardziej niezawodna i lepiej przemyślana. Nie wiem jak wygląda współczesny rzutnik produkcji chińskiej (o ile w ogóle coś takiego jeszcze w przyrodzie występuje), ale sądzę że też jest zrobiony lepiej.

Już od dawna mam wrażenie, że te "dawne dobre czasy (TM)" gdy wszystko było porządne, solidne, trwałe, prawdziwe, zdrowe, czy co tam jeszcze, to w dużym stopniu nasze projekcje. Badziewia zawsze było pełno, teraz po prostu mniej się je maskuje. Przynajmniej w konstrukcjach mechanicznych.

Ciekawe czy Repair Cafe pojawi się też w byłych demoludach.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (3)

Nie warto zobaczyć: Klasztor Mont Saint Michel

Dziś znowu o obiekcie z listy UNESCO - klasztor Mont Saint Michel.

Mont Saint Michel

Mont Saint Michel

No i potencjalnie to powinna być fantastyczne rzecz - średniowieczny zamek na skale wystającej z terenu okresowo zalewanego przez pływy, zresztą jedne z najwyższych na świecie (14 m od najniższego minimum do najwyższego maksimum). Ale w praktyce się okazuje, że prawdziwa narracja tej okolicy jest zupełnie inna niż mówią reklamy.

Zacznijmy od klasztoru. Do klasztoru dochodzimy (lub dojeżdżamy bezpłatnym autobusem) po czymś w rodzaju molo. Wysiadamy z autobusu i wchodzimy przez bramę. I nagle jesteśmy w wielkiej pułapce na turystów - ze wszystkich stron kuszą sklepy ze straszliwie przedrożonymi pamiątkami i jedzeniem. (Uwaga praktyczna: Nie korzystać z toalety koło bramy, bardzo droga, dalej można skorzystać  nawet bezpłatnie). Po drodze do zamku mijamy parę prywatnych, drogich muzeów, naganiacze naganiają, ale raczej nie warto. Sam zamek/klasztor można zobaczyć, ale to już tylko puste, gołe mury i tłok prawie jak w tramwaju, serio nie bardzo warto.

Mont Saint Michel

Mont Saint Michel

Ale wcale nie chcę przez to powiedzieć, że nie warto tam przyjechać. To co najciekawsze to wcale nie te średniowieczne mury. Całość jest smutnym pomnikiem tryumfalnej ideologii "panowania nad naturą" i dzisiejszych prób odkręcenia wcześniejszych błędów. A było to tak:

Przez wieki jedyną możliwością dotarcia do klasztoru było zasuwanie na piechotę po dnie morza w trakcie odpływu. Okno czasowe na przejście miało jakieś parę do kilku godzin (zależnie od wysokości pływu akurat), słabo widzę możliwość dojazdu konno albo wozem - nawet człowiek bez obciążenia cokolwiek zapada się na tym gruncie. W drugiej połowie wieku XIX zbudowano tam więc groblę, po której można było wygodnie dojechać pod sam klasztor, najpierw dorożką, potem samochodem. Bo co tam jakaś przyroda, jak człowiek chce wygodnie dojechać, to dojedzie i już.

Tyle że grobla zaburzyła przepływ wody i teren wokół klasztoru zaczął się wypłycać. Dziś jest tak źle, że woda dochodzi do wzgórza tylko przy wyższych przypływach (mniej niż połowie przypływów w ogóle). Gdyby nic nie zrobić, za pewien czas w ogóle zrobiłby się tam ląd zarośnięty roślinnością i całą wyjątkowość miejsca szlag by trafił. A z wyjątkowością również status "Światowego dziedzictwa ludzkości".

A do tego przecież nie można dopuścić (kasa misiu, kasa), więc od kilku lat prowadzony jest tam program restytucji pierwotnego charakteru terenu. Projekt wykorzystuje fakt, że tuż obok klasztoru do morza uchodzi rzeka. Na niej zbudowano zaporę.

Mont Saint Michel - zapora

Mont Saint Michel - zapora

Zapora normalnie jest zamknięta i zbiera się za nią woda rzeki. Jak już się jej sporo nazbiera, w trakcie odpływu zapora zostaje otwarta i szybko płynąca woda zabiera piasek w stronę morza. W następnym kroku zlikwidowano groblę i zastąpiono ją takim molo na palach (całkiem niedawno - 2014). Dzięki temu wszystkiemu jest nadzieja, że uda się znowu pogłębić zatokę i wszystko zrobi się jak dawniej

Rzecz daje inżynierowi do myślenia na temat konsekwencji różnych działań, i chociaż z tego powodu warto tam pojechać. Ale według mnie do klasztoru warto wejść głównie dla widoku z góry na nowo zbudowane instalacje hydrotechniczne.

Mont Saint Michel - widok na instalacje hydrotechniczne

Mont Saint Michel - widok na instalacje hydrotechniczne

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Komentarze: (7)

Cybersyny, cybernetyczne żółwie, cyberberysy i inne Algole (3)

Ostatnio omówiłem ogólne tło historyczne powojennej fascynacji potęgą rozumu. Dziś o tym, gdzie i jak fascynaci się mylili.

Każda, najfajniejsza nawet idea jest nic nie warta, jeżeli nie pasuje do realnie istniejącej rzeczywistości. W różnych dziedzinach ten reality check następuje w różnym czasie i w różnym nasileniu. Niektóre branże, na przykład filozofia (czy ogólnie nauki tzw. humanistyczne), mają znikomy styk z rzeczywistością, inne trochę większy, ale prawie zawsze da się ewentualne niezgodności wyprzeć jakimś "ale gdyby...". Jest jednak jedna branża w której od idei do jej brutalnej konfrontacji z rzeczywistością jest bardzo blisko - jest to informatyka. Przyjrzyjmy się więc informatyce omawianego okresu.

Realna - nie teoretyczna - informatyka, zaczęła się oczywiście od skonstruowania pierwszych, praktycznie działających komputerów. Najpierw programowano je czysto na wyczucie w kodzie maszynowym, później pojawiły się assemblery a potem pierwsze języki wysokiego poziomu jak Fortran czy Cobol. Syntaktyka tych języków została wymyślona zupełnie od czapy, jak tam się komuś wydawało że będzie dobrze. Wkrótce zaczęły się problemy z takimi odczapistycznymi definicjami - najbardziej znana jest historia błędu w programie fortranowym polegającego na tym, że ktoś zamiast przecinka w instrukcji pętli napisał kropkę. Skutek był taki, że sonda międzyplanetarna sterowana tym programem się rozwaliła. Zasadniczy problem polegał na tym, że języki programowania były zdefiniowane tylko opisowo w języku naturalnym, i każdy mógł interpretować taką definicję inaczej. I jak wtedy zapewnić, żeby ten sam program dawał te same wyniki skompilowany różnymi kompilatorami?

No i to było coś dla wyznawców rozumu - tym trzeba było się zająć naukowo. Zaczęto więc pracować nad dobrym definiowaniem języków programowania. Efektem tych starań był Algol 60. I trzeba przyznać, że to im się akurat udało. Algol 60 został zdefiniowany przy pomocy matematycznego formalizmu (notacji Backusa-Naura), pięknie i klarownie. Koncepcyjnie język ten nie różnił się znowu aż tak bardzo od obecnie używanych języków proceduralnych w rodzaju niegdysiejszego Pascala, C czy Javy (Javy bez obiektów oczywiście, obiekty to późniejsze koncepcje). W zasadzie jedynym istotnym błędem zrobionym przez projektantów tego języka było to, że nie pomyśleli o zdefiniowaniu instrukcji wejścia-wyjścia i każda implementacja miała inne. Ale ogólnie był to sukces idei.

Zachęceni sukcesem rozumowcy zajęli się następną ideą: Program zapisany jest przy pomocy matematycznego formalizmu. Całkiem jak na przykład twierdzenie matematyczne. Twierdzenie matematyczne dowodzimy, żeby sprawdzić czy jest poprawne. Dlaczego by nie zrobić tego samego z programem? Będziemy dowodzić poprawności programu tak samo jak twierdzenia i błędy w programach nie mają szans! No i oczywiście ten dowód ma zrobić automatycznie komputer!

Na pierwszy rzut oka idea była całkiem dobra. Pojawiło się mnóstwo prac i projektów na ten temat i nawet jakieś metody udało im się opracować. Ale teraz pytanie kontrolne dla czytelników zajmujących się programowaniem: Czy dowodzicie w sformalizowany sposób poprawności swoich programów? Jak sądzicie, dlaczego nie?

Ja wyjaśnię. Otóż ta koncepcja to totalne nieporozumienie. Dowiedzenie poprawności programu to wykazanie, że on robi dokładnie to, co ma robić. Skąd dowodzący poprawności komputer ma wiedzieć co program ma robić? Trzeba to zapisać w jakimś formalizmie. Łapiecie? Komputer ma porównać formalny zapis tego co program ma robić z formalnym zapisem tego jak program to robi. Czyli raz zapisujemy rozwiązanie problemu w formalizmie "celowym" a drugi raz w "implementacyjnym". No ale tak w zasadzie to jeżeli komputer potrafi porównać jeden formalizm z drugim, to chyba powinno się dać przekształcić jeden w drugi, czyż nie? Czyli ten nasz formalizm "celowy" to w zasadzie język jeszcze wyższego poziomu niż ten "implementacyjny". To tak właściwie na cholerę mamy pisać to samo dwa razy? Nie lepiej napisać raz, w tym języku wyższego poziomu, ale za to dobrze?

No ale załóżmy, że w jednym formalizmie napisze jeden człowiek, a w drugim drugi. Zawsze będzie to jakaś kontrola, co nie? To prawda. ale czy nie taniej i prościej będzie po prostu zrobić code review? I tak się bez niego nie obejdzie, jak chcemy robić porządnie.

Jest jeszcze drugi zarzut, o wiele poważniejszy. Przez takie formalne dowodzenie porównujemy nic więcej niż tylko dwie wersje rojeń na temat działania programu. Jeżeli obie wersje stworzy jeden człowiek, to nasze dowodzenie udowodni najwyżej, że jego rojenia są spójne. Przy dwóch różnych autorach będzie to dowód na spójność rojeń dwóch ludzi. Ale to nie jest wiele warte - tak naprawdę interesuje nas nie zgodność programu z rojeniami człowieka, tylko zgodność programu z rzeczywistością! Jeżeli programista będzie przekonany że jego program dostaje do obróbki znaki kodowane w ASCII to ŻADNE dowodzenie nie wykryje że program jest bez sensu, bo dane są w EBCDIC. Świat zewnętrzny, you fool!

I tak mniej więcej to się skończyło - pamiętam z jakiejś książki przykład udowodnionego i opublikowanego jako programu na 15 linii, w którym  przez ręczną analizę znaleziono 10 błędów. Jeszcze później prace matematyków wykazały, że na przykład rozstrzygnięcie czy pętla w programie się kiedyś skończy, czy nie, jest w ogólnym wypadku niemożliwe. Czyli to i tak nic nie da.

Oczywiście zgadzam się, że używamy dziś narzędzi sprawdzających to czy tamto w programach, ale z formalnym dowodzeniem nie ma to nic wspólnego.

I jeszcze: Nawet gdyby takie dowodzenie działało, to nadawałoby się tylko do niektórych, dobrze zdefiniowanych kawałków, na przykład do sortowania tabeli czy innych zadań algorytmicznych. Ale typowy, realnie istniejący program, to jest taki wielki, wielopoziomowy switch (ewentualnie schowany pod postacią hierarchii klas) wewnątrz pętli nieskończonej, jak i czego tu dowodzić?

No ale tymczasem rozumowcy zajmowali się dalszym doskonaleniem na drodze do ultymatywnego zapanowania nad przyrodą. Teraz miała powstać nowa wersja Algolu, tym razem idealna, uniwersalna i ultymatywna (serio zapewniali, że nic innego nie będzie już potrzeba!). Wytoczono najcięższe armaty: do definicji formalnej van Wijngaarden opracował gramatykę dwupoziomową, która dawała możliwość ślicznego i ścisłego opisania języka. Twórcy Raportu języka uważali że jest on tak piękny i skończony, że zostało tylko wycyzelowanie ozdobników. Każdy rozdział raportu ozdobiono pasującym cytatem z literatury, zadbano nawet o reguły ozdabiania rozdziałów przy tłumaczeniu ich na inne języki naturalne. Język nazwano Algol 68 i był to chyba jedyny język programowania który najpierw w 100% zdefiniowano formalnie, a dopiero potem przystąpiono do jakichkolwiek prób implementacji kompilatora. No i tu zaczęły się problemy. Jak już pisałem - świat rzeczywisty, you fool!

  • Raport był słabo zrozumiały, bo użyta notacja nie była prosta. Aż trzeba było opracować całkiem nową, bardziej zrozumiałą jego wersję, zwaną Revised Report, potrwało aż do 1973. Przy okazji wywalono z języka parę konstrukcji jako zbędnych i przekombinowanych.
  • Revised Report miał 280 stron tekstu i to tylko na formalizm plus krótkie komentarze. Przecież czegoś takiego nikt nie ogarnie! Dla porównania raport Algolu 60 miał stron ze czterdzieści włącznie ze skorowidzem, przeciętny, ogarnialny język daje się zamknąć w dwudziestu-trzydziestu.
  • Raport definiował na przykład że słowa kluczowe mogą być w różne w różnych językach naturalnych. Każdy, kto używał formuł w różnych wersjach językowych MS Office z pewnością znajdzie dla tego pomysłu kilka prostych, żołnierskich słów.
  • Parser Algolu 68 okazał się niespodziewanie trudny do napisania. Ludzie próbowali, próbowali, ale udawało im się parsować tylko podzbiory konstrukcji języka. A przecież definicja formalna była taka piękna!
Raport języka Algol 68

Raport języka Algol 68

Wkrótce sprawa rypła się całkiem. Ktoś udowodnił, że gramatyki van Wijngaardena są nierozstrzygalne, czyli że napisanie kompletnego parsera tak zdefiniowanego  języka jest niemożliwe. No i to był cios w sam fundament projektu, który przecież miał być wspaniałym, ostatecznym i nieskazitelnym pomnikiem ludzkiego geniuszu. A okazał się być pomnikiem arogancji i zadufania.

Historia Algolu 68 jest typowa dla tamtych czasów i podobne znajdziemy również w innych branżach. Nimi zajmiemy się w jednej z następnych notek.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Pomyślmy

Komentarze: (7)

Cybersyny, cybernetyczne żółwie, cyberberysy i inne Algole (2)

No dobrze, skoro Cybersyn nie wziął się z ideologii socjalizmu, to skąd? Zajmijmy się tłem historycznym tamtych czasów. Początek będzie pozornie od czapy, ale wiem dokąd zmierzam.

Przez całe wieki a nawet tysiąclecia znaczący udział w zwycięstwach militarnych´mieli rzemieślnicy produkujący broń. Bitwy i wojny wygrywała najczęściej strona mająca więcej i lepiej wyszkolonych żołnierzy i lepszych dowódców. Ale nie bez znaczenia była posiadana przez nich broń, a co najmniej od czasu wynalezienia miecza z miedzi robili i ulepszali ją rzemieślnicy.

Taki stan rzeczy trwał bardzo długo, ale w czasach rewolucji przemysłowej zwycięstwo lub przegrana zaczęły w coraz większym stopniu zależeć od inżynierów. Już Kościuszko w USA robił za generała, ale do zwycięstwa przyczynił się przede wszystkim jako wojskowy inżynier. Dalej widać to było coraz wyraźniej - w różnych wojnach w koloniach, w wojnie francusko-pruskiej, przewagę zdobywała strona mająca więcej i lepszą, przemysłowo produkowaną broń zaprojektowaną przez inżynierów. Szczytem była WWI, gdzie użyto mnóstwa nowych, wyinżynierowanych broni - na przykład sterowca, samolotu, okrętu podwodnego i całej masy inżynierskich ulepszeń broni istniejących.

Po WWI sytuacja uległa zmianie. To znaczy większość broni wymyślali nadal inżynierowie, ale zwycięstwo zaczęło w coraz większym stopniu zależeć od naukowców i to z pozornie niewojskowych specjalności. Na przykład od matematyków.

Już w wojnie polsko-rosyjskiej 1920 grożącą całkowitą klęskę udało się Polakom zmienić w zwycięstwo praktycznie wyłącznie dzięki pracy kilku matematyków o specjalności kryptologia. Kryptolodzy mieli swój zasadniczy udział w przebiegu i wyniku WWII, ale i inne specjalności dostały swoją szansę. Fizycy zrobili na przykład bombę atomową, obliczenia robili im inni matematycy. Ale o wiele większe znaczenie miały prace całego legionu innych, szeregowych matematyków, którzy zajmowali się optymalizacją efektywności wysiłku wojennego. Na przykład opracowywali statystyczne metody kontroli jakości, umożliwiające znaczące zmniejszenie ilości amunicji marnowanej w każdej partii na testy jakościowe. Albo rozpracowywali zagadnienia w rodzaju "czy dywizjon bombowców nocnych ma lecieć w szyku ciasnym - ryzykując zderzenia, czy luźnym - ryzykując zgubienie formacji albo zestrzelenie przez myśliwce". Kampanie wygrywano dzięki optymalizacji logistyki i minimalizacji strat.

Po wygranej WWII, jako synteza tych prac, powstała nowa dziedzina zwana "cybernetyką". Wcześni cybernetycy - jak to zwykle neofici - wierzyli że wszystkim da się bezproblemowo sterować i kierować. Naprawdę wszystkim, nie tylko prostymi układami. Tak samo miało się sterować temperaturą pieca, jak całą fabryką, mózgiem, organizmem żywym, ekosystemem (we współczesnym rozumieniu), społeczeństwem czy państwem. Dziś wiemy że były to mrzonki, że nawet pozornie proste systemy mogą być chaotyczne i sterowanie nimi nie jest trywialne abo wręcz jest niemożliwe.

No ale w tamtych czasach wszystko wyglądało na proste a nauka i rozum miały wkrótce zapanować nad całym światem ludzie mieli być dzięki temu szczęśliwi i żyć w dostatku i dobrobycie. Na pierwszy rzut oka taka koncepcja wydaje się być bardzo komunistyczna, ale tak myślano również w krajach kapitalistycznych. Wystarczy zajrzeć na okładki pism popularno- naukowych tamtych czasów. Czy to "Młody Technik",

Okładka pisma "Młody Technik"

Okładka pisma "Młody Technik"

czy "Technika Mołodieży",

Okładka pisma "Technika Mołodieży"

Okładka pisma "Technika Mołodieży"

czy "Popular Mechanics"

Okładka pisma "Popular Mechanics"

Okładka pisma "Popular Mechanics"

- wszędzie widzimy taki sam futurystyczny, czysty, stechnicyzowany świat wielkich budowli, szybkich pociągów, wspaniałych samochodów, olbrzymich statków, wielgachnych pojazdów latających i lotów międzyplanetarnych. No i wielkich, inteligentnych komputerów.

A to wszystko miało być możliwe dzięki cybernetyce. Niedługo wcześniej wynalezione tranzystory umożliwiły zbudowanie układów elektronicznych naśladujących zachowanie organizmów żywych. To znaczy tak twierdzono, w praktyce były to proste zabawki elektromechaniczne, byle by miały jakiś czujnik. Na przykład słynne "cybernetyczne żółwie" były to po prostu elektryczne samochodziki z czujnikami, reagujące na przykład na dojechanie do krawędzi stołu. No ale było jakieś sprzężenie zwrotne, więc zabawka była cybernetyczna. Wkrótce praktycznie każda zabawka z silnikiem elektrycznym (jeżeli nie była zdalnie, wtedy przewodowo, sterowana) nazywała się "cybernetyczną".

Cybernetyczny żółw - skan z książki Janusza Wojciechowskiego "Nowoczesne zabawki" (1963)

Cybernetyczny żółw - skan z książki Janusza Wojciechowskiego "Nowoczesne zabawki" (1963)

Kiedy wymyślono perceptron - czyli prostą sieć neuronową - wydawało się, że wkrótce da się skopiować mózg człowieka, a potem taka kopia będzie odwalać za człowieka robotę intelektualną. Miało to być tak niedługo, że nawet realnie istniejące wtedy komputery nazywano już na zaś "mózgami elektronowymi".

Popatrzmy na popkulturę tamtych czasów - na Star Treka, radziecką Mgławicę Andromedy czy na Lema (który jak zwykle wszystko przewidział). A zwłaszcza na Cyberiadę/Bajki robotów, gdzie wszystko jest cyber, nawet cyberberysy.

Cyberiada była oczywiście w dużym stopniu satyrą, ale fascynacja cybernetyką - i w ogóle potęgą rozumu - naprawdę istniała. Wszędzie planowano przerobienie świata, w ZSRR chciano zawracać rzeki wyrąbując kanały atomówkami, w Niemczech koryta większości rzek wybetonowano, żeby porządnie płynęły. Na Nilu zbudowano wielka zaporę, bo wylewał, itd. itd., wszystko miało być lepiej, bardziej naukowo. Jak na razie sukcesy były znaczące. "Zielona rewolucja" bardzo zmniejszyła zasięg klęsk głodu w różnych krajach, szczepionki i antybiotyki zmniejszyły śmiertelność, człowiek poleciał w kosmos i postawił stopę na Księżycu.

I to jest moment, w którym rozpoczęto projekt Cybersyn. Jeszcze wszystko wydaje się proste, świat wydaje się iść ku lepszemu, cybernetyka (w szczególności społeczna) ma być szansą lewicowego rządu Chile na przeciwstawienie się wpływom amerykańskiego wywiadu, starającego się ten rząd obalić. Trochę zadziałało - zainspirowany przez CIA strajk kierowców udało się przetrwać, chociaż niekoniecznie dzięki cybernetyce. Kolejnej próba obalenia rządu była jednak udana, cybernetyka nie pomogła. System nie był gotowy, ale bardzo wątpię żeby działający był w stanie uratować Allende, a nawet dobrze działać. Wyznawcy cybernetyki i potęgi rozumu byli zbyt optymistyczni, już w początku lat 70-tych zaczynało to być widoczne. A przynajmniej widać to z dzisiejszej perspektywy.

Po czym to widać? Ooooo - na to mam mój ulubiony przykład. O nim w następnej notce.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Pomyślmy

Skomentuj

Cybersyny, cybernetyczne żółwie, cyberberysy i inne Algole (1)

Znowu ktoś w sieci przypomniał Cybersyna a mi się przy tej okazji przypomniało, że od dawna mam napisać na zbliżony temat notkę. Mam dużo do powiedzenia, więc chyba będę musiał podzielić notkę na kilka części.

Przypominający (pominę link) w Cybersynie zobaczył ideologię socjalizmu, co wprawiło mnie w zdumienie, jeszcze większe gdy się dowiedziałem że jest starszy ode mnie. Z drugiej strony nie tylko on widzi w tym czysty socjalizm, na przykład hasło Projekt Cybersyn w Wikipedii po angielsku należy do kategorii Socjalizm. Ja tam myślę, że to straszne spłycenie tematu. Ale może po kolei, najpierw o samym Cybersynie.

Cybersyn był to projekt z początku lat 70-tych (1971-1973), realizowany w Chile za lewicowego prezydenta Salvadora Allende. Celem projektu było zrobienie komputerowo wspomaganego systemu centralnego zarządzania gospodarką całego kraju.

No ale w roku 1971 komputery i telekomunikacja w ogóle nie przypominały tego, co mamy dzisiaj. Komputer wtedy był to mainframe, zazwyczaj linii IBM/360 (skopiowanej w naszym bloku jako RIAD R1) a do cyfrowej łączności służyła sieć teleksowa. Robiłem kiedyś w urządzeniach teleksowych, to był mój pierwszy większy projekt (i to jeden z bardziej udanych), muszę kiedyś o tym napisać. Ale to innym razem.

No i system Cybersyn powstał na właśnie takiej bazie sprzętowej. W fabrykach zainstalowano teleksy, przez które codziennie meldowano do centrali 7 podstawowych parametrów, typu produkcja, zużycie materiałów czy absencja pracowników, a na tej podstawie centrala podejmowała decyzje.

Jeżeli spojrzymy na to z dzisiejszej perspektywy zobaczymy, że dziś podobna sprawozdawczość i podejmowanie decyzji na podstawie danych przychodzących na bieżąco jest standardem, nazywa się controllingiem i nie ma nic (ale to zupełnie nic) wspólnego z socjalizmem. To typowe narzędzie zarządzania stuprocentowo kapitalistycznym koncernem. Niektórzy widzą w państwie socjalistycznym najwyższą formę koncernu monopolistycznego, tu pasuje.

Ta telekomunikacyjna część projektu całkiem się zresztą udała - dzięki sieci teleksowej udało się na przykład podczas wielkiego strajku  kierowców ciężarówek w Santiago w roku 1972 utrzymać zaopatrzenie stolicy w żywność. Wystarczyło 200 łamistrajków i komunikacja teleksowa. Też czysty socjalizm, co nie? W niektórych źródłach można przeczytać że to był efekt działania systemu, potwierdzenie sensowności stojących za nim koncepcji itp., ale tak naprawdę soft w ogóle nie miał w tym udziału, chyba nawet jeszcze nie działał. Wystarczyła sama łączność.

Nawiasem mówiąc w Polsce w następnych latach, niewykluczone że pod wrażeniem tej właśnie akcji, postawiono teleks w każdej gminie. Tyle że nie wyszło to za dobrze, bo te teleksy były mało wykorzystywane, a naprawdę użyła ich dopiero Solidarność w latach 1980-1981 masowo przesyłając tą siecią swoje biuletyny i koordynując swoje działania - bo był to nie kontrolowany przez władze kanał łączności.

No ale łączność jak łączność, teleks to nic rewolucyjnego - sieć istniała już od dziesięcioleci (standard pochodzi z lat 30-tych), to już bardziej rewolucyjne były początki Internetu w USA (ARPANET, 1969). Przyjrzyjmy się raczej, co oni chcieli robić z tymi danymi.

Dane z fabryk lądowały na komputerze IBM/360, a typowy wtedy terminal to był właśnie teleks - transmisja była cyfrowa i to połączenie działało bez problemu. I teraz na podstawie tych danych komputer miał liczyć prognozy makroekonomiczne i generować alarmy, a taka prognoza miała być podstawą do podjęcia ewentualnych działań jak coś szło w złą stronę. Z dzisiejszej perspektywy nic szczególnego, controlling jak controlling, no może poza skalą. Tyle że z tego co się orientuję, to dziś robi się controlling głównie danych finansowych albo logistycznych (te drugie niezbędne zwłaszcza przy produkcji just-in-time), oraz zarządzanie projektami,  natomiast nie za bardzo działa to dla parametrów bardziej globalnych.

Na czym polega problem? Żeby coś prognozować i czymś sensownie sterować musimy mieć tego model. Przepływ towarów albo pieniędzy jest dobrze określony i da się prosto wymodelować, z siecią różnych fabryk już tak łatwo nie jest, a z makroekonomią całego państwa to już w ogóle. Z tego względu program Cybersyna (o nazwie Cyberstrider) oparto na sieciach neuronowych - co teoretycznie pozwala na zastąpienie porządnego modelowania uczeniem sieci. Tyle że nauczenie takiej sieci wymaga dłuższego zbierania danych i - przede wszystkim - przećwiczenia reakcji systemu również w sytuacjach niepożądanych. A przecież trudno wywołać parę kryzysów tylko po to, żeby nauczyć sieć. Doświadczeń na królikach też się nie da zrobić. Jaki z tego wniosek? Prosty: To nie ma szansy dobrze działać.

No a teraz ta najciekawsza część: Zasadniczą częścią projektu był pokój do sterowania całym systemem. Co tam opisy, lepiej zobaczyć zdjęcie:

Pokój sterowania systemu Cybersyn

Pokój sterowania systemu Cybersyn Autor: nieznany

Ale odjazd, nie? Typowe SF tamtych czasów. Projektant zarzekał się, że nie oglądał Star Treka, ale w innych filmach też takie rzeczy były (często jako sterownia głównego badguja starającego się opanować cały świat). Projektantom chodziło o przedstawienie danych w postaci dostępnej dla niefachowca, a jakiekolwiek GUI jeszcze przecież nie istniało. Za bajeranckim wystrojem wnętrza i futurystycznymi fotelami nie stało jednak nic szczególnego - na tych ekranach wyświetlane były po prostu slajdy. Wybierane przez komputer ze sporego magazynka (rzędu 4000 sztuk w sumie), ale jednak statyczne slajdy (znalazłem w sieci wypowiedzi ludzi podobno zaangażowanych w projekt, brzmiało sensownie). I jeszcze mogły być wykresy robione na poczekaniu na papierze przez ludzi w sąsiednim pomieszczeniu.

Jakie były dalsze losy tego systemu? W roku 1973 pucz obalił prezydenta Allende, centrum sterowania zostało zniszczone. I tak była to tylko makieta, bo nie zdążono zrobić go do końca. Nad oprogramowaniem zespół pracował dalej, w 1985 roku wprowadzono je na rynek pod nazwą Coordinator, a potem system został sprzedany Novellowi. I słuch po nim zaginął, w latach 90-tych jeździłem na szkolenia Novella i byłem CNE (Certified Novell Engineer), ale o niczym podobnym nawet nie wspominali.

Wiki jako koszt całego projektu podaje 150.000 USD z roku 1973 (na dzisiejsze jakieś milion sześćset), co wydaje mi się drobniakami. Projekty w których robię mają budżety zbliżonego rzędu, albo nawet wyższe, a nie są to jakieś wielkie rzeczy.

A teraz do rzeczy. Polemizuję konkretnie z tezą, że projekt Cybersyn to produkt ideologii socjalizmu. Według mnie to czysto kapitalistyczny controlling podniesiony na poziom całego państwa. Jedyne co się wzięło z socjalizmu to właśnie to podniesienie - gospodarka jest planowa, a państwo jest właścicielem fabryk i może ingerować w ich działanie bezpośrednio. Ale i państwo kapitalistyczne ma swój plan (co prawda głównie finansowy)  i pewne - chociaż mniejsze - możliwości ingerencji, więc podobny controlling ma sens i w kapitalizmie.

Więc skąd się to wszystko wzięło, skoro nie z socjalizmu? O tym w następnej notce.

PS: Znalazłem działającą stronę Cybersyna w sieci: http://www.cybersyn.cl/ingles

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Pomyślmy

Komentarze: (3)

Warto zobaczyć: Muzeum w Ludwigsfelde

Blog od pewnego czasu zamarł - mam sporo różnych zajęć. Ale ze zmianą czasu na letni i coraz dłuższym dniem wraca mi ochota do pisania.

Dziś coś nowego, co warto zobaczyć. Znalazłem coś mało znanego, a dogodnie położonego - muzeum w Ludwigsfelde.

Ludwigsfelde leży tuż obok południowego Berliner Ringu i w związku z tym muzeum można zaliczyć przejeżdżając tędy i bez dużej straty czasu. Muzeum może i nie jest zbyt duże, ale całkiem ciekawe, a przy tym bardzo mało rozreklamowane. Strony internetowe muzeum są zrobione w sposób mocno powydziwiany i na urządzeniach przenośnych nic nie da się zobaczyć. Dosłownie nic - pojawia się tylko obrazek w tle i nic więcej. A nawet na komputerze stacjonarnym pokazywana treść nie jest zbyt atrakcyjna, a przez masę animacji dostępna tylko w sposób bardzo upierdliwy. Mimo wszystko zdecydowałem się muzeum zobaczyć - bo w Ludwigsfelde powinno być muzeum i już.

A dlaczego powinno? Otóż Ludwigsfelde to miejsce istotne dla historii techniki w Niemczech i w NRD. Ale po kolei. Najpierw samo muzeum.

Museum Ludwigsfelde

Museum Ludwigsfelde

Muzeum mieści się w dawnym budynku dworca kolejowego i w nowej przybudówce. Otwarte jest w dość dziwnych godzinach, zamknięte w święta itp. Przed nim jest tylko parę miejsc parkingowych i z ograniczeniem do jednej godziny, ale powinno wystarczyć i miejsc i czasu.

Teraz historia: W roku 1936 w Ludwigsfelde zbudowano fabrykę silników lotniczych Daimler-Benz-Motorenfabrik GmbH. Od roku 1943 była to nawet największa fabryka tego koncernu, produkowano tu miesięcznie 1000 silników, między innymi do Messerschmittów 109 i 110. Nie obyło się oczywiście bez pracy robotników przymusowych. O tym okresie nie ma w muzeum zbyt wiele - bo mało co się zachowało - ale jest na przykład odrestaurowany silnik od rozbitego Bf-109 wykopany gdzieś pod Mainzem.

Silnik Messerschmitta Bf-109

Silnik Messerschmitta Bf-109

Po wojnie wyposażenie fabryki zostało wywiezione do Związku Radzieckiego a hale wysadzone. Ale ponieważ lokalizacja była bardzo korzystna (blisko Berlina i autostrady) w roku 1948 zorganizowano tu warsztat naprawy pojazdów dla Armii Czerwonej. Wykorzystano przy tym budynek fabryki który nie został wysadzony, bo był częściowo zniszczony przez bomby i nikomu nie chciało się go potem wysadzić.

W roku 1952 utworzono tu VEB Industriewerke Ludwigsfelde (IWL). Zakład zaczął produkować okrętowe silniki diesla. Ale nie trwało to długo, wkrótce rozpoczęto tu produkcję różnych urządzeń związanych z silnikami spalinowymi - wózków transportowych, silników przyczepnych do rowerów, maszyn rolniczych, silników przyczepnych do łodzi, motorowerów... To tutaj produkowano terenówki P3 (patrz notka).

P3

P3

Potem w zakładzie zaczęto montować silniki odrzutowe Pirna 014. Było to bezpośrednie rozwinięcie silnika Jumo 012 Junkersa, a silnik miał być zastosowany w NRD-owskim odrzutowym samolocie pasażerskim Baade-152. To temat na osobną notkę. Niewiele po tym samolocie zostało, tu mają parę części silnika i marny model kartonowy.

Elementy silnika odrzutowego Pirna 014

Elementy silnika odrzutowego Pirna 014

Bardziej znanym produktem zakładów IWL były skutery: Pitty, Berlin, Troll i Kobold. Produkowano je w latach 1954-1956. O Pitty już było, o pozostałych jeszcze będzie.

 

Skuter IWL Berlin

Skuter IWL Berlin

A w latach 1965-1990 zakład jako VEB IFA Automobilwerke Ludwigsfelde produkował ciężarówki IFA W50 i IFA L60. Już o nich wspominałem, teraz jak mam już swoje zdjęcia to napiszę jakieś dłuższe notki.

Ciężarówka IFA L60

Ciężarówka IFA L60

Oprócz produktów miejscowych zakładów jest też trochę sprzętu gospodarstwa domowego i wyposażenia mieszkań z czasów przed i krótko powojennych.

Pralka ręczna Miele

Pralka ręczna Miele

Teraz adres:

Museum Ludwigsfelde
Am Bahnhof 2
14974 Ludwigsfelde

Czynne:

  • od środy do piątku 10-15
  • soboty i niedziele 13-17
  • w poniedziałki, wtorki i święta nieczynne

Wstęp:

  • Dorośli 2,50 EUR
  • Dzieci 1 EUR
  • Sprzedali nam bilet rodzinny, ale nie zapamiętałem za ile, w sieci nie ma a bilety są standardowe, z rolki, bez napisanej ceny.
  • Policzyli 5 EUR za fotografowanie, nie wiem czy uczciwie, ale niech im będzie, nie żałuję.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo, Warto zobaczyć

Komentarze: (1)

Strona 1 z 512345