Żegnaj NRD (28): Powrót. Dół
Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Żegnaj NRD (28): Powrót. Dół

RFN dla przybysza ze Wschodu było wspaniałe, ale czas było powoli wracać. Nie wszyscy tak uważali - jeden z polskich studentów z czwartego roku też był wtedy w RFN, w Monachium, i zdecydował się zostać. Rezygnując z ostatniego semestru, czyli dyplomu. Dziś ma firmę w USA.

Obywatele krajów socjalistycznych nie mieli dużego problemu z przeniesieniem się na Zachód. Jak już mieli w kieszeni paszport i znaleźli się w kraju zachodnim mogli po prostu zgłosić się w odpowiedniej instytucji (nawet nie wiem jakiej, ta opcja przed ukończeniem studiów mnie nie interesowała) i już. Otrzymywali oni pomoc finansową na start, lekcje języka, kursy zawodowe itp. Musieli tylko zadeklarować że są w swoim kraju prześladowani przez reżim komunistyczny. (NRD-owcy nic nie musieli deklarować, oni byli z definicji obywatelami RFN). Polacy intensywnie korzystali z tej możliwości - zorganizowane wycieczki na Zachód rzadko wracały w pełnym składzie do kraju. O ile dla NRD-owców decyzja o wyjeździe była ostateczna i nieodwracalna (będzie o tym odcinek), to Polacy po otrzymaniu obywatelstwa mogli przyjeżdżać do Polski, widywać się z rodziną itp.

Wróćmy jednak do tego, na jakich zasadach w ogóle tam pracowaliśmy. Było to oczywiście na czarno. M. interpretował przepisy tak, że wolno jest tak sobie pracować, zabronione jest tylko za to płacić. Stąd wersja w razie czego była, że my tu tylko tak się bawimy, bo nam do studiów potrzebne. Miałem ja jeszcze jeden problem - moja wiza była wystawiona tylko na miesiąc, po naradzie stwierdziliśmy że lepiej nie iść do urzędu przedłużyć, bo jak się nie zgodzą będę musiał wrócić od razu. Natomiast jak będę wyjeżdżał z opóźnieniem to i tak mi nic już nie zrobią, a już na pewno nie zatrzymają.

Ustalone wynagrodzenie dla mnie zostało zakupione już wcześniej - był to komputer Tandon PCA 20, Turbo AT (Turbo czyli 8MHz w odróżnieniu od zwykłego  6MHz), 20 MB HDD, Hercules, monitor mono zielony. Kosztowała taka maszyna bodajże 6600 DM, z tym że M. z pewnością miał spore rabaty a poza tym brał na firmę i wliczał ją sobie w koszty. (TUTAJ wyguglana reklama po francusku, tylko mój miał 1 MB RAM).  Jakość tego urządzenia przyprawiała mnie o opad szczęki jeszcze przez wiele lat - klawiatura jego była najlepsza, jaką w życiu widziałem, pracowałem na niej przez ponad 10 lat. Płytka drukowana płyty głównej była pod względem średnicy otworków i szerokości ścieżek technologicznie daleko do przodu w stosunku do innych widywanych przeze mnie urządzeń. Itd. itd.

Tandon PCA 20 z roku 1987

Tandon PCA 20 z roku 1987

Z wielkim żalem poodklejałem wszystkie znaczki firmowe i tabliczkę znamionową - bo komputery AT były na liście COCOM.

COCOM zajmował się pilnowaniem, żeby technologia nadająca się do wykorzystania militarnego nie dostawała się w ręce Rosjan. Na liście sprzętu którego nie można było wywozić do bloku wschodniego znajdowały się między innymi procesory 16-bitowe o większej wydajności, również wbudowane w urządzenia. Stąd nie można było eksportować na wschód nie tylko komputerów AT, ale również wielu modeli drukarek laserowych. Sprzęt znaleziony przez celników na granicy zostałby skonfiskowany.

Z M. udaliśmy się do sklepu kupić walizkę odpowiedniego formatu do transportu tej maszyny. M. był niesamowicie leniwy - zaparkował w parkhausie Karstadu na Zeilu, jak chciałem pójść do Kaufhofu (może 300 metrów) powiedział "To pojedziemy." (I tak byłoby bez sensu, Kaufhof nie ma parkhausu, ten Karstadu jest najbliższy).

Nakupiłem sobie trochę ciuchów, dyskietki na sprzedaż w NRD i inne rzeczy (już nie pamiętam dokładnie jakie), bilet na pociąg i wkrótce nadszedł dzień wyjazdu. Miałem swój plecak, walizę z komputerem (a obudowa jego była bardzo solidna i swoje ważyła) i torbę z rzeczami które zamierzałem zostawić w przechowalni w Berlinie, żeby ich nie ciągać dwa razy przez granicę (dyskietki też, hehehe). Z komputerem plan był taki, że wwiozę go legalnie do Polski z odprawą celną, a potem wywiozę na odprawę warunkową do NRD. Niestety brakło mi już rąk żeby zabrać monitor. M. obiecał że mi go przyśle pocztą, ale potem mu się nie chciało. Monitor stał podobno w magazynku przez parę następnych lat.

M. zawiózł mnie na dworzec, o mało się nie spóźniając (jak to on). Na granicy pogranicznicy RFN-owscy zauważyli, że wiza już mi upłynęła, ale się za bardzo nie czepiali. Najważniejsze że wyjeżdżałem. Chcieli tylko żeby podać gdzie przez ten czas mieszkałem - podałem adres mojego dalekiego krewnego z Frankfurtu, którego wtedy właśnie po raz pierwszy odwiedziłem i zobaczyłem. Bagażu nawet nie kazali pokazać.

Pamiętając o kontrolach Stasi w przechowalniach bagażu na ważniejszych dworcach, torbę z towarem oddałem do przechowania na nieistotnej stacji S-Bahnu w Berlinie. A potem na Lichtenberg i do Szczecina. Jeszcze tylko na stacji Szczecin Gumieńce (tam gdzie kontrola celna i paszportowa)  musiałem wysiąść i odprawić celnie mój komputer. Cła na komputery wtedy nie było, ale wolałem zrobić papier. Celnicy nie mieli pojęcia co to w ogóle jest ("Pan nam mówi że to komputer, ale skąd my możemy wiedzieć co to naprawdę jest?").

Odprawa celna komputera, PRL, 1987

Odprawa celna komputera, PRL, 1987

No i znowu cały ten cyrk: oddać paszport turystyczny, wziąć dowód, do Warszawy, oddać dowód, wziąć paszport służbowy, do Szczecina, do Ilmenau. Po drodze odprawiłem warunkowo komputer (czyli miałem na niego papier) i odebrałem torbę z przechowalni. Nienaruszoną.

Na uczelni musiałem się trochę tłumaczyć - powinienem był pojawić się tam już ze trzy tygodnie wcześniej. Bez świadków powiedziałem opiekunowi naszej grupy seminaryjnej, że pracowałem w czasie wakacji w RFN, a on na to: "Tak, my wiemy.". Cholera, nie rozgłaszałem tego, mówiłem tylko paru zaufanym osobom, ale oni (a raczej Oni) fotografowali wszystkie paszporty osób wyjeżdżających i robili z tego użytek. Kiedy zaproponowałem, że opowiem co ciekawego z branży widziałem i pokażę zdjęcia, nie było entuzjazmu. Raczej nie chcieli oglądać jak są zapóźnieni i wkurzać się, że taki Polak mógł sobie pojechać, a oni nie mogą.

No i mnie dopadło. Już po przyjeździe z Węgier można było dostać niezłego doła. Dół po powrocie z RFN był jak Rów Mariański.

Ale warto było. Nie chodzi tu nawet o ten przywieziony komputer czy inne towary. Warto byłoby nawet gdybym nie przywiózł ze sobą nic. Pozbycie się kompleksów było bezcenne.

Dalej o dołach w następnym odcinku.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Sledz donosy: RSS 2.0

Wasz znak: trackback

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Skomentuj i Ty

Komentowanie tylko dla zarejestrowanych i zalogowanych użytkowników. Podziękowania proszę kierować do spamerów