Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Warto zobaczyć: Hellevoetsluis

Podejrzewam, że praktycznie nikt z czytelników nie słyszał dotąd tej nazwy. Ja wcześniej też jej nie słyszałem, więc może najpierw napiszę w jaki sposób wybieram cele do zwiedzania, zanim się gdzieś wybiorę.

Oczywiście zaglądam do przewodników po okolicy docelowej, oglądam telewizyjne programy o podróżach (najlepsze mają oczywiście na WDR), ale moje zainteresowania bardzo odbiegają od mainstreamu, więc nie mogę na tym poprzestać, bo będzie nudno. Najważniejszą metodą jaką używam to Google Maps w trybie "Satelita". Trzeba dać mocny zoom i systematycznie skanować okolicę. Pokazują się wtedy znaczniki bardzo różnych obiektów, warto zaglądać co to, zwłaszcza jeżeli nie widać na pierwszy rzut oka, co to właściwie jest. Pomaga też wrzucenie filtra na przykład na "muzeum". No i na "satelicie" widać od razu ciekawe struktury. Tak znalazłem na przykład Het Keringhuis - coś w rodzaju muzeum powodzi koło ruchomej zapory na rzece Maas. Byliśmy tam, przyjechaliśmy na trzy kwadranse przed zamknięciem i powiedzieli nam, że nie musimy płacić, wyszedł taki "happy hour". W sumie to dobrze, bo muzeum było nudne, nie polecam. Oprowadzali tam też po instalacjach zapory, ale to konstrukcja jak konstrukcja, robi wrażenie przez jej wielkość, ale poza tym całkiem normalna. Polecam wejść na usypany obok kopiec widokowy, ale muzeum sobie darować.

het Keringhuis, Maeslantkeringweg, Hoek van Holland, Rotterdam, Holandia Południowa, Niderlandy, 3151 ZZ, Holandia
Zapora przeciwpowodziowa na rzece Maas
Zapora przeciwpowodziowa na rzece Maas

Podobnie na Mapsach znalazłem Hellevoetsluis. Uwagę moją zwróciły uwagę trzy przycumowane tam statki - muzea, a potem w pobliżu zobaczyłem kilka innych interesujących obiektów. W przewodnikach które miałem pod ręką nic o tym wszystkim nie było.

Poczytałem o tym miejscu i okazało się, że jest bardzo historyczne. Ludzie mieszkali tu jeszcze przed Rzymianami, i od zawsze miejsce było związane z wodą. Tutaj od początku wieku XVII był port wojenny, potem nawet główny port wojenny Holandii. Człon "sluis" w nazwie brzmi prawie jak po polsku, i rzeczywiście oznacza "śluzę" - zbudowano ją (i jeszcze suchy dok) w roku 1798. Dopiero w 1930 marynarka wojenna przeniosła swoją główną siedzibę do Den Helder.

Dygresja a propos tej "śluzy": Zawsze mnie dziwiło, że polskie słownictwo marynistyczne związane z żaglowcami pochodzi od holenderskiego, a nie sąsiedniego Polsce niemieckiego. Na przykład polski "fokmaszt" jest od holenderskiego "fokkenmast", a nie niemieckiego "Vormast", "grotmaszt" od "grotte mast" a nie "Großmast", a rzeczona "śluza" od "sluis" a nie od "Schleuse". Pewnie jest jakieś proste wyjaśnienie, ale nigdy nie dziwiło mnie to aż tak bardzo, żeby go poszukać.

Suchy dok jest podzielony na dwie części, można w jednej budować statek, a jednocześnie w drugiej naprawiać drugi. Dok jest nadal u użyciu, ale oczywiście do pompowania wody nie używa się już maszyny parowej (była markowa, od Watta). Podobnie brama doku nie jest oryginalna, drewniana, tylko z nitowanej stali z roku 1880. Ale zasadniczo wszystko jest XIX-wieczne. Jest tam też jakieś muzeum tego doku, ale nie byliśmy w środku.

Hellevoetsluis - Suchy dok
Hellevoetsluis - Suchy dok

Dalej możemy zobaczyć XIX-wieczne fortyfikacje i stanowiska dział, jedno z dział jest na pozycji. Działo jest z roku 1880, ładowane od przodu i stoi na obrotnicy do celowania, z szynami, żeby można było je odsuwać do ładowania. (EDIT: Jak z pomocą @boni udało się wyjaśnić, działo jest ładowane od tyłu, a szyny służą do kompensacji odrzutu). Na terenie portu leży też mnóstwo znacznie starszych luf dział. Są też fortyfikacje XX-wieczne - była to część Wału Atlantyckiego.

Hellevoetsluis - Umocnienia
Hellevoetsluis - Umocnienia, po prawej wiek XIX, po lewej Wał Atlantycki
Hellevoetsluis - Działo
Hellevoetsluis - Działo

Dalej mamy śluzę, wiatrak, latarnię morską (chociaż tu raczej "rzeczną") i port. W porcie stoją trzy statki-muzea.

Pierwszy to latarniowiec Noord Hinder. Statek jest relatywnie nowy, z 1963, w służbie był do 1994. Byliśmy przed sezonem i nie było zwiedzania (tylko lipiec-sierpień), ale to niewielka strata - statek jak statek, tylko ma zamontowaną wieżę ze światłem. Podobno zwiedzanie jest za darmo, godziny otwarcia radzę sprawdzić na jego stronie, bo czasem otwarty jest rano, a czasem po południu (a w poniedziałki zawsze zamknięty, jak prawie wszystko w Holandii).

Hellevoetsluis - Latarniowiec Noord Hinder
Hellevoetsluis - Latarniowiec Noord Hinder

Drugi statek, a raczej okręt, to trałowiec klasy Beemster, budowanej w USA na zamówienie Holandii, bazowanej na klasie Adjutant. Między 1952 a 1978 nabudowano tych Adjutantów ponad 200 sztuk dla różnych odbiorców, dla Holandii 14 w początku pięćdziesiątych. Ciekawostką jest to, że te okręty były całkowicie drewniane, na pewno po to, żeby nie drażnić min magnetycznych. W Hellevoetsluis stoi okręt o nazwie "Bernisse", ale głupia sprawa - nie mogę znaleźć go w wiki na listach wyprodukowanych statków klasy Beemster i Adjutant. Wszystkie holenderskie Beemstery mają nazwy na "B", ale nie ma wśród nich "Bernisse", i przy żadnym z nich nie ma nic o tym, żeby był to okręt-muzeum. Ten okręt też nie był do zwiedzania kiedy tam byliśmy, jeżeli ktoś chce go zobaczyć polecam sprawdzić kiedy jest otwarty na jego stronie. Ale to też nie jest jakaś bardzo szczególna czy zabytkowa jednostka, nie ma problemu że zamknięty.

Hellevoetsluis - Trałowiec Bernisse
Hellevoetsluis - Trałowiec Bernisse

A teraz clou notki: XIX-wieczny, wczesny okręt pancerny "Buffel". Już wyłącznie parowy, ale robiąc research do notki znalazłem, że Holendrzy mają też okręt pancerny generację wcześniejszy - jeszcze parowo-żaglowy (jest do oglądania w Den Helder).

Hellevoetsluis - Okręt pancerny Buffel
Hellevoetsluis - Okręt pancerny Buffel

"Buffel" został zwodowany w roku 1868 w Glasgow. Holendrzy zbudowali jeszcze drugi taki sam okręt (Guinea) u siebie. Oba były w służbie prawie do końca lat dziewięćdziesiątych XIX wieku, potem Guinea została zezłomowana, a Buffel zamieniony w hulk. Oba okręty nie brały udziału w żadnych akcjach bojowych, bo w okresie ich służby Holandia nie prowadziła żadnej wojny.

"Buffel" jako hulk służył jako miejsce zamieszkania i nauki młodych marynarzy, i to bardzo długo, aż do wyjścia ze służby w roku 1973. Potem, po różnych perypetiach częściowo odtworzono jego pierwotny stan i uzbrojenie, i został on okrętem muzeum

Hellevoetsluis - Okręt pancerny Buffel, pomieszczenia kadetów
Hellevoetsluis - Okręt pancerny Buffel, pomieszczenia kadetów

Teraz trochę o technice: "Buffel" miał stalowy, nitowany kadłub, dwie maszyny parowe i ostrogę do taranowania. Ostroga była typowa dla okrętów tamtych czasów, ale ten pomysł był marny - działał praktycznie wyłącznie na drewniane żaglowce, bo w realnej bitwie parowych okrętów pancernych z już w miarę porządnymi działami trudno było dojść do staranowania manewrującego i strzelającego przeciwnika.

Hellevoetsluis - Okręt pancerny Buffel, wieża działowa
Hellevoetsluis - Okręt pancerny Buffel, wieża działowa

Głównym uzbrojeniem okrętu były dwa działa 230 mm (brytyjskie, Armstrong) umieszczone w obracanej wieży. Działa były jeszcze ładowane od przodu, ale strzelały nie kulami, tylko pociskami (chociaż chyba jeszcze bez ładunku wybuchowego EDIT: Pociski są wystawione w wieży, są warianty z ładunkiem wybuchowym i bez niego). Nie jestem pewien, czy lufy były gwintowane - pociski mają odpowiednie występy, w lufach gwintu nie zauważyłem, ale lufy chyba nie są oryginalne, to raczej nowe, plastikowe atrapy. (EDIT: Lufy to faktycznie atrapy, oryginały były gwintowane). Ładowanie od przodu było problematyczne, więc wkrótce (1887) zamieniono stare działa na jedno, ładowane od tyłu działo Kruppa o kalibrze 280 mm. Przy zamianie na hulk uzbrojenie oczywiście zdemontowano, ale przy robieniu muzeum przywrócono wieżę i atrapy dwóch pierwotnych dział. Obecnie wieża nie może się obracać, a dział nie da się cofnąć do ładowania, bo pod wieżą zrobiono szerokie zejście dla turystów i brak jest miejsca.

Hellevoetsluis - Okręt pancerny Buffel, wnętrze wieży
Hellevoetsluis - Okręt pancerny Buffel, wnętrze wieży

Oprócz wnętrza wieży możemy obejrzeć pomieszczenia gdzie spali, jedli i uczyli się kadeci, łaźnię, kajuty oficerskie, pomieszczenia kapitana, kotły, maszyny parowe (dwie różne, więc mam wątpliwości czy oryginalne) itd. Warto zobaczyć.

Hellevoetsluis - Okręt pancerny Buffel, mesa oficerska
Hellevoetsluis - Okręt pancerny Buffel, mesa oficerska

Oprócz tego wszystkiego w Hellevoetsluis możemy zobaczyć muzeum straży pożarnej (nie byliśmy). Ogólnie to jeden z ciekawszych punktów w okolicy, mało znany, ale naprawdę warto zobaczyć.

Hellevoetsluis, Voorne aan Zee, Holandia Południowa, Niderlandy, Holandia
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

9 komentarzy

Żegnaj NRD extra: Zabawkowy komputer Piko dat

Przed chwilą @janekr zadał pytanie o enerdowski zabawkowy komputer Piko dat, czym striggerował moją prokrastynację, więc szybko napisałem o tym urządzeniu notkę.

Nie miałem dotąd z tą zabawką bezpośredniego kontaktu, tylko coś o niej czytałem. Było o niej kiedyś w Młodym Techniku, ale nie zrozumiałem wtedy jak ona działa. Teraz znalazłem w sieci skan oryginalnej instrukcji obsługi, ale napisane to jest katastrofalnie i przy pobieżnym czytaniu nadal nie załapałem idei.

EDIT 24.07.2026: Po dokładniejszym przeczytaniu instrukcji znalazłem opis działania - jest ukryty w punkcie 5.1 pod wprowadzającym w błąd tytułem "Co oznaczają te wszystkie cyfry i litery?". Ściana tekstu, żadnego obrazka.

Zabawkowy komputer Piko dat (NRD). Źródło: Wikipedia
Zabawkowy komputer Piko dat (NRD). Źródło: Wikipedia

Ale prokrastynacja jest też jakąś motywacją, więc poszukałem dalej i znalazłem, że było bardzo podobne urządzenie zachodnioniemieckie o nazwie Logikus (wygląda na to, że enerdowcy się na nim wzorowali, ale dodali coś od siebie). Instrukcja od tego zachodniego była napisana o wiele bardziej zrozumiale, więc teraz mogę i wam wiele objaśnić.

Zabawkowy komputer Logikus (RFN). Źródło: Wikipedia
Zabawkowy komputer Logikus (RFN). Źródło: Wikipedia

Urządzenie jest zbudowane tak:

  • Tam z tyłu pod pionowymi polami są żaróweczki, jako urządzenia wyjścia. Jest ich 13 (pole skrajne po prawej ma dwie).
  • Panel ma 10 pionowych rzędów pól kontaktowych. Każdy rząd ma 11 osobnych pól. Górne pola są połączone z żarówkami, dają zasilanie oraz dostęp do członu opóźniającego, pozostałe 10 jest przełączalne przy użyciu suwaków z przodu urządzenia.
  • Każde z pól ma po trzy połączone ze sobą elektrycznie otwory na przewody po lewej i trzy po prawej. 
  • Ponumerujmy pola w pionowym rzędzie licząc od dołu od 0 to 9. Wtedy w zależności od położenia suwaka połączone są kontakty lewe z prawymi w polach 0, 2, 4, 6, 8 albo 1, 3, 5, 7, 9.
  • Teraz łącząc kontakty przewodami możemy realizować bramki logiczne AND i OR. Wejścia to stan suwaków, wyjścia to stan żarówek.
  • Urządzenie zachodnie tego nie miało, ale w enerdowskim jest jeszcze człon realizujący opóźnienie (na elementach RC). Jeżeli dobrze zrozumiałem, to po czasie ustawianym przy pomocy potencjometru montażowego zapalała się skrajna żaróweczka po lewej.
  • Czerwony przycisk po prawej włącza zasilanie jednocześnie startując człon opóźniający. Całość działa tylko gdy trzymać przycisk. EDIT 24.07.2026: Jednak można wystartować człon opóźniający warunkowo, jego wejście i wyjście są wyprowadzone na górne pola kontaktowe.
  • Nie chciało mi się już dochodzić, jak zapalić żaróweczki w polu skrajnym po prawej, w zachodnim urządzeniu ich nie ma. EDIT 24.07.2026: Są wyprowadzone na dwa z tych górnych pól kontaktowych.
  • Jeszcze jedna ciekawostka: Zabawka była sprzedawana w częściach, całość trzeba było najpierw samodzielnie zmontować, a roboty do zrobienia było dużo.

Link do instrukcji zabawki enerdowskiej: https://www.logikus.info/downloads/pikodat-anleitung.pdf

Link do instrukcji tego zachodniego (zip): https://www.logikus.info/downloads/handbuch-1.zip

Czyli nazwa "komputer" jest mocno na wyrost, bo urządzenie nie realizuje żadnych sekwencji - tylko po prostu funkcję logiczną. Zwróćmy jednak uwagę, że ta zabawka pochodzi z roku 1968, wtedy nie było jeszcze nic lepszego w tej działce, dostępnego dla zwykłego człowieka. Bardzo podobne urządzenia były produkowane w Japonii a ten model był dostępny również w USA.

EDIT 24.07.2026: Komentator @spex zwrócił uwagę na proponowane w instrukcji zastosowanie urządzenia do sterowania zwrotnicami w makiecie kolejki. Według mnie to zastosowanie jest bardzo teoretyczne. Uzasadniam:

  • Po pierwsze, to urządzenie ma o wiele za mało wyjść (tylko 10). Każda zwrotnica potrzebuje dwa wyjścia, każdy semafor dwa lub trzy. Tak można się chwilę pobawić, ale praktycznego sensu to nie ma.
  • Byle blokada trzystawna potrzebuje stanów, a tu jest tylko kombinacja.
  • Urządzenie działa tylko przy ręcznie przyciśniętym przycisku, więc co to za automatyczne sterowanie?
  • Łączenie tych pól kabelkami jest strasznie nieprzejrzyste, zrobienie działającego układu to duża próba dla cierpliwości nie tylko młodego człowieka.

W praktyce sterowanie makiety o wiele lepiej było zrobić na specjalizowanych elementach firmy Piko - dostępne były nie tylko przełączniki stabilne i nie, ale również dwustanowe przekaźniki i elementy realizujące opóźnienia (na grzanym bimetalu). To wszystko dawało o wiele większe możliwości realizowane o wiele prościej. A w ogóle to jeszcze mi się przypomniało, że zwrotnice Piko miały - oczywiście - dwa stany, ale oprócz wejść przełączających te stany miały też odseparowane elektrycznie wyjścia sygnalizujące stan zwrotnicy. To wszystko dawało o wiele większe możliwości zrobienia poważnego sterowania niż ten Piko dat.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:DeDeeRowo

10 komentarzy

Kolejna zmiana branży?

Moja kariera w branży maszyn drukarskich nie potrwała długo. A i sama branża chyba wiele dłużej nie pociągnie.

Teraz dokładniej: Miałem zlecenie w firmie manroland sheetfed w Offenbachu produkującej maszyny drukarskie. Była to firma z bardzo długimi tradycjami, jej historia rozpoczęła się już w roku 1871, kiedy to Louis Faber und Adolf Schleicher założyli w tym miejscu firmę produkującą - jakże by inaczej - maszyny drukarskie.

Nie będę omawiał kolejnych konstrukcji, bo - nie będę ukrywał - na tej branży znam się słabo. W każdym razie firma przez długi czas była innowacyjna i robiła dobre rzeczy. Jeżeli dobrze interpretuję, to od 1911 nazywali oni swoje maszyny Roland. Dla ustalenia uwagi: oni nie mieli nic wspólnego z popularnymi w latach dziewięćdziesiątych plotterami Roland.

W roku 1979 fabryka Faber & Schleicher została przejęta przez koncern MAN, pewnie dlatego że miała problemy. Ale nie jestem gotowy na dyskusję o historii MAN i o tych problemach. Fabryka funkcjonowała od tego czasu jako MAN Roland Druckmaschinen AG.

W 2011 firma zbankrutowała i w 2012 została wykupiona przez brytyjski Langley Holdings. W ramach uzdrawiania firmy zrobiono wtedy parę istotnych posunięć:

  • Zrezygnowano z produkcji małych maszyn drukarskich, zostawiono tylko duże. Z grubsza w tym samym czasie największy konkurent firmy - Heidelberger Druckmaschinen - stał przed podobnym wyborem i oni zrezygnowali z maszyn dużych. Czas pokazał, że Offenbach podjął lepszą decyzję, i później Heidelberg sprzedawał również maszyny z Offenbachu pod swoją marką.
  • Opracowano nowe wersje dużych maszyn, zostało przy dwóch modelach.
  • Opracowano nowe oprogramowanie.

Problem polegał na tym, że te posunięcia były niezłe, ale firma spoczęła na laurach. Ja zostałem najęty do zaktualizowania programu w rodzaju SCADA (chociaż oni nie używali tego terminu) służącego do sterowania zadaniami druku, robieniem statystyk, analiz i raportów. No i w tym programie:

  • Ostatnie istotne zmiany były robione 10+ lat temu.
  • Rzecz była napisana w Javie 8. A Javie 8 właśnie kończy się support, więc trzeba by zrobić upgrade na jakąś nowszą wersję.
  • Do tego upgradu nawet się tam parę razy zabierali, ale sobie nie poradzili. Nie dziwię się, bo:
    • Program klienta komunikował się z serwerem między innymi przy użyciu technologii CORBA. W Javie 8 ta CORBA była zintegrowana, ale już w wersji 9 wyleciała na stałe. Podłożyć jakiejś biblioteki zastępczej nie umieli, a zmiana technologii to by było bardzo poważne zadanie, więc zawsze było odsuwane na później.
    • Program klienta był startowany przy użyciu Java Web Start, również części Javy 8, tak samo usuniętej w następnych wersjach. Zastąpić czymś innym nie umieli.
    • Mnóstwo JARów było przestarzałe.
    • Jak przeszedłem na nowsze wersje Javy okazało się, że program po stronie serwera komunikuje się przez JNI z częściami napisanymi w C++. Tyle że to C++ było skompilowane na 32 bity, a nowsze Javy są wszystkie 64-bitowe. W Windowsach nie ma możliwości żeby aplikacja 64-bitowa wciągnęła 32-bitowy DLL. Nie ma i już. Cały serwer musieli przekładać na 64 bity, co też nie było trywialne.
  • Część programu była napisana przez firmę zewnętrzną i dostarczona jako JARy. Teoretycznie były też źródła, ale jak je obejrzałem okazało się, że są niekompletne. Parę kawałków musiałem dekompilować z JARów, bo inaczej nic by z tego nie było.
  • O innych problemach mógłbym długo, zrobiłem mój pełny program "code quality" i poznajdowałem trochę ewidentnych błędów.
  • Jak dali program firmie zajmującej się testami penetracyjnymi to zgodnie z oczekiwaniami wyszło, że security w nim praktycznie nie istnieje. Na przykład po dekompilacji JARów z łatwością znaleźli wpisane tam na stałe hasło do serwera. A tymczasem wchodzi Cyber Resilience Act i klienci czegoś takiego nie będą akceptować.

Podobnie było w innych kawałkach oprogramowania i sprzętu, za poprawianie tego wszystkiego wzięli się dopiero w zeszłym roku. Jedną z przyczyn było z pewnością to, że większość pracowników odnośnych działów to ludzie w wieku przedemerytalnym, którzy zaczynali swoją karierę zawodową od tej firmy i nigdy nie widzieli nic innego.

No i wyszło tak, że w lutym byłem gotowy do integracji mojej części z przerobionym na 64 bity serwerem. Serwer miał być gotowy w początku marca. A tu we wtorek trzeciego marca o 12 zwołano załogę na zebranie, na którym ogłoszono że w sobotę 28 lutego zarząd złożył wniosek o upadłość w trybie "z parasolem ochronnym". Ten "parasol" polega na tym, że przez trzy miesiące płace pracowników płaci państwo.

Teraz idą jakieś rozmowy z potencjalnymi inwestorami, jednym z nich jest Heidelberger Druckmaschinen. Ale i oni cienko przędą, ostatnio pojawiły się informacje że będą składać drony dla wojska. Zobaczymy co będzie. W każdym razie jeżeli produkcja maszyn miała by być kontynuowana, to będą musieli do mnie przyjść, bo to poszło tak szybko że nawet nie zdążyłem wszystkiego zacheckinować, nie mówiąc o dokumentacji.

Teraz podsumowanie: Dlaczego właściwie tak się stało, że padło:

  • Oczywiście że branża się zwija i wielkiej prosperity nie należy się spodziewać. Ale ich maszyny nie były do druku książek i gazet, tylko raczej do opakowań z kartonu, blachy i plastiku. Na to zapotrzebowanie nadal istnieje.
  • Jeżeli branża się zwija, tym bardziej trzeba się starać. A oni spoczęli na laurach.
  • Nie obniżali kosztów które mogli by obniżyć - oni mieli wystrugane własne sterowniki, sami robili do nich płytki, lutowali elementy, robili oprogramowanie... Ma to swoje plusy, ale kosztuje ładnie. Za zmianę na coś normalnego zabrali się dopiero w zeszłym roku.
  • Jeżeli rynek w branży się zwija, to należało by poszerzyć asortyment na inne branże? Jak te drony na przykład?

Czyli: Upadłość była w 100% zawiniona przez samą firmę.

Tu miałem zamiar dopisać parę uwag o niemieckim automotive, ale zrobię o tym osobną notkę.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?, Programowanie

2 komentarze

Odwracanie osmozy

Dziś notka z zakresu poradnictwa o majsterkowaniu domowo-zagrodowym. Chodzi o wodę.

Jak już nie raz wspominałem mieszkamy we Frankfurcie nad Menem. Tak dokładnie, to na południe od Menu. Na północy Frankfurtu woda kranowa pochodzi z górek Vogelsbergu i Spessartu, i jest świetna, miękka (4,5 °d.H., 20g/m3 Ca). Niestety u nas na południu woda jest twarda (13,9 °d.H., 75 g/m3 Ca). Do tego kamień odkładający się na wszystkim (zwłaszcza na kafelkach w łazience) ma kolor podchodzący pod pomarańczowy i wygląda paskudnie. Czajnik trzeba odkamieniać co chwilę a herbata natychmiast dostaje obrzydliwego, metalicznie połyskującego kożucha. Nawet jak wodę z kranu nagazować w Soda Streamie, smakuje bardzo wapiennie. Żeby była smaczna trzeba ją przegotować, co jest bardzo energochłonne i upierdliwe (bo po gotowaniu musi ostygnąć, bez tego nic z gazowania), a przez to czajnik trzeba odkamieniać jeszcze częściej.

Tu można by puścić parę sucharów na temat niemieckiej jednostki twardości wody, bo ona nazywa się "deutsche Härte", czyli "niemiecka twardość". Brzmi to jak nazwa lokalnego prądu muzyki metalowej, i rzeczywiście na przykład Rammstein zalicza się do gatunku "Neue Deutsche Härte".

Wróćmy do wody. Nic więc dziwnego, że zacząłem czytać o zmniejszaniu twardości wody w domowej instalacji. Wyszło, że zasadniczo metody są dwie:

Pierwsza z nich to wymiana jonowa. Tak działają na przykład dzbankowe filtry do wody w rodzaju Brity, a każda zmywarka ma coś takiego w środku. Mechanizm fizyczny jest taki, że jony wapnia z wody w takim filtrze są zamieniane na jony sodu. Ponieważ do "niemieckiej twardości" wody liczy się wapń, to w ten sposób woda staje się bardziej miękka. Przez taki filtr woda może płynąć dość szybko, więc można tak zasilić nawet prysznic albo wannę. Czy taka woda jest dobra do picia może być trochę dyskusyjne, bo w sumie to zamieniamy jej zawapnienie na zasolenie.

Oczywiście taki filtr nie transmutuje wapnia w sód, tylko oddaje sód z własnego, ograniczonego zapasu. W filtrze dzbankowym musimy wymieniać wkład, co daje trochę kosztów i generuje śmieci. W zmywarce albo filtrze łazienkowym regenerujemy wymiennik jonowy solą kuchenną, a duża część soli (a przynajmniej wszystkie jony chloru) spływa do kanalizacji. Przy zmywarce ilości zużywanej soli są niewielkie, ale filtr na całą łazienkę bierze pod pół kilo soli na metr sześcienny odwapnionej wody (przy bardzo twardej wodzie pewnie znacznie więcej). Tę sól trzeba uzupełniać i zapuszczać regenerację. To już są znaczące ilości, koszty i upierdliwości

Podsumowując: To może mieć sens w łazience, ale żeby zainstalować coś takiego trzeba przebudowywać łazienkę, bo małe to nie jest, musi być do tego dostęp, a środowiskowo to jest słabe.

Druga metoda to tytułowa odwrócona osmoza. Tu przepychamy wodę przez membranę osmotyczną, i dostajemy prawie że wodę destylowaną. Brzmi nieźle, ale z samymi zaletami to nic na świecie nie ma.

Pierwszym problemem odwróconej osmozy jest stosunkowo niska wydajność procesu. Woda z typowej membrany powoli ciurka, nalanie szklanki zajmuje minuty. Można dać równolegle kilka membran, ale wtedy urządzenie robi się duże. Można też trochę ominąć ten problem, ale o tym dalej.

Drugim problemem jest to, że przez membranę przepychamy tylko część tej wody, którą wpuszczamy do urządzenia, a reszta idzie do kanalizacji. Jak poczytałem, typowa sprawność takiej membrany to 50%, czyli na każdy litr wody której użyjemy wylewamy dodatkowy litr.

Jak widać, odwrócona osmoza to raczej rozwiązanie na wodę czysto do picia. Takie ilości marnowanej wody można przeżyć, a niską wydajność zbuforować.

Czyli osmoza. Zacząłem czytać dokładniej o takich urządzeniach. W rachubę wchodziły systemy do montażu pod blatem kuchennym. Na szczęście przy projektowaniu mojej kuchni w narożniku zrobiłem zlew nad ustawioną skośnie typową szafką zlewozmywakową. No i za tą szafką był niewykorzystany narożnik, który idealnie pasował rozmiarami pod taki filtr. Tylko wyjąć tylną ściankę szafki i już. A ponieważ na górze jest zlew, to jest blisko i do wody, i do kanalizacji.

Podblatowy filtr z odwróconą osmozą firmy Ecosoft.
Podblatowy filtr z odwróconą osmozą firmy Ecosoft.

Ściągnąłem sobie obszerną instrukcję od podobnego filtra i przeanalizowałem jego konstrukcję (one wszystkie są bardzo podobne). To jest zrobione tak:

  • Na wejściu są trzy filtry wstępne (te pionowe), tak typowo to jeden na cząstki stałe i dwa na węglu aktywnym z różnymi ziarnami. Ale bywają inne kombinacje.
  • Z tych filtrów woda idzie na membranę odwróconej osmozy (to poziome na dole). Wyjścia z membrany są dwa: woda która nie przeszła przez membranę idzie do kanalizacji, oczyszczona na następny filtr.
  • Następny jest filtr wyjściowy (poziomy na górze), też na węglu aktywnym. 
  • Ponieważ woda przez membranę tylko powoli ciurka, do filtra jest dołączony zbiornik buforujący /na zdjęciu widoczny w tle), typowo mieści on jakieś 7 litrów wody i tyle można pobrać dość szybko. Potem leci powoli, naciurkanie znowu do pełna zajmuje rzędu godziny. Uważny czytelnik może zapytać: Ale jak to? Zbiornik stoi pewnie na podłodze, a wylot kranu jest z metr wyżej. Jakim cudem woda leci pod górę? Otóż zbiornik ma membranę i komorę napompowaną powietrzem. Ciśnienie powietrza jest na tyle duże żeby wypchnąć wodę przez kran, ale na tyle małe żeby woda po membranie osmozy wchodziła do środka. Komora powietrzna ma wentyl samochodowy i można ją napompować pompką rowerową lub samochodową. Manometr wskazany.
  • Kluczowym elementem jest taki czysto mechaniczny zaworek, który odcina wejście wody na membranę przy braku poboru (czy to przez kran, czy przez napełnianie zbiornika). Na zdjęciu jest trochę po prawej, ponad membraną, dochodzą do niego cztery rurki.
  • Filtr może działać bez dodatkowego zasilania prądem tylko przy porządnym ciśnieniu wody, jeżeli jest ono za niskie to stosuje się elektryczną pompkę przed membraną.
  • Na wyjściu można mieć filtr remineralizujący (tu ten poziomy na środku) - woda po membranie jest prawie jak destylowana, remineralizacja poprawia jej smak (zwłaszcza jak robić gazowaną). Filtry remineralizujące są różne.
  • Pobrać wodę można kranikiem. Może być osobny, jest też spory wybór baterii zlewozmywakowych z normalną wodą zimną/ciepłą i dodatkowym otworem (i dźwigienką) do wody czystej. Albo dwóch rodzajów wody czystej. A nawet trzech.
  • Drugim albo trzecim rodzajem wody czystej może być gazowana, ale podblatowe urządzenie do gazowania wody zaczyna się od jakichś 1000 euro. Mam już Soda Streama, wystarczy.
  • Wszystkie połączenia pomiędzy elementami filtra oraz wszystkie wejścia i wyjścia zrobione są na plastikowych rurkach 1/4 cala (6.5 mm). 
  • Niektóre filtry maja sterylizator wody wychodzącej na lampie UV. Nie za bardzo łapię, jaki to ma sens.
  • Wszystkie elementy takiego filtra można kupić też osobno: Obudowy filtrów wstępnych, obudowy membran, stojaki, zaworki, same filtry itp. itd. Można sobie zmontować coś własnego z kawałków według fantazji. Wszystko jest jako tako znormalizowane, tylko długości filtrów bywają w dwóch/trzech wariantach.
  • Filtry wymienia się co pół roku, membranę co rok.

Ogólnie mi się spodobało. Stwierdziłem, że filtr ma mieć remineralizację, ale żeby można było również pobrać wodę przed mineralizacją. W ściągniętej instrukcji takie warianty były opisane, ale w praktyce były w handlu niedostępne. Trochę rozważałem koncepcję zrobienia filtra samemu z kawałków, ale mi przeszło bo zauważyłem, że przerobienie gotowego filtra jest trywialne, więc można wziąć cokolwiek w miarę pasującego i te parę rurek poprzełączać.

Dostępne na rynku są filtry różnych firm, ale za najlepszą propozycję uznałem filtry produkcji akurat tej firmy, od której była ta instrukcja którą ściągnąłem. Branding instrukcji był inny, ale filtry tej. Co ciekawe firma jest z Ukrainy, z Irpienia pod Kijowem. Firmy ukraińskie dostają u mnie duży plus, parę rzemieślniczych rzeczy stamtąd kupiłem. Nie wiem czy produkują te filtry tam, czy w Chinach, czy biorą części z Chin i składają u siebie, czy jeszcze inaczej. W każdym razie firma nazywa się Ecosoft a ich filtry wyglądają najbardziej profesjonalnie ze wszystkich. Wybrałem wariant bez pompy i z remineralizacją magnezem i wapniem. W komplecie był pojedynczy kranik.

Niestety przy moim zlewie nie mam wolnego miejsca na nowy kranik, bo zajmuje je wbudowany dozownik płynu do mycia naczyń. Znaczy kranik poszedł do piwnicy, a musiałem kupić całą baterię zlewozmywakową. Co też wymagało szukania - baterie czterodrożne nie są znowu aż takie powszechne. Do wyboru jest tylko chińszczyzna po 80-90 euro i bardzo markowe baterie po 600-700. Kilku setek nie byłem skłonny wydać, a przy chińskich na Amazonie było napisane że "artykuł często zwracany" i sporo było ocen na jedną gwiazdkę, i to ze zdjęciami problemów. Ale co było zrobić, zamówiłem.

No i miło się zaskoczyłem. Bateria była całkiem porządnie wykonana i działa OK. Zobaczymy jak będzie na dłuższą metę, ale jestem dobrej myśli.

Bateria zlewozmywakowa czterodrożna
Bateria zlewozmywakowa czterodrożna

Żeby zrobić wyjście wody niemineralizowanej musiałem zamienić kolejność filtra wyjściowego i remineralizacyjnego, dodać jeden trójnik i rurkę. Poszło bezproblemowo, ten system 1/4 cala jest  całkiem fajny. W instrukcji z sieci było jednak, że odprowadzenie wody do kanalizacji powinno mieć (podobno załączony) zaworek jednokierunkowy, żeby jak by co brudna woda nie skaziła membrany. Tymczasem w aktualnym modelu takiego zaworka nie było. Wzmianki o nim w instrukcji też nie.

Filtr podblatowy
Filtr podblatowy

Ponieważ uznałem taki zaworek za sensowny po prostu zamówiłem taki w tym standardzie. Przyszedł, ale nie działał (w ocenach wszystkich podobnych produktów ludzie też się na to skarżyli). Ale zauważyłem że to jest przecież na wyjściu wody zużytej, więc nie musi być w jakości spożywczej i znalazłem metalowy zaworek jednokierunkowy od instalacji paliwowych, z końcówkami na 6 mm. Nie pomyślałem jednak, że te 6 mm w tym przypadku to średnica wewnętrzna przewodu, nie zewnętrzna jak w tych 1/4 cala, i musiałem kombinować z dodatkowymi kawałkami wężyka i opaskami. No ale już działa.

Teraz o efektach:

  • Filtracja działa super, herbata jest świetna, żadnych osadów. Nawet jak postoi i ostygnie, z przyjemnością dopija się ją do końca.
  • Woda gazowana niemineralizowana jest trochę jałowa, remineralizacja bardzo poprawia smak, więc warto.
  • Niemineralizowana woda przydaje się też do celów innych niż picie, na przykład zamiast destylowanej do żelazka.
  • 7 litrów szybkiego poboru ze zbiornika wygląda na sensowną ilość, na razie wystarcza. Oczywiście przy większej rodzinie może być jednak za mało, ale są też większe zbiorniki.
  • Standard 1/4 cala  jest bardzo fajny, przyłącza się i rozłącza bezproblemowo i bez użycia narzędzi. Tylko te rurki 1/4 cala są trochę sztywne, nie da się ich prowadzić w jakichś wiązkach czy czymś podobnym. A musiałem zostawić je długie, bo do wymiany filtrów trzeba będzie całe urządzenie wyciągnąć zza szafki, a szkoda za każdym razem rozłączać i przyłączać rurki. Nie tylko robota, ale jeszcze ostrzegają żeby nie zawlec jakichś bakterii na filtry i membranę. Polecam również zakup paczki tych plastikowych zatrzasków nasuwanych na końcówki złączek, bo czasem potrzeba jakąś na zamianę.
  • Zaworek do pompowania zbiornika jest co prawda standardowy, samochodowy, ale trochę krótki i moja pompka nie była w stanie złapać go na tyle daleko żeby pompować. Na szczęście zbiornik był napompowany do właściwego ciśnienia i wszystko działa bez dodatkowych ingerencji.
  • Przeciskanie wody przez membranę nie jest bezgłośne - filtr wydaje z siebie ciche brzęczenie na ok. 1,5 kHz (zmierzyłem taką fajną aplikacją na telefon). Ale to jest naprawdę ciche, pracująca lodówka sprężarkowa zagłusza to brzęczenie całkowicie. 

Koszty: Filtr ze zbiornikiem kosztował 280 EUR, bateria 90 EUR, różne drobiazgi (dodatkowe rurki, kształtki, narzędzia itp.) jeszcze grubo licząc 50 EUR. Zestaw filtrów na wymianę po pół roku (bez membrany) kosztuje 45 EUR, zestaw na wymianę po roku (z membraną) 65 EUR, czyli rocznie 110 EUR (podejrzewam, że dadzą się znaleźć taniej). Zużywamy też trochę więcej wody, zakładając że dziennie zużyjemy 5-6 litrów wody z filtra, to rocznie pójdzie dodatkowo jakieś 2 m3 - więc nieznacząco. Nie chce mi się sprawdzać, ile dokładnie płacę za wodę, ale tyle to góra kilka euro na rok.

Taki filtr to raczej artykuł luksusowy, więc trudno się spodziewać żeby się miał zwrócić. Jednak coś tam oszczędzam:

  • Nie muszę gotować wody do gazowania. Zakładając nagazowanie 2 litrów przegotowanej dziennie, przez rok oszczędzam jakieś 20 EUR na prądzie.
  • Odpada odkamienianie czajnika. To też będzie jakieś 15-20 euro rocznie na kwasku cytrynowym i prądzie.
  • Nie trzeba też kupować wody destylowanej do żelazka. Niewiele, kilka euro na rok. Tak, ja wiem że wiele konstrukcji żelazek ma sobie radzić z wodą z kranu, ale przy takiej twardości to raczej teoria. Praktyka jest marna, sprawdzone. 

Podsumowanie: Fajna rzecz, poleca się przy twardej wodzie.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Ciekawostki

Skomentuj

La Jamais Contente revisited

O La Jamais Contente notka była już w roku 2012, przypominam że to pierwszy samochód który przekroczył 100 km/h. Samochód miał napęd elektryczny, a do napisania notki striggerowała mnie bardzo marna jego replika wystawiona na corocznej wystawie oldtimerów Lufthansa Klassikertage w Hattersheimie.

Replika La Jamais Contente
Replika La Jamais Contente

Wtedy znalazłem, że oryginał pojazdu w 1931 trafił do muzeum w Compiègne w okolicach Paryża (Le musée national de la voiture), do oglądania jest tam jego porządna replika. A niedawno syn powiedział, że jedzie na tydzień do Compiègne w ramach międzyuczelnianego programu współpracy. Oczywiście zleciłem mu odwiedzenie muzeum i zrobienie zdjęć, chociaż bez większej wiary w powodzenie, bo muzeum w tygodniu jest otwarte tylko w jakichś dziwnych godzinach i to nie każdego dnia.

I rzeczywiście skończyło się tak, że syn miał tak intensywny program, że nie miał nawet chwili wolnego w godzinach otwarcia muzeum, więc zdjęć nie mam. Ale przyjrzałem się zdjęciom dostępnym w sieci i mam w związku z tym nowe obserwacje.

W zasadzie wszystkie dostępne zdjęcia archiwalne oryginału są zrobione z boku, i to w większości z tego samego kąta. Na ich podstawie sądziłem, że nadwozie pojazdu ma przekrój kolisty. Tak samo myśleli twórcy tej repliki z Hattersheimu.

La Jamais Contente
La Jamais Contente Źródło: Wikipedia

Na tych starych fotografiach widzimy też pozującego do zdjęcia kierowcę, który siedzi bardzo wysoko (i na każdym zdjęciu identycznie, aż przez chwilę podejrzewałem XIX-wieczny fotoszop). Myślałem już, że dla lepszego efektu siedzi on nie na siedzeniu kierowcy, tylko na nadwoziu. Replika z Hatterheimu ma siedzenie relatywnie głęboko, gdzieś tak w połowie kadłuba.

Replika La Jamais Contente
Replika La Jamais Contente

Tymczasem na zdjęciach z Compiègne widać, że kadłub nie jest kolisty, tylko spłaszczony.

La Jamais Contente
La Jamais Contente (Źródło: Wikipedia)

I druga rzecz: Siedzenie kierowcy jest bardzo wysoko, może z 10 centymetrów poniżej krawędzi otworu w nadwoziu.

La Jamais Contente
La Jamais Contente (Źródło: Wikipedia)

To spłaszczenie jest dobrym pomysłem - więcej miejsca na akumulatory w środku, ale jednak kierowca na starych fotografiach siedzi tak, jak przy prowadzeniu pojazdu. Bez własnoocznego obejrzenia repliki nie da się stwierdzić, czy siedzenia nie dało by się dać niżej (bo może pod spodem są akumulatory?). W każdym razie pozycja kierowcy to największy problem tego pojazdu, gdyby coś z tym zrobić, można by uzyskać wyraźnie wyższą prędkość. Przecież to miało dwa silniki po 25kW, to wcale nie jest mało na tak niewielką powierzchnię czołową! Maluch wyciągał zbliżoną prędkość maksymalną z mniej niż połowy tej mocy.

La Jamais Contente
La Jamais Contente (Źródło: Wikipedia)

Pozostaje jeszcze poruszona w notce o Lutzmanie i komentarzach pod innymi notkami kwestia łożysk: Czy były to ślizgowe, czy toczne. Nie ma dostępnych porządnych zdjęć tej okolicy pojazdu, które pozwoliły by to ustalić, ale na podstawie tego co jest, stawiam jednak na ślizgowe.

A muzeum muszę wpisać na listę do zobaczenia, jak bym był w okolicach Paryża.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:Na ulicy widziane

Skomentuj

Warto zobaczyć (ale już za późno. A może jednak nie?): Normandy Tank Museum. Plus podsumowanie Normandii.

Zostało mi jeszcze jedno muzeum z Normandii do opisania, i to takie z lepszych. Ale nie pamiętałem, jak ono się nazywało, a na moich zdjęciach nie było żadnego śladu. Kiedy szukałem go na google maps (przez wybranie okolicy i wpisanie "muzeum") nic podobnego się nie znajdowało. Udało się dopiero, kiedy zacząłem szukać tekstowo w wyszukiwarce - okazało się, że to było Normandy Tank Museum, ale teraz jest "zamknięte na stałe" (w odróżnieniu od niemal wszystkich innych, które są "tymczasowo zamknięte" na zimę). Tak więc warto zobaczyć, ale jest za późno i już się nie da. Nie znalazłem co się stało z eksponatami, czy ktoś je przejął i kto to był. Ale mam pewne podejrzenie: Mapa pokazuje w bezpośrednim sąsiedztwie muzeum o nazwie Normandy Victory Museum. Na stronie Normandy Victory Museum mówiącej o jego historii nazwa Normandy Tank Museum nie pada, ale jest mowa o przedsiębiorcy-kolekcjonerze sprzętu wojskowego (Christophe Beaussire), który miał budynek w tej miejscowości i dołączył do projektu dwóch innych kolekcjonerów (Patrick Fissot i Nicolas Bellée). Tak więc to muzeum powinno mieć wszystko to, co było w Normandy Tank Museum i jeszcze więcej. Czyli zapewne naprawdę warto je zobaczyć.

Normandy Victory Museum, N 13, Grinville, Catz, Carentan-les-Marais, Saint-Lô, Manche, Normandia, Francja metropolitalna, 50500, Francja

La Fourchette, Saint-Pellerin, Carentan-les-Marais, Saint-Lô, Manche, Normandia, Francja metropolitalna, 50500, Francja

Podczas naszej wizyty muzeum nazywało się Tank Museum, ale czołgów w nim było stosunkowo niewiele. Ale to nie jest żadna krytyka - dużą część ekspozycji zajmowały różnego rodzaju pojazdy pomocnicze, jakich w typowym muzeum czołgowym nie ma. Większość sprzętu była amerykańska.

Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum

Ponieważ tego muzeum już nie ma, daruję sobie opisy i dam tylko parę zdjęć - ekspozycja w tym nowym muzeum jest całkiem inna.

Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum

W Normandii byliśmy tydzień i sporo zobaczyliśmy, ale żeby zobaczyć z grubsza wszystko wartościowe trzeba by pewnie najmniej jeszcze z tydzień. Większych lub mniejszych muzeów Lądowania jest sporo, mnóstwo jest lepiej lub gorzej zachowanych umocnień, a pomników i miejsc pamięci nie zliczysz. Mój wybór był taki jak w notkach, ale jeżeli planujecie tam pojechać pewnie znajdziecie i inne, równie dobre. Dwa nie sprawdzone adresy podrzucę:

I to by było na tyle z Normandii.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Warto zobaczyć: Plaża Omaha i okoliczne muzea.

Już nie tak dużo Normandii zostało do opisania, zostają już mniej spektakularne muzea. Czy warto je zobaczyć? W zasadzie w każdym da się znaleźć coś ciekawego, może niekoniecznie z dużego sprzętu, ale drobne wyposażenie i inne artefakty są różne w różnych muzeach. Spora część się powtarza, ale w prawie każdym jest coś, czego nie ma w innych. Oczywiście wiele zależy od stopnia zainteresowania tematem, bo te ciekawe drobiazgi to najczęściej coś dla fanatyków, nie dla przeciętnego zwiedzacza.

Na początek chciałbym przypomnieć, że na plaży Omaha też był port, taki jak na Gold, nazywał się Mulberry A. Tyle że nie przetrzymał nawet 10 dni - zniszczyła go burza, najsilniejsza od 40 lat. Nie udało mi się znaleźć dlaczego właściwie całkowicie zniszczyła tylko Mulberry A, a nie bardzo zaszkodziła Mulberry B, odległemu o tylko paręnaście kilometrów. Nadające się do użytku kawałki Mulberry A zostały użyte do napraw Mulberry B, ale trochę ich zostało na miejscu i teraz są powystawiane w okolicy.

Po zniszczeniu Mulberry A Amerykanie przestawili się na duże okręty desantowe przybijające bezpośrednio do plaży, i okazało się to efektywniejsze od brytyjskiego portu. Czy w tej sytuacji cały wysiłek włożony w ten port miał sens jest przedmiotem sporów, ale po fakcie to łatwo się wymądrzać.

Na samej plaży nie ma wiele szczególnego do oglądania (jak pominąć pomniki), przejdźmy do muzeów. Najbliższym plaży jest Memorial Museum of Omaha Beach w Saint-Laurent-sur-Mer. To muzeum nie jest "porządne" i mieści się w adaptowanych pomieszczeniach gospodarskich, tyle że z dobudowanym wejściem w stylu kawiarni/domu kultury z lat siedemdziesiątych. 

Memorial Museum of Omaha Beach
Memorial Museum of Omaha Beach

W środku znajduje się mnóstwo różnych artefaktów, a tym z większych rzeczy, czego nie ma gdzie indziej są elementy ruchomego płotu przeciwczołgowego (nie pamiętam, jak się to nazywało, a jakoś nie mogę na szybko wyguglać).

Memorial Museum of Omaha Beach
Memorial Museum of Omaha Beach
Memorial Museum of Omaha Beach - Segment mobilnego płotu przeciwczołgowego.
Memorial Museum of Omaha Beach - Segment mobilnego płotu przeciwczołgowego.

Drugie muzeum w okolicy (D-Day Omaha Museum w Vierville-sur-Mer) też jest "nieporządne" - mieści się w metalowym baraku i też pokazuje mnóstwo artefaktów, chyba jeszcze więcej niż poprzednie (a na pewno artefakty są bardziej upchane). 

D-Day Omaha Museum
D-Day Omaha Museum
D-Day Omaha Museum
D-Day Omaha Museum

Większą rzeczą inną niż gdzie indziej jest na przykład stalowa kopuła bunkra, ze śladami po trafieniach.

D-Day Omaha Museum
D-Day Omaha Museum

Trzecie  (Overlord Museum w Colleville-sur-Mer) jest z tych "porządnych", w nowym budynku, ale nie jest zbyt duże i ma głównie czołgi. Część z nich stoi na zewnątrz i jest dostępna bez płacenia za bilet. Przy tym muzeum mam wątpliwości, czy warto zobaczyć - pokazywane są czołgi biorące udział w Lądowaniu i w obronie przed Lądowaniem, więc to  nie jest jakaś wielka różnorodność. Porządne muzeum czołgowe, jak na przykład w Saumur ma to wszystko i jeszcze o wiele więcej. 

Overlord Museum
Overlord Museum

Za to tutaj można te czołgi (przynajmniej te stojące na zewnątrz) spokojnie pomacać, i syn zauważył na przykład że taki Sherman ma z tyłu okap w który spokojnie mieści się głowa i aparat fotograficzny, i można sobie obfotografować przedział silnikowy. Dla modelarzy może to być istotne.

Overlord Museum - Tak można obejrzeć przedział silnikowy Shermanna
Overlord Museum - Tak można obejrzeć przedział silnikowy Shermana
Overlord Museum - Przedział silnikowy Shermanna
Overlord Museum - Przedział silnikowy Shermana

Przy muzeum mamy też inny kawałek portu Mulberry niż we wcześniej opisanych miejscach.

Overlord Museum - fragment portu Mulberry A
Overlord Museum - fragment portu Mulberry A

Czy warto zobaczyć, trzeba zdecydować samemu. Adresy:

Memorial Museum of Omaha Beach
Av. de la Libération
14710 Saint-Laurent-sur-Mer, Francja

D-Day Omaha Museum
Rte de Grandcamp
14710 Vierville-sur-Mer, Francja

Overlord Museum
Lotissement Omaha Center
14710 Colleville-sur-Mer, Francja

Overlord Museum, Rue des Chemins de la Liberté, Le Bray, La Vieille Rue, Colleville-sur-Mer, Bayeux, Calvados, Normandia, Francja metropolitalna, 14710, Francja

Route de Grandcamp, Cité des Jardins, Vierville-sur-Mer, Bayeux, Calvados, Normandia, Francja metropolitalna, 14710, Francja

Avenue de la Libération, La Fraisnaie, Saint-Laurent-sur-Mer, Bayeux, Calvados, Normandia, Francja metropolitalna, 14710, Francja

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Warto zobaczyć: Airborne Museum, Sainte-Mère-Église

Dziś o kolejnym muzeum w Normandii, znowu takim "porządnym" i specjalnie wybudowanym.

Miasteczko Sainte-Mère-Église znane jest przede wszystkim z historii amerykańskiego spadochroniarza Johna Steele, którego spadochron zaczepił się o wieżę miejscowego kościoła. Na pamiątkę tego wydarzenia na wieży miejscowego kościoła wisi manekin spadochroniarza zaczepiony spadochronem o wieżę.

Sainte-Mère-Église - John Steele na wieży kościelnej
Sainte-Mère-Église - John Steele na wieży kościelnej

Muzeum położone jest o całkowicie dosłowny rzut beretem od tego kościoła. Tematem muzeum są wojska spadochronowe, bo akurat w tej okolicy Lądowanie polegało na zrzuceniu spadochroniarzy i szybowców.

Najciekawszym eksponatem jest szybowiec desantowy Waco CG-4A, jedyny taki w Europie kontynentalnej. Poza nim na świecie zostały jeszcze ze trzy w Wielkiej Brytanii i z dziesięć w USA.

Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Szybowiec Wako CG-4A
Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Szybowiec Wako CG-4A

Oglądanie tego szybowca w tym muzeum zrobiło mi wielki WTF!? Znaczy nie sam szybowiec, tylko jego umieszczenie na ekspozycji. Bo to było tak: Według danych technicznych szybowiec ma długość 14,8 m i rozpiętość 25,5 m. Tymczasem stał on w okrągłym budynku o średnicy około 20 m, no góra ze 22 jak mierzyć po zewnętrznej, a wcale nie przycięli mu skrzydeł.

Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Szybowiec Wako CG-4A
Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Szybowiec Wako CG-4A

Obyło się bez zakrzywiania przestrzeni - do budynku wchodziło się przez kilkumetrowy korytarzyk wyraźnie dobudowany później - bo stylistycznie pasował do reszty jak pięść do nosa. Parę metrów skrzydła wetknięte było w ten korytarzyk. Sam szybowiec musiał być ustawiony pod odpowiednimi kątami żeby to wszystko się spinało a przez korytarzyk dało się przejść, i że komuś udało się to skutecznie zaprojektować raczej nie metodą prób i błędów zrobiło na mnie spore wrażenie.

Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Przedsionek na skrzydło szybowca
Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Przedsionek na skrzydło szybowca

Jak właśnie sprawdziłem, w zeszłym roku zbudowali tam nową halę na ten szybowiec i teraz diorama jest inna. Wcześniej można było przejść w poprzek przez kabinę i obejrzeć sobie wnętrze z manekinami żołnierzy, teraz diorama przedstawia Jeepa wyjeżdżającego z szybowca.

Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Szybowiec Wako CG-4A, wnętrze
Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Szybowiec Wako CG-4A, wnętrze

Inna hala poświęcona jest historii desantu w tym miejscu (Operation Neptune), ze szczególnym uwzględnieniem Johna Steele.

W jeszcze innej hali mamy dioramę z Douglasem C-47 w roli głównej, obok niego stoi Eisenhower. Ciekawym jest, że ten C-47 ma hak do szybowca.

Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Eisenhower przy Douglasie C-47 Skytrain
Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Eisenhower przy Douglasie C-47 Skytrain
Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Douglas C-47 Skytrain
Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Douglas C-47 Skytrain
Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Douglas C-47 Skytrain, hak do holowania szybowca
Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Douglas C-47 Skytrain, hak do holowania szybowca

Generalnie: warto zobaczyć. Adres:
AIRBORNE MUSEUM
14 rue Eisenhower
50480 Sainte-Mère-Eglise

Musée Airborne, Rue Eisenhower, Richedoux, Sainte-Mère-Église, Cherbourg, Manche, Normandia, Francja metropolitalna, 50480, Francja
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Warto zobaczyć: Musée d’Arromanches i plaża Gold

Tytuł może być trochę mylący, ale po kolei: Muzeum w Arromanches jest też "porządne", też mieści się w specjalnie zbudowanym budynku. Ekspozycja podzielona jest na kilka części omawiające różne aspekty, wszystko według reguł sztuki muzealniczej.

Arromanches - Muzeum
Arromanches - Muzeum

Problem jest taki, że to wszystko może być interesujące dla kogoś, kto nic o temacie Lądowania na tym odcinku nie wie. Nie mam nawet jednego zdjęcia ze środka. Dla mnie jedynym w miarę interesującym eksponatem była makieta portu Mullbery B, zbudowanego tutaj przy Lądowaniu, ale nie na tyle żeby zrobić zdjęcie. Resztki prawdziwego portu można oglądać z tarasu na dachu muzeum, a potem można pójść na plażę i zobaczyć je z bliska.

Arromanches - Resztki portu Mulberry B
Arromanches - Resztki portu Mulberry B
Arromanches - Resztki portu Mulberry B
Arromanches - Resztki portu Mulberry B
Arromanches - Resztki portu Mulberry B
Arromanches - Resztki portu Mulberry B

Ogólnie: To, co naprawdę interesujące jest nie w muzeum, tylko poza nim. Tutaj betonowe pontony zwane Beetle.

Arromanches - Resztki portu Mulberry B, Ponton Beetle
Arromanches - Resztki portu Mulberry B, Ponton "Beetle"

Jeden z nich jest dostępny omalże suchą nogą nawet przy maksymalnym przypływie, do kilku innych można dotrzeć na piechotę przy niższym stanie wody. Byliśmy tam w porze przypływu, stąd zdjęcie z bliska tylko jednego. Jak widać, zrobiony jest z cienkościennego (grubości rzędu cala) betonu, trochę zbrojonego.

Arromanches - Resztki portu Mulberry B, Ponton Beetle
Arromanches - Resztki portu Mulberry B, Ponton "Beetle"

A tutaj stalowy segment drogi zwany Whale, na nim spychacz.

Arromanches - Resztki portu Mulberry B, pomost "Whale"
Arromanches - Resztki portu Mulberry B, pomost "Whale"

Ogólnie: Plażę Gold naprawdę warto zobaczyć, muzeum tylko jeżeli nie wiecie o Lądowaniu prawie nic.

Adres: Musée du Débarquement
Place du 6 Juin 1944
14117 Arromanches les bains

Musée d'Arromanches, Place du 6 Juin 1944, Résidence du Mézeray, Arromanches-les-Bains, Bayeux, Calvados, Normandia, Francja metropolitalna, 14117, Francja
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Warto zobaczyć: Musée du Débarquement de Utah Beach i plaża Utah

Kontynuujemy Normandię z roku 2016. Dziś Musée du Débarquement de Utah Beach, jak sama nazwa wskazuje leżące koło plaży Utah. I to naprawdę blisko - muzeum od plaży oddziela tylko wydma.

Plaża Utah i Musée du Débarquement de Utah Beach od strony morza
Plaża Utah i Musée du Débarquement de Utah Beach od strony morza

Własnooczne obejrzenie różnych miejsc Lądowania wiele wyjaśnia. Tutaj widać od razu, dlaczego straty na tym odcinku były najniższe - to teren decyduje. W innych miejscach  zaraz za plażą zaczynają się całkiem spore pagórki, tutaj najwyższym wzniesieniem w okolicy jest ta wydma. Z drugiej strony to za tą wydmą nie ma specjalnie istotnych obiektów do zdobywania, to raczej kierunek pomocniczy.

Musée du Débarquement de Utah Beach
Musée du Débarquement de Utah Beach

W otoczeniu muzeum stoi sporo pomników, większość z nich to klasyczny obelisk plus tablica, ale jeden jest naprawdę dobry - przedstawia on żołnierzy amerykańskich wybiegających z łodzi desantowej, żołnierze są w skali 1:1, a łódź to prawdziwe LCVP.

Plaża Utah - pomnik
Plaża Utah - pomnik

Przejdźmy do muzeum. Muzeum jest "porządne" i mieści się w specjalnie dla niego zbudowanym budynku. W samym jego środku, na honorowym miejscu stoi Martin B-26 Marauder, jedyny taki zachowany w Europie, poza nim na świecie zostało tylko 6, wszystkie w USA.

Musée du Débarquement de Utah Beach - Martin B-26 Marauder
Musée du Débarquement de Utah Beach - Martin B-26 Marauder

Inne eksponaty nie są już tak spektakularne, ale i tak warto zobaczyć.

Musée du Débarquement de Utah Beach - LCVP
Musée du Débarquement de Utah Beach - LCVP
Musée du Débarquement de Utah Beach
Musée du Débarquement de Utah Beach
Musée du Débarquement de Utah Beach
Musée du Débarquement de Utah Beach

Adres:
Musée du Débarquement de Utah Beach
La Madeleine
50480 Sainte-Marie-du-Mont

Musée du débarquement Utah Beach, D 329, Utah-Beach, Sainte-Marie-du-Mont, Cherbourg, Manche, Normandia, Francja metropolitalna, 50480, Francja
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Komentarze: (1)