Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Szparagi revisited

Notka o szparagach była już 16 lat temu, tymczasem mam nowe doświadczenia w temacie i chętnie się podzielę.

Ja szparagi kiedyś jadałem, w Polsce za komuny jeszcze, ale zdarzało się to naprawdę rzadko. Jadło się wtedy takie o średnicy rzędu centymetra, nie umieliśmy ich obierać, więc co któraś była łykowata. Natomiast żona nigdy wcześniej szparagów nie jadła, przynajmniej nie jako samodzielne danie.

Parę lat temu żona zaproponowała, że może jednak spróbujemy porządnie zrobione szparagi. Poszliśmy do restauracji niemieckiej, spróbowaliśmy i żonie bardzo zasmakowały. Wypytała się zaraz jak oni je robią i spróbowaliśmy przyrządzić szparagi sami.

I to leci tak: Przyzwoita porcja szparagów na osobę to sześć sztuk takich grubych, około 500 gram. Nie potrzeba żadnego specjalistycznego sprzętu, wystarcza zwyczajna obieraczka do warzyw i duża patelnia z pokrywką. Kluczowe jest obieranie - szparagi mają pod skórką bardzo łykowate włókna, jeżeli nie usunąć ich dokładnie to cała przyjemność z jedzenia znika.

Technika obierania jest taka: Bierzemy szparaga w dłoń nie dominującą, czubkiem od siebie, i obieraczką w dłoni dominującej starannie obieramy dolne dwie trzecie. Wiadomo że szparagi są drogie a to, co obrane to czysta strata, więc zawsze jest pokusa żeby zaczynać obieranie niżej. Odradzam uleganie tej pokusie, potem są same problemy. Po obraniu nożykiem obcinamy parę dolnych milimetrów szparaga, to robi za kontrolę jakości - czujemy wtedy zaraz, w którym miejscu obwodu nam się niedokładnie obrało. I jeszcze trzeba trochę uważać, bo świeże szparagi mają bardzo niską wytrzymałość na zginanie i łatwo je przy obieraniu złamać.

Po obraniu szparagi układamy na dużej patelni, nalewamy do niej ile się da wody (ale nie trzeba pokryć szparagów całkowicie), nakrywamy patelnie pokrywką i gotujemy je przez 10 minut od zagotowania. Wodę trochę osolić. I to tyle - przygotowanie nie jest skomplikowane. Tyle że patelnia musi być duża - szparagi są cięte na długość 25 centymetrów i sześć sztuk w jednej warstwie ledwie się mieści. Ja układam dwie warstwy po 6 na krzyż, ale jeżeli chętnych do jedzenia jest więcej, to może to być problem.

Szparagi
Gotowanie szparagów na patelni

Typowo szparagi podaje się z gotowanymi ziemniakami, sosem holenderskim i zwiniętymi w ruloniki plasterkami szynki. Innym wariantem jest zastąpienie szynki sznyclem.

Na początku robiliśmy szparagi z szynką, a sos holenderski używaliśmy gotowy z kartonika. Tyle że te sosy z kartonika są bardzo przemysłowe - jak to zwykle składają się głównie ze skrobi i utwardzonych tłuszczów roślinnych. Zastanawialiśmy się nad robieniem takiego sosu samemu, ale prawdziwy sos holenderski to jednak wyższa szkoła jazdy. Ale kiedyś w telewizji, zobaczyliśmy przepis uproszczony. Było to w takim fajnym cyklicznym programie, w którym technolog żywności z przemysłu (Sebastian Lege) pokazuje jak robiona jest żywność przemysłowa, w stylu "A teraz myślicie, że dodamy prawdziwe masło? No co wy, przecież to za drogo. Dodamy całą harmonię produktów przemysłu chemicznego! (Evil laugh!)". Program nazywa się Tricks der Lebensmittelindustrie, a prowadzący pokazuje również jak zrobić w domu proste alternatywy z porządnych składników. No i on pokazał jak zrobić prostszy sos holenderski przy użyciu takiego syfonu do bitej śmietany na naboje z tlenkiem azotu. Kupiliśmy taki syfon, nawet dokładnie taki jak w programie (firmy iSi, która wymyśliła te naboje, również takie z CO2, jakich używaliśmy za komuny). Syfon świetnie robi bitą śmietanę, ale przygotowanie w nim sosu holenderskiego nadal nie było proste, a sos bardzo szybko tracił gaz i rozpływał się na talerzu.  Po namyśle stwierdziłem więc, że przecież warzywa gotowane tego typu i tak najlepsze są "po polsku", czyli z masłem i bułką tartą (całkiem serio w Niemczech ten sposób podania nazywa się "polnisch"), więc darowaliśmy sobie to wydziwianie z sosem i robimy szparagi po polsku.

Szparagi po polsku z szynką
Szparagi po polsku z szynką

Teraz trochę o wyborze szparagów: W budce w której szparagi się kupuje wystawione jest do kilkunastu pudełek z różnymi wariantami szparagów w różnych cenach. Co gorsza te warianty nie są w żaden sposób zestandaryzowane, każdy rolnik ma swoje. Więc może mały przewodnik:

  • Oferowanych jest kilka różnych grubości szparagów, im grubsze tym droższe. Problem jest taki, że z każdego szparaga musimy te dwa milimetry po obwodzie obrać, im grubszy szparag, tym straty procentowo są niższe. Czyli jest sens kupować drożej ale grubsze. Przykład: Te na zdjęciach były naprawdę grube,12 sztuk ważyło nie tylko 1 kg, ale aż 1,3. Zważyłem obierki i wyszło że na straty poszło 20%. Przy cieńszych będzie to więcej.
  • Część sprzedawców oferuje każdą grubość w wariancie "zwykłym" i "premium". Premium jest idealne - proste, bielutkie, z zamkniętym kwiatostanem na górze. Moim zdaniem te zwykłe smakują dokładnie tak samo. Przecież one są z tego samego pola, z takiej samej (albo i nawet tej samej) rośliny, zebrane w tym samym czasie... Nie warto dopłacać za premium. Szczegóły dalej.
  • Inni sprzedawcy segregują po "wadach":
    • "Violett" ("fioletowe") mają - jak sama nazwa wskazuje - fioletowe przebarwienia. No i co z tego? Po ugotowaniu przebarwienia i tak znikną, smak ten sam.
    • "Blume" - ("kwiat") mają częściowo rozwinięty kwiatostan. No i co z tego? Smak ten sam.
    • "Krumm" ("krzywe") - po ugotowaniu i tak będą proste, jedyny potencjalny problem to że na patelni nie dadzą się dobrze ułożyć. Smak ten sam.
    • Zrośnięte - no tu może być trochę problem przy obieraniu, bo w przekroju mają kształt ósemki i trudno dojść obieraczką, Ewentualnie można rozcinać je wzdłuż, ale można ich po prostu nie kupować.
    • Połamane - no to już kwestia gustu, myślę że one jednak bardziej nadają się na zupę.
    • Są też same czubki, tych najczęściej nie trzeba wcale obierać, ale do tego luksusu się dopłaca.

 

Smakosze mają podobno swoje upodobania, jedni uważają że najlepsze jest "Blume", inni że tylko takie mocno fioletowe (zazwyczaj zwane "Aroma"), jeszcze inni że tylko bielutkie, ale według mnie to czysta szparagofilia i racjonalizacje - w podwójnie ślepej próbie raczej nie wyczuli by różnicy.

Są jeszcze szparagi zielone, to te, które po prostu wyrosły nad ziemię, a nie były przysypywane i chronione przed światłem. One zawsze są cienkie, obiera się tylko dolną jedną trzecią. 

Jedyny problem jest taki, że to raczej droga przyjemność - w tym roku kilogram grubych kosztuje 16 euro. Cieńsze i z "wadami" są trochę tańsze.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Skomentuj

„Zła Unia zabiła niemieckie automotive”?

Co i raz spotykam tę tytułową narrację. Czy to w sieci, czy w realu, czy w Polsce, czy w Niemczech. Co i raz ktoś opowiada jak to ta zła Unia załatwiła przemysł samochodowy każąc mu przechodzić na elektryki. A przecież tak świetnie sobie radził. No i to miała być kolejna zła decyzja złej Unii, po żądaniu żeby instalować pompy ciepła. I żeby przechodzić na odnawialne źródła energii. I jeszcze kilku innych.

No ale ja przez kilkanaście lat pracowałem w niemieckim (i nie tylko) automotive, więc coś na ten temat mogę powiedzieć. A przy tym moja zdolność krytycznego myślenia jeszcze nie zanikła. Więc teraz powiem.

Najpierw zauważmy że:

  • Tak generalnie to spalaniem ropy i gazu najbardziej zainteresowane są kraje je produkujące, a zwłaszcza rosja. Gospodarka rosyjska jest całkowicie oparta na eksporcie ropy i gazu, oni nie mają nic innego znaczącego do zaoferowania. I przypominam, że bezpośrednią przyczyną rozpadu Związku Radzieckiego była niska cena ropy. Przy tym od dawna rosjanie prowadzą hybrydową kampanię propagandową przeciwko Europie. Więc strawestuję ten stary dowcip o niedźwiedziu grającym z innymi zwierzętami w karty: "Ja nie chcę mówić kto tu puszcza kłamliwą propagandę, ale jak palnę w ten rudy pysk...".
  • Aktualne wydarzenia na świecie pokazują że unijna polityka zmniejszania zależności od ropy i gazu jest jak najbardziej właściwa i uzasadniona. Czy ktoś chce polemizować z tym, że im mniej ropy i gazu będziemy potrzebować, tym mniejszy problem będziemy mieli z różnymi idiotami u władzy w różnych krajach?
  • Tak się jakoś składa, że większość krajów producentów ropy ma niezbyt sympatyczne władze/ustrój. Jak sprawdzam aktualną listę, to w pierwszej dziesiątce jedynie Kanadę można uznać za normalny, stabilnie demokratyczny kraj. Czy naprawdę chcemy finansować różnych dyktatorów, z których niektórzy za te pieniądze zrobią sobie broń do użycia przeciw nam? Albo sfinansują rozwalanie naszych społeczeństw?
  • Nawet nie trzeba szukać uzasadnienia w ekologii, powyższe punkty całkowicie wystarczają.

Żeby było jasne: Ja nie twierdzę, że Unia wszystko w tej działce robi idealnie. Wiele należałoby robić trochę inaczej, wiele wyznaczonych terminów jest nierealistycznych. Ale kierunek jest słuszny!

Tyle o geopolityce, teraz przejdźmy do branży samochodowej. Ludzie powtarzający narrację o złej Unii twierdzą, że firmom samochodowym idzie tak źle, bo zostały zmuszone intensywnie zająć się napędem elektrycznym. No serio? Naprawdę tak intensywnie się nim zajęły? A czy ten świetny, europejski napęd elektryczny którym się tak intensywnie zajmowały jest tu z nami, w tym pokoju?

Prawda jest taka, że wszystkie firmy europejskie zajmowały się tym tematem w najlepszym razie na pół gwizdka, albo i na odwal się. Takie BMW na przykład opracowało sobie platformę, na której można robić i elektryka, i spalinówkę i hybryda. Jak ogólnie wiadomo, jeżeli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Tak nie wygląda tworzenie dobrych elektryków, tak wygląda asekuracja i konserwa. Elektrykom świeczkę (bo politycy każą) a spalinowym ogarek (przecież nasze spalinówki są świetne, po co cokolwiek zmieniać).

Przez cały czas kiedy robiłem w automotive to dokładnie tak wyglądało: Po co cokolwiek zmieniać? Przecież jesteśmy świetni. Zmieniało się tylko co wymuszono z zewnątrz, i tylko tyle ile było absolutnie niezbędne. Ile rzeczy próbowałem zmieniać od wewnątrz - nic z tego nie wyszło.

A ta "świetność" wyglądała tak, że permanentnie był jakiś kryzys z którym trzeba było walczyć. A to ludzi zwalniać, a to stawki obniżać, najmować inżynierów z tanich krajów... Ale to, że potem trzydziestu Meksykanów przylatywało do Niemiec na pół roku, bo projekt był zagrożony, to nikogo nie martwiło, bo to przecież inne konto kosztowe i się nie liczy. A typowym stanem projektu była eskalacja, bo terminy zagrożone.

Znowu żeby było jasne: Ja nie twierdzę, że europejskie samochody w porównaniu z innymi były/są jakieś strasznie złe. Twierdzę, że europejski przemysł samochodowy tkwił w samozadowoleniu, że nie musi się starać i zmieniać, bo jest taki świetny i nikt mu nie podskoczy. Przez długi czas to działało. Na przykład Chińczycy próbowali już wejść na rynek europejski w początku dwutysięcznych, ale nie wyszło z tego za wiele. Sprzedało się, jeżeli dobrze pamiętam rzędu 1000 samochodów na całe Niemcy (jeden widywałem w sąsiedztwie, marka Brilliance, na oko miał jakieś elementy od Mitsubishi Lancera) Tyle że od tego czasu europejskie samochody ciągle drożały (nie chce mi się sprawdzać i liczyć, ale raczej znacznie powyżej stopy inflacji), jakość ich spadała, a Chińczycy zrobili duże postępy.

Dygresja: Przypominam sobie sporą dyskusję w Continentalu kilkanaście lat temu (2011) na temat wyświetlaczy w clusterach samochodach. Wtedy wszyscy byli jeszcze bardzo sceptyczni, ja mówiłem że to i tak wejdzie i będą do tego konfigurowalne przez użytkownika skiny. Oni twierdzili, że na konfigurowanie skinów żaden niemiecki producent się nie zgodzi (bo safety), a ja na to że na pewno zrobią to Chińczycy. Szybki rewind do 2024 - dział R&D Continentala pokazuje swoje eksperymenty z generowaniem zestawu kolorystycznego GUI na wyświetlaczu na podstawie podanego przez użytkownika głosowo promptu dla AI, na przykład "wurst z musztardą", a to wszystko po to, żeby nadążyć za Chińczykami.

No i teraz Chińczycy w elektrykach znacznie wyprzedzili resztę świata. W generalnej jakości samochodów raczej jeszcze nie, za to w cenie mocno wygrywają. Moim zdaniem to z ceną to chwilowe. Zaraz uzasadnię:

Chiński przemysł samochodowy przeżywa obecnie okres zbliżony do europejskiego okresu pionierskiego przed pierwszą wojną światową (przy zachowaniu proporcji - Chiny są jednak o wiele większe). Jest mnóstwo niezbyt dużych firm produkujących samochody (w Chinach aż sto kilkadziesiąt), większość z nich po początkowych sukcesach cienko przędzie. Generalnie samochodów produkuje się więcej niż sprzedaje, firmy manipulują statystykami sprzedaży, a samochody masowo stoją na placach. (To mi się jeszcze bardziej kojarzy z kryzysem nadprodukcji maszyn do szycia w końcu wieku XIX, czego skutkiem było wtedy przestawianie się fabryk na rowery, motocykle a potem samochody). Na 100% rynek będzie się oczyszczał - większość z tych firm zbankrutuje i/lub zostanie wykupiona przez lepiej stojących konkurentów, jak było i wtedy w Europie. Które firmy na rynku zostaną na razie nie wiadomo, nawet największe z nich mogą paść. Ponieważ oni i tak jadą na stratach i mają zapasy gotowych samochodów, to są gotowi sprzedawać je za grosze, byle chociaż część nakładów się zwróciła. Między innymi i stąd te niskie ceny chińskich samochodów w Europie. Przy planowaniu zakupu Chińczyka nie nastawiał bym się jednak, że części i serwis do tych samochodów będą dostępne długo, a wartość odsprzedaży samochodu po paru latach będzie znikoma (a może i trzeba będzie dopłacić do złomowania?). Można oczywiście zakładać że zamiast kupić europejski samochód za X i sprzedać go po kilku latach za X/2 kupimy chiński samochód za X/2, a po tych samych kilku latach go zezłomujemy i na jedno wyjdzie. Ale wydaje mi się to podcinaniem gałęzi na której siedzimy. To indywidualnie może i wyjdzie na jedno, ale dla społeczeństwa i państwa jednak będzie gorsze.

Oczywiście firmy mogą przez pewien czas jechać na stratach i przepalać kasę inwestorów/państwa chińskiego, ale każda taka bańka musi kiedyś pęknąć. A potem ceny chińskich samochodów będą musiały wzrosnąć do poziomu chociaż pokrywającego koszty.

Pytanie, czy do tego czasu z europejskiego przemysłu samochodowego będzie jeszcze co zbierać. Ale wina leży głównie po stronie samych europejskich firm samochodowych - zasłużyły sobie na to. Wiecie, jeżeli niejeden spotkany przeze mnie niemiecki inżynier z automotive mówi, że nie kupuje samochodów o których wie, jak są robione (czytaj: pracował w projekcie dla tej marki/modelu), to coś jest na rzeczy.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Pomyślmy

Komentarze: (1)

Kolejna zmiana branży?

Moja kariera w branży maszyn drukarskich nie potrwała długo. A i sama branża chyba wiele dłużej nie pociągnie.

Teraz dokładniej: Miałem zlecenie w firmie manroland sheetfed w Offenbachu produkującej maszyny drukarskie. Była to firma z bardzo długimi tradycjami, jej historia rozpoczęła się już w roku 1871, kiedy to Louis Faber und Adolf Schleicher założyli w tym miejscu firmę produkującą - jakże by inaczej - maszyny drukarskie.

Nie będę omawiał kolejnych konstrukcji, bo - nie będę ukrywał - na tej branży znam się słabo. W każdym razie firma przez długi czas była innowacyjna i robiła dobre rzeczy. Jeżeli dobrze interpretuję, to od 1911 nazywali oni swoje maszyny Roland. Dla ustalenia uwagi: oni nie mieli nic wspólnego z popularnymi w latach dziewięćdziesiątych plotterami Roland.

W roku 1979 fabryka Faber & Schleicher została przejęta przez koncern MAN, pewnie dlatego że miała problemy. Ale nie jestem gotowy na dyskusję o historii MAN i o tych problemach. Fabryka funkcjonowała od tego czasu jako MAN Roland Druckmaschinen AG.

W 2011 firma zbankrutowała i w 2012 została wykupiona przez brytyjski Langley Holdings. W ramach uzdrawiania firmy zrobiono wtedy parę istotnych posunięć:

  • Zrezygnowano z produkcji małych maszyn drukarskich, zostawiono tylko duże. Z grubsza w tym samym czasie największy konkurent firmy - Heidelberger Druckmaschinen - stał przed podobnym wyborem i oni zrezygnowali z maszyn dużych. Czas pokazał, że Offenbach podjął lepszą decyzję, i później Heidelberg sprzedawał również maszyny z Offenbachu pod swoją marką.
  • Opracowano nowe wersje dużych maszyn, zostało przy dwóch modelach.
  • Opracowano nowe oprogramowanie.

Problem polegał na tym, że te posunięcia były niezłe, ale firma spoczęła na laurach. Ja zostałem najęty do zaktualizowania programu w rodzaju SCADA (chociaż oni nie używali tego terminu) służącego do sterowania zadaniami druku, robieniem statystyk, analiz i raportów. No i w tym programie:

  • Ostatnie istotne zmiany były robione 10+ lat temu.
  • Rzecz była napisana w Javie 8. A Javie 8 właśnie kończy się support, więc trzeba by zrobić upgrade na jakąś nowszą wersję.
  • Do tego upgradu nawet się tam parę razy zabierali, ale sobie nie poradzili. Nie dziwię się, bo:
    • Program klienta komunikował się z serwerem między innymi przy użyciu technologii CORBA. W Javie 8 ta CORBA była zintegrowana, ale już w wersji 9 wyleciała na stałe. Podłożyć jakiejś biblioteki zastępczej nie umieli, a zmiana technologii to by było bardzo poważne zadanie, więc zawsze było odsuwane na później.
    • Program klienta był startowany przy użyciu Java Web Start, również części Javy 8, tak samo usuniętej w następnych wersjach. Zastąpić czymś innym nie umieli.
    • Mnóstwo JARów było przestarzałe.
    • Jak przeszedłem na nowsze wersje Javy okazało się, że program po stronie serwera komunikuje się przez JNI z częściami napisanymi w C++. Tyle że to C++ było skompilowane na 32 bity, a nowsze Javy są wszystkie 64-bitowe. W Windowsach nie ma możliwości żeby aplikacja 64-bitowa wciągnęła 32-bitowy DLL. Nie ma i już. Cały serwer musieli przekładać na 64 bity, co też nie było trywialne.
  • Część programu była napisana przez firmę zewnętrzną i dostarczona jako JARy. Teoretycznie były też źródła, ale jak je obejrzałem okazało się, że są niekompletne. Parę kawałków musiałem dekompilować z JARów, bo inaczej nic by z tego nie było.
  • O innych problemach mógłbym długo, zrobiłem mój pełny program "code quality" i poznajdowałem trochę ewidentnych błędów.
  • Jak dali program firmie zajmującej się testami penetracyjnymi to zgodnie z oczekiwaniami wyszło, że security w nim praktycznie nie istnieje. Na przykład po dekompilacji JARów z łatwością znaleźli wpisane tam na stałe hasło do serwera. A tymczasem wchodzi Cyber Resilience Act i klienci czegoś takiego nie będą akceptować.

Podobnie było w innych kawałkach oprogramowania i sprzętu, za poprawianie tego wszystkiego wzięli się dopiero w zeszłym roku. Jedną z przyczyn było z pewnością to, że większość pracowników odnośnych działów to ludzie w wieku przedemerytalnym, którzy zaczynali swoją karierę zawodową od tej firmy i nigdy nie widzieli nic innego.

No i wyszło tak, że w lutym byłem gotowy do integracji mojej części z przerobionym na 64 bity serwerem. Serwer miał być gotowy w początku marca. A tu we wtorek trzeciego marca o 12 zwołano załogę na zebranie, na którym ogłoszono że w sobotę 28 lutego zarząd złożył wniosek o upadłość w trybie "z parasolem ochronnym". Ten "parasol" polega na tym, że przez trzy miesiące płace pracowników płaci państwo.

Teraz idą jakieś rozmowy z potencjalnymi inwestorami, jednym z nich jest Heidelberger Druckmaschinen. Ale i oni cienko przędą, ostatnio pojawiły się informacje że będą składać drony dla wojska. Zobaczymy co będzie. W każdym razie jeżeli produkcja maszyn miała by być kontynuowana, to będą musieli do mnie przyjść, bo to poszło tak szybko że nawet nie zdążyłem wszystkiego zacheckinować, nie mówiąc o dokumentacji.

Teraz podsumowanie: Dlaczego właściwie tak się stało, że padło:

  • Oczywiście że branża się zwija i wielkiej prosperity nie należy się spodziewać. Ale ich maszyny nie były do druku książek i gazet, tylko raczej do opakowań z kartonu, blachy i plastiku. Na to zapotrzebowanie nadal istnieje.
  • Jeżeli branża się zwija, tym bardziej trzeba się starać. A oni spoczęli na laurach.
  • Nie obniżali kosztów które mogli by obniżyć - oni mieli wystrugane własne sterowniki, sami robili do nich płytki, lutowali elementy, robili oprogramowanie... Ma to swoje plusy, ale kosztuje ładnie. Za zmianę na coś normalnego zabrali się dopiero w zeszłym roku.
  • Jeżeli rynek w branży się zwija, to należało by poszerzyć asortyment na inne branże? Jak te drony na przykład?

Czyli: Upadłość była w 100% zawiniona przez samą firmę.

Tu miałem zamiar dopisać parę uwag o niemieckim automotive, ale zrobię o tym osobną notkę.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?, Programowanie

2 komentarze

Warto zobaczyć: Musée des Épaves Sous-Marine du Débarquement (Port-en-Bessin) i Central Garage (Bad Homburg)

Zestaw muzeów polecanych w tej notce może wydawać się dziwny, ale istnieje między nimi związek.

Pierwsza z polecanek jest z Normandii. To malutkie muzeum, jedna sala plus podwórko, ale mają tam coś, co mają tylko nieliczne duże muzea na świecie, a w dwóch egzemplarzach obok siebie nie ma nikt inny.

Musée des Épaves Sous-Marines du Débarquement (Muzeum Podwodnych Wraków z Lądowania) jest prywatne, należy do firmy zajmującej się pracami podwodnymi. Część tych prac to wydobywanie z morza wraków przeszkadzających w żegludze. Muzeum znajduje się na skraju miejscowości Port-en-Bessin.

W sali muzeum jest wystawione trochę drobnego złomu wydobytego spod wody, a na podwórku stoją czołgi, między innymi dwa Shermany DD z okolic plaży Omaha. Firma wydobyła takie trzy, ale jeden poszedł do USA. Oczywiście stan czołgów po dobrych 40 latach leżenia w słonej wodzie nie jest rewelacyjny (są tam reklamy środka antykorozyjnego, którym pokryto wraki po wydobyciu, jest to Owatrol Rustol).

Sherman DD
Sherman DD
Sherman DD
Sherman DD
Sherman DD
Sherman DD
Sherman DD
Sherman DD

Ogólnie przy Lądowaniu Shermany DD nie popisały się za bardzo, bo do plaży dotarły tylko dwa z trzydziestu paru, ale w sumie nie była to wina konstruktora, tylko fala była zbyt wysoka, kilkukrotnie powyżej specyfikacji. I tak cud że chociaż te dwa dopłynęły.

Oprócz Shermanów DD mają tu inne czołgi - Shermana Dozer, Stuarta, haubicę Priest.

Sherman Dozer
Sherman Dozer
Stuart M5A1
Stuart M5A1
M7 Priest
M7 Priest

I inny duży złom militarny. 

Złom podwodny
Złom podwodny

Może i nie jest to taka atrakcja, żeby specjalne tam jechać z daleka, ale będąc w okolicy warto zobaczyć.
Adres: Musée des Épaves Sous-Marines du Débarquement
26 Rte de Port, 14520 Commes, Francja

26, Route de Port, La Chenevière, Commes, Bayeux, Calvados, Normandia, Francja metropolitalna, 14520, Francja

Teraz druga polecanka: Central Garage. To jest muzeum (chociaż muzeum to raczej za dużo powiedziane - to jest po prostu parę pomieszczeń wystawowych, bez własnych zbiorów), o którym od lat wiedziałem, które jest blisko, ale nigdy nie było okazji go odwiedzić. Nawet kiedyś mieszkałem w okolicy a pracowałem z kilometr od tego miejsca w linii prostej, ale wtedy muzeum tam jeszcze nie było.

Przy wycieczce do Braun Sammlung wziąłem sobie broszurkę o aktualnych wystawach okresowych w muzeach w sporej okolicy, i przy Central Garage było napisane że mają wystawę o samochodach firmy Glas. Glas produkował między innymi Goggomobila, ale jeszcze też parę innych modeli, których nigdy nie widziałem ani nie miałem ich zdjęć. Wybrałem się więc.

Na miejscu okazało się, że wystawa jest całkiem, ale to całkiem inna: Była o samochodach angielskiej firmy Alvis. Broszurka o wystawach okresowych była wydrukowana w 2020, planowana była inna wystawa, z przyczyn pandemicznych wyszło inaczej.

Akurat angielskie samochody nie interesują mnie specjalnie, o firmie Alvis nawet dotąd nie słyszałem. W sumie samochody jak samochody, ale zauważyłem interesujące rozwiązanie techniczne: Większość tych samochodów miała typowe dla tamtego okresu resory piórowe. Oprócz tego miały one coś w rodzaju mechanicznego amortyzatora, a oko działającego na tarcie. Twardość zawieszenia można było ustawić dociągając albo popuszczając śrubę ściągającą elementy trące.

Alvis, model nieustalony
Alvis, model nieustalony

Jak to się wiąże z pierwszą polecanką? Z tablic na wystawie dowiedziałem się, że to właśnie jeden z głównych inżynierów firmy Alvis - Nicholas Straussler - wymyślił ten system przerobienia czołgu na pływający i opracował Shermana DD.

Central Garage jest w Bad Homburgu. Wstęp za darmo, proszą o co łaska na cel dobroczynny. Otwarte od środy do niedzieli 12:00 do 16:30, w święta zamknięte. Adres:
Central Garage
Niederstedter Weg 5
61348 Bad Homburg v.d.Höhe

Central Garage, 5, Niederstedter Weg, Berliner Siedlung/Gartenfeld, Bad Homburg vor der Höhe, Hochtaunuskreis, Hesja, 61348, Niemcy
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Warto zobaczyć: Technoseum Mannheim

Technoseum Mannheim liczy się do największych niemieckich muzeów techniki, a mimo to mam wrażenie, że jest mało znane. Może dlatego, że jest dość nowe - zostało otwarte dopiero w roku 1990. 

Byliśmy tam już trzy razy, bo to jest najbliższe Frankfurtu duże muzeum ogólnotechniczne - tylko 85 kilometrów. Następne są Speyer (110 km) i Sinsheim (125 km), ale oba nie są ogólnotechniczne, tylko zorientowane na wszelkiego rodzaju pojazdy. A takie ogólnotechniczne lepiej nadaje się do pokazywania odwiedzającym nas młodym krewnym.

O muzeum dowiedziałem się gdzieś tak w połowie dwutysięcznych, z reklamy okresowej ekspozycji astronautycznej. Reklama była na pobliskim dworcu kolejowym. Zajechaliśmy tam po drodze na imprezę firmową w Austrii, wystawa była fajna, mieli tam wiele oryginałów, ale oczywiście zazwyczaj nie tych, które poleciały - na przykład prototyp Łunochoda do prób naziemnych. Tyle że nie dali na tej wystawie robić zdjęć.

Przy następnych wizytach nie było tak spektakularnych wystaw okresowych, ale ekspozycja stała jest wystarczająco ciekawa. Niestety moje zdjęcia są słabe i paru przydatnych do notki brakuje - muszę więcej myśleć o notkach przy następnych wizytach w różnych ciekawych miejscach.

Muzeum położone jest bardzo dogodnie - na skraju miasta, kilkaset metrów od autostrady A6, i ma duży parking. Zwiedzanie zaczynamy od najwyższego piętra, gdzie możemy robić różne doświadczenia. Drugie podobne miejsce jest na jednym z niższych poziomów. Owszem, to typowa rzecz w dzisiejszych muzeach techniki/centrach nauki, ale parę z dostępnych tu jest naprawdę fajne.  

Mannheim i jego okolice to od bardzo dawna było centrum przemysłowe i muzeum w dużym stopniu zajmuje się historią okolicznej techniki. Na kolejnych poziomach wystawione są dawne maszyny włókiennicze, papiernicze, prądnice, parowozy itp.

Technoseum Mannheim
Technoseum Mannheim
Technoseum Mannheim - Maszyna żakardowa
Technoseum Mannheim - Maszyna żakardowa
Technoseum Mannheim - Hanomag Komissbrot
Technoseum Mannheim - Hanomag Komissbrot

Z ciekawostek, to na przykład można wsiąść na bicykl. Syn jako rowerofil musiał to zrobić, ale jeździć tym bicyklem oczywiście nie można, było by zbyt ryzykowne. Bicykl stoi na stojaku można wsiąść i pokręcić pedałami. 

Technoseum Mannheim - Bicykl
Technoseum Mannheim - Bicykl

Ogólnie jest trochę o historii rowerów, przecież Karl von Drais był z Karlsruhe, niezbyt daleko stąd.

Technoseum Mannheim - Laufrad Karla von Draisa
Technoseum Mannheim - Laufrad Karla von Draisa (replika)

Można tu zobaczyć, jak zbudowany jest paternoster, dokładnie taki jak w budynku IG-Farben we Frankfurcie.

Technoseum Mannheim - Paternoster
Technoseum Mannheim - Paternoster

Jest też oczywiście spory dział z zabawkami technicznymi, również z komputerami domowymi i grami komputerowymi.

Technoseum Mannheim - Commodore 64
Technoseum Mannheim - Commodore 64

Najbardziej podobała mi się duża komora pęcherzykowa, tak z metr na metr, można gapić się na nią godzinami. Aż pomyślałem żeby sobie coś takiego sprawić (oczywiście nie taką dużą, bo gdzie to trzymać?). Posprawdzałem trochę, i nawet da się takie urządzenie kupić za rozsądną cenę, problem polega na tym, że do pracy potrzebuje to suchego lodu. Niby suchy lód też można kupić, ale spontaniczna zabawa nie wchodzi w rachubę - nie da się go kupić na zapas na dłuższy czas, trzeba albo w godzinach otwarcia firmy pojechać go kupić, albo z wyprzedzeniem zamówić z wysyłką. Czyli praktyka była by taka, że raz, góra dwa razy bym się pobawił, a potem by leżało w piwnicy. Więc lepiej dać sobie spokój.

Technoseum Mannheim - komora pęcherzykowa
Technoseum Mannheim - komora pęcherzykowa (słabo wyszło na zdjęciu)

Ogólnie: warto zobaczyć. Adres:

Technoseum Mannheim
Museumsstr. 1
68165 Mannheim

Technoseum, 1, Museumsstraße, Oststadt, Schwetzingerstadt/Oststadt, Mannheim, Badenia-Wirtembergia, 68165, Niemcy
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Warto zobaczyć: Deutsches Panzermuseum Munster

Znowu bardzo zaległa notka. Na początek ostrzeżenie: Jeżeli chcecie się do opisywanego muzeum wybrać, to uważajcie przy planowaniu i wpisywaniu celu w nawigację: Muzeum jest w małym miasteczku Munster (przez u), leżącym mniej więcej w połowie odległości między Hamburgiem a Hannoverem. Istnieje jednak znacznie większe miasto Münster (przez ü umlaut), niedaleko Dortmundu. Lepiej się nie pomylić, bo oba miasta dzieli prawie 300 kilometrów.

Zalążkiem muzeum były zbiory miejscowej Szkoły Wojsk Pancernych, które w 1983 roku przekształcono w ogólnodostępne muzeum. Jak po tego rodzaju instytucjach można się spodziewać, muzeum koncentruje się na sprzęcie tworzonym i używanym w Niemczech, również NRD.

Zaczynamy od pierwszego niemieckiego czołgu A7V, tyle że nie oryginału. Czołgów tych zrobiono tylko 20 sztuk, żaden oryginał nie dotrwał, tutaj jest rekonstrukcja.

Replika czołgu A7V
Replika czołgu A7V

A7V był jedynym czołgiem niemieckim użytym w WWI, w samym końcu wojny i po jej zakończeniu zrobiono tam jeszcze ze 20 sztuk lekkiego czołgu LK II, a potem na mocy Traktatu Wersalskiego nie wolno już było robić Niemcom czołgów. Część wyprodukowanych LK II sprzedano do Szwecji, i stąd jest w muzeum jeden oryginalny.

Czołg LK II
Czołg LK II

Z tak wczesnych konstrukcji jest jeszcze samochód pancerny Daimler DZVR 21, a potem jest dziura aż do lat trzydziestych, kiedy Niemcy zaczęli omijać postanowienia Traktatu.

Samochód pancerny Daimler DZVR 21
Samochód pancerny Daimler DZVR 21

Z okresu drugowojennego mają niemal wszystko, włącznie z tymi typami, których na świecie zostało ledwie po kilka sztuk. No ale gdzie mają być, jak nie tutaj?

Panzerkampfwagen VI Tiger
Panzerkampfwagen VI Tiger

No i trudno się dziwić, że mają dużo niemieckiego sprzętu powojennego.

Czołg Leopard I A1 A4
Czołg Leopard I A1 A4
Flugabwehrkanonenpanzer Gepard
Flugabwehrkanonenpanzer Gepard

Oprócz tego mają oczywiście pełny zestaw poenerdowski i trochę sprzętu z innych krajów.

Czołg T-54
Czołg T-54

Czy warto zobaczyć? Jeżeli wasza droga prowadzi przez tę okolicę, to na pewno warto. Ale jeżeli byliście już w Saumur i w Lešanach, to nie zobaczycie tu wielu rzeczy, których jeszcze nie widzieliście.

Adres:

Deutsches Panzermuseum Munster
Hans-Krüger-Str. 33
29633 Munster / Niedersachsen.

Deutsches Panzermuseum, 33, Hans-Krüger-Straße, Munster, Heidekreis, Dolna Saksonia, 29633, Niemcy

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

3 komentarze

Warto zobaczyć: Braun Sammlung Kronberg

Dziś całkiem świeże zdjęcia i nowa wycieczka.

Już parę lat temu zauważyłem, że w okolicy mam jeszcze jedno muzeum mniej-więcej techniczne którego jeszcze nie widziałem - Braun Sammlung w Kronbergu. Kronberg to taka nie za duża (ok. 17.000) miejscowość w Taunusie, z dużym udziałem bogaczy wśród ludności - bo to blisko Frankfurtu, ale tam samoloty nie latają i jest cisza. Braun był dla mnie jasny - to ta firma od maszynek do golenia, elektrycznych szczoteczek do zębów i innych wyrobów gospodarstwa domowego, ale również na przykład sprzętu grającego, najbardziej znana z niezłego designu swoich produktów. Ale dlaczego akurat Kronberg - tego nie mogłem skojarzyć. Przyczyna jednak jest, i to bardzo istotna - ale najpierw trochę historii.

Firma Braun powstała w roku 1921 we Frankfurcie, założył ją pochodzący z Prus Wschodnich inżynier Max Braun. Jego pierwszym produktem był przyrząd do łączenia skórzanych pasów transmisyjnych. Tego rodzaju pasy były w tych czasach używane powszechnie do napędu maszyn - w fabryce, gdzieś wysoko był poprowadzony wałek napędzany jakimś rodzajem silnika (mogło być wszystko - maszyna parowa, silnik spalinowy, koło wodne, ...). Z tego wałka moc była przekazywana do wszelkich maszyn właśnie skórzanymi pasami. Krytycznym miejscem było łączenie pasa - a trzeba to było zrobić na miejscu, żeby długość była właściwa.  Przeniesienie napędu pasami skórzanymi stosowano również w rolnictwie, na przykład gdy traktor lub lokomobila napędzały młocarnię.

Braun urządzenie do łączenia pasów transmisyjnych

Braun urządzenie do łączenia pasów transmisyjnych

Jak widać na zdjęciu, urządzenie Brauna wbijało w końcówkę pasa spiralę z drutu, jak to dokładnie robiło trudno powiedzieć. Spirale były chyba spłaszczane i łączone sztyftem. Przyrząd Brauna sprzedawał się bardzo dobrze, bo jego połączenie było trwalsze niż w innych rozwiązaniach.

Od 1923 roku Braun zajął się również odbiornikami radiowymi, najpierw detektorowymi, potem lampowymi. Szło mu na tyle dobrze, że w 1926 przeniósł się z produkcją do pomieszczeń typowo fabrycznych (jego poprzedni adres to była istniejąca do dziś kamienica, podejrzewam że miał warsztat w oficynie). Potem robił głównie w technice radiowej, jak wynika z różnych rzeczy które czytam w ramach researchu produkcja odbiorników lampowych wymagała wtedy jakichś zezwoleń (Bauerlaubnis), o które nie było łatwo. Braun przejął w tym celu zakład niejakiego Carla Sevecke, który takie zezwolenia miał. W czasie wojny Braun produkował nadajniki radiowe dla wojska, a w 1944 jego obie fabryki (druga to ta po Carlu Sevecke) zostały zniszczone w nalocie.

Zaraz po wojnie Braun wznowił produkcję latarek na dynamo (produkował je już od roku 1938). Miałem kiedyś dokładnie taką latarkę w ręku, miał ją mój wujek, podobno wyprodukowano ich około 3 milionów sztuk. Tu anegdota: Wcześniej miałem książkę o majsterkowaniu, pod tytułem bodajże "Młody konstruktor" (gdzieś mi zaginęła), i pamiętam do dziś mój WTF? przy poradzie żeby cośtam wziąć ze "starej latarki, której wytarte koła zębate nie nadawały się już do użytku" (cytat z pamięci, naprawdę zrył mi psychikę, więc raczej wierny). Latarkę z kołami zębatymi zobaczyłem dopiero wiele lat później.

Braun latarka na dynamo

Braun latarka na dynamo

Od 1947 Braun wrócił do odbiorników radiowych, a w 1950 wymyślił i opatentował swój system elektrycznej golarki, takiej z folią z dziurkami i oscylującymi ostrzami. W sumie to nie wiem na czym dokładnie polegał jego wynalazek, bo wszystkie te elementy były znane i opatentowane już wcześniej. (Fun fact: w polskiej wiki nie ma artykułu o goleniu, jest tylko o Goleniu owiec). 

Krótko później, w roku 1951, Max Braun zmarł nagle na zawał serca. Firmę przejęli jego synowie Artur i Erwin. Erwin miał koncepcję, że firma to nie powinien być tylko biznes, ale holistyczny projekt społeczno-kulturowy. Wprowadził na przykład zdrowe jedzenie w zakładowej kantynie, ale przede wszystkim zatrudnił sporo prawdziwych designerów, w tym dwóch wywodzących się z Bauhausu (muszę zrobić parę notek o Bauhausie, trochę swoich zdjęć już mam). No i ci designerzy zaczęli robić naprawdę dobrą robotę. Przeprojektowali wszystkie dotychczasowe produkty firmy nadając im jednolity, prosty i elegancki styl. 

Tu przykład tego, co zrobili ci designerzy. Najpierw maszyna kuchenna, jaką zaprojektowano u Brauna w roku 1950 (Braun Multimix). Widać, że robił ją ktoś od maszyn dla przemysłu - brzydkie, trudne do utrzymania w czystości, pasowałoby do warsztatu gdzieś pomiędzy tokarką a frezarką.

Braun Multimix (1950)

Braun Multimix (1950)

Designerzy zrobili coś takiego - rzecz, jaką do dziś kojarzymy z maszyną kuchenną.

Braun KM3 (1957)

Braun KM3 (1957)

Podobnie zmienili design sprzętu RTV. Przed nimi, w Niemczech funkcjonowały nazwy grup towarowych: Duże AGD (pralki, lodówki itp.) to było Weißware (dosłownie: towary białe), a RTV - Braunware (towary brązowe), od drewnianych obudów. Designerzy Brauna poszli w biały, szary i czarny, funkcjonalność oraz proste Bauhausowe formy. 

Braun SK1

Braun SK1 (1955)

Nowo zdesignowany sprzęt RTV pokazano w roku 1955 na targach w Düsseldorfie. To była rewolucja, konkurent Brauna, Max Grundig stwierdził publicznie, że oni przez takie głupoty przeputają taką dobrą firmę po ojcu. Okazało się jednak, że praktycznie cała konkurencja nie wyłączając Grundiga musiała przestawić się na podobne idee w designie jeszcze przed końcem dziesięciolecia.

W 1961 w Kronbergu zaczęto budowę centrali firmy, stąd opisywane muzeum w tym miejscu. Mieści się ono w budynku w którym na dole jest REWE, a na innych piętrach głównie gabinety lekarskie, centrala firmy jest po sąsiedzku.

Największe sukcesy firma Braun miała na polu golarek, w związku z tym w 1967 została kupiona przez Gillette. Znowu Gillette w 2005 zostało wykupione przez Procter & Gamble. O tym, co i kiedy Braun zaczął lub przestał robić można jeszcze długo, może teraz coś o muzeum.

Braun Sammlung

Braun Sammlung

To jest muzeum fabryczne, więc mają tam porządny zbiór większości rzeczy, które firma robiła. A nawet były tam rzeczy, których na rynku jeszcze nie ma. No i to jest naprawdę dobry design, oglądanie go jest miłe i kształcące.

Inna obserwacja to to, że w krajach bloku sporo produktów było mniej lub bardziej zrzynane z designu Brauna. Może nie co do ostatniej śrubki, ale co najmniej koncepcja.

Jeszcze zobaczyłem coś takiego: Braun Lectron:

Braun Lectron

Braun Lectron

Braun Lectron

Braun Lectron

To jest zestaw edukacyjny do układów elektronicznych, złożony z kostek w rastrze 27x27 mm. Każda kostka ma w podstawie magnes, którym przyczepia się ją do metalowej podstawy. Po bokach są pola kontaktowe a na górze symbol elementu. System ten wymyślił w połowie lat sześćdziesiątych  Georg Franz Greger. W 1967 Braun kupił prawa do tego systemu na Niemcy. Historia systemu była długa i burzliwa, obecnie prawa do niego mają Warsztaty Rehabilitacyjne we Frankfurcie, w sąsiedniej dzielnicy Oberrad. Te warsztaty to placówka rehabilitacyjna dla osób chorych psychicznie, cel szczytny, ale w tej chwili nie da się ich produktu kupić (przez pandemię?). Ogólnie uważam to za zajebiozę, dlaczego nie ma tego w każdej szkole? Tu aktualna strona systemu.

Muzeum nie jest specjalnie uczęszczane, byliśmy tam jedynymi zwiedzającymi, nie sądzę żeby kiedykolwiek był tam tłok. Ale odwiedzić naprawdę warto.

Adres:

Braun Sammlung
   Westerbach Zentrum
   Westerbachstraße 23C
   61476 Kronberg im Taunus
   (To jest tuż obok stacji S-Bahnu Kronberg Süd)

Czynne: 11-17, w poniedziałki nieczynne

Wstęp:
Dorośli: 3 EUR
Dzieci 7-17 lat - 1,50 EUR

Sorry za brak mapy, ale sporo się namieszało - Google teraz chce pieniędzy za korzystanie z mapek, stare jeszcze działają, ale nowych już się nie da bez płacenia . Plugin którego używam (MapPress) obsługuje inne, darmowe źródło danych (Leaflet), ale na razie też mi się nie udało zrobić nowej mapki (pewnie jest w tym jakiś haczyk).

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

2 komentarze

Jak to się robi w Niemczech: Lewicowe (?) psycholstwo

Niedawno blogokomentator red1grzeg zadał pytanie o AfD z niemieckiego punktu widzenia. To bardzo ciekawy temat i mam zamiar o tym napisać, ale teraz zacznę od drugiego (przynajmniej w deklaracjach) bieguna sceny politycznej.

Już ponad dziesięć lat temu WO miał na swoim blogu notkę w której wysnuwał tezę, że w Polsce psycholi przyciąga głównie prawica, a w innych krajach bywa inaczej. Przypomniało mi się to, gdy znowu w mojej skrzynce pocztowej znalazła się broszurka (no może broszurka to za dużo powiedziane, to zawsze ma objętość jednej-dwu kartek A4 zadrukowanych dwustronnie) sygnowana przez niejaki "Bund gegen Anpassung" ("Związek przeciw dopasowaniu"). Druki ktoś wtyka do wszystkich skrzynek pocztowych kilka razy do roku. A ja to próbuję czytać i mam z tymi tekstami stały problem - nic nie rozumiem.

Znaczy ja rozumiem wszystkie używane słowa, dobrze rozumiem gramatykę zdań, rozpoznaję źródła stylistyki i retoryki, rozumiem całe zdania, ale co do treści to mam naprzemiennie WTF i facepalm oburącz. Bo to jest tak:

Autor uważa się za lewicowca. Tak wygląda jego logo (napisy głoszą: "kontrola urodzeń", "skrócenie czasu pracy", "powszechna równość"):

 Bund gegen Anpassung - logo

Jego retoryka i inwektywy są lewackie w pierwotnym znaczeniu tego słowa. Ciągle jest o przebrzydłych kapitalistach, imperialistach, zwykłych pognębionych ludziach itd. Tyle że jest to napisane tak grafomańsko i egzaltowanie, że trudno wyłapać o co właściwe autorowi chodzi. Ja jak się mocno nie skupię, to odpadam zanim doczytam do końca akapitu.

Ale jak już doczytam, to zaraz mam mindfucka. Na przykład w ostatniej ulotce autor podziwia Trumpa (i to nie pierwszy raz) jako dobroczyńcę prostego ludu (WTF?) i przeciwstawia go złemu Sorosowi, który przecież dla "prawdziwej prawicy" jest synonimem wrednego lewaka finansującego komunizm. Lewicowość autora w konkretnych poglądach przejawia się głównie w krytykowaniu USA i generalnie świata zachodniego i bezkrytycznym wychwalaniu Rosji (WTF?). Jak ktoś uważa współczesną Rosję za lewicowy wzór do naśladowania to chyba musi mieć co najmniej trzydziestoletniego jetlaga i zasługuje najwyżej na facepalma.

Z tym że takie skrzywienie prezentuje nie tylko on. Podobnie widzi temat na przykład partia Die Linke. Ona ogólnie jest rzeczywiście mocno lewicowa i nawet czasem zastanawiam się czy na nią nie zagłosować, ale zaraz wyłazi im dziedzictwo SED (z którego przecież bezpośrednio się wywodzą), wygłaszają coś w stylu proradzieckiej propagandy jaką pamiętam ze studiów i chęć głosowania na nich zaraz mi przechodzi.

Teraz lekka dygresja. Mam tu we Frankfurcie dalekiego krewnego z pokolenia moich rodziców, który wyemigrował jeszcze w latach siedemdziesiątych. On uwielbia czytać o spiskach i podarował mi pewien czas temu popularną w Niemczech książkę o przyczynach tego wszystkiego, co dzieje się obecnie na Bliskim Wschodzie, Książka ma tytuł "Wer den Wind sät..." ("Kto sieje wiatr..."), napisał ją Michael Lüders, który niby ma się na temacie znać. Według przedmowy książka ma burzyć powszechnie utrwalony obraz że to wszystko przez tych wstrętnych Ruskich i opowiada historię ostatnich stu kilkudziesięciu lat tego regionu praktycznie wcale nie wspominając o Związku Radzieckim i Rosji. Jest tam tylko o tym, jak przebrzydli zachodni imperialiści ciągle się mieszali w wewnętrzne sprawy spokojnych, niezależnych i samorządnych krajów regionu (i Afganistanu też). Oj dana, dana, wszystko przez Reagana.

Michael Lüders - Wer den Wind sät

Michael Lüders - Wer den Wind sät

Znaczy ja nie przeczę że się mieszali, mieszali się jak cholera, ale opowiedzenie tego całkowicie pomijając rolę ZSRR jest taką samą manipulacją, jak zwalenie wszystkiego na Ruskich. I założę się, że wielu (zwłaszcza mniej oczytanych) czytelników nie zwróciło uwagi na przedmowę tylko wzięło tekst poważnie jako "ukrywaną, najprawdziwszą prawdę historyczną".

Wróćmy do naszego ulotkowego psychola: Podobnie było przy TTIP. On też jojczył nad TTIP, ale mindfuck mi zrobił gdy puścił ulotkę pod alarmującym tytułem "TTIP to przesądzona sprawa" jak już od dobrych kilku tygodni było dokładnie wiadomo, że nic z tego nie będzie. Czym zresztą nic się nie różnił od polskich politycznych psycholi głównie z obozu PiSowskiego. A wystarczyło się chociaż trochę tematem interesować żeby wiedzieć, że negocjacje w sprawie TTIP posuwały się w tempie ślimaczym, umowa miała mieć 17 rozdziałów, a przez wiele lat negocjacji do samego końca nie udało się uzgodnić ani jednego z nich i cokolwiek do podpisania w ogóle nie istniało. Co nie przeszkadzało oszołomom wszelkiej maści krzyczeć "UNIA ODDAJE SIĘ AMERYKANOM W NIEWOLĘ!!!ONE!". No mać, mać, mać, jak by tak bardzo chciała się oddać to umowę podpisano by w try miga, problem polegał na tym, że Amerykanie rzeczywiście chcieli wziąć wszystko co możliwe, ale Unia wcale nie była skłonna im tego dać. Ja rozumiem, że polscy psychole nie mają pojęcia o niemieckiej polityce i mogą wypisywać głupoty w rodzaju "Merkel musi szybko podpisać TTIP bo Deutsche Bank ma straty i zaraz padnie" (autentyczny tekst, który widziałem w paru miejscach) - skąd biedacy mają wiedzieć że Deutsche Bank mimo Deutsche w nazwie to firma prywatna (niemiecki bank emisyjny nazywa się Deutsche Bundesbank, ale jaki świr by na to wpadł?), i że Merkel ma rząd koalicyjny a za negocjacje TTIP odpowiedzialni byli ministrowie z SPD, bez nich i tak nic by nie podpisała. No ale mieszkając w Niemczech i interesując się chociaż trochę polityką trudno było nie zauważyć jak Steinmeier (akurat najbardziej kompetentny w temacie, bo odpowiedzialny za negocjacje TTIP minister spraw zagranicznych z SPD) oznajmił że TTIP jest martwy i za to publiczne stwierdzenie faktu mu się z różnych stron dostało. A ten świr od ulotek nie zauważył do tego stopnia, że ostatnio przypisał jedyną zasługę w nie dojściu TTIP do skutku Trumpowi.

Z kolejnych jego poglądów to on jest (jeżeli dobrze wyczytuję z jego mętnych figur retorycznych)  generalnie przeciw przyjmowaniu uchodźców. Jakoś nie za bardzo pasuje to do wrażliwości lewicowej. Stałym jego tematem jest "Lügenpresse" (czyli że "prasa kłamie") - w zasadzie z tymi dwiema rzeczami mógłby od razu przystąpić do Pegidy a nawet AfD. Od razu wyjaśnię temat "Lügenpresse" - z pewnością do mediów niemieckich można mieć takie czy inne zastrzeżenia, ale gdzie jest ten ideał? Pluralizm mediów w Niemczech z całą pewnością istnieje, a rozdział mediów publicznych od państwa działa tak dobrze, jak chyba nigdzie na świecie. Jak ktoś uważa akurat media niemieckie za generalnie "Lügenpresse" to musi nie mieć najbledszego pojęcia o innych krajach. #problemypierwszegoświata.

Jeszcze można by tak długo. Ale trzeba przyznać, że ten dysonans między retoryką a poglądami jest fascynujący, nazbierałem już kilkanaście ulotek "Bund gegen Anpassung", bo takiego kuriozum nie będę wyrzucał. A autor musi też znajdować sympatyków, bo jednak drukowanie sporych nakładów i rozprowadzanie ich wymaga trochę grosza, a nie sądzę żeby pokrywał to wszystko z własnej kieszeni.

Poszukałem kto właściwie za tym wszystkim stoi: Autorem ulotek jest niejaki Fritz Erik Hoevels, mieszkający tu, we Frankfurcie. Jest on psychoanalitykiem i publicystą, oraz przewodzi organizacji pod nazwą "Bund gegen Anpassung". Hoevels na studiach był zafascynowany lewicą, zapisał się do Sozialistische Deutsche Studentenbund (Socjalistycznego Związku Studentów Niemieckich), organizacji początkowo bliskiej SPD, która potem zdryfowała daleko na lewo. Hoevels stał się aktywnym działaczem, ale potem coś swoimi akcjami narozrabiał (nie znam szczegółów). Jako swoich idoli podaje on Marksa, Engelsa (to jeszcze całkiem spoko), Lenina i Trockiego (tu wskazówka wykrywacza świrów wychyla się już znacząco), oraz Freuda i Reicha, tego od orgonów (wskazówka wykrywacza świrów dochodzi do oporu mechanicznego). Do lewicowego zestawu idoli nie tylko mi nie pasują jego poglądy - przez wiele źródeł jest od klasyfikowany jako "skrajna prawica" + "sekta". On sam przed wyborami kilka lat temu zalecał swoim zwolennikom głosowanie na NPD (czyli faszystów) albo Piratów, zestaw przedziwny.

Autor ma swoją stronę w sieci, podstrona "O autorze" jest nawet przetłumaczona na polski. Ciekawe kto tłumaczył, bo tłumaczenie bardzo dobrze oddaje kwiecisto-mętny styl oryginału.

Jakie z tego wnioski? Po pierwsze WO ma rację, że prawica nie ma monopolu na psycholi. W Polsce poglądy lewicowe zostały spalone przez okres realnego socjalizmu, gdzie indziej tak nie jest.

Po drugie: Psychol to psychol. Czy przyznaje się do prawicy, czy do lewicy, poglądy wychodzą bardzo zbliżone.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

13 komentarzy

Warto zobaczyć: Muzeum historii medycyny, Charite Berlin

Mnóstwo miejsc które warto zobaczyć czeka na opisanie, a ja ciągle mam zbyt wiele zajęć żeby do tego dojść. Ale to, co widziałem ostatnio było tak mocne, że muszę się podzielić.

W ostatnich tygodniach niemiecka telewizja publiczna pokazała premierowo nowy, sześcioodcinkowy serial o lekarzach z berlińskiego szpitala Charite. Nazwa ta chyba nie jest większości czytelników z Polski znana, ale główni bohaterowie z pewnością tak. Są to słynny patolog Rudolf Virchof, i trzej laureaci Nagrody Nobla: Robert Koch, Paul Ehrlich i Emil von Behring. Serial całkiem nie najgorszy, oczywiście nie jest to rzecz naukowa, tylko popularna historyjka na faktach i tle, ale da się oglądać a i istotne fakty się zgadzają. Tu trailer:

A poczytując w sieci informacje uzupełniające znalazłem, że w szpitalu Charite jest muzeum. Wracając z kraju zajechaliśmy więc. No i okazało się że muzeum jest po prostu zajebiste. Zaplanowałem że zejdzie na nie godzinka, a po wyjściu okazało się, że minęły ponad trzy - to chyba najlepsza rekomendacja. Tak naprawdę to za dużo wrażeń na jeden raz, należałoby pójść tam parę razy. Jedyny problem jest taki, że absolutnie nie pozwalają tam robić zdjęć i notka będzie opatrzona tylko dwoma zdjęciami budynków z zewnątrz.

Charite, Berlin

Charite, Berlin

Muzeum mieści się w budynku, w którym wykładał Virchof, i w którym miał on swoją kolekcję preparatów. Sala w której wykładał zachowała się w stanie ruiny - w końcu wojny budynek został częściowo zniszczony, potem odbudowano nad salą strop (tyle że z betonu), ale w sali zostało tylko to, co było z cegły.

Zwiedzanie zaczyna się od wystawy okresowej, teraz jest to wystawa poświęcona kryminalistyce. Bardzo interesująca, wszystkie aspekty szukania, zabezpieczania i analizy śladów przestępstw są dokładnie pokazane i omówione. Może to być szczególnie wartościowe dla miłośników kryminałów.

Wystawa stała zaczyna się od historii kolekcjonowania preparatów patologicznych, wywiedziona ona jest z gabinetów osobliwości, którymi chwalili się wszyscy szanujący się (i odpowiednio bogaci) szlachcice. Wywód prowadzi oczywiście do kolekcji Vichofa, która jest trzonem najciekawszej części ekspozycji.

Virchow był jednym z najbardziej znanych patologów tamtych czasów, jego mottem było "Kein Tag ohne Preparat" (z grubsza "Dzień bez preparatu to dzień stracony"). Nagromadził on mnóstwo zadziwiających preparatów, nierzadko naprawdę szokujących. UWAGA: Rzecz nie jest dla delikatesów! Na przykład płód, na oko 7-8 miesięczny z jednym okiem pośrodku czoła - regularny cyklop - musi zrobić wrażenie na nieprzygotowanym fachowo obserwatorze, nawet dość odpornym. Wyraźnie odradzają (odradzają - nie mylić z "zakazują") chodzenie tam z dziećmi poniżej 16 lat. Oczywiście wszystko jest do decyzji rodziców, widziałem tam chłopaka na oko 12 letniego, radził sobie bez problemu (ale może ma rodziców chirurgów, albo sporo grał w Brutal Doom).

Oprócz tego jest tam jeszcze ciekawa kolekcja narzędzi i przyrządów medycznych z różnych okresów, sporo o historii szpitala oraz szpitalnictwa w ogólności. Na okrasę jest jeszcze trochę tablic związanych z serialem. Ale od razu wyjaśnienie co do serialu: Nie był on kręcony "on location" w Berlinie, a głównie w Pradze, bo tam wnętrza zachowały się w stanie bliskim tego sprzed około stu lat.

Charite, Berlin

Charite, Berlin

Po obejrzeniu kolekcji Virchofa naszły mnie przemyślenia (nie żeby specjalnie nowe). Syn poznał ostatnio we Frankfurcie jednego studenta pierwszego roku biologii, który jest zwolennikiem Inteligentnego Projektu. Mam nadzieję że nie dotrwa on końca studiów jako fan ID, znaczy albo go nauczą faktów, albo wywalą. Ale uważam że każdy wyznawca "Genialnego, Inteligentnego Projektanta" powinien pooglądać sobie taką kolekcję. Przecież gdyby ktoś w przemyśle zaprojektował produkt czy proces robiący tak poważne problemy i z tak wysoką stopą błędów, to szybko wyleciałby z roboty. Naprawdę ktoś chce wierzyć w geniusz takiego fuszera? I to będąc przedstawicielem gatunku, u którego jedną z najczęstszych przyczyn śmierci jest przytkanie takiej jednej rurki? Jeżeli już naprawdę upierać się przy osobowym stwórcy, to o wiele łatwiej i niesprzeczniej jest wyobrazić sobie "Wielkiego Zegarmistrza" konstruującego mechanizm (ewolucyjny) i puszczającego go w ruch. Bo wtedy co złego, to nie On, to wygenerował biegnący proces, a nie "Projektant". Oczywiście nie rozwiązuje to ostatecznie problemu niedostatecznej fachowości "Zegarmistrza" tworzącego zawodny mechanizm, tylko odsuwa go z centrum uwagi - ale to inny temat.

Szpital leży w dawnej części wschodniej, bardzo blisko niegdysiejszego muru. Z parkowaniem w okolicy jest ciężko, polecam parkhaus, zwłaszcza że trudno ocenić ile czasu będzie potrzebne na zwiedzanie (z pewnością bardzo zależy to od własnej odporności i zainteresowania tematem).

 Adres:

Berliner Medizinhistorisches Museum

Charitépl. 1, 10117 Berlin - tak jest podane w sieci, ale to adres bramy głównej szpitala, który spory jest. Muzeum mieści się w drugim końcu terenu, wewnętrzne ulice mają swoje nazwy i adres wewnętrzny to Virchofweg 18

Otwarte:

  • Wtorek, czwartek, piątek, niedziela - 10-17
  • Środa i sobota 10-19
  • W poniedziałki nieczynne

Wstęp:

  • Bilet normalny 9 EUR
  • Bilet ulgowy 4 EUR

10117 Berlin, Niemcy

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

5 komentarzy

Hannah Arendt i banalność wszystkiego

Notka przeleżała mi się już dobry miesiąc, głównie przez nieustanną walkę z programistycznymi twitami i związany z nią wyjazd do Meksyku. Na szczęście bieżąca kampania zbliża się do końca. Ale pojawiło się coś, czym muszę się podzielić. Był to pokazany przez arte film "Hannah Arendt". Nazwisko to oczywiście znałem, miałem też obowiązkowe skojarzenie z banalnością zła, ale jakoś tak się złożyło że "Eichmanna w Jerozolimie" dotąd nie czytałem. Film był niezły, jak na film o kimś kto głównie siedzi i pisze albo wygłasza wykłady akademickie to trzymał w niezłym napięciu. I finałowa scena polemiki na wykładzie zachęciła mnie do sięgnięcia po książkę. Zwłaszcza że w filmie wszyscy bohaterowie dzieło komplementowali, nawet jeżeli fragmenty im się bardzo nie podobały.

No i książka rozczarowuje. Znaczy relacja z procesu Eichmanna jest interesująca (chociaż przygnębiająca), dowiedziałem się z niej sporo nowych rzeczy o karierze Eichmanna, jego aresztowaniu i procesie, mechanizmach Zagłady, różnicach między antysemityzmem w różnych krajach, itd., niestety relacja jest dość chaotyczna. Narracja leci jednym ciągiem bez żadnej strukturyzacji tekstu, rozdziały wynikają chyba tylko z pierwotnego podziału tekstu na odcinki drukowane w gazecie. No ale pewnie jako inżynier mam tu zbyt wysokie wymagania. Gorzej, że z książki niewiele mogłem się dowiedzieć na temat poddtytułowej tezy o "banalności zła". Słowo "banal*" występuje w całej książce zaledwie trzy razy i to w dużych odstępach. Brak jest jakiejś syntezy, chociaż takiej jak pojawiła się w filmie. Film jest zazwyczaj gorszy od książki, więc sądziłem że finałowa scena wykładu to tylko okrojony wybór fragmentów z tekstu, tymczasem było to właśnie to, czego w tekście brakowało. W dodatku zasadniczą treścią sceny były wyjątki z polemiki z krytycznym listem, nie należącej do pierwotnego tekstu, a tylko dodanej w późniejszych wydaniach jako postscriptum.

Jako przyczynek do "banalności zła" film jest znacznie lepszy niż książka. Na przykład książka tylko wspomina o tym (dwa razy), że Eichmanna na procesie pytano czy zabiłby swojego ojca gdyby Führer kazał, film zawiera oryginalne nagranie filmowe z procesu i pokazuje cały dialog, bardzo mocny zresztą. A akurat ten dialog bardzo dobrze ilustruje tezę autorki, naprawdę nie rozumiem dlaczego w książce nie został przytoczony. W praktyce to podtytuł "Rzecz o banalności zła" jest bardziej efektowną reklamą, niż oddaje treść książki. To znaczy książka jest też o tym, ale uzasadnienie tezy jest tylko "do samodzielnego montażu" - trzeba samemu znaleźć w książce odpowiednie argumenty i zsyntetyzować własnoręcznie. Niecierpliwym polecam jednak film. A pozostałym i książkę, i film, raczej zaczynając od filmu.

Teraz może coś o samej tezie. Autorka przed procesem Eichmanna była przekonana że zło zawsze jest "radykalne", a proces przekonał ją, że może być "banalne". Banalność miała postać niezbyt rozgarniętego i zapatrzonego w siebie nieudacznika Eichmanna, człowieka zupełnie przeciętnego i nudnego, który zza biurka zorganizował logistycznie zabicie milionów ludzi, nie potrafiąc przy tym odróżniać dobra od zła. Ja jakoś nie jestem przekonany, żeby zjawisko było takie nowe - przecież już w Rzymie cezarów jacyś przeciętni i nudni urzędnicy zza ówczesnych odpowiedników biurek organizowali zaopatrzenie legionów idących wyrzynać zbuntowaną ludność tu czy tam. I nie trzeba zaraz nikogo wymordowywać, normalne korpo też opiera się na takich ludziach, którzy zrobią wszystko co im się każe, bez zastanawiania się nad etyką. Patrz aktualny skandal dieslowski Volkswagena - przecież tam z całą pewnością nikt nie zrobił nic z uświadomionej złośliwości, czy innych niskich pobudek. Wszyscy robili to, co uznawali za dobre, każdy w swoim kawałku, najwyżej leciutko naciągając zasady, bo zawsze znalazły się jakieś usprawiedliwiające okoliczności. Przecież ja też robię w takim korpo i bywam na przykład na zebraniach z udziałem szefa całej fabryki. I to jest taki sam chłopek-roztropek jak ten uwieczniony na materiałach filmowych z procesu Eichmann. Praktycznie każdy rodzaj działalności ludzkiej wymaga współdziałania w większym zespole, skutki decyzji podejmowanych na wielu stanowiskach pojawiają się często o wiele później i zupełnie gdzie indziej. Odpowiedzialność się rozmywa, łatwo jest powiedzieć sobie jakieś "ja tylko..."  I tak będzie zawsze.

Jedno tylko mnie niepokoi. Banalny i przeciętny Eichmann był idealnym zwolennikiem dowolnej dyktatury. On nigdy nikogo nie zabił, ale zabiłby swojego ojca gdyby Führer powiedział że to zdrajca i trzeba go zabić. Ja rozumiem że tacy ludzie istnieją, jest ich w populacji całkiem spory procent i trzeba z tym żyć. Tylko ostatnimi czasy znowu udaje się różnym takim ich skutecznie zmobilizować. Świat nie idzie w dobrym kierunku. Tylko co na to poradzić?

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Pomyślmy

10 komentarzy