Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

„Zła Unia zabiła niemieckie automotive”?

Co i raz spotykam tę tytułową narrację. Czy to w sieci, czy w realu, czy w Polsce, czy w Niemczech. Co i raz ktoś opowiada jak to ta zła Unia załatwiła przemysł samochodowy każąc mu przechodzić na elektryki. A przecież tak świetnie sobie radził. No i to miała być kolejna zła decyzja złej Unii, po żądaniu żeby instalować pompy ciepła. I żeby przechodzić na odnawialne źródła energii. I jeszcze kilku innych.

No ale ja przez kilkanaście lat pracowałem w niemieckim (i nie tylko) automotive, więc coś na ten temat mogę powiedzieć. A przy tym moja zdolność krytycznego myślenia jeszcze nie zanikła. Więc teraz powiem.

Najpierw zauważmy że:

  • Tak generalnie to spalaniem ropy i gazu najbardziej zainteresowane są kraje je produkujące, a zwłaszcza rosja. Gospodarka rosyjska jest całkowicie oparta na eksporcie ropy i gazu, oni nie mają nic innego znaczącego do zaoferowania. I przypominam, że bezpośrednią przyczyną rozpadu Związku Radzieckiego była niska cena ropy. Przy tym od dawna rosjanie prowadzą hybrydową kampanię propagandową przeciwko Europie. Więc strawestuję ten stary dowcip o niedźwiedziu grającym z innymi zwierzętami w karty: "Ja nie chcę mówić kto tu puszcza kłamliwą propagandę, ale jak palnę w ten rudy pysk...".
  • Aktualne wydarzenia na świecie pokazują że unijna polityka zmniejszania zależności od ropy i gazu jest jak najbardziej właściwa i uzasadniona. Czy ktoś chce polemizować z tym, że im mniej ropy i gazu będziemy potrzebować, tym mniejszy problem będziemy mieli z różnymi idiotami u władzy w różnych krajach?
  • Tak się jakoś składa, że większość krajów producentów ropy ma niezbyt sympatyczne władze/ustrój. Jak sprawdzam aktualną listę, to w pierwszej dziesiątce jedynie Kanadę można uznać za normalny, stabilnie demokratyczny kraj. Czy naprawdę chcemy finansować różnych dyktatorów, z których niektórzy za te pieniądze zrobią sobie broń do użycia przeciw nam? Albo sfinansują rozwalanie naszych społeczeństw?
  • Nawet nie trzeba szukać uzasadnienia w ekologii, powyższe punkty całkowicie wystarczają.

Żeby było jasne: Ja nie twierdzę, że Unia wszystko w tej działce robi idealnie. Wiele należałoby robić trochę inaczej, wiele wyznaczonych terminów jest nierealistycznych. Ale kierunek jest słuszny!

Tyle o geopolityce, teraz przejdźmy do branży samochodowej. Ludzie powtarzający narrację o złej Unii twierdzą, że firmom samochodowym idzie tak źle, bo zostały zmuszone intensywnie zająć się napędem elektrycznym. No serio? Naprawdę tak intensywnie się nim zajęły? A czy ten świetny, europejski napęd elektryczny którym się tak intensywnie zajmowały jest tu z nami, w tym pokoju?

Prawda jest taka, że wszystkie firmy europejskie zajmowały się tym tematem w najlepszym razie na pół gwizdka, albo i na odwal się. Takie BMW na przykład opracowało sobie platformę, na której można robić i elektryka, i spalinówkę i hybryda. Jak ogólnie wiadomo, jeżeli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Tak nie wygląda tworzenie dobrych elektryków, tak wygląda asekuracja i konserwa. Elektrykom świeczkę (bo politycy każą) a spalinowym ogarek (przecież nasze spalinówki są świetne, po co cokolwiek zmieniać).

Przez cały czas kiedy robiłem w automotive to dokładnie tak wyglądało: Po co cokolwiek zmieniać? Przecież jesteśmy świetni. Zmieniało się tylko co wymuszono z zewnątrz, i tylko tyle ile było absolutnie niezbędne. Ile rzeczy próbowałem zmieniać od wewnątrz - nic z tego nie wyszło.

A ta "świetność" wyglądała tak, że permanentnie był jakiś kryzys z którym trzeba było walczyć. A to ludzi zwalniać, a to stawki obniżać, najmować inżynierów z tanich krajów... Ale to, że potem trzydziestu Meksykanów przylatywało do Niemiec na pół roku, bo projekt był zagrożony, to nikogo nie martwiło, bo to przecież inne konto kosztowe i się nie liczy. A typowym stanem projektu była eskalacja, bo terminy zagrożone.

Znowu żeby było jasne: Ja nie twierdzę, że europejskie samochody w porównaniu z innymi były/są jakieś strasznie złe. Twierdzę, że europejski przemysł samochodowy tkwił w samozadowoleniu, że nie musi się starać i zmieniać, bo jest taki świetny i nikt mu nie podskoczy. Przez długi czas to działało. Na przykład Chińczycy próbowali już wejść na rynek europejski w początku dwutysięcznych, ale nie wyszło z tego za wiele. Sprzedało się, jeżeli dobrze pamiętam rzędu 1000 samochodów na całe Niemcy (jeden widywałem w sąsiedztwie, marka Brilliance, na oko miał jakieś elementy od Mitsubishi Lancera) Tyle że od tego czasu europejskie samochody ciągle drożały (nie chce mi się sprawdzać i liczyć, ale raczej znacznie powyżej stopy inflacji), jakość ich spadała, a Chińczycy zrobili duże postępy.

Dygresja: Przypominam sobie sporą dyskusję w Continentalu kilkanaście lat temu (2011) na temat wyświetlaczy w clusterach samochodach. Wtedy wszyscy byli jeszcze bardzo sceptyczni, ja mówiłem że to i tak wejdzie i będą do tego konfigurowalne przez użytkownika skiny. Oni twierdzili, że na konfigurowanie skinów żaden niemiecki producent się nie zgodzi (bo safety), a ja na to że na pewno zrobią to Chińczycy. Szybki rewind do 2024 - dział R&D Continentala pokazuje swoje eksperymenty z generowaniem zestawu kolorystycznego GUI na wyświetlaczu na podstawie podanego przez użytkownika głosowo promptu dla AI, na przykład "wurst z musztardą", a to wszystko po to, żeby nadążyć za Chińczykami.

No i teraz Chińczycy w elektrykach znacznie wyprzedzili resztę świata. W generalnej jakości samochodów raczej jeszcze nie, za to w cenie mocno wygrywają. Moim zdaniem to z ceną to chwilowe. Zaraz uzasadnię:

Chiński przemysł samochodowy przeżywa obecnie okres zbliżony do europejskiego okresu pionierskiego przed pierwszą wojną światową (przy zachowaniu proporcji - Chiny są jednak o wiele większe). Jest mnóstwo niezbyt dużych firm produkujących samochody (w Chinach aż sto kilkadziesiąt), większość z nich po początkowych sukcesach cienko przędzie. Generalnie samochodów produkuje się więcej niż sprzedaje, firmy manipulują statystykami sprzedaży, a samochody masowo stoją na placach. (To mi się jeszcze bardziej kojarzy z kryzysem nadprodukcji maszyn do szycia w końcu wieku XIX, czego skutkiem było wtedy przestawianie się fabryk na rowery, motocykle a potem samochody). Na 100% rynek będzie się oczyszczał - większość z tych firm zbankrutuje i/lub zostanie wykupiona przez lepiej stojących konkurentów, jak było i wtedy w Europie. Które firmy na rynku zostaną na razie nie wiadomo, nawet największe z nich mogą paść. Ponieważ oni i tak jadą na stratach i mają zapasy gotowych samochodów, to są gotowi sprzedawać je za grosze, byle chociaż część nakładów się zwróciła. Między innymi i stąd te niskie ceny chińskich samochodów w Europie. Przy planowaniu zakupu Chińczyka nie nastawiał bym się jednak, że części i serwis do tych samochodów będą dostępne długo, a wartość odsprzedaży samochodu po paru latach będzie znikoma (a może i trzeba będzie dopłacić do złomowania?). Można oczywiście zakładać że zamiast kupić europejski samochód za X i sprzedać go po kilku latach za X/2 kupimy chiński samochód za X/2, a po tych samych kilku latach go zezłomujemy i na jedno wyjdzie. Ale wydaje mi się to podcinaniem gałęzi na której siedzimy. To indywidualnie może i wyjdzie na jedno, ale dla społeczeństwa i państwa jednak będzie gorsze.

Oczywiście firmy mogą przez pewien czas jechać na stratach i przepalać kasę inwestorów/państwa chińskiego, ale każda taka bańka musi kiedyś pęknąć. A potem ceny chińskich samochodów będą musiały wzrosnąć do poziomu chociaż pokrywającego koszty.

Pytanie, czy do tego czasu z europejskiego przemysłu samochodowego będzie jeszcze co zbierać. Ale wina leży głównie po stronie samych europejskich firm samochodowych - zasłużyły sobie na to. Wiecie, jeżeli niejeden spotkany przeze mnie niemiecki inżynier z automotive mówi, że nie kupuje samochodów o których wie, jak są robione (czytaj: pracował w projekcie dla tej marki/modelu), to coś jest na rzeczy.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Pomyślmy

Skomentuj

Kolejna zmiana branży?

Moja kariera w branży maszyn drukarskich nie potrwała długo. A i sama branża chyba wiele dłużej nie pociągnie.

Teraz dokładniej: Miałem zlecenie w firmie manroland sheetfed w Offenbachu produkującej maszyny drukarskie. Była to firma z bardzo długimi tradycjami, jej historia rozpoczęła się już w roku 1871, kiedy to Louis Faber und Adolf Schleicher założyli w tym miejscu firmę produkującą - jakże by inaczej - maszyny drukarskie.

Nie będę omawiał kolejnych konstrukcji, bo - nie będę ukrywał - na tej branży znam się słabo. W każdym razie firma przez długi czas była innowacyjna i robiła dobre rzeczy. Jeżeli dobrze interpretuję, to od 1911 nazywali oni swoje maszyny Roland. Dla ustalenia uwagi: oni nie mieli nic wspólnego z popularnymi w latach dziewięćdziesiątych plotterami Roland.

W roku 1979 fabryka Faber & Schleicher została przejęta przez koncern MAN, pewnie dlatego że miała problemy. Ale nie jestem gotowy na dyskusję o historii MAN i o tych problemach. Fabryka funkcjonowała od tego czasu jako MAN Roland Druckmaschinen AG.

W 2011 firma zbankrutowała i w 2012 została wykupiona przez brytyjski Langley Holdings. W ramach uzdrawiania firmy zrobiono wtedy parę istotnych posunięć:

  • Zrezygnowano z produkcji małych maszyn drukarskich, zostawiono tylko duże. Z grubsza w tym samym czasie największy konkurent firmy - Heidelberger Druckmaschinen - stał przed podobnym wyborem i oni zrezygnowali z maszyn małych. Czas pokazał, że Offenbach podjął lepszą decyzję, i później Heidelberg sprzedawał również maszyny z Offenbachu pod swoją marką.
  • Opracowano nowe wersje dużych maszyn, zostało przy dwóch modelach.
  • Opracowano nowe oprogramowanie.

Problem polegał na tym, że te posunięcia były niezłe, ale firma spoczęła na laurach. Ja zostałem najęty do zaktualizowania programu w rodzaju SCADA (chociaż oni nie używali tego terminu) służącego do sterowania zadaniami druku, robieniem statystyk, analiz i raportów. No i w tym programie:

  • Ostatnie istotne zmiany były robione 10+ lat temu.
  • Rzecz była napisana w Javie 8. A Javie 8 właśnie kończy się support, więc trzeba by zrobić upgrade na jakąś nowszą wersję.
  • Do tego upgradu nawet się tam parę razy zabierali, ale sobie nie poradzili. Nie dziwię się, bo:
    • Program klienta komunikował się z serwerem między innymi przy użyciu technologii CORBA. W Javie 8 ta CORBA była zintegrowana, ale już w wersji 9 wyleciała na stałe. Podłożyć jakiejś biblioteki zastępczej nie umieli, a zmiana technologii to by było bardzo poważne zadanie, więc zawsze było odsuwane na później.
    • Program klienta był startowany przy użyciu Java Web Start, również części Javy 8, tak samo usuniętej w następnych wersjach. Zastąpić czymś innym nie umieli.
    • Mnóstwo JARów było przestarzałe.
    • Jak przeszedłem na nowsze wersje Javy okazało się, że program po stronie serwera komunikuje się przez JNI z częściami napisanymi w C++. Tyle że to C++ było skompilowane na 32 bity, a nowsze Javy są wszystkie 64-bitowe. W Windowsach nie ma możliwości żeby aplikacja 64-bitowa wciągnęła 32-bitowy DLL. Nie ma i już. Cały serwer musieli przekładać na 64 bity, co też nie było trywialne.
  • Część programu była napisana przez firmę zewnętrzną i dostarczona jako JARy. Teoretycznie były też źródła, ale jak je obejrzałem okazało się, że są niekompletne. Parę kawałków musiałem dekompilować z JARów, bo inaczej nic by z tego nie było.
  • O innych problemach mógłbym długo, zrobiłem mój pełny program "code quality" i poznajdowałem trochę ewidentnych błędów.
  • Jak dali program firmie zajmującej się testami penetracyjnymi to zgodnie z oczekiwaniami wyszło, że security w nim praktycznie nie istnieje. Na przykład po dekompilacji JARów z łatwością znaleźli wpisane tam na stałe hasło do serwera. A tymczasem wchodzi Cyber Resilience Act i klienci czegoś takiego nie będą akceptować.

Podobnie było w innych kawałkach oprogramowania i sprzętu, za poprawianie tego wszystkiego wzięli się dopiero w zeszłym roku. Jedną z przyczyn było z pewnością to, że większość pracowników odnośnych działów to ludzie w wieku przedemerytalnym, którzy zaczynali swoją karierę zawodową od tej firmy i nigdy nie widzieli nic innego.

No i wyszło tak, że w lutym byłem gotowy do integracji mojej części z przerobionym na 64 bity serwerem. Serwer miał być gotowy w początku marca. A tu we wtorek trzeciego marca o 12 zwołano załogę na zebranie, na którym ogłoszono że w sobotę 28 lutego zarząd złożył wniosek o upadłość w trybie "z parasolem ochronnym". Ten "parasol" polega na tym, że przez trzy miesiące płace pracowników płaci państwo.

Teraz idą jakieś rozmowy z potencjalnymi inwestorami, jednym z nich jest Heidelberger Druckmaschinen. Ale i oni cienko przędą, ostatnio pojawiły się informacje że będą składać drony dla wojska. Zobaczymy co będzie. W każdym razie jeżeli produkcja maszyn miała by być kontynuowana, to będą musieli do mnie przyjść, bo to poszło tak szybko że nawet nie zdążyłem wszystkiego zacheckinować, nie mówiąc o dokumentacji.

Teraz podsumowanie: Dlaczego właściwie tak się stało, że padło:

  • Oczywiście że branża się zwija i wielkiej prosperity nie należy się spodziewać. Ale ich maszyny nie były do druku książek i gazet, tylko raczej do opakowań z kartonu, blachy i plastiku. Na to zapotrzebowanie nadal istnieje.
  • Jeżeli branża się zwija, tym bardziej trzeba się starać. A oni spoczęli na laurach.
  • Nie obniżali kosztów które mogli by obniżyć - oni mieli wystrugane własne sterowniki, sami robili do nich płytki, lutowali elementy, robili oprogramowanie... Ma to swoje plusy, ale kosztuje ładnie. Za zmianę na coś normalnego zabrali się dopiero w zeszłym roku.
  • Jeżeli rynek w branży się zwija, to należało by poszerzyć asortyment na inne branże? Jak te drony na przykład?

Czyli: Upadłość była w 100% zawiniona przez samą firmę.

Tu miałem zamiar dopisać parę uwag o niemieckim automotive, ale zrobię o tym osobną notkę.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?, Programowanie

Skomentuj

Odwracanie osmozy

Dziś notka z zakresu poradnictwa o majsterkowaniu domowo-zagrodowym. Chodzi o wodę.

Jak już nie raz wspominałem mieszkamy we Frankfurcie nad Menem. Tak dokładnie, to na południe od Menu. Na północy Frankfurtu woda kranowa pochodzi z górek Vogelsbergu i Spessartu, i jest świetna, miękka (4,5 °d.H., 20g/m3 Ca). Niestety u nas na południu woda jest twarda (13,9 °d.H., 75 g/m3 Ca). Do tego kamień odkładający się na wszystkim (zwłaszcza na kafelkach w łazience) ma kolor podchodzący pod pomarańczowy i wygląda paskudnie. Czajnik trzeba odkamieniać co chwilę a herbata natychmiast dostaje obrzydliwego, metalicznie połyskującego kożucha. Nawet jak wodę z kranu nagazować w Soda Streamie, smakuje bardzo wapiennie. Żeby była smaczna trzeba ją przegotować, co jest bardzo energochłonne i upierdliwe (bo po gotowaniu musi ostygnąć, bez tego nic z gazowania), a przez to czajnik trzeba odkamieniać jeszcze częściej.

Tu można by puścić parę sucharów na temat niemieckiej jednostki twardości wody, bo ona nazywa się "deutsche Härte", czyli "niemiecka twardość". Brzmi to jak nazwa lokalnego prądu muzyki metalowej, i rzeczywiście na przykład Rammstein zalicza się do gatunku "Neue Deutsche Härte".

Wróćmy do wody. Nic więc dziwnego, że zacząłem czytać o zmniejszaniu twardości wody w domowej instalacji. Wyszło, że zasadniczo metody są dwie:

Pierwsza z nich to wymiana jonowa. Tak działają na przykład dzbankowe filtry do wody w rodzaju Brity, a każda zmywarka ma coś takiego w środku. Mechanizm fizyczny jest taki, że jony wapnia z wody w takim filtrze są zamieniane na jony sodu. Ponieważ do "niemieckiej twardości" wody liczy się wapń, to w ten sposób woda staje się bardziej miękka. Przez taki filtr woda może płynąć dość szybko, więc można tak zasilić nawet prysznic albo wannę. Czy taka woda jest dobra do picia może być trochę dyskusyjne, bo w sumie to zamieniamy jej zawapnienie na zasolenie.

Oczywiście taki filtr nie transmutuje wapnia w sód, tylko oddaje sód z własnego, ograniczonego zapasu. W filtrze dzbankowym musimy wymieniać wkład, co daje trochę kosztów i generuje śmieci. W zmywarce albo filtrze łazienkowym regenerujemy wymiennik jonowy solą kuchenną, a duża część soli (a przynajmniej wszystkie jony chloru) spływa do kanalizacji. Przy zmywarce ilości zużywanej soli są niewielkie, ale filtr na całą łazienkę bierze pod pół kilo soli na metr sześcienny odwapnionej wody (przy bardzo twardej wodzie pewnie znacznie więcej). Tę sól trzeba uzupełniać i zapuszczać regenerację. To już są znaczące ilości, koszty i upierdliwości

Podsumowując: To może mieć sens w łazience, ale żeby zainstalować coś takiego trzeba przebudowywać łazienkę, bo małe to nie jest, musi być do tego dostęp, a środowiskowo to jest słabe.

Druga metoda to tytułowa odwrócona osmoza. Tu przepychamy wodę przez membranę osmotyczną, i dostajemy prawie że wodę destylowaną. Brzmi nieźle, ale z samymi zaletami to nic na świecie nie ma.

Pierwszym problemem odwróconej osmozy jest stosunkowo niska wydajność procesu. Woda z typowej membrany powoli ciurka, nalanie szklanki zajmuje minuty. Można dać równolegle kilka membran, ale wtedy urządzenie robi się duże. Można też trochę ominąć ten problem, ale o tym dalej.

Drugim problemem jest to, że przez membranę przepychamy tylko część tej wody, którą wpuszczamy do urządzenia, a reszta idzie do kanalizacji. Jak poczytałem, typowa sprawność takiej membrany to 50%, czyli na każdy litr wody której użyjemy wylewamy dodatkowy litr.

Jak widać, odwrócona osmoza to raczej rozwiązanie na wodę czysto do picia. Takie ilości marnowanej wody można przeżyć, a niską wydajność zbuforować.

Czyli osmoza. Zacząłem czytać dokładniej o takich urządzeniach. W rachubę wchodziły systemy do montażu pod blatem kuchennym. Na szczęście przy projektowaniu mojej kuchni w narożniku zrobiłem zlew nad ustawioną skośnie typową szafką zlewozmywakową. No i za tą szafką był niewykorzystany narożnik, który idealnie pasował rozmiarami pod taki filtr. Tylko wyjąć tylną ściankę szafki i już. A ponieważ na górze jest zlew, to jest blisko i do wody, i do kanalizacji.

Podblatowy filtr z odwróconą osmozą firmy Ecosoft.
Podblatowy filtr z odwróconą osmozą firmy Ecosoft.

Ściągnąłem sobie obszerną instrukcję od podobnego filtra i przeanalizowałem jego konstrukcję (one wszystkie są bardzo podobne). To jest zrobione tak:

  • Na wejściu są trzy filtry wstępne (te pionowe), tak typowo to jeden na cząstki stałe i dwa na węglu aktywnym z różnymi ziarnami. Ale bywają inne kombinacje.
  • Z tych filtrów woda idzie na membranę odwróconej osmozy (to poziome na dole). Wyjścia z membrany są dwa: woda która nie przeszła przez membranę idzie do kanalizacji, oczyszczona na następny filtr.
  • Następny jest filtr wyjściowy (poziomy na górze), też na węglu aktywnym. 
  • Ponieważ woda przez membranę tylko powoli ciurka, do filtra jest dołączony zbiornik buforujący /na zdjęciu widoczny w tle), typowo mieści on jakieś 7 litrów wody i tyle można pobrać dość szybko. Potem leci powoli, naciurkanie znowu do pełna zajmuje rzędu godziny. Uważny czytelnik może zapytać: Ale jak to? Zbiornik stoi pewnie na podłodze, a wylot kranu jest z metr wyżej. Jakim cudem woda leci pod górę? Otóż zbiornik ma membranę i komorę napompowaną powietrzem. Ciśnienie powietrza jest na tyle duże żeby wypchnąć wodę przez kran, ale na tyle małe żeby woda po membranie osmozy wchodziła do środka. Komora powietrzna ma wentyl samochodowy i można ją napompować pompką rowerową lub samochodową. Manometr wskazany.
  • Kluczowym elementem jest taki czysto mechaniczny zaworek, który odcina wejście wody na membranę przy braku poboru (czy to przez kran, czy przez napełnianie zbiornika). Na zdjęciu jest trochę po prawej, ponad membraną, dochodzą do niego cztery rurki.
  • Filtr może działać bez dodatkowego zasilania prądem tylko przy porządnym ciśnieniu wody, jeżeli jest ono za niskie to stosuje się elektryczną pompkę przed membraną.
  • Na wyjściu można mieć filtr remineralizujący (tu ten poziomy na środku) - woda po membranie jest prawie jak destylowana, remineralizacja poprawia jej smak (zwłaszcza jak robić gazowaną). Filtry remineralizujące są różne.
  • Pobrać wodę można kranikiem. Może być osobny, jest też spory wybór baterii zlewozmywakowych z normalną wodą zimną/ciepłą i dodatkowym otworem (i dźwigienką) do wody czystej. Albo dwóch rodzajów wody czystej. A nawet trzech.
  • Drugim albo trzecim rodzajem wody czystej może być gazowana, ale podblatowe urządzenie do gazowania wody zaczyna się od jakichś 1000 euro. Mam już Soda Streama, wystarczy.
  • Wszystkie połączenia pomiędzy elementami filtra oraz wszystkie wejścia i wyjścia zrobione są na plastikowych rurkach 1/4 cala (6.5 mm). 
  • Niektóre filtry maja sterylizator wody wychodzącej na lampie UV. Nie za bardzo łapię, jaki to ma sens.
  • Wszystkie elementy takiego filtra można kupić też osobno: Obudowy filtrów wstępnych, obudowy membran, stojaki, zaworki, same filtry itp. itd. Można sobie zmontować coś własnego z kawałków według fantazji. Wszystko jest jako tako znormalizowane, tylko długości filtrów bywają w dwóch/trzech wariantach.
  • Filtry wymienia się co pół roku, membranę co rok.

Ogólnie mi się spodobało. Stwierdziłem, że filtr ma mieć remineralizację, ale żeby można było również pobrać wodę przed mineralizacją. W ściągniętej instrukcji takie warianty były opisane, ale w praktyce były w handlu niedostępne. Trochę rozważałem koncepcję zrobienia filtra samemu z kawałków, ale mi przeszło bo zauważyłem, że przerobienie gotowego filtra jest trywialne, więc można wziąć cokolwiek w miarę pasującego i te parę rurek poprzełączać.

Dostępne na rynku są filtry różnych firm, ale za najlepszą propozycję uznałem filtry produkcji akurat tej firmy, od której była ta instrukcja którą ściągnąłem. Branding instrukcji był inny, ale filtry tej. Co ciekawe firma jest z Ukrainy, z Irpienia pod Kijowem. Firmy ukraińskie dostają u mnie duży plus, parę rzemieślniczych rzeczy stamtąd kupiłem. Nie wiem czy produkują te filtry tam, czy w Chinach, czy biorą części z Chin i składają u siebie, czy jeszcze inaczej. W każdym razie firma nazywa się Ecosoft a ich filtry wyglądają najbardziej profesjonalnie ze wszystkich. Wybrałem wariant bez pompy i z remineralizacją magnezem i wapniem. W komplecie był pojedynczy kranik.

Niestety przy moim zlewie nie mam wolnego miejsca na nowy kranik, bo zajmuje je wbudowany dozownik płynu do mycia naczyń. Znaczy kranik poszedł do piwnicy, a musiałem kupić całą baterię zlewozmywakową. Co też wymagało szukania - baterie czterodrożne nie są znowu aż takie powszechne. Do wyboru jest tylko chińszczyzna po 80-90 euro i bardzo markowe baterie po 600-700. Kilku setek nie byłem skłonny wydać, a przy chińskich na Amazonie było napisane że "artykuł często zwracany" i sporo było ocen na jedną gwiazdkę, i to ze zdjęciami problemów. Ale co było zrobić, zamówiłem.

No i miło się zaskoczyłem. Bateria była całkiem porządnie wykonana i działa OK. Zobaczymy jak będzie na dłuższą metę, ale jestem dobrej myśli.

Bateria zlewozmywakowa czterodrożna
Bateria zlewozmywakowa czterodrożna

Żeby zrobić wyjście wody niemineralizowanej musiałem zamienić kolejność filtra wyjściowego i remineralizacyjnego, dodać jeden trójnik i rurkę. Poszło bezproblemowo, ten system 1/4 cala jest  całkiem fajny. W instrukcji z sieci było jednak, że odprowadzenie wody do kanalizacji powinno mieć (podobno załączony) zaworek jednokierunkowy, żeby jak by co brudna woda nie skaziła membrany. Tymczasem w aktualnym modelu takiego zaworka nie było. Wzmianki o nim w instrukcji też nie.

Filtr podblatowy
Filtr podblatowy

Ponieważ uznałem taki zaworek za sensowny po prostu zamówiłem taki w tym standardzie. Przyszedł, ale nie działał (w ocenach wszystkich podobnych produktów ludzie też się na to skarżyli). Ale zauważyłem że to jest przecież na wyjściu wody zużytej, więc nie musi być w jakości spożywczej i znalazłem metalowy zaworek jednokierunkowy od instalacji paliwowych, z końcówkami na 6 mm. Nie pomyślałem jednak, że te 6 mm w tym przypadku to średnica wewnętrzna przewodu, nie zewnętrzna jak w tych 1/4 cala, i musiałem kombinować z dodatkowymi kawałkami wężyka i opaskami. No ale już działa.

Teraz o efektach:

  • Filtracja działa super, herbata jest świetna, żadnych osadów. Nawet jak postoi i ostygnie, z przyjemnością dopija się ją do końca.
  • Woda gazowana niemineralizowana jest trochę jałowa, remineralizacja bardzo poprawia smak, więc warto.
  • Niemineralizowana woda przydaje się też do celów innych niż picie, na przykład zamiast destylowanej do żelazka.
  • 7 litrów szybkiego poboru ze zbiornika wygląda na sensowną ilość, na razie wystarcza. Oczywiście przy większej rodzinie może być jednak za mało, ale są też większe zbiorniki.
  • Standard 1/4 cala  jest bardzo fajny, przyłącza się i rozłącza bezproblemowo i bez użycia narzędzi. Tylko te rurki 1/4 cala są trochę sztywne, nie da się ich prowadzić w jakichś wiązkach czy czymś podobnym. A musiałem zostawić je długie, bo do wymiany filtrów trzeba będzie całe urządzenie wyciągnąć zza szafki, a szkoda za każdym razem rozłączać i przyłączać rurki. Nie tylko robota, ale jeszcze ostrzegają żeby nie zawlec jakichś bakterii na filtry i membranę. Polecam również zakup paczki tych plastikowych zatrzasków nasuwanych na końcówki złączek, bo czasem potrzeba jakąś na zamianę.
  • Zaworek do pompowania zbiornika jest co prawda standardowy, samochodowy, ale trochę krótki i moja pompka nie była w stanie złapać go na tyle daleko żeby pompować. Na szczęście zbiornik był napompowany do właściwego ciśnienia i wszystko działa bez dodatkowych ingerencji.
  • Przeciskanie wody przez membranę nie jest bezgłośne - filtr wydaje z siebie ciche brzęczenie na ok. 1,5 kHz (zmierzyłem taką fajną aplikacją na telefon). Ale to jest naprawdę ciche, pracująca lodówka sprężarkowa zagłusza to brzęczenie całkowicie. 

Koszty: Filtr ze zbiornikiem kosztował 280 EUR, bateria 90 EUR, różne drobiazgi (dodatkowe rurki, kształtki, narzędzia itp.) jeszcze grubo licząc 50 EUR. Zestaw filtrów na wymianę po pół roku (bez membrany) kosztuje 45 EUR, zestaw na wymianę po roku (z membraną) 65 EUR, czyli rocznie 110 EUR (podejrzewam, że dadzą się znaleźć taniej). Zużywamy też trochę więcej wody, zakładając że dziennie zużyjemy 5-6 litrów wody z filtra, to rocznie pójdzie dodatkowo jakieś 2 m3 - więc nieznacząco. Nie chce mi się sprawdzać, ile dokładnie płacę za wodę, ale tyle to góra kilka euro na rok.

Taki filtr to raczej artykuł luksusowy, więc trudno się spodziewać żeby się miał zwrócić. Jednak coś tam oszczędzam:

  • Nie muszę gotować wody do gazowania. Zakładając nagazowanie 2 litrów przegotowanej dziennie, przez rok oszczędzam jakieś 20 EUR na prądzie.
  • Odpada odkamienianie czajnika. To też będzie jakieś 15-20 euro rocznie na kwasku cytrynowym i prądzie.
  • Nie trzeba też kupować wody destylowanej do żelazka. Niewiele, kilka euro na rok. Tak, ja wiem że wiele konstrukcji żelazek ma sobie radzić z wodą z kranu, ale przy takiej twardości to raczej teoria. Praktyka jest marna, sprawdzone. 

Podsumowanie: Fajna rzecz, poleca się przy twardej wodzie.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Ciekawostki

Skomentuj

La Jamais Contente revisited

O La Jamais Contente notka była już w roku 2012, przypominam że to pierwszy samochód który przekroczył 100 km/h. Samochód miał napęd elektryczny, a do napisania notki striggerowała mnie bardzo marna jego replika wystawiona na corocznej wystawie oldtimerów Lufthansa Klassikertage w Hattersheimie.

Replika La Jamais Contente
Replika La Jamais Contente

Wtedy znalazłem, że oryginał pojazdu w 1931 trafił do muzeum w Compiègne w okolicach Paryża (Le musée national de la voiture), do oglądania jest tam jego porządna replika. A niedawno syn powiedział, że jedzie na tydzień do Compiègne w ramach międzyuczelnianego programu współpracy. Oczywiście zleciłem mu odwiedzenie muzeum i zrobienie zdjęć, chociaż bez większej wiary w powodzenie, bo muzeum w tygodniu jest otwarte tylko w jakichś dziwnych godzinach i to nie każdego dnia.

I rzeczywiście skończyło się tak, że syn miał tak intensywny program, że nie miał nawet chwili wolnego w godzinach otwarcia muzeum, więc zdjęć nie mam. Ale przyjrzałem się zdjęciom dostępnym w sieci i mam w związku z tym nowe obserwacje.

W zasadzie wszystkie dostępne zdjęcia archiwalne oryginału są zrobione z boku, i to w większości z tego samego kąta. Na ich podstawie sądziłem, że nadwozie pojazdu ma przekrój kolisty. Tak samo myśleli twórcy tej repliki z Hattersheimu.

La Jamais Contente
La Jamais Contente Źródło: Wikipedia

Na tych starych fotografiach widzimy też pozującego do zdjęcia kierowcę, który siedzi bardzo wysoko (i na każdym zdjęciu identycznie, aż przez chwilę podejrzewałem XIX-wieczny fotoszop). Myślałem już, że dla lepszego efektu siedzi on nie na siedzeniu kierowcy, tylko na nadwoziu. Replika z Hatterheimu ma siedzenie relatywnie głęboko, gdzieś tak w połowie kadłuba.

Replika La Jamais Contente
Replika La Jamais Contente

Tymczasem na zdjęciach z Compiègne widać, że kadłub nie jest kolisty, tylko spłaszczony.

La Jamais Contente
La Jamais Contente (Źródło: Wikipedia)

I druga rzecz: Siedzenie kierowcy jest bardzo wysoko, może z 10 centymetrów poniżej krawędzi otworu w nadwoziu.

La Jamais Contente
La Jamais Contente (Źródło: Wikipedia)

To spłaszczenie jest dobrym pomysłem - więcej miejsca na akumulatory w środku, ale jednak kierowca na starych fotografiach siedzi tak, jak przy prowadzeniu pojazdu. Bez własnoocznego obejrzenia repliki nie da się stwierdzić, czy siedzenia nie dało by się dać niżej (bo może pod spodem są akumulatory?). W każdym razie pozycja kierowcy to największy problem tego pojazdu, gdyby coś z tym zrobić, można by uzyskać wyraźnie wyższą prędkość. Przecież to miało dwa silniki po 25kW, to wcale nie jest mało na tak niewielką powierzchnię czołową! Maluch wyciągał zbliżoną prędkość maksymalną z mniej niż połowy tej mocy.

La Jamais Contente
La Jamais Contente (Źródło: Wikipedia)

Pozostaje jeszcze poruszona w notce o Lutzmanie i komentarzach pod innymi notkami kwestia łożysk: Czy były to ślizgowe, czy toczne. Nie ma dostępnych porządnych zdjęć tej okolicy pojazdu, które pozwoliły by to ustalić, ale na podstawie tego co jest, stawiam jednak na ślizgowe.

A muzeum muszę wpisać na listę do zobaczenia, jak bym był w okolicach Paryża.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:Na ulicy widziane

Skomentuj

Warto zobaczyć (ale już za późno. A może jednak nie?): Normandy Tank Museum. Plus podsumowanie Normandii.

Zostało mi jeszcze jedno muzeum z Normandii do opisania, i to takie z lepszych. Ale nie pamiętałem, jak ono się nazywało, a na moich zdjęciach nie było żadnego śladu. Kiedy szukałem go na google maps (przez wybranie okolicy i wpisanie "muzeum") nic podobnego się nie znajdowało. Udało się dopiero, kiedy zacząłem szukać tekstowo w wyszukiwarce - okazało się, że to było Normandy Tank Museum, ale teraz jest "zamknięte na stałe" (w odróżnieniu od niemal wszystkich innych, które są "tymczasowo zamknięte" na zimę). Tak więc warto zobaczyć, ale jest za późno i już się nie da. Nie znalazłem co się stało z eksponatami, czy ktoś je przejął i kto to był. Ale mam pewne podejrzenie: Mapa pokazuje w bezpośrednim sąsiedztwie muzeum o nazwie Normandy Victory Museum. Na stronie Normandy Victory Museum mówiącej o jego historii nazwa Normandy Tank Museum nie pada, ale jest mowa o przedsiębiorcy-kolekcjonerze sprzętu wojskowego (Christophe Beaussire), który miał budynek w tej miejscowości i dołączył do projektu dwóch innych kolekcjonerów (Patrick Fissot i Nicolas Bellée). Tak więc to muzeum powinno mieć wszystko to, co było w Normandy Tank Museum i jeszcze więcej. Czyli zapewne naprawdę warto je zobaczyć.

Normandy Victory Museum, N 13, Grinville, Catz, Carentan-les-Marais, Saint-Lô, Manche, Normandia, Francja metropolitalna, 50500, Francja

La Fourchette, Saint-Pellerin, Carentan-les-Marais, Saint-Lô, Manche, Normandia, Francja metropolitalna, 50500, Francja

Podczas naszej wizyty muzeum nazywało się Tank Museum, ale czołgów w nim było stosunkowo niewiele. Ale to nie jest żadna krytyka - dużą część ekspozycji zajmowały różnego rodzaju pojazdy pomocnicze, jakich w typowym muzeum czołgowym nie ma. Większość sprzętu była amerykańska.

Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum

Ponieważ tego muzeum już nie ma, daruję sobie opisy i dam tylko parę zdjęć - ekspozycja w tym nowym muzeum jest całkiem inna.

Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum

W Normandii byliśmy tydzień i sporo zobaczyliśmy, ale żeby zobaczyć z grubsza wszystko wartościowe trzeba by pewnie najmniej jeszcze z tydzień. Większych lub mniejszych muzeów Lądowania jest sporo, mnóstwo jest lepiej lub gorzej zachowanych umocnień, a pomników i miejsc pamięci nie zliczysz. Mój wybór był taki jak w notkach, ale jeżeli planujecie tam pojechać pewnie znajdziecie i inne, równie dobre. Dwa nie sprawdzone adresy podrzucę:

I to by było na tyle z Normandii.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Warto zobaczyć: Plaża Omaha i okoliczne muzea.

Już nie tak dużo Normandii zostało do opisania, zostają już mniej spektakularne muzea. Czy warto je zobaczyć? W zasadzie w każdym da się znaleźć coś ciekawego, może niekoniecznie z dużego sprzętu, ale drobne wyposażenie i inne artefakty są różne w różnych muzeach. Spora część się powtarza, ale w prawie każdym jest coś, czego nie ma w innych. Oczywiście wiele zależy od stopnia zainteresowania tematem, bo te ciekawe drobiazgi to najczęściej coś dla fanatyków, nie dla przeciętnego zwiedzacza.

Na początek chciałbym przypomnieć, że na plaży Omaha też był port, taki jak na Gold, nazywał się Mulberry A. Tyle że nie przetrzymał nawet 10 dni - zniszczyła go burza, najsilniejsza od 40 lat. Nie udało mi się znaleźć dlaczego właściwie całkowicie zniszczyła tylko Mulberry A, a nie bardzo zaszkodziła Mulberry B, odległemu o tylko paręnaście kilometrów. Nadające się do użytku kawałki Mulberry A zostały użyte do napraw Mulberry B, ale trochę ich zostało na miejscu i teraz są powystawiane w okolicy.

Po zniszczeniu Mulberry A Amerykanie przestawili się na duże okręty desantowe przybijające bezpośrednio do plaży, i okazało się to efektywniejsze od brytyjskiego portu. Czy w tej sytuacji cały wysiłek włożony w ten port miał sens jest przedmiotem sporów, ale po fakcie to łatwo się wymądrzać.

Na samej plaży nie ma wiele szczególnego do oglądania (jak pominąć pomniki), przejdźmy do muzeów. Najbliższym plaży jest Memorial Museum of Omaha Beach w Saint-Laurent-sur-Mer. To muzeum nie jest "porządne" i mieści się w adaptowanych pomieszczeniach gospodarskich, tyle że z dobudowanym wejściem w stylu kawiarni/domu kultury z lat siedemdziesiątych. 

Memorial Museum of Omaha Beach
Memorial Museum of Omaha Beach

W środku znajduje się mnóstwo różnych artefaktów, a tym z większych rzeczy, czego nie ma gdzie indziej są elementy ruchomego płotu przeciwczołgowego (nie pamiętam, jak się to nazywało, a jakoś nie mogę na szybko wyguglać).

Memorial Museum of Omaha Beach
Memorial Museum of Omaha Beach
Memorial Museum of Omaha Beach - Segment mobilnego płotu przeciwczołgowego.
Memorial Museum of Omaha Beach - Segment mobilnego płotu przeciwczołgowego.

Drugie muzeum w okolicy (D-Day Omaha Museum w Vierville-sur-Mer) też jest "nieporządne" - mieści się w metalowym baraku i też pokazuje mnóstwo artefaktów, chyba jeszcze więcej niż poprzednie (a na pewno artefakty są bardziej upchane). 

D-Day Omaha Museum
D-Day Omaha Museum
D-Day Omaha Museum
D-Day Omaha Museum

Większą rzeczą inną niż gdzie indziej jest na przykład stalowa kopuła bunkra, ze śladami po trafieniach.

D-Day Omaha Museum
D-Day Omaha Museum

Trzecie  (Overlord Museum w Colleville-sur-Mer) jest z tych "porządnych", w nowym budynku, ale nie jest zbyt duże i ma głównie czołgi. Część z nich stoi na zewnątrz i jest dostępna bez płacenia za bilet. Przy tym muzeum mam wątpliwości, czy warto zobaczyć - pokazywane są czołgi biorące udział w Lądowaniu i w obronie przed Lądowaniem, więc to  nie jest jakaś wielka różnorodność. Porządne muzeum czołgowe, jak na przykład w Saumur ma to wszystko i jeszcze o wiele więcej. 

Overlord Museum
Overlord Museum

Za to tutaj można te czołgi (przynajmniej te stojące na zewnątrz) spokojnie pomacać, i syn zauważył na przykład że taki Sherman ma z tyłu okap w który spokojnie mieści się głowa i aparat fotograficzny, i można sobie obfotografować przedział silnikowy. Dla modelarzy może to być istotne.

Overlord Museum - Tak można obejrzeć przedział silnikowy Shermanna
Overlord Museum - Tak można obejrzeć przedział silnikowy Shermana
Overlord Museum - Przedział silnikowy Shermanna
Overlord Museum - Przedział silnikowy Shermana

Przy muzeum mamy też inny kawałek portu Mulberry niż we wcześniej opisanych miejscach.

Overlord Museum - fragment portu Mulberry A
Overlord Museum - fragment portu Mulberry A

Czy warto zobaczyć, trzeba zdecydować samemu. Adresy:

Memorial Museum of Omaha Beach
Av. de la Libération
14710 Saint-Laurent-sur-Mer, Francja

D-Day Omaha Museum
Rte de Grandcamp
14710 Vierville-sur-Mer, Francja

Overlord Museum
Lotissement Omaha Center
14710 Colleville-sur-Mer, Francja

Overlord Museum, Rue des Chemins de la Liberté, Le Bray, La Vieille Rue, Colleville-sur-Mer, Bayeux, Calvados, Normandia, Francja metropolitalna, 14710, Francja

Route de Grandcamp, Cité des Jardins, Vierville-sur-Mer, Bayeux, Calvados, Normandia, Francja metropolitalna, 14710, Francja

Avenue de la Libération, La Fraisnaie, Saint-Laurent-sur-Mer, Bayeux, Calvados, Normandia, Francja metropolitalna, 14710, Francja

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Warto zobaczyć: Airborne Museum, Sainte-Mère-Église

Dziś o kolejnym muzeum w Normandii, znowu takim "porządnym" i specjalnie wybudowanym.

Miasteczko Sainte-Mère-Église znane jest przede wszystkim z historii amerykańskiego spadochroniarza Johna Steele, którego spadochron zaczepił się o wieżę miejscowego kościoła. Na pamiątkę tego wydarzenia na wieży miejscowego kościoła wisi manekin spadochroniarza zaczepiony spadochronem o wieżę.

Sainte-Mère-Église - John Steele na wieży kościelnej
Sainte-Mère-Église - John Steele na wieży kościelnej

Muzeum położone jest o całkowicie dosłowny rzut beretem od tego kościoła. Tematem muzeum są wojska spadochronowe, bo akurat w tej okolicy Lądowanie polegało na zrzuceniu spadochroniarzy i szybowców.

Najciekawszym eksponatem jest szybowiec desantowy Waco CG-4A, jedyny taki w Europie kontynentalnej. Poza nim na świecie zostały jeszcze ze trzy w Wielkiej Brytanii i z dziesięć w USA.

Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Szybowiec Wako CG-4A
Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Szybowiec Wako CG-4A

Oglądanie tego szybowca w tym muzeum zrobiło mi wielki WTF!? Znaczy nie sam szybowiec, tylko jego umieszczenie na ekspozycji. Bo to było tak: Według danych technicznych szybowiec ma długość 14,8 m i rozpiętość 25,5 m. Tymczasem stał on w okrągłym budynku o średnicy około 20 m, no góra ze 22 jak mierzyć po zewnętrznej, a wcale nie przycięli mu skrzydeł.

Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Szybowiec Wako CG-4A
Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Szybowiec Wako CG-4A

Obyło się bez zakrzywiania przestrzeni - do budynku wchodziło się przez kilkumetrowy korytarzyk wyraźnie dobudowany później - bo stylistycznie pasował do reszty jak pięść do nosa. Parę metrów skrzydła wetknięte było w ten korytarzyk. Sam szybowiec musiał być ustawiony pod odpowiednimi kątami żeby to wszystko się spinało a przez korytarzyk dało się przejść, i że komuś udało się to skutecznie zaprojektować raczej nie metodą prób i błędów zrobiło na mnie spore wrażenie.

Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Przedsionek na skrzydło szybowca
Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Przedsionek na skrzydło szybowca

Jak właśnie sprawdziłem, w zeszłym roku zbudowali tam nową halę na ten szybowiec i teraz diorama jest inna. Wcześniej można było przejść w poprzek przez kabinę i obejrzeć sobie wnętrze z manekinami żołnierzy, teraz diorama przedstawia Jeepa wyjeżdżającego z szybowca.

Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Szybowiec Wako CG-4A, wnętrze
Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Szybowiec Wako CG-4A, wnętrze

Inna hala poświęcona jest historii desantu w tym miejscu (Operation Neptune), ze szczególnym uwzględnieniem Johna Steele.

W jeszcze innej hali mamy dioramę z Douglasem C-47 w roli głównej, obok niego stoi Eisenhower. Ciekawym jest, że ten C-47 ma hak do szybowca.

Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Eisenhower przy Douglasie C-47 Skytrain
Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Eisenhower przy Douglasie C-47 Skytrain
Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Douglas C-47 Skytrain
Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Douglas C-47 Skytrain
Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Douglas C-47 Skytrain, hak do holowania szybowca
Airborne Museum, Sainte-Mère-Église - Douglas C-47 Skytrain, hak do holowania szybowca

Generalnie: warto zobaczyć. Adres:
AIRBORNE MUSEUM
14 rue Eisenhower
50480 Sainte-Mère-Eglise

Musée Airborne, Rue Eisenhower, Richedoux, Sainte-Mère-Église, Cherbourg, Manche, Normandia, Francja metropolitalna, 50480, Francja
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Warto zobaczyć: Musée d’Arromanches i plaża Gold

Tytuł może być trochę mylący, ale po kolei: Muzeum w Arromanches jest też "porządne", też mieści się w specjalnie zbudowanym budynku. Ekspozycja podzielona jest na kilka części omawiające różne aspekty, wszystko według reguł sztuki muzealniczej.

Arromanches - Muzeum
Arromanches - Muzeum

Problem jest taki, że to wszystko może być interesujące dla kogoś, kto nic o temacie Lądowania na tym odcinku nie wie. Nie mam nawet jednego zdjęcia ze środka. Dla mnie jedynym w miarę interesującym eksponatem była makieta portu Mullbery B, zbudowanego tutaj przy Lądowaniu, ale nie na tyle żeby zrobić zdjęcie. Resztki prawdziwego portu można oglądać z tarasu na dachu muzeum, a potem można pójść na plażę i zobaczyć je z bliska.

Arromanches - Resztki portu Mulberry B
Arromanches - Resztki portu Mulberry B
Arromanches - Resztki portu Mulberry B
Arromanches - Resztki portu Mulberry B
Arromanches - Resztki portu Mulberry B
Arromanches - Resztki portu Mulberry B

Ogólnie: To, co naprawdę interesujące jest nie w muzeum, tylko poza nim. Tutaj betonowe pontony zwane Beetle.

Arromanches - Resztki portu Mulberry B, Ponton Beetle
Arromanches - Resztki portu Mulberry B, Ponton "Beetle"

Jeden z nich jest dostępny omalże suchą nogą nawet przy maksymalnym przypływie, do kilku innych można dotrzeć na piechotę przy niższym stanie wody. Byliśmy tam w porze przypływu, stąd zdjęcie z bliska tylko jednego. Jak widać, zrobiony jest z cienkościennego (grubości rzędu cala) betonu, trochę zbrojonego.

Arromanches - Resztki portu Mulberry B, Ponton Beetle
Arromanches - Resztki portu Mulberry B, Ponton "Beetle"

A tutaj stalowy segment drogi zwany Whale, na nim spychacz.

Arromanches - Resztki portu Mulberry B, pomost "Whale"
Arromanches - Resztki portu Mulberry B, pomost "Whale"

Ogólnie: Plażę Gold naprawdę warto zobaczyć, muzeum tylko jeżeli nie wiecie o Lądowaniu prawie nic.

Adres: Musée du Débarquement
Place du 6 Juin 1944
14117 Arromanches les bains

Musée d'Arromanches, Place du 6 Juin 1944, Résidence du Mézeray, Arromanches-les-Bains, Bayeux, Calvados, Normandia, Francja metropolitalna, 14117, Francja
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Warto zobaczyć: Musée du Débarquement de Utah Beach i plaża Utah

Kontynuujemy Normandię z roku 2016. Dziś Musée du Débarquement de Utah Beach, jak sama nazwa wskazuje leżące koło plaży Utah. I to naprawdę blisko - muzeum od plaży oddziela tylko wydma.

Plaża Utah i Musée du Débarquement de Utah Beach od strony morza
Plaża Utah i Musée du Débarquement de Utah Beach od strony morza

Własnooczne obejrzenie różnych miejsc Lądowania wiele wyjaśnia. Tutaj widać od razu, dlaczego straty na tym odcinku były najniższe - to teren decyduje. W innych miejscach  zaraz za plażą zaczynają się całkiem spore pagórki, tutaj najwyższym wzniesieniem w okolicy jest ta wydma. Z drugiej strony to za tą wydmą nie ma specjalnie istotnych obiektów do zdobywania, to raczej kierunek pomocniczy.

Musée du Débarquement de Utah Beach
Musée du Débarquement de Utah Beach

W otoczeniu muzeum stoi sporo pomników, większość z nich to klasyczny obelisk plus tablica, ale jeden jest naprawdę dobry - przedstawia on żołnierzy amerykańskich wybiegających z łodzi desantowej, żołnierze są w skali 1:1, a łódź to prawdziwe LCVP.

Plaża Utah - pomnik
Plaża Utah - pomnik

Przejdźmy do muzeum. Muzeum jest "porządne" i mieści się w specjalnie dla niego zbudowanym budynku. W samym jego środku, na honorowym miejscu stoi Martin B-26 Marauder, jedyny taki zachowany w Europie, poza nim na świecie zostało tylko 6, wszystkie w USA.

Musée du Débarquement de Utah Beach - Martin B-26 Marauder
Musée du Débarquement de Utah Beach - Martin B-26 Marauder

Inne eksponaty nie są już tak spektakularne, ale i tak warto zobaczyć.

Musée du Débarquement de Utah Beach - LCVP
Musée du Débarquement de Utah Beach - LCVP
Musée du Débarquement de Utah Beach
Musée du Débarquement de Utah Beach
Musée du Débarquement de Utah Beach
Musée du Débarquement de Utah Beach

Adres:
Musée du Débarquement de Utah Beach
La Madeleine
50480 Sainte-Marie-du-Mont

Musée du débarquement Utah Beach, D 329, Utah-Beach, Sainte-Marie-du-Mont, Cherbourg, Manche, Normandia, Francja metropolitalna, 50480, Francja
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Komentarze: (1)

Warto zobaczyć: Musée des Épaves Sous-Marine du Débarquement (Port-en-Bessin) i Central Garage (Bad Homburg)

Zestaw muzeów polecanych w tej notce może wydawać się dziwny, ale istnieje między nimi związek.

Pierwsza z polecanek jest z Normandii. To malutkie muzeum, jedna sala plus podwórko, ale mają tam coś, co mają tylko nieliczne duże muzea na świecie, a w dwóch egzemplarzach obok siebie nie ma nikt inny.

Musée des Épaves Sous-Marines du Débarquement (Muzeum Podwodnych Wraków z Lądowania) jest prywatne, należy do firmy zajmującej się pracami podwodnymi. Część tych prac to wydobywanie z morza wraków przeszkadzających w żegludze. Muzeum znajduje się na skraju miejscowości Port-en-Bessin.

W sali muzeum jest wystawione trochę drobnego złomu wydobytego spod wody, a na podwórku stoją czołgi, między innymi dwa Shermany DD z okolic plaży Omaha. Firma wydobyła takie trzy, ale jeden poszedł do USA. Oczywiście stan czołgów po dobrych 40 latach leżenia w słonej wodzie nie jest rewelacyjny (są tam reklamy środka antykorozyjnego, którym pokryto wraki po wydobyciu, jest to Owatrol Rustol).

Sherman DD
Sherman DD
Sherman DD
Sherman DD
Sherman DD
Sherman DD
Sherman DD
Sherman DD

Ogólnie przy Lądowaniu Shermany DD nie popisały się za bardzo, bo do plaży dotarły tylko dwa z trzydziestu paru, ale w sumie nie była to wina konstruktora, tylko fala była zbyt wysoka, kilkukrotnie powyżej specyfikacji. I tak cud że chociaż te dwa dopłynęły.

Oprócz Shermanów DD mają tu inne czołgi - Shermana Dozer, Stuarta, haubicę Priest.

Sherman Dozer
Sherman Dozer
Stuart M5A1
Stuart M5A1
M7 Priest
M7 Priest

I inny duży złom militarny. 

Złom podwodny
Złom podwodny

Może i nie jest to taka atrakcja, żeby specjalne tam jechać z daleka, ale będąc w okolicy warto zobaczyć.
Adres: Musée des Épaves Sous-Marines du Débarquement
26 Rte de Port, 14520 Commes, Francja

26, Route de Port, La Chenevière, Commes, Bayeux, Calvados, Normandia, Francja metropolitalna, 14520, Francja

Teraz druga polecanka: Central Garage. To jest muzeum (chociaż muzeum to raczej za dużo powiedziane - to jest po prostu parę pomieszczeń wystawowych, bez własnych zbiorów), o którym od lat wiedziałem, które jest blisko, ale nigdy nie było okazji go odwiedzić. Nawet kiedyś mieszkałem w okolicy a pracowałem z kilometr od tego miejsca w linii prostej, ale wtedy muzeum tam jeszcze nie było.

Przy wycieczce do Braun Sammlung wziąłem sobie broszurkę o aktualnych wystawach okresowych w muzeach w sporej okolicy, i przy Central Garage było napisane że mają wystawę o samochodach firmy Glas. Glas produkował między innymi Goggomobila, ale jeszcze też parę innych modeli, których nigdy nie widziałem ani nie miałem ich zdjęć. Wybrałem się więc.

Na miejscu okazało się, że wystawa jest całkiem, ale to całkiem inna: Była o samochodach angielskiej firmy Alvis. Broszurka o wystawach okresowych była wydrukowana w 2020, planowana była inna wystawa, z przyczyn pandemicznych wyszło inaczej.

Akurat angielskie samochody nie interesują mnie specjalnie, o firmie Alvis nawet dotąd nie słyszałem. W sumie samochody jak samochody, ale zauważyłem interesujące rozwiązanie techniczne: Większość tych samochodów miała typowe dla tamtego okresu resory piórowe. Oprócz tego miały one coś w rodzaju mechanicznego amortyzatora, a oko działającego na tarcie. Twardość zawieszenia można było ustawić dociągając albo popuszczając śrubę ściągającą elementy trące.

Alvis, model nieustalony
Alvis, model nieustalony

Jak to się wiąże z pierwszą polecanką? Z tablic na wystawie dowiedziałem się, że to właśnie jeden z głównych inżynierów firmy Alvis - Nicholas Straussler - wymyślił ten system przerobienia czołgu na pływający i opracował Shermana DD.

Central Garage jest w Bad Homburgu. Wstęp za darmo, proszą o co łaska na cel dobroczynny. Otwarte od środy do niedzieli 12:00 do 16:30, w święta zamknięte. Adres:
Central Garage
Niederstedter Weg 5
61348 Bad Homburg v.d.Höhe

Central Garage, 5, Niederstedter Weg, Berliner Siedlung/Gartenfeld, Bad Homburg vor der Höhe, Hochtaunuskreis, Hesja, 61348, Niemcy
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj