Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

A teraz język czeski

W poprzedniej notce polecałem ukraińskiego "Sługę narodu", i jak już jesteśmy przy satyrze politycznej krajów byłego bloku to polecę czeski mini-serial "Kosmo".

Dobre dwa lata temu w polskim internecie krążył krótki fragment tego serialu, z którego wynikało że Polacy zawsze podróżują w czwórkę z psem:

To było dobre, poszukałem więc na youtubie więcej. Niestety nie było tego za dużo, nawet w oryginalnej wersji językowej.

Tu dygresja - czeski rozumiem nie tak dobrze jak rosyjski, ale tak ze 75% to i owszem. Na studiach miałem sporo znajomych Czechow i pożyczałem od nich książki do czytania, po czesku oczywiście. Przeczytałem tak na przykład "Egipcjanina Sinuhe" Waltariego, i po czesku brzmiało to rewelacyjnie. Czeski dla Polaka brzmi nieco archaicznie, co świetnie pasowało  tej powieści (Do dziś pamiętam "Zlato je jako prach u mých nohou"). Archaizm czeskiego jest uzasadniony historycznie - mówiąca po czesku szlachta została prawie całkowicie wybita w bitwie na Białej Górze (1620) w Wojnie Trzydziestoletniej, i od tego czasu po czesku mówili praktycznie wyłącznie niewykształceni chłopi. Język zakonserwował się i nie rozwijał przez ponad 200 lat,dopiero w wieku XIX został odtworzony i wrócił do obiegu. Stąd wiele słów czeskich jest podobne do staropolskich.

Wróćmy do Kosmo. Zorganizowałem sobie ten serial i naprawdę było warto (dla nie znających czeskiego: da się znaleźć w sieci polskie napisy). Może krótko plot:

Ministrowi edukacji (nazwiskiem Sumec, czyli sum) odbija nagle (akcje typu kąpanie się nago w fontannie na rynku) i zostaje on zdjęty ze stanowiska. Jego następca zaczyna przeglądać dokumenty i okazuje się, że jego poprzednik sprzeniewierzył całkiem sporo funduszy, i co gorsza rozpoczął projekt czeskiego lotu na Księżyc, wziął na to środki unijne, a w umowie z Unią przewidziane są olbrzymie kary umowne za przerwanie przedsięwzięcia. Serial opowiada losy tego projektu.

Sumec angażuje jako przyszłych kosmonautów cztery osoby:

  • stuprocentowo kompetentną dziewczynę po przeszkoleniu astronautycznym w NASA
  • astrofizyka z uczelni (w jednej czwartej Polaka zresztą, stąd "Polak w niebezpieczeństwie" na filmiku powyżej).
  • technika nazwiskiem Cikán (Cygan), na którego bierze unijne dopłaty dla mniejszości narodowych
  • pilota nazwiskiem Chromy (Kulawy), na którego bierze unijne dopłaty dla osób upośledzonych

Ponieważ Sum za pieniądze na ten projekt kupił sobie hotel w ciepłych krajach, nowy minister musi zapewnić finansowanie projektu z innych źródeł. Podpisuje więc umowę sponsorską z wielkim przedsiębiorcą od hodowli kur, który ma swoje wymagania. Pierwszym z nich jest wywalenie dziewczyny z NASA, bo ma za duże piersi i ludzie pomyślą że jego kurczaki są szpikowane hormonami (spoiler: Oczywiście są). Zostaje ona zastąpiona wskazaną przez niego aktualną Miss Kurnika, której szybko trzeba dorobić dyplom uczelni wyższej.

Nie będę spoilować dalej, ale jest tam sporo świetnej satyry na stosunki czesko-rosyjskie i czesko-amerykańskie, perypetie z Chińczykami (najtaniej wynoszącymi ładunki na orbitę), szybko działająca propaganda rosyjska, nabijanie się ze Słowaków i Polaków (Jak to się stało że nikt nie zauważył polskiego programu księżycowego? Postawili na rakiecie krzyż, a wiecie ile u nich jest kościołów...). Za najlepszy uważam odcinek drugi, z polityką międzynarodową.

Ogólnie serial jest o wiele lepszy niż Sługa narodu, i do tego ma elementy SF. Porównanie z serialem ukraińskim pokazuje, że jednak Czechy są w zupełnie innym miejscu niż Ukraina (oczywiście przed wojną). Korupcja istnieje, ale nie jest tam masowa jak w Ukrainie. Głównym problemem nie są oligarchowie, tylko zależność polityki od biznesu.

Ogólnie bardzo polecam. Tu strona serialu

Poszukałem, i teraz daje się znaleźć całość na youtubie

Podlinkuję odcinki wprost:

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Telewizja

Skomentuj

Nieoczekiwane korzyści z nauki rosyjskiego

Wydarzenia od pewnego czasu przyspieszają, zarówno na świecie, jak i u mnie prywatnie. Co na świecie wszyscy wiedzą, prywatnie niedawno przeszedłem na freelancing, w związku z tym przechodzeniem nie za bardzo miałem czas na pisanie notek.

Znaczy jedną zacząłem pisać, jeszcze przed wojną, ale się gwałtownie zdezaktualizowała - bo kogo teraz obchodzi jakiś covid. Chociaż ta dezaktualizacja była tylko częściowa, bo miało tam być też o związkach pewnych grup z Rosją. Notkę jeszcze przerobię i opublikuję, bo moje tezy, wtedy jeszcze bez dowodów, nagle znalazły potwierdzenie. Ale teraz o czym innym.

W ramach śledzenia informacji z frontu zacząłem oglądać na youtubie materiały rosyjskie i ukraińskie, i nagle się okazało, że nauka rosyjskiego w komunistycznej szkole nie poszła na marne. W tamtych czasach, mimo że z rosyjskiego miałem raczej trójki niż czwórki, mówiłem i czytałem w tym języku całkiem nieźle, w praktyce nawet lepiej od niektórych z piątkami. Od tego czasu minęło już mnóstwo lat, tymczasem z mówieniem miałbym bardzo poważne problemy (przede wszystkim brak słów), ale teraz nagle się okazało, że z materiałów po rosyjsku rozumiem 90+% (oczywiście +/- temat i staranność wymowy mówiącego). I jeszcze, odkryłem, że ukraiński jest tak pomiędzy rosyjskim a polskim, i rozumiem go nawet lepiej niż rosyjski.

I tak przy tym oglądaniu trafiłem na interesujący kanał, należy on do ukraińskiego dziennikarza, Volodymyra Zolkina (TUTAJ wpis w Wiki). Rozmawia on rosyjskimi jeńcami, i daje im zadzwonić do domu. To nie jest przesłuchanie, tylko dobrowolna rozmowa, na którą rozmówca musi wyrazić zgodę. Rozmowa składa się z kilku punktów (kolejność może się zmieniać):

  • W nowszych rozmowach, dziennikarz pyta na początku o zgodę na zapis i publikację rozmowy.
  • Najpierw rozmówca przedstawia się, i podaje różne dane pozwalające na sprawdzenie, że nie jest podstawionym aktorem (nazwiska kolegów z klasy, nauczycieli, profil w mediach społecznościowych, czy coś w tym rodzaju).
  • Dziennikarz zadaje pytania typu:
    • Jak rozmówca trafił na Ukrainę?
    • Czy jest w stanie powiedzieć, po jaką cholerę tam trafił?
    • Czy widział po drodze jakichś faszystów albo nacjonalistów?
    • Jak trafił do niewoli?
    • Jak traktują go w niewoli?
    • Co chciałby powiedzieć ludziom, których wojsko miałoby wysłać na front ukraiński?
  • Dalej dzwonią do domu jeńca (do żony/rodziców/dziewczyny/dziadków). Jeniec może chwilę porozmawiać,  dziennikarz informuje że można zapis obejrzeć na Telegramie - bo ten w Rosji działa. I jeszcze próbuje wypytywać, co ci ludzie myślą, co ich bliski robi w Ukrainie, i o co w tej całej "operacji specjalnej" chodzi.

Generalnie próbuje wzbudzić w tych jeńcach i ich bliskich jakieś refleksje nad tym wszystkim, co się dzieje. Oczywiście nie należy zakładać, że wszystko co jeńcy mówią jest prawdą.

Rozmowy są generalnie smutne, ale bardzo interesujące. Dziennie pojawiają się 2-4 nowe filmiki, oglądam co dzień. Tymczasem osłuchałem się już tak, że poznaję kiedy dziennikarz wrzuca słowa ukraińskie zamiast rosyjskich. Kilka spostrzeżeń i ciekawostek:

  • Jak dotąd były dwie rozmowy z majorami pilotami.
    • Jeden latał na bombowcu (Su-34). Brak jakichkolwiek refleksji nad czymkolwiek. Dostaje koordynaty, charakterystykę celu (zawsze w rodzaju "zgrupowanie sprzętu pancernego npla") i leci zrzucić bomby. Telefonu nie zabrali (większości  innych pozabierali), ale nie sprawdzał na co zrzucił bomby. Po zestrzeleniu i lądowaniu ostrzeliwał się z pistoletu służbowego i nawet kogoś zabił. Jak zadzwonili do żony okazało się, że puściła go kantem.

    • Drugi był z lotnictwa morskiego z Krymu, loty rozpoznawcze nad morzem (Su-30). Raz kazali mu polecieć w stronę nad lądem w stronę Chersonia (pułap 6-8 km), po 50 kilometrach został zestrzelony. Mówił, że do samolotu nie zabierają broni ręcznej, bo w razie wodowania tylko na dno ciągnie. Ten był całkiem bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia, bo niby tylko lata w kółko wokół wyznaczonej pozycji nad morzem, a elektronika rejestruje co trzeba, i tyle. A jak leciał nad lądem, to z pułapu na którym lata i tak nic konkretnego nie widać. Przy tym żona Ukrainka (mówił trochę po ukraińsku).

  • Był jeden podpułkownik z policji, starszy gość. Ten twierdził, że do jednostki przyszli jacyś ludzie i powiedzieli, że poślą ich za granicę. Wszystkie protesty, że to jest policja i nie mają prawa do działań za granicą zignorowali. Policjanci stwierdzili że to jakaś głupota, aż tu nagle pewnego ranka zostali zapakowani do samochodów i powiezieni - jak się okazało - do Ukrainy. Gdzie zaraz konwój został rozwalony, a podpułkownik dostał się do niewoli.
  • Był też jeden kapitan policji, opowiadał podobną historię (z tym rozmawiali dwa razy, za drugim razem pytali co odpowie na komentarze pod pierwszym filmikiem).
  • Było kilku z tych "republik" w Donbasie. Żaden nie był wcześniej w wojsku, nigdy nie strzelali, wzięli ich przymusowo w Wojenkomat (odpowiednik WKU) i zawieźli na nowo zajęte tereny. Tam spali w otwartym terenie, dostawali średnio jedną rację żywnościową na trzy dni, dostali kałasze i po trzy naboje na osobę. Zadaniem ich było kierowanie ruchem, żeby zatrzymywać samochody cywilne jak jedzie kolumna wojskowa. No i tak stali sobie przy drodze (jeden z nich, starszy człowiek z brodą określił to "staliśmy tam jak dziady brodate"), podjechał jakiś BTR który okazał się ukraiński i zostali wzięci do niewoli. Mnie zastanawia, po co wcielać takich ludzi, przecież ich potencjał bojowy jest ujemny - angażują tylko zasoby i logistykę, ktoś ich musi nadzorować, nawet to ich zadanie nie miało najmniejszego znaczenia. Jeden miał problemy zdrowotne z nogami, zrobili go felczerem. Nie muszę chyba pisać, że z jakąkolwiek medycyną nie miał nic wspólnego. Był też jeden weterynarz (nie z Donbasu), którego z marszu i bez przeszkolenia zrobiono dowódcą czołgu.
  • Większość zwykłych żołnierzy niskich stopni opowiada bardzo podobne historie: Pojechali na ćwiczenia, zabrano im telefony i paszporty, pojechali gdzieś, i nagle się okazało, że są w Ukrainie. Dokąd jadą wiedział tylko dowódca w pierwszym wozie, reszta nawet map nie miała. Potem wpadli pod ostrzał i zostali wzięci do niewoli (niektórzy sami aktywnie się poddali).
  • Dziennikarze czepiają się powoli, że dotąd w zasadzie żaden z rozmówców nie powiedział, że strzelał do kogokolwiek. Myślę, że nie ma się czemu dziwić - ci którzy naprawdę mają sporo na sumieniu raczej nie godzą się na rozmowę. Dzisiejszy rozmówca (Старший лейтенант, wyjątkowo rozmowny i chętny do dyskusji) nawet tak im powiedział.
  • Jeden miał ciekawszą historyjkę, jak papał w plien (trafił do niewoli) od 19:55:

Dziennikarz (D): Jak trafiliście do niewoli?
Żołnierz (Ż): A popiliśmy wieczorem z czołgistami.
D: Zaraz, byliście już od trzech tygodni w akcji, skąd mieliście alkohol?
Ż: Czołgiści mieli...
D: Przywieźli tyle, że na trzy tygodnie starczyło? Jakiś zbiornik?
Ź: Nie wiem skąd mieli, ale w butelkach
(dziennikarze stwierdzili, że musiały być ukraińskie i kradzione)
D: I były zapieczętowane?
Ż: Jak przyszliśmy, były już otwarte.

  • EDIT 2022.04.11: Wywiad opublikowany dziś wieczorem jest jak dotąd najdłuższy i najciekawszy - człowiek który był przez miesiąc w Buczy:

  • EDIT 2022.04.12: Dzisiejsza wieczorna rozmowa była jak dotąd najlepsza - wreszcie jakiś inteligentny rozmówca z którym jest porządna dyskusja. Niestety jego ojciec w rozmowie telefonicznej był całkowicie niereformowalny, argumentował całkiem jak twardy zwolennik PiS-u.

  • EDIT 2022.04.13: No dziś to już przeszli samych siebie - rozmowa z dziesięcioma oficerami (podporucznik-kapitan) z jednego zgrupowania czołgów naraz, którzy wszyscy razem trafili do niewoli. Wszyscy z paru miejscowości w obwodzie moskiewskim i z Sankt Petersburga. Przy okazji pokazują warunki, w jakich ci ludzie są trzymani: To jest wyraźnie więzienie, piętrowe, metalowe łóżka, ściany wykafelkowane, łazienka z prysznicami (nie ma baterii, tylko zwykłe zawory kulowe dla wody zimnej i ciepłej). Pokazali też jedzenie, była ogórkowa, jakieś klopsy, kasza i kapusta. Tych żołnierzy dowódca (podpułkownik) zostawił, uciekł do Rosji, i tam napisał raport, że on wszyscy zdezerterowali. Przy telefonach do domu dowiadywali się, że są w Rosji poszukiwani za dezercję.

 

  • EDIT 2022.04.21: W niedzielę, z okazji setnego wywiadu, prowadzący zrobili sesję pytań i odpowiedzi z widzami. Podali parę ciekawych rzeczy, na przykład że wielu z tych jeńców po wywiadzie dopytuje się, czy i jak mogą zostać w Ukrainie i nie wracać do Rosji.

Znających rosyjski zachęcam do pooglądania, daje trochę inną perspektywę. EDIT: W komentarzach proponują włączenie automatycznie generowanych podpisów i wybranie języka do automatycznego tłumaczenia. Ale już po rosyjsku te napisy często nie wychodzą, na początku miałem włączone, ale po pewnym czasie dałem spokój.

A teraz z innej beczki: Na ARTE puścili parę odcinków "Sługi narodu", pierwszy sezon  jest w mediatece (link jest do wersji z dźwiękiem oryginalnym i napisami po niemiecku, nie sprawdzałem czy są tam inne). Obejrzałem jak dotąd sześć, i to niezłe jest. Znaczy jako komedia to nie jest jakaś rewelacja, ale wcale nie jest głupie. No i teraz rozumiem dlaczego Żełeński został wybrany na prezydenta. Krótko plot:

Zaczyna się to od rozmowy trzech, nie pokazywanych z twarzy oligarchów, że w najbliższych wyborach nie ustalą między sobą kto wygra, tylko pozwolą rzeczywiście wybrać ludziom, a każdy z nich wystawi swojego kandydata. Głównym bohaterem jest biedny nauczyciel historii nazwiskiem Wasyl Hołobrodko. Pewnego razu w szkole wkurza się on i wygłasza tyradę na temat panującego systemu politycznego, i powszechnej nieznajomości historii, prowadzącej do wybierania złych kandydatów. Tyradę nagrywa i wrzuca do sieci jeden z jego uczniów. Wkrótce okazuje się, że wszyscy ten filmik widzieli i wyrażają chęć głosowania na takiego kandydata. Uczniowie bez wiedzy nauczyciela organizują crowdfunding, żeby zebrać 2 miliony hrywien potrzebne do rejestracji kandydata, w rezultacie nauczyciel rejestruje się i wygrywa wybory w pierwszej turze. Hołobrodko jest człowiekiem skromnym i uczciwym, i na nowym stanowisku zderza się całym bizantyjskim systemem politycznym Ukrainy.

Jak na razie, to rzecz jest wręcz lewacka. Na początku nowemu prezydentowi śnią się greccy filozofowie dyskutujący o tym, że Ukraina ma wszystko o trzeba, żeby być bogatym krajem, a główną przyczyną że taka nie jest są skorumpowani, chciwi politycy dbający tylko o swoją korzyść. W scenie spotkania z ministrami Hołobrodce wręcz zwiduje się Che Guevara i żąda od niego żeby powiedział im wszystkim co o nich myśli. Co prezydent w swojej wyobraźni robi (ale tylko w wyobraźni). Jednak dalej robi różne bardzo lewackie rzeczy również w rzeczywistości.

Tu parę danych statystycznych: Jeżeli porównać nominalne PKB per capita, to Ukraina jest baardzo biedna. Taki Meksyk ma ponad dwa razy tyle, Rumunia ponad 3, Polska koło 4 a Niemcy ze 12. Trochę lepiej wygląda to przy porównaniu siły nabywczej, ale nadal nie różowo.

Zauważmy jednak, że "uczciwy, zwykły człowiek z ludu robiący porządek z elitami"  to jest wymarzona kampania wyborcza każdego populisty. W serialu bohater jest prawdziwym ideowcem, ale jak odróżnić ideowca od populisty w realu? Przy niektórych widać od razu że nie mają żadnej niezmiennej i niedyskutowalnej idei której się nie pozbędą, tylko zrobią i powiedzą wszystko żeby mieć władzę, ale są i inni, przy których z góry tego nie wiadomo.

No i ten plot z serialu został przeniesiony poziom wyżej, do realu - każdy widz serialu widząc kandydata Żełeńskiego natychmiast podkładał sobie krystalicznie uczciwego Hołobrodkę robiącego porządek ze starymi, skorumpowanymi elitami. Nawet Trump nie byłby w stanie zrobić takiego numeru. W sumie ciekawe czy ta akcja była planowana od początku, czy też dopiero później to wymyślili. I czy Żełeński jest tak samo ideowy jak Hołobrodka.

W każdym razie serial warto zobaczyć.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Telewizja

3 komentarze

Audycja zawiera lokowanie produktu – Pizzastahl

Skoro zacząłem o przyrządach związanych z kuchnią, to jeszcze jeden. Najpierw historia:

Trochę czasu temu robiłem często pizzę, taką od zera, z ciasta drożdżowego. Ogólnie była dobra, ale rodzina się skarżyła, że to ciasto nie jest takie jak w pizzy z pizzerii, tylko jakieś takie chlebowe. No ale nic się z tym nie dało zrobić - w piekarniku pizza piecze się zbyt wolno, ciasto zdąży wyrosnąć i nigdy nie będzie takie chrupiące, jak powinno być. Po pewnym czasie nam się to znudziło.

Ale kiedyś zobaczyliśmy w telewizji program, w którym zajmowali się dokładnie tym problemem. Zrobili ciasto na pizzę, zrobili z niego dwie pizze i jedną upiekli w piekarniku, a drugą w profesjonalnym piecu do pizzy. I różnica była duża - w piekarniku ciasto mocno wyrosło, a cała pizza nie była chrupka, tylko właśnie taka chlebowata.

Dalej pokazywali, co z tym da się zrobić. Najpierw pokazali parę tricków które można zrobić bezkosztowo, a potem Pizzastein - taki płaski kawał szamotu. Wkłada się to do piekarnika, rozgrzewa dobrze, a potem piecze na nim pizzę. No i taka wychodzi podobno już znacznie lepiej.

Ale to jeszcze nie koniec - potem użyli Pizzastahl. To jest kawał ośmiomilimetrowej blachy stalowej. Robi się z nim to samo co tym kamieniem, tylko wynik jest znacznie lepszy - twierdzili, że pizza wychodzi praktycznie taka, jak z pizzerii.

Ponieważ taki Pizzastahl kosztuje co nieco, a telewizja często kłamie (chociaż to było na kanale publicznym, na którym jest z tym lepiej, i w dobrym programie popularno-naukowym), trochę trwało zanim dojrzeliśmy do zakupu. Wybór producentów tego nie jest zbyt duży, wybrałem taką jedną firmę. W tej firmie do wyboru są zaledwie trzy warianty:

  • Okrągła blacha o średnicy 32 cm
  • Okrągła blacha o średnicy 32 cm, z rowkiem dookoła
  • Prostokątna blacha 32 x 38 cm, z rowkiem dookoła.

Wszystkie te blachy mają grubość 8 mm i są zrobione ze stali rdzewnej. Stal jest posmarowana olejem lnianym, który przy pieczeniu robi się taki złotobrązowy, a w dłuższym terminie czarny. W ofercie jest też pasujący klosz ze szkła borosilikatowego (do pieczenia chleba) i filcowe pokrowce do przechowywania tej blachy. Najtańszy zestaw blacha + pokrowiec to już 73 + 16 = 89 EUR. Taki właśnie kupiłem - ten rowek dookoła ma sens chyba tylko w połączeniu z kloszem. Blacha okrągła waży całe 5 kilo, to nie w kij dmuchał. Producent radzi żeby operować taką blachą w butach, bo wtedy szkody jak spadnie na stopę są mniejsze.

Pizzastahl

Pizzastahl

Dalej jest jeszcze problem, że ten kawał stali musi być rozgrzany w piekarniku, najlepiej na samej górze, i jakoś trzeba tą surową pizzę na nim umieścić. Znaczy trzeba mieć jeszcze szuflę do pizzy. I tu znowu powstaje problem wyboru. Zasadniczo materiały na taką szuflę są trzy: drewno, alu i stal nierdzewna. I jeszcze rączka do szufli może być stała lub składana w jakiś sposób, przy stałej powstają problemy z przechowywaniem - a to nie jest małe, taka szufla musi mieć co najmniej 35x35 cm + rączka na minimum pół metra.

O aluminiowych szuflach użytkownicy pisali, że są mało sztywne, drewniane były nie składane, więc zdecydowałem się na stalową z odłączaną rączką za około 30 EUR. W sumie jest bardzo podobna do jednej z używanych w tym materiale z telewizji.

Szufla do pizzy

Szufla do pizzy

Gdy wszystko poprzychodziło, przyszedł czas na próbę praktyczną. Pizzastahl umieściłem na ruszcie na samej górze piekarnika, i odkręciłem grzanie na max. Tymczasem zrobiłem pizzę, taką jak zwykle, tyle że wcześniej układałem ciasto  od razu na blasze, na której pizzę potem piekłem (robiłem prostokątne, na całą blachę), a teraz musiałem zrobić to na stolnicy. To wyszło dobrze, bo co miało pójść nie tak? Dalej włożenie do pieca - wziąłem szuflę i szybkim ruchem wsunąłem ją pod pizzę. I tu zrobił się mały zonk, bo na szuflę weszło jakieś dwie trzecie pizzy, a dalej tarcie pizzy o szuflę było większe niż tarcie o stolnicę plus siła bezwładności. Próbowałem pociągnąć pizzę za ten koniec najdalej na szufli, ale groziła rozerwaniem. W końcu jakoś tam udało mi się palcami wsunąć ją na szuflę, co nieco ją deformując. Na szczęście zrzucenie jej w piecu na Pizzastahl poszło znacznie lepiej (chociaż nie idealnie).

Teraz czas pieczenia: Producent zaleca włączenie termoobiegu i grilla. Grilla w piekarniku nie mam, a wentylator od termoobiegu trochę pochodzi i się zatrzymuje. Trzeba by pewnie wyczyścić łożysko, ale to kupa roboty i niechce misie. Sprzedawca blachy twierdzi, że przy termoobiegu i grillu  pizza może być gotowa w 2-4 minuty, u mnie wyszło że właściwy stan jest po ośmiu. Wyjęcie jej z pieca poszło bezproblemowo.

No i już w pierwszej próbie pizza osiągnęła smak porównywalny z przeciętną pizzerią, mimo niezadowalającego kształtu. W następnej próbie stwierdziłem, że skoro jest problem z wsuwaniem pizzy na szuflę, to może po prostu zrobię ją od razu na szufli. I to był duży błąd. Co ja mówię - DUŻY BŁĄD. Pizza, mimo intensywnego podsypania mąką, przykleiła się do szufli i nie chciała zejść w piecu. Trochę się nakombinowałem przy pomocy różnych narzędzi drewnianych, jakoś udało się umieścić ją na właściwym miejscu. Kształt miała mocno odbiegający od standardowego, ale smak wyszedł jak z pizzerii. Tyle że na skutek operacji przy wkładaniu pizzy do pieca  co nieco pospadało na dno piekarnika, i trzeba go było potem czyścić.

Przy paru następnych próbach doskonaliłem technikę, dopracowałem metodę nabierania pizzy na szuflę:

  • Najpierw trzeba, jeszcze na stolnicy, podsypać rozwałkowane ciasto na pizzę solidnie mąką.
  • Obłożyć pizze według uznania.
  • Szybkim ruchem wsunąć szuflę pod pizzę, powinno wejść jakieś 3/4 powierzchni.
  • Złapać pizzę palcami za brzeg, z boku, zaraz przy krawędzi szufli, i szybkim ruchem podsunąć szuflę jeszcze trochę. Pizza trochę się przekręci, ale wejdzie dalej. Jeżeli jeszcze nie cała jest na szufli - operację powtórzyć.
  • Zrzucenie pizzy z szufli w piekarniku jest już prostsze, ale też wymaga trochę praktyki.
  • Przed nabieraniem następnej pizzy szuflę lepiej umyć (i dokładnie wysuszyć!) albo przynajmniej natrzeć mąką.

Podejrzewam, że drewniana szufla zachowywała by się lepiej, nie bez powodu w pizzeriach używają drewnianych. Tyle że one raczej nie są składane i wymagają więcej miejsca do przechowywania. Z drugiej strony w tym materiale fachowiec od pizzy używa między innymi stalowej, bardzo podobnej do mojej, i nie ma problemów. Może trzeba natrzeć ją oliwą z oliwek? Następnym razem wypróbuję. (EDIT: spróbowałem natrzeć trochę oliwą i posypać mąką, działa nieźle, chociaż odrobinę trzeba jeszcze pomóc sobie palcem)

Ostatnio robiłem pizze z tuńczykiem, rodzina zgodnie stwierdziła, że to najlepsza pizza jaką kiedykolwiek jedli. Myślę, że to nie była tylko uprzejmość, bo ja też uważam, że lepszej dotąd nie jadłem. Jej najlepszość wynika z dwóch rzeczy: użycia tej blachy, i mojego autorskiego przepisu. Który podam (MSPANC):

  • Ciasto robię bardzo nieprofesjonalnie i muszę nad nim jeszcze popracować, nie naśladujcie mnie. Porządne przepisy są w sieci.
  • Po wyrośnięciu rozciągam ciasto na krążek żądanych rozmiarów.
  • Dalej sos pomidorowy. Kupuję do tego przecier pomidorowy w puszce, taki z bazylią. Dodaję sól i oregano, potem trzy łyżki tego na pizzę (można mniej, ale nie więcej! Inaczej obłożenie będzie zjeżdżać!)
  • Dalej tuńczyk, też taki normalny, w sosie własnym z puszki. Standardowa puszka wystarcza na 2-3 pizze.
  • Jak dotąd było standardowo, teraz mój trick: Czerwoną cebulę kroję drobno, podsmażam na oleju, i daję na pizzę. Cała cebula na jedną pizze. To daje pizzy umami boost. Wiem że to nie jest prawdziwie po włosku, ale ja nie jestem Włochem i co mnie to. A nawet nie mogę smażyć na oliwie oliwek z przyczyn technicznych, bo używam patelni z pokryciem ceramicznym marki Silit (model Talis, super są, najlepsze jakich w życiu używałem) i smażenie na oliwie z oliwek zniszczyłoby ich powierzchnię.
  • Dalej czarne oliwki w krążkach i tarty ser według uznania.

Będę dalej eksperymentował, ale już teraz życzę smacznego.

EDIT: Co do nabierania na szuflę: W kilku filmikach o robieniu ciasta na pizzę proponowali podsypywanie kaszą manną (z pszenicy twardej - Hartweizengrieß). I to działa rewelacyjnie, dodatkowo brzeg pizzy robi się pięknie chrupiący.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Bez kategorii

7 komentarzy

Audycja zawiera lokowanie produktu – Warthog Sharpener V-Sharp Classic II

Jakieś noże w kuchni każdy ma, bez nich przecież nie da się nic zrobić. No i niezależnie od ich kategorii cenowej - czy kosztowały bliżej jednego euro, czy stu - one zawsze się prędzej czy później tępią. I coś trzeba z nimi wtedy zrobić - bo przecież najniebezpieczniejszym narzędziem w kuchni jest właśnie tępy nóż.

Moje noże kuchenne są średniej klasy, i oczywiście też się tępią. Na początku kupiłem razem z nimi taką ostrzałkę w postaci szorstkiego pręta - jak to w ogóle nazywa się fachowo po polsku? Po niemiecku jest to "Wetzstahl", mimo intensywnego szukania nie znajduję po polsku. Wszedłem nawet na polskie strony WMF i tam nazywają coś takiego osełką - ale osełka to przecież coś całkiem innego.

Taki Wetzstahl w pewnym zakresie działa, można tym nóż zrobić trochę ostrzejszym, ale to nie jest prawdziwe ostrzenie. Kupiłem więc taką normalną osełkę. I ona też działa, ale porządne naostrzenie noża o zakrzywionym ostrzu osełką nie jest wcale trywialne - zachowanie stałego kąta przyłożenia noża do osełki to spora sztuka.

Następnym rozwiązaniem które wypróbowałem było oddanie do naostrzenia. Ostrzarkę ma każdy warsztacik od dorabiania kluczy i podklejania butów. Tyle że z ostrzeniem nie jest tak prosto - jak się okazało człowiek który to umie przychodzi do takich punktów tak raz na tydzień, więc trzeba zostawić noże na parę dni, co jest problemem. No ale chociaż jeżeli robi to ten, co to umie, to noże są porządnie naostrzone. Niestety biorą się za to również tacy, co nie umieją - raz okazało się, że gość nie odgratował noży po ostrzeniu. Więc za kilka euro od noża to się raczej nie opłaca.

Więc pewnego razu zabrałem się za szukanie jakiegoś rozwiązania, żeby samodzielnie porządnie naostrzyć moje noże. I okazało się, że problem nie jest trywialny.

Zacząłem od zajrzenia do WMF. Ich rzeczy z metalu są naprawdę bardzo porządne, choć niezbyt tanie, ale warte swojej ceny. Mam na przykład ich szybkowar i trochę narzędzi w rodzaj trzepaczek, łyżek cedzakowych czy krajaczy do sera, są super. Ale ich rzeczy mechaniczne i elektromechaniczne są zazwyczaj kupione w firmach zewnętrznych i niekoniecznie jakieś specjalne. Przy ich ostrzarkach do noży większość opinii była w stylu "to najgorsza rzecz WMF jaką kiedykolwiek miałem". Nie zdziwiło mnie to za bardzo, bo mam też na przykład maszynkę do gotowania jajek WMF, kupiłem ją ze względu na metalową pokrywę - we wcześniej używanych przeze mnie Siemensach plastikowa pokrywa z SAN po pewnym czasie pękała. Urządzenie z logo WMF działa, i owszem, ale jakością i sprawnością nie powala.

Po naprawdę długim szukaniu po sieci i czytaniu testów i opinii użytkowników trafiłem na południowoafrykańską firmę Warthog Sharpeners. Założyciele twierdzą, że mieli podobny problem jak ja - znaczy szukali możliwości porządnego naostrzenia swoich noży bez oddawania ich do fachowca, i ponieważ nic odpowiedniego na rynku nie znaleźli, to zrobili to sami. W asortymencie mają tylko parę modeli ostrzarek, po dłuższym namyśle wybrałem model V-Sharp Classic II.

Działa to tak:

  • Na środku jest regulowany dynks, wzdłuż którego prowadzi się ostrze. Trzeba go dopasować do grubości noża.
  • po lewej i prawej tego dynksa zakłada się "osełki" do ostrzenia. Każda z nich jest niezależnie mocowana, można wybrać dla każdej kąt 20, 25 i 30 stopni.
  • Te "osełki" mają naniesioną diamentową powłokę ścierną, w komplecie są takie z ziarnem 325, można dokupić z ziarnem od 270 do 1000. Z drugiej strony typowo nie ma powłoki ściernej tylko gładka stal, znaczy to robi jako ten Wetzstahl, ale są też "osełki" z dwoma różnymi ziarnami.
  • Istnieją też osełki ceramiczne o profilu obłym, mają one nadawać się do ostrzenia noży z ząbkami.
  • Po ustawieniu wszystkich kątów przykładamy nóż do dynksa prowadzącego i robimy jakbyśmy chcieli przekroić maszynkę na pół. Po 15-20 pociągnięciach nawet tępy nóż jest naostrzony, do podostrzenia wystarcza około pięciu pociągnięć.

Tutaj krótki tutorial:

Tanie toto nie jest, za urządzenie z dodanymi tymi ceramicznymi osełkami dałem sto kilkanaście euro. Kupione osobno "osełki" diamentowe kosztują około 40 dolarów, te diamentowe z dwóch stron są nawet po 65 za parę, a te ceramiczne nie są już dostępne. Ale rzecz działa, jestem zadowolony, nigdy wcześniej ne miałem tak ostrych noży. Trochę martwiło mnie parę opinii użytkowników, że po kilkunastu nożach "osełki" robią się całkiem gładkie w dotyku i nie ostrzą już. Rzeczywiście po kilkunastu nożach zrobiły się gładkie w dotyku, ale ostrzą nadal. Czuję to dokładnie - bo ja bardzo lubię pomidory, jadam je codziennie, a skórka pomidora (zwłaszcza trochę miękkiego) to dla noża bez ząbków duże wyzwanie, natychmiast czuć że nóż nie jest już taki ostry, i czuć różnicę po naostrzeniu.

Inne ich produkty to:

  • V-Sharp Classic II – ELITE - to jest to samo, tylko przykręcone do drewnianej podstawki. Wersja podstawowa ma plastikową podkładkę która notorycznie spada, ale drewnianej chyba nie warto kupować.

  • V-Sharp Curve - to jest bardzo uproszczona wersja, bez żadnych regulacji.

  • V-Sharp Xtreme Edge - to jest mniejszy, lżejszy, wodoodporny, plastikowy wariant do użycia w warunkach polowych. Dodatkowo może ostrzyć pod kątem 17 stopni, ale do domu raczej nie warto.

  • Multi-Edge - to jest rzecz, która robi na mnie wrażenie - można tym porządnie naostrzyć prawie wszystko (tyle że roboty jest więcej niż przy tych typowo do noży). Składa się to z dużej osełki i całkiem zmyślnego statywu do trzymania ostrzonego narzędzia pod stałym kątem. No i jeszcze paru narzędzi dodatkowych. Na razie nie potrzebuję, ale może sobie to jeszcze kupię.

Ogólnie: poleca się. Na dokładkę filmik o Multi-Edge:

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Ciekawostki

3 komentarze

Czas nieutracony (12) – Wątki

Dziś będzie o multitaskingu.

Wiecie, ja na codzień robię te systemy AUTOSARowe. Tam chodzi podręcznikowy multitasking plus przerwania, dokładnie jak napisane w książkach o systemach operacyjnych - z priorytetami tasków, wywłaszczaniem (lub nie), eventami do tasków, różnymi mechanizmami synchronizacji, schedule table, hookami itp. itd. I to wszystko jest mniej lub bardziej ręcznie konfigurowane, a system operacyjny jest w źródłach i można sprawdzić, zdebuggować, a nawet zmodyfikować dowolny szczegół (przy modyfikacji pamiętając, że dostawca OSa wykręci się wtedy od jakiejkolwiek odpowiedzialności za cokolwiek, nawet w zupełnie innym miejscu). Zajmuję się też robieniem ochrony pamięci przy pomocy MPU, znaczy to ja określam co i kiedy w rejestry tego MPU ma się wpisywać (bo standardowa obsługa w AUTOSARze jest marnie wymyślona, żeby działało jak trzeba trzeba to zrobić po swojemu, głęboko ingerując w system).  I zajmuję się problematyką różnych call contextów, żeby się nie mieszało. I robię też obsługę wyjątków oraz integrację coretestów. Większość tego (poza MPU) nie należy do zakresu moich obowiązków, ale co pewien czas jestem wołany do pomocy w gaszeniu, jak coś się pali. Czyli mam o tym  pojęcie, aż do najniższego poziomu, nawet pojedynczych instrukcji procesora (a nawet całkiem różnych procesorów, bo co projekt to inny core, inny zestaw instrukcji, inne MPU, inna koncepcja wyjątków, ...).

No i teraz zajmuję się tym moim programem pod Windowsy. Enterprise Architect jest bardzo stary, w momencie gdy powstawał, procesory pecetowe miały zazwyczaj tylko jednego cora, więc nic dziwnego że on cały chodzi w jednym threadzie. Ja dokładam do niego plugina który robi sporo niezależnych rzeczy, więc można by spróbować to czy tamto puścić w nim w innych threadach, żeby szybciej było. Tu i ówdzie mi się udało, ale ciągle mam poważny problem: Ja za cholerę nie rozumiem, jak działa threading w Windowsach/.NET! Wielokrotnie próbowałem o tym poczytać, ale nigdzie nie ma porządnego opisu podstaw z jakimiś paroma rysunkami, znajduję tylko całe strony jakiegoś blablabla TL;DR który "wyjaśnia" jak technicznie z tym działać, ale nie odpowiada na moje całkiem podstawowe i zasadnicze pytania.

Bo sytuacja jest taka: Chodzi sobie ten EA, i przez COM ładuje mojego plugina. I EA wywołuje, też przez COM, jakieś funkcje w moim pluginie, one coś robią. Tu jest jasne, to jest ciągle ten sam thread. Ale dalej, zmiany które zrobiłem w danych elementów dialogowych są jakimś cudem wyrysowywane na ekranie, ma to być podobno GUI thread. No i jaka jest relacja tego GUI threada do tego głównego threada? Z obserwacji wynika, że one chodzą na tym samym corze, ale jak są schedulowane?

Niedawna walka: Mam ja taki sobie splash screen pokazywany przy starcie EA, to jest zwyczajne okienko otwierane i zamykane podczas startu EA, wszystko w obrębie funkcji obsługującej jeden event EA. Na początek włożyłem mu w tło obrazek, i wszystko działało zgodnie z oczekiwaniami. Potem stwierdziłem, że na tym splashu wypiszę numer wersji mojego plugina. Postawiłem na nim labela, wpisałem do niego z kodu numer wersji, puściłem - i zamiast ładnego napisu dostałem biały prostokąt. Po kilku próbach poustawiania różnych propertiesów dałem spokój, i zrobiłem to samo z edit boxem. Tu było trochę lepiej - mój tekst się pojawił, ale zaselektowany. Ale tak nie może przecież być, żebym miał mocno niebieskie tło do tych kilku liter. No to podstawiłem w jakimś evencie SelectionLength=0 - nie zadziałało. To w innym evencie - też nie. Jeszcze paru - nadal nic. Sprawdziłem - żaden z tych eventów nie był wywoływany. Tu mi zaczęło świtać: Jestem w obsłudze eventu, więc nie jest wołany GUI Thread i controle nie są rysowane. No i co w tym momencie zrobić? Na koniec poradziłem sobie wywalając controle i rysując mój numer wersji po prostu na załadowanym do pamięci obrazku, jeszcze przed otwarciem okna. Ale moje pytania nadal pozostały bez odpowiedzi.

A potem dochodzi następny stopień trudności: Puszczam sobie explicite nowy thread, ale chciałbym pokazywać jak mu idzie w pasku postępu w GUI. No i jakie są relacje między tymi wszystkimi threadami? Pasek postępu zatrzymuje się co i raz, dlaczego dokładnie i jak to poprawić? Nikt nic na ten temat nie wie.

Jak już przy tym jesteśmy, to jeszcze opowiem anegdotę o guru Beelekensie - drugi raz, kiedy zajrzałem do jego kodu, był właśnie przy threadach. No i zobaczyłem tam jego komentarze, że miał problemy, ale zrobił jakieś workaroundy i już gubi eventy najwyżej z pięć razy na dzień pracy. Zainteresowało mnie to, i skopiowałem jego rozwiązanie do siebie. Gubiło tak gdzieś ze trzy eventy na dziesięć, śmiech na sali. Gdzie ma problem, zauważyłem już przy kopiowaniu - błąd było widać na pierwszy rzut oka. Poprawiłem, usunąłem workaround i poszło bez zarzutu. Uśmiejecie się, jak napiszę, co to było: On miał kolejkę na eventy pomiędzy threadami, i użył do tego klasy Queue, bez żadnej ochrony. Poprawka polegała na użyciu specjalnie do takiego celu przeznaczonej klasy ConcurrentQueue. I tyle. Nie trzeba wiele, żeby być guru w niszy.

(Wyjaśnienie dla mniej kumatych w tej działce: Tu mamy kolejkę eventów między threadami. Z jednej strony dodaje się event w jednym threadzie, z drugiej wyjmuje się go w innym. Teraz problem polega na tym, że jeżeli w trakcie dodawania obiektu thready zostaną przełączone i drugi thread wyjmie element zanim wszystkie zmienne zostaną zaktualizowane po stronie pierwszego, to kolejka może nam się pomieszać i coś zginie. Trzeba więc zapewnić, żeby operacje dodawania i wyjmowania były nieprzerywalne (atomowe) - i to właśnie zapewnia klasa ConcurrentQueue) .

W sumie brak specyfikacji jak działają taski/thready to jest problem nie tylko Windowsów. Na przykład dawno temu kupiłem synowi Lego Mindstorms, te wczesne, z żółtym brickiem. Programowało się to wizualnie przy użyciu programu o nazwie RCX Code, w sumie koncepcja była zbliżona do typowych flowchartów albo UMLowych activity diagramów.

Nie wkleję własnego screenshota z programu, bo ten system też był bardzo twitowy - chodził tylko na Windows 98 i tylko w rozdzielczości bodajże 800x600. Ta rozdzielczość była hardcoded i dla visual programming była o wiele zbyt mała. Dziś dałoby się to ewentualnie puścić na maszynie wirtualnej z Win98, ale przy tych 800x600 to i tak byłaby jedna wielka męka, więc nie warto.  Jeżeli ktoś chciałby się w tego RCXa bawić, to opracowano do tego support dla różnych "normalnych" języków programowania, nie trzeba używać akurat tego RCX Code.

RCX Code

RCX Code, Źródło

Zrobiony graficznie kod reagował na zdarzenia zewnętrzne, oprócz głównego threadu można było też wyklikać kod dla obsługi eventów od różnych wejść albo timera (jak widać na obrazku wyżej). I tu też żeby zrobić coś porządnie wypadałoby wiedzieć, jak to wszystko dokładnie działa - interrupt? polling? jak schedulowany?, czyli dokładnie te same pytania co w Windowsach. W dokumentacji LEGO nic na ten temat nie było.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Programowanie

6 komentarzy

Czas nieutracony (11) – Wtyczki

Teraz pożalę się na Enterprise Architecta. W sumie mógłby to być odcinek cyklu o twitach.

Najpierw lekka dygresja. Robienie mojego plugina zacząłem od założenia stubów wszystkich funkcji API do pluginów, żeby zobaczyć co tam się dzieje. Ściągnąłem też dostępną dokumentację od Sparksa i zacząłem czytać forum u nich. Szybko zauważyłem, że Sparx nie za bardzo odpowiada na pytania, za to rządzi tam jeden gościu, niezależny guru od EA z Holandii, nazwiskiem Geert Bellekens. Ten gościu żyje z robienia konsultacji z EA i pisaniu pluginów na zamówienie. No i on opublikował darmowy framework do robienia takich pluginów w C# i kilka dość użytecznych pluginów ogólnego przeznaczenia. Ściągnąłem sobie to i zajrzałem do źródeł - to było całkiem nieźle zrobione, ale zorientowane na reusing przy robieniu wielu pluginów, przy jednym, jak u mnie, to by był overkill. Zostawiłem to więc, zajrzałem potem do tego może ze dwa razy.

Kwiatków w tym EA jest masa, parę przykładów:

  • Przy tworzeniu elementów i package pluginy dostają eventy PreNew i PostNew. Niestety przy tworzeniu package, w PreNew nie dostajemy informacji jak package będzie się nazywać, i w związku z tym nie możemy zapobiec utworzeniu obiektu o niepożądanej nazwie.  Przy elemencie to działa, więc nie ma że się nie da.
  • Przy usuwaniu obiektu jest tylko event PreDelete, nie ma PostDelete. Problem jest taki, że PreDelete idzie po kolei do wszystkich aktywnych pluginów, możemy dostać go i zgodzić się na skasowanie obiektu, ale inny plugin po nas  może mieć coś przeciwko i na koniec obiekt nie zostanie skasowany. Jeżeli podjęliśmy jakieś akcje w PreDelete - bo gdzie indziej? - to możemy stracić synchronizację.
  • Przy kasowaniu diagramu w PreDeleteDiagram nie dostajemy nawet ID kasowanego diagramu. Po co komu taki event, jeżeli nie wiadomo czego dotyczy?
  • Obiekt COM dla diagramu nie zawiera pola TreePos (pozycja obiektu pod parentem). W bazie danych takie pole jest, przy innych typach obiektów też, tylko w tym jednym miejscu im się po prostu zapomniało. No i przez to nie mogę zmieniać kolejności diagramów.
  • Jest event wołany po modyfikacji obiektu, no i on jest wołany po jednej modyfikacji od jednego do czterech razy. Jak zrobić porządną i szybką obsługę?
  • Po zmianie zestawu kolorów w EA, wszystkie okna dostają notyfikację. Wszystko pięknie w przypadku jego własnych okien, ale plugin nie wie, jakie kolory zostały ustawione, bo tą informację może wziąć tylko z registry, a EA zapisuje ją tam dopiero przy wyjściu z programu. No super.
  • Warto by było, żeby elementy mogły mieć więcej niż jeden stereotyp. W EA jest to, i owszem, możliwe, ale obsługa tego jest doczepiona na gumę do żucia, nawet nie pomalowaną wapnem żeby spoiny nie było widać. Więcej stereotypów można ustawić praktycznie tylko w jednym, specjalnym okienku, cholernie niewygodnym. W bazie danych jest do tego dodatkowa tabela, robiąca jeszcze pięć innych rzeczy. Lista linków w tabeli jest w polu tekstowym, polinkowane to jest przez GUID też zapisane jako string, co gorsza to stringi w hex mają pomieszane duże i małe litery, więc nie da się ich w programie obsługiwać jako klasy Guid (znaczy obsłużyć się da, ale nie można ich zapisać spowrotem bez rozwalenia linka), tylko trzeba  robić operacje na stringach. Nie mogę zrobić swojego porządnego okna do ustawiania tych stereotypów, bo nie ma API żeby poznajdować aktywne profile UML. Co za twit to powymyślał?

Bardziej złożone rzeczy:

  • Podstawowe obiekty w bazie danych to Package i Element. W bazie danych Element może mieć TaggedValues i stereotyp, Package nie. Wyraźnie w miarę rozwoju EA wymyślili jak to poprawić - do każdego Package tworzony jest ukryty Element, gdzie przyczepiane są te brakujące ficzery. Tyle że zatrzymali się w pół drogi- Package najwyższego poziomu nie ma tego Elementu, i w związku z tym nie może mieć ani stereotypu, ani TaggedValues. Dorobiłem swoje, w końcu sam operuję na tej bazie danych omijając EA, ale to nie zmienia faktu że pomysł takiego ograniczenia jest durny.
  • Żeby pokazać obiekt na diagramie jako port, taki przywiązany do brzegu komponentu, ten obiekt musi być - zgodnie z logiką - typu Port. Według AUTOSARa, pod portem jest jeszcze całe drzewo różnych obiektów. Problem jest taki, że EA bardzo ogranicza możliwe typy obiektów pod portem, próba podwieszenia tam normalnego elementu powoduje wyjątek. Udało mi się zrobić taki numer, że zmieniam typ Port na coś innego, podwieszam mu element, i przywracam typ Port. Działa, i owszem, ale tylko jeżeli ten port nie jest wyświetlany na aktualnie aktywnym diagramie. Musiałem dorobić jeszcze zamknięcie aktualnego diagramu w takiej sytuacji i otwarcie go ponownie. Pytałem o to wszystko support Sparxa, ale w ogóle nie zrozumieli problemu.

Mogę tak długo, ogólnie to musiałem zdublować dużą część funkcjonalności EA, i to jeszcze wkładając mnóstwo wysiłku żeby mój plugin i EA były cały czas synchronizowane. W sumie to trzeba by jeszcze tylko dorobić rysowanie diagramów, i wszystko było by moje. Tyle że to "tylko" to oczywiście wielka kupa roboty, ale w przyszłości trzeba będzie to zrobić.

Może jeszcze jedna historyjka z pogranicza EA i windowsów:

Typowym sposobem umieszczania obiektów na diagramach jest drag-and-drop z jakiegoś okienka z drzewem obiektów. Tak też robi się to w EA. Tyle że ja zrobiłem swoje okienko z drzewem, a upuszczać trzeba na okienko EA. Popróbowałem trochę dragdropować na bardzo różne sposoby, ale nie wyszło. Więc prowizorycznie zrobiłem menu kontekstowe z pozycją "Wrzuć do aktualnego diagramu" i to jakoś działało. Oczywiście obiekty były umieszczane wszystkie w tym samym miejscu, i trzeba je było potem przesuwać ręcznie. Zajrzałem jak zrobił to guru Bellekens, i on zrobił dokładnie tak samo - menu kontekstowe, bez dragdropa.

Ale potem zaczęło mnie męczyć: Owszem, nie daje się tego zrobić czystym windowsowym mechanizmem. Ale przecież dodaję ten obiekt do diagramu przez API, mogę też podać w którym miejscu on się ma pojawić - i tam się pojawia. Więc może nie trzeba tego robić "naprawdę" przez drag-and-drop, tylko wystarczy poudawać? Znaczy zmienić kursor myszy przy drag, potem rozpoznać czy jestem nad oknem diagramu, i po puszczeniu klawisza myszy dodać obiekt - przecież mogę mieć pozycję kursora myszy w stosunku do początku okna, a aktualne powiększenie diagramu w procentach jest w API.

No i rzeczywiście to zadziałało. Jedynym problemem było, że diagram mógł być przescrollowany i wtedy upuszczony obiekt nie trafił by na właściwe miejsce na diagramie. Ale kolega podpowiedział mi, że w Windowsach da się przeczytać pozycję scrollbarów obcego okna, i rzeczywiście się dało. No i mój udawany drag-and-drop działa super.

Do czego zmierzam: Jak niewiele trzeba, żeby w jakiejś niszy być guru. O panu Bellekensie jeszcze będzie.

I jeszcze: Zajrzałem właśnie na strony Sparxa, i tam jest o nowej wersji 16, na razie beta. Podobno będzie też jako 64-bitowa, jako podstawową bazę danych ma mieć SQLite. No to by był jakiś postęp, nawet jeżeli z udostępnionej dokumentacji wychodzi, że większość problemów które opisałem wyżej nie została usunięta. Inne pytanie, czy oni zrobią integrację tego SQLite dobrze - czy da się pisać do tej bazy równolegle tak, jak ja to robię. Na razie planuję zrobienie upgrade mojego EA na wersję Corporate - ona obsługuje też inne bazy danych, a korpo używa właśnie tej wersji. Podłączyłbym lokalnego MySQLa i bolesne ograniczenie wielkości pliku bazy danych by odpadło, pozostało by tylko to na 2GB w pamięci. A może by nawet szło szybciej. Tyle że te twity każą zakładać bazę danych i wgrywać schemat ręcznie, to ma się zmienić dopiero w tej wersji 16. Serio muszę zrobić swoje rysowanie diagramów i uwolnić się od tych twitowych narzędzi jak najszybciej.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Programowanie

2 komentarze

Czas nieutracony (10) – Okna i sharpy

Zabrałem się więc do roboty. Muszę się przyznać, że poprzednią rzecz z GUI dla Windowsów i z COM robiłem gdzieś w okolicach 2001, to jeszcze było C++ i MFC (albo coś krótko po MFC, jakieś AFX czy coś takiego, zdążyłem tymczasem zapomnieć). Potem robiłem na Windowsy już tylko w Javie i bez GUI, a jak w Javie to przecież nie z COM. Szczerze mówiąc, to nie lubię robić GUI, to jest cała masa żmudnej, nudnej roboty która mnie nie bawi. No ale co zrobić - samo się nie napisze.

Po tylu latach musiałem się oczywiście na nowo zapoznać z dostępnymi technologiami. Pamiętałem, że kiedyś istniała Java od Microsofta, zwana bodajże Visual J++, ale po sprawdzeniu wyszło, że już to już dawno nieaktualne - teraz microsoftowy zamiennik Javy to C#. I w sumie to jedyny sensowny wybór z języków .NET.  Więc trzeba było się z nim zapoznać. A, po drodze był jeszcze J#, ale też już umarł.

No i co do C# moje uczucia są mieszane. Owszem, ma to parę nowych, sensownych konstrukcji, na przykład partial class albo tuple. Z drugiej strony nie podoba mi się na przykład konwencja żeby zmienne mogły się nazywać tak samo jak typy, nawet bez różnicy w case. I w ogóle ta koncepcja żeby wszystko było obiektem COM z propertiesami też mi się średnio podoba. No ale podoba się, czy nie podoba, wielkiego wyboru nie ma. W sumie język jak język, C-pochodny pod względem syntaksu, Java-pochodny pod względem użycia maszyn wirtualnych i reflection, da się z tym żyć.

Dalej nastąpił wybór technologii do okienkowania. Owszem, zauważyłem WPF, jednak wolałem się w to nie wpuszczać. Zostało przy normalnych Windows Forms. W Visual Studio okienka designuje się graficznie, a IDE robi z tego kod w C#. Spróbowałem, ale większość moich okien musi być tworzona dynamicznie, zależnie od klasy obiektu który mam pokazać, więc w ten sposób się nie dało - większość okien muszę tworzyć z kodu.

I tu wkrótce wlazłem na problem: Zawsze było, że w takim C czy C++ to pamięcią trzeba zarządzać ręcznie i pilnować żeby zwalniać to co zaallokowane, a już niepotrzebne. Nawet w jednym projekcie zostałem najęty, bo sobie z tym nie poradzili i musieli restartować system co noc, inaczej im się zwieszał z braku pamięci (a sprzedawali tym systemem bilety na Expo 2000, tak po 100.000 na dobę). Wtedy posprzątałem, ale potem zawsze było że nowoczesne języki programowania, jak Java albo C#, to mają garbage collector i nie mają takiego problemu.

Tyle że guzik prawda. Po pewnym czasie mój program też się zaczął wieszać z braku pamięci. Po zbadaniu sprawy okazało się, że to ręczne zarządzanie w C++ to było łatwe, a w nowoczesnym C# trzeba się nakombinować. Problem polega na tym, że:

  • Garbage collector i owszem, jest, tyle że on z definicji zwalnia obiekty do których nie ma żadnych referencji.
  • Tymczasem wszystkie obiekty dialogowe również z definicji są referowane przez jakieś tam kawałki systemu.
  • Ja wkoło muszę tworzyć obiekty dialogowe na nowo (według struktury obiektu AUTOSARa, który akurat wyświetlam)
  • Znaczy - muszę je jawnie zwalniać. Całkiem tak samo jak w tych starych, marnych językach.
  • A nawet nie tak samo - klasy których obiekty zwalniamy muszą implementować interface IDisposable, i jest do tego dość złożony pattern, trochę inny dla klas bazowych, a inny dla dziedziczących.
  • Niektóre klasy są managed (przez garbage collector), inne unmanaged, trzeba zawsze patrzeć które są jakie, i jak i kiedy je zwalniać.

I w sumie to jest o wiele bardziej skomplikowane niż kiedyś. Postęp, tak ich mać.

A, jeszcze zanim wyczerpała się pamięć (a muszę działać na 32 bity, więc max to 2GB), to wcześniej zaczęły mi się wyczerpywać handle windowsowe. Wyszło że każdy obiekt dialogowy bierze parę do kilku takich handli, limit na proces jest 10.000, a w systemie jest ich tylko 32K. I jeszcze jest jakiś podział na system handles i user handles, i to wszystko działa w niezbyt jasny sposób. Ostatecznie pomogło dopiero porządne zwalnianie niepotrzebnych obiektów, ale potencjalnie to nadal jest problem.

O problemach z Windowsami mogę jeszcze długo. Na przykład:

  • Tworzę dynamicznie menu kontekstowe, Add new AUTOSAR object, może być duże (przez ToolStripMenuItem). Robione to jest w dwóch różnych kontekstach, przy testach mi wyszło, że w jednym z nich idzie to błysk, a w drugim trwa kilkanaście sekund. No WTF? Pierwotnie były do tego dwie różne funkcje (tak jakoś wyszło), były tam drobne różnice, ale zintegrowałem je w jedną. Nie pomogło. Ta sama funkcja - a zależnie od kontekstu różnica w czasie wykonania jest pięćdziesięciokrotna. Serio - mierzyłem. Znalazłem różnicę między kontekstami - jeżeli miało być to menu pierwszego poziomu, szło bardzo wolno, a na niższych poziomach szybko. Przemieściłem na niższy poziom i sprawa załatwiona, ale w kodzie .NET albo windowsów musi być w tych okolicach jakiś poważny problem.
  • Chciałem dopasować kolor moich okienek do schematu ustawionego w EA. No i te po pierwsze to ten cały framework nie ma supportu do takich rzeczy, znaczy żeby powiedzieć że wszystko ma mieć kolory według zdefiniowanego (przez siebie, nie systemowo) schematu, wszystko trzeba ustawiać ręcznie w kodzie dla każdego elementu z osobna, a po drugie jest straszny problem z ustawieniem swojego koloru dla captiona okna. No nie da się i już, chyba żeby wszystko rysować samemu. (Chętnych do podrzucenia linka do rozwiązania problemu proszę najpierw o sprawdzenie, czy to rozwiązanie jeszcze działa w aktualnych windowsach, bo takich już nie działających to znalazłem na pęczki).
  • W combo boxach chciałem mieć oprócz tekstu zawsze ikonkę. Teoretycznie żaden problem - ustawić owner draw, narysować i już. Przy większości kombinacji nawet działa, ale akurat przy takiej którą potrzebuję robi się coś dziwnego - przy przejściu do edycji w edit boxie combo boxa przestaje być wołany mój OnPaint, a okienko rysuje się takie, jak było około Windowsów 3.1. Serio, używany font jest taki jak wtedy – żeby wszystko działało jak chcę musiałbym całkowicie zimplementować całego combo boxa na piechotę (albo znaleźć jakiś gotowy).

No ale to nic szczególnego, każdy kto pisze coś na Windowsy ma takich historyjek na pęczki. Dalej będzie o bardziej specyficznych problemach.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Programowanie

2 komentarze

Czas nieutracony (9) – Trochę żelastwa

Przy okazji parę polecanek co do różnego sprzętu biurowego, w który zainwestowałem.

Headset Jabra Evolve2 65

W korpo używają headsetów firmy Jabra, dostałem do użytkowania przewodowy model entry level o nazwie Jabra Evolve 20. (Entry level w tej konfiguracji kosztuje u producenta aż 72 EUR :-)). Przy pandemicznych przenosinach do home office zabrałem go razem  firmowym notebookiem. No i on bardzo fajny jest, chociaż mocno plastikowy, tylko ten kabelek.

Jabra Evolve 20 SE (Źródło: Jabra)

Poszukałem więc, jakie Jabra robi headsety bezprzewodowe. Powiem: drogie są. Flagowy model Jabra Evolve2 85 jest baardzo fajny i ma mnóstwo bajerów, ale kosztuje około 550 EUR. Ostatecznie wybrałem sobie model drugi od góry, Jabra Evolve2 65, u producenta w mojej konfiguracji za 300 EUR (znalazłem za 185). Ale musiałem na niego poczekać, bo w pandemii chwilowo zabrakło.

Jabra Evolve2 65 (Źródło - Jabra)

No i działa to świetnie. Bajery są takie:

  • Headset może być połączony bluetoothem z nawet ośmioma urządzeniami na raz. Mam firmowego notebooka z którego robię meetingi i własne komputery włączone równolegle, słucham muzyki ze swojego komputera linuksowego, jak ktoś dzwoni z firmy przez Skype/Teamsy to muzyka sama się zatrzymuje i headset przełącza się na meeting. Po zakończeniu meetingu wraca muzyka. Ten ficzer może być szczególnie ważny dla freelancerów robiących równolegle projekty dla różnych klientów, gdy od każdego mają osobnego notebooka z VPN. Wtedy jednym headsetem można obskoczyć wszystkie, bez żadnego przełączania wtyczek.
  • Headset ma fajną podstawkę do ładowania, nie trzeba ciągle wtykać wtyczki
  • Akumulator ma wystarczyć na 35 godzin nieprzerwanego działania - chyba intencją był 35 godzinny tydzień pracy i ładowanie przez weekend.
  • W środku są trzy mikrofony, aż trzy żeby tłumić niepożądane dźwięki z zewnątrz (ten najlepszy model ma takich mikrofonów podobno 20!)
  • Podniesienie ramienia mikrofonu w górę powoduje wyciszenie, opuszczenie odblokowuje znowu. To jest dobre.
  • Headset ma czerwone ledy, świecące w trakcie meetingu. Znaczy sygnał dla otoczenia "nie przeszkadzać, jestem zajęty".
  • Ten mój model jest on-ear, ale nie uciska uszu zbyt mocno, jak wiele tanich headsetów. W over-ear, jak model 85, w lecie jest za gorąco.

Jest parę problemów, ale bez winy producenta headsetu:

  • Jeżeli na jednym komputerze chodzi jednocześnie Skype i MS Teams, to czasem się coś im się miesza, na przykład:
    • Podnoszenie/opuszczanie mikrofonu robi mute w headsecie, ale aktywna rozmowa w komputerze nie odzwierciedla tego stanu. Znaczy trzeba ręcznie kliknąć unmute, a rozmówcy cały czas widzą stan unmuted, mimo podniesionego ramienia mikrofonu i faktycznego wyciszenia.
    • Czasem przy meetingu Teamsowym, pracujący równolegle Skype zaczyna co kilkadziesiąt sekund robić głośne DINGGGG! Albo przycisza głośność. Strasznie wkurzające, pomaga wyłączenie Skype.
  • W Linuksie (przynajmniej Ubuntu) ciągle nie dorobili się 16-kilohercowej obsługi profilu HSP/HFP w Bluetooth. Znaczy przy rozmowie przez Linuksa jakość jest tylko 8-kilohercowa (słuchanie muzyki idzie przez profil A2DP i jest OK). No katastrofa. Badałem temat, wymagane do dodania tej obsługi były zmiany w czterech modułach, w trzech zrobiono je już dawno temu, w czwartym nadal ich brak i nie wiadomo kiedy będą. W sieci jest sporo skarg korporacyjnych developerów, że managerstwo i administracja chodzą sobie w trakcie meetingów po kawę z bluetoothowymi headsetami, a oni muszą siedzieć przywiązani kabelkami do ich linuksowych developerskich pecetów.

Drukarka

Miałem kiedyś atramentówkę Epsona ze skanerem, niedrogą, ale była nawet niezła, tyle że tusze drogie. I krótko po gwarancji zaczęła robić problemy, wyglądało jak planned obsolescence - wywaliłem ja i kupiłem podobnego Canona. Canon miał dodatkowy, większy czarny tusz do drukowania dokumentów - czyli w eksploatacji wychodził trochę taniej (z naciskiem na trochę), ale jako drukarka był gorszy. No i ciągłe dokupowanie tuszu po kilkanaście euro od koloru nadal było bardzo wkurzające. Ostatnio musiałem wydrukować rozliczenie godzin, i nagle się okazało że  tabelki w kolorze nie-całkiem-czarnym w dokumencie nie są robione z czarnego, tylko przez mieszanie trzech podstawowych. I ponieważ któryś tusz się skończył, wydrukowało się na bladozielonkawo. Miałem zapasowy tusz w szafce ale wyszło, że kupił mi się niewłaściwy, kasetka pasowała mechanicznie, ale drukarka jej nie rozpoznawała. Oczywiście rozpakowanego tuszu nie da się już oddać, więc jest w plecy.

Wkurzyłem się mocno i zacząłem rozglądać się za nową drukarką, może teraz laserówką? No ale kolorowa laserówka w domu to trochę overkill. Akurat był w Stiftung Warentest test różnych drukarek dla home office, analizując wyniki zauważyłem, że koszt strony wydruku w niektórych drukarkach atramentowych był szokująco niski - jakieś ułamki centa! Sporo niżej niż w laserówkach! No to się kompletnie nie zgadzało z moimi doświadczeniami, podejrzewałem wręcz błąd w tabelce, więc zacząłem drążyć temat.

Okazało się, że od stosunkowo niedawna pojawiły się na rynku atramentówki z tuszem nalewanym z butelki. Butelka na parę tysięcy stron kosztuje jakieś 10-13 EUR, a w zestawie z drukarką przychodzą już tusze na wiele tysięcy stron. Takie modele mają HP, Epson i Canon.

Postawiłem sobie w wymaganiach, żeby drukarka miała ethernet (bo w miejscu gdzie stoi kabelek mam, a to nie jest zbyt blisko routera WiFi), i żeby miała skaner. Podajnik do skanera niekonieczny, ale duplex do druku dwustronnego pożądany. No i żeby nie kosztowała przesadnie, w końcu nie drukuję tysięcy stron. I tu wybór się już mocno zawęził.

HP wyeliminowałem bardzo szybko, bo ich drukarki wymagają rejestracji u producenta, oni nawet sprawdzają ID butelki z której dolewasz tuszu. Serio, butelka ma podobno RFID, drukarka to czyta, i trzeba przy tej operacji mieć dostęp do internetu. No bez jaj, czegoś takiego wspierał nie będę.

Epson i Canon nie różnią się bardzo, głównie tym że Canon (Megatank) ma osobne głowice do koloru i do czarnego, a Epson (Ecotank) załatwia to jedną. Podobno Epsony drukują trochę lepiej, ale nie jestem wydrukofilem. Epson już na starcie dostał dużego minusa za obsolescence tej starej drukarki. Po porównaniu modeli wyszło mi, że optymalny dla mnie jest Canon PIXMA G6050. Ma ethernet, kolor, nie ma faksów i innych głupot, ma skaner i duplex, i nie jest przesadnie drogi (dał się znaleźć za 300 EUR). W tej cenie są trzy butelki tuszu czarnego po 170 ml, nominalnie każda na jakieś 6000 stron, i po jednej butelce  kolorowych, po 70 ml, na niby do 7700 stron. Ja wiem, your mileage may vary, ale to i tak zupełnie inny rząd wielkości niż przy kasetkach.

Canon PIXMA G6050

Canon PIXMA G6050 (Źródło: Canon)

Drukarka przyszła. Instalacja nie była całkiem trywialna (Ethernet jest defaultowo zablokowany, musiałem podłączyć ją na początek kabelkiem USB z wtyczką B, nie dołączonym do drukarki, dobrze że miałem taki, bo jednak jest dość rzadko spotykany). Potem się okazało, że dałoby się prościej, tylko instrukcja instalacji była marna. Przy wlewaniu tuszu trzeba trochę pokombinować żeby w butelce nie został jakiś centymetr sześcienny - trzeba na koniec trochę podsunąć butelkę w górę i dać mu spłynąć (chociaż przy tej cenie ten centymetr czy dwa nie robią różnicy, inaczej niż przy kasetkach). Ale wydruki są super, jestem pod wrażeniem (chociaż jeszcze nie próbowałem ze zdjęciami). Są też drivery do Linuksa, działają. Wyświetlacz na drukarce jest trochę przedpotopowy - dwie linie tekstu, mono, bez żadnego podświetlenia - ale po jaką cholerę właściwie miałby w tym miejscu być potrzebny kolorowy graficzny?

Drukarka ogólnie mi się podoba, jest co prawda mocno plastikowa, ale w tej kategorii cenowej OK. Parę plusów które zauważyłem dotąd:

  • Można drukować A4 bez marginesów.
  • Drukarka ma wbudowane robienie papieru w linie i w kratkę (w paru rodzajach), papieru nutowego, checklisty, formularzy kalendarzowych, ...- fajny pomysł, zwłaszcza że może być całkiem bez białych marginesów. Przy tych cenach tuszu to może się nawet opłacać w porównaniu z kupowaniem gotowych bloków. Jeden z rodzajów kratki może robić za papier milimetrowy (niestety kratka jest niebieska i dzielona co 5 mm). Szkoda tylko, że nikt nie wpadł na pomysł dołożenia papieru calowego.

Jedno co jest dyskusyjne to panel z przyciskami i wyświetlaczem z przodu. Panel w położeniu spoczynkowym jest pionowo i żeby zobaczyć co jest na wyświetlaczu trzeba kucnąć koło drukarki. W związku z tym można go odchylić, nawet całkiem do poziomu. No ale co za twit wymyślił, że jeżeli panel jest w pozycji pionowej, to nie można drukować? Tak, próba drukowania bez odchylenia panelu kończy się meldunkiem błędu na drukarce. Albo panel musi się kurzyć, albo za każdym razem trzeba go odchylić. Nie widać żeby w pozycji pionowej coś było zasłonięte i drukowanie miało być technicznie niemożliwe, a nawet jak by tak było, to co szkodziło zaprojektować go tak, żeby nie przeszkadzał?

Obudowy komputerów

Od czasu kiedy zrobiłem sobie serwer, zrobiłem też parę innych komputerów.  Ponieważ byłem bardzo zadowolony z obudowy serwera, nadal używam obudów tej firmy. Tyle że ta firma to nie jest Cooltek - to tylko niemiecki sprzedawca (i to wcale nie wyłączny), producentem jest firma Jonsbo z Chin.

Moimi faworytami są:

Jonsbo V4

Jonsbo V4

Jonsbo V4 (Źródło: Jonsbo)

Zalety:

  • Wchodzi do środka normalna płyta główna MicroATX i normalny zasilacz
  • Do tego mieszczą się się nawet trzy dyski twarde (2*3,5'' i 1*2,5'')
  • Wygląda super
  • Mieści się w regale o głębokości ok 40cm.

Oczywiście bardzo wypasiona karta graficzna w taką obudowę się nie zmieści - więc rzecz do gamingu się nie nadaje, ale na komputer do pracy jest super. Jest też wersja w naturalnym kolorze aluminium. Nie ma miejsca na DVD, ale jeżeli jest naprawdę potrzebny to można dołożyć zewnętrzny. Polecam użycie zasilaczy "modularnych", znaczy żeby wtykać im tylko potrzebne kabelki, bo przy pełnym pakiecie wszystkich kabli może być problem z miejscem. Cena - ok. 60 EUR.

Jonsbo C2

Jonsbo C2

Jonsbo C2 (Źródło: Jonsbo)

Zalety:

  • Wchodzi do środka normalna płyta główna MicroATX (chociaż tu już trzeba trochę uważać na jej wymiary) i normalny zasilacz
  • Do tego mieści się dysk twardy 3,5'' albo 2,5'' (chociaż czasem trzeba trochę kombinować, zależy jak wtyczki się układają)
  • Wygląda super
  • Mieści się nawet w regale Billy, na biurku też nie zajmuje dużo miejsca.

Oczywiście to też nie jest obudowa do gamingu, ale w większości zastosowań całkowicie wystarcza. Są jeszcze wersja srebrna, biała, czerwona i różowa (sic!). Tu zasilacz modularny jest absolutnie niezbędny. Cena - ok. 40 EUR.

Syn ma inne priorytety i jego faworytem jest:

Jonsbo UMX4 (Window version)

Jonsbo UMX4 (Window version)

Jonsbo UMX4 (Window version) (Źródło: Jonsbo)

To jest obudowa gamingowa, tu się zmieści wszystko. Zasilacz jest umieszczony nietypowo, bo z przodu obudowy i wylotem do góry. Ja bym nie kupił wersji z szybą, no ale ja nie gaminguję, przynajmniej chwilowo. Ale przyznaję, że wygląda super. Jest też wersja srebrna oraz oba kolory z blachą zamiast szyby. Cena- jakieś 120 EUR.

Zasilacze do komputerów

Nadaj używam zasilaczy firmy BeQuiet!, ale odpuściłem już używki serii Dark Power Pro - są trochę przyduże do tych małych obudów i to jest w sumie overkill - one są do wypasionych konfiguracji gamingowych.

Teraz przerzuciłem się na serię o oczko niższą - Straight Power, aktualnie generacja 11, ale już nówki. W tej chwili już wszystkie zasilacze tej firmy są modularne. Do moich niegamingowych komputerów kupuję najsłabszy model z tej serii - Gold 450W, za niecałe 100 EUR, i całkowicie wystarcza. Szczególnie dobre mają w nich wentylatory (można je też kupić osobno, nazywa się ta seria Silent Wings 3), one według danych technicznych mają oczekiwany czas życia 300.000 godzin - no tyle to żaden komputer raczej nie wytrzyma, każdy powinny przeżyć. W praktyce tych zasilaczy nie słychać prawie wcale, nawet w komputerze z SSD (oczywiście niegamingowym, przy dużym obciążeniu może być inaczej).

Zasilacz BeQuiet! Straight Power

Zasilacz BeQuiet! Straight Power (Źródło: BeQuiet)

Radiatory do procesorów

To jest dość bolesny temat, bo procesor pudełkowy ma zazwyczaj dołączony jakiś badziewny radiator z wentylatorem, który turkoce już od pierwszego włączenia. Ale ponieważ coś już jest, to szkoda wyrzucać i wydawać kasę na inne.

Tymczasem nauczyłem się, że tu jednak nie warto oszczędzać - bo nawet wentylator na radiatorze w moim serwerze, markowy jak najbardziej, mi się tymczasem rozsypał, i przez parę dni zanim przyszedł nowy nie miałem serwera. Do serwera po prostu kupiłem tego SilentWings 3 (za kilkanaście euro), i przyczepiłem go na trytytki. Aha - polecam kupować wentylatory z PWM, płyty znacznie lepiej sterują prędkością obrotową takich, i jest ciszej.

Wentylator BeQuiet! Silent Wings 3

Wentylator BeQuiet! Silent Wings 3 (Źródło: BeQuiet!)

Do innych komputerów w obudowach V4 kupuję teraz od razu cały radiator od BeQuiet!, model Shadow Rock LP (za trzydzieści kilka EUR), też z tymi dobrymi wentylatorami.

Radiator BeQuiet! Shadow Rock LP

Radiator BeQuiet! Shadow Rock LP (Źródło: BeQuiet!)

Niestety nie mieści się on do obudowy C2, i w tych komputerach muszę używać nie tak dobrych rzeczy - radiatorów Arctic Alpine 12 LP. One też mają PWM, mają hydrodynamiczne łożyska ślizgowe, i kosztują tylko 12 EUR. Ogólnie są spoko, jedynym problemem jest mocowanie do płyty - one mają rozwiązanie podobne do tych stockowych radiatorów, z plastikowymi rozporami. Raz to jakoś działa, ale za każdym zdjęciem i ponownym założeniem jest gorzej. Te droższe mają mocowanie całkiem metalowe i na śrubki, to zupełnie inna klasa.

Radiator Arctic Alpine 12 LP

Radiator Arctic Alpine 12 LP (Źródło: Alpine)

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Programowanie

5 komentarzy

Czas nieutracony (8) – Skrzynka z narzędziami

Trochę polecanek (lub niepolecanek) związanych z narzędziami do programowania, których używam w moim projekcie.

Total Commander

Total Commander to coś dla wychowanych na Norton Commanderze - file manager z dwoma panelami i masą przydatnych funkcji. Za najprzydatniejszą uważam szybki podgląd pliku przez F3, a zwłaszcza to, że następne F3 szuka w pliku ustawionego wcześniej stringa (również regular expression) a potem proste Esc zamyka okienko i wraca do listy w panelu. Szukania interesującego mnie miejsca w mnóstwie plików nie da się zrobić szybciej. Bardzo mi brakuje programu z taką funkcją na Linuksie - tam używam Krusadera, on też otwiera podgląd przez F3 (tyle że wyraźnie wolniej, bo za każdym razem startuje aplikację zewnętrzną) i wychodzi z niego przez Esc, ale nie przejmuje stringa do szukania - to jest akurat oczywiste, bo on startuje niezależną aplikację zewnętrzną i nie ma interfejsu do przekazania tego stringa.

TotalCommander

TotalCommander

Total Commander to shareware (tak! klasyczne shareware jeszcze istnieje!), działa również jako free (tyle że na starcie trzeba dodatkowo kliknąć buttona). Zajęcie się moim projektem skłoniło mnie do zapłacenia wreszcie za ten program (to był jedyny, którego od dłuższego czasu używałem bez kupienia go). Cena: 45 EUR.

Beyond Compare

W praktyce pracy programistycznej bardzo często trzeba porównywać pliki tekstowe albo całe katalogi. Na przykład co się w pliku zmieniło między checkinem X a Y, albo czym różni się nowe delivery jakiejś biblioteki od poprzedniego. Wiele narzędzi ma coś do porównywania wbudowane, ale zdecydowana większość tego jest po prostu słaba. Beyond Compare to zupełnie inna jakość, nieporównywalna z tamtymi. Można porównywać katalogi i pliki używając dwóch paneli, mergować na trzech panelach, ustawiać własne reguły porównywania, filtrować pliki, robić porównania batchem z CLI, ... Program poznaje różne rodzaje plików i odróżnia wtedy zmiany istotne od nieistotnych (na przykład komentarze w kodzie). Świetna rzecz.

BeyondCompare

BeyondCompare

Licencja kosztuje 30 USD (w wersji standard) albo 60 USD (wersja pro), to jest per-user - znaczy można mieć na większej ilości swoich komputerów, byle używać osobiście jednej na raz. Działa też na Linuksie. Download działa przez 30 dni jako trial, bez płacenia, można wypróbować czy warto.

Atlassian Confluence, Jira i Bitbucket

Zanim wziąłem się za mój projekt, miałem już na swoim serwerze różne darmowe programy robiące z grubsza to, co robią te od Atlassiana: Do zapisywania różnych informacji miałem DokuWiki, do ticketów próbowałem Traca i Bugzilli, jako serwer gita próbowałem gitei i jeszcze czegoś (nazwy już zapomniałem). Ale zauważyłem, że Atlassian daje licencje na większość swoich produktów w wersji na do 10 użytkowników self-hosted po 10 USD, myślę że intencją było danie triala nie całkiem za darmo. Więc kupiłem, przecież to prawie jak za darmo. Trochę pamięci na serwerze to wymaga (poniżej 16GB nawet nie próbujcie), co kilkanaście - kilkadziesiąt sekund sporo rusza dyskiem, nawet jak nic nie robić, ale działa bezproblemowo. Zestaw ten przebija oczywiście każdy darmowy, niestety nawet jeżeli będziecie chcieli go kupić, to już jest za późno - Atlassian poszedł w chmurę i nowych licencji self-hosted już nie sprzedaje. Za te 10 USD ma (a raczej miało) się licencję bezterminową, z supportem przez rok.

A jaki jest sens posiadania czegoś takiego w domu?

  • Bitbucket - oczywiście, można używać darmowego githuba, ale wrzucilibyście tam źródła swojego projektu, który daje wam przewagę nad wszystkimi konkurentami? Gitea owszem, działała, ale była bardzo uboga w funkcjonalność.
  • Jira - system do ticketów ma głęboki sens - przy pracy nad projektem zawsze będzie jakiś problem, albo coś, co ma się zamiar zrobić później. Albo przy błędzie mamy jakieś spostrzeżenia czy wyniki testów. I teraz żeby to nie zginęło, gdzieś to trzeba zapisać - i system ticketowania jest do tego idealny. No i jeszcze można na podstawie ticketów robić release notes... A te darmowe były bardzo ograniczone - Jira to jest jednak inna klasa.
  • Confluence - podobnie jak przy ticketach - różne przemyślenia, plany, obserwacje czy wnioski trzeba mieć gdzie w systematyczny sposób zapisywać. Confluence jest do tego OK, zwłaszcza po sprzęgnięciu z pozostałymi dwoma programami. DokuWiki też działało, ale Confluence jest bez porównania lepsze.

GitExtensions

Jako klienta GUI do gita używam GitExtensions - wypróbowałem wszystko, co dostępne i ten jest moim zdaniem najlepszy. A przy tym darmowy. Niestety nie udało mi się jak dotąd uruchomić go na Linuksie, mimo że ma tam podobno działać (pod mono). Ale oczywiście nie każdemu musi pasować - kolega spróbował i coś sobie zepsuł, bo defaulty były inne niż się spodziewał.

GitExtensions

GitExtensions

Eclipse

Eclipse każdy zna, nie jest to już state-of-the-art, ale nadal daje się używać. Mnóstwo wariantów i rozszerzeń, można z tym robić prawie wszystko.

Visual Studio Community Edition

Visual Studio uważam za znacznie gorsze od Eclipse, ale no cóż, jak trzeba robić z czymś od MS, to nie tak łatwo znaleźć coś lepszego, darmowego. I - tak - Visual Studio ma wersję darmową, nazywa się to Community Edition, aktualna wersja to 2019, jest przeznaczone dla osób prywatnych i małych firm (do 5 developerów). Szczególnie nie lubię integracji Visual Studio z Gitem - to nie jest dobrze zrobione, dlatego właśnie używam kombinacji GitExtensions / Beyond Compare. Nawiasem mówiąc integracja Gita z Eclipse wcale nie jest lepsza.

I jeszcze ponarzekam na debugger do C# - program puszczony pod debuggerem, nawet bez żadnych breakpunktów, jest o wiele wolniejszy niż puszczony normalnie. Już nawet byłem podłamany jak wolno działa porównywaczka do plików .arxml, którą zrobił dla mnie kolega, ale potem się okazało że puszczona nie z debuggera działa jednak z niezłą prędkością.

Enterprise Architekt

Jeżeli miałbym polecić coś do modelowania, to miałbym poważny problem. Pracowałem z wieloma różnymi takimi programami, i nie ma nic idealnego. Ostatnimi czasy coraz popularniejsze robią się bardzo okrojone narzędzia tego typu, w których tylko rysuje się diagramy jako rysunki, albo można tylko tworzyć obiekty bezpośrednio odpowiadające obiektom UMLowym. Przyczyną tego jest niewątpliwie generalne rozczarowanie MDD - modelowanie jest OK, ale reszta procesu okazała się za trudna. Sama specyfikacja UML2 też idealna nie jest, mam dość często problemy z wyrażeniem pewnych aspektów projektu w UMLu.

Enterprise Architect - jak pisałem wcześniej - jest już mocno przestarzały, ale ciągle ma niezłą relację cena/features, jeżeli chcecie zrobić coś więcej niż tylko standardowe diagramy w UML. Tu też jest 30-dniowy trial.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Programowanie

Komentarze: (1)

Warto zobaczyć: Braun Sammlung Kronberg

Dziś całkiem świeże zdjęcia i nowa wycieczka.

Już parę lat temu zauważyłem, że w okolicy mam jeszcze jedno muzeum mniej-więcej techniczne którego jeszcze nie widziałem - Braun Sammlung w Kronbergu. Kronberg to taka nie za duża (ok. 17.000) miejscowość w Taunusie, z dużym udziałem bogaczy wśród ludności - bo to blisko Frankfurtu, ale tam samoloty nie latają i jest cisza. Braun był dla mnie jasny - to ta firma od maszynek do golenia, elektrycznych szczoteczek do zębów i innych wyrobów gospodarstwa domowego, ale również na przykład sprzętu grającego, najbardziej znana z niezłego designu swoich produktów. Ale dlaczego akurat Kronberg - tego nie mogłem skojarzyć. Przyczyna jednak jest, i to bardzo istotna - ale najpierw trochę historii.

Firma Braun powstała w roku 1921 we Frankfurcie, założył ją pochodzący z Prus Wschodnich inżynier Max Braun. Jego pierwszym produktem był przyrząd do łączenia skórzanych pasów transmisyjnych. Tego rodzaju pasy były w tych czasach używane powszechnie do napędu maszyn - w fabryce, gdzieś wysoko był poprowadzony wałek napędzany jakimś rodzajem silnika (mogło być wszystko - maszyna parowa, silnik spalinowy, koło wodne, ...). Z tego wałka moc była przekazywana do wszelkich maszyn właśnie skórzanymi pasami. Krytycznym miejscem było łączenie pasa - a trzeba to było zrobić na miejscu, żeby długość była właściwa.  Przeniesienie napędu pasami skórzanymi stosowano również w rolnictwie, na przykład gdy traktor lub lokomobila napędzały młocarnię.

Braun urządzenie do łączenia pasów transmisyjnych

Braun urządzenie do łączenia pasów transmisyjnych

Jak widać na zdjęciu, urządzenie Brauna wbijało w końcówkę pasa spiralę z drutu, jak to dokładnie robiło trudno powiedzieć. Spirale były chyba spłaszczane i łączone sztyftem. Przyrząd Brauna sprzedawał się bardzo dobrze, bo jego połączenie było trwalsze niż w innych rozwiązaniach.

Od 1923 roku Braun zajął się również odbiornikami radiowymi, najpierw detektorowymi, potem lampowymi. Szło mu na tyle dobrze, że w 1926 przeniósł się z produkcją do pomieszczeń typowo fabrycznych (jego poprzedni adres to była istniejąca do dziś kamienica, podejrzewam że miał warsztat w oficynie). Potem robił głównie w technice radiowej, jak wynika z różnych rzeczy które czytam w ramach researchu produkcja odbiorników lampowych wymagała wtedy jakichś zezwoleń (Bauerlaubnis), o które nie było łatwo. Braun przejął w tym celu zakład niejakiego Carla Sevecke, który takie zezwolenia miał. W czasie wojny Braun produkował nadajniki radiowe dla wojska, a w 1944 jego obie fabryki (druga to ta po Carlu Sevecke) zostały zniszczone w nalocie.

Zaraz po wojnie Braun wznowił produkcję latarek na dynamo (produkował je już od roku 1938). Miałem kiedyś dokładnie taką latarkę w ręku, miał ją mój wujek, podobno wyprodukowano ich około 3 milionów sztuk. Tu anegdota: Wcześniej miałem książkę o majsterkowaniu, pod tytułem bodajże "Młody konstruktor" (gdzieś mi zaginęła), i pamiętam do dziś mój WTF? przy poradzie żeby cośtam wziąć ze "starej latarki, której wytarte koła zębate nie nadawały się już do użytku" (cytat z pamięci, naprawdę zrył mi psychikę, więc raczej wierny). Latarkę z kołami zębatymi zobaczyłem dopiero wiele lat później.

Braun latarka na dynamo

Braun latarka na dynamo

Od 1947 Braun wrócił do odbiorników radiowych, a w 1950 wymyślił i opatentował swój system elektrycznej golarki, takiej z folią z dziurkami i oscylującymi ostrzami. W sumie to nie wiem na czym dokładnie polegał jego wynalazek, bo wszystkie te elementy były znane i opatentowane już wcześniej. (Fun fact: w polskiej wiki nie ma artykułu o goleniu, jest tylko o Goleniu owiec). 

Krótko później, w roku 1951, Max Braun zmarł nagle na zawał serca. Firmę przejęli jego synowie Artur i Erwin. Erwin miał koncepcję, że firma to nie powinien być tylko biznes, ale holistyczny projekt społeczno-kulturowy. Wprowadził na przykład zdrowe jedzenie w zakładowej kantynie, ale przede wszystkim zatrudnił sporo prawdziwych designerów, w tym dwóch wywodzących się z Bauhausu (muszę zrobić parę notek o Bauhausie, trochę swoich zdjęć już mam). No i ci designerzy zaczęli robić naprawdę dobrą robotę. Przeprojektowali wszystkie dotychczasowe produkty firmy nadając im jednolity, prosty i elegancki styl. 

Tu przykład tego, co zrobili ci designerzy. Najpierw maszyna kuchenna, jaką zaprojektowano u Brauna w roku 1950 (Braun Multimix). Widać, że robił ją ktoś od maszyn dla przemysłu - brzydkie, trudne do utrzymania w czystości, pasowałoby do warsztatu gdzieś pomiędzy tokarką a frezarką.

Braun Multimix (1950)

Braun Multimix (1950)

Designerzy zrobili coś takiego - rzecz, jaką do dziś kojarzymy z maszyną kuchenną.

Braun KM3 (1957)

Braun KM3 (1957)

Podobnie zmienili design sprzętu RTV. Przed nimi, w Niemczech funkcjonowały nazwy grup towarowych: Duże AGD (pralki, lodówki itp.) to było Weißware (dosłownie: towary białe), a RTV - Braunware (towary brązowe), od drewnianych obudów. Designerzy Brauna poszli w biały, szary i czarny, funkcjonalność oraz proste Bauhausowe formy. 

Braun SK1

Braun SK1 (1955)

Nowo zdesignowany sprzęt RTV pokazano w roku 1955 na targach w Düsseldorfie. To była rewolucja, konkurent Brauna, Max Grundig stwierdził publicznie, że oni przez takie głupoty przeputają taką dobrą firmę po ojcu. Okazało się jednak, że praktycznie cała konkurencja nie wyłączając Grundiga musiała przestawić się na podobne idee w designie jeszcze przed końcem dziesięciolecia.

W 1961 w Kronbergu zaczęto budowę centrali firmy, stąd opisywane muzeum w tym miejscu. Mieści się ono w budynku w którym na dole jest REWE, a na innych piętrach głównie gabinety lekarskie, centrala firmy jest po sąsiedzku.

Największe sukcesy firma Braun miała na polu golarek, w związku z tym w 1967 została kupiona przez Gillette. Znowu Gillette w 2005 zostało wykupione przez Procter & Gamble. O tym, co i kiedy Braun zaczął lub przestał robić można jeszcze długo, może teraz coś o muzeum.

Braun Sammlung

Braun Sammlung

To jest muzeum fabryczne, więc mają tam porządny zbiór większości rzeczy, które firma robiła. A nawet były tam rzeczy, których na rynku jeszcze nie ma. No i to jest naprawdę dobry design, oglądanie go jest miłe i kształcące.

Inna obserwacja to to, że w krajach bloku sporo produktów było mniej lub bardziej zrzynane z designu Brauna. Może nie co do ostatniej śrubki, ale co najmniej koncepcja.

Jeszcze zobaczyłem coś takiego: Braun Lectron:

Braun Lectron

Braun Lectron

Braun Lectron

Braun Lectron

To jest zestaw edukacyjny do układów elektronicznych, złożony z kostek w rastrze 27x27 mm. Każda kostka ma w podstawie magnes, którym przyczepia się ją do metalowej podstawy. Po bokach są pola kontaktowe a na górze symbol elementu. System ten wymyślił w połowie lat sześćdziesiątych  Georg Franz Greger. W 1967 Braun kupił prawa do tego systemu na Niemcy. Historia systemu była długa i burzliwa, obecnie prawa do niego mają Warsztaty Rehabilitacyjne we Frankfurcie, w sąsiedniej dzielnicy Oberrad. Te warsztaty to placówka rehabilitacyjna dla osób chorych psychicznie, cel szczytny, ale w tej chwili nie da się ich produktu kupić (przez pandemię?). Ogólnie uważam to za zajebiozę, dlaczego nie ma tego w każdej szkole? Tu aktualna strona systemu.

Muzeum nie jest specjalnie uczęszczane, byliśmy tam jedynymi zwiedzającymi, nie sądzę żeby kiedykolwiek był tam tłok. Ale odwiedzić naprawdę warto.

Adres:

Braun Sammlung
   Westerbach Zentrum
   Westerbachstraße 23C
   61476 Kronberg im Taunus
   (To jest tuż obok stacji S-Bahnu Kronberg Süd)

Czynne: 11-17, w poniedziałki nieczynne

Wstęp:
Dorośli: 3 EUR
Dzieci 7-17 lat - 1,50 EUR

Sorry za brak mapy, ale sporo się namieszało - Google teraz chce pieniędzy za korzystanie z mapek, stare jeszcze działają, ale nowych już się nie da bez płacenia . Plugin którego używam (MapPress) obsługuje inne, darmowe źródło danych (Leaflet), ale na razie też mi się nie udało zrobić nowej mapki (pewnie jest w tym jakiś haczyk).

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

2 komentarze