Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Wola wolna, albo i nie. (1)

Będąc w kraju odwiedziliśmy między innymi osobę z dalekiej rodziny, dla uproszczenia nazwijmy ją "Ciotką". Ciotka jest emerytowaną lekarką z małego miasteczka w Poznańskim, bardzo zaangażowaną w lokalną społeczność. W tym roku stuknie jej dziewięćdziesiątka, ale jest nadal w pełni sprawna intelektualnie. Ona nawet prowadzi samochód! Oburzonych informuję, że jechałem trochę za jej samochodem, obserwowałem jak jej idzie, i nie było się do czego przyczepić.

W trakcie wieczornych dyskusji wypłynął temat wiary w teorie spiskowe (na bazie mojego, a raczej "naszego", Putinverstehera, ale nie tylko). Ciotka chciałaby zrozumieć, dlaczego ludzie wykształceni wierzą w takie rzeczy, a ja wyjaśniłem jej moją koncepcję rozdzielności modelu świata i modelu językowego z wcześniejszej notki.

No i, jak to zwykle przy tłumaczeniu czegoś komu innemu (i dyskusji z trochę lepiej znającą się na rzeczy osobą), parę rzeczy mi samemu się wyklarowało. A przy tym połączyło z tematem który niedawno znowu wypłynął w różnych dyskusjach na różnych blogach - z "nieistnieniem wolnej woli". 

Dla czytelników nie będących w temacie: Chodzi o interpretację wyników badań nad podejmowaniem decyzji. Doświadczenie polegało na tym, że uczestnikom kazano samodzielnie podjąć decyzję o ruszeniu ręką w wybranym przez siebie momencie. Jednocześnie mieli oni patrzeć na sekundową wskazówkę zegara i zapamiętać moment, w którym decyzję podjęli. Wyszło, że mierzalna aktywność mózgu związana z inicjacją ruchu następowała średnio jakieś pół sekundy wcześniej niż ten zapamiętany czas. (tu link do badania, niestety za paywallem). Niektórzy interpretują to jako "nieistnienie wolnej woli", bo najpierw jest inicjacja ruchu, a dopiero potem decyzja o tym. Znaczy człowiek ma bezwolnie wykonywać polecenia czegoś niesprecyzowanego. Ta interpretacja od zawsze wydawała mi się być totalnie bezsensowną i błędną, teraz postaram się moje zdanie uzasadnić.

Tak po pierwsze, to nie jestem przekonany czy ten efekt nie wynika po prostu z opóźnień w torze w którym mózg rejestruje czas, znaczy że osoba badana po prostu zapamiętuje czas późniejszy niż ten o który chodziło badaczom. Przy tym mowa jest o obserwacji wskazówki sekundowej, a pomierzone czasy są znacznie poniżej jednej działki. Przecież przy danych prędkościach transmisji i przetwarzania pół sekundy to bardzo niewiele. Co to w ogóle ma być za wniosek? (chyba że nie wiem czegoś o tym badaniu, mogłem przeczytać tylko abstract, może coś tam robili dla poprawy dokładności i eliminacji innych opóźnień). No ale najpierw załóżmy że efekt ten jednak nie jest artefaktem. Nawet wtedy nie świadczy to moim zdaniem o "nieistnieniu wolnej woli". Dalej będę uzasadniał.

Oczywiście nie znam się na neurobiologii i podobnych tematach i nie będę udawał, że się znam. Czyli w szczegółach mogę pobredzać, brednie proszę wytykać w komentarzach. Myślę jednak, że te szczegóły nie będą miały wpływu na moje generalne tezy. Nie znam się, więc się wypowiem. Ale wypowiem się jako architekt od systemów, o czym jednak trochę pojęcia mam. Na początek zróbmy mały reverse engineering systemu o którym mówimy. Ten reverse engineering to mój pomysł zupełnie znikąd, nic podobnego dotąd nie widziałem, na żadnym takim modelu nie będę się opierał i z niczym nie będę tu polemizował. Będzie tak na zupełnie świeżo, po prostu będę czytał w wikipedii jakie funkcje kolejne kawałki realizują, i wyrażał to w języku architektury systemów.

Najpierw uwaga generalna: System jest straszliwie przekombinowany. I to wcale nie przekombinowany na sposób "niemieckiego inżyniera". Porównałbym go raczej z systemami Microsoftu: Microsoft nigdy niczego nie wyrzuca, i w najnowszych systemach nadal znajdziemy warstwy i mechanizmy z najwcześniejszych ich wersji. One niekoniecznie są w bezpośrednim użyciu, albo są używane tylko w bardzo specyficznych sytuacjach, ale w systemie są. Dokładnie tak samo zrobiony jest nasz system.

Analiza będzie w kierunku bottom-up. Proszę zwrócić uwagę na słownictwo sugerujące budowę warstwową i hierarchiczną, to ważne, wrócę do tego później.

Najpierw coś o komunikacji w systemie: Mamy tu dwa, niezależne (chociaż słowo "niezależne" nie jest całkiem pasujące, w tym systemie wszystko jest w jakimś stopniu zależne od wszystkiego, nie ma pełnej separacji) systemy komunikacji: jeden elektrochemiczny przewodowy dla łączności point-to-point, i drugi czysto chemiczny bezprzewodowy dla broadcastów. 

Na najniższym poziomie system ma całą masę sensorów i efektorów. I jedne i drugie są podłączone point-to-point do scentralizowanego sterowania przy pomocy przewodów, łączących się w centralną wiązkę przeprowadzoną przez giętką tuleję ochronną (rdzeń kręgowy / kręgosłup). To jest faktyczna wiązka, a nie jakiś bus (stegozaury miały mieć coś w rodzaju routera / lokalnego sterownika w okolicy tylnego mostu, ale okazało się że raczej jednak nie). Wiele sensorów i efektorów może zarówno reagować na broadcasty, jak i wysyłać je. Niektóre efektory (na przykład centralna pompa) mają trochę logiki generującej i synchronizującej potrzebne przebiegi, ale to jest raczej zrealizowane sprzętowo. A tak po prawdzie, to w wielu miejscach systemu granica między sprzętem a softem jest bardzo płynna. Transmisja, zarówno przewodowa, jaki i broadcastowa jest stosunkowo wolna, więc sensory wymagające dużego pasma przesyłania umieszczone są bezpośrednio przy jednostce centralnej.

Idziemy w górę systemu. Centralna wiązka dołączona jest do sterowników niskiego poziomu (rdzeń przedłużony), w których biegną drivery podstawowych sekwencji, jak oddychanie, kichanie czy żucie. Tu nie ma specjalnie o czym mówić.

Na następnym poziomie (móżdżek) zaczynają się poważne problemy w analizie - tu już chodzi całe mnóstwo różnych procesów, które są raczej słabo poznane. Na pewno ta warstwa robi koordynację między sensorami a efektorami i ich kalibrację, aby skompensować niskie prędkości transmisji i rozrzuty parametrów elementów. Ten kawałek hardware pochodzi ze znacznie wcześniejszych wersji, gdzie bywał nawet głównym sterownikiem, a logika rozwoju systemu jest taka, że raz zimplementowana funkcjonalność raczej zostaje, co najwyżej jest tłumiona na wyższych poziomach (wspominałem Microsoft w tym kontekście). Wiec prawdopodobnie zakres odpowiedzialności elementu jest spory, tylko cokolwiek ukryty.

Dalej mamy śródmózgowie, które wygląda na kolejny poziom sterowania motoryką. Jak na razie przynajmniej motoryka jest dość klarownie podzielona na poziomy, też bym mniej więcej tak dzielił (miałem pokusę żeby robić diagramy strukturalne, ale się powstrzymałem). Tutaj mamy planowanie ruchów i ich motywację. Ten element ma być również odpowiedzialny za sekwencje sleep/wakeup, regulację temperatury i mieć jakiś udział w widzeniu i słyszeniu. Wydaje mi się, że chodzi tu raczej o reakcje odruchowe niż właściwe widzenie/słyszenie. Znaczy jak bym to ja dzielił funkcjonalność, to tu by było szybkie rozpoznawanie wzorców alarmowych. W przypadku widzenia to byłby na przykład "wąż", "pająk" czy ogólnie "jakaś potwora", przy słyszeniu na przykład inicjacja wakeupu przy nagłym hałasie. Ponieważ tu są generowane sekwencje sleep/wakeup to należy podejrzewać, że ten element (a przynajmniej większa jego część) pracuje cały czas, również w stanie sleep. Dzięki temu może być tu rozpoznawane na przykład, że zrobiło się jasno i trzeba wystartować wakeup. Gdybym ja to projektował, to dałbym tu jeszcze rozpoznawanie zapachów alarmowych (taki mechanizm istnieje, ale nie mam pojęcia w którym kawałku systemu biegnie) - bardzo by to pasowało do logiki systemu. Ponieważ jest tu planowanie ruchów, to pewnie tu inicjowane są reakcje typu odskoczenie gdy w polu widzenia pojawi się coś, co odpowiada wzorcowi alarmowemu (jak robi kot na widok ogórka).

Następnie mamy międzymózgowie, które na moje oko jest dość zaawansowanym routerem. Składa się on z kilku części, ale nie będę wchodził z analizą zbyt głęboko, przynajmniej za darmo. Tutaj integrowane są sygnały z sensorów dotykowych i ruchowych, są też generatory broadcastów (szyszynka, przysadka). Jest też monitoring energii/wody (niedobory sygnalizowane jako głód i pragnienie). Tu też (konkretnie w podwzgórzu) są generowane alarmy (stress, lęk). Ta generacja alarmów wydaje mi się bardzo istotna dla działania całości systemu, wrócę do niej później.

Jedziemy jeszcze wyżej, dochodzimy do kresomózgowia. Ono też składa się z różnych elementów. Mniej istotne dla dalszego wywodu (jak na przykład węchomózgowie) sobie pominę. Ale mamy tu bardzo ważny hipokamp. On robi głównie za pamięć długoterminową i orientację. Logicznie pasowałby tu ten mój "model świata". Mam jeszcze poważniejszy argument za tym umiejscowieniem - hipokamp jest elementem który najszybciej degeneruje się przy Alzheimerze, a obserwacja zachowania osób z Alzheimerem wskazuje, że psuje im się właśnie ich "model świata".

Następnym elementem jest wyspa, tu ma być mowa, smak, reprezentacja stanu ciała, uczucia i decyzje. Tu umieściłbym mój "model językowy", w sumie to dla moich tez nie takie ważne gdzie który z tych dwóch modeli jest, istotne jest tylko że one są rozłączne.

No i mamy jeszcze korę mózgową. Tu jest jeszcze trudniej z analizą, bo tu leci wielkie mnóstwo równoległych procesów. Na moje wyczucie, to jest przede wszystkim processing power dla wszelkiego rodzaju zadań. Warstwa te jest zorganizowana bardzo elastycznie, o ile dobrze rozumiem to istnieje jakieś mniej więcej standardowe przypisanie zadań do niektórych regionów kory, ale w razie potrzeby (na przykład uszkodzenie fragmentu przez wylew) albo wolnych możliwości (np. nie działający któryś z sensorów  głównych) zadanie może być przejęte przez inny region, albo region standardowy może obrabiać inne zadania. Tutaj biegną procesy zajmujące się wysokopoziomową analizą danych z sensorów, wnioskowaniem logicznym, oraz proces (czy też grupa procesów), który roboczo nazwę "świadomością".

Wiele głębiej nie chcę w to wchodzić, bo to skomplikowane, wiem o tym za mało, i nie jest to aż tak istotne dla tematów, które chcę tu omówić.

Teraz wróćmy do tematu wolnej woli i jej braku. Interpretacja, że decyzja jest podjęta zanim dotrze do świadomości to nieistnienie wolnej woli, zawiera według mnie niezwerbalizowane i nieuzasadnione założenia. Najważniejsze z nich jest takie, że budowa systemu jest ściśle hierarchiczna, i to co w opisie jest "wyżej" i jest ewolucyjnie nowsze, jest też ważniejsze i kontroluje wszystko, co jest "poniżej". Tak jest typowo w systemach tworzonych przez człowieka i tak wygląda typowy sposób myślenia o systemach naturalnych. Ssak jest lepszy od owada, człowiek od małpy, mózg od móżdżku, a mężczyzna od kobiety. To tkwi głęboko w ludziach i nie tak łatwo się od takiego myślenia uwolnić.

Koncepcja "braku wolnej woli" milcząco zakłada, że ten proces "świadomość" jest procesem nadrzędnym, a wszystkie inne procesy są jemu podporządkowane. Dlatego jedynym "prawdziwym" źródłem decyzji miałby być tylko proces "świadomość", a inne nie miałyby mieć nic do rzeczy. I teraz jeżeli "świadomość" tylko dowiaduje się o wyniku procesu decyzyjnego wykonanego przez inne procesy (lub wręcz inne elementy systemu) i przyjmuje go jako swój, to jest jakaś "Olaboga! Nie ma wolnej woli!". Znaczy "człowiek" to ma być tylko ten jeden proces, taki duch w bezdusznej poza tym maszynie, a wszystko inne to tylko procedury pomocnicze.

No ale przecież to jakaś bzdura jest. W dobrze zaprojektowanym systemie technicznym rzeczywiście często staramy się mieć jakiś proces nadrzędny podejmujący decyzje, ale system który analizujemy wcale nie jest dobrze zaprojektowany. Tak w zasadzie, to on w ogóle nie został zaprojektowany, ukształtowały go wyłącznie mechanizmy ewolucyjne. Mamy tu wiele redundancji, konkurencyjne ośrodki robiące podobne rzeczy, mnóstwo różnych broadcastów wpływających na pracę systemu i co najgorsze: mamy te alarmy, które potrafią wyłączać całe podsystemy. 

Zadajmy sobie teraz parę pytań:

  • Dlaczego właściwie proces "świadomość" nie mógłby delegować zadań (również decyzyjnych) do innych procesów? Przecież wiadomo że "z decyzją należy się przespać", w stanie sleep proces "świadomość" nie biegnie, a rano decyzja jakoś się pojawia. Nie słyszałem, żeby ktoś to nazywał "brakiem wolnej woli". 
  • Sam proces "świadomość" to jest raczej duża grupa procesów, cześć z nich odbywa się na poziomie werbalnym, inna część na niewerbalnym. Dużą część decyzji podejmujemy tak po prostu, bez żadnych monologów wewnętrznych, a w sprawach często powtarzanych nawet "na automatyce", bez udziału świadomości. Na przykład zazwyczaj nie monologujemy wewnętrznie przy decydowaniu kiedy zmienić bieg podczas jazdy samochodem. A czasem zdarzy się wrzucenie biegu i ruszenie spod świateł całkowicie bez udziału świadomości. I tu też jakoś nikt nie woła o "braku wolnej woli".
  • I co to właściwie jest ta świadomość? Ten proces z "monologiem wewnętrznym"? Ale podobno spora część ludzi go nie ma. Czy oni są z związku z tym pozbawieni świadomości?

Ogólnie postawiłbym tezę, że "świadomość" wcale nie jest procesem nadrzędnym, ani nawet głównym. Ten proces daje się przecież wyłączyć wpływami zewnętrznymi (na przykład przez podanie większej dawki alkoholu), a człowiek jakośtam mimo to funkcjonuje (nie mówię, że funkcjonuje dobrze, ale jakoś funkcjonuje). Są nawet sytuacje, że ten proces zostaje wyłączony całkowicie wewnętrznie, na przykład pod wpływem gwałtownych uczuć albo silnego lęku. To ma być proces nadrzędny? Według mnie w tym systemie nie ma czegoś takiego jak "proces nadrzędny", jest tylko mnóstwo procesów z dynamicznie ustalanymi priorytetami. "Człowiek" i jego wolna wola to suma tych procesów, a nie tylko jeden z nich.

Jeszcze mogę podać hipotezę wyjaśniającą efekt obserwowany w doświadczeniu, ale nie naruszającą świętego dogmatu Jedynie Świadomej Wolnej Woli. Wyobrażałbym to sobie tak:

  • Decyzja podejmowana w doświadczeniu dotyczy motoryki.
  • Jak omówiłem wyżej, tor motoryki ma kilka poziomów sterowania, kompensujące opóźnienia w torze sterowania i przesyłania.
  • Jeżeli chcemy poruszyć efektorem tak, aby we właściwym czasie znalazł się we właściwym miejscu, to ze względu na opóźnienia w torze sterowania inicjacja ruchu musi nastąpić z pewnym wyprzedzeniem. Paręset milisekund wyprzedzenia (jakie wychodziło w doświadczeniu) wydaje mi się realistycznym oszacowaniem.
  • Proces "świadomość" nie obserwuje żeby ruchy lagowały, mimo że tak naprawdę to one jednak lagują. Sugeruje to istnienie mechanizmu kompensacji tych lagów - opóźnienie między inicjacją ruchu a samym ruchem musi być uwzględniane przy ocenie stanu ciała.
  • Czyli to, że inicjacja ruchu następuje przed decyzją o ruchu to raczej tylko artefakt kompensacji opóźnień w torze motoryki. To się tylko tak procesowi "świadomość" wydaje, że podjął decyzję później, niż ją faktycznie podjął, ale dzięki temu wewnętrzny obraz stanu ciała jest spójny z rzeczywistością.

W komentarzach oczekuję polemik i wytykania, gdzie napisałem jakieś głupoty. A może i moje tezy nie mają większego sensu? 

Notka wyszła mi bardzo długa i bez obrazków, więc podzieliłem ją na dwie części. Myślę, że z problemem "braku wolnej woli" sprawa jest załatwiona, ale jak już mam opis systemu, to w drugiej części notki mogę na jego podstawie zająć się jeszcze problemem wiary w teorii spiskowe.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Pomyślmy

Skomentuj

Wakacje 2026

W tym roku ze względu na różne ograniczenia czasowe musieliśmy pojechać na wakacje bardzo wcześnie, już w czerwcu. Pierwszy tydzień spędziliśmy w kraju pomagając rodzicom, a na drugi wybraliśmy Holandię. Bo to relatywnie blisko, a przy tym nad morzem innym niż Bałtyk. Ponieważ dwa lata temu byliśmy w Hadze, tym razem zdecydowaliśmy się na okolice Rotterdamu.

  • Znalazłem fajny hotel pod Rotterdamem. Nie był całkiem tani, ale miał duży, darmowy parking, co wcale nie jest oczywiste. Hotel był położony nad samą rzeką, a restauracja hotelowa wręcz częściowo wystawała nad wodę. Wzięliśmy pokój z widokiem na rzekę, za oknem ciągle pływały różne statki. Najczęściej barki, ale również i znacznie większe, głównie tankowce (bo w zasięgu wzroku i dalej były głównie bazy paliwowe). Widok z okna był lepszy i ciekawszy niż telewizja. Największy statek jaki przepłynął był taki:
Statek za oknem
Statek za oknem
  • Ze Szczecina do Rotterdamu wyszło ponad 900 kilometrów (parę razy trzeba było jakiś zamknięty odcinek drogi objechać). Na zewnątrz było 40 stopni, na szczęście klima w samochodzie dawała radę. A pod koniec złapała nas straszna ulewa z gradem, według doniesień z radia do 3 cm średnicy. Łupało strasznie, aż obawiałem się o całość szyb i wgniecenia w blachach, ale wszystko skończyło się dobrze.
  • Teraz w hotelach liczą sobie za śniadanie rzędu 20 EUR na osobę, a bywa i więcej. Uważam to za grubą przesadę, już wcześniej przy podobnych cenach nie kupowaliśmy śniadania hotelowego, tylko chodziliśmy zjeść śniadanie na mieście. To świetnie działa w Niemczech i Austrii - po prostu idziesz do piekarni, zamawiasz dobre, mocno obłożone bułki i kawę czy herbatę, siadasz przy stoliku i masz fajne śniadanie za pół ceny hotelowej. Niestety w innych krajach nie jest to takie bezproblemowe. W Holandii okazało się że piekarnie to tam i owszem są, ale że mało która ma stoliki żeby zjeść na miejscu. A w niedzielę to już w ogóle jest poważny problem. 
  • Enshitifikacja knajp jest w Holandii już daleko posunięta. Dobra połowa lokali podaje tylko hamburgery i podobne rzeczy (za to drogo), następna część daje frytki z cholesterolem polane sosem cholesterolowym. Włochów mało, trochę Azjatów. Trudno znaleźć coś rozsądnego do jedzenia, ale żeby portfela nie urywało. Małych przegryzek na ulicy prawie nie ma, a jeżeli chcecie żywić się zdrowo, z dużą ilością warzyw albo wręcz wegetariańsko/wegańsko, to Holandia nie jest krajem dla was.
  • Zauważyłem, że w holenderskiej drogerii za zwykły dezodorant Fa, który w Niemczech kosztuje 1,50 EUR wołają 4,50. Szukałem w sieci dlaczego tak drogo, i wyszło że po prostu bo mogą. Blisko granicy z Niemcami jest podobno znacznie taniej.
  • Rotterdam nie jest zbyt ciekawy, zabytków tyle co kot napłakał, muzea niezbyt interesujące, architektura współczesna da się oglądać. Najciekawszy obiekt tam to Markthal. To taki duży budynek, w środku jest hala targowa (a raczej nagromadzenie małej gastronomii), a po zewnętrznej są mieszkania. Do jedzenia w tej małej gastronomii są rzeczy ciekawe z różnych stron świata, ale warzyw wśród tej różnorodności nadal mało.
Markthal Rotterdam
Markthal Rotterdam
  • Spróbowaliśmy komunikacje miejską. W regionie Rotterdamu dwugodzinny bilet na wszystkie środki komunikacji kosztuje 5,50 EUR, a całodzienny 12. Bilety te działają w sporej okolicy - aż do Hagi. Tyle że przy dwóch osobach na bilety całodzienne trzeba wydać 24 EUR, a za tyle to jeżdżenie samochodem i płacenie za drogie parkingi wychodzi często taniej.
  • Byliśmy w Lejdzie. Byliśmy tam też dwa lata temu, był poniedziałek po sezonie i miasto było prawie wymarłe, a muzea nieczynne (jak to zwykle w Holandii w poniedziałki). Teraz było całkiem inaczej, dużo atrakcji i warto było. O muzeum w którym byliśmy zrobię osobną notkę.
  • Odwiedziliśmy Delft i manufakturę porcelany. Manufaktura jak manufaktura, w swoim muzeum trochę ładnych rzeczy mają, ale taki zakład trudno nawet uznać za przemysł. Materiału na notkę za mało.
  • Znalazłem fajne, a mało znane miejsce o którym będzie notka techniczno-historyczno-marynistyczna.
  • Pierwszy raz w życiu zapłaciłem za bak do pełna powyżej 100 EUR. Bolało.
  • W tych okolicach jest mnóstwo kawek. Chyba nawet więcej niż gołębi. Jak widziałem, kawka nie wdaje się w spory z gołębiem, ale nie musi bo jest znacznie sprytniejsza.
Kawka
Kawka
  • Na trawnikach widywałem ostrygojady. A na plaży nie. Ciekawe dlaczego akurat tak.
Ostrygojad
Ostrygojad
  • W Delft w kanale w środku miasta zauważyłem perkoza. Po chwili obserwacji okazało się, że jest ich para i mają tam gniazdo.
Perkozy w Delft
Perkozy w Delft
  • W drodze powrotnej do Frankfurtu odwiedziliśmy Eindhoven. Centrum miasta jest strasznie brzydkie, jeżeli ktoś uważa Frankfurt za brzydki powinien dla porównania zobaczyć Eindhoven. Ale za to w Eindhoven są dwie istotne firmy: Phillips i DAF. Obie mają swoje muzea. Strony w sieci muzeum Phillipsa nie zachęciły mnie do wizyty, ale byliśmy w DAFie, będzie notka.
Eindhoven
Eindhoven

I to by było na razie na tyle.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (1)

Szczecińska kuchnia

Już od dawna miałem zamiar napisać notkę o pewnej potrawie ze Szczecinem w nazwie, i nie chodzi tu o paprykarz. Ale jak już przy tym jestem, to o paprykarzu też wspomnę.

Zacznijmy od tego paprykarza: Był to produkt nieistniejącej już szczecińskiej firmy PPDiUR Gryf. Skomplikowany skrót oznaczał "Przedsiębiorstwo Połowów Dalekomorskich i Usług Rybackich". Firma składała się z trzech części, potocznie zwanych "statki", "puszki" i "port". "Statki" zajmowały się łowieniem ryb po całym świecie przy pomocy trawlerów-przetwórni, większość złowionych ryb było sprzedawane na rynki zachodnie.  Firma była raczej porządna - wypracowała wysokie standardy jakościowe do dziś zwane międzynarodowo w branży rybackiej "polish quality".

Tyle że oczywiście nie da się mieć 100% takiego towaru w najwyższej jakości. Po przygotowaniu bloków mrożonej ryby w "polish quality" zostawały im okrawki, których przecież nie można  było wyrzucać. Więc dział puszek wymyślał przepisy wykorzystujące te resztki. Jednym z nich był właśnie paprykarz. Jestem ze Szczecina, ale nigdy nie lubiłem paprykarza - ten ryż to jednak zbyt nachalny wypełniacz. Ja zawsze wolałem inny produkt Gryfu - Sałatkę pikantną z makreli. Tam wypełniaczem były warzywa, i to jest jednak klasę wyżej niż ryż.

Pomnik paprykarza szczecińskiego
Pomnik paprykarza szczecińskiego

Był jeszcze inny produkt Gryfu który lubiłem - Śledzie po łowicku. Niby zwykłe filety śledziowe w śmietanie z warzywami, tylko nie miały one żadnych konserwantów (a przy tym nie były naładowane octem) i ich okres przydatności do spożycia to było tylko 48 godzin. W związku z tym śledzie po łowicku mogły być dostępne tylko w okolicach Szczecina. Taki produkt oczywiście nie był kompatybilny z gospodarką kapitalistyczną i zniknął ze sklepów bardzo szybko po transformacji.

Gryf we wczesnych dziewięćdziesiątych został podzielony na trzy niezależne przedsiębiorstwa, najdłużej przetrwał "port". Dziś i paprykarz i sałatka pikantna są produkowane przez różne inne firmy, a odpowiednika sałatki łowickiej nie ma wcale.

Teraz o drugiej szczecińskiej potrawie, tu będzie debunk. Chodzi o szczecińskie paszteciki. Paszteciki są od roku 2010 na liście produktów regionalnych, chronionych przez prawo unijne i mają być typowo szczecińskim produktem. W wikipedii polskiej jest zdjęcie lokalu przy ulicy Wojska Polskiego 46, który ma być najstarszym serwującym paszteciki. Hmm, ale ja to wszystko pamiętam i to niezupełnie tak z nimi było. 

Zacznijmy od tego, co to w ogóle są te paszteciki. Otóż są to takie ruloniki z ciasta drożdżowego, smażone na głębokim tłuszczu, nadziane nadzieniem. Na początku nadzienie było mięsne, ale kiedy przyszedł kryzys lat osiemdziesiątych mięso zastępowano na przykład masą z jajek. Dziś oprócz mięsa i jajek paszteciki bywają nadziane kiszoną kapustą, serem i pieczarkami albo innymi nadzieniami. Od zawsze do pasztecików pije się barszcz z kubka.

Paszteciki szczecińskie z barszczem.
Paszteciki szczecińskie z barszczem. Źródło: Wikipedia, autor: Mateusz War

I kiedy ktoś w sieci rzuci dowcipem, że on to by chętnie zjadł pączka z mięsem, kapustą, albo generalnie nie na słodko, to ja zaraz zapraszam go do Szczecina na paszteciki. Bo to tak właściwie jest pączek nie na słodko, tyle że podługowaty, nie okrągły.

Paszteciki wytwarzane są maszynowo, w niektórych punktach serwujących je można obserwować jak kawałki surowego ciasta wpadają do tłuszczu, a w każdym widać jak gotowe paszteciki wypadają z maszyny.

W ogóle paszteciki to jedno z moich najwcześniejszych wspomnień, pewnie gdzieś tak z roku 1970, bo mniej więcej wtedy paszteciki pojawiły się w Szczecinie. Na 100% pierwszy lokal z pasztecikami był na Wojska Polskiego, ale pod numerem 3 (pasztecików już od bardzo dawna tam nie ma). Przy researchu znajduję że w 1973 albo 1974 pojawił się lokal przy Wielkiej 10 (obecnie Wyszyńskiego). Ten z Wojska Polskiego 46 przejął maszynę od tego spod trójki dopiero w 1975, tyle że powstał sporo wcześniej, najpierw sprzedawał co innego (nie pamiętam już co), stąd ma niby być najstarszy. Oba te lokale nadal mają mieć oryginalne maszyny z lat sześćdziesiątych.

I teraz najciekawsze: Pamiętam że pod trójką maszyna do produkcji pasztecików stała przy oknach lokalu równolegle do nich, i z ulicy było widać logo jej producenta. Byłem wtedy w wieku przedszkolnym/wczesnoszkolnym, ale czytać po polsku już umiałem - nauczyłem się samodzielnie przy pomocy klocków z literami. No i widziałem, że to logo zawiera napis nie po polsku, wiedziałem już wtedy że to inne litery, więc to jest po rosyjsku.

Kropki połączyłem dopiero w dwutysięcznych, a i wcześniej, bez internetu, i tak nie było by jak zrobić researchu. Po chwili szukania w sieci znalazłem, że ta "typowo szczecińska potrawa" to produkt radzieckiej myśli militarnej. Okazało się, że ta maszyna do pasztecików z 1969 została zakupiona z radzieckiego demobilu, a maszyny takie zastały opracowane do produkcji jedzenia dla armii. Demobil był zdaje się lokalny - maszyn chyba pozbywał się miejscowy garnizon radziecki (to moje przypuszczenie, nie znalazłem potwierdzenia).

Nie udało mi się ustalić jaka firma radziecka produkowała te maszyny, znalazłem tylko niesprawdzalne legendy że była to wielka firma zbrojeniowa robiąca również rakiety balistyczne. Jeżeli ktoś chce pobawić się w poszukiwania, to maszyna ta nazywa się Автомат для производства пирожков АЖЗП-М (automat do produkcji pierożków AŻZP-M). Nie należy mylić tych "pierożków" z tym co po polsku nazywamy "pierogami", po rosyjsku to coś zupełnie innego. Znalazłem oferty sprzedaży takich maszyn, również i nowych, głównie w ukraińskiej firmie ProdTechMasz. Nie wiem, czy to producent, czy tylko sprzedawca, a firma jest w Dnipro, czyli bardzo blisko frontu. Na jakimś filmiku z taką maszyną w polu widzenia kamery pojawiła się tabliczka znamionowa, ale była na niej tylko nazwa maszyny i parę liczb, ale nic o producencie.

Dziś w Szczecinie jest wiele punktów z pasztecikami, głównie w centrach handlowych, nawet niedużych. W sumie nie wiem dlaczego nie ma pasztecików poza Szczecinem, przecież to prosty i obiecujący biznes w branży małej gastronomii. Jak znajduję, nowa maszyna kosztuje rzędu 2000$, oczywiście trzeba by doliczyć transport (850kg), instalację i serwis. Możliwe, że serwis polski jest tylko w okolicach Szczecina i koszt obsługi gdzieś dalej byłby zbyt wysoki.

I z tego wszystkiego wynika, że ta "regionalna potrawa chroniona przez prawo unijne" to wytwór seryjnie produkowanej maszyny z innego kraju (i to nie należącego do Unii). Przecież to jakaś głupota.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Debunk

2 komentarze

Szparagi revisited

Notka o szparagach była już 16 lat temu, tymczasem mam nowe doświadczenia w temacie i chętnie się podzielę.

Ja szparagi kiedyś jadałem, w Polsce za komuny jeszcze, ale zdarzało się to naprawdę rzadko. Jadło się wtedy takie o średnicy rzędu centymetra, nie umieliśmy ich obierać, więc co któraś była łykowata. Natomiast żona nigdy wcześniej szparagów nie jadła, przynajmniej nie jako samodzielne danie.

Parę lat temu żona zaproponowała, że może jednak spróbujemy porządnie zrobione szparagi. Poszliśmy do restauracji niemieckiej, spróbowaliśmy i żonie bardzo zasmakowały. Wypytała się zaraz jak oni je robią i spróbowaliśmy przyrządzić szparagi sami.

I to leci tak: Przyzwoita porcja szparagów na osobę to sześć sztuk takich grubych, około 500 gram. Nie potrzeba żadnego specjalistycznego sprzętu, wystarcza zwyczajna obieraczka do warzyw i duża patelnia z pokrywką. Kluczowe jest obieranie - szparagi mają pod skórką bardzo łykowate włókna, jeżeli nie usunąć ich dokładnie to cała przyjemność z jedzenia znika.

Technika obierania jest taka: Bierzemy szparaga w dłoń nie dominującą, czubkiem od siebie, i obieraczką w dłoni dominującej starannie obieramy dolne dwie trzecie. Wiadomo że szparagi są drogie a to, co obrane to czysta strata, więc zawsze jest pokusa żeby zaczynać obieranie niżej. Odradzam uleganie tej pokusie, potem są same problemy. Po obraniu nożykiem obcinamy parę dolnych milimetrów szparaga, to robi za kontrolę jakości - czujemy wtedy zaraz, w którym miejscu obwodu nam się niedokładnie obrało. I jeszcze trzeba trochę uważać, bo świeże szparagi mają bardzo niską wytrzymałość na zginanie i łatwo je przy obieraniu złamać.

Po obraniu szparagi układamy na dużej patelni, nalewamy do niej ile się da wody (ale nie trzeba pokryć szparagów całkowicie), nakrywamy patelnie pokrywką i gotujemy je przez 10 minut od zagotowania. Wodę trochę osolić. I to tyle - przygotowanie nie jest skomplikowane. Tyle że patelnia musi być duża - szparagi są cięte na długość 25 centymetrów i sześć sztuk w jednej warstwie ledwie się mieści. Ja układam dwie warstwy po 6 na krzyż, ale jeżeli chętnych do jedzenia jest więcej, to może to być problem.

Szparagi
Gotowanie szparagów na patelni

Typowo szparagi podaje się z gotowanymi ziemniakami, sosem holenderskim i zwiniętymi w ruloniki plasterkami szynki. Innym wariantem jest zastąpienie szynki sznyclem.

Na początku robiliśmy szparagi z szynką, a sos holenderski używaliśmy gotowy z kartonika. Tyle że te sosy z kartonika są bardzo przemysłowe - jak to zwykle składają się głównie ze skrobi i utwardzonych tłuszczów roślinnych. Zastanawialiśmy się nad robieniem takiego sosu samemu, ale prawdziwy sos holenderski to jednak wyższa szkoła jazdy. Ale kiedyś w telewizji, zobaczyliśmy przepis uproszczony. Było to w takim fajnym cyklicznym programie, w którym technolog żywności z przemysłu (Sebastian Lege) pokazuje jak robiona jest żywność przemysłowa, w stylu "A teraz myślicie, że dodamy prawdziwe masło? No co wy, przecież to za drogo. Dodamy całą harmonię produktów przemysłu chemicznego! (Evil laugh!)". Program nazywa się Tricks der Lebensmittelindustrie, a prowadzący pokazuje również jak zrobić w domu proste alternatywy z porządnych składników. No i on pokazał jak zrobić prostszy sos holenderski przy użyciu takiego syfonu do bitej śmietany na naboje z tlenkiem azotu. Kupiliśmy taki syfon, nawet dokładnie taki jak w programie (firmy iSi, która wymyśliła te naboje, również takie z CO2, jakich używaliśmy za komuny). Syfon świetnie robi bitą śmietanę, ale przygotowanie w nim sosu holenderskiego nadal nie było proste, a sos bardzo szybko tracił gaz i rozpływał się na talerzu.  Po namyśle stwierdziłem więc, że przecież warzywa gotowane tego typu i tak najlepsze są "po polsku", czyli z masłem i bułką tartą (całkiem serio w Niemczech ten sposób podania nazywa się "polnisch"), więc darowaliśmy sobie to wydziwianie z sosem i robimy szparagi po polsku.

Szparagi po polsku z szynką
Szparagi po polsku z szynką

Teraz trochę o wyborze szparagów: W budce w której szparagi się kupuje wystawione jest do kilkunastu pudełek z różnymi wariantami szparagów w różnych cenach. Co gorsza te warianty nie są w żaden sposób zestandaryzowane, każdy rolnik ma swoje. Więc może mały przewodnik:

  • Oferowanych jest kilka różnych grubości szparagów, im grubsze tym droższe. Problem jest taki, że z każdego szparaga musimy te dwa milimetry po obwodzie obrać, im grubszy szparag, tym straty procentowo są niższe. Czyli jest sens kupować drożej ale grubsze. Przykład: Te na zdjęciach były naprawdę grube,12 sztuk ważyło nie tylko 1 kg, ale aż 1,3. Zważyłem obierki i wyszło że na straty poszło 20%. Przy cieńszych będzie to więcej.
  • Część sprzedawców oferuje każdą grubość w wariancie "zwykłym" i "premium". Premium jest idealne - proste, bielutkie, z zamkniętym kwiatostanem na górze. Moim zdaniem te zwykłe smakują dokładnie tak samo. Przecież one są z tego samego pola, z takiej samej (albo i nawet tej samej) rośliny, zebrane w tym samym czasie... Nie warto dopłacać za premium. Szczegóły dalej.
  • Inni sprzedawcy segregują po "wadach":
    • "Violett" ("fioletowe") mają - jak sama nazwa wskazuje - fioletowe przebarwienia. No i co z tego? Po ugotowaniu przebarwienia i tak znikną, smak ten sam.
    • "Blume" - ("kwiat") mają częściowo rozwinięty kwiatostan. No i co z tego? Smak ten sam.
    • "Krumm" ("krzywe") - po ugotowaniu i tak będą proste, jedyny potencjalny problem to że na patelni nie dadzą się dobrze ułożyć. Smak ten sam.
    • Zrośnięte - no tu może być trochę problem przy obieraniu, bo w przekroju mają kształt ósemki i trudno dojść obieraczką, Ewentualnie można rozcinać je wzdłuż, ale można ich po prostu nie kupować.
    • Połamane - no to już kwestia gustu, myślę że one jednak bardziej nadają się na zupę.
    • Są też same czubki, tych najczęściej nie trzeba wcale obierać, ale do tego luksusu się dopłaca.

 

Smakosze mają podobno swoje upodobania, jedni uważają że najlepsze jest "Blume", inni że tylko takie mocno fioletowe (zazwyczaj zwane "Aroma"), jeszcze inni że tylko bielutkie, ale według mnie to czysta szparagofilia i racjonalizacje - w podwójnie ślepej próbie raczej nie wyczuli by różnicy.

Są jeszcze szparagi zielone, to te, które po prostu wyrosły nad ziemię, a nie były przysypywane i chronione przed światłem. One zawsze są cienkie, obiera się tylko dolną jedną trzecią. 

Jedyny problem jest taki, że to raczej droga przyjemność - w tym roku kilogram grubych kosztuje 16 euro. Cieńsze i z "wadami" są trochę tańsze.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Skomentuj

„Zła Unia zabiła niemieckie automotive”?

Co i raz spotykam tę tytułową narrację. Czy to w sieci, czy w realu, czy w Polsce, czy w Niemczech. Co i raz ktoś opowiada jak to ta zła Unia załatwiła przemysł samochodowy każąc mu przechodzić na elektryki. A przecież tak świetnie sobie radził. No i to miała być kolejna zła decyzja złej Unii, po żądaniu żeby instalować pompy ciepła. I żeby przechodzić na odnawialne źródła energii. I jeszcze kilku innych.

No ale ja przez kilkanaście lat pracowałem w niemieckim (i nie tylko) automotive, więc coś na ten temat mogę powiedzieć. A przy tym moja zdolność krytycznego myślenia jeszcze nie zanikła. Więc teraz powiem.

Najpierw zauważmy że:

  • Tak generalnie to spalaniem ropy i gazu najbardziej zainteresowane są kraje je produkujące, a zwłaszcza rosja. Gospodarka rosyjska jest całkowicie oparta na eksporcie ropy i gazu, oni nie mają nic innego znaczącego do zaoferowania. I przypominam, że bezpośrednią przyczyną rozpadu Związku Radzieckiego była niska cena ropy. Przy tym od dawna rosjanie prowadzą hybrydową kampanię propagandową przeciwko Europie. Więc strawestuję ten stary dowcip o niedźwiedziu grającym z innymi zwierzętami w karty: "Ja nie chcę mówić kto tu puszcza kłamliwą propagandę, ale jak palnę w ten rudy pysk...".
  • Aktualne wydarzenia na świecie pokazują że unijna polityka zmniejszania zależności od ropy i gazu jest jak najbardziej właściwa i uzasadniona. Czy ktoś chce polemizować z tym, że im mniej ropy i gazu będziemy potrzebować, tym mniejszy problem będziemy mieli z różnymi idiotami u władzy w różnych krajach?
  • Tak się jakoś składa, że większość krajów producentów ropy ma niezbyt sympatyczne władze/ustrój. Jak sprawdzam aktualną listę, to w pierwszej dziesiątce jedynie Kanadę można uznać za normalny, stabilnie demokratyczny kraj. Czy naprawdę chcemy finansować różnych dyktatorów, z których niektórzy za te pieniądze zrobią sobie broń do użycia przeciw nam? Albo sfinansują rozwalanie naszych społeczeństw?
  • Nawet nie trzeba szukać uzasadnienia w ekologii, powyższe punkty całkowicie wystarczają.

Żeby było jasne: Ja nie twierdzę, że Unia wszystko w tej działce robi idealnie. Wiele należałoby robić trochę inaczej, wiele wyznaczonych terminów jest nierealistycznych. Ale kierunek jest słuszny!

Tyle o geopolityce, teraz przejdźmy do branży samochodowej. Ludzie powtarzający narrację o złej Unii twierdzą, że firmom samochodowym idzie tak źle, bo zostały zmuszone intensywnie zająć się napędem elektrycznym. No serio? Naprawdę tak intensywnie się nim zajęły? A czy ten świetny, europejski napęd elektryczny którym się tak intensywnie zajmowały jest tu z nami, w tym pokoju?

Prawda jest taka, że wszystkie firmy europejskie zajmowały się tym tematem w najlepszym razie na pół gwizdka, albo i na odwal się. Takie BMW na przykład opracowało sobie platformę, na której można robić i elektryka, i spalinówkę i hybryda. Jak ogólnie wiadomo, jeżeli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Tak nie wygląda tworzenie dobrych elektryków, tak wygląda asekuracja i konserwa. Elektrykom świeczkę (bo politycy każą) a spalinowym ogarek (przecież nasze spalinówki są świetne, po co cokolwiek zmieniać).

Przez cały czas kiedy robiłem w automotive to dokładnie tak wyglądało: Po co cokolwiek zmieniać? Przecież jesteśmy świetni. Zmieniało się tylko co wymuszono z zewnątrz, i tylko tyle ile było absolutnie niezbędne. Ile rzeczy próbowałem zmieniać od wewnątrz - nic z tego nie wyszło.

A ta "świetność" wyglądała tak, że permanentnie był jakiś kryzys z którym trzeba było walczyć. A to ludzi zwalniać, a to stawki obniżać, najmować inżynierów z tanich krajów... Ale to, że potem trzydziestu Meksykanów przylatywało do Niemiec na pół roku, bo projekt był zagrożony, to nikogo nie martwiło, bo to przecież inne konto kosztowe i się nie liczy. A typowym stanem projektu była eskalacja, bo terminy zagrożone.

Znowu żeby było jasne: Ja nie twierdzę, że europejskie samochody w porównaniu z innymi były/są jakieś strasznie złe. Twierdzę, że europejski przemysł samochodowy tkwił w samozadowoleniu, że nie musi się starać i zmieniać, bo jest taki świetny i nikt mu nie podskoczy. Przez długi czas to działało. Na przykład Chińczycy próbowali już wejść na rynek europejski w początku dwutysięcznych, ale nie wyszło z tego za wiele. Sprzedało się, jeżeli dobrze pamiętam rzędu 1000 samochodów na całe Niemcy (jeden widywałem w sąsiedztwie, marka Brilliance, na oko miał jakieś elementy od Mitsubishi Lancera) Tyle że od tego czasu europejskie samochody ciągle drożały (nie chce mi się sprawdzać i liczyć, ale raczej znacznie powyżej stopy inflacji), jakość ich spadała, a Chińczycy zrobili duże postępy.

Dygresja: Przypominam sobie sporą dyskusję w Continentalu kilkanaście lat temu (2011) na temat wyświetlaczy w clusterach samochodach. Wtedy wszyscy byli jeszcze bardzo sceptyczni, ja mówiłem że to i tak wejdzie i będą do tego konfigurowalne przez użytkownika skiny. Oni twierdzili, że na konfigurowanie skinów żaden niemiecki producent się nie zgodzi (bo safety), a ja na to że na pewno zrobią to Chińczycy. Szybki rewind do 2024 - dział R&D Continentala pokazuje swoje eksperymenty z generowaniem zestawu kolorystycznego GUI na wyświetlaczu na podstawie podanego przez użytkownika głosowo promptu dla AI, na przykład "wurst z musztardą", a to wszystko po to, żeby nadążyć za Chińczykami.

No i teraz Chińczycy w elektrykach znacznie wyprzedzili resztę świata. W generalnej jakości samochodów raczej jeszcze nie, za to w cenie mocno wygrywają. Moim zdaniem to z ceną to chwilowe. Zaraz uzasadnię:

Chiński przemysł samochodowy przeżywa obecnie okres zbliżony do europejskiego okresu pionierskiego przed pierwszą wojną światową (przy zachowaniu proporcji - Chiny są jednak o wiele większe). Jest mnóstwo niezbyt dużych firm produkujących samochody (w Chinach aż sto kilkadziesiąt), większość z nich po początkowych sukcesach cienko przędzie. Generalnie samochodów produkuje się więcej niż sprzedaje, firmy manipulują statystykami sprzedaży, a samochody masowo stoją na placach. (To mi się jeszcze bardziej kojarzy z kryzysem nadprodukcji maszyn do szycia w końcu wieku XIX, czego skutkiem było wtedy przestawianie się fabryk na rowery, motocykle a potem samochody). Na 100% rynek będzie się oczyszczał - większość z tych firm zbankrutuje i/lub zostanie wykupiona przez lepiej stojących konkurentów, jak było i wtedy w Europie. Które firmy na rynku zostaną na razie nie wiadomo, nawet największe z nich mogą paść. Ponieważ oni i tak jadą na stratach i mają zapasy gotowych samochodów, to są gotowi sprzedawać je za grosze, byle chociaż część nakładów się zwróciła. Między innymi i stąd te niskie ceny chińskich samochodów w Europie. Przy planowaniu zakupu Chińczyka nie nastawiał bym się jednak, że części i serwis do tych samochodów będą dostępne długo, a wartość odsprzedaży samochodu po paru latach będzie znikoma (a może i trzeba będzie dopłacić do złomowania?). Można oczywiście zakładać że zamiast kupić europejski samochód za X i sprzedać go po kilku latach za X/2 kupimy chiński samochód za X/2, a po tych samych kilku latach go zezłomujemy i na jedno wyjdzie. Ale wydaje mi się to podcinaniem gałęzi na której siedzimy. To indywidualnie może i wyjdzie na jedno, ale dla społeczeństwa i państwa jednak będzie gorsze.

Oczywiście firmy mogą przez pewien czas jechać na stratach i przepalać kasę inwestorów/państwa chińskiego, ale każda taka bańka musi kiedyś pęknąć. A potem ceny chińskich samochodów będą musiały wzrosnąć do poziomu chociaż pokrywającego koszty.

Pytanie, czy do tego czasu z europejskiego przemysłu samochodowego będzie jeszcze co zbierać. Ale wina leży głównie po stronie samych europejskich firm samochodowych - zasłużyły sobie na to. Wiecie, jeżeli niejeden spotkany przeze mnie niemiecki inżynier z automotive mówi, że nie kupuje samochodów o których wie, jak są robione (czytaj: pracował w projekcie dla tej marki/modelu), to coś jest na rzeczy.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Pomyślmy

Komentarze: (1)

Kolejna zmiana branży?

Moja kariera w branży maszyn drukarskich nie potrwała długo. A i sama branża chyba wiele dłużej nie pociągnie.

Teraz dokładniej: Miałem zlecenie w firmie manroland sheetfed w Offenbachu produkującej maszyny drukarskie. Była to firma z bardzo długimi tradycjami, jej historia rozpoczęła się już w roku 1871, kiedy to Louis Faber und Adolf Schleicher założyli w tym miejscu firmę produkującą - jakże by inaczej - maszyny drukarskie.

Nie będę omawiał kolejnych konstrukcji, bo - nie będę ukrywał - na tej branży znam się słabo. W każdym razie firma przez długi czas była innowacyjna i robiła dobre rzeczy. Jeżeli dobrze interpretuję, to od 1911 nazywali oni swoje maszyny Roland. Dla ustalenia uwagi: oni nie mieli nic wspólnego z popularnymi w latach dziewięćdziesiątych plotterami Roland.

W roku 1979 fabryka Faber & Schleicher została przejęta przez koncern MAN, pewnie dlatego że miała problemy. Ale nie jestem gotowy na dyskusję o historii MAN i o tych problemach. Fabryka funkcjonowała od tego czasu jako MAN Roland Druckmaschinen AG.

W 2011 firma zbankrutowała i w 2012 została wykupiona przez brytyjski Langley Holdings. W ramach uzdrawiania firmy zrobiono wtedy parę istotnych posunięć:

  • Zrezygnowano z produkcji małych maszyn drukarskich, zostawiono tylko duże. Z grubsza w tym samym czasie największy konkurent firmy - Heidelberger Druckmaschinen - stał przed podobnym wyborem i oni zrezygnowali z maszyn dużych. Czas pokazał, że Offenbach podjął lepszą decyzję, i później Heidelberg sprzedawał również maszyny z Offenbachu pod swoją marką.
  • Opracowano nowe wersje dużych maszyn, zostało przy dwóch modelach.
  • Opracowano nowe oprogramowanie.

Problem polegał na tym, że te posunięcia były niezłe, ale firma spoczęła na laurach. Ja zostałem najęty do zaktualizowania programu w rodzaju SCADA (chociaż oni nie używali tego terminu) służącego do sterowania zadaniami druku, robieniem statystyk, analiz i raportów. No i w tym programie:

  • Ostatnie istotne zmiany były robione 10+ lat temu.
  • Rzecz była napisana w Javie 8. A Javie 8 właśnie kończy się support, więc trzeba by zrobić upgrade na jakąś nowszą wersję.
  • Do tego upgradu nawet się tam parę razy zabierali, ale sobie nie poradzili. Nie dziwię się, bo:
    • Program klienta komunikował się z serwerem między innymi przy użyciu technologii CORBA. W Javie 8 ta CORBA była zintegrowana, ale już w wersji 9 wyleciała na stałe. Podłożyć jakiejś biblioteki zastępczej nie umieli, a zmiana technologii to by było bardzo poważne zadanie, więc zawsze było odsuwane na później.
    • Program klienta był startowany przy użyciu Java Web Start, również części Javy 8, tak samo usuniętej w następnych wersjach. Zastąpić czymś innym nie umieli.
    • Mnóstwo JARów było przestarzałe.
    • Jak przeszedłem na nowsze wersje Javy okazało się, że program po stronie serwera komunikuje się przez JNI z częściami napisanymi w C++. Tyle że to C++ było skompilowane na 32 bity, a nowsze Javy są wszystkie 64-bitowe. W Windowsach nie ma możliwości żeby aplikacja 64-bitowa wciągnęła 32-bitowy DLL. Nie ma i już. Cały serwer musieli przekładać na 64 bity, co też nie było trywialne.
  • Część programu była napisana przez firmę zewnętrzną i dostarczona jako JARy. Teoretycznie były też źródła, ale jak je obejrzałem okazało się, że są niekompletne. Parę kawałków musiałem dekompilować z JARów, bo inaczej nic by z tego nie było.
  • O innych problemach mógłbym długo, zrobiłem mój pełny program "code quality" i poznajdowałem trochę ewidentnych błędów.
  • Jak dali program firmie zajmującej się testami penetracyjnymi to zgodnie z oczekiwaniami wyszło, że security w nim praktycznie nie istnieje. Na przykład po dekompilacji JARów z łatwością znaleźli wpisane tam na stałe hasło do serwera. A tymczasem wchodzi Cyber Resilience Act i klienci czegoś takiego nie będą akceptować.

Podobnie było w innych kawałkach oprogramowania i sprzętu, za poprawianie tego wszystkiego wzięli się dopiero w zeszłym roku. Jedną z przyczyn było z pewnością to, że większość pracowników odnośnych działów to ludzie w wieku przedemerytalnym, którzy zaczynali swoją karierę zawodową od tej firmy i nigdy nie widzieli nic innego.

No i wyszło tak, że w lutym byłem gotowy do integracji mojej części z przerobionym na 64 bity serwerem. Serwer miał być gotowy w początku marca. A tu we wtorek trzeciego marca o 12 zwołano załogę na zebranie, na którym ogłoszono że w sobotę 28 lutego zarząd złożył wniosek o upadłość w trybie "z parasolem ochronnym". Ten "parasol" polega na tym, że przez trzy miesiące płace pracowników płaci państwo.

Teraz idą jakieś rozmowy z potencjalnymi inwestorami, jednym z nich jest Heidelberger Druckmaschinen. Ale i oni cienko przędą, ostatnio pojawiły się informacje że będą składać drony dla wojska. Zobaczymy co będzie. W każdym razie jeżeli produkcja maszyn miała by być kontynuowana, to będą musieli do mnie przyjść, bo to poszło tak szybko że nawet nie zdążyłem wszystkiego zacheckinować, nie mówiąc o dokumentacji.

Teraz podsumowanie: Dlaczego właściwie tak się stało, że padło:

  • Oczywiście że branża się zwija i wielkiej prosperity nie należy się spodziewać. Ale ich maszyny nie były do druku książek i gazet, tylko raczej do opakowań z kartonu, blachy i plastiku. Na to zapotrzebowanie nadal istnieje.
  • Jeżeli branża się zwija, tym bardziej trzeba się starać. A oni spoczęli na laurach.
  • Nie obniżali kosztów które mogli by obniżyć - oni mieli wystrugane własne sterowniki, sami robili do nich płytki, lutowali elementy, robili oprogramowanie... Ma to swoje plusy, ale kosztuje ładnie. Za zmianę na coś normalnego zabrali się dopiero w zeszłym roku.
  • Jeżeli rynek w branży się zwija, to należało by poszerzyć asortyment na inne branże? Jak te drony na przykład?

Czyli: Upadłość była w 100% zawiniona przez samą firmę.

Tu miałem zamiar dopisać parę uwag o niemieckim automotive, ale zrobię o tym osobną notkę.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?, Programowanie

2 komentarze

Odwracanie osmozy

Dziś notka z zakresu poradnictwa o majsterkowaniu domowo-zagrodowym. Chodzi o wodę.

Jak już nie raz wspominałem mieszkamy we Frankfurcie nad Menem. Tak dokładnie, to na południe od Menu. Na północy Frankfurtu woda kranowa pochodzi z górek Vogelsbergu i Spessartu, i jest świetna, miękka (4,5 °d.H., 20g/m3 Ca). Niestety u nas na południu woda jest twarda (13,9 °d.H., 75 g/m3 Ca). Do tego kamień odkładający się na wszystkim (zwłaszcza na kafelkach w łazience) ma kolor podchodzący pod pomarańczowy i wygląda paskudnie. Czajnik trzeba odkamieniać co chwilę a herbata natychmiast dostaje obrzydliwego, metalicznie połyskującego kożucha. Nawet jak wodę z kranu nagazować w Soda Streamie, smakuje bardzo wapiennie. Żeby była smaczna trzeba ją przegotować, co jest bardzo energochłonne i upierdliwe (bo po gotowaniu musi ostygnąć, bez tego nic z gazowania), a przez to czajnik trzeba odkamieniać jeszcze częściej.

Tu można by puścić parę sucharów na temat niemieckiej jednostki twardości wody, bo ona nazywa się "deutsche Härte", czyli "niemiecka twardość". Brzmi to jak nazwa lokalnego prądu muzyki metalowej, i rzeczywiście na przykład Rammstein zalicza się do gatunku "Neue Deutsche Härte".

Wróćmy do wody. Nic więc dziwnego, że zacząłem czytać o zmniejszaniu twardości wody w domowej instalacji. Wyszło, że zasadniczo metody są dwie:

Pierwsza z nich to wymiana jonowa. Tak działają na przykład dzbankowe filtry do wody w rodzaju Brity, a każda zmywarka ma coś takiego w środku. Mechanizm fizyczny jest taki, że jony wapnia z wody w takim filtrze są zamieniane na jony sodu. Ponieważ do "niemieckiej twardości" wody liczy się wapń, to w ten sposób woda staje się bardziej miękka. Przez taki filtr woda może płynąć dość szybko, więc można tak zasilić nawet prysznic albo wannę. Czy taka woda jest dobra do picia może być trochę dyskusyjne, bo w sumie to zamieniamy jej zawapnienie na zasolenie.

Oczywiście taki filtr nie transmutuje wapnia w sód, tylko oddaje sód z własnego, ograniczonego zapasu. W filtrze dzbankowym musimy wymieniać wkład, co daje trochę kosztów i generuje śmieci. W zmywarce albo filtrze łazienkowym regenerujemy wymiennik jonowy solą kuchenną, a duża część soli (a przynajmniej wszystkie jony chloru) spływa do kanalizacji. Przy zmywarce ilości zużywanej soli są niewielkie, ale filtr na całą łazienkę bierze pod pół kilo soli na metr sześcienny odwapnionej wody (przy bardzo twardej wodzie pewnie znacznie więcej). Tę sól trzeba uzupełniać i zapuszczać regenerację. To już są znaczące ilości, koszty i upierdliwości

Podsumowując: To może mieć sens w łazience, ale żeby zainstalować coś takiego trzeba przebudowywać łazienkę, bo małe to nie jest, musi być do tego dostęp, a środowiskowo to jest słabe.

Druga metoda to tytułowa odwrócona osmoza. Tu przepychamy wodę przez membranę osmotyczną, i dostajemy prawie że wodę destylowaną. Brzmi nieźle, ale z samymi zaletami to nic na świecie nie ma.

Pierwszym problemem odwróconej osmozy jest stosunkowo niska wydajność procesu. Woda z typowej membrany powoli ciurka, nalanie szklanki zajmuje minuty. Można dać równolegle kilka membran, ale wtedy urządzenie robi się duże. Można też trochę ominąć ten problem, ale o tym dalej.

Drugim problemem jest to, że przez membranę przepychamy tylko część tej wody, którą wpuszczamy do urządzenia, a reszta idzie do kanalizacji. Jak poczytałem, typowa sprawność takiej membrany to 50%, czyli na każdy litr wody której użyjemy wylewamy dodatkowy litr.

Jak widać, odwrócona osmoza to raczej rozwiązanie na wodę czysto do picia. Takie ilości marnowanej wody można przeżyć, a niską wydajność zbuforować.

Czyli osmoza. Zacząłem czytać dokładniej o takich urządzeniach. W rachubę wchodziły systemy do montażu pod blatem kuchennym. Na szczęście przy projektowaniu mojej kuchni w narożniku zrobiłem zlew nad ustawioną skośnie typową szafką zlewozmywakową. No i za tą szafką był niewykorzystany narożnik, który idealnie pasował rozmiarami pod taki filtr. Tylko wyjąć tylną ściankę szafki i już. A ponieważ na górze jest zlew, to jest blisko i do wody, i do kanalizacji.

Podblatowy filtr z odwróconą osmozą firmy Ecosoft.
Podblatowy filtr z odwróconą osmozą firmy Ecosoft.

Ściągnąłem sobie obszerną instrukcję od podobnego filtra i przeanalizowałem jego konstrukcję (one wszystkie są bardzo podobne). To jest zrobione tak:

  • Na wejściu są trzy filtry wstępne (te pionowe), tak typowo to jeden na cząstki stałe i dwa na węglu aktywnym z różnymi ziarnami. Ale bywają inne kombinacje.
  • Z tych filtrów woda idzie na membranę odwróconej osmozy (to poziome na dole). Wyjścia z membrany są dwa: woda która nie przeszła przez membranę idzie do kanalizacji, oczyszczona na następny filtr.
  • Następny jest filtr wyjściowy (poziomy na górze), też na węglu aktywnym. 
  • Ponieważ woda przez membranę tylko powoli ciurka, do filtra jest dołączony zbiornik buforujący /na zdjęciu widoczny w tle), typowo mieści on jakieś 7 litrów wody i tyle można pobrać dość szybko. Potem leci powoli, naciurkanie znowu do pełna zajmuje rzędu godziny. Uważny czytelnik może zapytać: Ale jak to? Zbiornik stoi pewnie na podłodze, a wylot kranu jest z metr wyżej. Jakim cudem woda leci pod górę? Otóż zbiornik ma membranę i komorę napompowaną powietrzem. Ciśnienie powietrza jest na tyle duże żeby wypchnąć wodę przez kran, ale na tyle małe żeby woda po membranie osmozy wchodziła do środka. Komora powietrzna ma wentyl samochodowy i można ją napompować pompką rowerową lub samochodową. Manometr wskazany.
  • Kluczowym elementem jest taki czysto mechaniczny zaworek, który odcina wejście wody na membranę przy braku poboru (czy to przez kran, czy przez napełnianie zbiornika). Na zdjęciu jest trochę po prawej, ponad membraną, dochodzą do niego cztery rurki.
  • Filtr może działać bez dodatkowego zasilania prądem tylko przy porządnym ciśnieniu wody, jeżeli jest ono za niskie to stosuje się elektryczną pompkę przed membraną.
  • Na wyjściu można mieć filtr remineralizujący (tu ten poziomy na środku) - woda po membranie jest prawie jak destylowana, remineralizacja poprawia jej smak (zwłaszcza jak robić gazowaną). Filtry remineralizujące są różne.
  • Pobrać wodę można kranikiem. Może być osobny, jest też spory wybór baterii zlewozmywakowych z normalną wodą zimną/ciepłą i dodatkowym otworem (i dźwigienką) do wody czystej. Albo dwóch rodzajów wody czystej. A nawet trzech.
  • Drugim albo trzecim rodzajem wody czystej może być gazowana, ale podblatowe urządzenie do gazowania wody zaczyna się od jakichś 1000 euro. Mam już Soda Streama, wystarczy.
  • Wszystkie połączenia pomiędzy elementami filtra oraz wszystkie wejścia i wyjścia zrobione są na plastikowych rurkach 1/4 cala (6.5 mm). 
  • Niektóre filtry maja sterylizator wody wychodzącej na lampie UV. Nie za bardzo łapię, jaki to ma sens.
  • Wszystkie elementy takiego filtra można kupić też osobno: Obudowy filtrów wstępnych, obudowy membran, stojaki, zaworki, same filtry itp. itd. Można sobie zmontować coś własnego z kawałków według fantazji. Wszystko jest jako tako znormalizowane, tylko długości filtrów bywają w dwóch/trzech wariantach.
  • Filtry wymienia się co pół roku, membranę co rok.

Ogólnie mi się spodobało. Stwierdziłem, że filtr ma mieć remineralizację, ale żeby można było również pobrać wodę przed mineralizacją. W ściągniętej instrukcji takie warianty były opisane, ale w praktyce były w handlu niedostępne. Trochę rozważałem koncepcję zrobienia filtra samemu z kawałków, ale mi przeszło bo zauważyłem, że przerobienie gotowego filtra jest trywialne, więc można wziąć cokolwiek w miarę pasującego i te parę rurek poprzełączać.

Dostępne na rynku są filtry różnych firm, ale za najlepszą propozycję uznałem filtry produkcji akurat tej firmy, od której była ta instrukcja którą ściągnąłem. Branding instrukcji był inny, ale filtry tej. Co ciekawe firma jest z Ukrainy, z Irpienia pod Kijowem. Firmy ukraińskie dostają u mnie duży plus, parę rzemieślniczych rzeczy stamtąd kupiłem. Nie wiem czy produkują te filtry tam, czy w Chinach, czy biorą części z Chin i składają u siebie, czy jeszcze inaczej. W każdym razie firma nazywa się Ecosoft a ich filtry wyglądają najbardziej profesjonalnie ze wszystkich. Wybrałem wariant bez pompy i z remineralizacją magnezem i wapniem. W komplecie był pojedynczy kranik.

Niestety przy moim zlewie nie mam wolnego miejsca na nowy kranik, bo zajmuje je wbudowany dozownik płynu do mycia naczyń. Znaczy kranik poszedł do piwnicy, a musiałem kupić całą baterię zlewozmywakową. Co też wymagało szukania - baterie czterodrożne nie są znowu aż takie powszechne. Do wyboru jest tylko chińszczyzna po 80-90 euro i bardzo markowe baterie po 600-700. Kilku setek nie byłem skłonny wydać, a przy chińskich na Amazonie było napisane że "artykuł często zwracany" i sporo było ocen na jedną gwiazdkę, i to ze zdjęciami problemów. Ale co było zrobić, zamówiłem.

No i miło się zaskoczyłem. Bateria była całkiem porządnie wykonana i działa OK. Zobaczymy jak będzie na dłuższą metę, ale jestem dobrej myśli.

Bateria zlewozmywakowa czterodrożna
Bateria zlewozmywakowa czterodrożna

Żeby zrobić wyjście wody niemineralizowanej musiałem zamienić kolejność filtra wyjściowego i remineralizacyjnego, dodać jeden trójnik i rurkę. Poszło bezproblemowo, ten system 1/4 cala jest  całkiem fajny. W instrukcji z sieci było jednak, że odprowadzenie wody do kanalizacji powinno mieć (podobno załączony) zaworek jednokierunkowy, żeby jak by co brudna woda nie skaziła membrany. Tymczasem w aktualnym modelu takiego zaworka nie było. Wzmianki o nim w instrukcji też nie.

Filtr podblatowy
Filtr podblatowy

Ponieważ uznałem taki zaworek za sensowny po prostu zamówiłem taki w tym standardzie. Przyszedł, ale nie działał (w ocenach wszystkich podobnych produktów ludzie też się na to skarżyli). Ale zauważyłem że to jest przecież na wyjściu wody zużytej, więc nie musi być w jakości spożywczej i znalazłem metalowy zaworek jednokierunkowy od instalacji paliwowych, z końcówkami na 6 mm. Nie pomyślałem jednak, że te 6 mm w tym przypadku to średnica wewnętrzna przewodu, nie zewnętrzna jak w tych 1/4 cala, i musiałem kombinować z dodatkowymi kawałkami wężyka i opaskami. No ale już działa.

Teraz o efektach:

  • Filtracja działa super, herbata jest świetna, żadnych osadów. Nawet jak postoi i ostygnie, z przyjemnością dopija się ją do końca.
  • Woda gazowana niemineralizowana jest trochę jałowa, remineralizacja bardzo poprawia smak, więc warto.
  • Niemineralizowana woda przydaje się też do celów innych niż picie, na przykład zamiast destylowanej do żelazka.
  • 7 litrów szybkiego poboru ze zbiornika wygląda na sensowną ilość, na razie wystarcza. Oczywiście przy większej rodzinie może być jednak za mało, ale są też większe zbiorniki.
  • Standard 1/4 cala  jest bardzo fajny, przyłącza się i rozłącza bezproblemowo i bez użycia narzędzi. Tylko te rurki 1/4 cala są trochę sztywne, nie da się ich prowadzić w jakichś wiązkach czy czymś podobnym. A musiałem zostawić je długie, bo do wymiany filtrów trzeba będzie całe urządzenie wyciągnąć zza szafki, a szkoda za każdym razem rozłączać i przyłączać rurki. Nie tylko robota, ale jeszcze ostrzegają żeby nie zawlec jakichś bakterii na filtry i membranę. Polecam również zakup paczki tych plastikowych zatrzasków nasuwanych na końcówki złączek, bo czasem potrzeba jakąś na zamianę.
  • Zaworek do pompowania zbiornika jest co prawda standardowy, samochodowy, ale trochę krótki i moja pompka nie była w stanie złapać go na tyle daleko żeby pompować. Na szczęście zbiornik był napompowany do właściwego ciśnienia i wszystko działa bez dodatkowych ingerencji.
  • Przeciskanie wody przez membranę nie jest bezgłośne - filtr wydaje z siebie ciche brzęczenie na ok. 1,5 kHz (zmierzyłem taką fajną aplikacją na telefon). Ale to jest naprawdę ciche, pracująca lodówka sprężarkowa zagłusza to brzęczenie całkowicie. 

Koszty: Filtr ze zbiornikiem kosztował 280 EUR, bateria 90 EUR, różne drobiazgi (dodatkowe rurki, kształtki, narzędzia itp.) jeszcze grubo licząc 50 EUR. Zestaw filtrów na wymianę po pół roku (bez membrany) kosztuje 45 EUR, zestaw na wymianę po roku (z membraną) 65 EUR, czyli rocznie 110 EUR (podejrzewam, że dadzą się znaleźć taniej). Zużywamy też trochę więcej wody, zakładając że dziennie zużyjemy 5-6 litrów wody z filtra, to rocznie pójdzie dodatkowo jakieś 2 m3 - więc nieznacząco. Nie chce mi się sprawdzać, ile dokładnie płacę za wodę, ale tyle to góra kilka euro na rok.

Taki filtr to raczej artykuł luksusowy, więc trudno się spodziewać żeby się miał zwrócić. Jednak coś tam oszczędzam:

  • Nie muszę gotować wody do gazowania. Zakładając nagazowanie 2 litrów przegotowanej dziennie, przez rok oszczędzam jakieś 20 EUR na prądzie.
  • Odpada odkamienianie czajnika. To też będzie jakieś 15-20 euro rocznie na kwasku cytrynowym i prądzie.
  • Nie trzeba też kupować wody destylowanej do żelazka. Niewiele, kilka euro na rok. Tak, ja wiem że wiele konstrukcji żelazek ma sobie radzić z wodą z kranu, ale przy takiej twardości to raczej teoria. Praktyka jest marna, sprawdzone. 

Podsumowanie: Fajna rzecz, poleca się przy twardej wodzie.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Ciekawostki

Skomentuj

La Jamais Contente revisited

O La Jamais Contente notka była już w roku 2012, przypominam że to pierwszy samochód który przekroczył 100 km/h. Samochód miał napęd elektryczny, a do napisania notki striggerowała mnie bardzo marna jego replika wystawiona na corocznej wystawie oldtimerów Lufthansa Klassikertage w Hattersheimie.

Replika La Jamais Contente
Replika La Jamais Contente

Wtedy znalazłem, że oryginał pojazdu w 1931 trafił do muzeum w Compiègne w okolicach Paryża (Le musée national de la voiture), do oglądania jest tam jego porządna replika. A niedawno syn powiedział, że jedzie na tydzień do Compiègne w ramach międzyuczelnianego programu współpracy. Oczywiście zleciłem mu odwiedzenie muzeum i zrobienie zdjęć, chociaż bez większej wiary w powodzenie, bo muzeum w tygodniu jest otwarte tylko w jakichś dziwnych godzinach i to nie każdego dnia.

I rzeczywiście skończyło się tak, że syn miał tak intensywny program, że nie miał nawet chwili wolnego w godzinach otwarcia muzeum, więc zdjęć nie mam. Ale przyjrzałem się zdjęciom dostępnym w sieci i mam w związku z tym nowe obserwacje.

W zasadzie wszystkie dostępne zdjęcia archiwalne oryginału są zrobione z boku, i to w większości z tego samego kąta. Na ich podstawie sądziłem, że nadwozie pojazdu ma przekrój kolisty. Tak samo myśleli twórcy tej repliki z Hattersheimu.

La Jamais Contente
La Jamais Contente Źródło: Wikipedia

Na tych starych fotografiach widzimy też pozującego do zdjęcia kierowcę, który siedzi bardzo wysoko (i na każdym zdjęciu identycznie, aż przez chwilę podejrzewałem XIX-wieczny fotoszop). Myślałem już, że dla lepszego efektu siedzi on nie na siedzeniu kierowcy, tylko na nadwoziu. Replika z Hatterheimu ma siedzenie relatywnie głęboko, gdzieś tak w połowie kadłuba.

Replika La Jamais Contente
Replika La Jamais Contente

Tymczasem na zdjęciach z Compiègne widać, że kadłub nie jest kolisty, tylko spłaszczony.

La Jamais Contente
La Jamais Contente (Źródło: Wikipedia)

I druga rzecz: Siedzenie kierowcy jest bardzo wysoko, może z 10 centymetrów poniżej krawędzi otworu w nadwoziu.

La Jamais Contente
La Jamais Contente (Źródło: Wikipedia)

To spłaszczenie jest dobrym pomysłem - więcej miejsca na akumulatory w środku, ale jednak kierowca na starych fotografiach siedzi tak, jak przy prowadzeniu pojazdu. Bez własnoocznego obejrzenia repliki nie da się stwierdzić, czy siedzenia nie dało by się dać niżej (bo może pod spodem są akumulatory?). W każdym razie pozycja kierowcy to największy problem tego pojazdu, gdyby coś z tym zrobić, można by uzyskać wyraźnie wyższą prędkość. Przecież to miało dwa silniki po 25kW, to wcale nie jest mało na tak niewielką powierzchnię czołową! Maluch wyciągał zbliżoną prędkość maksymalną z mniej niż połowy tej mocy.

La Jamais Contente
La Jamais Contente (Źródło: Wikipedia)

Pozostaje jeszcze poruszona w notce o Lutzmanie i komentarzach pod innymi notkami kwestia łożysk: Czy były to ślizgowe, czy toczne. Nie ma dostępnych porządnych zdjęć tej okolicy pojazdu, które pozwoliły by to ustalić, ale na podstawie tego co jest, stawiam jednak na ślizgowe.

A muzeum muszę wpisać na listę do zobaczenia, jak bym był w okolicach Paryża.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:Na ulicy widziane

Skomentuj

Warto zobaczyć (ale już za późno. A może jednak nie?): Normandy Tank Museum. Plus podsumowanie Normandii.

Zostało mi jeszcze jedno muzeum z Normandii do opisania, i to takie z lepszych. Ale nie pamiętałem, jak ono się nazywało, a na moich zdjęciach nie było żadnego śladu. Kiedy szukałem go na google maps (przez wybranie okolicy i wpisanie "muzeum") nic podobnego się nie znajdowało. Udało się dopiero, kiedy zacząłem szukać tekstowo w wyszukiwarce - okazało się, że to było Normandy Tank Museum, ale teraz jest "zamknięte na stałe" (w odróżnieniu od niemal wszystkich innych, które są "tymczasowo zamknięte" na zimę). Tak więc warto zobaczyć, ale jest za późno i już się nie da. Nie znalazłem co się stało z eksponatami, czy ktoś je przejął i kto to był. Ale mam pewne podejrzenie: Mapa pokazuje w bezpośrednim sąsiedztwie muzeum o nazwie Normandy Victory Museum. Na stronie Normandy Victory Museum mówiącej o jego historii nazwa Normandy Tank Museum nie pada, ale jest mowa o przedsiębiorcy-kolekcjonerze sprzętu wojskowego (Christophe Beaussire), który miał budynek w tej miejscowości i dołączył do projektu dwóch innych kolekcjonerów (Patrick Fissot i Nicolas Bellée). Tak więc to muzeum powinno mieć wszystko to, co było w Normandy Tank Museum i jeszcze więcej. Czyli zapewne naprawdę warto je zobaczyć.

Normandy Victory Museum, N 13, Grinville, Catz, Carentan-les-Marais, Saint-Lô, Manche, Normandia, Francja metropolitalna, 50500, Francja

La Fourchette, Saint-Pellerin, Carentan-les-Marais, Saint-Lô, Manche, Normandia, Francja metropolitalna, 50500, Francja

Podczas naszej wizyty muzeum nazywało się Tank Museum, ale czołgów w nim było stosunkowo niewiele. Ale to nie jest żadna krytyka - dużą część ekspozycji zajmowały różnego rodzaju pojazdy pomocnicze, jakich w typowym muzeum czołgowym nie ma. Większość sprzętu była amerykańska.

Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum

Ponieważ tego muzeum już nie ma, daruję sobie opisy i dam tylko parę zdjęć - ekspozycja w tym nowym muzeum jest całkiem inna.

Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum
Normandy Tank Museum

W Normandii byliśmy tydzień i sporo zobaczyliśmy, ale żeby zobaczyć z grubsza wszystko wartościowe trzeba by pewnie najmniej jeszcze z tydzień. Większych lub mniejszych muzeów Lądowania jest sporo, mnóstwo jest lepiej lub gorzej zachowanych umocnień, a pomników i miejsc pamięci nie zliczysz. Mój wybór był taki jak w notkach, ale jeżeli planujecie tam pojechać pewnie znajdziecie i inne, równie dobre. Dwa nie sprawdzone adresy podrzucę:

I to by było na tyle z Normandii.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Warto zobaczyć: Plaża Omaha i okoliczne muzea.

Już nie tak dużo Normandii zostało do opisania, zostają już mniej spektakularne muzea. Czy warto je zobaczyć? W zasadzie w każdym da się znaleźć coś ciekawego, może niekoniecznie z dużego sprzętu, ale drobne wyposażenie i inne artefakty są różne w różnych muzeach. Spora część się powtarza, ale w prawie każdym jest coś, czego nie ma w innych. Oczywiście wiele zależy od stopnia zainteresowania tematem, bo te ciekawe drobiazgi to najczęściej coś dla fanatyków, nie dla przeciętnego zwiedzacza.

Na początek chciałbym przypomnieć, że na plaży Omaha też był port, taki jak na Gold, nazywał się Mulberry A. Tyle że nie przetrzymał nawet 10 dni - zniszczyła go burza, najsilniejsza od 40 lat. Nie udało mi się znaleźć dlaczego właściwie całkowicie zniszczyła tylko Mulberry A, a nie bardzo zaszkodziła Mulberry B, odległemu o tylko paręnaście kilometrów. Nadające się do użytku kawałki Mulberry A zostały użyte do napraw Mulberry B, ale trochę ich zostało na miejscu i teraz są powystawiane w okolicy.

Po zniszczeniu Mulberry A Amerykanie przestawili się na duże okręty desantowe przybijające bezpośrednio do plaży, i okazało się to efektywniejsze od brytyjskiego portu. Czy w tej sytuacji cały wysiłek włożony w ten port miał sens jest przedmiotem sporów, ale po fakcie to łatwo się wymądrzać.

Na samej plaży nie ma wiele szczególnego do oglądania (jak pominąć pomniki), przejdźmy do muzeów. Najbliższym plaży jest Memorial Museum of Omaha Beach w Saint-Laurent-sur-Mer. To muzeum nie jest "porządne" i mieści się w adaptowanych pomieszczeniach gospodarskich, tyle że z dobudowanym wejściem w stylu kawiarni/domu kultury z lat siedemdziesiątych. 

Memorial Museum of Omaha Beach
Memorial Museum of Omaha Beach

W środku znajduje się mnóstwo różnych artefaktów, a tym z większych rzeczy, czego nie ma gdzie indziej są elementy ruchomego płotu przeciwczołgowego (nie pamiętam, jak się to nazywało, a jakoś nie mogę na szybko wyguglać).

Memorial Museum of Omaha Beach
Memorial Museum of Omaha Beach
Memorial Museum of Omaha Beach - Segment mobilnego płotu przeciwczołgowego.
Memorial Museum of Omaha Beach - Segment mobilnego płotu przeciwczołgowego.

Drugie muzeum w okolicy (D-Day Omaha Museum w Vierville-sur-Mer) też jest "nieporządne" - mieści się w metalowym baraku i też pokazuje mnóstwo artefaktów, chyba jeszcze więcej niż poprzednie (a na pewno artefakty są bardziej upchane). 

D-Day Omaha Museum
D-Day Omaha Museum
D-Day Omaha Museum
D-Day Omaha Museum

Większą rzeczą inną niż gdzie indziej jest na przykład stalowa kopuła bunkra, ze śladami po trafieniach.

D-Day Omaha Museum
D-Day Omaha Museum

Trzecie  (Overlord Museum w Colleville-sur-Mer) jest z tych "porządnych", w nowym budynku, ale nie jest zbyt duże i ma głównie czołgi. Część z nich stoi na zewnątrz i jest dostępna bez płacenia za bilet. Przy tym muzeum mam wątpliwości, czy warto zobaczyć - pokazywane są czołgi biorące udział w Lądowaniu i w obronie przed Lądowaniem, więc to  nie jest jakaś wielka różnorodność. Porządne muzeum czołgowe, jak na przykład w Saumur ma to wszystko i jeszcze o wiele więcej. 

Overlord Museum
Overlord Museum

Za to tutaj można te czołgi (przynajmniej te stojące na zewnątrz) spokojnie pomacać, i syn zauważył na przykład że taki Sherman ma z tyłu okap w który spokojnie mieści się głowa i aparat fotograficzny, i można sobie obfotografować przedział silnikowy. Dla modelarzy może to być istotne.

Overlord Museum - Tak można obejrzeć przedział silnikowy Shermanna
Overlord Museum - Tak można obejrzeć przedział silnikowy Shermana
Overlord Museum - Przedział silnikowy Shermanna
Overlord Museum - Przedział silnikowy Shermana

Przy muzeum mamy też inny kawałek portu Mulberry niż we wcześniej opisanych miejscach.

Overlord Museum - fragment portu Mulberry A
Overlord Museum - fragment portu Mulberry A

Czy warto zobaczyć, trzeba zdecydować samemu. Adresy:

Memorial Museum of Omaha Beach
Av. de la Libération
14710 Saint-Laurent-sur-Mer, Francja

D-Day Omaha Museum
Rte de Grandcamp
14710 Vierville-sur-Mer, Francja

Overlord Museum
Lotissement Omaha Center
14710 Colleville-sur-Mer, Francja

Overlord Museum, Rue des Chemins de la Liberté, Le Bray, La Vieille Rue, Colleville-sur-Mer, Bayeux, Calvados, Normandia, Francja metropolitalna, 14710, Francja

Route de Grandcamp, Cité des Jardins, Vierville-sur-Mer, Bayeux, Calvados, Normandia, Francja metropolitalna, 14710, Francja

Avenue de la Libération, La Fraisnaie, Saint-Laurent-sur-Mer, Bayeux, Calvados, Normandia, Francja metropolitalna, 14710, Francja

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj