Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Żegnaj NRD (29): Góry i doły studiowania

Studiowanie to nie tylko wykłady i ćwiczenia, są jeszcze praktyki. A było tego trochę. Od razu powiem że w chronologii mogłem trochę pokręcić, inne fakty pamiętam jakoś lepiej.

Na koniec pierwszego roku mieliśmy chyba 4 tygodnie praktyki robotniczej. Coś takiego było również w Polsce, nie wiem jednak czy istnieje do dziś. W praktyce robotniczej chodzi o to, żeby student poznał pracę w normalnym zakładzie przemysłowym na stanowisku robotniczym.

My mieliśmy praktykę w miejscowości Weida, w fabryce VEB Wetron Weida. Fabryka produkowała automatykę przemysłową, głównie różne regulatory, a w ramach produkcji artykułów konsumpcyjnych regulatory temperatury do akwarium. Zajmowaliśmy się tam wtykaniem elementów w płytki drukowane które potem szły do lutowania na fali, oraz montażem i lutowaniem elementów które nie mogły być polutowane na fali - na przykład transformatorów i złącz. Nie mogliśmy zrozumieć, dlaczego oni wszystko robią całkiem ręcznie! To wtykanie elementów w płytki robili bez żadnego wspomagania, mimo że na sali stały maszyny podstawiające pod rękę element do włożenia i podświetlające jednocześnie przy pomocy światłowodów otwory, w które element trzeba było włożyć. Znaleźliśmy nawet maszyny skonfigurowane dokładnie do płytek które montowaliśmy, nikt nie umiał przekonywająco wytłumaczyć dlaczego ich nie używają. Na sali stał też klimatyzator którego nikomu nie przychodziło do głowy włączyć, nawet w duży upał. Klimatyzator był sprawny - jakiś kierownik przyszedł kiedyś i go po prostu włączył zadając jednocześnie właśnie to pytanie: Dlaczego go nie używają?

Weida była małym (10.000) bardzo prowincjonalnym miasteczkiem bez perspektyw. Tam wszystko było stare i zaniedbane, jedynym budynkiem przy którym coś robiono był zamek, remontowany przez polskie PKZ-ety.

PKZ to Pracownie Konserwacji Zabytków - przedsiębiorstwo państwowe powołane, jak sama nazwa wskazuje, do fachowej i kompleksowej konserwacji zabytków. Była to jedna z polskich specjalności nie tylko w ramach RWPG - PKZ-ety miały bardzo dobrą renomę i prowadziły prace również wielu krajach zachodnich odnawiając wiele cennych obiektów, nierzadko zaliczanych do Listy Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. PKZ nadal jest bardzo dobrą marką - w początku tego roku byłem na przykład w Ludwigsburgu(polecam!) i tam przewodnik też bardzo chwalił ich pracę.

Zamek w Weidzie

Zamek w Weidzie Źródło: Wikipedia Autor: Zacke82

W Weidzie nawet woda lecąca z kranu nie nadawała się do picia, również po przegotowaniu - herbata zrobiona na niej odpychała samym wyglądem. Ludzie pracujący w zakładzie byli smętni i zrezygnowani. Kierownik wydziału wypytywał mnie, jak to jest w Polsce z wyjazdami na Zachód i skarżył się, że im urzędnicy mówią po prostu "Nie" nie podając żadnego uzasadnienia. Był rok 1985 i nic jeszcze nie wskazywało że coś się może zmienić.

Potem, chyba był to pierwszy semestr drugiego roku, wszyscy chłopacy (NRD-owcy oczywiście) pojechali na parę tygodni na przeszkolenie wojskowe. Zostały dziewczyny, ausländrzy i jeden Niemiec z naszej grupy który był inwalidą - zepsuł sobie prawą rękę eksperymentując z pirotechniką.

Skoro jesteśmy przy tym: W porównaniu z Polską w NRD zwracała uwagę spora ilość inwalidów. Wtedy sądziliśmy że w NRD jest ich więcej niż w Polsce, ale raczej chodziło o to, że  w Polsce byli oni praktycznie uwięzieni w domach i rzadziej pojawiali się na ulicach.

Pamięć kasetowa

Pamięć kasetowa Źródło: www.robotrontechnik.de

W trakcie przeszkolenia wojskowego NRD-owców my mieliśmy praktykę na uczelni - ja miałem napisać program pod CP/M do manipulacji danymi z pamięci kasetowej (znaczy nagranymi na kasecie magnetofonowej) w C, inni też dostali jakieś zadania mniej więcej z branży, a Nikaraguanka o której wspominałem (między innymi w odcinku o Stasi) ponieważ niewiele umiała to miała zawieszać tabliczki ostrzegawcze na komputerach ze zdjętymi częściami obudów. Po moim programie spodziewano się czegoś w rodzaju powszechnie na uczelni używanego podobnego programu do danych na dyskietce - napisał go parę lat wcześniej jeden ze studentów, było to całkiem niezłe, ale wszystko CLI. Ja miałem już od dłuższego czasu Commodorka i moje standardy były inne. Te ich komputery miały semigrafikę, więc napisałem zgrabny program z okienkami i sensownym sterowaniem, ale w sumie nic szczególnego. Ale według ich standardów było to niesamowite osiągnięcie, wszystkim pracownikom kierunku szczęki poopadały, zaliczyli mi to jako już następny etap, Großer Beleg i rozmawiali ze mną o indywidualnym toku nauczania.

Ja nie byłem aż tak chętny do przyspieszania - ponieważ obciążenie na studiach było niskie miałem sporo czasu na rozwój indywidualny, a zawsze byłem samoukiem. W zasadzie to na zajęciach nie dowiadywałem się niczego nowego z branży informatycznej. Za to robiłem różne rzeczy w centrum obliczeniowym i na moim Commodorku i czytałem literaturę fachową przywiezioną z Polski.

W Polsce w latach 70-tych i 80-tych wydawano sporo dobrych, tłumaczonych książek informatycznych znanych autorów, na przykład w serii Biblioteka Inżynierii Oprogramowania. Mam tego do dziś dobry metr bieżący, wiele klasycznych pozycji wartościowych nadal. Potem, w końcu lat 80-tych i początku 90-tych rynek zdominowały podręczniki do kradzionych programów. A już zupełnie klinicznym przypadkiem był krajowy autor, niejaki Jan Bielecki, który sprzedawał jedną i tą samą książkę o C++ pod wieloma tytułami: "Borland C++", "Microsoft C++", "Turbo C++" itd., zdaje się że jeszcze dodawał numery wersji. (Zamiast "Hello world" pisał zawsze "Hello, I'm Jan B.")

Książki z serii Biblioteka Inżynierii Oprogramowania, PRL

Książki z serii Biblioteka Inżynierii Oprogramowania, PRL

Natomiast na uczelni z aktualną literaturą fachową było ciężko. Czasopisma zachodnie były dostępne w czytelni, ale gdy na pierwszym roku zamówiłem w bibliotece książkę pt. "Using the Unix system" to już pod koniec czwartego roku dostałem zawiadomienie, że mogę ją wypożyczyć.

W przyspieszaniu studiów nie miałem żadnego interesu - był komunizm, prywatna przedsiębiorczość prawie nie istniała, a tymczasem znowu zaczęli brać do wojska po studiach zagranicznych. Więc do czego się miałem spieszyć?

Następną praktyką był Großer Beleg (ma to jakiś polski odpowiednik?). Było to chyba w drugim semestrze trzeciego roku, mieliśmy do zrobienia już taki dość przyzwoity projekt. Ja miałem napisać zestaw procedur bibliotecznych do robienia okienek w trybie tekstowym (znowu C, tym razem Unix ale nie na K-1630 tylko na czymś opartym na klonie procesora Z-8000). Napisałem, nic trudnego, ale ponieważ byliśmy na uczelni to jeszcze kazali mi zrobić coś bardziej teoretycznego - opis formalny tego co napisałem. Sięgnąłem do swojej biblioteczki, wyciągnąłem parę świeższych pozycji i zrobiłem opis denotacyjny w notacji lambda. Oddałem opiekunowi (w Polsce to się chyba nazywa promotor?) on wyznaczył termin kiedy o tym porozmawiamy. Przyszedłem w umówionym terminie i zobaczyłem mój tekst otwarty na stronie drugiej. Promotor poprosił żebyśmy się spotkali za parę dni, bo gdy na parę minut przed spotkaniem zamierzał tekst przeczytać to padł na pierwszym wzorze (tego oczywiście nie powiedział). Za parę dni miałem już innego promotora, ale i on konsultował mój tekst z kimś kto się lepiej znał. No i na koniec zaliczyli mi Großer Beleg już za następny etap - praktykę inżynierską.

Praktyka inżynierska trwała przez cały pierwszy semestr czwartego roku, większość studentów jechała do jakiejś firmy (państwowej oczywiście, prywatnych nie było) i robiła tam jakiś projekt. Najlepszych, w tym i mnie,  uczelnia zostawiała sobie żeby robili coś na miejscu. W sumie tylko dlatego mogłem pozwolić sobie na późniejszy powrót z RFN - nie miałem regularnych zajęć, nie musiałem stawić się w zakładzie pracy, więc spóźnienie nie robiło istotnej różnicy. Miałem jakieśtam zadanie, już nawet nie pamiętam jakie. A dlaczego nie pamiętam?

Bo po powrocie z RFN dostałem strasznego doła. Jak patrzyłem na ten przestarzały miejscowy sprzęt, na te bezsensowne, nieistotne i nikomu niepotrzebne tematy, na ogólne badziewie i brak perspektyw dookoła to ręce mi natychmiast opadały. Przez cały ten semestr nie zrobiłem dokładnie nic, rzadko tylko jakąkolwiek pracę symulując. Cała uczelnia nie wytrzymywała porównania z dziadowską firmą leniwego Rumuna - po co miałem chociażby kiwnąć palcem dla wsparcia tego chłamu. Deprecha jak się patrzy - co nie? Trudno się dziwić, że NRD-owcy na codzień porównujący NRD z pokazywanym w zachodniej telewizji RFN też byli w permanentnej depresji.

Po tym zawalonym semestrze praktyki inżynierskiej miałem oczywiście trochę problemów - dziekan odbył ze mną rozmowę dyscyplinującą, ale ponieważ tak formalnie praktykę inżynierską zaliczyłem wcześniej to uznano że jestem w czasie i wszystko rozeszło się po kościach. Jak to się czasem w życiu układa.

A co robiłem przez ten cały semestr? Sprzedałem Commodorka, zorganizowałem monitor, co piątek jechałem do Erfurtu albo Suhl kupić trochę lepszego jedzenia na cały tydzień. I dużo chodziłem na piesze wycieczki. Ach sprzedałem też Zenita i kupiłem sobie NRD-owski aparat fotograficzny.

Więc to dobra okazja, żeby w następnym odcinku napisać o sprzęcie fotograficznym produkcji NRD. Odcinki o tym będą dwa, żeby Blox nie miał pretensji o długość.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo, Edukacja

Sledz donosy: RSS 2.0

Wasz znak: trackback

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Skomentuj i Ty

Komentowanie tylko dla zarejestrowanych i zalogowanych użytkowników. Podziękowania proszę kierować do spamerów