Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Szczecińska kuchnia

Już od dawna miałem zamiar napisać notkę o pewnej potrawie ze Szczecinem w nazwie, i nie chodzi tu o paprykarz. Ale jak już przy tym jestem, to o paprykarzu też wspomnę.

Zacznijmy od tego paprykarza: Był to produkt nieistniejącej już szczecińskiej firmy PPDiUR Gryf. Skomplikowany skrót oznaczał "Przedsiębiorstwo Połowów Dalekomorskich i Usług Rybackich". Firma składała się z trzech części, potocznie zwanych "statki", "puszki" i "port". "Statki" zajmowały się łowieniem ryb po całym świecie przy pomocy trawlerów-przetwórni, większość złowionych ryb było sprzedawane na rynki zachodnie.  Firma była raczej porządna - wypracowała wysokie standardy jakościowe do dziś zwane międzynarodowo w branży rybackiej "polish quality".

Tyle że oczywiście nie da się mieć 100% takiego towaru w najwyższej jakości. Po przygotowaniu bloków mrożonej ryby w "polish quality" zostawały im okrawki, których przecież nie można  było wyrzucać. Więc dział puszek wymyślał przepisy wykorzystujące te resztki. Jednym z nich był właśnie paprykarz. Jestem ze Szczecina, ale nigdy nie lubiłem paprykarza - ten ryż to jednak zbyt nachalny wypełniacz. Ja zawsze wolałem inny produkt Gryfu - Sałatkę pikantną z makreli. Tam wypełniaczem były warzywa, i to jest jednak klasę wyżej niż ryż.

Pomnik paprykarza szczecińskiego
Pomnik paprykarza szczecińskiego

Był jeszcze inny produkt Gryfu który lubiłem - Śledzie po łowicku. Niby zwykłe filety śledziowe w śmietanie z warzywami, tylko nie miały one żadnych konserwantów (a przy tym nie były naładowane octem) i ich okres przydatności do spożycia to było tylko 48 godzin. W związku z tym śledzie po łowicku mogły być dostępne tylko w okolicach Szczecina. Taki produkt oczywiście nie był kompatybilny z gospodarką kapitalistyczną i zniknął ze sklepów bardzo szybko po transformacji.

Gryf we wczesnych dziewięćdziesiątych został podzielony na trzy niezależne przedsiębiorstwa, najdłużej przetrwał "port". Dziś i paprykarz i sałatka pikantna są produkowane przez różne inne firmy, a odpowiednika sałatki łowickiej nie ma wcale.

Teraz o drugiej szczecińskiej potrawie, tu będzie debunk. Chodzi o szczecińskie paszteciki. Paszteciki są od roku 2010 na liście produktów regionalnych, chronionych przez prawo unijne i mają być typowo szczecińskim produktem. W wikipedii polskiej jest zdjęcie lokalu przy ulicy Wojska Polskiego 46, który ma być najstarszym serwującym paszteciki. Hmm, ale ja to wszystko pamiętam i to niezupełnie tak z nimi było. 

Zacznijmy od tego, co to w ogóle są te paszteciki. Otóż są to takie ruloniki z ciasta drożdżowego, smażone na głębokim tłuszczu, nadziane nadzieniem. Na początku nadzienie było mięsne, ale kiedy przyszedł kryzys lat osiemdziesiątych mięso zastępowano na przykład masą z jajek. Dziś oprócz mięsa i jajek paszteciki bywają nadziane kiszoną kapustą, serem i pieczarkami albo innymi nadzieniami. Od zawsze do pasztecików pije się barszcz z kubka.

Paszteciki szczecińskie z barszczem.
Paszteciki szczecińskie z barszczem. Źródło: Wikipedia, autor: Mateusz War

I kiedy ktoś w sieci rzuci dowcipem, że on to by chętnie zjadł pączka z mięsem, kapustą, albo generalnie nie na słodko, to ja zaraz zapraszam go do Szczecina na paszteciki. Bo to tak właściwie jest pączek nie na słodko, tyle że podługowaty, nie okrągły.

Paszteciki wytwarzane są maszynowo, w niektórych punktach serwujących je można obserwować jak kawałki surowego ciasta wpadają do tłuszczu, a w każdym widać jak gotowe paszteciki wypadają z maszyny.

W ogóle paszteciki to jedno z moich najwcześniejszych wspomnień, pewnie gdzieś tak z roku 1970, bo mniej więcej wtedy paszteciki pojawiły się w Szczecinie. Na 100% pierwszy lokal z pasztecikami był na Wojska Polskiego, ale pod numerem 3 (pasztecików już od bardzo dawna tam nie ma). Przy researchu znajduję że w 1973 albo 1974 pojawił się lokal przy Wielkiej 10 (obecnie Wyszyńskiego). Ten z Wojska Polskiego 46 przejął maszynę od tego spod trójki dopiero w 1975, tyle że powstał sporo wcześniej, najpierw sprzedawał co innego (nie pamiętam już co), stąd ma niby być najstarszy. Oba te lokale nadal mają mieć oryginalne maszyny z lat sześćdziesiątych.

I teraz najciekawsze: Pamiętam że pod trójką maszyna do produkcji pasztecików stała przy oknach lokalu równolegle do nich, i z ulicy było widać logo jej producenta. Byłem wtedy w wieku przedszkolnym/wczesnoszkolnym, ale czytać po polsku już umiałem - nauczyłem się samodzielnie przy pomocy klocków z literami. No i widziałem, że to logo zawiera napis nie po polsku, wiedziałem już wtedy że to inne litery, więc to jest po rosyjsku.

Kropki połączyłem dopiero w dwutysięcznych, a i wcześniej, bez internetu, i tak nie było by jak zrobić researchu. Po chwili szukania w sieci znalazłem, że ta "typowo szczecińska potrawa" to produkt radzieckiej myśli militarnej. Okazało się, że ta maszyna do pasztecików z 1969 została zakupiona z radzieckiego demobilu, a maszyny takie zastały opracowane do produkcji jedzenia dla armii. Demobil był zdaje się lokalny - maszyn chyba pozbywał się miejscowy garnizon radziecki (to moje przypuszczenie, nie znalazłem potwierdzenia).

Nie udało mi się ustalić jaka firma radziecka produkowała te maszyny, znalazłem tylko niesprawdzalne legendy że była to wielka firma zbrojeniowa robiąca również rakiety balistyczne. Jeżeli ktoś chce pobawić się w poszukiwania, to maszyna ta nazywa się Автомат для производства пирожков АЖЗП-М (automat do produkcji pierożków AŻZP-M). Nie należy mylić tych "pierożków" z tym co po polsku nazywamy "pierogami", po rosyjsku to coś zupełnie innego. Znalazłem oferty sprzedaży takich maszyn, również i nowych, głównie w ukraińskiej firmie ProdTechMasz. Nie wiem, czy to producent, czy tylko sprzedawca, a firma jest w Dnipro, czyli bardzo blisko frontu. Na jakimś filmiku z taką maszyną w polu widzenia kamery pojawiła się tabliczka znamionowa, ale była na niej tylko nazwa maszyny i parę liczb, ale nic o producencie.

Dziś w Szczecinie jest wiele punktów z pasztecikami, głównie w centrach handlowych, nawet niedużych. W sumie nie wiem dlaczego nie ma pasztecików poza Szczecinem, przecież to prosty i obiecujący biznes w branży małej gastronomii. Jak znajduję, nowa maszyna kosztuje rzędu 2000$, oczywiście trzeba by doliczyć transport (850kg), instalację i serwis. Możliwe, że serwis polski jest tylko w okolicach Szczecina i koszt obsługi gdzieś dalej byłby zbyt wysoki.

I z tego wszystkiego wynika, że ta "regionalna potrawa chroniona przez prawo unijne" to wytwór seryjnie produkowanej maszyny z innego kraju (i to nie należącego do Unii). Przecież to jakaś głupota.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Debunk

Sledz donosy: RSS 2.0

Wasz znak: trackback

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Skomentuj i Ty

Komentowanie tylko dla zarejestrowanych i zalogowanych użytkowników. Podziękowania proszę kierować do spamerów