Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Audycja zawiera lokowanie produktu – Pizzastahl

Skoro zacząłem o przyrządach związanych z kuchnią, to jeszcze jeden. Najpierw historia:

Trochę czasu temu robiłem często pizzę, taką od zera, z ciasta drożdżowego. Ogólnie była dobra, ale rodzina się skarżyła, że to ciasto nie jest takie jak w pizzy z pizzerii, tylko jakieś takie chlebowe. No ale nic się z tym nie dało zrobić - w piekarniku pizza piecze się zbyt wolno, ciasto zdąży wyrosnąć i nigdy nie będzie takie chrupiące, jak powinno być. Po pewnym czasie nam się to znudziło.

Ale kiedyś zobaczyliśmy w telewizji program, w którym zajmowali się dokładnie tym problemem. Zrobili ciasto na pizzę, zrobili z niego dwie pizze i jedną upiekli w piekarniku, a drugą w profesjonalnym piecu do pizzy. I różnica była duża - w piekarniku ciasto mocno wyrosło, a cała pizza nie była chrupka, tylko właśnie taka chlebowata.

Dalej pokazywali, co z tym da się zrobić. Najpierw pokazali parę tricków które można zrobić bezkosztowo, a potem Pizzastein - taki płaski kawał szamotu. Wkłada się to do piekarnika, rozgrzewa dobrze, a potem piecze na nim pizzę. No i taka wychodzi podobno już znacznie lepiej.

Ale to jeszcze nie koniec - potem użyli Pizzastahl. To jest kawał ośmiomilimetrowej blachy stalowej. Robi się z nim to samo co tym kamieniem, tylko wynik jest znacznie lepszy - twierdzili, że pizza wychodzi praktycznie taka, jak z pizzerii.

Ponieważ taki Pizzastahl kosztuje co nieco, a telewizja często kłamie (chociaż to było na kanale publicznym, na którym jest z tym lepiej, i w dobrym programie popularno-naukowym), trochę trwało zanim dojrzeliśmy do zakupu. Wybór producentów tego nie jest zbyt duży, wybrałem taką jedną firmę. W tej firmie do wyboru są zaledwie trzy warianty:

  • Okrągła blacha o średnicy 32 cm
  • Okrągła blacha o średnicy 32 cm, z rowkiem dookoła
  • Prostokątna blacha 32 x 38 cm, z rowkiem dookoła.

Wszystkie te blachy mają grubość 8 mm i są zrobione ze stali rdzewnej. Stal jest posmarowana olejem lnianym, który przy pieczeniu robi się taki złotobrązowy, a w dłuższym terminie czarny. W ofercie jest też pasujący klosz ze szkła borosilikatowego (do pieczenia chleba) i filcowe pokrowce do przechowywania tej blachy. Najtańszy zestaw blacha + pokrowiec to już 73 + 16 = 89 EUR. Taki właśnie kupiłem - ten rowek dookoła ma sens chyba tylko w połączeniu z kloszem. Blacha okrągła waży całe 5 kilo, to nie w kij dmuchał. Producent radzi żeby operować taką blachą w butach, bo wtedy szkody jak spadnie na stopę są mniejsze.

Pizzastahl

Pizzastahl

Dalej jest jeszcze problem, że ten kawał stali musi być rozgrzany w piekarniku, najlepiej na samej górze, i jakoś trzeba tą surową pizzę na nim umieścić. Znaczy trzeba mieć jeszcze szuflę do pizzy. I tu znowu powstaje problem wyboru. Zasadniczo materiały na taką szuflę są trzy: drewno, alu i stal nierdzewna. I jeszcze rączka do szufli może być stała lub składana w jakiś sposób, przy stałej powstają problemy z przechowywaniem - a to nie jest małe, taka szufla musi mieć co najmniej 35x35 cm + rączka na minimum pół metra.

O aluminiowych szuflach użytkownicy pisali, że są mało sztywne, drewniane były nie składane, więc zdecydowałem się na stalową z odłączaną rączką za około 30 EUR. W sumie jest bardzo podobna do jednej z używanych w tym materiale z telewizji.

Szufla do pizzy

Szufla do pizzy

Gdy wszystko poprzychodziło, przyszedł czas na próbę praktyczną. Pizzastahl umieściłem na ruszcie na samej górze piekarnika, i odkręciłem grzanie na max. Tymczasem zrobiłem pizzę, taką jak zwykle, tyle że wcześniej układałem ciasto  od razu na blasze, na której pizzę potem piekłem (robiłem prostokątne, na całą blachę), a teraz musiałem zrobić to na stolnicy. To wyszło dobrze, bo co miało pójść nie tak? Dalej włożenie do pieca - wziąłem szuflę i szybkim ruchem wsunąłem ją pod pizzę. I tu zrobił się mały zonk, bo na szuflę weszło jakieś dwie trzecie pizzy, a dalej tarcie pizzy o szuflę było większe niż tarcie o stolnicę plus siła bezwładności. Próbowałem pociągnąć pizzę za ten koniec najdalej na szufli, ale groziła rozerwaniem. W końcu jakoś tam udało mi się palcami wsunąć ją na szuflę, co nieco ją deformując. Na szczęście zrzucenie jej w piecu na Pizzastahl poszło znacznie lepiej (chociaż nie idealnie).

Teraz czas pieczenia: Producent zaleca włączenie termoobiegu i grilla. Grilla w piekarniku nie mam, a wentylator od termoobiegu trochę pochodzi i się zatrzymuje. Trzeba by pewnie wyczyścić łożysko, ale to kupa roboty i niechce misie. Sprzedawca blachy twierdzi, że przy termoobiegu i grillu  pizza może być gotowa w 2-4 minuty, u mnie wyszło że właściwy stan jest po ośmiu. Wyjęcie jej z pieca poszło bezproblemowo.

No i już w pierwszej próbie pizza osiągnęła smak porównywalny z przeciętną pizzerią, mimo niezadowalającego kształtu. W następnej próbie stwierdziłem, że skoro jest problem z wsuwaniem pizzy na szuflę, to może po prostu zrobię ją od razu na szufli. I to był duży błąd. Co ja mówię - DUŻY BŁĄD. Pizza, mimo intensywnego podsypania mąką, przykleiła się do szufli i nie chciała zejść w piecu. Trochę się nakombinowałem przy pomocy różnych narzędzi drewnianych, jakoś udało się umieścić ją na właściwym miejscu. Kształt miała mocno odbiegający od standardowego, ale smak wyszedł jak z pizzerii. Tyle że na skutek operacji przy wkładaniu pizzy do pieca  co nieco pospadało na dno piekarnika, i trzeba go było potem czyścić.

Przy paru następnych próbach doskonaliłem technikę, dopracowałem metodę nabierania pizzy na szuflę:

  • Najpierw trzeba, jeszcze na stolnicy, podsypać rozwałkowane ciasto na pizzę solidnie mąką.
  • Obłożyć pizze według uznania.
  • Szybkim ruchem wsunąć szuflę pod pizzę, powinno wejść jakieś 3/4 powierzchni.
  • Złapać pizzę palcami za brzeg, z boku, zaraz przy krawędzi szufli, i szybkim ruchem podsunąć szuflę jeszcze trochę. Pizza trochę się przekręci, ale wejdzie dalej. Jeżeli jeszcze nie cała jest na szufli - operację powtórzyć.
  • Zrzucenie pizzy z szufli w piekarniku jest już prostsze, ale też wymaga trochę praktyki.
  • Przed nabieraniem następnej pizzy szuflę lepiej umyć (i dokładnie wysuszyć!) albo przynajmniej natrzeć mąką.

Podejrzewam, że drewniana szufla zachowywała by się lepiej, nie bez powodu w pizzeriach używają drewnianych. Tyle że one raczej nie są składane i wymagają więcej miejsca do przechowywania. Z drugiej strony w tym materiale fachowiec od pizzy używa między innymi stalowej, bardzo podobnej do mojej, i nie ma problemów. Może trzeba natrzeć ją oliwą z oliwek? Następnym razem wypróbuję. (EDIT: spróbowałem natrzeć trochę oliwą i posypać mąką, działa nieźle, chociaż odrobinę trzeba jeszcze pomóc sobie palcem)

Ostatnio robiłem pizze z tuńczykiem, rodzina zgodnie stwierdziła, że to najlepsza pizza jaką kiedykolwiek jedli. Myślę, że to nie była tylko uprzejmość, bo ja też uważam, że lepszej dotąd nie jadłem. Jej najlepszość wynika z dwóch rzeczy: użycia tej blachy, i mojego autorskiego przepisu. Który podam (MSPANC):

  • Ciasto robię bardzo nieprofesjonalnie i muszę nad nim jeszcze popracować, nie naśladujcie mnie. Porządne przepisy są w sieci.
  • Po wyrośnięciu rozciągam ciasto na krążek żądanych rozmiarów.
  • Dalej sos pomidorowy. Kupuję do tego przecier pomidorowy w puszce, taki z bazylią. Dodaję sól i oregano, potem trzy łyżki tego na pizzę (można mniej, ale nie więcej! Inaczej obłożenie będzie zjeżdżać!)
  • Dalej tuńczyk, też taki normalny, w sosie własnym z puszki. Standardowa puszka wystarcza na 2-3 pizze.
  • Jak dotąd było standardowo, teraz mój trick: Czerwoną cebulę kroję drobno, podsmażam na oleju, i daję na pizzę. Cała cebula na jedną pizze. To daje pizzy umami boost. Wiem że to nie jest prawdziwie po włosku, ale ja nie jestem Włochem i co mnie to. A nawet nie mogę smażyć na oliwie oliwek z przyczyn technicznych, bo używam patelni z pokryciem ceramicznym marki Silit (model Talis, super są, najlepsze jakich w życiu używałem) i smażenie na oliwie z oliwek zniszczyłoby ich powierzchnię.
  • Dalej czarne oliwki w krążkach i tarty ser według uznania.

Będę dalej eksperymentował, ale już teraz życzę smacznego.

EDIT: Co do nabierania na szuflę: W kilku filmikach o robieniu ciasta na pizzę proponowali podsypywanie kaszą manną (z pszenicy twardej - Hartweizengrieß). I to działa rewelacyjnie, dodatkowo brzeg pizzy robi się pięknie chrupiący.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Bez kategorii

6 komentarzy

Majsterkowanie domowe

Ostatnio ruch u mnie na blogach mały, trochę notek mam rozgrzebanych, niektóre prawie gotowe - tylko zdjęć im brakuje (A propos: Czy ktoś z czytelników ma link do plakatu wyborczego wąsatego kandydata na posła, pozującego z rodziną, psem i strzelbą? Potrzebuję do notki na blogu  po niemiecku, ale ostatnie wybory były dawno i nic już nie mogę znaleźć. Na którymś z blogów z blogrolki w komentarzach ktoś kiedyś coś takiego linkował, ale tego też nie mogę znaleźć). Niestety brakuje mi mi też czasu żeby notki pokończyć i opublikować. 

A czasu brakuje, bo majsterkuję. W branży komputerowej zresztą. Już od dawna martwi mnie, że wszystkie te moje zdjęcia, inne pliki, teksty itd. leżą na pojedynczym dysku twardym, który zawsze może paść. Znaczy niby kopia jest na innym dysku twardym, a backup na CD, no ale obie te kopie nie są bardzo aktualne. Bo - tak z ręką na sercu - kto robi w domu backupy tak regularnie jak to się robi w przyzwoitej firmie?

Rozwiązanie wymyśliłem już dawno - trzeba postawić serwer ze zmirrorowanym dyskiem twardym. Oczywiście nie zastępuje to backupu, ale radykalnie zmniejsza ryzyko utraty danych. W rozwiązania z wrzucaniem na chmurę nie wierzę za bardzo - motto: "Nie mamy Pana danych, i co nam Pan teraz zrobi?". Poza tym niekoniecznie chcę dzielić się wszystkimi moimi plikami z No Such Agency, innymi kilkuliterowymi skrótami oraz don't be evil (czyli: oddaj nam Twoje dane po dobroci) Google.

No ale problem z serwerem jest taki, że muszę go mieć blisko routera WiFi - bo tylko tam mam połączenie kabelkowe - a to jest w pokoju, na półce. W wymyślonej przeze mnie konfiguracji serwer miał mieć trzy dyski twarde (2 mirrorowane na dane i jeden na system), a przy tym stać na półce w regale. Czyli twarde ograniczenie na wysokość obudowy do 30 cm a na głębokość do 36.

No i to jest straszny problem. Na rynku dostępne są wyłącznie obudowy w formatach MicroITX - a do takiej nie zmieszczą się trzy dyski (nawet z dwoma jest problem) i obudowy MiniATX w formacie małej wieży (ewentualnie na leżąco) o głębokości 40cm+ - co nie zmieści się w regale. Już od dawna co pewien czas szukałem intensywnie i nic pośredniego się nie znajdowało.

Ale pod koniec wakacji poszukałem znowu i się znalazło: Obudowa firmy Cooltek o nazwie Coolcube Maxi. Zgrabna kostka o wymiarach 28 x 24 x 28 cm, do środka wchodzi normalna płyta MicroATX i normalny ATX-owy zasilacz, są miejsca na dwa dyski twarde 3,5'' i jedno na 3,5 lub 2,5. No prawie ideał. Jedno tylko im nie weszło - nie ma miejsca na napęd DVD. Ale to pół biedy, DVD w serwerze jest tylko do backupów, można podłączyć zewnętrzny przez USB. Obudowa dostępna w kolorach czarnym i srebrnym.

Serwer-02

No to zaraz poszukałem innych elementów. Płytę główną postanowiłem wziąć niezbyt mocną z komputera syna, zamieniłem mu ją zaraz na upgrade kit z Conrada. Zamiast i3, 4GB RAMu i słabego chipsetu syn ma teraz i5, 8 GB RAM i płytę ASRock Z77 Pro 4 - najlepsze co w rozsądnej cenie udało mi się znaleźć. Wybrałem dwa dyski twarde po terabajcie i jeden mniejszy 2,5'', wszystkie do pracy ciągłej. I cichy zasilacz - firmy Be Quiet! PURE POWER L8 430W. Wszystko pozamawiałem i wkrótce zrobił się mały zonk.

Zasilacz-01

Ta obudowa jest naprawdę jedyna na rynku w takim formacie - producent został zalany zamówieniami i wszystko co mieli w magazynach zostało wyprzedane. Pośpiesznie zaczęli robić nową partię, ale termin 5-6 tygodni. Wszytko inne już przyszło, ale obudowa nie. Aż zrobiłem prowizoryczną obudowę z kartonu żeby móc coś już działać.

Ostatnio obudowa przyszła, po ośmiu tygodniach od zamówienia. Śliczna jest. Z czasów gdy w Polsce składałem komputery pamiętam pokaleczone ręce po każdym grzebaniu się w komputerach - w tej taniej chińszczyźnie było zawsze pełno ostrych krawędzi (jedna mi się kiedyś trafiła ładnie obrobiona, ale w zamian wymiarów nie trzymała i było z nią mnóstwo problemów). Nawet w sprzęcie markowym nie wygląda to dobrze - ostatnio w pracy dostałem nowy komputer HP, przy przekładaniu karty i slotu PCMCIA na samym końcu jednak krew mi się z palca polała. A ta obudowa pierwszorzędnie wykończona (może trochę dlatego że cała z aluminium), wszystko pasuje idealnie i żadnego skaleczenia przy montażu. Zasilacz też taki, że wcześniej z taką klasą wykonania nie miałem do czynienia.

No i złożyłem, uruchomiłem i się okazało, że ten stockowy wentylator na procesorze turkoce dość głośno. Musiałem poszukać innego, jak najcichszego. Całe szczęście że nie zrobiłem tego wcześniej, bo miejsca w obudowie jest niezbyt dużo i nie każdy by się zmieścił. Wybrałem znowu coś cichego, wyszło że tej samej firmy co obudowa (Cooltek CoolForce 2). No ten jest o wiele cichszy, z obudowy wydobywa się jeszcze tylko trochę składowych stosunkowo niskoczęstotliwościowych, da się z tym żyć, ale może spróbuję jeszcze z jakąś matą wygłuszającą bo wygląda mi to na rezonanse akustyczne wewnątrz obudowy. 

Serwer-01

Przy poszukiwaniach części do serwera znalazłem kontrolery RAID. Planowałem zakup, ale przy wyborze doczytałem się, że niemal wszystkie z nich tylko udają prawdziwy RAID i linuksowy sofware'owy RAID nie jest od nich nic gorszy. Dałem więc sobie z takim kontrolerem spokój.

Na serwerze postawiłem Linuxa Ubuntu, bez GUI. No i jestem od dłuższego czasu przy instalowaniu programów i konfiguracji ich. Na RAID położyłem wolumin home i wszystko muszę poprzekładać tak, żeby dane tam leżały. To często nie jest całkiem trywialne, a największy problem mam z organizacją dostępu do folderów udostępnianych przez Sambę. Muszę się trochę wgłębić w manual żeby było tak jak chcę.

Przy okazji muszę zamienić ostatni w domu notebook z Windows XP. To Sony Vaio, bardzo dobre, dziesięć lat wytrzymało (po drodze rozszerzyłem mu pamięć do 1GB, więcej się nie da), ale teraz pamięci mu brakuje i nawet jak nic się nie dzieje procesor chodzi na ponad 50%, wentylator wyje i niewiele da się zrobić. Zastępuję go właśnie padem na Androidzie, o doświadczeniach też napiszę.

A nowe notki będą. Tutaj dalej o Oplach  i rodzinie Opel, na hobbystycznym dokładniej o budowaniu serwera, na niemieckojęzycznym o polskim pozowaniu na szlachtę i polskim katolicyzmie. Zapraszam.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Bez kategorii

3 komentarze

W różnych miejscach widziane: Volkswagen Typ 147 Fridolin

Kolejna notka, która z powodu przenosin bloga się mocno przeleżała. Dwa zdjęcia pochodzą z wystawy na której wypalcowałem obiektyw - stąd ta rozmyta plama na środku, a dwa z magazynu Muzeum Komunikacji w Heusenstamm.

Dziś ciekawostka - rzadko spotykany mały dostawczak Volkswagena - Typ 147 nieoficjalnie zwany Fridolin.

VW Typ 147 Fridolin, 1964-1974

VW Typ 147 Fridolin, 1964-1974

Pojazd ten został skonstruowany w roku 1962 na specjalne zamówienie niemieckiej poczty. Poczta potrzebowała samochód do opróżniania skrzynek pocztowych i rozwożenia paczek, miał on być mniejszy niż normalny bus, ale mieć 2 m3 przestrzeni ładunkowej dostępnej z kabiny kierowcy, ładowność 400 kg i mieć drzwi przesuwane a nie otwierane. Przetestowano najpierw Lloyda LT600, zamówiono Goggomobila TL, kupiono ich sporo ale ich dwusuwowe silniki nie wytrzymywały częstego odpalania i krótkich odcinków.

VW Typ 147 Fridolin, 1964-1974

VW Typ 147 Fridolin

Poczta zwróciła się więc z tą sprawą do VW. Tam na specjalne zamówienie poskładano pojazd z kawałków różnych samochodów - silnik i osie wzięto z Garbusa, ramę z Karmann Ghia, reflektory z VW 1500, części nadwozia z Transportera itd. Cały samochód rzeczywiście wygląda na sklecony bez ładu i składu, proporcje ma katastrofalne, gdy zobaczyłem go po raz pierwszy pomyślałem że to jakaś samoróbka.

VW Typ 147 Fridolin, 1964-1974

VW Typ 147 Fridolin, 1964-1974

Nazwa Fridolin na początku była nieoficjalna, podobno ktoś z pracowników VW zobaczywszy prototyp zawołał "Wygląda jak Fridolin!" (Fridolin to imię męskie, zdrobnienie od Friedrich czyli znaczy Fryderyczek). Nie wiadomo kim był ten Fridolin do którego nowy samochód był podobny, ale imię wbrew zamawiającemu się przyjęło.

VW Typ 147 Fridolin, 1964-1974

VW Typ 147 Fridolin, 1964-1974

Fridolin był dużym sukcesem, zrobiono ich 5200 sztuk dla poczty niemieckiej, 900 dla innych odbiorców (głównie Lufthansa)  i 1200 dla poczty szwajcarskiej (w nieco innej wersji). Do dziś przetrwało ich jednak niewiele, prawdopodobnie około 200 sztuk ma całym świecie, z czego jakieś 40 ma jeszcze w Niemczech dopuszczenie do ruchu.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Bez kategorii, Na ulicy widziane

3 komentarze