Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Szparagi revisited

Notka o szparagach była już 16 lat temu, tymczasem mam nowe doświadczenia w temacie i chętnie się podzielę.

Ja szparagi kiedyś jadałem, w Polsce za komuny jeszcze, ale zdarzało się to naprawdę rzadko. Jadło się wtedy takie o średnicy rzędu centymetra, nie umieliśmy ich obierać, więc co któraś była łykowata. Natomiast żona nigdy wcześniej szparagów nie jadła, przynajmniej nie jako samodzielne danie.

Parę lat temu żona zaproponowała, że może jednak spróbujemy porządnie zrobione szparagi. Poszliśmy do restauracji niemieckiej, spróbowaliśmy i żonie bardzo zasmakowały. Wypytała się zaraz jak oni je robią i spróbowaliśmy przyrządzić szparagi sami.

I to leci tak: Przyzwoita porcja szparagów na osobę to sześć sztuk takich grubych, około 500 gram. Nie potrzeba żadnego specjalistycznego sprzętu, wystarcza zwyczajna obieraczka do warzyw i duża patelnia z pokrywką. Kluczowe jest obieranie - szparagi mają pod skórką bardzo łykowate włókna, jeżeli nie usunąć ich dokładnie to cała przyjemność z jedzenia znika.

Technika obierania jest taka: Bierzemy szparaga w dłoń nie dominującą, czubkiem od siebie, i obieraczką w dłoni dominującej starannie obieramy dolne dwie trzecie. Wiadomo że szparagi są drogie a to, co obrane to czysta strata, więc zawsze jest pokusa żeby zaczynać obieranie niżej. Odradzam uleganie tej pokusie, potem są same problemy. Po obraniu nożykiem obcinamy parę dolnych milimetrów szparaga, to robi za kontrolę jakości - czujemy wtedy zaraz, w którym miejscu obwodu nam się niedokładnie obrało. I jeszcze trzeba trochę uważać, bo świeże szparagi mają bardzo niską wytrzymałość na zginanie i łatwo je przy obieraniu złamać.

Po obraniu szparagi układamy na dużej patelni, nalewamy do niej ile się da wody (ale nie trzeba pokryć szparagów całkowicie), nakrywamy patelnie pokrywką i gotujemy je przez 10 minut od zagotowania. Wodę trochę osolić. I to tyle - przygotowanie nie jest skomplikowane. Tyle że patelnia musi być duża - szparagi są cięte na długość 25 centymetrów i sześć sztuk w jednej warstwie ledwie się mieści. Ja układam dwie warstwy po 6 na krzyż, ale jeżeli chętnych do jedzenia jest więcej, to może to być problem.

Szparagi
Gotowanie szparagów na patelni

Typowo szparagi podaje się z gotowanymi ziemniakami, sosem holenderskim i zwiniętymi w ruloniki plasterkami szynki. Innym wariantem jest zastąpienie szynki sznyclem.

Na początku robiliśmy szparagi z szynką, a sos holenderski używaliśmy gotowy z kartonika. Tyle że te sosy z kartonika są bardzo przemysłowe - jak to zwykle składają się głównie ze skrobi i utwardzonych tłuszczów roślinnych. Zastanawialiśmy się nad robieniem takiego sosu samemu, ale prawdziwy sos holenderski to jednak wyższa szkoła jazdy. Ale kiedyś w telewizji, zobaczyliśmy przepis uproszczony. Było to w takim fajnym cyklicznym programie, w którym technolog żywności z przemysłu (Sebastian Lege) pokazuje jak robiona jest żywność przemysłowa, w stylu "A teraz myślicie, że dodamy prawdziwe masło? No co wy, przecież to za drogo. Dodamy całą harmonię produktów przemysłu chemicznego! (Evil laugh!)". Program nazywa się Tricks der Lebensmittelindustrie, a prowadzący pokazuje również jak zrobić w domu proste alternatywy z porządnych składników. No i on pokazał jak zrobić prostszy sos holenderski przy użyciu takiego syfonu do bitej śmietany na naboje z tlenkiem azotu. Kupiliśmy taki syfon, nawet dokładnie taki jak w programie (firmy iSi, która wymyśliła te naboje, również takie z CO2, jakich używaliśmy za komuny). Syfon świetnie robi bitą śmietanę, ale przygotowanie w nim sosu holenderskiego nadal nie było proste, a sos bardzo szybko tracił gaz i rozpływał się na talerzu.  Po namyśle stwierdziłem więc, że przecież warzywa gotowane tego typu i tak najlepsze są "po polsku", czyli z masłem i bułką tartą (całkiem serio w Niemczech ten sposób podania nazywa się "polnisch"), więc darowaliśmy sobie to wydziwianie z sosem i robimy szparagi po polsku.

Szparagi po polsku z szynką
Szparagi po polsku z szynką

Teraz trochę o wyborze szparagów: W budce w której szparagi się kupuje wystawione jest do kilkunastu pudełek z różnymi wariantami szparagów w różnych cenach. Co gorsza te warianty nie są w żaden sposób zestandaryzowane, każdy rolnik ma swoje. Więc może mały przewodnik:

  • Oferowanych jest kilka różnych grubości szparagów, im grubsze tym droższe. Problem jest taki, że z każdego szparaga musimy te dwa milimetry po obwodzie obrać, im grubszy szparag, tym straty procentowo są niższe. Czyli jest sens kupować drożej ale grubsze. Przykład: Te na zdjęciach były naprawdę grube,12 sztuk ważyło nie tylko 1 kg, ale aż 1,3. Zważyłem obierki i wyszło że na straty poszło 20%. Przy cieńszych będzie to więcej.
  • Część sprzedawców oferuje każdą grubość w wariancie "zwykłym" i "premium". Premium jest idealne - proste, bielutkie, z zamkniętym kwiatostanem na górze. Moim zdaniem te zwykłe smakują dokładnie tak samo. Przecież one są z tego samego pola, z takiej samej (albo i nawet tej samej) rośliny, zebrane w tym samym czasie... Nie warto dopłacać za premium. Szczegóły dalej.
  • Inni sprzedawcy segregują po "wadach":
    • "Violett" ("fioletowe") mają - jak sama nazwa wskazuje - fioletowe przebarwienia. No i co z tego? Po ugotowaniu przebarwienia i tak znikną, smak ten sam.
    • "Blume" - ("kwiat") mają częściowo rozwinięty kwiatostan. No i co z tego? Smak ten sam.
    • "Krumm" ("krzywe") - po ugotowaniu i tak będą proste, jedyny potencjalny problem to że na patelni nie dadzą się dobrze ułożyć. Smak ten sam.
    • Zrośnięte - no tu może być trochę problem przy obieraniu, bo w przekroju mają kształt ósemki i trudno dojść obieraczką, Ewentualnie można rozcinać je wzdłuż, ale można ich po prostu nie kupować.
    • Połamane - no to już kwestia gustu, myślę że one jednak bardziej nadają się na zupę.
    • Są też same czubki, tych najczęściej nie trzeba wcale obierać, ale do tego luksusu się dopłaca.

 

Smakosze mają podobno swoje upodobania, jedni uważają że najlepsze jest "Blume", inni że tylko takie mocno fioletowe (zazwyczaj zwane "Aroma"), jeszcze inni że tylko bielutkie, ale według mnie to czysta szparagofilia i racjonalizacje - w podwójnie ślepej próbie raczej nie wyczuli by różnicy.

Są jeszcze szparagi zielone, to te, które po prostu wyrosły nad ziemię, a nie były przysypywane i chronione przed światłem. One zawsze są cienkie, obiera się tylko dolną jedną trzecią. 

Jedyny problem jest taki, że to raczej droga przyjemność - w tym roku kilogram grubych kosztuje 16 euro. Cieńsze i z "wadami" są trochę tańsze.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Skomentuj

Kolejna zmiana branży?

Moja kariera w branży maszyn drukarskich nie potrwała długo. A i sama branża chyba wiele dłużej nie pociągnie.

Teraz dokładniej: Miałem zlecenie w firmie manroland sheetfed w Offenbachu produkującej maszyny drukarskie. Była to firma z bardzo długimi tradycjami, jej historia rozpoczęła się już w roku 1871, kiedy to Louis Faber und Adolf Schleicher założyli w tym miejscu firmę produkującą - jakże by inaczej - maszyny drukarskie.

Nie będę omawiał kolejnych konstrukcji, bo - nie będę ukrywał - na tej branży znam się słabo. W każdym razie firma przez długi czas była innowacyjna i robiła dobre rzeczy. Jeżeli dobrze interpretuję, to od 1911 nazywali oni swoje maszyny Roland. Dla ustalenia uwagi: oni nie mieli nic wspólnego z popularnymi w latach dziewięćdziesiątych plotterami Roland.

W roku 1979 fabryka Faber & Schleicher została przejęta przez koncern MAN, pewnie dlatego że miała problemy. Ale nie jestem gotowy na dyskusję o historii MAN i o tych problemach. Fabryka funkcjonowała od tego czasu jako MAN Roland Druckmaschinen AG.

W 2011 firma zbankrutowała i w 2012 została wykupiona przez brytyjski Langley Holdings. W ramach uzdrawiania firmy zrobiono wtedy parę istotnych posunięć:

  • Zrezygnowano z produkcji małych maszyn drukarskich, zostawiono tylko duże. Z grubsza w tym samym czasie największy konkurent firmy - Heidelberger Druckmaschinen - stał przed podobnym wyborem i oni zrezygnowali z maszyn dużych. Czas pokazał, że Offenbach podjął lepszą decyzję, i później Heidelberg sprzedawał również maszyny z Offenbachu pod swoją marką.
  • Opracowano nowe wersje dużych maszyn, zostało przy dwóch modelach.
  • Opracowano nowe oprogramowanie.

Problem polegał na tym, że te posunięcia były niezłe, ale firma spoczęła na laurach. Ja zostałem najęty do zaktualizowania programu w rodzaju SCADA (chociaż oni nie używali tego terminu) służącego do sterowania zadaniami druku, robieniem statystyk, analiz i raportów. No i w tym programie:

  • Ostatnie istotne zmiany były robione 10+ lat temu.
  • Rzecz była napisana w Javie 8. A Javie 8 właśnie kończy się support, więc trzeba by zrobić upgrade na jakąś nowszą wersję.
  • Do tego upgradu nawet się tam parę razy zabierali, ale sobie nie poradzili. Nie dziwię się, bo:
    • Program klienta komunikował się z serwerem między innymi przy użyciu technologii CORBA. W Javie 8 ta CORBA była zintegrowana, ale już w wersji 9 wyleciała na stałe. Podłożyć jakiejś biblioteki zastępczej nie umieli, a zmiana technologii to by było bardzo poważne zadanie, więc zawsze było odsuwane na później.
    • Program klienta był startowany przy użyciu Java Web Start, również części Javy 8, tak samo usuniętej w następnych wersjach. Zastąpić czymś innym nie umieli.
    • Mnóstwo JARów było przestarzałe.
    • Jak przeszedłem na nowsze wersje Javy okazało się, że program po stronie serwera komunikuje się przez JNI z częściami napisanymi w C++. Tyle że to C++ było skompilowane na 32 bity, a nowsze Javy są wszystkie 64-bitowe. W Windowsach nie ma możliwości żeby aplikacja 64-bitowa wciągnęła 32-bitowy DLL. Nie ma i już. Cały serwer musieli przekładać na 64 bity, co też nie było trywialne.
  • Część programu była napisana przez firmę zewnętrzną i dostarczona jako JARy. Teoretycznie były też źródła, ale jak je obejrzałem okazało się, że są niekompletne. Parę kawałków musiałem dekompilować z JARów, bo inaczej nic by z tego nie było.
  • O innych problemach mógłbym długo, zrobiłem mój pełny program "code quality" i poznajdowałem trochę ewidentnych błędów.
  • Jak dali program firmie zajmującej się testami penetracyjnymi to zgodnie z oczekiwaniami wyszło, że security w nim praktycznie nie istnieje. Na przykład po dekompilacji JARów z łatwością znaleźli wpisane tam na stałe hasło do serwera. A tymczasem wchodzi Cyber Resilience Act i klienci czegoś takiego nie będą akceptować.

Podobnie było w innych kawałkach oprogramowania i sprzętu, za poprawianie tego wszystkiego wzięli się dopiero w zeszłym roku. Jedną z przyczyn było z pewnością to, że większość pracowników odnośnych działów to ludzie w wieku przedemerytalnym, którzy zaczynali swoją karierę zawodową od tej firmy i nigdy nie widzieli nic innego.

No i wyszło tak, że w lutym byłem gotowy do integracji mojej części z przerobionym na 64 bity serwerem. Serwer miał być gotowy w początku marca. A tu we wtorek trzeciego marca o 12 zwołano załogę na zebranie, na którym ogłoszono że w sobotę 28 lutego zarząd złożył wniosek o upadłość w trybie "z parasolem ochronnym". Ten "parasol" polega na tym, że przez trzy miesiące płace pracowników płaci państwo.

Teraz idą jakieś rozmowy z potencjalnymi inwestorami, jednym z nich jest Heidelberger Druckmaschinen. Ale i oni cienko przędą, ostatnio pojawiły się informacje że będą składać drony dla wojska. Zobaczymy co będzie. W każdym razie jeżeli produkcja maszyn miała by być kontynuowana, to będą musieli do mnie przyjść, bo to poszło tak szybko że nawet nie zdążyłem wszystkiego zacheckinować, nie mówiąc o dokumentacji.

Teraz podsumowanie: Dlaczego właściwie tak się stało, że padło:

  • Oczywiście że branża się zwija i wielkiej prosperity nie należy się spodziewać. Ale ich maszyny nie były do druku książek i gazet, tylko raczej do opakowań z kartonu, blachy i plastiku. Na to zapotrzebowanie nadal istnieje.
  • Jeżeli branża się zwija, tym bardziej trzeba się starać. A oni spoczęli na laurach.
  • Nie obniżali kosztów które mogli by obniżyć - oni mieli wystrugane własne sterowniki, sami robili do nich płytki, lutowali elementy, robili oprogramowanie... Ma to swoje plusy, ale kosztuje ładnie. Za zmianę na coś normalnego zabrali się dopiero w zeszłym roku.
  • Jeżeli rynek w branży się zwija, to należało by poszerzyć asortyment na inne branże? Jak te drony na przykład?

Czyli: Upadłość była w 100% zawiniona przez samą firmę.

Tu miałem zamiar dopisać parę uwag o niemieckim automotive, ale zrobię o tym osobną notkę.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?, Programowanie

2 komentarze

Jak to się robi w Niemczech: Lewicowe (?) psycholstwo

Niedawno blogokomentator red1grzeg zadał pytanie o AfD z niemieckiego punktu widzenia. To bardzo ciekawy temat i mam zamiar o tym napisać, ale teraz zacznę od drugiego (przynajmniej w deklaracjach) bieguna sceny politycznej.

Już ponad dziesięć lat temu WO miał na swoim blogu notkę w której wysnuwał tezę, że w Polsce psycholi przyciąga głównie prawica, a w innych krajach bywa inaczej. Przypomniało mi się to, gdy znowu w mojej skrzynce pocztowej znalazła się broszurka (no może broszurka to za dużo powiedziane, to zawsze ma objętość jednej-dwu kartek A4 zadrukowanych dwustronnie) sygnowana przez niejaki "Bund gegen Anpassung" ("Związek przeciw dopasowaniu"). Druki ktoś wtyka do wszystkich skrzynek pocztowych kilka razy do roku. A ja to próbuję czytać i mam z tymi tekstami stały problem - nic nie rozumiem.

Znaczy ja rozumiem wszystkie używane słowa, dobrze rozumiem gramatykę zdań, rozpoznaję źródła stylistyki i retoryki, rozumiem całe zdania, ale co do treści to mam naprzemiennie WTF i facepalm oburącz. Bo to jest tak:

Autor uważa się za lewicowca. Tak wygląda jego logo (napisy głoszą: "kontrola urodzeń", "skrócenie czasu pracy", "powszechna równość"):

 Bund gegen Anpassung - logo

Jego retoryka i inwektywy są lewackie w pierwotnym znaczeniu tego słowa. Ciągle jest o przebrzydłych kapitalistach, imperialistach, zwykłych pognębionych ludziach itd. Tyle że jest to napisane tak grafomańsko i egzaltowanie, że trudno wyłapać o co właściwe autorowi chodzi. Ja jak się mocno nie skupię, to odpadam zanim doczytam do końca akapitu.

Ale jak już doczytam, to zaraz mam mindfucka. Na przykład w ostatniej ulotce autor podziwia Trumpa (i to nie pierwszy raz) jako dobroczyńcę prostego ludu (WTF?) i przeciwstawia go złemu Sorosowi, który przecież dla "prawdziwej prawicy" jest synonimem wrednego lewaka finansującego komunizm. Lewicowość autora w konkretnych poglądach przejawia się głównie w krytykowaniu USA i generalnie świata zachodniego i bezkrytycznym wychwalaniu Rosji (WTF?). Jak ktoś uważa współczesną Rosję za lewicowy wzór do naśladowania to chyba musi mieć co najmniej trzydziestoletniego jetlaga i zasługuje najwyżej na facepalma.

Z tym że takie skrzywienie prezentuje nie tylko on. Podobnie widzi temat na przykład partia Die Linke. Ona ogólnie jest rzeczywiście mocno lewicowa i nawet czasem zastanawiam się czy na nią nie zagłosować, ale zaraz wyłazi im dziedzictwo SED (z którego przecież bezpośrednio się wywodzą), wygłaszają coś w stylu proradzieckiej propagandy jaką pamiętam ze studiów i chęć głosowania na nich zaraz mi przechodzi.

Teraz lekka dygresja. Mam tu we Frankfurcie dalekiego krewnego z pokolenia moich rodziców, który wyemigrował jeszcze w latach siedemdziesiątych. On uwielbia czytać o spiskach i podarował mi pewien czas temu popularną w Niemczech książkę o przyczynach tego wszystkiego, co dzieje się obecnie na Bliskim Wschodzie, Książka ma tytuł "Wer den Wind sät..." ("Kto sieje wiatr..."), napisał ją Michael Lüders, który niby ma się na temacie znać. Według przedmowy książka ma burzyć powszechnie utrwalony obraz że to wszystko przez tych wstrętnych Ruskich i opowiada historię ostatnich stu kilkudziesięciu lat tego regionu praktycznie wcale nie wspominając o Związku Radzieckim i Rosji. Jest tam tylko o tym, jak przebrzydli zachodni imperialiści ciągle się mieszali w wewnętrzne sprawy spokojnych, niezależnych i samorządnych krajów regionu (i Afganistanu też). Oj dana, dana, wszystko przez Reagana.

Michael Lüders - Wer den Wind sät

Michael Lüders - Wer den Wind sät

Znaczy ja nie przeczę że się mieszali, mieszali się jak cholera, ale opowiedzenie tego całkowicie pomijając rolę ZSRR jest taką samą manipulacją, jak zwalenie wszystkiego na Ruskich. I założę się, że wielu (zwłaszcza mniej oczytanych) czytelników nie zwróciło uwagi na przedmowę tylko wzięło tekst poważnie jako "ukrywaną, najprawdziwszą prawdę historyczną".

Wróćmy do naszego ulotkowego psychola: Podobnie było przy TTIP. On też jojczył nad TTIP, ale mindfuck mi zrobił gdy puścił ulotkę pod alarmującym tytułem "TTIP to przesądzona sprawa" jak już od dobrych kilku tygodni było dokładnie wiadomo, że nic z tego nie będzie. Czym zresztą nic się nie różnił od polskich politycznych psycholi głównie z obozu PiSowskiego. A wystarczyło się chociaż trochę tematem interesować żeby wiedzieć, że negocjacje w sprawie TTIP posuwały się w tempie ślimaczym, umowa miała mieć 17 rozdziałów, a przez wiele lat negocjacji do samego końca nie udało się uzgodnić ani jednego z nich i cokolwiek do podpisania w ogóle nie istniało. Co nie przeszkadzało oszołomom wszelkiej maści krzyczeć "UNIA ODDAJE SIĘ AMERYKANOM W NIEWOLĘ!!!ONE!". No mać, mać, mać, jak by tak bardzo chciała się oddać to umowę podpisano by w try miga, problem polegał na tym, że Amerykanie rzeczywiście chcieli wziąć wszystko co możliwe, ale Unia wcale nie była skłonna im tego dać. Ja rozumiem, że polscy psychole nie mają pojęcia o niemieckiej polityce i mogą wypisywać głupoty w rodzaju "Merkel musi szybko podpisać TTIP bo Deutsche Bank ma straty i zaraz padnie" (autentyczny tekst, który widziałem w paru miejscach) - skąd biedacy mają wiedzieć że Deutsche Bank mimo Deutsche w nazwie to firma prywatna (niemiecki bank emisyjny nazywa się Deutsche Bundesbank, ale jaki świr by na to wpadł?), i że Merkel ma rząd koalicyjny a za negocjacje TTIP odpowiedzialni byli ministrowie z SPD, bez nich i tak nic by nie podpisała. No ale mieszkając w Niemczech i interesując się chociaż trochę polityką trudno było nie zauważyć jak Steinmeier (akurat najbardziej kompetentny w temacie, bo odpowiedzialny za negocjacje TTIP minister spraw zagranicznych z SPD) oznajmił że TTIP jest martwy i za to publiczne stwierdzenie faktu mu się z różnych stron dostało. A ten świr od ulotek nie zauważył do tego stopnia, że ostatnio przypisał jedyną zasługę w nie dojściu TTIP do skutku Trumpowi.

Z kolejnych jego poglądów to on jest (jeżeli dobrze wyczytuję z jego mętnych figur retorycznych)  generalnie przeciw przyjmowaniu uchodźców. Jakoś nie za bardzo pasuje to do wrażliwości lewicowej. Stałym jego tematem jest "Lügenpresse" (czyli że "prasa kłamie") - w zasadzie z tymi dwiema rzeczami mógłby od razu przystąpić do Pegidy a nawet AfD. Od razu wyjaśnię temat "Lügenpresse" - z pewnością do mediów niemieckich można mieć takie czy inne zastrzeżenia, ale gdzie jest ten ideał? Pluralizm mediów w Niemczech z całą pewnością istnieje, a rozdział mediów publicznych od państwa działa tak dobrze, jak chyba nigdzie na świecie. Jak ktoś uważa akurat media niemieckie za generalnie "Lügenpresse" to musi nie mieć najbledszego pojęcia o innych krajach. #problemypierwszegoświata.

Jeszcze można by tak długo. Ale trzeba przyznać, że ten dysonans między retoryką a poglądami jest fascynujący, nazbierałem już kilkanaście ulotek "Bund gegen Anpassung", bo takiego kuriozum nie będę wyrzucał. A autor musi też znajdować sympatyków, bo jednak drukowanie sporych nakładów i rozprowadzanie ich wymaga trochę grosza, a nie sądzę żeby pokrywał to wszystko z własnej kieszeni.

Poszukałem kto właściwie za tym wszystkim stoi: Autorem ulotek jest niejaki Fritz Erik Hoevels, mieszkający tu, we Frankfurcie. Jest on psychoanalitykiem i publicystą, oraz przewodzi organizacji pod nazwą "Bund gegen Anpassung". Hoevels na studiach był zafascynowany lewicą, zapisał się do Sozialistische Deutsche Studentenbund (Socjalistycznego Związku Studentów Niemieckich), organizacji początkowo bliskiej SPD, która potem zdryfowała daleko na lewo. Hoevels stał się aktywnym działaczem, ale potem coś swoimi akcjami narozrabiał (nie znam szczegółów). Jako swoich idoli podaje on Marksa, Engelsa (to jeszcze całkiem spoko), Lenina i Trockiego (tu wskazówka wykrywacza świrów wychyla się już znacząco), oraz Freuda i Reicha, tego od orgonów (wskazówka wykrywacza świrów dochodzi do oporu mechanicznego). Do lewicowego zestawu idoli nie tylko mi nie pasują jego poglądy - przez wiele źródeł jest od klasyfikowany jako "skrajna prawica" + "sekta". On sam przed wyborami kilka lat temu zalecał swoim zwolennikom głosowanie na NPD (czyli faszystów) albo Piratów, zestaw przedziwny.

Autor ma swoją stronę w sieci, podstrona "O autorze" jest nawet przetłumaczona na polski. Ciekawe kto tłumaczył, bo tłumaczenie bardzo dobrze oddaje kwiecisto-mętny styl oryginału.

Jakie z tego wnioski? Po pierwsze WO ma rację, że prawica nie ma monopolu na psycholi. W Polsce poglądy lewicowe zostały spalone przez okres realnego socjalizmu, gdzie indziej tak nie jest.

Po drugie: Psychol to psychol. Czy przyznaje się do prawicy, czy do lewicy, poglądy wychodzą bardzo zbliżone.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

13 komentarzy

Egzamin na obywatela (Einbürgerungstest)

Już dość dawno temu obiecałem notki na temat procedury zdobywania obywatelstwa niemieckiego. Ostatnio nie mam za bardzo czasu na pisanie - już wkrótce następne wakacje, a jeszcze nie wszystkie polecanki z poprzednich się pojawiły, parę innych notek też pozaczynanych ale nie skończonych - ale aktualny splot wydarzeń skłonił mnie do wzięcia się za ten akurat temat. Z pewnością komuś się przyda.

Jednym z istotnych dokumentów które trzeba dołączyć do wniosku o obywatelstwo niemieckie jest zaświadczenie o zdaniu "egzaminu na obywatela" - Einbürgerungstest. Test ten pojawił się jako obowiązujące wymaganie nie tak dawno, w roku 2008. Pamiętam dyskusje kiedy go wprowadzano. Było to mniej więcej w tym samym czasie, kiedy CSU wymyśliło że "multi-kulti" to bzdura i nowi obywatele mają uznawać niemiecką "Leitkultur" ("kulturę przewodnią"). Dopiero zaczęło się naśmiewanie - bo co to jest właściwie "deutsche Leitkultur"? Czy wszyscy nowi obywatele mają mieć obowiązek oglądania RTL-u? I czy mówiący dialektem bawarskim politycy CSU mieszczą się w ogóle w "niemieckiej kulturze przewodniej"?

Podobne pytania pojawiały się kontekście Einbürgerungstestu, zwłaszcza pytań o historię. Ocena wielu wydarzeń i postaci nie jest jednoznaczna, czy pytania nie będą sugerować jakiejś konkretnej wizji historii Niemiec?  No ale to było już dość dawno, potem sprawa mnie nie interesowała i pytania obejrzałem dopiero teraz.

Teraz może o kwestiach technicznych: Podczas testu trzeba odpowiedzieć na 33 pytania wybrane z katalogu 3oo pytań obowiązujących dla całego kraju + 10 specyficznych dla landu, w którym test jest zdawany. Odpowiedzieć poprawnie trzeba na przynajmniej 17, czyli powyżej 50%. Nie są to jakieś wygórowane wymagania. Jeżeli ktoś śledzi wiadomości i chociaż pobieżnie orientuje się w historii nie powinien mieć problemów z zaliczeniem. Wszystkie pytania wraz z odpowiedziami dostępne są w sieci ( na przykład TUTAJ), można sobie poćwiczyć, można też sobie wziąć kurs przygotowawczy w Volkshochschule (o Volkshochschulach muszę kiedyś napisać notkę). Test jest pojedynczego wyboru, na papierze, każdy zestaw pytań na sali jest inny. Wydrukowane formularze są generowane dla każdego kandydata specjalnie i imiennie w jakimś bardziej centralnym urzędzie, więc nie można liczyć na zrobienie testu w stylu "dziś decyzja, jutro test" - zgłosić się trzeba na minimum jakieś 4 tygodnie przed testem. Z testu zwolnieni są kandydaci na obywateli, którzy chodzili/chodzą w Niemczech do szkoły i (będą) mieli w szkole przedmiot "polityka", na którym się te tematy omawia.

Egzamin kosztuje 25 EUR, jakby miał nie wyjść (chociaż dobrze ponad 90% przystępujących go zdaje) można go powtarzać do woli. Jedyny problem jest taki, że terminy są dość rzadko, co 2-3 miesiące, jeżeli komuś się spieszy to radzę posprawdzać w VHS-ach w okolicy (byle w tym samym landzie, w którym chcemy złożyć wniosek o obywatelstwo.

Teraz coś o pytaniach. Należą one do paru grup:

  • Pierwsza to pytania ogólnoustrojowe. Trójpodział władzy, zadania każdej z tych władz, uprawnienia podstawowych organów władzy, itp.
  • Druga to ogólne zasady organizacji społeczeństwa, pytania typu "od której jest cisza nocna" albo "jaki organ jest kompetentny w takiej a takiej sprawie obywatela".
  • Trzecia to te pytania landowe
  • Czwarta to pytania historyczne, nie sięgające zbyt daleko w przeszłość
    • Parę pytań dotyczy zjednoczenia Niemiec i powstania hymnu
    • Sporo pytań dotyczy lat 1933-1945. Wszystkie odpowiedzi są bezdyskusyjne, bo z tym że była to dyktatura i jakie prawa obywatelskie były wtedy ograniczone musi zgodzić się najbardziej nawet zagorzały neonazista.
    • Następna grupa to strefy okupacyjne po WWII, powstanie RFN itd.
    • Dużo jest pytań dotyczących NRD

Generalnie pytania dotyczą faktów, nie ocen i nie bardzo jest się do czego przyczepić. Fachowi krytycy czepiają się niedoskonałej precyzyjności dwóch czy trzech, ale bez przesady, uważam że nieźle im to wszystko wyszło.

Ciekawostką jest, że zwłaszcza przy pytaniach ogólnoustrojowych bardzo często jedna odpowiedź błędna byłaby poprawna w przypadku NRD. Nie wiem, dla kogo miałaby to być zmyłka, chyba tylko dla kogoś kto wziął pierwszą książkę z brzegu na ten temat i akurat trafiłby na NRD-owską.

A ta aktualna okazja z której powodu jest notka to nie tylko Brexit, ale przede wszystkim to, że wczoraj przyszły zaświadczenia o zdanym teście. Twierdzili, że aktualny czas oczekiwania na wynik to 5-6 tygodni, bo takie obciążenie, a wyniki przyszły już po 10 dniach. Albo tak szybko odrobili zaległości (w co nie bardzo wierzę), albo potraktowali nas preferencyjnie (co jest całkiem możliwe).

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

4 komentarze

Serdeczne gratulacje i podziękowania dla PiS-u

Nie, drodzy czytelnicy, wzrok Was nie myli. Chciałem z tego miejsca serdecznie pogratulować i podziękować PiS-owi. Dokonali oni tego, co przez kilkanaście lat nikomu się nie udało - skłonili mnie do podjęcia decyzji o wystąpieniu o obywatelstwo niemieckie. Wcześnie uważałem to za sprawę bez znaczenia - polskie, niemieckie, jedyna różnica to to, w jakich wyborach mogę głosować. Teraz sytuacja w Polsce idzie w taką stronę, że niczego nie można być pewnym i lepiej się zabezpieczyć. Dziękuję wam serdecznie, tak w sumie to mi ulżyło.

Decyzja została podjęta parę tygodni temu, a w międzyczasie pojawiło się ten klip:

Autorem piosenki i klipu jest Jan Böhmermann, ten sam który ostatnio wkurzył Erdogana. O tej sprawie w dalszej części notki, teraz wróćmy do klipu o Niemcach.

Ten klip pozwolił mi zemocjonalizować moją decyzję. Nie zracjonalizować - decyzja jest w 100% racjonalna, ja w ogóle jestem zazwyczaj racjonalny do bólu - tylko właśnie zemocjonalizować. Tekst uważam za genialny - to są właśnie moje wartości, podane w formie jaką lubię (zestawienie Lindemann + imperatyw kategoryczny, piękne). Uwielbiam być miły, kask rowerowy i kurtkę Jacka Wolfskina mam, Birkenstocków nie, ale żona ma dwie pary więc średnia się zgadza. Proud of not being proud, śliczne. Ja chcę żyć wśród ludzi myślących w ten sposób.

Nie, no oczywiście nie jestem naiwny i zdaję sobie sprawę, że masa ludzi w Niemczech myśli inaczej, daleko nie szukając w komentarzach pod klipem fala hejtu też się wylewa. Ale mainstream to jest to, co w klipie. Manifestacje anty-Pegidowe są tu zawsze większe od Pegidowych.

I jeszcze polemika uprzedzająca, gdyby ktoś wyskoczył z zarzutami że zostawiam swój kraj w potrzebie, że trzeba wracać i walczyć. Ja już raz wróciłem. W 1989. Część kolegów i koleżanek ze studiów wybrała inaczej. Poświęciłem dziesięć lat mojego życia na budowanie kraju właściwych wartości, ale wiele z tego nie wyszło. Znaczy owszem, co nieco powstało, tu i tam rękę przyłożyłem, założyłem rodzinę, ale szło tak ciężko że musiałem wyemigrować. Cały czas staram się propagować moje wartości - przecież między innymi i po to prowadzę tego bloga - i będę to robił dalej. Ale sorry, byt i bezpieczeństwo rodziny na pierwszym miejscu.

O technicznej stronie wyrabiania obywatelstwa niemieckiego będę pisał w miarę postępów sprawy. A teraz trochę o aktualnej aferze Böhmermann vs. Erdogan. EDIT: Zaktualizowałem 15.04.2016

Tekst o który poszło był rzeczywiście mocny - był to w zasadzie stek wyzwisk dochodzący aż do "kozojebcy". Z tym że Böhmermann nie jest amatorem i ujął go w niezbędny  cudzysłów - tekst padł w skeczu, w którym wyjaśnia on Erdoganowi (granemu przez innego komedianta) co w Niemczech w ramach swobody wypowiedzi wolno, a co nie. Była to ewidentna prowokacja - podobno Erdogan składa średnio dwa pozwy o zniesławienie dziennie, tyle że zazwyczaj u siebie w kraju. Tu też złapał haczyk i pozew złożył. Sytuacja jest dość skomplikowana:

  • W Niemczech istnieje przepis o ochronie dobrego imienia głów obcych państw. Przepis jest wyraźnie przestarzały (pochodzi z roku 1871, jeszcze z czasów cesarstwa!), ale jest. Zresztą w Polsce też taki jest, z tego paragrafu skazano Jerzego Urbana za obrazę JP2. Na moje niefachowe oko bezprawnie - bo w polskim przepisie jest wymaganie wzajemności, a jakoś nie jestem przekonany że w prawie Watykanu jest zapis o ochronie czci prezydentów innych krajów. W przepisie niemieckim wzajemność jest, jest też wymaganie żeby rząd się zgodził na rozpoczęcie postępowania.
  • Jeszcze istotna informacja: Böhmermann pracuje dla telewizji publicznej, co dla dyktatorka pokroju Erdogana może się równać "rządowej".
  • Rząd niemiecki ma zagwozdkę, bo jak Böhmermann zostanie skazany to podniesie się larum o dławieniu wolności wypowiedzi, a jak nie - to Erdogan się obrazi i może być ciężko z porozumieniem z Turcją w sprawie uchodźców.
  • Dziś (15.04.2016) rząd się zgodził na rozpoczęcie postępowania, według mnie słusznie, bo od rozstrzygania takich spraw jest sąd, a nie polityka. SPD protestuje, ale dla mnie odmowa byłaby instrumentalizacją prawa, niegodną lewicy.
  • Nie orientuję się w praktyce orzecznictwa niemieckiego w takich sprawach (zresztą zdaje się ten że ten przepis nie jest zbyt często używany) ale podejrzewam że sąd i tak rozstrzygnie że konstytucyjny zapis o wolności wypowiedzi ma wyższą rangę niż przepis niższego rzędu o obrazie majestatu. A ten jego cudzysłów zmienia kwalifikację czynu z obrazy na satyrę, która w stosunku do polityków jest jak najbardziej dopuszczalna.
  • Do samego Böhmermanna specjalnych pretensji bym nie miał. Tekst był co prawda nawet nie po bandzie, a wręcz poza nią, ale jako skuteczne zwrócenie uwagi że nie wszystko w relacjach z Turcją jest w porządku (jak próbuje udawać rząd) jest OK. Takie jest w końcu zadanie błaznów.
  • Pojawiają się spekulacje, że najlepszą metodą wyjścia z sytuacji byłoby szybkie zlikwidowanie przepisu, co podobno zamknęłoby również biegnące sprawy. Chyba rzeczywiście to byłoby dobre rozwiązanie.
  • Niezależnie od przepisu o obrazie majestatu Erdogan wniósł też sprawę cywilną o obrazę, ale też nie sądzę żeby coś ugrał. Tyle że tutaj nie da się załatwić sprawy likwidacją przepisu - sąd i tak będzie się musiał tym zająć.

To nie jest pierwszy problem satyryków niemieckich z głowami innych państw. "Kartofle" pewnie wszyscy pamiętają, ale to był drobiazg. Z grubszych rzeczy pamiętam jak w latach 80-tych Rudi Carell miał program "Rudi's Tagesshow" parodiujący wiadomości "Tagesschau".  W jednym z programów sparodiował on Chomeiniego, co skończyło się wyrzuceniem niemieckich dyplomatów z Iranu. Rudi Carell dał sobie wkrótce po tym wydarzeniu spokój z tym programem, uważam że niesłusznie.

Tutaj rzeczony fragment Rudi's Tagesshow:

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

9 komentarzy

Jak to się robi w Niemczech: Zbytki biskupów (4)

Wracam do tematu biskupa Limburga, bo wracając z kraju przez konsulat w Kolonii odwiedziłem Limburg. W związku z tym mam własne wrażenia i własne zdjęcia.

Stare miasto w Limburgu jest bardzo ładne i bardzo zabytkowe.

Limburg - Stare Miasto

Limburg - Stare Miasto

A potem dochodzimy na wzgórze do katedry. Katedra jest z XII wieku, ze schyłkowego okresu stylu romańskiego, już z elementami gotyckimi. Interesująca architektura, nie kojarzyłem takiego sposobu budowania ze stylem romańskim. Na mój gust trochę zbyt pstrokata, ale podobno to odtworzone oryginalne malowanie.

Limburg - Katedra

Limburg - Katedra

A obok katedry znajduje się teren pałacu biskupiego. Oczywiście nie można było wejść do środka - parę razy taka możliwość była, ale mam co robić i nie będę specjalnie po to jeździł osiemdziesięciu kilometrów w jedną stronę. Ale można było wejść do muzeum diecezjalnego (na poniższym zdjęciu błędnie zaznaczonym numerem 7, ale może potem zmienili - teraz to budynek między 7 a 8) i przespacerować się po prywatnym ogrodzie biskupa (8).

Przypominam zdjęcie terenu z góry (chyba z wieży katedry)

Nowa rezydencja biskupa Limburga

Nowa rezydencja biskupa Limburga

Na podstawie tego zdjęcia wyobrażałem sobie, że teren jest spory. A tymczasem to wszystko jest po prostu malutkie! Ten prywatny ogród biskupa (8) za 175 + 790 tysięcy = blisko milion euro ma 20x25 metrów (zmierzone na Google Maps)! Gdzie na tym placyku udało mu się upchnąć tyle szmalu to naprawdę nie wiem. Przecież to 2000 eur/m2 - pół tego co chcą za mieszkanie w mojej, drogiej dzielnicy.

Limburg - prywatny ogród biskupa, za w sumie blisko milion euro

Limburg - prywatny ogród biskupa, za w sumie blisko milion euro

Brama za czterdzieści dziewięć tysięcy (między 1 a 2) jest może i w ponadprzeciętnym standardzie, ale normalnie pospawana z płaskowników, nic superspecjalnego, biskup albo dał się ordynarnie orżnąć na kasie, albo był jak nowy ruski ("Zobacz, kupiłem ten krawat za pięćdziesiąt tysięcy" - "Ty durak, wiem gdzie takie same krawaty można kupić za osiemdziesiąt tysięcy!")

Limburg - brama za 50.000 EUR

Limburg - brama za 49.000 EUR

Prywatna kaplica biskupa (5) obłożona płytami z jakiegoś super drogiego kamienia, które sobie na podstawie zdjęć wyobrażałem jako wypolerowane na błyszcząco, po trzech latach jest całkiem matowa od jakichś glonów czy innych porostów. Za następne kilka lat będzie z pewnością całkiem ohydna.

Limburg - prywatna kaplica biskupa

Limburg - prywatna kaplica biskupa

Teraz wnioski:

  1. Nie nadaję się na reportera. Znowu przy pisaniu notki okazało się, że zdjęcia powinny być całkiem inne, a tych właściwych nie zrobiłem.
  2. Społeczeństwo zrobiło jednak wieeeelki postęp od czasów średniowiecza. Jak źle nie działałyby dzisiejsze świeckie korporacje i świecka polityka, to i tak jest znacznie lepiej niż struktury feudalne. Tyle że kościół tego nie wie.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

2 komentarze

Jak to się robi w Niemczech: Repair Cafe

Od zawsze uwielbiam naprawiać wszystko, co zepsute. Tu powinna nastąpić dłuższa opowieść z dygresjami, ale ostatnio mam sporo różnej roboty i za dużo pisać mi się nie chce, więc od razu do rzeczy:

Już pewien czas temu usłyszałem o ciekawej inicjatywie - nazywa się to Repair Cafe. Gdzieś w jakichś publicznych pomieszczeniach zbiera się kilku fachowców od naprawiania, a ludzie przynoszą tam różne zepsute, ale rokujące nadzieję rzeczy do naprawy. Cel jest taki, żeby nie wyrzucać zaraz i nie kupować nowego bez sensu. Taka tam działalność antysystemowa i proekologiczna. Ostatnio coś takiego zaczęto urządzać w naszej dzielnicy, więc zabrałem trochę narzędzi i poszedłem już na pierwsze spotkanie. Zabrałem syna - to przecież świetna okazja żeby zobaczył parę ciekawych urządzeń w środku i popróbował naprawiać.

Podobne spotkania odbywały się tu i ówdzie już od kilkunastu lat, a w 2009 holenderska dziennikarka Martine Postma opracowała jednolitą koncepcję którą nazwała właśnie Repair Cafe, i udostępniła ją w sieci na zasadzie licencji franchisingowej. Założenie swojej Repair Cafe kosztuje jednorazowo 49 EUR, dostaje się za to podręcznik i zestaw reklamowy (jako pliki, tylko wpisać adresy/terminy i dać do druku). Zarejestrowane Repair Cafe dostają oczywiście również reklamę na stronie inicjatywy i mogą za pół ceny kupić podstawowy zestaw narzędzi (bardzo porządny, na przykład pincety w zestawie są najlepsze jakie w ręku miałem). Rzecz jest w tej chwili na fali w kilku krajach (głównie europejskich), w samych Niemczech jest już podobno ponad 500 opartych na tej koncepcji inicjatyw. Interesują się tym też media - na pierwszym i drugim spotkaniu było trochę dziennikarzy z prasy i radia i jakiś wyższy urzędnik z zarządu miasta. Jakoś na zdjęcie w gazecie się nie załapałem, ale może i dobrze.

Repair Cafe

Repair Cafe

W naszej dzielnicy rzecz odbywa się w domu parafialnym parafii katolickiej, ale nie jest formalnie związana z kościołem. W innych dzielnicach spotkania odbywają się w pomieszczeniach miejskich (zazwyczaj Bürgerhaus - coś w rodzaju niegdysiejszych Domów Kultury), tyle że w naszej dzielnicy Bürgerhausu nie ma.

Repair Cafe

Repair Cafe

Spotkania odbywają się co miesiąc, ostatnio było już czwarte. Z fachowców przychodzą tam głównie jacyś elektronicy, paru gości robiących elektromechanikę i rowery, raz była pani z maszyną do szycia od napraw odzieży. My z synem specjalizujemy się w komputerach, ale nie gardzimy i elektromechaniką. No i obowiązkowo jest jeden z uprawnieniami do sprawdzania bezpieczeństwa użytkowania i odpowiednim sprzętem pomiarowym. Zainteresowanie jest spore i dość dobrze odzwierciedla strukturę fachowców - najwięcej do naprawy jest różnej elektroniki i zmechanizowanego sprzętu AGD. Rzadko przyjdzie ktoś z rowerem - ale w końcu jest zima, wiosną rowerów na pewno będzie więcej. Odzieży do naprawy było tyle co nic, więc pani z maszyną do szycia już nie przychodzi. Z komputerami jest różnie, czasem dużo, czasem mało.

Repair Cafe

Repair Cafe

Każdy "klient" podpisuje oświadczenie, że przyjmuje do wiadomości że to nie jest serwis i naprawa może się nie udać, a nawet może być gorzej niż było. Różne oświadczenia podpisują oczywiście też naprawiacze, wzory oświadczeń dostaje się w pakiecie startowym Repair Cafe (i to chyba jest najcenniejsze co się dostaje).

Repair Cafe

Repair Cafe

No i ogólnie to fajna zabawa, z różnymi ludźmi można pogadać, po naprawie wrzucają datki do puszki, czekając mogą też kupić sobie kawę czy ciasto. Za te datki kupuje się między innymi narzędzia - za każdym razem parę setek się zbiera, narzędzia na miejscu są coraz porządniejsze.

Ponaprawiałem jak dotąd na przykład takie rzeczy:

  • Notebooka z wyłamanym zawiasem. Wzięcie tego to był zły pomysł, na drugi raz będę od razu odmawiał. I tak nie da rady nic sensownego z tym zrobić, poza wywaleniem luźnych kawałków plastiku.
  • Pokazałem jednej pani jak wymienić HDD w notebooku. Jedną z idei Repair Cafe jest "pomoc dla samopomocy" - nauczenie ludzi jak mogą poradzić sobie sami.
  • Wymieniłem elektrolita w routerze WiFi - facet był dość kumaty, dał część i pokazał palcem gdzie wymienić, tylko lutować nie umiał i nie miał w domu lutownicy. Zadziałało.
  • Naprawiłem lampę sufitową z Ikei, halogenową z elektronicznym trafo. W trafo puścił jeden lut (na oko to był bardzo słabo przysmarowany cyną i od nowości trzymał się na tylko słowo honoru). Po przylutowaniu zadziałało.
  • Jedna pani przyniosła amplituner Kenwood (kupiony na ebayu) w którym wypadł przycisk wyłącznika zasilania. Przycisk był nieudolnie sklejony i pewnie zaraz po sklejeniu urządzenie poszło na aukcję. Akurat nie było kleju dwuskładnikowego na sali, zaproponowałem pani że nie włożymy przycisku, a włączać będzie się wkładając palec w otwór po przycisku i przyciskając wprost popychacz wyłącznika sieciowego. Pani rozwiązanie się spodobało i sprzęt można było uznać za naprawiony. Nie ma co się śmiać - to jest impreza non-profit dla ludzi nie wymagających perfekcji (a często i nie mających kasy na nówki). Liczy się, że działa.
  • Ostatnio z braku komputerów wzięliśmy stary rzutnik do przezroczy, na oko połowa lat 70-tych.  No i to była dłuższa historia:

Rzutnik z zewnątrz wyglądał bardzo solidnie. Obudowa full metal, stal, nie jakieś tam odlewane alu. Sterowany elektrycznie, kablowo. składany. Lampa świeciła, ale obiektyw był ciemny. Właściciel wyciągnął go z piwnicy, bo chciał wnukom przezrocza pokazać. Ale rzutnik wcale nie reagował na przyciskanie przycisków, a włożenie przezrocza w podajnik ręczny też nie działało - obiektyw ciemny. Po oględzinach rozkręciliśmy go i okazało się, że w środku jest cała masa nieprzejrzystej mechaniki, szczękały jakieś elektromagnesy, ale ruszało się niewiele. Po dłuższej kontemplacji spróbowałem pokręcić jednym takim dużym kołem zębatym, ale ruszało się bardzo ciężko. Zastał się po prostu, smar przestał działać. Poszukałem czegoś do smarowania (ten od rowerów miał), posmarowałem tu i ówdzie i coś zaczęło się ruszać, ale raczej niepewnie i wymagało pomocy. Posmarowałem jeszcze tu i tam - nawet zaczęło jako tako działać. Z naciskiem na jako tako - co pewien czas zacinało się, tak porządnie. Posmarowałem jeszcze parę miejsc i teraz zaczęło działać zbyt dobrze - nie chciało się zatrzymać we właściwym miejscu a chwilami wydawało dźwięki jak maszyna do szycia. Znowu musiałem pokontemplować mechanizm i wnioski były takie:

  • Napęd całości robi tylko jeden silnik indukcyjny kręcący wentylatorem promieniowym.
  • Z osi silnika/wentylatora odbiera napęd duże koło z gumowym bieżnikiem. No i jak to guma, po 40 latach tarcie o ośkę zrobiło się znikome.
  • Cała mechanika to jeden wielki facepalm. Wszystko opiera się na tym, że luz tu i tam jest taki, a nie inny. a w trakcie obrotu to i tamto akurat machnie się w jedną a nie w drugą i że smar ma taką, a nie inną lepkość. To nie ma szansy zadziałać niezawodnie bez wymiany bieżnika na nowy i jednej dużej, plastikowej krzywki, która ma takie spore pęknięcie. A i wtedy bez gwarancji.
  • Naprawa polegała na pokręceniu mechanizmem w takie położenie, żeby żarówka była odsłonięta (też jakieś luźne krzywki) i trwałym rozsprzęgleniu napędu (po prostu zdjąłem ten gumowy bieżnik). No i teraz można było zmieniać slajdy ręcznie. Właściciel był taki zadowolony, że wrzucił do puszki 30 euro.

A ja zacząłem się zastanawiać. To urządzenie z zewnątrz wyglądało supersolidnie, niby pełna profeska i wogle. Ale w środku może i solidne materiały, ale skonstruowane toto tak mniej więcej, jak soft w firmie w której robię - totalne amatorstwo doprowadzone do jakiego-takiego działania metodą prób i błędów i powiększaniem luzów. Mój syn zrobiłby lepszy mechanizm z Lego, serio. Przypominam sobie krajowe rzutniki marki bodajże Krokus - ich mechanika była głównie plastikowa, ale o wiele bardziej niezawodna i lepiej przemyślana. Nie wiem jak wygląda współczesny rzutnik produkcji chińskiej (o ile w ogóle coś takiego jeszcze w przyrodzie występuje), ale sądzę że też jest zrobiony lepiej.

Już od dawna mam wrażenie, że te "dawne dobre czasy (TM)" gdy wszystko było porządne, solidne, trwałe, prawdziwe, zdrowe, czy co tam jeszcze, to w dużym stopniu nasze projekcje. Badziewia zawsze było pełno, teraz po prostu mniej się je maskuje. Przynajmniej w konstrukcjach mechanicznych.

Ciekawe czy Repair Cafe pojawi się też w byłych demoludach.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

3 komentarze

Jak to się robi w Niemczech: Zbytki biskupów (3)

Jak już wróciłem do pisania, to może zaległa i nieco przeleżała notka o biskupie Limburga. Od poprzedniej notki aż tak wiele się nie stało. Biskup dostał tylko nowe stanowisko - teraz zajmuje się nową ewangelizacją Europy Zachodniej. Ma do tego niewątpliwie świetne kwalifikacje - już od dawna nikt w Niemczech nie spowodował więcej wystąpień z kościoła niż on.

Bezpośrednią inspiracją do notki było to, że diecezja wpuściła dziennikarzy do prywatnego mieszkania biskupa i pojawiły się zdjęcia. Dzięki temu można ocenić, jak biskup powydawał pieniądze diecezji. Konkretne sumy były podane w raporcie, teraz możemy zobaczyć, co za to dostał.

Zdjęcia są niestety copyrightowane, więc nie przekleję ich, tylko podlinkuję TUTAJ galeria 15 zdjęć na stronach hr-online. A TUTAJ materiał filmowy

Na zdjęciach widzimy nowoczesne, białe, minimalistyczne wnętrza, wykonane bardzo porządnie i z pierwszorzędnych materiałów. Pomieszczenia są teraz puste, nie ma mebli, ale na wcześniejszych zdjęciach umeblowanie też jest proste w formie, nowocześnie eleganckie i nie przesadzone.

Tyle że tak na moje oko, to to wszystko jest straaaasznie przepłacone. Słynna wanna za 15.000 EUR na oko nie różni się za bardzo od dowolnej innej wanny z wyższej półki, myślę że spokojnie dałoby się kupić coś zbliżonego za 5.ooo bez większej różnicy w jakości. Oświetlenie regałów kosztowało 650.000 EUR - no przecież za tyle to można kupić całe, duże mieszkanie w wysokim standardzie w mojej, drogiej dzielnicy. Uważam, że może i ładne, ale przepłacone co najmniej kilkukrotnie. Staw dla karpi koi za 213.000 EUR w ogóle nie robi wrażenia. Takie tam, stawik jak stawik. Garderoba o powierzchni 10 m2 zabudowana jest szafami systemowymi, a nie na wymiar - czyżby niedopatrzenie? Taka taniocha?

I tak dalej i tak dalej. Gdyby takie mieszkanie zbudował sobie prywatny biznesmen za swoją, prywatną kasę, nie można by powiedzieć złamanego słowa. A nawet można by chwalić jego niezły gust. Gdyby natomiast firma za firmowe pieniądze (przypominam: ponad 6 milionów euro) zbudowała takie mieszkanie służbowe dla najwyższego szefa, to byłby to oczywisty przypadek niegospodarności, z całą pewnością temat na najbliższym zebraniu akcjonariuszy. Nawet nie chodzi o standard, tylko o przepłacenie! Dokładnie to samo mogłoby kosztować znacznie mniej, a przy nieznacznym obniżeniu standardów można by zbić koszty z pewnością  do mniej niż połowy. Albo i jeszcze niżej.

No ale tak to jest, jak się wydaje pieniądze które łatwo przyszły.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Skomentuj

Afery biskupa Limburga rozdział kolejny – pora na Glasnost

Nie mam zbyt wiele czasu na pisanie notek, ale pojawiło się coś ciekawego. Po aferze biskupa Limburga niemiecki Kościół Katolicki próbuje odzyskać zaufanie wiernych. Diecezja Limburg zdecydowała się na niespotykany dotąd krok - ogłosiła parę dni temu raport o swojej sytuacji finansowej. No i temu trzeba się przyjrzeć.

Raport jest dostępny w sieci na stronach Diecezji Limburg jako pdf: TUTAJ

Czytajmy więc. We wstępie czytamy, że raport jest przygotowany według standardów obowiązujących dla spółek kapitałowych. Brzmi obiecująco. Raport podobno był skontrolowany przez zewnętrznego audytora, nie doczytałem się kogo konkretnie. Przeanalizujmy więc podane liczby na koniec roku 2013 i za rok 2013. Nie jestem księgowym więc mogę błędnie tłumaczyć pojęcia z raportu na polski, jeżeli ktoś zna się na tym lepiej to proszę o uwagi w komentarzach.

Pierwsza ciekawa liczba to suma bilansowa: Majątek diecezji Limburg to 908.934.000 EUR. Blisko miliard. Robi wrażenie. Z tego ok. 76 milionów jest w nieruchomościach (spodziewałem się więcej) a 702 w papierach wartościowych. Nieźle.

Ale jeszcze ciekawszy jest wynik operacyjny za 2013. I tak:

  • Przychody z podatku kościelnego to około 180 milionów euro
  • Dotacje od landów (Hessen i Rheinland-Pfalz) to razem 3.359.000 euro
  • Suma przychodów diecezji to 205 milionów euro
  • Suma wydatków diecezji to 264 miliony euro
  • Czyli wynik operacyjny za 2013 to około minus 58 milionów.

Potem na bilansie zrobione jest kilka operacji, nie wszystkie zrozumiałem, ale na moje oko końcowy plus w wysokości 15,8 miliona wyszedł głównie dzięki wyjęciu szmalu z jakichś zapasów. Znaczy tak naprawdę operacyjnie to wyszedł jednak minus.

Teraz parę ciekawostek o wydatkach.

  • Prawie 5,5 miliona to koszty poboru podatku kościelnego
  • 8 milionów to dopłaty do przedszkoli kościelnych
  • Na Caritas poszło 14 milionów
  • Zarządzanie diecezją kosztowało ponad 22 miliony

Raport co prawda nie interpretuje tych wszystkich liczb, ale podaje prognozę na przyszłość. Na przykład taki ładny wykres gdzie zekstrapolowano liniowo dotychczasowy spadek ilości katolików w diecezji:

Prognoza spadku ilości katolików w diecezji Limburg

Prognoza spadku ilości katolików w diecezji Limburg. Źródło: Bistum Limburg, raport finansowy za rok 2013.

Dalej raport podaje prognozę co do zmian średniego wieku katolika i rozwoju wpływów z podatku kościelnego. Przy przyjętych założeniach wychodzi im, że w 2050 wpływy z tego podatku będą o połowę mniejsze niż dziś.

Pod tym wszystkim brak jest jakichkolwiek wniosków. Pewnie dlatego, że nie byłyby one optymistyczne. Bo co prawda sytuacja na dziś nie jest specjalnie zła, ale na podstawie takiego prospektu nie zainwestowałbym w firmę z takimi danymi, niezależnie od jej branży. No chyba żeby przedstawiła jakiś realny program restrukturyzacji, przeprofilowania i opracowania nowych produktów.

Ale jakie przeprofilowanie może zrobić ta firma? Jakie nowe produkty może zaproponować? Do jakich nowych grup docelowych dotrzeć? Nic się nie da zrobić.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

3 komentarze

Acht und achtzig Professoren

Dawno nie było nic nowego na moim blogu, mam sporo różnych zajęć, no ale coś bym może napisał. W zanadrzu ciągle mam sporo tematów - na przykład byłem ostatnio w muzeum Stasi w Lipsku - ale dziś coś krótkiego.

Dziś będzie debunk pewnej popularnej w Polsce legendy miejskiej związanej z Niemcami. Otóż dość często widzę w sieci, jak ktoś podpiera swoje poglądy (oczywiście prawicowe) domniemanym cytatem z Otto von Bismarcka:

miałby to być Otto von Bismarck

Acht und achtzig Professoren und Vaterland, du bist verloren.

(Osiemdziesięciu ośmiu profesorów i Ojczyzno, jesteś zgubiona.)

Tak szczerze mówiąc, to od bardzo dawna wydawało mi się podejrzane, żeby akurat Bismarck miał coś takiego powiedzieć. No i jeszcze skąd te 88? Czyżby 2 * czterdzieści i cztery? Próbowałem poszukać tego cytatu po niemiecku, ale gugiel wypluwał w wynikach tylko strony po polsku, z polskimi wikicytatami do hasła Otto von Bismarck na czele. Szukanie na stronach po niemiecku nie dawało żadnych pasujących wyników dla "Bismarck" plus ten cytat, nawet we fragmentach. To już był bardzo mocny argument przeciw autentyczności cytatu.

Ale ostatnio, dość przypadkowo, znalazłem oryginał. Brzmi o trochę inaczej niż miał go wygłosić Bismarck, a mianowicie:

Autor nieznany

Dreimal 100 Advokaten – Vaterland, du bist verraten; acht und achtzig Professoren – Vaterland, du bist verloren!

(Trzy razy stu adwokatów - Ojczyzno, jesteś zdradzona; osiemdziesięciu ośmiu profesorów - Ojczyzno, jesteś zgubiona.)

Autor cytatu nie jest ustalony, ale gdyby był to Otto von Bismarck to na pewno zostało by to zapamiętane. A teraz będzie o tym, skąd taki tekst się wziął:

Tekst pochodzi z lat 1848-1849, czasu Wiosny Ludów i tych spraw. Egzaltacja typowa dla patriotyczno-nacjonalistycznych uniesień tamtych czasów. Chodziło tu o Parlament Frankfurcki, pierwszy wybrany w wolnych wyborach parlament krajów będących spadkobiercami Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Nie można napisać po prostu "parlament Niemiec", bo Niemiec jako takich jeszcze nie było, a spory dotyczące formy i sposobu zjednoczenia były jednym z głównych tematów obrad.

No i ten parlament, teoretycznie mający reprezentować wszystkie warstwy społeczne, był bardzo mocno skrzywiony w stronę intelektualistów. 95% z 809 posłów miało maturę (połowa wieku XIX!), ponad 3/4 studia wyższe (!), z tego około 300 prawnicze. I tu mamy "Dreimal 100 Advokaten". Druga część była już cokolwiek manipulacją, bo nauczycieli akademickich wśród posłów było "tylko" 49. Tekst o adwokatach i profesorach jest oczywiście satyryczny.

A parlament obradował tu:

Pauluskirche Frankfurt

Paulskirche Frankfurt

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

5 komentarzy