Warning: Use of undefined constant sa_comments - assumed 'sa_comments' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/36/d441047049/htdocs/wordpress/wp-content/plugins/recent-comments-with-avatars/comments.php on line 244
 Polska – NRD – Niemcy – Świat | społeczeństwo | Page 3
Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Jak to sie robi w Niemczech: PIT

Ponieważ w Niemczech termin złożenia zeznania podatkowego (przynajmniej dla zwykłego etatowca) mija 31 maja, to jest to dobry pretekst do napisania teraz notki o podatkach od wynagrodzeń. Ale znowu zastrzeżenie: niemiecki system podatkowy jest baaardzo skomplikowany (spotkałem się z opinią że najbardziej skomplikowany na świecie), więc proszę nie oczekiwać od tej notki kompletności i bezbłędności. Chodzi mi raczej o przedstawienie ogólnych zasad i idei.

Zacznijmy od dużej różnicy w stosunku do Polski: W Niemczech każdy podatnik należy do jednej z sześciu klas podatkowych (Lohnsteuerklasse) - w pewnym zakresie odpowiada ona polskiej koncepcji wspólnego rozliczania się małżonków. Tyle że jest to o wiele bardziej skomplikowane. I tak:

  • Klasę I mają osoby samotne
  • Klasę II mają osoby samotnie wychowujące dzieci
  • Klasę III mają osoby żonate/zamężne, których partner(-ka) nie pracuje albo zarabia bardzo mało i ma klasę V
  • Klasa IV jest dla obojga małżonków zarabiających podobnie.
  • Klasa V to brak zarobków lub bardzo niewielkie zarobki, przy partnerze/partnerce z klasą III.
  • Klasa VI jest dla drugiego i następnych stosunków pracy obowiązujących jednocześnie - bo wtedy nie liczy się wtedy sumy wolnej od opodatkowania, wykorzystanej już w pierwszym.

Od klasy podatkowej zależą różne kwoty wolne od opodatkowania.

No dobrze, ale na co płacimy, żeby z naszego brutto zostało netto?

  • Składkę na emeryturę. O tym już było.
  • Składkę na ubezpieczenie zdrowotne. Też już było.
  • Składkę na ubezpieczenie bezrobotnych (Arbeitslosenversicherung). Stawka wynosi 3% od przychodu brutto do 67.200 euro rocznie, płacone solidarnie przez pracodawcę i pracobiorcę, z tego finansowane są wszelkie świadczenia dla bezrobotnych. Zasadniczo nie jest to ubezpieczenie sensu stricto, tylko rodzaj podatku.
  • Składkę na ubezpieczenie opiekuńcze (? - nie wiem jak to będzie po polsku, po niemiecku Pflegeversicherung). Jest to 1,95% od przychodu brutto do 45.900 euro rocznie, płacone solidarnie przez pracodawcę i pracobiorcę. Bezdzietni pracobiorcy którzy ukończyli 23 rok życia płacą dodatkowo 0,25%. Z tego finansowana jest opieka nad ludźmi upośledzonymi, co się przecież każdemu może zdarzyć. A im dłuższe życie tym większe prawdopodobieństwo.

Teraz przystępujemy do podatkowania. Najpierw odliczamy kwoty wolne od podatku, jest to 8004 euro na osobę rocznie + 1000 euro ryczałtem na zatrudnionego (chyba że udokumentuje że ma więcej wydatków związanych z pracą, wtedy więcej) i 7008 euro rocznie na każde dziecko.

Możemy jeszcze odliczyć sporo różnych rzeczy, na przykład składki członkowskie na partię, związek zawodowy albo stowarzyszenie zawodowe; datki na organizacje dobroczynne albo kościoły (tylko za poświadczeniem, stąd gdy kościoły zbierają na tacę na cel dobroczynny to większe datki wrzuca się w specjalnych kopertach na których trzeba napisać nazwisko i adres, poświadczenie przychodzi pocztą).

Ciekawsze jest odliczenie na dojazdy do pracy. Suma odliczenia nie jest zależna od środka komunikacji a tylko od odległości z domu do pracy. Można nawet chodzić na piechotę. Trzeba podać oba adresy, odległość i ilość dni w których się w pracy było. Stawka za kilometr odległości (liczy w jedną stronę, nie tam i z powrotem) to 30 centów. No i to wychodzą spore pieniądze do odliczenia, jak się ma daleko do pracy.

Ogólnie z kosztów związanych z pracą daleko od domu można odliczyć sporo. Częste tutaj jest pracowanie jako Wochenendheimfahrer - znaczy w tygodniu pracuje się gdzieś daleko a na weekend jedzie do domu. Wiąże się to z wynajmowaniem mieszkania i te koszty też można odliczać.

Jest też możliwość odliczania sobie kosztów pokoju do pracy we własnym mieszkaniu, ale tu Finanzamt jest bardzo krytyczny. Jest powiedziane że pokój ten ma być "centralnym punktem działalności zawodowej" i to trzeba dobrze udowodnić, bo jak nie to mogą być z odliczaniem problemy.

Jak już poodliczaliśmy, to liczymy podatek. I to jest dopiero skomplikowane, bo skala między progami nie jest liniowa. I leci to tak:

  • do 8.004 euro podatku się nie płaci.
  • między 8.005 a 13.469 euro płaci się stawkę liniowo rosnącą od 14% (przy dolnej granicy) do 24% (przy górnej granicy).
  • między 13.470 a 52.881 euro płaci się stawkę liniowo rosnącą (ale wolniej) od 24% do 42%

dalej między progami jest już liniowo.

  • od 52.882 do 250.770 - 42%
  • powyżej 250.731 - 45%

Najwyższą stawkę płaci 1,74 miliona podatników, czyli wcale niemało. A progresja nie jest jakaś zabójcza, bogacze spokojnie znieśliby więcej.

Ale to jeszcze nie koniec. Bierzemy teraz naliczoną sumę podatku, wyliczamy od niej 5,5% i pobieramy od podatnika dodatkowo jako Solidaritätszuschlag (dodatek solidarnościowy). Podatek ten pojawił się w 1991 roku i przeznaczony był na finansowanie zjednoczenia Niemiec. Dziwnym trafem środki z tego podatku przeznaczono też na zapłacenie pierwszej wojny w Zatoce Perskiej, taka solidarność z USA czy jak? Ile NRD-owskiego sprzętu przy tym napsuli... (Zdjęcie: Wikipedia)

Ciężarówka IFA zniszczona w pierwszej wojnie w zatoce perskiej

Ciężarówka IFA zniszczona w pierwszej wojnie w zatoce perskiej Źródło: Wikipedia

No i został jeszcze jeden składnik - podatek kościelny, oczywiście tylko dla podatników którzy zadeklarowali wyznanie. Tu, tak jak przy Solidaritätszuschlagu, bierzemy sumę naliczonego podatku, liczymy 8-9% (zależnie od landu), ewentualnie ograniczamy sumę od góry (też zależnie od landu) i pobieramy to od podatnika dodatkowo.

Wcześniej każdy pracujący otrzymywał co roku z urzędu meldunkowego kartę podatkową (Lohnsteuerkarte) z wpisaną klasa podatkową, mnożnikiem zwolnienia podatkowego na dzieci i wyznaniem (ze względu na podatek kościelny) i musiał tę kartę dostarczyć pracodawcy. Po zakończeniu roku dostawał tę kartę z powrotem z wpisanymi danymi o zarobkach, wpłaconych zaliczkach na podatki i ubezpieczenia itd. Kartę tę trzeba było dołączyć do zeznania podatkowego. Od pewnego czasu papierowe karty zlikwidowano i teraz istnieją tylko w formie elektronicznej. Rozliczenia na koniec roku też przychodzą jako wydruki z komputera z numerem identyfikacyjnym, który trzeba wpisać do zeznania podatkowego i wysyłanie tego papieru nie jest już potrzebne.

Niemiecka karta podatkowa, 2009

Niemiecka karta podatkowa, 2009

Przejdźmy teraz do zeznania podatkowego. Nie jestem na bieżąco z systemem polskim, ale zajrzałem do formularza w znalezionego w sieci i widzę że nic się nie zmieniło - w Polsce całe wykonanie obliczenia jest zrzucone na podatnika, a urzędnik zajmuje się tylko szukaniem gdzie jest źle i czy da się przywalić jakąś karę. W Niemczech jest inaczej - do zeznania wpisujemy tylko dane wyjściowe a całe obliczenie robi Urząd Skarbowy - od tego przecież jest i po to ma swoje komputery. W Polsce jak urzędnik jakiegoś odliczenia nie uzna to trzeba latać do urzędu, poprawiać zeznanie w mnóstwie miejsc (bo całe obliczenie przestaje się zgadzać) - tutaj jak mi raz czegoś nie uznali to urzędnik zadzwonił mnie o tym poinformować i zapytał czy będę składał odwołanie, bo jak nie to zaraz skończy i mi decyzję wyśle, a jak tak to żebym napisał i wysłał odpowiednie pismo a on się do tego czasu wstrzyma z dalszym obrabianiem mojego zeznania.

Dodatkowo w Niemczech jest zasada, że jeżeli w jakimkolwiek fragmencie zeznania coś może zostać uwzględnione na różne sposoby, to zawsze przyjmuje się ten najkorzystniejszy dla podatnika.

Logo Elsterformular

Logo Elsterformular Źródło: Wikipedia

Przejdźmy teraz do kwestii technicznych. Oczywiście można udać się do urzędu, wziąć druki, wypełnić je ręcznie i wysłać pocztą, ale jest też lepszy sposób. Ministerstwo Finansów udostępnia już od kilkunastu lat za darmo w sieci program do robienia zeznania podatkowego. Nazywa się on Elsterformular (Elster to sroka, ktoś miał trochę poczucia humoru) i jest całkiem fajny. Zawiera wszystkie formularze, wraz z objaśnieniami i potrafi w pewnym zakresie sprawdzić sensowność i kompletność wpisanych danych. Potrafi też z grubsza i niewiążąco policzyć ile będzie zwrotu/dopłaty i przetransmitować zeznanie przez sieć do urzędu. Standardowo trzeba posłać jeszcze pocztą skrócony wydruk na papierze i ewentualnie oryginały załączników, a jeżeli ma się podpis elektroniczny to tylko te załączniki. Program jest dostępny również na MacOS i Linuxa, ale niekoniecznie na wszystkie rodzaje podatków. Developerzy mogą skorzystać z modułu klienta transmisyjnego, stąd programy komercyjne również potrafią transmitować zeznania do urzędu. W 2011 już co czwarty podatnik składał zeznanie na drodze elektronicznej.

W handlu co roku pojawia się mnóstwo komercyjnych programów do robienia zeznania podatkowego, w cenach od pięciu do kilkudziesięciu euro. Na początku ze dwa razy coś takiego w kategorii 10-15 euro kupiłem, ale nie oferowały one jakoś znacząco więcej niż ten darmowy Elster, więc myślę że nie warto. No może wyjaśnienia były napisane mniej fachowym językiem, ale jak ktoś nie rozumie tych urzędowych opisów to wątpię żeby zrobił rozliczenie dobrze przy uproszczonych. A te droższe programy w cenie ponad 50 euro to już się w ogóle nie opłacają, przynajmniej dla jednego zeznania - doradcy podatkowi liczą sobie za zrobienie zeznania jakieś 80 euro (dane niekoniecznie aktualne).

System podatkowy w Niemczech jest może i bardzo skomplikowany, ale jakoś o wiele przyjaźniejszy dla podatnika niż w Polsce. Co oczywiście nie oznacza tolerancji dla kombinacji i oszustw podatkowych - wywalenie drzwi u podejrzanego o oszukiwanie żeby skontrolować dokumenty nie jest niczym niezwykłym (jednemu mojemu znajomemu Portugalczykowi mającemu firmę tak weszli, teściowa z Polski była w domu ale się bała otworzyć bo nie umiała po niemiecku). Ale oni szukają faktycznych przestępstw - zaniżania podatków, zatrudniania na czarno albo na śmieciówki (czyli zaniżania składek na ubezpieczenia społeczne) - a przy tym znają przepisy, natomiast z działalności w Polsce pamiętam kontrole skupiające się na szukaniu brakujących kodów pocztowych odbiorcy faktury (no karygodne uszczuplenie przychodów Państwa o 0 złotych 00 groszy, rozstrzelać!). Inna kontrola uważała, że koszty wizyty u klienta można wliczyć w koszty uzyskania przychodu tylko jeżeli wizyta bezpośrednio zakończyła się sprzedażą (bo jak nie ma przychodu to nie ma kosztów jego uzyskania - facepalm stopą). I pamiętam też kontrolę co nam przywaliła absolutnie niesłuszną wysoką karę, bezprawność jej potwierdził po paru latach sąd, Skarb Państwa zwrócił z odsetkami, ale to była już musztarda po obiedzie (Bye, bye, Bolanda). Ale pani urzędniczka swoją premię za wykrycie nieprawidłowości dostała a po wyroku nie musiała jej zwrócić. Może przez ostatnie paręnaście lat coś się zmieniło, ale nie sadzę.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (18)

Jak to się robi w Niemczech: Umowy śmieciowe i wyzysk pracowników

Niemcy są krajem socjalnej gospodarki rynkowej z silnymi związkami zawodowymi i mocnym prawem pracy, co oczywiście nie znaczy że wyzysk pracowników tu nie istnieje. O związkach zawodowych (szczególnie w kontekście dyskusji u WO na temat związku zawodowego programistów) przewiduję osobną notkę, dziś w charakterze wstępu do niej o wyzysku.

Podobnie jak w Polsce, istnieje oczywiście w Niemczech tendencja żeby zastępować etaty umowami/zleceniami albo o dzieło. Nie jest to jednak dla pracodawcy proste. Ustawodawca walczy z tym zjawiskiem (zwanym Scheinselbstständigkeit - pozorna samodzielność). Wygląda to tak, że pracownik z taką umową może zwrócić się z tym do sądu i jeżeli faktycznie wygląda to na umowę śmieciową to sąd nakaże zmienić ją na etat. Oczywiście to jest słaby mechanizm - kto zaryzykuje późniejsze zwolnienie albo szykany - ale jest też inny. Zauważmy, że osoba prowadząca działalność gospodarczą nie ma obowiązku odprowadzania składek na ubezpieczenia społeczne. W związku z tym ustawodawca traktuje pozorną samodzielność jako pracę na czarno, i jako taką law enforcement ściga ją również bez wniosku ze strony pracobiorcy. No i to już jest porządny bat. Jeżeli coś takiego się wykryje, to nie tylko będą dla pracodawcy kary, ale też będzie on musiał zapłacić zaległe składki na emeryturę i to obie jej części (znaczy i pracodawcy i pracobiorcy), do 30 lat wstecz. Bat jest chwilami nawet zbyt porządny - bywa że prawdziwy freelancer musi się bronić przed przymuszaniem go do etatu, bo ktoś się dopatrzył że on przez dłuższy czas robił projekt tylko dla jednego klienta siedząc u niego w biurze i to wygląda jak Scheinselbstständigkeit. Skala problemu jest trudna do oszacowania, ale nie jest porażająca - dotyczy to prawdopodobnie paruset tysięcy osób.

To wszystko nie znaczy jednak, że w Niemczech umowy śmieciowe nie sa problemem - są, ale nie w tak prymitywnym wydaniu. Umowy śmieciowe robi się w Niemczech inaczej. Służą do tego firmy od pracy tymczasowej (Zeitarbeitunternehmen).

Zjawisko Zeitarbeit nie jest jednorodne i nie można potępiać go w czambuł. Dla mnie na przykład zatrudnienie w firmie tego typu jest korzystne - jest to forma pośrednia między etatem a freelancingiem. Z jednej strony mam prawdziwy etat - z ubezpieczeniami, urlopem itd., z drugiej strony nie jestem związany z jednym miejscem pracy, a jeżeli chcę (lub muszę, bo na przykład projekt się skończył)  robić coś innego to szukaniem zajmuje się firma w której mam ten etat. Firma bierze też na siebie jakby chwilowo nic dla mnie do roboty nie było. Tak samo nie muszę się martwić całą biurokracją. Firma bierze oczywiście za to swoją dolę - ale to też jej zmartwienie ile wynegocjuje z klientem, ja mam zagwarantowaną sumę i już. Do tego gdy na przykład u klienta próbują zarządzić pracę w sobotę, to ja po prostu oznajmiam że mają porozmawiać o tym z moim szefem z mojej firmy i mam to gdzieś, bo sprawa upada natychmiast i bez żadnego rozmawiania.

Ale na niższych stanowiskach nie wygląda to już tak różowo. Ludzie miewają umowy, że dostają płacę tylko gdy pracują (a pracują tylko chwilami), muszą robić raz tu, raz tam (i nie mogą odmówić), dostają najczęściej mniej niż etatowi na tym samym stanowisku (bo klient ma na przykład zakładowy układ taryfowy, a pracownicy z zewnątrz mu nie podlegają), itd. itd. Strajkowanie i protestowanie jest dla takich pracowników bardzo utrudnione - bo firma gdzie faktycznie pracują zasadniczo nie jest stroną w konflikcie. Powszechne jest, zwłaszcza w szpitalach i domach starców, przemieszczanie personelu z firmy macierzystej do specjalnie założonej agencji pracy tymczasowej. Za marchewkę robi wówczas lekka podwyżka stawki godzinowej, ale inne warunki robią się wyraźnie gorsze.

Skala takich rozwiązań nie jest znowu aż taka olbrzymia, dotyczy to około miliona ludzi, z czego spora część to jednak fachowcy którym ten tryb odpowiada, a gdyby nie odpowiadał to bez większego problemu by pracodawcę zmienili.

Znacznie większym problemem niż umowy śmieciowe i Zeitarbeit jest w Niemczech forma zatrudnienia zwana potocznie 400-Euro-Job albo 400-Euro-Basis. Polega to na tym, że można zatrudnić pracownika płacąc mu do 400 Euro brutto miesięcznie. Pracobiorca nie płaci od tego podatku, składek na ubezpieczenia społeczne i tylko niewielki ryczałt na ubezpieczenie zdrowotne (ale tylko jeżeli ma jeden taki job, przy dwóch i więcej równolegle składki i podatki trzeba płacić). Pracodawca płaci trochę różnych składek, opłat i podatków, ale i tak wychodzi mu to znacznie taniej niż zatrudnianie na etacie. Kiedyś istniało w tym trybie ograniczenie do 15 godzin pracy tygodniowo, ale teraz tego już nie ma.

Pomyślane to było jako możliwość dorobienia sobie, bez zbędnej biurokracji i opłat. I rzeczywiście, dla studenta roznoszącego reklamy żeby sobie dorobić do stypendium to byłoby OK. Ale pracodawcy nie są w ciemię bici i wolą zatrudnić parę osób na ten 400-Euro-Job niż jednego etatowca. Trudno na przykład znaleźć inną ofertę pracy w sklepie niż na te 400 euro. I na takie umowy pracuje w tej chwili coś koło 7,5 miliona ludzi, to po prostu tragedia.

Ogloszenie o pracy na 400-Euro-Job

Ogloszenie o pracy na 400-Euro-Job

Ale można być dymanym jeszcze bardziej. Jest też coś takiego jak 1-Euro-Job. To euro to stawka za godzinę. Formalnie rzecz biorąc to nie jest płaca, tylko ryczałtowy zwrot kosztów, na przykład dojazdu do pracy. Czyli w zasadzie jest to praca za darmo, i to w wymiarze 20-30 godzin tygodniowo. Rzecz może nie jest masowa, bo dotyczy tylko bezrobotnych którzy w ten sposób mają zdobyć doświadczenie, mieć coś w CV i w ten sposób zdobyć normalna pracę. Kieruje do tego urząd pracy, są sytuacje że nie da się odmówić bez utraty zasiłku. W praktyce oczywiście pracodawca dyma takich pracowników na maksa, a przy ich pomocy również wszystkich innych, nawet tych na normalnych etatach.

Można też pracować całkiem za darmo - jest sporo ofert dotyczących wolontariatu. Ale tu od razu wiadomo, że nie da się oprzeć modelu biznesowego na pracy wolontariuszy - są to raczej oferty różnych stowarzyszeń szukających w ten sposób współpracowników. Inna kategorią są domy starców proponujące obcokrajowcom uczącym się dopiero niemieckiego rozmowy z pensjonariuszami, albo studentom prowadzenie ze staruszkami jakichś zajęć. Natomiast instytucje kulturalne szukają w ten sposób hobbystów do pomocy.

No i oczywiście można też być dymanym w różny sposób na etacie. Ale tutaj pracownicy mają więcej możliwości obrony. O tym napiszę wkrótce w osobnej notce.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (6)

Blockupy Frankfurt

Od wczoraj do soboty różni lewicowi aktywiści robią we Frankfurcie Europejskie Dni Akcji Blockupy Frankfurt. W planie mieli dużo różnych akcji, w rodzaju blokady Europejskiego Banku Centralnego i innych banków, czy generalnego blokowania i robienia zadymy. (Obrazek z ich strony, tylko dlaczego go poprawnie przyciąć nie umieją?)

Ogłoszenie Blockupy Frankfurt

Ogłoszenie Blockupy Frankfurt Żródło

Miasto nie udzieliło zgody na większość z tych akcji, organizatorzy odwołali się do sądu, ale sąd potwierdził zakaz. Mimo to coś się dzieje. Na Römerze demonstrują przed ratuszem, rządek policjantów broni dostępu do środka. W ratuszu jest też Urząd Stanu Cywilnego - pary które planowały w tych dniach ślub musiały się przenieść do innego urzędu.

Blockupy Frankfurt

Blockupy Frankfurt

 Wśród uczestników demonstracji dominuje młodzież, widać trochę aktywistów różnych związków zawodowych i od Die Linken. Kręci się te sporo ludzi wyglądających na zadymiarzy.

Blockupy Frankfurt

Blockupy Frankfurt

 

Blockupy Frankfurt

Blockupy Frankfurt

 Ponieważ akcja skierowana jest przede wszystkim przeciwko bankom, policja blokuje sporą część śródmieścia, tam gdzie banki są. Usunięto obóz Occupy Frankfurt. O tym że do zadym może dojść świadczy fakt, że w ostatnich dniach mieszkańcy śródmieścia znaleźli w skrzynkach pocztowych pisma niby z FES (miejskiej firmy od śmieci) żeby wystawić akurat w piątek swój Sperrmüll. Chodzi oczywiście o to, żeby na barykady było.

Wygląda na to, że policjantów jest więcej niż protestujących.

Blockupy Frankfurt - samochody policji

Blockupy Frankfurt - samochody policji

Niektóre sklepy w zagrożonej okolicy na wszelki wypadek zabiły szyby dechami i w piątek będą miały zamknięte.

Blockupy Frankfurt - zabezpieczone wystawy sklepów

Blockupy Frankfurt - zabezpieczone wystawy sklepów

 

Blockupy Frankfurt - zabezpieczone wystawy sklepów

Blockupy Frankfurt - zabezpieczone wystawy sklepów

Termin akcji blokowania banków jest bardzo marnie wybrany. Dziś jest święto (Christi Himmelsfart), na piątek większość ludzi bierze urlop i w tych bankach prawie nikogo nie będzie. Zarządy banków zaleciły pracownikom którzy jednak w piątek do pracy przyjdą, żeby przyszli "po cywilnemu", czyli bez garniturów.

Blockupy Frankfurt - zablokowane przez policję dojście do banków

Blockupy Frankfurt - zablokowane przez policję dojście do banków

 

Blockupy Frankfurt - zablokowane przez policję dojście do banków

Blockupy Frankfurt - zablokowane przez policję dojście do banków

 

Blockupy Frankfurt - zablokowane przez policję dojście Europejskiego Banku Centralnego

Blockupy Frankfurt - zablokowane przez policję dojście Europejskiego Banku Centralnego

Jak już pisałem w notce o Occupy, akcję uważam za bezsensowną, banki to zły adres. Idźcie z tym do polityków.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (3)

Jak to się robi w Niemczech: Ubezpieczenia zdrowotne

Dostałem właśnie nową kartę ubezpieczenia zdrowotnego, więc to dobry pretekst żeby coś o tych ubezpieczeniach napisać.

Ubezpieczenia zdrowotne w Niemczech działają całkiem nieźle. Oczywiście w gazetach i telewizji narzekań jaka to wielka katastrofa jest pełno, ale według mnie to czysty objaw przewracania się w pewnych częściach ciała z dobrobytu. To czy tamto z pewnością należałoby zmienić, ale generalnie nie jest źle. Ale po kolei. Znowu nie będę robił rysu historycznego od Bismarcka do dziś, tylko to co istotne dla stanu aktualnego. I, podobnie jak przy notce o ubezpieczeniach emerytalnych, proszę nie traktować tej notki jak wyroczni - rzecz jest skomplikowana i pełne jej omówienie zajęłoby spore tomiszcze. I musiałby to zrobić ktoś bardziej fachowy niż ja.

Niemiecki system ubezpieczeń zdrowotnych oparty jest na Kasach Chorych i składa się z dwóch części. Pierwsza to ubezpieczenia tzw. ustawowe (gesetzlich), druga to prywatne (privat).

Ustawowe ubezpieczenie zdrowotne jest obowiązkowe dla wszystkich, oprócz zarabiających powyżej pewnej sumy rocznie, urzędników i prowadzących działalność gospodarczą. Suma graniczna wynosi obecnie około 50.000 EUR rocznie brutto, można jednak zarabiając więcej nadal być członkiem kasy ustawowej. Składki pobierane są od wynagrodzeń, do niedawna było to około 14% (szczegóły dalej) płacone solidarnie przez pracodawcę i pracobiorcę, od dochodów nie przekraczających 3850 EUR miesięcznie. Od tego, co powyżej już się nie płaci. Nie pracujący małżonek/małżonka i dzieci (niepełnoletnie i/lub uczące się) są automatycznie ubezpieczone razem z tym pracującym członkiem rodziny, bez opłacania dodatkowych składek.

Zebrane składki są używane przez Kasy Chorych na opłacanie świadczeń medycznych ich członków w tym samym roku - system nie przewiduje akumulacji składek na przyszłość. Dzięki temu zmiana kasy nie jest większym problemem. Do niedawna kasy różniły się między sobą wysokością stawek (szczegóły dalej), nadal różnią się zakresem finansowanych świadczeń ponadstandardowych i ogólną sprawnością działania i gospodarowania.

Kas Chorych jest cała masa (chociaż coraz mniej - bo się konsolidują), wiele z nich zaczynało jako kasy branżowe ale o dawna wszystkie są otwarte. Praktyka wykazała że im więcej członków, tym łatwiej działać, więc nie ma sensu zawężać kręgu przyjmowanych klientów. Zwłaszcza że ustawowa kasa chorych nie ma prawa odmówić przyjęcia w poczet członków ze względu na stan zdrowia. Kasa do której należę (Techniker Krankenkasse) była kiedyś (od 1884!) kasą dla architektów, inżynierów i techników (z rodzinami), teraz każdy może się do niej zgłosić.

No dobrze, ale co finansuje ustawowa kasa chorych? Dużo, prościej będzie wyliczyć za co się płaci z własnej kieszeni. A płaci się za:

  • Za każdą pierwszą w danym kwartale wizytę u danego lekarza lub w szpitalu (bez skierowania, jeżeli inny lekarz skierował to nie) płaci się tzw. Praxisgebühr w wysokości 10 EUR. Ta opłata idzie do kasy chorych i jest dość kontrowersyjna, ale jej sens jest taki, żeby ograniczyć doctor hopping - chodzenie z tym samym do paru lekarzy. Nie płaci się, jeżeli lekarz wykonuje tylko usługi nie płatne przez kasę albo badanie profilaktyczne z katalogu danej kasy.
  • Za większość leków płaci się ryczałt w wysokości od 5 do 10 EUR (ale nie więcej niż faktyczny koszt leku). Za preparaty nie będące lekami (typu witaminy) albo leki spoza obowiązujących procedur medycznych itp. płaci się 100% z własnej kieszeni.
  • Ubezpieczenie ustawowe pokrywa tylko koszty leczenia i profilaktyki, zabiegi typu kosmetycznego są w całości płatne.
  • Katalog refinansowanych przez kasy badań profilaktycznych jest spory, ale badania spoza tego katalogu są już płatne (chyba że lekarz je zaleci). Podobnie płaci się za zabiegi medyczne spoza katalogu.
  • Z zabiegów stomatologicznych kasa finansuje niezbyt dużo, zazwyczaj do ustalonej wartości najtańszego możliwego wariantu (np. plomba amalgamatowa). Protezy zębowe są refinansowane tylko w pewnym procencie (niewielkim, rzędu 10%, więcej jeżeli ma się udokumentowane regularne kontrole stomatologiczne przez ileś lat, najlepiej przynajmniej 10).
  • Za pobyt w szpitalu (do 28 dni w roku) płaci się stawkę dzienną w wysokości 10 EUR.

A teraz parę ciekawych rzeczy, za które się nie płaci (Uwaga, niektóre z nich mogą być usługami ponadstandardowymi - nie we wszystkich kasach musi tak być):

  • Generalnie nie płaci się za profilaktykę i leczenie dzieci i leki dla nich. Nie płaci się również tych 10 EUR Praxisgebühr za dziecko.
  • Nie płaci się za profilaktyczne badania ginekologiczne, przeglądy stomatologiczne, porządne przeglądy zdrowia po czterdziestce  (raz na 5 lat) itp.
  • Trzy cykle in vitro są dofinansowywane w połowie. Przez pewien czas w samym początku wieku kasy finansowały w 100% cztery cykle.

Do niedawna system działał tak, że kasy same ustalały sobie wysokość składki, na końcu roku obliczano wynik każdej kasy z osobna, a gdy któraś miała stratę, dostawała wyrównanie z funduszy tych kas, które miały zysk. Ten punkt systemu był zdecydowanie zły, bo część kas chorych dumpowała stawki żeby przyciągnąć nowych członków z kas chorych z wyższymi składkami, potem robiły minus i dostawały od tych samych, lepiej gospodarujących kas dofinansowanie. Ja bym zmienił to tak, że zrobienie straty zobowiązywałoby do podniesienia składki w następnym roku do poziomu pokrywającego te straty z nawiązką i dumping cenowy by się natychmiast skończył. Zmiany poszły jednak w trochę innym kierunku.

Od niedawna (2009) obowiązuje dla wszystkich kas jednolita i ustalona odgórnie stawka w wysokości 15,5%. Kasy, którym to nie wystarcza mogą pobierać opłaty dodatkowe. Składki sa płacone częściowo przez pracodawcę, częściowo przez pracobiorcę, już nie po równo, tylko 7,3% pracodawca a 8,2% pracobiorca. Zdaje się że udział pracodawcy został zamrożony i wszelkie podwyżki i opłaty dodatkowe mają iść z kieszeni pracobiorcy.

A teraz omówię drugą część systemu - ubezpieczenie prywatne. Dotyczy ono lepiej zarabiających - żeby w ogóle na nie przejść trzeba zarabiać sporo ponad średnią, być urzędnikiem albo mieć działalność gospodarczą. Firmy oferujące prywatne ubezpieczenia zdrowotne działają na zasadach komercyjnych i mogą sobie wybierać czy przyjmą kogoś na klienta. Składka na ubezpieczenie prywatne jest zależna od wieku klienta w momencie wstąpienia do kasy, jego płci, stanu zdrowia itp., ale niezależna od zarobków. Ponieważ składka jest ustalana w momencie przystąpienia do ubezpieczenia, na początku płaci się więcej niż się wykorzystuje. Ten "nadmiar" odkładany jest przez ubezpieczenie i używany jest do finansowania usług w przyszłości. W związku z tym zmiana firmy ubezpieczającej nie jest sensowna, bo te składki przepadają, a w nowej firmie ustalą składki według aktualnego wieku i stanu zdrowia klienta. Jeżeli w ogóle go przyjmą.

Do tego firma ma prawo w różnych wypadkach podwyższyć wysokość składki, na zasadach nieco podobnych do podwyżek stawek w ubezpieczeniach komunikacyjnych (koszty, "szkodowość" itp.). Jest też w tym haczyk (a nawet wielki hak) - bez problemu można przejść z ubezpieczenia ustawowego do prywatnego, ale z powrotem już są ograniczenia. Można to zrobić jeżeli spadnie się poniżej tej granicy zarobków, ale tylko jeżeli ma się w tym momencie mniej niż 55 lat. No i zgromadzone składki przepadają.

Jak z 10 lat temu sprawdzałem, dla zdrowego trzydziestoparolatka składka na ubezpieczenie prywatne wynosiła trochę ponad 1/3 składki ustawowej, ale trzeba by osobno płacić za dziecko, i jakby doliczyć ew. niepracującą żonę to wychodziłoby z grubsza na to samo co składki na kasę ustawową. Ale składki w ubezpieczeniu prywatnym stale rosną, średnio 6% rocznie. Tak czy inaczej bym się nie zdecydował, bo któż wie co będzie dalej. Z ubezpieczeniem prywatnym można sobie kiedyś w przyszłości nie poradzić, ustawowe jest pewniejsze.

No dobrze, ale co w ubezpieczeniu prywatnym jest lepsze niż w ustawowym?

  • Ubezpieczenia prywatne mają większy katalog usług refinansowanych. Chyba też w niektórych przypadkach wyższe stawki za usługi.
  • Nie ma tych 10 EUR Prexisgebühr.
  • W szpitalu ma się prawo do pokoju jedno albo dwuosobowego i żeby na obchód przychodził ordynator.
  • Jak się umawiać na termin do lekarza, to ubezpieczeni prywatnie często dostają bliskie terminy, a ustawowych spycha się na "za dwa tygodnie" itp.
  • Lepsze (ale też i droższe) ubezpieczenia prywatne pokrywają dużo więcej zabiegów dentystycznych, na przykład porządne koronki.

Czy warto przechodzić na ubezpieczenie prywatne? Moim zdaniem nie za bardzo. Dla młodego, zdrowego człowieka wygląda to atrakcyjnie, ale potem może być różnie.  Stawki na pewno wzrosną, można samemu wpaść problemy finansowe, może w problemy wpaść kasa. Nie jest dla mnie jasne, co się stanie, jeżeli kasa do której przez 30 lat wpłacało się pieniądze na ubezpieczenie prywatne zbankrutuje. Raczej może być bardzo przykro. Jeżeli chce się mieć powiedzmy trójkę dzieci, to w kasie prywatnej będzie trzeba płacić za każde osobno, w ustawowej nie zapłaci się dodatkowo ani centa. Itd. itd. W dyskursie publicznym obowiązuje narracja o "Zwei-Klassen-Medizin" (medycynie dwóch klas), ale im tu się naprawdę w odwłokach poprzewracało. Ja tam jestem zadowolony z ubezpieczenia ustawowego i mimo że zarabiam sporo powyżej tej granicy, nie przejdę na prywatne. Nawet gdyby dało mi to chwilowe oszczędności.

A ze społecznego punktu widzenia, ubezpieczenia prywatne to katastrofa. Messedż jest taki: Jak będziesz bogaty, to dostaniesz od państwa lepszą usługę taniej i nie będziesz musiał dokładać się do dobra wspólnego. I nie zakładaj rodziny, bo będziesz musiał dopłacić.

Prywatnie ubezpieczone jest tylko 13% ludności, reszta jest ubezpieczona ustawowo (Jak nie liczyć ok. 50.000 nie ubezpieczonych wcale, czy to z biedy, czy to z bogactwa). Możliwy jest też taki wariant, żeby ubezpieczyć się ustawowo, ale wykupić sobie ubezpieczenie dodatkowe na pewne usługi takie jak w ubezpieczeniu prywatnym (np. protezy dentystyczne, albo ordynatora na obchodzie). Ale policzyłem parę takich wariantów i według mnie się nie opłaca. A w ogóle to skąd to emo na ordynatora?

Może jeszcze parę szczegółów technicznych. W roku 1995 wszyscy ubezpieczeni otrzymali karty ubezpieczenia zdrowotnego. Karty ty były chipowe, jednak w tamtych czasach nie dało się w nie włożyć wielu funkcji. Karty te pełniły tylko rolę identyfikatora, a na chipie były zapisane tylko dane osobowe i numer ubezpieczonego. Na karcie nie było nawet zdjęcia, słyszałem o kombinacjach z pożyczaniem karty żeby pójść do lekarza za darmo. Byle płeć i mniej więcej wiek się zgadzały.

Stara (do 2012) niemiecka karta ubezpieczenia zdrowotnego

Stara (do 2012) niemiecka karta ubezpieczenia zdrowotnego

Lekarze powszechnie i od dawna prowadzą kartotekę na komputerze (karty to i tak wymuszają), tylko nieliczni piszą jeszcze rozpoznania na papierze. Dziś prawie wszyscy mają system na Windowsach, ale kiedyś znacząca część lekarzy miała małego IBM-a AS/400 i terminale. Rozliczenia z kasą chorych ta taka biurokracja, że bez komputera nie da rady.

Akurat teraz wprowadzane są karty ubezpieczeniowe całkiem nowej generacji. Na karcie znajduje się zdjęcie ubezpieczonego (można było podesłać przez sieć), a chip ma sporo pamięci i kryptografię. Na razie uruchomiona jest tylko funkcja identyfikacyjna, taka jak i w poprzednich kartach, ale wkrótce ma tam być możliwość zapisu dokumentacji medycznej, recept itp. Dane mają być mocno szyfrowane i odczytywalne tylko wtedy, gdy do czytnika włożona jest również karta autoryzacyjna lekarza.

Nowa (od 2012) niemiecka karta ubezpieczenia zdrowotnego

Nowa (od 2012) niemiecka karta ubezpieczenia zdrowotnego

Notka zrobiła się bardzo długa, a jeszcze bym napisał jak działa kasa chorych, o kontrowersyjnym finansowaniu altmedu, o in vitro... . Więc następne notki naturalnie nastąpią.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (4)

Jak to się robi w Niemczech: System emerytalny

W Polsce dyskutuje się teraz problemy systemu emerytalnego, na pewno notka o tym jak to jest w Niemczech będzie poczytna. Więc trzeba ją napisać. Jak dotąd nie zauważyłem w sieci powoływania się na zmyślone dane z Niemiec w tym temacie (chociaż przyznaję że RAZa od dłuższego czasu nie czytałem), ale wcześniej czy później na pewno to nastąpi - będzie co podlinkować dla sprostowania.

Nie chcę wdawać się tu w rys historyczny, bo to materiał na monografię w co najmniej trzech tomach na kredowym papierze, z podobizna smoka... znaczy systemu i autora. Skupię się tu na latach powojennych, a i to tylko w zakresie niezbędnym do zrozumienia stanu obecnego. Daruję sobie opis systemu przedwojennego, zaczniemy od reformy systemu emerytalnego w roku 1957.

Reforma ta definitywnie wprowadziła system, w którym emerytury wypłacane są przede wszystkim z bieżących składek. Trudno byłoby zrobić inaczej - wpłacane wcześniej składki zostały w dużym stopniu zjedzone przez hiperinflację wielkiego kryzysu, następne użyte przez nazistów na zbrojenia, potem wojna... Nie było z czego brać. Na system emerytalny szło 14% płacy brutto płacone solidarnie przez pracodawcę i pracobiorcę. Ale od początku system był w pewnym stopniu dofinansowywany z budżetu.

No i na początku działało to całkiem dobrze. Gospodarka dynamicznie się rozwijała, przyjeżdżali młodzi gastarbeiterzy, emerytury rosły. Ale system miał (i ma nadal) niestety poważne luki: Nie wszyscy pracujący byli objęci obowiązkiem płacenia składek - na przykład prowadzący działalność gospodarczą i urzędnicy nie. W dodatku składki były płacone od wynagrodzeń do pewnej wysokości, od tego co powyżej też nie. Wpływy do takiego systemu bardzo zależą od chwilowego poziomu płac i stopy bezrobocia, więc już od dawna pojawiały się wątpliwości co do bezpieczeństwa przyszłej emerytury, zwłaszcza w okresach słabej koniunktury.

Norbert Blüm reklamuje rentę

Norbert Blüm reklamuje rentę Źródło: gdzieś z sieci

Najbardziej spektakularna akcja co do emerytur odbyła się w roku 1986, kiedy to ówczesny minister pracy Norbert Blüm (CDU) w ramach uspokajania społeczeństwa przyklejał na mieście plakaty głoszące "Denn eins ist sicher: Die Rente" ("Bo jedno jest pewne: emerytura").

Hasło to, w nieco zmienionej formie "Die Rente ist sicher" stało się kultowe (ale raczej ironicznie). Jednak emerytury powoli robiły się coraz mniej pewne. W 1990 przyłączono NRD i trzeba było wypłacać emerytury również NRD-owcom. A tam oficjalnie nie było bezrobocia przez 40 lat, wszyscy mieli długie staże pracy i okazało się, że średnia emerytura dla NRD-owca jest wyższa od zachodniej (w zasadzie tylko statystycznie, do zachodnich statystyk nie doliczało się na przykład wypłacanych z budżetu wysokich emerytur dla urzędników).

No i od lat 90-tych zaczęło się intensywne majstrowanie przy systemie emerytalnym. Na przykład w 1997 rząd Kohla wprowadził tzw. "czynnik demograficzny", czyli uzależnienie emerytur od relacji ilości płacących składki do pobierających emerytury. Rząd Schrödera zniósł go z przyczyn populistycznych już w następnym roku, ale po paru latach zorientował sie że był to poważny błąd i wprowadził go znowu jako "Nachhaltigkeitsfaktor" (po polsku nie ma dobrego słowa odpowiadającego "Nachhaltigkeit", po angielsku to sustainability). No i majstruje się nadal.

To było o odpowiedniku polskiego "pierwszego filara". Każdy może sobie oczywiście zawrzeć dowolną ilość ubezpieczeń w odpowiedniku "trzeciego filara". Ale jest też jeszcze coś w rodzaju "drugiego filara", tyle że nieobowiązkowe. Nazywa się to Riester-Rente od nazwiska pomysłodawcy, ministra pracy Waltera Riestera (SPD). Idea jest taka, żeby promować oszczędzanie na emeryturę poprzez ulgi podatkowe. Szczegóły dalej.

Przejdę teraz do omówienia aktualnych zasad systemu emerytalnego. System jest skomplikowany a ja nie jestem od niego fachowcem, więc proszę się nie powoływać na mnie przy sporach z Bundesversicherungsanstalt für Angestellte. Nie będę opisywał wszystkich szczegółów ani przepisów przejściowych. Chodzi mi o przedstawienie ogólnych zasad działania systemu do wykorzystania przy dyskusjach na temat zmian systemu polskiego.

  • Wiek emerytalny to 67 lat. I dla mężczyzn, i dla kobiet. Można przejść na wcześniejszą emeryturę już od 63, ale wiąże się to ze zmniejszeniem wysokości emerytury (0,3% za każdy miesiąc przyspieszenia). Można też pójść na emeryturę później i dostawać 0,5% więcej za każdy miesiąc dłuższej pracy.
  • EDIT: W systemie rejestrowane są wszystkie zapłacone składki, w tym sensie są to konta indywidualne.
  • Wysokość miesięcznej emerytury oblicza się według wzoru, w skład którego wchodzą zarobki przez cały okres pracy, współczynnik rodzaju emerytury, współczynnik wieku przejścia na emeryturę i jeszcze jeden współczynnik odgórnie ustalany.
  • Nie ma ograniczenia dodatkowych zarobków dla emerytów którzy osiągnęli wiek emerytalny.
  • Składka na ubezpieczenie emerytalne to aktualnie 19,6% wynagrodzenia brutto, płacone solidarnie przez pracodawcę i pracobiorcę. Płaci się to od wynagrodzenia do wysokości 67.200 brutto rocznie (dla części zachodniej, dla wschodniej trochę niżej), co powyżej nie jest już obciążone.
  • Składek na ubezpieczenie emerytalne nie płacą: przedsiębiorcy (oprócz rolników, rzemieślników i artystów - ci płacą, ale nie mam zdrowia omawiać obowiązujących ich zasad, zresztą to niezbyt istotne), przedstawiciele wolnych zawodów, urzędnicy, sędziowie, mnisi (księża otrzymujący pensje płacą, żeby nie było wątpliwości, nie płacą tylko duchowni bez pensji), żołnierze i osoby pracujące na 400 Euro Job.
  • Emerytury dla urzędników, sędziów, żołnierzy itp wypłacane są z budżetu, przedsiębiorcy i wolne zawody muszą się zatroszczyć o swoje emerytury sami. Nie jestem całkiem pewny, ale mnichów utrzymuje chyba kościół ze środków własnych.

EDIT: Komentator interjak słusznie zwrócił uwagę, że nie napisałem nic o wysokości emerytur. Niniejszym uzupełniam:

  • Teoretyczna maksymalna emerytura to 2200 euro brutto. Ale to naprawdę tylko teoria, bo trzeba by nie studiować i od samego początku, przez całe życie zarabiać powyżej tej granicy, która aktualnie wynosi 67.200 rocznie, a to dużo.
  • Bardziej interesująca jest wartość dla osoby, która przez 45 lat zarabiała średnią płacę. Wychodzi to 1236 euro brutto miesięcznie (dla części zachodniej, wschodnia jest niemiarodajna dla systemu).
  • Faktyczna średnia emerytura jest oczywiście znacznie niższa. Aktualna wartość liczona po wszystkich emerytach to 950 euro dla mężczyzn i 485 dla kobiet. Dla części wschodniej to jest więcej, ale to też nie mówi nic o systemie.

Jak to się ma do kosztów utrzymania? Zwracam uwagę, że w Niemczech najwyższym kosztem jest wynajmowanie mieszkania - najlepszym zabezpieczeniem na starość jest własne mieszkanie. Za te 1236 euro brutto (nie płaci się od tego już składek na emeryturę) można by żyć na jakim-takim ale niewystrzałowym poziomie, zwłaszcza poza drogimi miastami. Za średnie męskie 950 już może być trochę ciężko (z własnym mieszkaniem to ujdzie). Średnie kobiece 485 to jest bieda. Wniosek z tego prosty - na samą państwową emeryturę nie ma co liczyć, trzeba robić coś oprócz tego.

A teraz "drugi filar" - Riester Rente.

  • Riester-Rente jest dobrowolna i premiowana przez państwo ulgami podatkowymi lub dopłatami. Jeżeli ubezpieczony wpłaca na to ubezpieczenie co najmniej 4% swojej miesięcznej pensji brutto to dostaje rocznie 154 euro dofinansowania od państwa lub odliczenie wpłaconych sum od podstawy opodatkowania (zależy co dla podatnika korzystniejsze).
  • Ubezpieczenia te są prowadzone przez certyfikowane firmy, jest gwarancja że w momencie wypłaty uzyska się co najmniej sumę wpłaconych składek. Nie ma ryzyka utraty wszystkiego, jak to jest w większości klasycznych funduszy emerytalnych.
  • Od ustalonego przy zawieraniu ubezpieczenia momentu, ubezpieczony otrzymuje miesięczną, dożywotnią rentę o wysokości stałej lub rosnącej (zależnie od umowy). Jeżeli ubezpieczony umrze przed upływem ustalonego czasu gwarantowanego to świadczenia może przejąc małżonek/małżonka.
  • Ponieważ ustawodawca uznaje że najlepszym zabezpieczeniem na starość jest własne mieszkanie lub dom, to kapitał z tego ubezpieczenia można użyć do sfinansowania go.
  • Wypłacane z Riester-Rente emerytury będą podlegały opodatkowaniu na zasadach ogólnych.

Riester-Rente opłaca się raczej lepiej zarabiającym i jest krytykowana z bardzo różnych pozycji. I raczej nie jest to wielki sukces na drodze do zapewnienia masom dobrych emerytur.

To wszystko jest znacznie bardziej skomplikowane, opisałem tylko z grubsza podstawy. Myślę jednak, że na tej podstawie można sobie wyrobić ogólny obraz jak działa ubezpieczenie emerytalne w Niemczech.

W następnych notkach zamierzam omówić inne elementy niemieckiego systemu ubezpieczeń społecznych. Stay tuned.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (4)

Jak to się robi w Niemczech: Cykliści, jak zwykle wszystko przez nich

I znowu notka z którą noszę się od dawna. Dziś o jeżdżeniu na rowerze.

W Niemczech rower jest powszechnym środkiem komunikacji. Prawie każdy ma rower, a wiele osób więcej niż jeden. Czy go używa to oczywiście inna historia, ale pomieszczenia na rowery przy podziemnych garażach w budynkach mieszkalnych są zawsze przepełnione.

Rowery w rowerowni w Niemczech

Rowery w rowerowni w Niemczech

To na zdjęciu jest sporo za małe jak na taką ilość mieszkańców, reszta rowerów stoi na miejscach parkingowych z samochodami albo w piwnicach.

Rowery w garażu w Niemczech

Rowery w garażu w Niemczech

Tam, gdzie mieszkałem poprzednio pomieszczenie było ze cztery razy większe (na 18 mieszkań), ale i tak za małe.

Jeżeli ktoś roweru nie ma, to może go sobie wynająć. Na ulicach stoją rowery do wynajęcia paru firm i różnych systemów. Najbardziej rzucającym się w oczy jest system kolei niemieckich (Call-a-bike), opiera się on na specjalnie zaprojektowanych i wykonanych rowerach z elektronicznym zamkiem szyfrowym. Rowery te są solidne i nieźle wyposażone, maja na przykład amortyzowany widelec przedni i 7-biegowa przekładnię w piaście (Wspominałem że notka od dawna w drodze, zdjęcia są stare).

Rowery do wynajęcia Call a Bike, Frankfurt

Rowery do wynajęcia Call a Bike, Frankfurt


Rowery do wynajęcia Call a Bike, Frankfurt

Rowery do wynajęcia Call a Bike, Frankfurt

Rowery DB są dostępne w wielu miastach Niemiec, od połowy marca do połowy grudnia. Ceny nie są zbyt wygórowane - 8 centów za minutę jazdy, można kupić abonament roczny za jedne 36 euro, wtedy za każde pierwsze pół godziny jazdy nie płaci się już. Taka oferta jest cenowo bezkonkurencyjna (4 euro za miesiąc - wow!), trudno ją przebić nawet kupując sobie używany rower. Jak się ma BahnCard to jest jeszcze taniej. Rower można zostawić w prawie dowolnym miejscu (koniecznie przy jakimś skrzyżowaniu).

Inne systemy (np. nextbike) używają dużo tańszych, mniej więcej normalnych rowerów zapinanych na kłódki z zamkiem szyfrowym. Mają oni zupełnie inną strategię cenową, płaci się tam za każdą rozpoczętą godzinę 1 euro, za całą dobę 8 euro. Ale abonamenty są droższe - miesięczny to 40 euro. Te rowery należy zostawiać w zdefiniowanych punktach. Te są dobre raczej dla turystów.

Rowery do wynajęcia NextBike, Frankfurt

Rowery do wynajęcia NextBike, Frankfurt

Aby korzystać z takich rowerów trzeba zarejestrować się w odpowiedniej firmie i mieć komórkę. Jeżeli chcemy pojechać, to znajdujemy taki rower (jest na to app, można zobaczyć w sieci albo zapytać w call center) i dzwonimy do operatora. Podajemy numer roweru, dostajemy kod do zamka szyfrowego i możemy jechać. Po przyjechaniu na miejsce dzwonimy znowu - rower  trzeba zamknąć. Płacimy za czas wykorzystania roweru.

W ostatnich latach zrobiono wiele aby ułatwić poruszanie się rowerem po mieście. Na przykład prawie wszystkie ulice jednokierunkowe oznaczono tak, żeby jechanie przez nie rowerem pod prąd było legalne.

Rowery mogą pod prąd, Frankfurt

Rowery mogą pod prąd, Frankfurt

W wielu miejscach tam, gdzie dla samochodów były dwa pasy zrobiono tylko jeden trochę szerszy + namalowano ścieżkę rowerową.

Ścieżki rowerowe, Frankfurt

Ścieżek rowerowych już wcześniej było dużo. Uwaga na lokalną specyfikę: w Berlinie ścieżki rowerowe są czerwone, we Frankfurcie czerwone są chodniki a ścieżki rowerowe białe (znaczy w naturalnym kolorze betonu).

Niestety wielu rowerzystów zachowuje się całkowicie nieodpowiedzialnie - są oni przekonani że przepisy kodeksu drogowego ich nie dotyczą. Zwłaszcza notorycznie przejeżdżają skrzyżowania na czerwonym świetle. Nie tylko u nas, we Frankfurcie tak jest, w Berlinie widziałem rowerzystkę która beztrosko wjechała na przejście dla pieszych na KuDammie koło Gedächtniskirche, akurat jak się miało zrobić zielone dla przechodniów. Zrobiło się trochę zamieszania, ktoś ją nawet specjalnie popchnął. Ale nie sadzę żeby to ją czegoś nauczyło.

Duży nacisk kładzie się na bezpieczeństwo poruszania się rowerem, większość ludzi niezależnie od wieku jeździ w kaskach. Nawet babcie. Ale sporo jeździ jednak bez. A kask trzeba mieć, w zeszłym roku sam byłem świadkiem głupiego wypadku. Szliśmy z rodziną gdzieś w naszej dzielnicy - to jest na pagórku - boczna uliczką pod górę, z góry szybko i bez trzymanki zjeżdżał na rowerze chłopak w wieku na oko 17-18 lat. Minął nas, a po chwili usłyszeliśmy łomot - uliczka zakręcała trochę niżej, chłopak nie wyrobił się na zakręcie (chyba chciał uniknąć zderzenia z samochodem który powoli wyłonił się zza zakrętu) i przywalił głową w metalowy płot z prętów o przekroju kwadratowym. Krew się polała, chłopak miał na głowie rozcięcie na kilkanaście centymetrów, można było oglądać jego czaszkę bez rentgena. Zadzwoniłem po pogotowie, żona jako biegła w tym kierunku zatamowała krwawienie. Pogotowie przyjechało po kilku minutach i zabrało go do szpitala. Gdyby miał kask skończyłoby się na poobcieranych łokciach i kolanach. Używajcie kasków drodzy czytelnicy, to że ktoś uważa że wyglądacie głupio to pryszcz w porównaniu ze zwykłym wstrząsem mózgu. A może być i gorzej.

Wszystkie dzieci w czwartej klasie szkoły podstawowej (przypominam, że dzieci idą do szkoły w wieku 6 lat, w początku czwartej klasy to 9-latki) robią w ramach zajęć szkolnych kartę rowerową. Pamiętam że za moich czasów w Polsce podchodzono do tego bardzo luźno - musiałem tylko wysłuchać paru pogadanek, odpowiedzieć na kilka pytań na egzaminie teoretycznym i już - nikt nawet nie patrzył czy w ogóle umiem się utrzymać na rowerze. Tutaj to idzie na poważnie.

Chociaż ta powaga jest połowiczna. Karta rowerowa nie jest w żaden sposób umocowana w przepisach, to jest w zasadzie taki świstek papieru nie mający żadnej mocy urzędowej. Ale szkoły zabraniają przyjeżdżania do szkoły rowerem dzieciom, które nie mają takiej karty. Liczy się Verkehrserziehung (Wychowanie do ruchu drogowego). I to wychowanie wygląda tak:

Najpierw klasa idzie do czegoś w rodzaju PRL-owskiego miasteczka ruchu drogowego, każdy musi mieć ze sobą kask. Policja przywozi swoje rowery i każe dzieciom na nich jechać trzymając kierownicę jedną ręką i rozglądając się na boki. Warunkiem dopuszczenia do dalszego ciągu szkolenia jest żeby sobie z tym radzić.

W następnym kroku dzieci mają przyprowadzić do szkoły swoje rowery. Przyprowadzić - przecież nie mają jeszcze kart rowerowych i nie wolno im jechać. No chyba że rodzice przyjadą z nimi. To znowu nie jest specjalnie umocowane w przepisach, bo one mówią tylko że dzieci do lat 8 tylko po chodniku, 8-10 jeszcze mogą po chodniku, a powyżej 10 nie wolno po chodniku. Ale jedźmy dalej: Do szkoły przychodzi policjant i robi przegląd techniczny rowerów. Jak wszystko jest OK to przykleja odpowiednią naklejkę, jeżeli nie, to każe poprawić.

Naklejka przeglądu roweru, Niemcy

Naklejka przeglądu roweru, Niemcy

Tymczasem w szkole przez dłuższy czas omawiane są wszystkie przepisy, robione są testy itp. Aż nadchodzi czas egzaminu. Część teoretyczna to test, oprócz tego jest część praktyczna.

Przed egzaminem dzieci jadą jeszcze z policjantami na rowerach na próbne jazdy po ulicach. Sam egzamin też jest na poważnie - dziecko jedzie przodem, za nim policjant-egzaminator na rowerze mówi w którą stronę jechać i ocenia. W egzaminie pomagają rodzice na rowerach, lepiej żeby mieli kaski i rowery zgodne z przepisami.

Karta rowerowa, Niemcy

Karta rowerowa, Niemcy

W sumie jest to najpoważniejszy egzamin jaki dzieci przechodzą w szkole podstawowej. Ale to dobrze, to jest przecież poważna sprawa, nawet jeżeli uzyskany dokument ma moc dyplomu uznania.

I skoro wszyscy są cyklistami, to z czystym sumieniem można powiedzieć że wszystko przez nich.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (6)

Jak to się robi w Niemczech: Kościół katolicki się likwiduje

Nieprzypadkowo nawiązuję w tytule notki do książki Thilo Sarrazina "Deutschland schafft sich ab" ("Niemcy się likwidują"). Sarrazin bredził (pisałem już o tym), ale z niemieckim KK jest o wiele gorzej niż z całymi Niemcami i mój tytuł jest znacznie bardziej uzasadniony niż jego.

Jeszcze całkiem niedawno niemiecki KK wyglądał na bardzo silny i bogaty. Miałem o tym notki - oprócz znacznych wpływów z podatku kościelnego dostaje sporo na różne sposoby z budżetu państwa. Ale już od wielu lat ilość wiernych spada i wpływy maleją. A jak zaczyna się kryzys, ludzie tracą pracę albo zarabiają mniej to i płacony podatek kościelny gwałtownie spada - jest przecież liczony jako procent od podatku od dochodów osobistych.

Na to nakłada się brak księży. Dotąd dawało się jakoś zatykać wakaty księżmi z Polski, ale teraz i tego zaczyna brakować.

Podczas ostatniego kryzysu biskupi niemieccy zauważyli te narastające problemy i zaczęli się zastanawiać jak zapobiec katastrofie. Tendencja jest wyraźna - przychody spadają a koszty nie - gdyby nic nie zmienić to bankructwo jest nieuchronne. Szans na zwiększenie przychodów zasadniczo nie ma. Wiernych coraz mniej - niedawno pojawiły się statystyki z których wynikało że w 2010 więcej osób wystąpiło z KK niż do niego wstąpiło, a do tych wystąpień trzeba doliczyć członków KK którzy nie wystąpili tylko po prostu zmarli. Z kasy państwowej też nie da się nic nowego urwać. Trzeba więc popracować nad kosztami. Wieloletnią strategię redukcji kosztów opracowano już kilka lat temu, jednak ogólnie dostępne źródła (na przykład TUTAJ) ściemniają że przyczyny całej akcji są natury wyłącznie duchowej. To co piszę, opiera się na rozmowach z ludźmi mającymi insider knowledge.

Strategia redukcji kosztów w każdej diecezji nazywa się inaczej (na przykład w diecezji Limburg, pod którą podpada Frankfurt, nazywa się to Neustrukturierung der Seelsorge czyli Reorganizacja duszpasterstwa), ale wszędzie chodzi o z grubsza to samo - parafie łączy się po kilka w tzw. Großpfarrei (nie znam odpowiedniego określenia po polsku, pewnie jeszcze takiego nie ma). Nie będzie już księdza, pracowników biur parafialnych, a może i kościelnych w każdej parafii, mniejsza ilość pracowników będzie obsługiwać kilka punktów na zmianę. Ilość i godziny mszy mają pozostać bez zmian.

Na przykład we Frankfurcie z około 30 parafii (nie mogę się doszukać ile ich było dokładnie) zostanie tylko 6 na 140.000 katolików niemieckich (parafie narodowe pozostaną bez zmian). W sumie cały ten proces nie jest niczym dziwnym - firmy robią tak od dawna, na przykład poczta już dawno zlikwidowała większość swoich placówek. Ale kościół to niezupełnie to samo co poczta - kościoła nie da się zastąpić automatem w rodzaju Packstation. Ale analogia nie jest taka zła - zamiast placówek pocztowych pojawiają się agencyjne punkty pocztowe albo punkty innych firm spedycyjnych, a w próżnię po KK wejdą na pewno różne sekty i odłamy, chrześcijańskie albo i nie.

Kościół St. Wendel, Frankfurt Sachsenhausen

Kościół St. Wendel, Frankfurt Sachsenhausen

Problemem jest też styl, w jakim to wszystko jest załatwiane. W krwiopijczej korporacji zazwyczaj (nie zawsze, ale zazwyczaj) pracowników na takie reorganizacje się przygotowuje, w miłosiernym Kościele po prostu wydaje się pisemne rozporządzenie i wysyła je pocztą. W parafii w mojej dzielnicy w tej chwili wrze protest, bo biskup takim rozporządzeniem i bez żadnych rozmów z parafianami i z samym zainteresowanym posłał proboszcza na emeryturę od 01.02.2012, mimo że według zasad mógłby (i chciałby) on jeszcze dwa lata popracować. Co z tego że brak księży - jest harmonogram i nie ma dyskusji. Niektórzy parafianie już zapowiadają wystąpienie z kościoła.

Wszystko wskazuje na to, że parafianie zostaną po prostu pozostawieni sami sobie. Tam, gdzie działa prężna rada parafialna to jeszcze jakoś się siłą rozpędu pokręci, ale tam, gdzie i tak nic się nie dzieje wszystko wkrótce padnie. A puste kościoły się kolejno sprzeda albo zburzy, jak ten w Oberstedten.

W przypadku firmy redukcja kosztów jest normalnie połączona ze zmianami w strategii, opracowaniem nowych produktów, zmianą profilu, lepszym dopasowaniem do grupy docelowej itp., ale w przypadku centralnie zarządzanej religii znaczące zmiany nie wchodzą przecież w rachubę. Droga prowadzi tylko w dół.

I w ten sposób niemiecki Kościół Katolicki w szybkim tempie zmierza do samolikwidacji.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (1)

Jak to się robi w Niemczech: Mądrość ekonomistów

Heiko Thieme

Heiko Thieme Żródło: www.heikothieme.com

I znowu WO poruszył temat zbliżony do tego, o którym już dawno miałem napisać notkę. Dziś będzie o mądrych ekonomistach. I równie mądrych managerach. Notka będzie ilustrowana między innymi zdjęciami symboli giełdy frankfurckiej - byka i niedźwiedzia. Byk robi za hossę a niedźwiedź za bessę, stąd z niedźwiedziem chcą się fotografować wszystkie dzieci, ale delegacja bankierów omija go z daleka i zawsze robi sobie zdjęcia przy byku.

Otóż jest w Niemczech taki jeden doradca inwestycyjny, nazywa się Heiko Thieme. (TUTAJ jego strony) Pamiętam, gdy przyjechałem do Niemiec w okresie bańki internetowej był on wielką gwiazdą na rynku doradców inwestycyjnych. Było tak: Kursy rosły w kosmos, wszyscy mówili że zaraz spadną i trzeba sprzedawać - a on mówił twardo - wzrosną, kupować. I kursy rosły. Zaangażowali go do radia - co dzień rano jadąc do pracy słyszałem jak zapewnia, że będzie rosło. Pisał on też cotygodniowe prognozy ekonomiczne we Frankfurter Allgemeine Zeitung, publikował w Spieglu, Sternie, Focusie i Capital - czyli w najważniejszych tygodnikach opiniotwórczych, pracował jako ekspert dla telewizji n24. Geniusz, co nie?

Ale potem bańka pękła i kursy zanurkowały. A pan Thieme nadal dzień w dzień rano w radiu zapewniał, że kursy będą za chwilę rosły. I tak zapewniał jeszcze przez ponad rok. Dzień w dzień, nie słyszałem żeby powiedział że cokolwiek spadnie. Aż po tym dobrze ponad roku go wreszcie z tego radia wywalili, bo kursy jakoś rosnąć nie chciały. Geniusz, co nie?

Byk (hossa) przed giełdą frankfucką

Byk (hossa) przed giełdą frankfucką

Wydaje mi się, że pan Thieme jest czystym przypadkiem klinicznym, nad którym warto się zastanowić. Ci ekonomiści wmawiają wszystkim, że ekonomia to nauka, że stosują naukowe metody, że ma to wszystko jakieś realne podstawy. Historia pana Thieme pokazuje że jest inaczej - tak naprawdę to jest kwestia szczęścia. On coś sobie wymyślił i twardo się tego trzymał. No i miał szczęście, rozwój sytuacji przez dłuższy czas był akurat taki jak mówił. Ale potem sytuacja się zmieniła - ale jego metoda nie. On cały czas stał twardo i wbrew oczywistym faktom przy poprzedniej prognozie.

I ta bańka to nie była jedyna jego wpadka. Już wcześniej stosował ze zmiennymi skutkami swoją metodę stałego optymizmu. W latach 1991-1993 prowadzony przez niego fundusz inwestycyjny był jednym z najlepszych w USA, a już w 1995 amerykańskie czasopismo branżowe ogłosiło go najgorszym managerem roku. W 1997 był znowu najlepszy. I tak przez cały czas - max/min.

I w tym momencie nasuwają mi się wyłącznie określenia powszechnie uważane za obraźliwe. Przecież do takiej "strategii inwestycyjnej" jaką praktykuje pan Thieme mózg jest całkowicie zbędny. Po co takiemu darmozjadowi płacić?

Niedźwiedź (bessa) przed giełdą frankfurcką

Niedźwiedź (bessa) przed giełdą frankfurcką

Teraz druga historia. Również za czasów bańki internetowej robiłem zlecenie w firmie Start Ticket. Była to część dużej firmy Start Amadeus (główny udziałowiec: Lufthansa), która zajmuje się sprzedażą usług turystycznych. Firma powstała w czasach przedinternetowych i jej terminale znajdowały się w wielu tysiącach biur podróży w Niemczech i nie tylko. Przez te terminale można było zamówić bilety na samoloty, pociągi, imprezy, zarezerwować hotel, wycieczkę albo samochód w wypożyczalni. W tych czasach firma miała podobno największe na świecie cywilne centrum obliczeniowe, samych mainframe'ów mieli tam szesnaście, nie licząc masy mniejszych maszyn. Start Ticket był częścią tej firmy zajmującą się sprzedażą biletów na imprezy, na przykład koncerty. Jako duży i znany pośrednik z dobrą infrastrukturą dostali na przykład zlecenie na sprzedaż biletów na EXPO 2000, a szło tego około 100.000 na dobę.

No i managerowie Lufthansy wymyślili sobie, że podepną się do boomu internetowego i zawiążą spółkę w której udziałowcami będą Start jako dostawca infrastruktury i oprogramowania, Bertelsmann jako dostawca kontentu i Axel Springer, który miał robić reklamę. Nowa spółka miała sprzedawać bilety przez internet. CEO spółki została pani Ivanka Springer, tak, z TYCH Springerów. Same wielkie koncerny i doświadczeni managerowie.

No i działalność spółki zaczęła się od wymyślenia nazwy. Zaangażowana agencja reklamowa wymyśliła za sumę sześciocyfrową (jeszcze w DM) nazwę Qivive. Czy ktoś jest w stanie zapamiętać jak to się pisze (to niepoprawne łacińskie qui vive - kto żyje)? A to przecież część adresu stron www.

Ci doświadczeni managerowie planowali szybkie wejście na giełdę i dalej spokojne zużywanie zebranej od akcjonariuszy kasy. Tymczasem grono programistów robiących aplikację usiadło w przerwie śniadaniowej i szybko przekalkulowało że to wszystko ma tylko bardzo  niewielkie szanse żeby się zbilansować. Nie muszę chyba pisać jaki nastrój w firmie się zrobił.

No i wkrótce się okazało, że jest już za późno żeby wejść na giełdę, bo bańka właśnie pękała. Spółka próbowała się jeszcze ratować kredytem, ale i na to było już za późno, żaden bank nie dawał już na internet. No i wkrótce wszystko się rypło, bankructwo, zwolnienia grupowe itd. Mnie na szczęście nie ruszyło, ja tam tylko sprzątałem. Ale przecież mówimy nie o świeżych pistoletach z firmy krzak, tylko o profesjonalnych managerach, murwa ich czać, z wielkich koncernów i z wieloletnim doświadczeniem.

No i ci managerowie nie przeanalizowali sytuacji, nie policzyli sobie na karteczce pi razy drzwi, tylko zrobili to co wszyscy i to co zwykle. A potem skasowali siedmiocyfrowe wynagrodzenia i położyli firmę.

Obie te historie wydają mi się dość typowe. Jak wiadomo 90% of everything is crap, nie inaczej jest w branży ekonomicznej. Czytuję czasem prasę ekonomiczną i widzę, że duża część tych top managerów wymyśla (albo odgapią) jakiś sposób postępowania i próbuje go stosować. I jak któremuś dwa-trzy razy się przypadkiem uda, to już jest uznawany w branży za geniusza i próbuje robić to samo znowu i znowu. Tak bez zrozumienia i modyfikacji - znowu i znowu. I dalej jest to kwestia szczęścia - albo mu się uda, albo nie. Jak mu się uda - w porządku, ale jak nie to najpierw szeregowi pracownicy zaharowują się żeby to jakoś uratować, a potem i tak lądują na bruku. A manager dostaje nową posadę w nowej firmie. I znowu ta sama metoda uda mu się, albo i nie.

A my za to wszystko płacimy.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (6)

Jak to się robi w Niemczech: Upadek prasy papierowej

Dyskusja u WO skłoniła mnie wreszcie do napisania notki na temat upadku prasy papierowej w Niemczech. Nosiłem się z tym od dawna, ale nie chciało mi się robić researchu. No ale notka wreszcie jest.

Temat omówię na przykładzie Frankfurter Rundschau. Najpierw trochę historii.

Frankfurter Rundschau było pierwszą gazetą powojenną w sektorze amerykańskim, a drugą w całych Niemczech - wydawanie w Niemczech gazety do 1949 roku wymagało uzyskania licencji od władzy okupacyjnej. Pierwsze wydanie FR poszło 1. sierpnia 1945. Gazeta miała profil zdecydowanie lewicowy. Wkrótce - 15.04.1946 dla równowagi pojawiła się pierwsza frankfurcka gazeta o profilu konserwatywnym - Frankfurter Neue Presse. Trzecią frankfurcką gazetą była popołudniówka Abendpost (1948), a czwartą Frankfurter Allgemeine Zeitung (1949). Ta gazeta jest znowu zdecydowanie liberalno-konserwatywna.

Frankfurter Rundschau

Frankfurter Rundschau

No to mamy komplet. Z biegiem lat gazety te zapozycjonowały się w różny sposób. FAZ stał się gazeta ponadregionalną  z siecią korespondentów zagranicznych, ma największą sprzedaż zagraniczną ze wszystkich gazet niemieckich. Frankfurter Neue Presse (tymczasem należąca do tej samej fundacji co FAZ) ustawiła się regionalnie - ma kilka wydań z różnymi nagłówkami dla okolicznych regionów. Abendpost padł już dość dawno temu - w 1988. Najciekawsza z punktu widzenia #upadekprasypapierowej jest historia Frankfurter Rundschau i teraz zajmiemy się nią bliżej.

Przyznam szczerze, że żadnej z omawianych gazet codziennych nie czytuję. Próbowałem - dawałem się namówić na próbne prenumeraty wszystkich trzech tytułów, ale to mi nie leży. Te gazety są strasznie grube, nie mam czasu tyle czytać, a większość artykułów mnie w ogóle nie interesuje. Praktyka jest taka, że w domu gromadzi się nie przeczytana makulatura. Jak miałbym płacić, to tylko za wybraną część kontentu i nie na papierze. Żeby nie było że i tak bym nie kupił - zdarza mi się płacić za dostępny również na papierze kontent z sieci - kupuję na przykład potrzebne mi testy ze Stiftung Warentest. Mam też konta na paru systemach mikropłatności, więc technicznie to nie jest dla mnie problem.

FR, podobnie jak FAZ ustawiła się ponadregionalnie, jednak nie miała tak dużych sukcesów jak konkurentka. Ale jeszcze gdy przyjechałem do Frankfurtu (1999) szło jej nieźle. Dużą część sprzedaży robiły jej ogłoszenia drobne - na przykład powszechna opinia była taka że jak ktoś szuka mieszkania powinien kupić FR, wydanie piątkowe po 12 (bo wydanie przed i po godzinie 12 były różne). Rzeczywiście ogłoszenia z działki nieruchomości były tam najlepsze.

No ale pamiętamy, co się stało potem - w branży ogłoszeń drobnych pozamiatał Internet. Najbardziej trafiło to gazety czysto ogłoszeniowe - w rodzaju Das Inserat - musiały one całkowicie zmienić model biznesowy i połączyć się w grupy. Ale przejście ogłoszeń drobnych do sieci odebrało też sporą część przychodów gazetom codziennym. Do tego spadły też dochody z reklamy. FR zaczęła mieć poważne problemy finansowe.

Redakcja Frankfurter Rundschau

Redakcja Frankfurter Rundschau

Kolejny cios przyszedł ze strony gazet bezpłatnych, które akurat wtedy zaczęły się pojawiać. To w ogóle temat na osobną notkę, większość z tych gazet nie jest warta papieru na którym jest drukowana, ale niektóre z nich lepiej informują o tym co się dzieje w bezpośrednim sąsiedztwie niż te duże i znane gazety płatne.

No i pojawił się też bezpłatny kontent z sieci. Czynniki te dotyczyły oczywiście wszystkich trzech frankfurckich gazet, ale najbardziej trafiło to FR. Początek ostrego kryzysu przypadł na rok 2003, akurat wtedy poznałem pewnego redaktora działu kulturalnego FR, więc mam trochę insider knowledge. Tak dokładnie to moja żona poznała jego niedawno poślubioną żonę, Polkę. No i tak się trochę towarzysko spotykaliśmy.

FR powoli traciła płynność, uzyskała jednak gwarancje bankowe od landu. Problem polegał jednak na tym, że land jest rządzony przez CDU, więc gwarancje landu bardzo osłabiały wiarygodność lewicowej linii gazety. W związku z tym w roku 2004 90% udziałów w gazecie nabył holding medialny należący do SPD. W planie było jednak pozbycie się chociaż części tych udziałów, żeby w ciągu dwóch lat zejść poniżej 50%. Ale najpierw trzeba było ratować FR przed bankructwem. Na początek wzięto się za zwalnianie pracowników. W ciągu trzech lat z 1700 zostało ich tylko 750. Matthias opowiadał trochę historyjek o wydarzeniach w redakcji, a wkrótce miał dość tego nacisku i z żoną przenieśli się do Polski. Teraz uczy w Polsce niemieckiego i jest zadowolony. No ale on był typem podróżnika, nie za bardzo przywiązanego do bezpieczeństwa i stabilizacji.

W 2006 większość udziałów w FR kupiło wydawnictwo M. DuMont Schauberg, posiadające kilka innych niemieckich tytułów regionalnych (np. Berliner Zeitung, Kölner Stadtanzeiger, Mitteldeutsche Zeitung i trochę drobniejszych). Koncepcja wydawcy jest taka, że część działów będzie wspólna dla wszystkich tych gazet, a każdy z tytułów będzie miał tylko swoją redakcję regionalną. Dla redukcji kosztów FR zamieniła swoją dotychczasową siedzibę na tańszą, w kwartale o którym miałem już notkę. Wymieniono też naczelnego. I tak udało im się na razie uciec grabarzowi spod łopaty.

Redakcja Frankfurter Rundschau

Redakcja Frankfurter Rundschau

I teraz następuje najciekawsze: Co FR robi żeby przeżyć.

Najpierw zmienili format. Zrezygnowali z wielkich płacht i przeszli na znacznie mniejszy format tabloidowy. Niby nic wielkiego, ale w komunikacji miejskiej czyta się wygodniej. Za ten pomysł dostali nawet jakieś branżowe nagrody, podobno młodsi czytelnicy kupują taką gazetę chętniej.

Drugim posunięciem było obniżenie kosztów przez likwidację czterech wydań regionalnych (z siedmiu).

Nie wiem, czy można to uznać za "posunięcie", czy raczej jego brak, ale FR to jedyna gazeta którą jeszcze sprzedają gazeciarze na ulicy. Stoją na skrzyżowaniach ze światłami i sprzedają FR kierowcom. Inne gazety już dawno się z tej formy sprzedaży wycofały.

Teraz uwaga: Frankfurter Rundschau oferuje różne warianty prenumeraty elektronicznej. Najpierw dla porównania cena prenumeraty miesięcznej na wydanie papierowe: 34,75 EUR.

Prenumerata w aplikacji na iPada albo pada z Androidem kosztuje 17,99 EUR miesięcznie. Nie wszystkie artykuły są dostępne w ten sposób. Ich app dostał parę branżowych nagród i podobno jest najlepszą aplikacją gazetową w Niemczech.

Jest też wariant, do którego dokładają iPada2 w wybranej wersji. Kosztuje to miesięcznie 29,90 EUR (umowa na minimum 2 lata) + jednorazowa dopłata do sprzętu (w najtańszej wersji WiFi 99 EUR).

Można też mieć j.w. + papier, kosztuje to miesięcznie 56,40 EUR (tak samo 2 lata i dopłata do sprzętu).

Jest też abonament elektroniczny zwany ePaper, jest to w zasadzie PDF w layoucie takim samym jak papier, dzięki niewielkiemu formatowi gazety daje się to nawet czytać na ekranie. Kosztuje to 21,95 EUR, dla prenumeratorów papieru w cenie prenumeraty.

Część artykułów dostępna jest darmowo w sieci, również w wersji mobile. Strony ich mają układ, jakiego nie lubię - upstrzone zajawkami i tytułami, nic sensownie znaleźć nie można. Koncepcja podobna nieco do stron Rzeczpospolitej.

Nie znajduję danych co do opłacalności wydania elektronicznego, ale FR jako całość zrobiło w 2010 19 milionów euro na minus. Wydawca zwolnił w związku z tym jeszcze 44 redaktorów i gazeta stała się jeszcze bardziej przystawką do Berliner Zeitung. Ale wydawca wydanie elektroniczne liczy chyba inaczej - Frankfurt będzie przygotowywał wydania sieciowe dla wszystkich jego gazet, na razie to tylko taki rozbieg.

Czyli papierowe Frankfurter Rundschau upadnie, to tylko kwestia czasu. Tak w zasadzie to już jest zombie. Jak będzie z płatnym kontentem w sieci - zobaczymy.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (3)

Jak to się robi w Niemczech: Occupy Frankfurt

Syn na ostatnim Kinder Uni wygrał dwa bilety do teatru, i w związku z tym znalazłem się dziś obok siedziby Europejskiego Banku Centralnego - bo to akurat naprzeciwko tego teatru. Syn z kolegą poszli na przedstawienie, a ja postanowiłem obejrzeć sobie tutejszych okupantów.

Europejski Bank Centralny Frankfurt

Europejski Bank Centralny Frankfurt

Najpierw objaśnienie: Wbrew rojeniom wielu domorosłych "ekspertów", ciemiężyciel całej Unii - czyli Europejski Bank Centralny - nie ma swojej siedziby w Brukseli, tylko u nas, we Frankfurcie. Jak na razie jego budynek jest w samym centrum miasta, ale nowa siedziba właśnie powstaje na terenie dawnej Großmarkthalle.

Nowa siedziba Europejskiego Banku Centralnego we Frankfurcie

Nowa siedziba Europejskiego Banku Centralnego we Frankfurcie

Okupanci rozłożyli się koło słynnego logo:

Europejski Bank Centralny Frankfurt - logo Euro

Europejski Bank Centralny Frankfurt - logo Euro

Okupacja ciemiężyciela nie wygląda zbyt okazale, Kilka namiotów, jakaś garkuchnia, stoisko z broszurami. Część z kręcących się tam ludzi jest bardzo ekscentryczna. Całość wygląda raczej jak koczowisko bezdomnych.

Occupy Frankfurt

Occupy Frankfurt


Occupy Frankfurt

Occupy Frankfurt

Okupanci właściwie sami nie wiedzą, czego chcą. Znaczy wiedzą że ma być dobrze, wszyscy zdrowi, bogaci i szczęśliwi, ale nie mają pojęcia jak to osiągnąć. Nawet napisali sobie to na plakacie przy wejściu na ich teren.

Occupy Frankfurt

Occupy Frankfurt

Ja miałbym dla nich radę na początek - protestują pod złym adresem. To tak, jakby okupowali psią budę, protestując że pies gryzie. Taka jego psia natura! I taka natura banku, że kosi pieniądze gdzie się da. Protest swój należy skierować do tego, kto ma nad psem, znaczy bankiem, władzę. Czyli do polityków.

Occupy Frankfurt

Occupy Frankfurt

Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (3)