Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Aparaty we Frankfurcie

Jak już niedawno pisałem, byłem przy wyborze nowego aparatu. Kryteriami były:

  • Sensor minimum jednocalowy
  • Sensowny zakres zooma, najlepiej coś rzędu minimum 28-200 mm (równoważnik dla 35 mm), dobrze by było, żeby nadawał się do zdjęć makro.
  • Gwint na filtr na obiektywie wymagany
  • Nie miał być zbyt ciężki, preferowane coś rzędu tego mojego poprzedniego Fuji (564g z paskiem i akumulatorami)
  • Miał mieć w miarę nowoczesne funkcje, w rodzaju panoramy i HDR (nie tak jak ten stary Canon EOS 500D, którego dostałem od ojca).
  • Lepiej żeby miał przyzwoity celownik oprócz wyświetlacza.
  • Cena nie taka ważna, ważne żeby wszystko pasowało.

Streszczenie poprzedniego odcinka (i dyskusji w komentarzach): Pierwszym moim kierunkiem poszukiwań były bridge cameras, ale szybko okazało się że ten gatunek jest na wymarciu, i literalnie nic nie spełniło moich wymagań. Drugie podejście to zastąpić to stare body Canona czymś nowszym do bardzo przyzwoitego obiektywu który dostałem. Tu by się nadał Canon EOS R50 (system camera, nie lustrzanka) z przejściówką EF -> RF, jedynym problemem była sumaryczna waga. A co dopiero nowe body lustrzanka - to by dawało ciężar zbliżony lub większy od aktualnego zestawu. Potem zauważyłem, że ten obiektyw da się za całkiem niezłą cenę sprzedać (inaczej niż body 500D, którego nikt już nie chce), więc może by tak nowa całość? Poszukałem po wszystkich firmach, i wyszło że jednak optymalny byłby jednak Canon R50 + zoom RF 18-150 mm (równoważnik 28-240 mm). Obejrzałem w sklepie prostszy wariant tego R50 zwany R100 (różnice: stały wyświetlacz i mniej funkcji). Całkiem niezły był, mały i lekki, plastik, ale nie badziew. Potem zajrzałem co poleca Ken Rockwell, i u niego ten R50 to była "The Best Camera for Most People".

Decyzja zapadła - wybrałem Canona EOS R50 z tym obiektywem RF. Zamówiłem (okazało się, że cena jako set u Canona była niby wyższa niż przy wielu innych ofertach, ale dawali 150 EUR rabatu i w sumie wychodziło tyle, co najtańsza inna propozycja).

W piątek aparat przyszedł. No i powiem, że jestem pod wrażeniem. Dla ustalenia uwagi: To jest entry-level camera, żaden tam profi sprzęt. (Ten 500D to też był entry-level, ale 15 lat temu).

Przy pierwszym włączeniu zostałem przysypany mnogością funkcji, opcji i informacji na ekranie. Mimo że to entry-level. Teraz czytam instrukcję (812 stron) i próbuję wszystko po kolei, jestem na stronie 220. Przy czytaniu wszystko się wyjaśnia, obsługa jest OK, trzeba tylko zapoznać się z podstawami i dalej idzie. Trochę obserwacji:

  • Aparat zrobiony jest na Tajwanie, tak samo jak i ten 500D. W odróżnieniu od mojego starego Fuji zrobionego w Chinach.
  • Nie mam zastrzeżeń do jakości wykonania. Można dyskutować jedynie z koncepcją żeby bagnet obiektywu był plastikowy, ale odczucia przy zakładaniu obiektywu nie różniły się znacząco od tych przy metal-metal 500D, ciągle zmieniać obiektywów nie planuję, więc OK. A relatywnie niska masa też nie bierze się z niczego.
  • Średnica bagnetu RF jest taka sama jak EF, a i aparat jest mniejszy, i obiektyw ma mniejszą średnicę. Gniazdo obiektywu na aparacie wygląda więc na nieproporcjonalnie duże, a obiektyw rozszerza się o centymetr w miejscu połączenia z aparatem. Trochę się im przewymiarowało, ale to nie jest problem.
  • Miałem pewne wątpliwości, czy celownik elektroniczny nie jest jednak wyraźnie gorszy od celownika optycznego lustrzanki. Przy pierwszym spojrzeniu miałem wrażenie że ten elektroniczny strasznie laguje, ale potem przestało. To chyba był problem, że przy pierwszym włączeniu (pierwszym w ogóle, a może pierwszym po każdym włożeniu akumulatora) pewnie coś tam musi przekalkulować i wygenerować jakieś tabele do RAMu, albo coś podobnego, i przez ten czas procesor jest trochę zajęty. My też mamy tak w naszych HUDach.
  • Ten celownik elektroniczny jest więcej niż OK - rozdzielczość jest super, czas reakcji też, po chwili zapomina się, że to nie celownik optyczny. No i tam widać to, co rzeczywiście będzie na zdjęciu. Ja wiem że tak mówili zawsze o celowniku optycznym w lustrzankach, ale w dzisiejszych czasach to już tak nie wygląda. Szczegóły dalej.
  • Obiektyw jest świetny, jeszcze lepszy niż ten podobny zakresem EF. Zakres zooma jest większy, minimalna odległość dla makro znacznie mniejsza. No i jest o wiele lżejszy. I jeszcze fokusowanie w EF było dość głośne, a w tym nic nie słychać.
  • Zupełnie nową jakością jest połączenie bezprzewodowe - aparat można sprzęgnąć aplikacją na telefonie (przez BT i WiFi), aparat może brać z telefonu czas i geolokalizację, i można aparatem sterować zdalnie (na przykład zamiast średniowiecznego wężyka). Podobnie do przerzucania zdjęć do komputera nie potrzeba już kabelka.
  • Ze względu na konkurencję aparatów w telefonach Canon dołożył do aparatu trochę filtrów. Można na przykład zrobić "rybie oko", efekt miniatury (teraz wiem, skąd niedawny wysyp takich zdjęć), różne HDRy (wychodzi super), itp. To dlatego uważam, że to w celowniku elektronicznym widać to, co będzie na zdjęciu - bo tam jest preview efektu. No i jeszcze różne kompensacje obiektywu itp. W lustrzance prawdziwy wynik widać zawczasu tylko na wyświetlaczu, ale na pewno nie w celowniku optycznym.
  • Wyświetlacz jest touch, prawie wszystko można sterować dotykowo.
  • Przypominam, że jestem dopiero w jednej czwartej instrukcji - na pewno jest tam jeszcze wiele fajnych rzeczy.
Zdjęcie z HDR
Zdjęcie z HDR
Zdjęcie w nocy
Zdjęcie w nocy, z ręki - wcale nie było tak jasno jak na zdjęciu.

Są oczywiście też minusy (ale nie za wielkie):

  • Nie bardzo zrozumiałem jak to dokładnie działa, ale aparat ma dwie migawki: elektroniczną i mechaniczną. Nawet nie wiem, gdzie ta mechaniczna jest, bo po zdjęciu obiektywu widać sensor, a po drodze nie ma żadnej migawki. Ale skutek jest taki, że robienie zdjęcia nie jest bezgłośne - migawka mechaniczna trzaska, i to wcale nie cichutko, chociaż ciszej niż lustro w lustrzance. Najgorzej jest przy panoramie - aparat trzaska seriami jak karabin maszynowy. Jest co prawda tryb bezgłośny, wtedy używana jest tylko migawka elektroniczna, ale nie działa to na wszystkich programach.
  • Zatyczka do obiektywu nie ma żadnego sznureczka żeby nie ginęła. Ale to nic nowego - w tym 500D też tak było, ojciec dorobił sznureczek sam. Ja chyba też tak będę musiał zrobić, bo mam już odruch puszczania zatyczki po jej zdjęciu z obiektywu i ona co chwilę ląduje na podłodze.
  • Obiektyw RF nie ma przełącznika między focusem automatycznym a ręcznym jaki był w EF.  Trzeba przełączać w menu. Ale dzięki ekranowi dotykowemu kontrola nad focusem jest znacznie lepsza niż w 500D i potrzeba wyłączania autofocusu na pewno będzie pojawiać się jeszcze rzadziej.
  • Gdzie aparat złapał focus jest bardzo ładnie pokazane w celowniku, ale znacznie słabiej na wyświetlaczu. Ale trochę naciągam, że to jakaś specjalna wada. Celownik jednak rulez!
  • To już zupełny drobiazg: Stopka do lampy błyskowej nie ma ani jednego ze standardowych kontaktów, tylko własne złącze krawędziowe Canona. Żeby użyć typowej lampy błyskowej trzeba kupić przejściówkę. Ale zewnętrzną lampę błyskową i tak używałem ostatnio ze 30 lat temu z Praktiką BC1.

Ogólnie: jestem zadowolony. To był dobry wybór. Poleca się.

Jeszcze małe porównanie: Obok siebie FujiFilm Finepix S6800, Canon EOS 500D z obiektywem EF-S 18-135mm i Canon EOS R50 z obiektywem RF 18-150 mm. Chyba już po tych zdjęciach od razu widać, dlaczego nie chciałem nosić tego 500D.

Od lewej: Fuji Finepix S6800, Canon EOS 500 D z obiektywem EF-S 18-135, Canon EOS R50 z obiektywem RF 18-150
Od lewej: Fuji Finepix S6800, Canon EOS 500 D z obiektywem EF-S 18-135, Canon EOS R50 z obiektywem RF 18-150
Od lewej: Fuji Finepix S6800, Canon EOS 500 D z obiektywem EF-S 18-135, Canon EOS R50 z obiektywem RF 18-150
Od lewej: Fuji Finepix S6800, Canon EOS 500 D z obiektywem EF-S 18-135, Canon EOS R50 z obiektywem RF 18-150

I waga (razem z paskiem, bo tak się przecież nosi): Fuji: 564 g, 500D: 1051 g, R50: 711g. Czyli w porównaniu z Fuji przybyło mi jakieś 150 g, ale to nadal aż 340 g mniej niż przy 500D.

Przypomniałem sobie też, że  mam jednak w szufladzie filtr poly 55mm - kupiłem go jako używkę dawno temu do wcześniejszego Fuji S5600. Nie jest taki dobry jak ten 67 mm do 500D, ale na razie może być.

Czyli: pewnie zdjęcia na blogu będą lepsze.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Ciekawostki

Skomentuj

Aparaty w Alzacji

Korzystając z przedłużonego weekendu postanowiliśmy z żoną wybrać się na parę dni do Alzacji. W sumie mieliśmy taki plan już w zeszłym roku, ale wtedy w ostatniej chwili zmieniliśmy kierunek na Karlove Vary. Tym razem zmiany planu nie było, a przy okazji mogłem wypróbować aparat w warunkach polowych. Do Alzacji wrócę za chwilę, zacznę od aparatu.

Od 2013 używałem aparat FujiFilm Finepix S6800. To jest bridge camera, nie za droga (coś rzędu 150 EUR wtedy), całkiem OK. Ma solidny zoom (ekwiwalent 24-720 mm dla 35mm), jest dość lekka (670g), chodzi na zwykłe akumulatorki AA, sprawowała się ogólnie nieźle. Raz miałem z nią kłopot - w Paryżu przed Luwrem oznajmiła że ma problem i nic nie chciała działać. Wysłałem ją nawet do producenta, ale oni powiedzieli że wszystko OK i zalecili używanie dobrych akumulatorów. Później znalazłem, że problem był w sofcie - obiektyw przy włączeniu aparatu się wysuwa, ale zatyczka na obiektyw zapiera się nie o wysuwaną część, tylko o stały tubus i przeszkadza w tym wysuwaniu. Jeżeli zapomnieć zdjąć zakrywkę przed włączeniem aparatu to bywa, że soft się zawiesza i pomaga tylko hard reset przez wyjęcie akumulatorów.

Aparat ten miał oczywiście też swoje wady. Po pierwsze i najważniejsze to duży zakres zooma jest silnie sprzężony z rozmiarem sensora obrazu. Trzydziestokrotny zoom jest możliwy tylko przy małym sensorze, tu miał on 6,2x4,6mm. A mały sensor to problemy jak jest ciemno. Striggerowało mnie, że w kopalni (Feengrotten Saalfeld) nie mogłem tym aparatem zrobić nie ruszonego zdjęcia, a komórką udało się to bez najmniejszego problemu. Poza tym zaczęły szwankować przyciski z tyłu (drgania styków itp). No i od zawsze brakowało mi gwintu na filtr - wcześniej przyzwyczaiłem się do używania filtra polaryzacyjnego, a tu się nie dawało.

No to może coś nowego. Jako wymagania postawiłem: gwint na filtr, uniwersalny zoom z sensownym zakresem i sensor minimum jednocalowy. Zorientowałem się w aktualnej ofercie rynkowej i okazało się, że klasa bridge camera jest na wymarciu. No i po eliminacji kamer bridge nie spełniających wymagań zostało mi tylko Sony DSC-RX10M4 za 1350 EUR i o wadze 1095g. Aparat może i niezły, ale za tyle i w tej kategorii wagowej to już można mieć coś porządnego z dużym sensorem i wymiennymi obiektywami.

Tymczasem byłem w kraju, i tam ojciec sprezentował mi swojego Canona EOSa 500D z przyzwoitym zoomem EF-S, ogniskowa 29-216 (ekwiwalentnie), bo on już na wycieczki niestety jeździł nie będzie. Dla ustalenia uwagi: to aparat entry level z roku 2009, prawdziwa lustrzanka, sensor EPS-C (22,5x15mm). Niestety nie działa w nim jedna rzecz - w celowniku jest taki mały wyświetlacz ledowy pokazujący różne parametry, i wszystkie segmenty świecą w nim cały czas (niektóre słabiej i zależnie od tego, co mają pokazywać, ale różnica jest zbyt mała żeby odczytać, co ma tam być). Szukałem w sieci i kilka osób meldowało taki problem, ale recepty na to nie było. Chyba było tak od początku, ale ojcu nie przeszkadzało. Aparat jest niestety ciężki (935g z obiektywem + jeszcze ciężki pasek), nieco denerwuje mnie trzaskające lustro (odzwyczaiłem się). Wyświetlacz z tyłu jest na stałe (nie przekręcany), nie jest touch, paru funkcji brakuje, na przykład nie da się zrobić nim panoramy, nie ma też HDR. (W moim S6800 HDR co prawda jest, ale zdjęcia z nim nie nadają się do oglądania). Sprawdziłem rynek wtórny i jest cała masa ofert na to body nie przekraczających 100 EUR, i to jak w pełni sprawne. Nikt tego nie chce, za stare. Obiektyw też proponują za poniżej 100 EUR.

Na wycieczce do Alzacji zrobiłem nim około 400 zdjęć i takie są moje wnioski:

  • Piętnastoletni akumulator trzyma nadal świetnie, nie musiałem doładowywać, nawet jedna kreska nie zeszła.
  • Obiektyw jest spoko, zakres wystarcza do normalnego użytkowania. Trochę słabe jest makro, ale można przeboleć. Jak by było naprawdę potrzeba, można by dokupić obiektyw makro.
  • Celownik optyczny to jednak dobra rzecz, w S6800 nie było celownika wcale. We wcześniejszym aparacie (FujiFilm Finepix S5600) miałem celownik elektroniczny, ale rozdzielczość miał tak marną że był do niczego i nie używałem go.
  • To pokazywanie parametrów w celowniku jednak by się przydało.
  • Ciężar trochę daje się we znaki, zwłaszcza że w plecaczku noszę jeszcze parasol (też fajny sobie kupiłem, Euroschirm 3133-CBL, full automat, 400g, przydał się bo sporo padało), buteleczkę wody, przewodnik w formie książkowej itp. Z Fuji nosiłem jeszcze czytnik ebooków (Onyx Boox Note Air2 Plus, 445g), ale z Canonem dałem mu spokój. I tak w sumie jest sporo do noszenia przez cały dzień.
  • Tych bardziej współczesnych funkcji trochę brakuje.
  • Tymczasem kupiłem przyzwoity filtr polaryzacyjny i to świetna rzecz.

Wnioski: Obiektyw mógłbym zachować, szkoda wywalać, wiele lepszego i tak Canon nie ma w tym zakresie zooma. Natomiast body mógłbym wymienić na współcześniejsze i lżejsze, ewentualnie w lepszej kategorii.

No i teraz problem, w którą stronę iść. Zostałbym przy Canonie i tym obiektywie. Żeby było lżej mógłbym pójść w stronę bezlustrowych, na przykład jakiś R50 + adapter do obiektywu (660+90 EUR). Razem by wyszło około 850 g, czyli tylko troszkę lżej. Wyraźna różnica w ciężarze byłaby, gdyby kupić natywny obiektyw RF-S (trochę większy zakres zooma: 29-240), jako set z aparatem 1000 EUR, dało by to w sumie 685g, niewiele więcej niż przy moim Fuji. No ale wtedy posiadany obiektyw idzie do kosza (i filtr poly musiałbym też kupić nowy, 60 EUR). Nie wiem też, jak dobry jest obraz w tym celowniku elektronicznym, czy da się na nim ustawiać porządnie głębię ostrości. Muszę pójść do sklepu i zobaczyć to na własne oczy.

Drugi wariant to nowsza lustrzanka, na przykład 250D (600 EUR) albo 850D (715 EUR). Problemem jest waga (przy 850D nawet większa niż przy tym 500D), lustro dalej trzaska, ale ten prawdziwy celownik optyczny to jest jednak coś.

Muszę to jeszcze przemyśleć. A teraz o Alzacji:

  • Odwiedziliśmy Colmar, ładne miasteczko, najciekawszym jego punktem jest Muzeum Unterlinden z Ołtarzem z Isenheim. Rzecz ma 500 lat i jest namalowana tak, że wycinkami bezproblemowo można by ilustrować współczesne teksty fantasy.
Ołtarz z Isenheim - fragment
Ołtarz z Isenheim - fragment
  • Na jeden dzień wyskoczyliśmy do Szwajcarii, do Bazylei, oczywiście uważając żeby nie wyjechać na szwajcarską autostradę (bo dla tych paru kilometrów nie ma co kupować szwajcarskiej winiety).
Bazylea - taki sam, ruchomy pomnik szewca mamy we Frankfurcie
Bazylea - taki sam, ruchomy pomnik szewca mamy we Frankfurcie
Muzaum samochodów Mulhouse
Muzeum samochodów Mulhouse
  • Niestety nie wystarczyło nam czasu na muzeum kolei w Mulhouse, podobno największe w Europie.
  • Podobnie nie zdążyliśmy zobaczyć stacji telegrafu optycznego systemu Chappe w Haegen
  • Odwiedziliśmy Strassburg. Ładne miasto, obejrzeliśmy też instytucje europejskie. Tu ostrzeżenie: Tam mają Umweltzone, znaczy pozwalają wjeżdżać tylko samochodom spełniającym konkretne normy emisyjności. Nasz Avensis się łapał, ale oni wymagają swojej plakietki potwierdzającej to, a niemieckiej plakietki nie uznają. Problemem jest nawet przejazd autostradą A35 przez miasto. Niestety dowiedziałem się tego wszystkiego dopiero w trakcie podróży i nie udało się już nic zrobić - w normalnym trybie załatwienie plakietki trwa parę tygodni. Próbowałem uzyskać przez sieć Ausnahmegenehmigung - jest taki tryb zgody na wjazd na 24 godziny dla samochodów nie spełniających norm, decyzja jest w 15 minut, wpisują numer rejestracyjny do systemu i można jechać, ale pojazdowi który normy emisyjności spełnia ten tryb nie przysługuje. Zobaczymy, czy przyjdzie mandat (podobno ok. 60 EUR)
Strassburg - katedra
Strassburg - katedra
Strassburg - budynek Rady Europy
Strassburg - budynek Rady Europy

Największe wrażenie zrobiła na mnie ta kolekcja samochodów, muszę zrobić o niej notkę. I na pewno doniosę też o decyzjach w sprawie aparatu.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Ciekawostki, Warto zobaczyć

10 komentarzy

Safety, safety über alles

Nadal mam mnóstwo roboty a w czasie wolnym zajmuje mnie śledzenie wydarzeń na wojnie, ale temu tematowi nie przepuszczę - jak chyba łatwo się domyślić będzie  o Titanie.

Raczej wszyscy słyszeli co się stało, więc tylko w dużym skrócie: Paru gości z firmy Oceangate zrobiło pojazd podwodny do wożenia bogatych turystów na duże głębokości, na przykład do wraku Titanica  (3800 m), i zanurzenie nie poszło według planu. Pilot i czterech turystów nie żyją.

No i wczoraj zobaczyłem filmik, w którym jakiś inżynier od techniki podwodnej pokazuje i komentuje logi z komunikacji między pojazdem a statkiem na powierzchni. Logi mają timestampy, a to przecież ważne. Komunikacja jest tekstowa, nie głosowa. UWAGA: Logi pochodzą z nieoficjalnego źródła i mogą być fejkowe, ale brzmią całkiem sensownie więc raczej są prawdziwe.

Analiza komunikacji z Titanem

Polecam obejrzenie, gość wie o czym mówi, chociaż według mnie idzie w analizie w złą stronę. On wziął sobie czas schodzenia na tą głębokość z wypraw Camerona i z prospektów firmy, i cały czas mówi że schodzą za szybko, bo powinno być 25,33 m/min. Ja bym się jednak do tego czasu i prędkości za bardzo nie przywiązywał - Cameron miał całkiem inny pojazd, więc czasy są całkowicie nieporównywalne, a w prospekcie można napisać wszystko. No i ten gość liczy prędkości od momentu startu, który nie jest zbyt jasny. Procedura przy tym Titanie jest taka, że na statku stoi on na takiej pływającej platformie, najpierw platforma zjeżdża na powierzchnię wody, potem zanurza się razem z pojazdem. Dalej pojazd odłącza się od platformy, platformę zabierają na statek a pojazd rozpoczyna zanurzenie. Trudno powiedzieć z jakiej głębokości startują i w którym momencie zaczynają liczyć czas. To teraz może moja analiza (pomijam wiadomości nie wnoszące nic bezpośrednio do sprawy):

  • o 8:19:53 ze statku mówią że minęło 15 minut i pytają o głębokość.
  • o 8:21:28 wraca informacja, że jest 756 m. Jeżeli wierzyć w te 15 minut i liczyć od zera, to prędkość opadania wychodzi 44 m/min. Tą wartość pomijamy, jest zbyt niepewna.
  • o 8:34:02 statek mówi że 30 minut i pyta o status - wszystko OK.
  • o 8:49:10 statek mówi że 45 minut i pyta o głębokość
  • o 8:51:30 głębokość jest 1934 m. Licząc od poprzedniej głębokości prędkość wychodzi 39 m/min.
  • o 9:15:21 statek mówi że 75 minut (ciut szybko, jest dopiero 71) i znowu pyta o głębokość.
  • o 9:17:50 głębokość jest 2960 m. Od poprzedniej prędkość wychodzi 34 m/min.
  • o 9:28:16 pojazd zgłasza alarm od RTM (Real-Time Monitoring, to ma nadzorować stan kadłuba)
  • o 9:28:35 głębokość jest 3433 m, załoga mówi "Reducing velocity descent". To nie jest całkiem jednoznaczne - oni redukują prędkość schodzenia, czy ona spadła sama? Z obliczenia od poprzedniej głębokości  prędkość wychodzi 44 m/min, czyli wzrosła, więc raczej starają się zredukować. Opadanie szybciej może świadczyć o przecieku. A tak w ogóle to są już 400 m nad dnem.
  • o 9:30:36 pojazd melduje, że mimo że odpalili silniki żeby iść w górę (albo coś w tym rodzaju, nie jest jasne) prędkość opadania nie spadła, a nawet rośnie. Według mnie, nabierają wody. Mówią jeszcze, że zrzucą balast.
  • o 09:32:12 pojazd mówi że zrzucenie balastu nie pomogło, i że odrzucą ramę (chyba chodzi o ten stojak, na którym pojazd stoi po wyciągnięciu).
  • o 9:35:48 pojazd melduje, że potrzebowali kilku prób żeby odrzucić ramę, ale się udało, i teraz się wynurzają.
  • o 9:38:09 pojazd zgłasza trzeszczenie od strony rufy.
  • o 9:42:12 pojazd próbuje puścić diagnostykę, melduje wynurzanie, ale bardzo powolne, dźwięki zanikły ale RTM ma wszystko czerwone (jeżeli dobrze zrozumiałem, to ten RTM ma ileśtam czujników i do każdego jest czerwony LED na alarm albo coś na monitorze. Znaczy wszystkie alarmy świecą).
  • o 9:43:42 mówią, że wynurzają się, ale nie wiedzą dlaczego tak wolno. Głębokość 3476 m.
  • o 9:46:37 status czerwony na zasilaniu głównym, przełączają na awaryjne, głębokość 3457 m, więcej dźwięków od rufy.

I tu komunikacja się urywa.

Nie trzeba być fachowcem od pojazdów podwodnych żeby wyciągnąć wniosek, że nie wytrzymał kadłub. Najpierw miał mały przeciek, potem trochę większy (stąd wzrost prędkości opadania i trudności w przejściu do wynurzenia, a dalej problemy z zasilaniem), a potem implodował.

Tu dochodzimy do tematu którym (między innymi) zajmuję się zawodowo, czyli do functional safety i po co to jest. Gościu od tego Titana wymyślił sobie że zrobi biznes na bogatych turystach ekstremalnych, i zrobi to po taniości oszczędzając na safety. Paru pracowników odeszło z jego firmy na tle konfliktów co do jego podejścia do safety. Chyba wszyscy już słyszeli o sterowaniu jego pojazdem bezprzewodowym kontrolerem do gier za 29,90 USD. Tak, ja wiem, wojsko też używa podobnych, ale jednak trochę droższych i nie w zastosowaniach safety critical. Ale ten kontroler to w sumie niezbyt istotny drobiazg, on nie rozumiał problemu na znacznie głębszym poziomie.

Największym problemem był ten kadłub: Gość uważał, że kadłub jest bezpieczny, bo ma ten system monitoringu. Nie trzeba jednak mieć pojęcia o zasadach functional safety żeby zauważyć, że jak jesteś o półtorej godziny wynurzania od domu (i to jak naprawdę dobrze pójdzie) to jedyne co ci ten monitoring da, to powie ci że jesteś martwy z pewnym wyprzedzeniem w stosunku do innych metod. W tym przypadku było to 10 minut (od alarmu RTM do trzeszczenia). Według reguł safety, monitoring ma sens tylko jeżeli jest połączony z jakąś reakcją na wykryty problem. A co możesz zrobić, jak ci na prawie czterech kilometrach głębokości zaczyna pękać kadłub?

Nie będę się znęcał nad innymi technicznymi pomysłami oszczędzania na safety w tym pojeździe, bo - teraz napiszę kontrowersyjną rzecz - w safety wcale nie chodzi o faktyczne bezpieczeństwo użytkowania. A przynajmniej nie jest to cel główny - bezpieczeństwo użytkowania to tylko skutek uboczny celu głównego.

A co jest celem głównym? Ha, to za chwilę będzie dokładnie widać w sprawie Titana. Firma kazała klientom podpisywać umowy że można na tej wycieczce umrzeć, i na pewno było tam wykluczenie odpowiedzialności. Ponieważ pojazd nie miał potrzebnych certyfikacji, wycieczki odbywały się na wodach międzynarodowych. Wszystko ładnie kryte, co? Chyba jednak to tak nie działa.

Bardzo bogaci klienci dobrze płacą, ale mają też dobrych prawników jakby coś miało być nie tak. Więc należy się spodziewać paru pozwów od rodzin ofiar. Wykluczenie odpowiedzialności wykluczeniem odpowiedzialności, ale zawsze można skarżyć z "nie dołożenia należytej staranności" przy projektowaniu, produkowaniu lub obsłudze. I tak pewnie będzie tutaj.

Wypadki się zdarzają, z każdym urządzeniem technicznym, i po każdym wypadku może się trafić dokładnie taki pozew - z "nie zachowania należytej staranności". "Należytą staranność" trzeba wtedy udowodnić, a publiczne wypowiedzi szefa firmy że "całe to safety jest bez sensu i tylko hamuje rozwój" wcale tu nie pomagają.

Udowodnienie "zachowania należytej staranności" nie jest trudne - wystarczy przedstawić dokumenty świadczące o tym, że wszystko jest zrobione według przepisów. Tyle że TRZEBA JE MIEĆ, I TO KOMPLETNE!

Co to znaczy "kompletne"? To oczywiście zależy od branży i rodzaju urządzenia. Na przykład przy urządzeniach elektrycznych powszechnego użytku wystarczy świadectwo badania na bezpieczeństwo elektryczne (sorry, nie jestem studentem prawa i nie pamiętam jak to się dokładnie nazywa, miałem kiedyś z tym kontakt, ale to było 30 lat temu). U mnie, w samochodach, są na to normy ASIL, na ich podstawie trzeba sobie zrobić listę potrzebnych dokumentów. W innych branżach są normy SIL, w farmaceutykach GMP, itd. itd. Jeżeli masz poddostawców - oni muszą dostarczyć potrzebne podkładki do swoich kawałków.  Zrobisz dokumenty według takich list - i jesteś kryty w sądzie. Nie masz - leżysz i kwiczysz.

I tak będzie kwiczeć Oceangate.

Może jeszcze dam przykład, jak działa brak przepisów definiujących "należytą staranność". W samochodach wożenie dziecka w foteliku jest obowiązkowe i są przepisy definiujące jakie wymagania takie foteliki mają spełniać. Teoretycznie nie byłoby problemu, żeby takich samych fotelików używać w samolotach - na pewno poprawiłoby to bezpieczeństwo, co nie?

Tyle że nie ma żadnych przepisów definiujących wymagania na foteliki dla dzieci w samolocie. Gdyby linia lotnicza udostępniła fotelik, a dziecku stałoby się cokolwiek, nie byłoby jak odeprzeć zarzutu o "nie dołożeniu należytej staranności". Ile papierów, świadectw i certyfikatów by nie mieć, prawnik strony skarżącej zawsze może wymyślić coś jeszcze, czego nie ma. To już lepiej nie dać fotelika, bo wtedy nikt nie będzie mógł się przyczepić.

I jeszcze: Dokładnie tak samo działa całe BHP. Głównym celem BHP jest krycie pracodawcy, bezpieczeństwo pracowników jest tylko skutkiem ubocznym.

EDIT 2023.07.08: Obejrzałem jeszcze parę materiałów, i:

  • James Cameron (tak, ten Cameron od Titanica i Avatara, on jest prawdziwym specjalistą od pojazdów głębinowych) powiedział  o tym RTM dokładnie to samo co ja i prawie tymi samymi słowami.
  • Prędkość opadania 25,33 m/min wychodzi z poprzednich nurkowań Titana, więc rzeczywiście coś było nie tak już od początku nurkowania. Może byli za ciężcy? W notce przypisywałem wzrost ciężaru przeciekowi, ale:
  • Naprawdę głośnie trzaski w kadłubie były słyszane już w poprzednich nurkowaniach.
  • Po obejrzeniu szczegółów konstrukcji kadłuba i paru hintach z filmików fachowców tak się zastanawiam nad rozkładem obciążeń w tej rurze kadłuba. I to jest tak: tam jest metalowa rura, owinięta włóknami węglowymi i zalaminowana epoksydem. Jak to w laminacie włókna węglowe pracują tylko na rozciąganie, a na ściskanie w kierunku dośrodkowym pracuje ta metalowa rura i epoksyd. Problemem jest ściskanie w kierunku równoległym do osi podłużnej - tam jest ta rura i epoksyd, a włókna węglowe zapobiegają temu, żeby ściśnięta rura rozgięła się na zewnątrz. Ale ona może (przy odpowiednio większym nacisku) wgiąć się również do wewnątrz, bo żadnych wręg tam nie ma. Wtedy kadłub się trochę skróci, a wyporność zmniejszy. Stawiam hipotezę, że każdy z tych głośnych trzasków to były kolejne etapy składania się kadłuba w harmonijkę. Badań kadłuba między nurkowaniami tam na wszelki wypadek nie robili, więc nie zostało to wykryte.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki

8 komentarzy

Orły w kosmosie

Ostatnio zmieniłem komórkę, czas już był, bo w niemal każdym towarzystwie mogłem wygrywać konkurs na najstarszy smartfon. Miałem Samsunga Galaxy Note 4 (premiera 10.2014, kupiłem za pół ceny jak wszedł następny model i ten był na wyprzedaży, 01.2016). To był ostatni model z wymiennym akumulatorem, stylusem, i był bardzo dobrze wyposażony, na przykład miał pulsoksymetr. Chodził jeszcze całkiem dobrze, (tyle że Android 6.0.1, i to było już po upgrade) dopadł go głównie problem nieoryginalnych akumulatorów. Chodzi o to, że jak ten oryginalny akumulator się zestarzeje, to już się nie da kupić następnego w tej samej jakości co ten pierwszy. Nowych oryginałów już nie ma (nie wierzcie w naklejki wyglądające jak na oryginalnym, to wszystko fake), wszystkie zastępcze nie są wiele lepsze niż ten stary. A bez sensu jest zmieniać akumulator co kwartał. Już przy wcześniejszych telefonach, również dumb, problem był ten sam. Więc tą wymienność akumulatora i tak można sobie o wiadomo co rozbić.

Wybierałem tapetę na nowy telefon, i najbardziej spodobał mi się całkiem czarno-biały design z Księżycem. Nowy telefon jest trochę bardziej podługowaty niż stary, więc pomyślałem że pasowałaby jakaś rakieta. I tak, krótkimi ścieżkami skojarzeniowymi z Księżycem, przypomniał mi się Orzeł (Eagle) z serialu Space:1999.

Objaśnienie dla młodzieży: Space:1999 to telewizyjny serial SF z połowy lat siedemdziesiątych. Miał dwa sezony po 24 pięćdziesięciominutowe odcinki, pierwszy sezon z 1975, drugi z 1977. Pokazywano go w telewizji w Polsce, od 1977 do 1979, w soboty po południu, w programie drugim, w audycji zwanej Studio 2. Tytuł polski to "Kosmos 1999", ale niektórzy chcieli pochwalić się, że znają angielski i pisali "Cosmos 1999", nawet w gazecie (Przykład pod tym linkiem do wiki o "Studio 2", przy programie na 3 września 1977). Oglądali to dokładnie wszyscy, bo wtedy wyboru nie było, a coś całkiem świeżego i zachodniego, to trzeba było koniecznie. Plot jest taki, że w pierwszym odcinku na Księżycu wybucha składowisko odpadów radioaktywnych, i wyrzuca Księżyc z orbity (jak dziś pamiętam, że w pierwszym odcinku ktoś tam wygląda przez okno ze statku, a tam napis po polsku "Zgaś żarówkę" - było to już w okresie pierwszych problemów z energią). W drugim odcinku Księżyc trafia w czarną dziurę i tuneluje w inną część Wszechświata, gdzie w następnych odcinkach dzielna załoga stacji księżycowej co chwilę natrafia na życie rozumne (zazwyczaj średnio przyjazne).

Dla ustalenia uwagi: To było nakręcone między 2001:A Space Odyssey (1968, twórcy Space:1999 podają ten film jako jedno ze źródeł inspiracji wizualnej) a pierwszymi Star Warsami (1977, nawet ktośtam ze scenografów Space:1999 miał robić przy Star Wars, ale był jeszcze zajęty przy drugim sezonie). Oryginalne serie Star Treka były kręcone 1966-1969. Wtedy jakoś to do mnie nie dotarło, ale serial jest angielski, nie amerykański.

Statek Eagle z serialu dość powszechnie uważany jest za jeden z najsensowniej wymyślonych statków kosmicznych z filmów SF, i ja też tak uważam. Czytelników chcących dowodzić że on też jest bez sensu proszę o wzięcie na wstrzymanie, on oczywiście też jest bez sensu, ale chociaż troszkę mniej od innych. Ale o tym dalej.

Wymyśliłem sobie, że na tapetę telefonu najlepiej pasowałoby zdjęcie Orła od przodu z góry, szukałem takiego, ale nic w żądanych proporcjach nie było. A przy tym szukaniu oczywiście zaraz trafiłem na sety do sklejania statków z serialu. I się zaczęło.

Jak puszczali ten serial w telewizji byłem niedługo po "złotym wieku SF" (dla nie łapiących: "złoty wiek SF" to "11 lat" (EDIT: Jak sprawdzam w źródłach to jest 12-14, czyli akurat), i mnie to wzięło. Ponieważ robiłem już modele kartonowe, zabrałem się za robienie kartonowego modelu Orła. Oczywiście wyłącznie z pamięci - przecież wtedy nie dało się zdobyć nawet jakiegoś zdjęcia z gazety. Zacząłem od tej kabiny pilotów. W mojej wyobraźni cały ten "łeb" był obły, a te czarne pola obramowujące charakterystyczny biały krzyż to były wielkopowierzchniowe przeszklenia. W serialu latali tymi Orłami na Ziemię i inne planety z atmosferą, lądowali tam w przygodnym terenie, więc musiała być aerodynamika i widoczność. To przecież oczywiste nawet dla wczesnonastolatka. Podobnie wyobraziłem sobie, że te moduły z podwoziem po bokach są znacznie mniejsze niż w oryginale, z przyczyn aerodynamicznych. I moduł środkowy miał u mnie przekrój ośmiokąta znacznie bardziej wydłużonego niż ten filmowy, żeby lepiej zgrywał się aerodynamicznie z tymi modułami podwoziowymi.

Tymczasem w filmowym Orle piloci mają tylko małą, prawie prostopadłą do kierunku lotu szybę, przed którą jest jeszcze długi "nos" i pionowa ścianka z jednej strony. Na dole analogiczna do szyby prostopadła ścianka jest nieprzezroczysta. Dobrze chociaż, że płaszczyzny przed szybą pomalowali na czarno - stąd bierze się ten "krzyż". Ogólnie aerodynamika do bani, a widoczność przy lądowaniu nie istnieje. A mówimy dopiero o samej kabinie pilotów.

Space:1999 Eagle Transporter Źródło: gdzieś z sieci

Skąd więc opinia o sensowności Orła? To jest tak: Zasadniczym elementem tego statku jest przestrzenna kratownica, nieosłonięta niczym. Z tyłu przymocowane są do niej silniki główne, z przodu kabina pilotów. Kabina może się awaryjnie odłączyć i manewrować samodzielnie, oczywiście tylko w zero G. Po bokach do kratownicy przymocowane są na stałe po dwa zespoły podwozia/silników manewrowych z każdej strony. Natomiast środkowa sekcja jest wymienna - statek może latać bez niczego, z modułem cargo, pasażerskim, laboratoryjnym i jeszcze jakimiś. Pojazd ma też zdalne sterowanie, chociaż na mój gust używają go o wiele za rzadko. Znaczy ktoś sobie przy projektowaniu chociaż trochę myślał, a design całości jest bardzo utylitarny, kompletnie bezsensownych ozdobników jest niewiele. Stąd Eagle robi o wiele lepsze wrażenie, niż większość innych filmowych wehikułów kosmicznych projektowanych tylko na efekt wizualny.

Oczywiście jak zaczniemy analizować ten statek na poważnie, to on:

  • Nie przetrwa wejścia w atmosferę.
  • Gdyby nawet przetrwał, to jego aerodynamika to tragedia, a przy lądowaniu w terenie by go rozwalili przez brak widoczności.
  • Jako statek do suborbitalnych lotów nad Księżycem to może nawet działać, ale jest jeden niuans - według specyfikacji on ma 23 metry długości i masę startową 238 ton. Gdzie jest ta masa odrzutowa na wyspecyfikowane 48 godzin lotu?
  • Przy dalszych lotach w zero G designerzy nie pomyśleli o hamowaniu. A nawet jak by się odwrócił do hamowania (czego ani razu w serialu nie ma), to piloci by nic nie widzieli.
  • Jak w którymś odcinku statek miał być szybszy, dodali mu na "plecach" booster z dyszą skierowaną skośnie w górę. No serio?

Listę problemów można ciągnąć jeszcze długo. Po prostu "najsensowniejszy" nie znaczy jeszcze "sensowny". Ale wygląda fajnie.

Sety do sklejania są dostępne w 1:48 i 1:72. Teraz nabrałem ochoty na zrobienie sobie tego dużego modelu, w 1:48. Gotowy model ma mieć 22 cale długości, czyli jest całkiem spory. Są dostępne trzy wersje - z modułem cargo, transportowym (w zasadzie jest to wersja rescue, ale od transportowej różni się tylko malowaniem w czerwone pasy) i laboratoryjnym. Podwozie ma sprężyny, czyli pracuje. Popatrzyłem, co jest jeszcze dostępne dla poprawienia modelu:

Zestaw Eagle Transporter 1:48 Źródło: MPC

Na razie nadal nie mam czasu na modelarstwo, ale lepiej pozbierać to wyposażenie dodatkowe, bo jest zazwyczaj niskoseryjne i może się skończyć. A do modelowania za pewien czas dojdę.

Przy okazji zauważyłem, że te pojazdy z 2001:A Space Odyssey które widziałem w Muzeum Filmu, też są dostępne jako sety, chyba wręcz były zrobione z tych setów.

Ponieważ wszystkie odcinki są dostępne na youtubie, zacząłem sobie serial powtarzać. No i to jest, nie da się ukryć, pulpa. O ile pierwszy odcinek jeszcze leżał koło hard-SF, drugi może odrobinę też, to potem zaczyna się niepohamowana cudowność (a co dopiero w drugim sezonie, jak pamiętam, to dali tam nawet kosmiczną czarownicę, która zastąpiła naukowca z pierwszego sezonu). Technobełkot bardzo technobełkotliwy, deusy co chwilę wyskakują z machinesów, aktorstwo raczej drewniane. Kolorowe lampki migają bez jakiegokolwiek sensu, obsługa stuka w ogromnym tempie w klawiatury umieszczone na ścianie (nie ma wyświetlaczy powyżej, a na klawiszach nie ma jakichkolwiek oznaczeń). A najlepszym strojem do eksploracji innych planet jest trykot w kolorze jasnobeżowym, bez kieszeni, ze spodniami-dzwonami i również jasnobeżowe kozaczki z pięciocentymetrowymi obcasami (kozaczki to dla kobiet, dzwony również dla mężczyzn, taka była wtedy moda).

Z drugiej strony, przy odpowiednim podejściu, to nawet nie jest takie złe. Jest atmosfera, mimo że to Księżyc (proszę popić tego suchara co najmniej szklanką wody). Straszą, mimo braku CGI w tamtych czasach, całkiem całkiem, napięcie nawet jest. Statki kosmiczne niezłe (przynajmniej te z Ziemi, obce są często wręcz śmieszne). A za najlepszy punkt uważam scenografię - to jest Space Design at its best. Oczywiście niekoniecznie te trykotowe kostiumy (chociaż kurtki miewają fajne), raczej wystrój wnętrz stacji księżycowej. Powiem, że nie miałbym nic przeciwko temu, żeby zrobić sobie biuro w tym stylu, tylko biurko trzeba by poprawić i zrobić większe ekrany (mają tam tylko naprawdę małe CRT).

A standardowe oscyloskopy z lampą oscyloskopową robiące za zaawansowany sprzęt medyczny są urocze. W sumie polecam, byle nie mieć zbyt wygórowanych oczekiwań.

Wnętrze Bazy Księżycowej Alpha Źródło: Space:1999 Catacombs

Dla zainteresowanych parę linków:

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Ciekawostki, Telewizja

2 komentarze

Audycja zawiera lokowanie produktu – Warthog Sharpener V-Sharp Classic II

Jakieś noże w kuchni każdy ma, bez nich przecież nie da się nic zrobić. No i niezależnie od ich kategorii cenowej - czy kosztowały bliżej jednego euro, czy stu - one zawsze się prędzej czy później tępią. I coś trzeba z nimi wtedy zrobić - bo przecież najniebezpieczniejszym narzędziem w kuchni jest właśnie tępy nóż.

Moje noże kuchenne są średniej klasy, i oczywiście też się tępią. Na początku kupiłem razem z nimi taką ostrzałkę w postaci szorstkiego pręta - jak to w ogóle nazywa się fachowo po polsku? Po niemiecku jest to "Wetzstahl", mimo intensywnego szukania nie znajduję po polsku. Wszedłem nawet na polskie strony WMF i tam nazywają coś takiego osełką - ale osełka to przecież coś całkiem innego.

Taki Wetzstahl w pewnym zakresie działa, można tym nóż zrobić trochę ostrzejszym, ale to nie jest prawdziwe ostrzenie. Kupiłem więc taką normalną osełkę. I ona też działa, ale porządne naostrzenie noża o zakrzywionym ostrzu osełką nie jest wcale trywialne - zachowanie stałego kąta przyłożenia noża do osełki to spora sztuka.

Następnym rozwiązaniem które wypróbowałem było oddanie do naostrzenia. Ostrzarkę ma każdy warsztacik od dorabiania kluczy i podklejania butów. Tyle że z ostrzeniem nie jest tak prosto - jak się okazało człowiek który to umie przychodzi do takich punktów tak raz na tydzień, więc trzeba zostawić noże na parę dni, co jest problemem. No ale chociaż jeżeli robi to ten, co to umie, to noże są porządnie naostrzone. Niestety biorą się za to również tacy, co nie umieją - raz okazało się, że gość nie odgratował noży po ostrzeniu. Więc za kilka euro od noża to się raczej nie opłaca.

Więc pewnego razu zabrałem się za szukanie jakiegoś rozwiązania, żeby samodzielnie porządnie naostrzyć moje noże. I okazało się, że problem nie jest trywialny.

Zacząłem od zajrzenia do WMF. Ich rzeczy z metalu są naprawdę bardzo porządne, choć niezbyt tanie, ale warte swojej ceny. Mam na przykład ich szybkowar i trochę narzędzi w rodzaj trzepaczek, łyżek cedzakowych czy krajaczy do sera, są super. Ale ich rzeczy mechaniczne i elektromechaniczne są zazwyczaj kupione w firmach zewnętrznych i niekoniecznie jakieś specjalne. Przy ich ostrzarkach do noży większość opinii była w stylu "to najgorsza rzecz WMF jaką kiedykolwiek miałem". Nie zdziwiło mnie to za bardzo, bo mam też na przykład maszynkę do gotowania jajek WMF, kupiłem ją ze względu na metalową pokrywę - we wcześniej używanych przeze mnie Siemensach plastikowa pokrywa z SAN po pewnym czasie pękała. Urządzenie z logo WMF działa, i owszem, ale jakością i sprawnością nie powala.

Po naprawdę długim szukaniu po sieci i czytaniu testów i opinii użytkowników trafiłem na południowoafrykańską firmę Warthog Sharpeners. Założyciele twierdzą, że mieli podobny problem jak ja - znaczy szukali możliwości porządnego naostrzenia swoich noży bez oddawania ich do fachowca, i ponieważ nic odpowiedniego na rynku nie znaleźli, to zrobili to sami. W asortymencie mają tylko parę modeli ostrzarek, po dłuższym namyśle wybrałem model V-Sharp Classic II.

Działa to tak:

  • Na środku jest regulowany dynks, wzdłuż którego prowadzi się ostrze. Trzeba go dopasować do grubości noża.
  • po lewej i prawej tego dynksa zakłada się "osełki" do ostrzenia. Każda z nich jest niezależnie mocowana, można wybrać dla każdej kąt 20, 25 i 30 stopni.
  • Te "osełki" mają naniesioną diamentową powłokę ścierną, w komplecie są takie z ziarnem 325, można dokupić z ziarnem od 270 do 1000. Z drugiej strony typowo nie ma powłoki ściernej tylko gładka stal, znaczy to robi jako ten Wetzstahl, ale są też "osełki" z dwoma różnymi ziarnami.
  • Istnieją też osełki ceramiczne o profilu obłym, mają one nadawać się do ostrzenia noży z ząbkami.
  • Po ustawieniu wszystkich kątów przykładamy nóż do dynksa prowadzącego i robimy jakbyśmy chcieli przekroić maszynkę na pół. Po 15-20 pociągnięciach nawet tępy nóż jest naostrzony, do podostrzenia wystarcza około pięciu pociągnięć.

Tutaj krótki tutorial:

Tanie toto nie jest, za urządzenie z dodanymi tymi ceramicznymi osełkami dałem sto kilkanaście euro. Kupione osobno "osełki" diamentowe kosztują około 40 dolarów, te diamentowe z dwóch stron są nawet po 65 za parę, a te ceramiczne nie są już dostępne. Ale rzecz działa, jestem zadowolony, nigdy wcześniej ne miałem tak ostrych noży. Trochę martwiło mnie parę opinii użytkowników, że po kilkunastu nożach "osełki" robią się całkiem gładkie w dotyku i nie ostrzą już. Rzeczywiście po kilkunastu nożach zrobiły się gładkie w dotyku, ale ostrzą nadal. Czuję to dokładnie - bo ja bardzo lubię pomidory, jadam je codziennie, a skórka pomidora (zwłaszcza trochę miękkiego) to dla noża bez ząbków duże wyzwanie, natychmiast czuć że nóż nie jest już taki ostry, i czuć różnicę po naostrzeniu.

Inne ich produkty to:

  • V-Sharp Classic II – ELITE - to jest to samo, tylko przykręcone do drewnianej podstawki. Wersja podstawowa ma plastikową podkładkę która notorycznie spada, ale drewnianej chyba nie warto kupować.

  • V-Sharp Curve - to jest bardzo uproszczona wersja, bez żadnych regulacji.

  • V-Sharp Xtreme Edge - to jest mniejszy, lżejszy, wodoodporny, plastikowy wariant do użycia w warunkach polowych. Dodatkowo może ostrzyć pod kątem 17 stopni, ale do domu raczej nie warto.

  • Multi-Edge - to jest rzecz, która robi na mnie wrażenie - można tym porządnie naostrzyć prawie wszystko (tyle że roboty jest więcej niż przy tych typowo do noży). Składa się to z dużej osełki i całkiem zmyślnego statywu do trzymania ostrzonego narzędzia pod stałym kątem. No i jeszcze paru narzędzi dodatkowych. Na razie nie potrzebuję, ale może sobie to jeszcze kupię.

Ogólnie: poleca się. Na dokładkę filmik o Multi-Edge:

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Ciekawostki

4 komentarze

Niezorganizowane uwagi o produktach różnych

Dzisiejszą notkę sponsoruję ja, bo przecież ja za te produkty płacę.

Ostatnio synowi zepsuł się zegarek. Casio z wyświetlaczem. Znaczy w zasadzie to zegarek chodzi bez zarzutu, zepsuł się pasek, taki plastikowy. Znaczy pasek zepsuł się już wcześniej, ale kupiłem nowy na wymianę. A teraz się okazało, że teleskopy są osadzone w plastiku obudowy i otwory w których tkwią się wyrobiły i pasek wypada. To w sumie typowe, te resinowe koperty to zawsze najsłabszy punkt zegarka. Miałem już wcale nie najtańszego WaveCeptora który chodzi do dziś, ale w szufladzie, bo koperta mu pękła, bransoleta trzymała się niepewnie a naprawa była nieopłacalna. W związku z tym szukałem wtedy jakiegoś zegarka z metalową kopertą, wskazówkami i wyświetlaczem no i to był problem. Po obleceniu wszystkich takich sklepach na Zeilu (a jest tam ich trochę) i poszukaniu w sieci spodobał mi się tylko jeden jedyny model - Timex Expedition Metal Combo. Był on wtedy produkowany w dwóch wersjach: czarnej z metalową bransoletą w stylu raczej sportowym i białej, ze skórzanym paskiem, w stylu raczej eleganckim (na żywo wyglądał bardziej elegancko niż na zdjęciu). Wybrałem czarny, ale wersja biała była na tyle inna, że poważnie zastanawiałem się czy nie kupić jej też, na inne okazje. Problem był tylko taki, że Timex w Niemczech praktycznie nie występuje, musiałem kupić w Polsce (ale za to było wyraźnie taniej).

Timex Expedition Metal Combo black

Timex Expedition Metal Combo black

Timex Expedition Metal Combo white

Timex Expedition Metal Combo white

Syn stwierdził, że plastików nie warto kupować i zaczęliśmy szukać zegarka z wyświetlaczem i metalową kopertą. Z wyświetlaczem, bo syn się przyzwyczaił i nie chciał wskazówek. Wynik: Coś takiego w przyrodzie nie występuje, niezależnie od kategorii cenowej. Syn zaczął nawet szukać używek, ale da się znaleźć tylko jakieś straszne starocie w nieprawdopodobnie wysokich cenach. Więc musiał odpuścić i poszukać czegoś z wyświetlaczem i wskazówkami. Przy tej okazji okazało się, że takiego jak mój już się nie da kupić - wersji czarnej już nie ma.

Ale nawet po odpuszczeniu nie było łatwo - zegarków z metalową kopertą jest bardzo mało, a jak już są, to są poozdabianie jak, nie przymierzając, cygański pałacyk. Czegoś nie przesadzonego dowolnej marki nie sposób wybrać. Postanowiłem więc popatrzeć na chińszczyznę. No i tu poważne zaskoczenie - daje się znaleźć chińskie zegarki z metalową kopertą, a przy tym wyglądające naprawdę dobrze! I to wszystko przy cenie poniżej 30 euro! Zobaczcie jaki wybrał syn:

NaviForce

NaviForce

Na żywo też jest niezły, zrobiony jest solidnie, wcale nie wygląda tanio, jest tylko trochę gruby (grubszy nawet od mojego, około 15mm). Zielone cyfry są oczywiście zielone tylko przy podświetleniu, i nie aż tak zielone, normalnie to są dość dyskretne - to wyświetlacz negatywowy. Jedno co mi się średnio podoba to te napisy dookoła, ale w naturze nie są przesadne, a chociaż skala ma jakiś sens i potencjalne zastosowanie. Czernienie koperty i bransolety wygląda na lakier, zobaczymy jak się zachowa na dłuższą metę. Według testów znalezionych w sieci (były zdjęcia) NaviForce używa japońskich mechanizmów i baterii - nie jest to aż takie badziewie, jak by się mogło wydawać. Oczywiście zegarek nie jest zapakowany tak ślicznie jak markowe - zwykłe kartonowe pudełko, w bransoletę wetknięty jest kawałek gąbki opakowany w welurowy papier, a instrukcja to ręcznie poskładana strona A4 w stylu chińskiej instrukcji obsługi, ale to przecież nie ma znaczenia. Jak bym akurat szukał zegarka, to nie wykluczone że kupił bym sobie właśnie taki. No i tu mam totalnego mindfucka. Chińczykom się opłaca zrobić coś tak fajnego i sprzedać za poniżej 30 EUR loco Niemcy, duże brandy nie chcą mi czegoś podobnego sprzedać za parokrotnie wyższą cenę (a przecież koszty będą mieli niewiele wyższe). Nie mówcie, że nie ma na to rynku - zaglądałem na różne fora o zegarkach i "gdzie kupić ładny zegarek z metalową kopertą" to jedno z najczęstszych pytań.

Jakby kogoś zainteresowało, to TUTAJ strona producenta. Coś można też spróbować wybrać z produktów firmy Infantry, oni mają sporo przesadzonych zegarków udających wojskowe, ale niektóre modele są całkiem spoko. Nawiasem mówiąc, to od pewnego czasu jest moda na "tactical watches" (Timex pisze bardziej realistycznie "military inspired"). Szkoda, tylko, że i tak większość jest poozdabiana bez sensu.

Teraz inna branża - smartfony. Nie tak dawno kupiłem synowi pierwszego smartfona. Był ostatni w klasie, co chodził bez komórki. To był już trochę problem, bo na przykład szkoła udostępnia w sieci informacje o tym, czy jakieś lekcje następnego dnia wypadają, nauczyciel zachorował itp. w sieci, ale tylko w aplikacjach Androidowej i Applowej. Nie da się tego sprawdzić z peceta. Muzykę syn miał na MP-trójce, to też historia o produktach. Pierwszą kupiłem mu Samsunga, wyglądała jak  memory stick tylko z wyświetlaczem i obudową z alu, jedyny problem był że miała tylko 4 GB pamięci i nie dało się dołożyć karty. Potem mu zginęła, w znanych okolicznościach, zdarza się. Szukaliśmy nowej żeby miała metalową obudowę i rozszerzalną pamięć (albo ze 32 GB na pokładzie) - i znowu to samo, nie występuje. Na koniec kupiłem plastikowego SanDiska. I tak samo jak wyżej - dałbym kilka euro więcej za metalową obudowę, ale nie ma i już.

Samsung YP-U7

Samsung YP-U7

SanDisk Flash

SanDisk Flash

Wracając do smartfona: Ponieważ syn chodzi stale z multitoolem w kieszeni i rolką duct tape w plecaku i wszystko naprawia (ma to po tatusiu) stwierdziłem, że do imidżu będzie mu pasowało coś solidnego, znaczy taki outdoorowy. Z takimi też nie jest łatwo, łatwiej niż z metalowymi zegarkami, ale wybór jest ograniczony. Robi takie zaledwie parę firm i większość model jest albo słaba, albo strasznie przedrożona. Znalazłem optymalny model, padło na firmę Archos, model Archos 50 Saphir. Pewnie nawet nie słyszeliście takiej nazwy. Ja też wcześniej nie słyszałem, a jest to całkiem spory producent z Francji. Znaczy oczywiście robią jak wszyscy, w Chinach. Wyposażenie typowe dla tej kategorii cenowej (trochę ponad dwieście euro), tyle że Gorilla Glas3, wodo- i pyłoodporność i mocna obudowa. Jedno co takie sobie to wygląd - przypomina on cegłę ze ściętymi rogami.

Archos 50 Saphir

Archos 50 Saphir

No i wszystko było fajnie, ale po dwóch miesiącach telefon padł. Od rana wkoło startował się i resetował zanim skończył bootowanie, i tak aż do wyczerpania akumulatora. A szkiełko na obiektywie było zaparowane od wewnątrz - a tylko raz deszcz padał jak syn szedł do szkoły (wodoodporny, taka ich mać). Zaniosłem go do Conrada do reklamacji, powiedzieli cztery tygodnie, puszczą SMSa jak będzie do odbioru. W końcu piątego tygodnia zadzwoniłem, i jeszcze nie było. Potem jeszcze dzwoniłem ze dwa razy i w końcu, po siedmiu tygodniach, SMS przyszedł. Poszliśmy odebrać i okazało się, że jest nówka i to nowszego modelu. Prawdopodobnie trwało tak długo, bo tamtego modelu już nie mieli, a nowego jeszcze nie. Teraz jest Archos Sense 50x, aktualny model oczywiście wszystko ma lepsze - Android 7.0 zamiast 6.0, więcej rozdzielczości, więcej RAMu, więcej megapikseli, większa przekątna ekranu (jest taki sam duży jak moje wielkie Galaxy Note 4). Gorszy jest tylko akumulator - trzyma krócej. Ale w dzisiejszych czasach i tak trzeba ładować codziennie. Najbardziej poprawił się wygląd - to już nie jest cegła, tylko całkiem elegancki telefon, mimo że nadal według wymagań outdoorowych.

Archos Sense 50x

Archos Sense 50x

I najbardziej znacząca nowość - to jest pierwsze urządzenie jakie mam w rękach, które ma USB 3.0 i gniazdo typu C. No i to zaraz zrobił się problem - w komputerze syna USB 3.0 jest tylko z tyłu, a dołączony kabel jest za krótki żeby go sensownie używać. Natomiast w obudowie mojego komputera z przodu jest tylko USB 3.0. Zawsze będzie odwrotnie niż trzeba. Wtyczka USB C eliminuje co prawda największy problem wtyczek USB (że wchodzi dopiero za trzecią próbą), ale trzyma się w złączu znacznie gorzej niż Micro-B. No i właśnie przeczytałem, że duża część (rzędu połowy) dostępnych w handlu kabli USB C jest źle zrobiona i może nawet zabić podłączony komputer. A ja muszę kupić taki kabel, ładne perspektywy.

A wkrótce się jeszcze okazało, że projektantów tego telefonu musiało nieźle pop***lić. Bo zrobili gniazdo słuchawkowe jack 3,5mm, tyle że wtyczka jest nieco dłuższa od standardowej. I jak włożyć standardową to nic nie słychać. Do telefonu dołączone są pasujące słuchawki, ale kabelek jest cieniutki i czas ich półrozpadu będzie niewielki. W specyfikacjach nie ma o tej niestandardowości słowa, a ja w życiu nawet nie słyszałem o takich wtyczkach. Nawet na stronie producenta nie da się kupić słuchawek zamiennych. Poszukałem w sieci i w ogóle nie znalazłem nic o takich wtyczkach. Aż w pracy poszedłem popytać elektronika po godzinach bawiącego się półprofesjonalnie w audio-video, i on też był zaskoczony. Posłałem pytanie skąd wytrzasnąć takie słuchawki, wtyczkę albo adapter i co brali jak to wymyślili do serwisu, na początek niemieckiego, jak dotąd odpowiedzieli że przekazali je Francuzom. Ciekawe co powiedzą.

 Podsumowanie? Nie ma podsumowania, to tylko niezorganizowane uwagi o produktach różnych.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki

13 komentarzy

Ale Meksyk tutaj jest

Ostatnio mam mnóstwo zajęć i nie dochodzę do pisania notek, a tyle miałbym do opowiedzenia. Ale spróbuję, może się uda dociągnąć notkę do końca w rozsądnym czasie. Dziś o podróży do Meksyku, zanim wszystko zapomnę.

W notce pisanej on location twierdziłem, że Meksyk jest jak Polska około 1995. Niedawno chciałem coś na temat Meksyku sprawdzić w Wikipedii i zauważyłem podany tam dochód narodowy brutto na mieszkańca. Poszedłem tym tropem i porównałem go z tym samym parametrem dla Polski. Teraz Polska leży oczywiście znacznie wyżej, ale z danych historycznych wyszło mi, że tyle co ma Meksyk teraz było właśnie gdzieś około połowy lat dziewięćdziesiątych. Jakie to proste.

Zacznijmy od podróży:

  • Na lotnisku we Frankfurcie przy kontroli zapomniałem zdjąć zegarka (mocno metalowego). Zapoznałem się dzięki temu z takim dużym, cylindrycznym skanerem na człowieka. Działa - na ekranie pojawiła się moja sylwetka z zaznaczonym lewym nadgarstkiem.
  • Do Mexico City leciałem Lufthansą, 747-800. Miałem miejsce przy oknie, ale w zasadzie nie było potrzebne - na monitorku można było wybrać sobie obraz z kamery z przodu samolotu (sensowne tylko przy kołowaniu) albo widok w dół. Mała rzecz, a cieszy.

Cień samolotu

Cień samolotu

  • Z Mexico City do Guadalajary leciałem linią Aeromexico - całkiem normalny lot, nic do opowiadania.

Mexico City by night

Mexico City by night

  • Kontrole w Meksyku były najdokładniejsze - elektronikę kazali układać w jednej warstwie i sprawdzali o wiele bardziej niż gdzie indziej. Za to w USA kazali wszystko z kieszeni włożyć do plecaka i luzacko skanowali wszystko na raz na kupie.
  • W Meksyku ze względu na mafie taksówkarskie, na lotnisku można kupić bilety na taksówkę. Mówi się dokąd, płaci w kasie, dostaje bilet, daje się go taksówkarzowi i nie zostaje się orżniętym. Tyle że mi szefostwo zorganizowało jakiegoś pracownika który po mnie przyjechał, a po przywiezieniu do hotelu powiedział że zwyczajowo się takiemu płaci, tyle a tyle. Może nie było specjalnie drogo, z grubsza tyle co za Ubera, tyle że bez rachunku. To już bym wolał ten bilet na taksówkę.
  • Powrót miałem United przez Houston. Straszne sknery na tym krótkim locie - przy każdym ekraniku był czytnik do kart płatniczych, nawet żeby oglądać mapę trzeba było zapłacić. Przy check-inie online do wyboru pokazywały się tylko miejsca za dopłatą. Dałem spokój z online i dobrze zrobiłem - dostałem bez dopłaty miejsce przy oknie, po stronie odsłonecznej.

Meksyk z góry

Meksyk z góry

  • Przy pasie w Guadalajarze stoją stare, złomowane samoloty. Ale na muzeum techniki jeszcze za mało.

Złom na lotnisku w Guadalajarze

Złom na lotnisku w Guadalajarze

  • W Houston zarezerwowali mi połączenie z czasem przesiadki około 2 godzin. No to było knapp - odstałem te krótsze kolejki, nie musiałem pobierać i zdawać bagażu, a dotarłem do gejta na dziesięć minut przed boardingiem. Nawet nie zdążyłem zajrzeć do kiosku z gazetami. Na drugi raz - jeżeli będzie drugi raz, bo aż tak się do tego nie palę - muszą dać więcej czasu. Może nawet tyle, żeby zdążyć jeszcze zobaczyć rakiety? Tym by mnie mogli przekonać do powtórzenia akcji.
  • Z Houston do Frankfurtu leciałem też United, Dreamlinerem. Taki był niby ładny, amerykański, ale kamer do wyglądania na zewnątrz nie miał. Okienka nie były zasłaniane mechaniczną zasłonką, tylko przyciemniane elektrycznie i problem jest taki, że rano nikomu się nie chce przełączyć na przezroczysto (bo i bez tego coś tam widać) i ze środkowego rzędu nawet nie da się powiedzieć czy już jest dzień, czy jeszcze nie. To już lepsze były te zasuwki. I jeszcze: przy każdym siedzeniu są gniazdka USB i 110V w standardzie amerykańskim, ale tak umieszczone, że żeby trafić w gniazdko wtyczką sieciową to chyba trzeba by się położyć na podłodze, bo inaczej nie widać gdzie wkładać i trafia się w te gniazda USB. Po prostu katastrofalne.

Teraz trochę wrażeń z Meksyku:

  • Toalety to oni mają w systemie amerykańskim. Widziałem kiedyś kawałek lets-playa z Simsami i dziwiło mnie, dlaczego tam co chwilę ktoś wyciera podłogę w łazience. Teraz już wiem dlaczego - te muszle się po prostu zapychają. Tam w Meksyku koło każdej muszli stoi wiadro, do którego wrzuca się zużyty papier toaletowy, żeby się muszla nie zapychała. Nawet w firmie tak jest, tyle że w firmie mają automatyczne spłukiwanie minimalną ilością wody.

Meksykańska toaleta

Meksykańska toaleta

  • Również w firmie krany w umywalkach nie leją wody jak europejskie, tylko rozpylają ją w delikatną mgiełkę. Z drugiej strony trudno się dziwić - bardzo sucho tam jest, wodę trzeba oszczędzać.
  • Liczniki prądu są ogólnodostępne, na zewnątrz posesji. Podobno to dlatego, że przy problemach z płatnością po prostu wymontowuje się licznik bez konieczności wchodzenia na teren prywatny.

Licznik energii na ulicy

Licznik energii na ulicy

  • Chodząc po mieście zobaczyłem jak układają tam instalację wodną: Mieli wyskrobaną w ziemi bruzdę, głęboką na jakieś pięć centymetrów, układali w niej rurkę miedzianą i przysypywali ziemią. U nas by nie działało, u nas bywa jeszcze mróz. W podobnie uproszczony (w porównaniu z europejskim) sposób układali drogę.
  • Główne ulice zorganizowane są tak, że na środku są po dwa pasy w każdą stronę, dalej po obu stronach oddzielenie i znowu po dwa pasy. Skręcanie w boczne ulice działa z tych zewnętrznych, przejazdy między pasami zewnętrznymi i wewnętrznymi tylko co pewien czas. Oznakowanie poziome jest daleko nie wszędzie. Wszyscy ciągle skaczą między pasami wewnętrznymi a zewnętrznymi, co jeszcze powiększa wrażenie chaosu w ruchu drogowym.
  • Na skrzyżowaniach światła dla samochodów umieszczone są za skrzyżowaniem, a świateł dla pieszych nie ma wcale, trzeba się orientować na światła dla samochodów. Ale w ogóle ruch pieszy był bardzo mały, jak na miasto na półtora miliona w niezbyt bogatym kraju.
  • W supermarketach mieli różne ciekawe ciastka, ale żadnych torebek czy czegoś takiego, a zapytać nie umiałem bo nie hablam wcale. Dopiero w firmie mi wyjaśnili, że gdzieś tam muszą leżeć metalowe tace i szczypce, bierzesz taki set, kładziesz na tacy ciastka i idziesz z tym do pani na stoisku, a ona pakuje do torebek i przyczepia ceny.
  • Na samoobsługowym stoisku z wędlinami zobaczyłem kiełbaski "Salchichas estilo Polaco" no i musiałem spróbować. Były to parówki, nawet nie najgorsze, zrobione w USA, co wiele wyjaśnia.
  • Koledzy zachwalali meksykańskie kakao, ale nie takie w proszku. Sprzedają oni takie duże "pastylki" kakao z cukrem, jedną pastylkę rozpuszcza się w litrze gorącego mleka. Kupiłem parę wariantów, synowi bardzo smakowało (oprócz tych słodzonych stewią, w ogóle sporo używają tam stewii)
  • Chciałem spróbować zjeść coś małego, meksykańskiego po drodze, w jakimś centrum handlowym. Ze trzydzieści stoisk, ale głównie nie miejscowe - sandwicze, słodkie, pizza, chińskie... Za czwartym obejściem zdecydowałem się na coś takosowego (głównie dlatego że były zdjęcia i mogłem pokazać palcem). Oczywiście nie mówili po angielsku, ja na wszystkie pytania "czy dodać..." odpowiadałem "si". Problem powstał przy napoju. Pokazali cztery słoje, zawartość trzech nie przypominała niczego, a w czwartym pływały plasterki świeżego ogórka. Wybrałem więc czwarty, a na pytanie "czy dodać..." odpowiedziałem "no". Napój okazał się wodą o smaku ogórkowym, a to czego nie chciałem to prawdopodobnie była sól. A na stolikach soli nie było. Tak to jest jak się miejscowego języka nie umie, a miejscowi nie umieją we wspólnym.
  • W centrum handlowym był sklep zoologiczny i trochę mnie zaszokowało że w klatkach mieli psy, również szczeniaki. No mać, taki szczeniak potrzymany przez kilka tygodni w ciasnej klatce musi mieć potem problemy z socjalizacją!

Szczeniaki w sklepie zoologicznym

Szczeniaki w sklepie zoologicznym

  • Większość ich słodyczy to cukier z cukrem posypany cukrem i obtoczony w cukrze (próbowałem już wcześniej, bo co chwilę ktoś przywoził), ale mają też ciekawsze rzeczy, w rodzaju suszonego przecieru z miąższu jakichś owoców, przyprawionego chili. To jest niezłe, ale bardzo intensywne. Zaleta jest taka, że nie da się tym obżerać, to można jeść tylko powoli i nie za dużo.
  • Meksykańska czekolada jest nieco inna niż europejska. Nie znam różnic technologicznych, ale jest inna.
  • Hotel był naprawdę dobry (sieci Riu) tylko, cholera, oni mają taki system pościeli jak we Francji. Znaczy dwa prześcieradła i koc. Prześcieradła miały brzegi włożone artystycznie i głęboko pod materac, a koce leżały w szafie zapakowane do pojemnika. Żeby ułożyć sobie to wszystko w sposób nadający się do spania trzeba się było cokolwiek narobić, a następnego dnia pokojówka układała wszystko znowu tak jak na początku i chowała koc do szafy. No szlag by ich trafił, masa nikomu niepotrzebnej roboty dla obu stron.
  • Śniadania hotelowe były rewelacyjne. Kosztowały co prawda kilkanaście euro, ale jedzenie było jakościowe a do wyboru było tyle, i na ciepło, i na zimno, i owoców, i ciast, i napojów, i t.d., że przez ten ponad tydzień nie zdążyłem nawet wszystkiego spróbować. Jedno mi się tylko nie podobało - oni tam w Meksyku używają do niektórych potraw jakiejś takiej przyprawy, która smakuje jak rozpuszczalnik (przynajmniej ja ją tak odbieram) i musiałem ostrożnie próbować, najpierw nie za dużo, żeby się nie okazało że tego akurat nie jestem w stanie jeść. Tak się obżerałem na śniadanie, że nie miałem ochoty nie tylko na obiad, ale często nawet na kolację.
  • Telewizja meksykańska beznadziejna totalnie, powiedziałbym że nawet gorsza niż w Polsce a.d. 1995. Oglądałem głównie US-amerykańskie kanały informacyjne, ale oni też przynudzali.
  • Nie ma tam wróbli i wron, ale są podobne, miejscowe zamienniki. Nawet lepsze, bo nie tak hałaśliwe.

Meksykański zamiennik wróbla

Meksykański zamiennik wróbla

Meksykański zamiennik wrony

Meksykański zamiennik wrony

  • Dzień i noc prawie równo po 12 godzin to nie jest to, strefa umiarkowana rulez.
  • Gringom odradzają jeżdżenie taksówkami, jeździ się Uberem. Kierowcy bywają zaskakujący, raz na przykład jechaliśmy z facetem w garniturze i słuchającym muzyki klasycznej. Najczęstsze skojarzenie z Niemcami które obserwowaliśmy u Uberowców to Allemania - Rammstein! Serio, paru takich sam widziałem, a wszyscy opowiadali że z takimi się zetknęli nie raz. To jest dopiero rozpoznawalność marki. W samochodzie jednego z tamtejszych programistów, który raz odwoził mnie do hotelu leciał Blind Guardian, a on sam twierdził że akurat wszystkie jego ulubione zespoły są niemieckie.
  • Raz wracaliśmy Uberem z firmy z kolegą mówiącym nie najgorzej po hiszpańsku, jedynym który lubi tam w Meksyku siedzieć (bo jest młodym, przystojnym singlem, mieszka tam w najlepszym hotelu i wyrywa najlepsze dziewczyny). Kierowcy tak się dobrze z nim rozmawiało, że nadłożył kilka kilometrów (w Uberze nie zmienia to opłaty za przejazd). Temu Niemcy kojarzyły się (oprócz piłkarzy) z Hitlerem, ale wbrew pozorom było to u niego skojarzenie pozytywne. Rozmowa potoczyła się w dziwnym kierunku (mimo że nie hablam, rozumiałem mniej więcej o czym mowa). Wysiedliśmy zdegustowani.
  • W mieście na półtora miliona nie znalazłem ani jednego sklepu z pamiątkami. No ale może to dlatego, że w tym wielkim mieście w ogóle niewiele do zobaczenia jest, tylko katedra, zabytków tyle co kot napłakał, a muzea całe trzy mniej więcej, z czego żadne po opisie mnie nie zachęciło.

Katedra w Guadalajarze

Katedra w Guadalajarze

  • Za to na lotnisku, w strefie wolnocłowej tyle sklepów z pamiątkami i wyrobami regionalnymi, ile jeszcze w takim miejscu nie widziałem. Kupiłem pocztówki i chciałem wysłać, ale się okazało że tam się nie da kupić znaczka pocztowego. Pytałem w wielu sklepikach, ale wszyscy mówili że nie ma (o ile w ogóle znali jakieś słowa po angielsku, a przecież w takim miejscu to by się jednak przydało). Pocztówki musiałem wysłać z Niemiec.
  • Z ciekawostek: w Guadalajarze w 1992 pewnego dnia przez sześć godzin wybuchała kanalizacja. Rzędu 500 ofiar śmiertelnych (dane bardzo różne, zależy gdzie przeczytać), 8 kilometrów ulic zniszczone, 15.000 ludzi straciło dach nad głową. Więcej TUTAJ (jest też po polsku, ale słabo przetłumaczone)

Podsumowanie: Ciekawe doświadczenie, raz można było polecieć, ale na powtórkę nie jestem bardzo chętny. Jeden z kolegów, skoro już tam był, to zrobił sobie dwutygodniowe wczasy (z rodziną), objechał dużą część Meksyku, pokazywał zdjęcia, ale też mnie aż tak bardzo nie zachęciły.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Ciekawostki, Warto zobaczyć

14 komentarzy

Meksyk czyli podroż w przeszłość. Tak ze dwadzieścia lat wstecz

Notkę piszę z Meksyku, bo pracodawca mnie wysłał. To znaczy przez dłuższy czas odmawiałem, ale niedawno rzuciłem że jak dobrze zapłacą to możemy porozmawiać żeby tak na jakiś tydzień. No i po dwóch dniach przyszło szefostwo i zaproponowało że zapłacą za każda godzinę od wejścia do samolotu we Frankfurcie do wyjścia po powrocie do Frankfurtu stawkę projektową plus diety, plus najlepszy, pięciogwiazdkowy hotel w mieście docelowym. No za ponad czterokrotną stawkę na rękę to właściwie czemu nie? (była środa) Tak? To pakuj się, w następną sobotę lecisz.

No tylko jest mały problem. Paszport w kieszeni mam tylko polski, przesiadka w USA nie wchodzi w rachubę, nawet z lotem nad USA mogą być problemy. Jest jeszcze tylko jedna szansa: Obywatelstwo niemieckie dostałem już w połowie grudnia (może kiedyś dojdę do napisania notki o szczegółach), tyle że nie zdążyłem jeszcze złożyć wniosku o paszport. Ale jest tryb ekspresowy, 3 dni robocze, za dodatkowe około 30 euro.

No i tą metodą mam już w kieszeni paszport niemiecki, za który zapłaci pracodawca, super sprawa. Ale wróćmy do Meksyku.

Przyleciałem z soboty na niedziele, i w niedziele, dla walki z jetlagiem (i oczywiście również z wrodzonej ciekawości) wybrałem się na naprawdę długą wycieczkę pieszą po mieście. Poczytałem wcześniej w sieci na temat bezpieczeństwa, no i bywalcy twierdzili że nie jest źle, lepiej niż w podobnej wielkości miastach w USA. Byle nie epatować bogactwem i nie szukać guza. No i wycieczki zrobiło mi się dobre 25 kilometrów, krokomierz naliczył ponad 33.ooo kroków. I im dłużej włóczyłem się po mieście (dużym - to Guadalajara, drugie w tym kraju) tym bardziej wszystko wydawało mi się znajome. Takie dejavu. Ja to wszystko już widziałem, tylko marki samochodów były inne i ludzie mniej opaleni. Następnego dnia zbetryzowani do szpiku kości Bawarczycy od klienta na trzy litery pierwsza B byli przerażeni, no ale betryzacja robi swoje. Nie jestem straceńcem, ja też nie pójdę wszędzie, nie ma co przesadzać, trafiłem na przykład na slums, ale nie pchałem się przez środek. Jakieś zdjęcia wrzucę jak wrócę, tu nie mam narzędzi. Przy okazji: Sorry za ewentualne problemy z polskimi literami - ta akcja była taka szybka że nie zdążyłem zainstalować mojego drivera do polskich znaków na klawiaturze niemieckiej.

A skąd dejavu? Dokładnie tak jak ten Meksyk wyglądała Polska około 1995, przed wstąpieniem do Unii. I tak:

  • Ulice i chodniki tak samo dziurawe
  • Ruch uliczny tak samo mało cywilizowany
  • Śmieci i ogólna bylejakość na każdym kroku
  • sporo budynków porzuconych w trakcie budowy
  • ogólne olewanie przepisów i zasad
  • w co drugim domku jakiś biznesik, wyglądający na bardzo wąsato-szemrany
  • grodzone osiedla (chociaż grodzenia domków drutem kolczastym jakoś z Polski nie pamiętam)
  • mafie taksówkowe
  • mnóstwo oszustów i naciągaczy
  • nachalne bandy wyciągające pieniądze za mycie szyb na skrzyżowaniach
  • lokaliki i stoiska z jedzeniem w których zdecydowanie bym nie zjadł z przyczyn higienicznych
  • ludzie na ulicach smutni i skwaszeni
  • EDIT: sklepy wielobranżowe "mydło i powidło", od słodyczy, przez ubrania, jakieś pralki (w rodzaju Frani tylko większe), telefony, komputery do skuterów, i to wszystko na 100-200 metrów kwadrat
  • itd. itd.

Czytelnikom nie pamiętającym tamtych czasów, czy to ze względu na wiek, czy na amnezję, chciałbym krótko przypomnieć, dlaczego Polska wygląda dziś jednak trochę lepiej niż Meksyk: Jedyną przyczyną tego było wstąpienie do Unii. To tylko dzięki kasie z Unii oraz przyjęciu unijnego ustawodawstwa wiele rzeczy się zmieniło.  Bez kasy i nacisku na pewne zasady i wartości kraj szybko wróci do stanu meksykańskiego. Co polecam rozwadze.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki

10 komentarzy

Twit programmers of the year (3)

Dziś kolejne doniesienia z frontu walki z programistycznymi twitami, bo na nic innego chwilowo nie mam czasu.

Projekt w którym dotąd robiłem ma od dłuższego czasu dwa projekty pochodne dla dwóch innych modeli samochodów. Jeden z tych dwóch ma dwa warianty - z HUDem i bez. No ale to wszystko jest na tej samej bazie sprzętowej i ma robić z grubsza to samo, różnice są głównie w wyświetlaczu, rozłożeniu LEDów i zegarkach pokazujących niekoniecznie to samo. Tylko wziąć ten wcześniejszy projekt i trochę dopasować. No i prawdziwy twit manager of the year potrafi spieprzyć nawet coś takiego - każda z tych wersji jest wyraźnie inna, te same moduły są w różnych wersjach, albo są wręcz zupełnie inne, nawet mnóstwo nazw tych samych obiektów się nie zgadza. Nikt tego po prostu nie pilnuje. Największy problem jest z jednym z zasadniczych modułów, już w tym pierwszym projekcie on jako-tako działa tylko dlatego, że kiedyś połowę jego zrobiłem na nowo rysując statechart w Rhapsody i generując kod. Teraz zreimplementowałem go całego również w Rhapsody, narysowałem czyste i klarowne statecharty z dobrze zdefiniowanymi interfejsami, w dwa dni było zrobione, a teraz od półtora tygodnia próbuję to zintegrować z wszystkimi trzema systemami. No i wyłazi na każdym kroku to, co im powtarzam od lat: Tak się nie da pisać programów tej wielkości. Ten system jest zrobiony w AUTOSARze - to taka koncepcja modułowości do C, całkiem nie najgorsza (chociaż w pewnych aspektach nie domyślana do końca). Działa to mniej więcej tak, że każdemu modułowi definiujemy w XML porty z dobrze wyspecyfikowanymi interfejsami, a potem te porty łączymy, też w XML, są do tego narzędzia. Całość klei generowany kawałek kodu. Konsekwentnie użyte dałoby to niezły, modularny system, mimo że w C. Tyle że te twity cały czas idą po linii najmniejszego oporu i przestawiają na AUTOSAR tylko to, co absolutnie niezbędne, a pozostałe połączenia międzymodułowe są nadal robione jak ćwierć wieku temu przez #define funkcja1 funkcja2, potem w innym miejscu jest #define funkcja2 funkcja3 i tak dalej. W rezultacie nie ma żadnej modularności, a system przypomina węzeł gordyjski.

Przy okazji zauważyłem, że te nowe projekty kompilują się dobrze ponad dwa razy dłużej niż ten pierwotny, mimo że są mniejsze. Oczywiście nikt z twitów się nie skarży, ale przy czasie rekompilacji powyżej pół godziny rozsądna praca nie jest możliwa, i jest to jedna z przyczyn dlaczego te projekty są w stanie katastrofalnym. Postawiłem hipotezę roboczą, że gdzieś kluczowy header file inkluduje o wiele za dużo. Sprawdziłem i się okazało, że losowo wybrany plik źródłowy inkluduje pośrednio 55.000 headerów. Tak, dobrze widzicie: słownie pięćdziesiąt pięć tysięcy. Krótka analiza pokazała, że to idzie tak: AUTOSAR ma taki specjalny mechanizm definiowania, do której sekcji linkera dany obiekt ma iść - definiuje się powiązany z tą sekcją symbol preprocesora i includuje plik "MemMap.h" (przed obiektem i po obiekcie, zarówno przy definicji jak i deklaracji). Ten plik includuje wszystkie pliki z konkretnymi definicjami, a jest ich z grubsza tyle, ile modułów. To już robi całą masę includów. Ale teraz każdy z tych plików includuje zawsze ten sam plik z definicjami kompilatora, a przecież wystarczyłoby raz. Wywaliłem te niepotrzebne includy i ilość pośrednich includów w moim losowym pliku źródłowym spadła zaraz o 20.000 a czas rekompilacji spadł o jakieś 10%. Zawsze coś, ale w tym pierwszym projekcie jest dokładnie ten sam problem i to nie jest przyczyna różnicy czasów kompilacji. Na moje oko przyczyną jest to, że większość modułów includuje losowo i bez sensu, w pierwszym projekcie dużo tego wyczyściłem albo kazałem ludziom wyczyścić, a w tych nowych nikt się tym nie zajął, ani nawet nie przeniósł do nich poprawek. Niby drobiazg, ale 15 niepotrzebnych minut na każdą kompilację, przy sporym zespole przekłada się na stratę liczoną w osobodniach na tydzień!

W tym pierwotnym projekcie już dawno temu zauważyłem, że kompilacja idzie bez sensu: kompilowało się równolegle na pięciu corach, tyle że największy plik (wygenerowany przez AUTOSAR), kompilujący się przez 6 minut jest w grupie o nazwie alfabetycznie prawie na samym końcu. W związku z tym na końcu pozostałe cory nie mają nic do roboty, a jeden jeszcze przez 5 minut mieli ten jeden plik. Przesunąłem więc tą grupę na początek i voila - kompilacja skróciła się o prawie 5 minut czyli 30%.

W ogóle problematyka czasu i wygody kompilacji i ich wpływu na produktywność, a nawet sukces projektu jest mocno niedoceniana. Znany jest mi wypadek projektu który padł, bo każda generacja kodu z modelu trwała ponad 30 minut. Poprzednią robotę rzuciłem między innymi dlatego, że klient dla którego robiliśmy wymyślił sobie świetny tooling: Program (w Javie) składał się z sześciu części, i żeby je skompilować trzeba było każdą część kliknąć z osobna, i to nie wszystkie naraz, ale po kolei. Każda część kompilowała się 3-4 minuty, czyli akurat tyle żeby tymczasem się przełączyć i coś porobić. Tyle że jak się potem przełączało do Eclipsa to było zawsze "O k..., znowu nie pamiętam który ostatnio klikałem!".  Focusu już nie było, z konsoli też nie dało się łatwo wywnioskować. Efekt był taki, że klikało się parę razy w to samo, albo coś się pomijało i trzeba było od wszystko od nowa. Rozwiązania typu notować na karteczce, albo cały czas się gapić w tego Eclipsa były tak upierdliwe, że aż poszukałem książki od tego badziewia, ale po paru godzinach prób zrobienia żeby wszystko startowało się automatycznie z Anta dałem spokój. Nie dało się i już. Mój szef, też bardzo dobry w te klocki, nie chciał w to uwierzyć, sam się za to zabrał ale wkrótce też się poddał. Dla zainteresowanych podaję słowo kluczowe, po usłyszeniu którego trzeba szybko uciekać: Buckminster.

 Na zakończenie coś dla zmniejszenia hermetyczności notki. Przykłady twitowego i nietwitowego designu UI w elektronice konsumpcyjnej. Najpierw twitowy:

Budzik z twitowym UI

Budzik z twitowym UI

To jest typowy budzik za kilka euro, różne warianty i odmiany można kupić w każdym sklepie. Każdy ma trochę inne ustawianie czasu budzenia, praktycznie zawsze nieintuicyjne. Podejrzewam, że projektanci tego sprzętu w ogóle go nie używają, albo mają jakieś zaburzenia ze spektrum autystycznego i obudzeni w środku nocy, po ciemku, bez problemu potrafią przypomnieć sobie sekwencję klawiszy konieczną żeby alarm na stałe wyłączyć.

Ten konkretny model jest jeszcze bardziej twitowy, bo piszczy przy każdym przyciśnięciu przycisku. Autor tego rozwiązania jest z całą pewnością samotny, albo mieszka u rodziców i ma swoją, osobną sypialnię, nie dzieloną z nikim. Ale przy tak daleko posuniętym autyzmie to nic dziwnego.

A można inaczej. UI tego budzika jest zrobione genialnie:

Budzik z nietwitowym UI

Budzik z nietwitowym UI

Włączenie i wyłączenie alarmu robi się przy pomocy suwaków z boków. Suwak w górę - alarm włączony, suwak w dół - alarm wyłączony. Czas alarmu ustawia się po po przyciśnięciu jednego z tych większych przycisków po lewej i po prawej. Z wyświetlacza znika wtedy wszystko poza ustawianym czasem i naprawdę nie sposób tego nie umieć, nawet bez instrukcji.

Budzik z nietwitowym UI - ustawianie czasu

Budzik z nietwitowym UI - ustawianie czasu

Suwaki podnoszą oczywiście koszt całości o kilka centów - bo program to żadna różnica, te kilkanaście linii kodu przeliczone na wielkość produkcji to koszt przyzerowy. Za to za taki budzik kasują 25 euro (sugerowana cena producenta), w sieci daje się znaleźć oferty od kilkunastu. W bonusie ma jeszcze różne cuda z podświetleniem wyświetlacza. Można? Można!

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki, Pomyślmy

7 komentarzy

Twit Programmers of the Year (2)

Poprzednia notka spotkała się z żywym odzewem czytelników, więc ponieważ ostatnio temat bardzo mnie zajmuje - zarówno w pracy jak i prywatnie - to może następna.

W pracy ostatnio miałem satysfakcję z gatunku Schadenfreude - od dobrych dwóch lat marudzę przy każdej okazji szefowi działu że tak jak robią to nic z tego nie będzie i trzeba coś zmienić (lista propozycji w załączeniu). Oczywiście, jak to w korpo, nic się nie zmienia. Projekt w którym jestem udało mi się doprowadzić do jako-tako szczęśliwego końca w zasadzie tylko w taki sposób, że co poważniejsze problemy popoprawiałem na własną rękę albo powymuszałem różne rzeczy tworząc fakty dokonane. Ale równolegle idzie projekt pochodny, do innego wariantu, w zasadzie tylko przejąć ten "mój" i trochę pozmieniać. Tego nowego projektu dotąd nawet nie dotknąłem i jest on w stanie tragicznym. No i w czwartek szefu był u klienta na zebraniu kryzysowym, pojawił się tam szef działu testowania (zresztą o polskim nazwisku), stwierdził że jakość tego softu jest katastrofalna (co i ja ciągle szefowi mówię) i zaczął zadawać pytania w stylu "a czy macie development patterny?", "a czy macie continous integration?", "a czy macie automatyczne testy?" - i wszystkie te pytania pokrywały się dokładnie z tym, o czym marudzę. No i już w piątek było "Powiedz nam, co mamy robić żeby ten projekt się nie zawalił?".

Jak źle jest? SOP jest na marzec, to jest do tańszego modelu więc od samego początku ilości będą rzędu 5000 tygodniowo, a na dzień dzisiejszy kompilator daje aż 25.000 warningów. Szybko przejrzałem listę i zauważyłem, że większość z nich musi być z bardzo niewielu miejsc - pół godziny szukania, znalazłem że w dwóch miejscach ktoś zainkludował headery wewnątrz funkcji. Po usunięciu ich, ilość warningów spadła do poniżej 10.000. Rzecz graniczy z sabotażem. Funkcjonalnie to nawet nie przejęli sporej części rzeczy, które od dawna działają u nas. Jedną dość kluczowy moduł infrastrukturalny który opracowałem, zamiast go po prostu przejąć zrobili "lepiej". Poświęcili na to masę czasu, zawracali mi dupę mnóstwo razy, ale oczywiście nie zintegrowali najpierw mojej wersji, tylko od razu zabrali się za poprawianie, czym opóźnili o miesiące włączenie mechanizmów ochrony pamięci - które przecież pozwalają znaleźć sporo błędów. Na koniec jeszcze nie wszystko działa, a nie mają z tego wszystkiego żadnych zalet poza tą abstrakcyjną "lepszością". Za to będzie teraz źle, bo rozwiązania tego samego w obu projektach są różne (a na przykład cały generator kodu jest wspólny, oni poprawiają moje zmiany za każdym razem). Przy pierwszym problemie każę im to wywalić do kosza i wrócić do mojego. Tragedia po prostu, znowu trzeba będzie ratować im dupy, za każdym razem z coraz głębszego szamba.

No dobrze, ale bywa jeszcze gorzej. Wróćmy do naszych ulubionych Twit Programmers z consumer electronics.

Mam w domu zegar ścienny z DCF, produkcji znanej firmy Citizen. Trochę lat już ma. Taki zegar synchronizuje się z nadajnikiem DCF-77 (tu niedaleko, koło Aschaffenburga) w południe i o północy, jeżeli wychodzi mu że się spóźnia to nie ma sprawy - wskazówki pojadą trochę do przodu. Gorzej jest, jak się spieszy - taki zegar do tyłu się nie pokręci. Ja bym zrobił tak, że zegar powinien trochę poczekać aż upływ czasu dogoni czas wskazywany, a potem niech chodzi dalej, w końcu o ile może się pospieszyć przez 12 godzin. Tymczasem tutaj jakiś twit programmer wymyślił, że zegar pokręci się niecałe 24 godziny do przodu. Ponieważ to stara konstrukcja i wszystkie wskazówki są posprzęgane na stałe, to sekundnik musi się w tym celu obrócić 12*60=720 razy dookoła, a trwa to prawie 20 minut. Oczywiście spać się w tym pokoju nie da, jak zegar o północy przez 20 minut warczy. A teraz najlepsze: Zegar przy czasie letnim ZAWSZE stwierdza, że się spieszy - ten twit nie uwzględnił przy porównaniu flagi DST.

Teraz honourable mention dla elektroników którzy projektowali mojego notebooka marki Acer. To jest 18'' desktop replacement i ma dwie karty graficzne. Jedna (Intel) jest wolna, ale bierze mało prądu, druga (ATI Radeon HD4670) odwrotnie. Tyle że jakiś twit wymyślił, że ta szybka będzie niestandardowa i będzie wymagała specjalnego drivera. Notebook był zaprojektowany do Windowsów Vista, ja kupiłem go z Windows 7 i na początku ta szybka karta jeszcze działała. Potem, po jakiejś aktualizacji systemu przestała, w Windows 10 też nie działa. Aktualizacji drivera już nie ma i nie będzie, szlag by ich trafił. Pod Linuxem też nie chodzi, bo tam specjalnego drivera też nie ma.

Problem jest taki, że załamany twitami piszącymi soft na Androida wymyśliłem, że sam sobie napiszę rzeczy które potrzebuję. Zainstalowałem Eclipse z developmentem do Androida, on ma emulację urządzenia z Androidem. Tyle że na moim notebooku ta emulacja startuje się 11 minut. Popatrzyłem co się da zrobić i radykalne przyspieszenie dałoby włączenie hardwarowej wirtualizacji, ale do tego potrzebne jest Intel Virtualisation Technology w procesorze, a w moim tego nie ma. Następna możliwość to włączenie opcji użycia hardware karty graficznej, a tutaj ta szybka nie działa, a do wolnej nie ma już aktualnych driverów. No to może Linux? Partycję z Linuxem miałem, zainstalowałem tam takiego samego Eclipsa, Linux ma driver do tej karty od Intela i emulacja startuje w minut pięć. No to może nie ideał, ale zawsze znacznie lepiej. Na razie zorganizuję sobie to wszystko, a jak dojdę do poważnej roboty to kupię nowego notebooka.

Tak więc przeszedłem na Linuxa na notebooku. Poinstalowałem na moim serwerze Linuxowym trochę serwerowych narzędzi żeby robić development porządnie, i tu też zaraz wykryłem paru twitów. Na przykład u Epsona. Linuxowy driver drukarki od Epsona występuje w dwóch wersjach: Jedna drukuje wszystkie kolory poprzesuwane o parę milimetrów, druga trafia z kolorami we właściwe miejsca, ale wcale nie drukuje koloru żółtego. Wybór należy do Ciebie.

Następny twit jest od projektów do Eclipse. Zainstalowałem na serwerze CDO Repository Server żeby trzymać moje modele w czymś porządnym. A tu jakiś twit nie upilnował, żeby nazwy tabel w bazie danych były pisane zawsze tak samo. Na Windowsach nie ma problemu - tabele lądują w plikach a Windowsom jest scheissegal czy piszemy nazwy plików dużymi czy małymi literami. Ale Linuxowi nie jest to obojętne i od razu wychodzi błąd że nie można znaleźć tabel. Jako workaround podają żeby włączyć w MySQL-u opcję konwertującą nazwy tabel do małych liter, ale ta opcja jest globalna dla całej instancji serwera bazodanowego i wtedy zaczynają mi się wywalać wcześniej utworzone bazy, w których nazwy tabel zawierają duże litery. Wygląda na to, że na początek będę musiał poprawić na własną rękę CDO Server Project (na szczęście jest w źródłach).

I tak dalej, i tak dalej. Teraz na pociechę: Nie każdy problem z softem/hardwarem jest wywołany przez twitów. Typowy przykład to "na początku mój WiFi stick/WiFi router/urządzenie z WiFi chodziło dobrze, a teraz coraz wolniej, na pewno to przez jakiegoś twita od driverów". Otóż nie. Jak kupowałeś tego sticka, WiFi miało tylko trzech sąsiadów i to nie w Twojej klatce. Teraz WiFi mają wszyscy, a kanały mają poustawiane całkiem randomowo. Tak wygląda to u mnie w paśmie 2,4 GHz.

WiFi-2-4-GHz

WiFi w paśmie 2,4GHz

WiFi jest o tyle źle zrobione, że komunikacja na kanale n zakłóca komunikację na kanałach od n-2 do n+2. Jakby poprzydzielać kanały jakoś centralnie to jeszcze może dałoby się to jakoś opanować, ale tak w realnych warunkach sieci jest tyle i poustawiane są na tyle źle że całość się ślimaczy. U mnie było jeszcze gorzej, bo pojawiał się jakiś nieprawdopodobnie mocny sygnał (chyba z biurowca naprzeciwko) zagłuszający wszystko dookoła. Jest na to tylko jeden sposób - przejść na pasmo 5GHz. Tak wygląda u mnie pasmo 5GHz:

WiFi-5-GHz

WiFi w paśmie 5GHz

Czego i czytelnikom życzę.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki, Pomyślmy

8 komentarzy