Warning: Use of undefined constant sa_comments - assumed 'sa_comments' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/36/d441047049/htdocs/wordpress/wp-content/plugins/recent-comments-with-avatars/comments.php on line 244
 Polska – NRD – Niemcy – Świat | społeczeństwo | Page 4
Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Żegnaj NRD Extra: Nacjonalizm inkluzywny i ekskluzywny jednocześnie

Czytając notkę WO o nacjonalizmie przypomniałem sobie piękny przykład inkluzywności i ekskluzywności nacjonalizmu i to jednocześnie w obrębie jednego państwa i jednej formacji ideowej. Chodzi oczywiście o NRD.

Żeby nie być gołosłownym notkę zilustruję skanami z "Małego słownika politycznego" ("Kleines politisches Wörterbuch") - podstawowej pomocy naukowej do przedmiotu marksizm-leninizm na studiach wyższych. Słownik kupiłem sobie niedawno na Bücherflohmarkcie, bo za czasów studenckich oczywiście na taką propagandę szkoda było pieniędzy.

Kleines Politisches Wörterbuch, NRD, 1973

Kleines Politisches Wörterbuch, NRD, 1973

Mały słownik polityczny był wydawany w kilku wersjach różniących się grubością i formatem, chyba również zakresem albo długością haseł - nie pamiętam, nie porównywałem, za tamtych czasów do tego rodzaju publikacji zaglądało się raczej ze wstrętem. Na szczęście wszystko się zmieniło i dziś to tylko zabawna ciekawostka. Mój egzemplarz nie ma już niestety kolorowej obwoluty i wygląda niezbyt atrakcyjnie.

Kleines Politisches Wörterbuch, NRD, 1973

Kleines Politisches Wörterbuch, NRD, 1973

Przejdźmy więc do nacjonalizmu. Komunistyczne publikacje zajmowały się problematyką narodową, bo i Lenin się nią zajmował. Istotna była inkluzywność, zwłaszcza w przypadku takiego zlepku różnych narodów jakim był Związek Radziecki. Według ideologów istniał tylko jeden naród radziecki, bardzo inkluzywny, połączony wspólnym językiem, kulturą i ideologią. Poniżej skan z hasła "Nation" (Naród).

Kleines Politisches Wörterbuch - hasło "Nation", jeden naród radziecki

Kleines Politisches Wörterbuch - hasło "Nation", jeden naród radziecki

Inkluzywność serwowana w Polsce nawet działała. Jeden naród radziecki, jeden naród czechosłowacki, jeden naród polski, wszystko się zgadza. Ale w NRD nie działała - nie można było przyznać że ci ze Wschodu i ci z Zachodu to jeden naród, bo jakże to, taki nie zjednoczony, a kto to zbudował mur w poprzek? Trzeba więc było dorobić do ideologii ekskluzywność - jest jeden naród NRD-owski, i jeden naród zachodnioniemiecki. Bo język niby ten sam, ale jeden jest socjalistyczny, a drugi burżuazyjny ("burżuazyjny" w tamtych czasach był epitetem deprecjonującym). Serio, cytat na skanie poniżej, hasło "nationale Frage" (kwestia narodowa). A kto mówi o podobno jeszcze istniejącej "jedności Niemiec" ten chce poddać lud NRD-owski imperialistycznym siłom z RFN. Chociaż, jak się tak zastanowić, to coś racji w tym jednak jest.

Kleines Politisches Wörterbuch - hasło "nationale Frage", dwa narody niemieckie

Kleines Politisches Wörterbuch - hasło "nationale Frage", dwa narody niemieckie

 

Kleines Politisches Wörterbuch - hasło "nationale Frage" c.d., dwa narody niemieckie

Kleines Politisches Wörterbuch - hasło "nationale Frage" c.d., dwa narody niemieckie

No dobrze, ale jakie z tego wnioski? Dla mnie jest to najlepszy dowód przeciw jakiemukolwiek nacjonalizmowi. Skoro i tak możemy sobie włączyć i wyłączyć dowolne grupy po uważaniu znaczy to, że pojęcie "narodu" nie ma najmniejszego sensu. Czego sobie i moim czytelnikom życzę.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (4)

Jak to się robi w Niemczech: Jedenasty listopada

Jedenasty listopada jest hucznie obchodzony w Niemczech. Jak?

W tym dniu przypada Świętego Marcina z Tours. Marcin żył w IV w., był synem rzymskiego trybuna i jako taki był zobowiązany do odbycia 25 letniej służby wojskowej. W trakcie tej służby przeszedł na chrześcijaństwo i bezskutecznie próbował odmówić dalszej służby, ale zwolniono go dopiero terminowo. Potem (skracam) osiadł w Tours i został tam wybrany przez ludność biskupem (bo dawno, dawno temu biskupów wybierano oddolnie). Hagiografie podają za jego największy uczynek podzielenie się z biedakiem wojskowym płaszczem w zimną noc.

No i tego Świętego Marcina obchodzi się w całych Niemczech. W części Polski też - głównie w Wielkopolsce (jedna z głównych ulic Poznania nie bez powodu nazywa się Święty Marcin). W tym dniu odbywają się pochody dzieci z własnoręcznie zrobionymi latarniami, dzieci śpiewają okolicznościowe piosenki. W pochodach uczestniczą głównie dzieci przedszkolne, a dla dzieci z pierwszej i drugiej klasy szkoły podstawowej obecność na szkolnym pochodzie jest obowiązkowa. Konie całego kraju maja pełne kalendarze zleceń - bo pochód jest porządny tylko jeżeli jest w nim rzymski żołnierz w czerwonym płaszczu na koniu. Jeżeli pochód musi iść ulicą asekuruje go policja. A na koniec musi być ognisko, inaczej impreza nieważna.

Zwyczaje na Świętego Marcina

Zwyczaje na Świętego Marcina

Obowiązkową potrawą na ten dzień jest gęś albo kaczka, duża część sprzedawanego w tym okresie drobiu już tradycyjnie i od dziesięcioleci jest sprowadzana z Polski. Jeszcze z czasów NRD-owskich pamiętam zachodnie radiowe reklamy "Gęsi i kaczki z Polski".

Ale to są zabawy dzieci, dorośli tego dnia bawią się w coś zupełnie innego. Ma to związek z datą - w Niemczech liczby powstałe przez powtórzenie jednej cyfry nazywają się Schnapszahlen (dosłownie liczby wódczane). Nazwa ta pochodzi prawdopodobnie od dwojenia się w oczach pod wpływem. Druga hipoteza jest taka, że wzięło się to z dawnych drinking games. No ale nieważne, 11.11 to jest dopiero Schnapstag. Trzeba się napić! Najlepiej o 11:11!

W tym dniu, 11.11 o godzinie 11:11, oddziały pospolitego ruszenia szturmują ratusze. Są w mundurach, są uzbrojone w broń białą, mają ze sobą działo, ratusz po zaciekłym acz krótkim oporze pada i burmistrz przekazuje napastnikom klucze do budynku i kasy miejskiej.

Nie, no oczywiście że nie naprawdę, mundury to fantazyjne imitacje mundurów końca XVIII i początku XIX wieku, broń biała jest nieszkodliwa, działo jest ładowane od przodu i strzela naprawdę, ale nie ma w nim pocisku, a atakujący i broniący się toczą ze sobą rytualne spory wierszem.

Niestety nie udało mi się dotąd być przy takiej akcji osobiście i muszę się podeprzeć zdjęciem z sieci. To dość typowy obrazek, działo bywa bardziej prawdziwe kalibru kilkucentymetrowego i naprawdę odpalane (jak już wcześniej napisałem bez pocisku - to przecież zabawa). Oddziały rekrutują się zazwyczaj z lokalnego Karnevalvereinu (klubu karnawałowego), który zajmuje się właśnie przygotowywaniem tego typu imprez w karnawale - szyją sobie stroje, przygotowują sprzęt i teksty, ćwiczą bębnienie na werblach i maszerowanie. No i to wszystko to jest przede wszystkim okazja do wypitki. W krajach protestanckich nie obchodzi się imienin i trzeba znajdować sobie inne okazje.

Szturm na ratusz na Świętego Marcina

Szturm na ratusz na Świętego Marcina Żródło: http://www.koenigswinter-direkt.de

Jest to część szerszej tradycji zamiany ról w okresie karnawału. Źródła tego zwyczaju sięgają zdaje się jeszcze czasów rzymskich, mundurowa oprawa jest z wieku XVIII. Tradycje te są bardzo żywe, a swój szczyt osiągają w ostatnich dniach przed Środą Popielcową, kiedy to wszystkie te Karnevalvereine maszerują w wielogodzinnych pochodach demonstrując swoje stroje, choreografię, robiąc satyrę polityczną i rzucając w tłum cukierki. We Frankfurcie w takim pochodzie idzie zawsze dobrze ponad setka różnych Vereinów. No ale więcej o tym może jak przyjdzie czas.

Jak zwykle w takich sytuacjach włącza mi się tryb porównywania z Polską. No i jakoś trudno mi sobie coś takiego w krajowych warunkach wyobrazić. Działalność w Vereinie, szycie sobie strojów, przygotowywanie wierszowanych tekstów i choreografii, chodzenie w pochodach, w sumie po to tylko żeby w listopadzie i w karnawale sobie zaimprezować - nie, to w Polsce nie idzie. Podobnie trudno mi sobie wyobrazić przeciętnego burmistrza polskiego małego miasteczka przerzucającego się wierszowanymi tekstami bez wyrazów powszechnie uważanych za obraźliwe z nieco już wstawionymi "napastnikami" (bo bywa że atakujący za długo zabawią w barze po drodze i się spóźniają).

Ogólnie mam wrażenie, że w Niemczech życie jest tak uporządkowane, że Niemcy w czasie wolnym muszą sobie trochę powariować. W Polsce natomiast życie codzienne to takie wariactwo, że w czasie wolnym można się najwyżej urżnąć na smutno, bo limit wygłupiania się jest już dawno wyczerpany.

Jak czytam w krajowej prasie w ostatnich latach w Polsce pojawiły się nieco podobne zwyczaje na jedenastego listopada. Też maszerują, atakują, czasem nawet wierszem coś wołają, co poniektóry na pewno też coś wypije, ale to wszystko jakieś takie smutne. A podobno to Niemcy nie mają poczucia humoru.

A może by tak zamiast robić blokady tych smutnych manifestacji lepiej by było zaanektować to święto i urządzić imprezę w stylu niemieckim? Chociażby odegrać ten jajcarski atak na ratusz. Żeby było wesoło i kolorowo. Odpowiednio patriotycznie kojarzące się kolorowe mundury dałoby się dobrać, śmieszne teksty wierszem też da się napisać. A na koniec rzucać w tłum cukierki. Każdy znajdzie tu coś dla siebie - patriota i kosmopolita, militarysta i anarchista. Myślę że taki wyluzowany patriotyzm w kilka lat dałoby się wypromować tak, żeby na konkurencyjną imprezę smutasów prawie nikt nie przychodził.

Tyle że pewnie i tak się nie da, bo żaden burmistrz nie da się namówić na gadanie wierszem.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (4)

Żegnaj NRD Extra: Mahlzeit DDR (2)

Znalazłem jednak czwarty odcinek cyklu Mahlzeit DDR - jest o alkoholu. O wielu z omawianych tam spraw pisałem już w cyklu Żegnaj NRD, ale dodam dwie ciekawostki:

O słowo Pilsner nazwie eksportowego piwa Radeberger Pilsner toczył się ciągły spór z Czechosłowacją. Co prawda nazwy Pilsner używano też w RFN, ale Niemcy zachodni wybronili się tym, że pierwszy Pilsner powstał co prawda w Plilsnie, ale zrobił go Bawarczyk. NRD-owcy nie mieli takiego argumentu, więc cały czas brali na przeczekanie. No i jakoś przetrzymali aż do końca. Jedyne ustępstwo jakie musieli zrobić było takie, że w pociągach jadących przez Czechosłowację piwo Radeberger (bo można było je kupić w Mitropie) miało etykietki bez słowa Pilsner.

Butelka od piwa Radeberger, NRD

Butelka od piwa Radeberger, NRD

Teraz coś o mocniejszych alkoholach: Honecker wymagał na imprezach partyjnych ze swoim udziałem żeby zawsze pić kieliszek do końca, a potem odstawiać odwrócony do góry dnem. Żeby nikt nie oszukiwał. W dawnej Polsce stosowano w tym samym celu lepszy patent - kieliszki tzw. "kulawki". Za to Honecker miał inny pomysł - specjalnie dla niego robiono niskoprocentową wódkę (8%), żeby za szybko się nie upił.

A teraz odcinek cyklu. W tubkach dołączonych do poprzedniego odcinka zablokowano embedding, jak by i tu to się stało to trzeba kliknąć i obejrzeć na youtubie.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (3)

Żegnaj NRD Extra: Mahlzeit DDR

Obejrzałem wczoraj na eins Extra (EDIT: Teraz ten program nazywa się tagesschau24) trzy odcinki programu pod tytułem Mahlzeit DDR ("Smacznego NRD")  Program był o kilku artykułach spożywczych w NRD. To ciekawe i pasuje do mojego bloga, więc streszczę, dodając co nieco od siebie.

Pierwszy odcinek był o kurczakach. NRD po wojnie przeżywało ciężki okres. Najpierw bezwzględnie zabierali co się dało Rosjanie. Ale po wydarzeniach roku 1953 trochę odpuścili i dali towarzyszom NRD-owskim trochę swobody. No i towarzysze zaczęli myśleć, jak by zapewnić ludności więcej żywności, zwłaszcza mięsa.

Nie umknęło uwagi Partii otwarcie w części zachodniej sieci restauracji z potrawami z kurczaka pod nazwą Wienerwald (1955). W restauracjach tych podawano kurczaki właśnie w RFN wyhodowanej rasy, która miała dużo smacznego mięsa i osiągała właściwą wagę w 10 tygodni. Potrawa ta nazywała się Goldhähnchen. Firma z Bremy, która je wyhodowała sprzedała rasę firmie amerykańskiej, która opracowała technikę przemysłowego tuczu tych kurczaków, linie do uboju, inkubatory itd. itd. Sprzedawała też tą technologię do innych krajów. NRD-owcy zainteresowali się tym szybko, jednak ponieważ mieli ciągle nieuregulowane stosunki z Zachodem nie mogli sobie tego kupić sami. Zapośredniczyła Jugosławia. W niemieckiej Wikipedii piszą o Bułgarii, ale w programie bezpośredni świadkowie mówili że jednak Jugosławia. Są tam nawet kawałki filmu z Ulbrichtem na fermie w Jugosławii. Nie miałem pojęcia, że Tito mówił swobodnie po niemiecku.

Tak więc w połowie lat 60-tych NRD-owcy rozpoczęli budowę pierwszych przemysłowych ferm drobiu. Polska poszła tą drogą dopiero w latach 70-tych. No i trzeba było wymyślić dla nich nazwę. Musiała ona być inna niż na Zachodzie, i stąd wziął się Goldbroiler. Znowu Wikipedia niemiecka wysnuwa kilka fantastycznych koncepcji na temat tej nazwy, a w programie opowiada człowiek który sam podjął decyzję.

W roku 1967 w Berlinie otwarto trzy pierwsze restauracje kurczakowe podające Goldbroilery. Podobno były super. Ja byłem w takiej w Erfurcie około 1988, to już aż takie super nie było - remont by się powoli przydał. Ale kurczaki były smaczne. Ciekawostką był rząd umywalek na sali - kurczaka pieczonego nie da się zjeść bez pobrudzenia rąk, a tam nie trzeba było chodzić przez parę drzwi do toalety, tylko wprost od stolika można było podejść do umywalki nie dotykając po drodze żadnych klamek i nie musząc się przeciskać. W początku lat 90-tych jadłem też kiedyś w Wienerwaldzie, ale mi nie smakowało.

Jajek w handlu nagle zrobiło się dużo i wkrótce wyparły one jaja chłodnicze. Pojawiły się nawet reklamy "Nimm ein Ei mehr" ("Weź jajko więcej") zachęcające do używania większej ich ilości. Z Polski pamiętam jaja chłodnicze jeszcze w latach 70-tych. Wyjaśnienie dla młodszych czytelników: W czasach sprzed przemysłowej produkcji drobiu produkcja jajek podlegała sezonowym wahaniom, nadmiar z pewnych okresów trzeba było przechowywać w chłodniach, do użycia w okresie kiedy kury znosiły ich mniej. Takie przechowywane jaja były to właśnie jaja chłodnicze. Standardową procedurą przy zakupie jajek było prześwietlanie ich (światłem, w sklepach stały takie urządzenia) żeby rozpoznać te zepsute (zbuki). Jajek wtedy nie wbijało się prosto do potrawy albo na patelnię - zawsze najpierw na talerzyk, obejrzeć, powąchać, i dopiero potem do reszty jedzenia. Dziś tak już nie trzeba, zepsute jajko, widziałem ostatnio ze 20 lat temu.

Znalazłem ten program na Youtubie, tutaj odcinek o kurczakach (i paru potrawach na dodatek):

Drugi odcinek był o kawie. Tu też było parę ciekawych historii.

Na przykład o kryzysie kawowym w 1976. Mimo że sporo kawy trafiało do NRD w paczkach od rodzin z Zachodu, albo było przywożone przez emerytów, to sprowadzana za twardą walutę kawa była dużym obciążeniem dla budżetu kraju. Było tam nawet tak, że kawiarnie musiały się rozliczać ze zużytej kawy, prowadzić dokładną dokumentację, a odpowiednik naszej Inspekcji Robotniczo-Chłopskiej sprawdzał zapisy i czy nie dają za mało na filiżankę. Kiedy więc w roku 1976 na skutek nieurodzaju w Brazylii ceny kawy na rynkach światowych poszybowały w górę, to NRD-owcom zabrakło pieniędzy na zakup kawy na potrzeby krajowe. Wymyślono więc nowy produkt - Kaffee Mix. Była w nim 51% prawdziwej kawy, a resztę dopchano różnymi wypełniaczami, była tam nawet mączka z grochu która zapychała filtry w kawiarnianych ekspresach i powodowała ich eksplozje. Ludzie nie chcieli tego pić i masowo słali listy protestacyjne do władz. Listy trafiały do Stasi, która to wszystko rejestrowała, a było tego mnóstwo. Kaffee Mix nazywano złośliwie "Honecker-Krönung". Wkrótce (1978) trzeba było się z tego mixu wycofać i wygospodarować pieniądze na prawdziwą kawę. Próbowano jeszcze ograniczyć spożycie zabraniając podawania kawy na zebraniach, a w kawiarniach zabraniając sprzedaż kawy na dzbanuszki - tylko na filiżanki. Ale wiele to nie dało. Postarano się więc kupować kawę nie za dewizy, tylko barterowo za maszyny.

W roku 1980 zawarto porozumienie z Wietnamem. Wietnam produkował wtedy niewiele kawy, ale NRD miało założyć tam duże plantacje, który miały przynieść pierwsze plony w roku 1990. No i rzeczywiście tak się stało, ale NRD w międzyczasie zabrakło. Ale dzięki temu Wietnam jest dziś największym producentem kawy w regionie.

Jeszce jedna ciekawostka: Dzięki tym problemom z kawą NRD-owscy naukowcy wynaleźli nową metodę palenia kawy - Wirbelschichverfahren (proces fluidyzacyjny) - poprawiającą wydajność procesu i smak kawy.

Ponieważ w tych czasach kawy praktycznie nie pijałem (a i teraz piję niewiele) to nie mam za wiele osobistych wspomnień o kawie z NRD. Zapraszam za to do obejrzenia programu.

Trzeci odcinek był o bananach i pomarańczach. Jak dla mnie był mniej ciekawy. Ze wspomnień: Nie pamiętam, żebym widział w NRD banany. Pewnie bywały raczej w dużych miastach. Nawet pracownicy lipskiego ZOO w programie opowiadali, że czasem musieli jeździć po banany dla małp do Berlina. Też nie bardzo pamiętam pomarańczowe pomarańcze, tylko kubańskie. To może opowiem NRD-owski dowcip o bananach:

 Przychodzi zajączek do sklepu prowadzonego przez misia i mocno machając łapkami pyta:

- Są banany?

- Nie ma. - Odpowiada miś. 

I taka sytuacja powtarza się co dzień.  Po pewnym czasie miś się zdenerwował i krzyczy:

- Jak nie przestaniesz tak machać łapkami to przybiję cię za uszy do ściany! 

Następnego dnia znowu zajączek machając łapkami pyta się o banany. No to miś, zgodnie z ostrzeżeniem przybił go za uszy do ściany obok portretu Honeckera. Na co zajączek:

-  On też się pytał o banany?

Program ma zdaje się cztery części, ale nie udało mi się ustalić o czym jest czwarta. (EDIT: już się udało - zapraszam do następnego odcinka)

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (3)

Jak to się robi w Niemczech: Dzień otwartych drzwi w meczecie

Jadąc do pracy i z pracy codziennie przejeżdżam obok małego meczetu. Ostatnio zauważyłem nad jego wejściem reklamę Dnia Otwartych Drzwi i dziś się tam wybrałem.

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Meczet, jak się wypytałem, należy do odłamu Ahmadija. Jak czytam nie jest to żaden z głównych nurtów islamu, on jest taki bardziej reformowany, na granicy herezji. A nawet dla niektórych poza tą granicą - w wielu krajach islamskich jest zakazany. Odłam nastawiony jest bardzo pokojowo, ich hasło to "Liebe für alle, Hass für keinen" - "Miłość dla wszystkich, nienawiść dla nikogo".

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Ten meczet był drugim zbudowanym po wojnie w Niemczech, już w 1959 i przez wiele lat był centrum islamu na południowe Niemcy. Teraz centrum przeniesiono do dzielnicy Bonames. Meczet nie jest duży, to w sumie taki parterowy baraczek z biurem parafialnym i skromnym mieszkaniem dla imama. Ostatnio robili tu prace budowlane - za meczetem zbudowano dom dla kobiet a plac ładnie wybrukowano.

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

W domu dla kobiet jest kilka mieszkań dla kobiet w trudnej sytuacji albo w podróży, sala do modlitwy i trochę pomieszczeń do pracy, rozmów itp. Wszystko skromnie zrobione. Nasunęło mi to trochę refleksji, że miejscami islam jest do przodu w stosunku to katolicyzmu - ten dom jest wyłącznie dla kobiet i mężczyźni nie mają prawa do niczego się tam mieszać. W wielu podobnych domach katolickich rządziłby ksiądz.

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

 

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Na imprezie nie było tłoku, ale pusto też nie. Większość gości pochodzenia europejskiego było z pobliskiej parafii ewangelickiej, mówili że przychodzą co roku. Reporterka z mediów ewangelickich robiła reportaż z akcji.

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

No i, jak to na takich festach, kawka, herbatka, ciasto i różne potrawy. Spróbowałem takich podsmażanych pierogów z ostrym, warzywnym nadzieniem - mniam, mniam. Dają za darmo.

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Co nieco opowiedzieli o islamie, islamie w Niemczech...

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

A to miejscowy imam.

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Skomentuj

Jak to się robi w Niemczech: Prawicowy lolkontent

Thilo Sarrazin - Deutschland schafft sich abZ ponad rocznym opóźnieniem przeczytałem kontrowersyjną książkę Thilo Sarrazina "Deutschland schafft sich ab". ("Niemcy się likwidują"). Dyskusje na ten temat już dawno wygasły, więc można poczytać na spokojnie. Przyznam od razu, że impuls pochodzi (jak zwykle) z programu Quarks & Co. Mówili tam o szkole i pokazali gimnazjum z "trudnej" dzielnicy, pełne imigrantów, biorące udział w konkursie na najlepszą szkołę w kraju. I wygrywające. Przy wręczaniu nagrody prezydent Wulff wspomniał coś o Sarrazinie, kierownik szkoły odpalił mu od razu i dość celnie. A ja postanowiłem wreszcie książkę przeczytać.

Nie mam zamiaru napychać jakiemuś politykowi kabzy, więc pożyczyłem książkę z biblioteki. Nie mieli jej na papierze - zapoznałem się z nową technologią i wypożyczyłem online w formie elektronicznej. Wypożyczenie jest ograniczone czasowo, książkę czyta się w czytniku Adobe Digital Editions, wiąże to ją z jednym komputerem (zdaje się, nie próbowałem przenosić). Niestety nie działa copypasta, nawet krótkich fragmentów, cytaty muszę przeklepywać ręcznie. Szukanie też działa marnie.

Z recenzją mam trochę problem. Sądziłem że jest to dobrze i klarownie napisany kawałek analizy, więc zacząłem pisać w trakcie czytania, punktując po kolei. Ale po jakichś stu stronach wywód się rozjechał w chaosie, zaczęły się powtórzenia, niejasności, niedopowiedzenia... No i nie dało się dalej tak pisać, musiałem przeczytać do końca i dopiero potem zrobić syntezę. Autor dziękuje w posłowiu lektorce o arabskim nazwisku (Ditta Ahmadi, to że nazwisko jest arabskie jest ważne w tym kontekście)  za poprawienie czytelności tekstu i usunięcie powtórzeń, moje wrażenie jest takie że ona do tej setnej strony jeszcze się starała, ale potem sobie odpuściła, bo żeby zrobić z tego tekstu coś porządnego to musiałaby napisać go od nowa. Nie świadczy to dobrze o ocenianej książce.

Zacznijmy może od streszczenia i pozytywów. Sarrazin zajmuje się zagrożeniem dla Niemiec związanym ze spadkiem jakości nauczania i napływem imigrantów. Przytacza sporo danych statystycznych (nawet umie je interpretować), prognozuje rozwój struktury ludności na podstawie danych o dzietności różnych grup (znaczy umie liczyć procenty, nawet składane). Zagrożenia i trendy nawet, jak na moje oko, rozpoznaje nieźle, ale nie uważam żeby był zbyt odkrywczy.

Problem zaczyna się, gdy autor próbuje analizować przyczyny pewnych zjawisk. Tu zawodzi po prostu na całej linii. Ale po kolei.

Sarrazin urodził się w roku 1945, jego ojciec był lekarzem. Potem studiował nauki ekonomiczne, doktoryzował się z historii gospodarczej w ujęciu racjonalizmu krytycznego. Zapamiętajmy ten fakt, bo to ważne.

Na początku swojej książki Sarrazin ustawia się jako fachowiec i autorytet, który maluczkim wyjaśni jak to jest naprawdę, bo politycy (którym był i którym doradzał) żądają uzasadnień dopasowanych do aktualnego dyskursu publicznego i politycznej poprawności, a nie do faktów. Teraz on powie jak to jest, bo przedtem musiał kombinować. Mnie takie podejście od razu nastawia nieufnie, ale zrazu kupiłem to bo doktor nauk itd., więc może faktycznie ma jakieś pojęcie.

No i autor tak się wczuwa w rolę autorytetu, że już pierwsze założenie wyjmuje z kapelusza i nie dyskutuje go ani nie uzasadnia w żaden sposób. A założenie jest takie: To źle, że w Niemczech procent osób narodowości niemieckiej spada. Moim zdaniem sama koncepcja państwa narodowego nie jest wcale oczywista i nie wymagająca dyskusji, zwłaszcza gdy mówimy o państwie które powstało w XIX wieku poprzez nie zawsze dobrowolne dołączenie państw Bawarczyków, Hessów, Badeńczyków, Saksończyków itd. i różnych obszarów, również innojęzycznych, do państwa Prusaków. Dziwi jeszcze bardziej, że autor jest przy tym członkiem SPD, czyli człowiekiem lewicy. W innych krajach takie narodowe tezy wysuwają raczej prawicowcy. Teksty typu:

Thilo Sarrazin

Das wirtschaftlich vereinte und außenpolitisch handlungsfähige Europa wird auch in 100 Jahren noch aus Nationalstaaten bestehen. (str 18-19)

Gospodarczo zjednoczona i zdolna do działania na arenie międzynarodowej Europa jeszcze za 100 lat będzie składała się z państw narodowych.

podane bez cienia uzasadnienia przypominają mi Honeckera twierdzącego w 1989 że mur będzie istniał jeszcze za 100 lat. U Sarrazina też jest "bo tak" i żadnej dyskusji. Potem pojawia się argument, że on by chciał żeby za 100 i więcej lat jego potomkowie nadal mieszkali w kraju w którym mówi się po niemiecku a nie w tureckojęzycznej republice islamskiej. Czy nie przypomina Wam to pewnych wątków poruszanych przez krajowych publicystów prawicowych?

Czytamy dalej. I powoli okazuje się, że zgodnie z podejrzeniami (starałem się nie nastawiać z góry negatywnie, ale podejrzenia że będzie jechał rasizmem i nacjonalizmem się same nasuwały) autor zajmuje się problemem imigrantów. Próbuje on dowodzić, że pozycja kraju w testach PISA skorelowana jest z jego jednolitością etniczną. No i popełnia typowy błąd metodologiczny biorąc parę krajów z pierwszych miejsc - Koreę, Finlandię i Japonię - i stwierdzając że one jednolite. Czwarty - Kanadę - już naciąga, że on nie jednolity, ale blablabla więc pasuje do tezy. Potem bierze multikulturalne USA wypadające źle i korelacja gotowa. Ale w ogóle nie patrzy na przykład na Polskę, która też jest bardzo jednolita, a wypada gorzej niż Niemcy. Z korelacji dwója.

No i tak czytając doszedłem do punktu który budzi największe kontrowersje. W skrócie: On przeczytał (i podobno się specjalnie fachowców jeszcze popytał) że inteligencja ma składową dziedziczną. I ze swojego fragmentarycznego rozumienia nauk przyrodniczych i ewolucjonizmu wydedukał, że inteligencja podlega silnej presji selekcyjnej. Znaczy według niego że jak pastorzy ewangeliccy (bez wątpienia inteligentni ludzie) mieli dużo dzieci, to one też były inteligentne, i ich dzieci też, i teraz wielu naukowców ma wśród przodków pastorów. A księża katoliccy (niewątpliwie równie inteligentni) nie mogli się rozmnażać i pokażcie teraz naukowców których przodkami byli księża katoliccy. Nie ma, ta inteligencja zaginęła! Potem brnie jeszcze głębiej: Podaje jako przykład Żydów, którzy przez długi czas byli nadreprezentowani na studiach i w zawodach inteligenckich i lepiej od innych wychodzą na testach IQ. I ma to według autora być dzięki presji selekcyjnej - ci inteligentniejsi wychodzili cało z pogromów i przekazywali swoje geny dalej! O rany, zanim to przeczytałem myślałem że przesadzają czepiając się go albo chcąc wyrzucić z partii. A przecież z takim rozumieniem sprawy i taką interpretacją spokojnie znalazłby swoje miejsce w szeregach NPD! (Nawiasem mówiąc NPD książkę pochwaliło jako potwierdzającą ich poglądy) Poza tym przez myśl mu nie przejdzie, że na przykład wielu z tych uważanych przez niego za beznadziejne przypadki uchodźców z Afryki przeszło przez więcej pogromów i wojen niż jakikolwiek Żyd. No i to rozumienie inteligencji, jemu istnienie składowej w iluś procentach przekłada się bezpośrednio na stuprocentową zależność przyczynowo-skutkową. Macki opadają.

To jego rozumowanie przewija się przez całą książkę i choć co prawda autor nie mówi tego w żadnym momencie wprost, to chodzi mu o to że imigranci z pewnych krajów (ani ich potomkowie) nigdy nie będą równorzędnymi intelektualnie obywatelami Niemiec, bo ich geny na to nie pozwalają. Naprawdę nie wiem jak ktoś taki mógł w ogóle trafić w okolice SPD.

Dalej autor analizuje religię imigrantów. Chociaż w zasadzie "analizuje" to nie jest właściwe słowo. On ma swoją tezę a innych hipotez nawet nie próbuje omawiać. Dla niego jak imigrantów z Polski pracuje 60% a islamskich z Turcji 30% (liczby trochę z kapelusza, bo szukanie w tekście bardzo słabe jest i nie mogę teraz znaleźć ile było dokładnie) to przyczyną tego stanu rzeczy jest tylko i wyłącznie islam. Bo tak, bo chrześcijaństwo ma swoją fazę fundamentalistyczną za sobą a islam nie. No mać! mać! mać! (jak zwykle odpowiedziało echo), pan Sarrazin nawet nie słyszał o chrześcijańskich fundamentalistach, a Breivik zrobił swoją akcję za późno, żeby uchronić autora przed taką kompromitacją. Wniosek Sarrazina (znowu nie wypowiedziany wprost) jest taki, że wszystko przez tych wyznawców islamu. I ten facet zrobił doktorat z Poppera!

Sarrazin ciągle missuje pointy - nawet nie próbuje się zastanawiać nad strukturą klasową poszczególnych grup imigracji, nie zauważa problematyki kapitału kulturowego, on po prostu nic nie rozumie!

No dobrze, a jakie rozwiązania problemu proponuje? Trzeba przyznać, że część jego propozycji jest nawet sensowna. Na przykład postuluje prowadzenie ostrzejszej polityki imigracyjnej, żeby nie przyjmować ludzi którzy będą tylko korzystać z systemu pomocy społecznej (coś jak w USA). Dalej chciałby żeby bardziej przymuszać dzieci klas niższych do nauki, na przykład karząc ich rodziców finansowo za nieusprawiedliwione nieobecności dzieci w szkole. Ale dlaczego tylko z klas niższych? Bo według niego dzieci klas wyższych są inteligentne tak genetycznie i im tego nie potrzeba. No facepalm po prostu. A, i jeszcze w procesie kształcenia nie może być telewizji, komputera i internetu, bo najważniejsze jest czytanie z papieru, bo:

Thilo Sarrazin

Der Tag hat für jeden nur 24 Stunden, und jede Stunde, die vor dem Fernseher, im Internet oder beim Computerspiel verbracht wird ist unabhängig vom Bildungsgrad für Lektüre verloren.

Dzień ma dla każdego tylko 24 godziny, i każda godzina która jest spędzona przed telewizorem, w Internecie i przy grze komputerowej jest, niezależnie od wykształcenia, stracona dla czytania.

Panie Sarrazin, nich Pan zgadnie jak czytam Pana książkę i co ja te godziny dziennie robię w Internecie. A może by Pan obejrzał coś w telewizji, jakieś "Die Sendung mit der Maus", albo co, może by się pan tak z niego nauczył porządnej analizy problemów. Albo zagrał w Bioscopię, może by Pan wtedy zrozumiał o co chodzi w tych genach.

W jednym miejscu Sarrazin opowiada jak nauczył się czytać. Wkrótce po rozpoczęciu pierwszej klasy (1953) był mianowicie chory na szkarlatynę, musiał leżeć ileś tygodni w łóżku. Telewizora w domu oczywiście nie było, komputera z Internetem tym bardziej, dostał więc jakieś książki, no i tak powoli składał sobie literki, potem coraz sprawniej, a potem czytał już dobrze. I dzięki temu że umiał dobrze czytać skończył szkoły, surowi nauczyciele i rodzice nie pozwolili mu się zaniedbać i stoczyć. No urzekła mnie jego historia, ale nie uważam żeby wyszedł z niego myślący intelektualista. A dalej pisze, że dyscyplina najważniejsza, i że tak twierdzi na przykład jeden słynny reżyser pracujący z dziećmi. I przez myśl mu nie przejdzie, że ta dyscyplina u reżysera to niezupełnie to samo co dyscyplina szkoły lat pięćdziesiątych.

W dziedzinie szkolnictwa Sarrazin zachwyca się modelem szkoły prywatnej, a szczególnie słynnym prywatnym gimnazjum w Salem. Akurat parę reportaży z tej szkoły widziałem, jest to droga szkoła prywatna w stylu szkoły brytyjskiej wyśmiewanej przez Pythonów w Sensie życia. I mundurki obowiązkowo, bo to zaciera podziały klasowe (to zdanie by Sarrazin).

Mógłbym tak jeszcze długo, ale i tak już jest tl;dr. Dam więc mu spokój i przejdę do podsumowania.

Sarrazin we wstępie do swojej książki skarży się, że eksperci (w tym i on) pracujący na zlecenie polityków nie mogą robić uczciwych analiz, tylko mają uzasadniać zadane z góry tezy. Niestety robienie analiz pod tezę tak weszło mu w krew, że nawet we własnej książce tylko uzasadnia swoje własne tezy, nie poddając ich należytej krytyce. No i wyszło tak jak wyszło, ręce opadają. Jeżeli poziom analizy na zamówienie jest jeszcze gorszy, to aż strach się bać. A i ta książka zdaje się jakąkolwiek czytelność zawdzięcza redaktorce pochodzącej z genetycznie niezdolnych do niczego Arabów. A tak poważnie to autor raczej ma analityczną moralność Kalego: Ma wyjść na moje - dobrze, ma wyjść na czyjeś - źle.

Podsumujmy więc: Autor o gospodarce ma jakieś pojęcie, analiza danych statystycznych i prognozowanie trendów mu nawet wychodzi, ta część książki jest mniej więcej OK. Ale zrozumienie przyczyn i zależności już go intelektualnie przerasta, nie jest w stanie poddać swoich tez prawdziwie krytycznej analizie, a co dopiero mówić o zaproponowaniu jakichś sensownych i działających rozwiązań. Nie wiem jak znalazł się w SPD, raczej przypadkiem a nie ze względu na poglądy. Bliżej byłoby mu do NPD, a przynajmniej CDU.

Aż się nie powstrzymam od złośliwej adpersony: Nie krytykuj wrodzonego braku inteligencji imigrantów z Afryki, jeżeli już twoje nazwisko wskazuje że twoi przodkowie stamtąd pochodzą.

A książkę odradzam, chyba że jako studium pewnego sposobu myślenia. Ale nie żałuję że ją przeczytałem, teraz mogę zwalcować każdego kto mi wyskoczy z argumentem z Sarrazina.

Szkoda tylko że go jednak nie wywalili z SPD. Należy mu się.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (2)

Pomyślmy: Zorganizowana przestępczość w prime time

Już od dawna mi się zbierało ale ostatnio się ulało. No może to "ostatnio" jest względne, bo notka mi się trochę przeleżała.  Będzie o zorganizowanej przestępczości występującej na codzień w telewizji, mającej nawet swoje regularne programy i to w prime time.

Co mam na myśli? Oczywiście zawodową piłkę nożną.

Nie jestem entuzjastą sportu wyczynowego i zawodowego w ogóle, jakiś mecz obejrzę najwyżej od wielkiego dzwonu, czyli jak są mistrzostwa świata. Nie egzaminujcie mnie więc ze znajomości drużyn i nazwisk graczy. Ale zetknąłem się parę razy z tą mafią na najniższym poziomie sekcji młodzieżowej lokalnego amatorskiego klubiku ligi okręgowej (tu w Niemczech, żeby nie było wątpliwości), a w mediach ciągle słyszę różne doniesienia z różnych pięter tej struktury. I obraz całości powoli mi się poskładał.

Zastanówmy się najpierw, z czego oni wszyscy żyją. Ten lokalny klubik to utrzymuje się w dużym stopniu ze składek członkowskich. Należysz - dokładasz się, to jest OK. Wielu ludzi daje organizacji swój czas i swoją pracę, to też jest w porządku, takie mają hobby, ich sprawa. Coś tam im dokładają firmy prywatne, tak samo - ich pieniądze, ich problem. Klub dzierżawi teren od miasta, miasto od czasu do czasu dokłada się do jakichś inwestycji, ale generalnie to wszystko jest w miare zdrowe. Oczywiście poza tym że część grających tam dzieciaków i młodzieży (albo ich rodziców) marzy o karierze zawodowej, ale to inny temat. No i są jeszcze wyraźnie widoczne ambicje działaczy, żeby być jak ci wyżej w mafijnej hierarchii. Ten akurat konkretny klub jest w ręku jakichś Jugosłowian, nie wnikałem z której konkretnie części. Zauważyłem jednak barowóz z piwem na terenie klubu, jak donoszą media w wielu klubach świętuje się tym piwem zwycięstwo przy udziale nieletniej młodzieży.

Sytuacja zmienia się cokolwiek gdy idziemy w górę, do klubów zawodowych. Tutaj gra się już nie na na płaskim placu, tylko na w miarę porządnym stadionie sfinansowanym przez kogo? No przecież nie przez sam klub, on nie ma tyle szmalu. Zapłaciło za niego głównie miasto, czyli wszyscy podatnicy. Składki członkowskie w takim klubie to nawet na waciki nie wystarczą, za to pojawiają się wpływy za bilety i za klubowe gadżety. To niech sobie mają, to OK. Dalej są sponsorzy. Niby że reklama i na tym zarabiają. Tak twierdzą. Tyle że jeżeli sponsor zaczyna mieć problemy finansowe, to jako jedno z pierwszych posunięć oszczędnościowych zawsze wycofuje się ze sponsorowania klubu sportowego. Gdyby naprawdę na tym zarabiali, to by się nie wycofywali, nieprawdaż? Nie zarzyna się przecież kury znoszącej złote jaja. No może firmom produkującym sprzęt sportowy taka reklama się opłaca, ale czy nazwanie stadionu Eintrachtu "Commerzbank Arena" napędziło Commerzbankowi znaczącą ilość nowych klientów, chociaż żeby pokryć koszty takiej reklamy? Myślę że wątpię.

Commerzbank Arena Frankfurt

Commerzbank Arena Frankfurt

Miasto, land i bund dokładają się też na inne sposoby. Na przykład przez ochronę policyjną meczy. Kosztuje to ładnie, klub oczywiście nie płaci za to. Co kibice po drodze zniszczą, to też remontuje miasto za kasę podatników. Lokalny zakład komunikacji miejskiej podstawia dodatkowe środki transportu i obniża ceny biletów (znaczy bilet na stadion uprawnia do przejazdu komunikacją miejską, płaci klub, ale oczywiście cenę negocjowaną a nie z cennika).

Logo Deutscher Fußball-BundKluby zawodowe mają nad sobą organizacyjną czapkę w postaci DFB. I co robi DFB? Głównie zajmuje się organizowaniem kasy. Po pierwsze od sponsorów, w zamian za dyskusyjnej opłacalności zlecenia reklamowe. O, na przykład pamiętam firmę NICI, która mając w ręku wielkie zlecenie od DFB na produkcje maskotek na mistrzostwa świata 2006, przy realizacji tego zlecenia zbankrutowała. Po drugie kasa pochodzi od telewizji, za transmisję meczy. Gdyby płaciły za to telewizje prywatne nie miałbym nic przeciwko temu. Ale wielka kupę kasy wywala na to rok w rok telewizja państwowa. Czyli wszyscy płacący abonament.

Przy takiej kasie otrzymywanej praktycznie za nic trudno się dziwić, że w okolicach futbolu zawodowego pojawia się mnóstwo patologii. Łapówkarstwo w różnych postaciach, ustawianie meczy, przekupywanie sędziów, handel ludźmi (zwłaszcza młodymi graczami z biedniejszych krajów), oszustwa, marnotrawstwo... Nie ma jak dotąd afer dopingowych, ale myślę że to głównie dzięki temu, że nie ma w piłce nożnej kontroli antydopingowych. W Niemczech przynajmniej część drużyn prezentuje jakiś poziom, tak że można dawanie im pieniędzy jakośtam uzasadnić, ale w Polsce na przykład to nawet niespecjalnie udają że się starają.

Logo FIFAZwiązek krajowy ma nad sobą następną czapkę, czyli FIFA. No i to już jest 100% mafia. Pobierają oni swoją dolę za prawie wszystko co ma związek z meczami, w zasadzie za nic, a potem obracają tymi olbrzymimi pieniędzmi bez jakiejkolwiek zewnętrznej kontroli. A i kontrola wewnętrzna pozostawia wiele do życzenia, niedawne cyrki i intrygi pałacowe relacjonowane w mediach nie pozostawiają co do tego żadnych złudzeń. W dodatku są zarejestrowani jako organizacja non-profit i prawie nie płaca od swoich profitów podatków. Na przykład w 2006 wykazali 303 miliony franków zysku, od czego zapłacili tylko 1,06 miliona podatku. Super, co nie? Każda firma by tak chciała.  Przygotowując notkę przeczytałem status FIFA - jest tam bardzo szczegółowo zdefiniowane ile i za co organizacji trzeba płacić i w czym jej słuchać, natomiast nie ma praktycznie nic o tym jak organizacja ma się ze swoich wydatków rozliczać. Klasyczne pasożytnictwo. W statucie jest nawet wprost wykluczone skarżenie czegokolwiek wewnątrzorganizacyjnego do sądów powszechnych. Świetna sprawa.

Czyli cała ta organizacja zajmuje się przede wszystkim dojeniem kasy publicznej i firm w zamian za całkowicie niewymierne korzyści. Teraz zadajmy sobie pytanie, jaki jest wynik finansowy takiej na przykład ligi niemieckiej?

Logo BundesligaW początku roku była mowa o konkretnych sumach (teraz nie udaje mi się wyguglac) i wyszło, że liga niemiecka mimo pompowania w nią masy pieniędzy publicznych i prywatnych jako całość jest na minusie. I to sporym (W sumie globalne zadłużenie klubów niemieckich szacuje się na jakieś pół miliarda euro, ale nie narobili tego w jeden rok). Podawano wtedy też ilość osób zatrudnionych przy tym wszystkim - gdy podzieliłem jedno przez drugie wyszło mi że deficytu było więcej niż by kosztowało żeby im wszystkim płacić zasiłek dla bezrobotnych plus jeszcze trochę świadczeń.

I co się dzieje z tym minusem? Oczywiście klubowi w problemach dopomaga finansowo miasto, bo jakże by tak miało istnieć większe miasto bez pierwszoligowej drużyny piłkarskiej... ups, akurat spadli do drugiej ligi... eee... bez chociaż drugoligowej drużyny piłkarskiej. A tak zupełnie bez związku z tym ratunkowym dofinansowaniem miejscowi politycy dostaną darmowe karnety plus zaproszenie na parę imprezek. A może i coś jeszcze. A, i jeszcze pewnie liczą na głosy kibiców. Albo pomoże klubowi jakaś duża, miejscowa firma której zarząd będzie mógł potem oglądać mecze z loży dla VIPów popijając szampana i zagryzając kawiorem. Ależ nie, to oczywiście nie ma nic wspólnego z korupcją.

A może byłaby to niezła propozycja: Zabrońmy ustawowo finansowania sportu zawodowego ze środków publicznych. Również pośrednio, na przykład przez publiczną telewizję. Niech oni sobie graja, nawet i zawodowo. Ale niech sobie to sami finansują. Bo dlaczego na ten wielki biznes maja się składać przymusowo wszyscy podatnicy i klienci wielu firm? Może by tak telewizja publiczna nie płaciła za transmisje, a za to obniżyła abonament? Może by tak miasto dało sobie spokój z budowaniem i utrzymywaniem stadionu a zamiast tego dofinansowało szkoły albo domy kultury? A tym zatrudnionym teraz w lidze którzy sobie nie poradzą zapłacić zasiłek?

Po stronie plusów mielibyśmy:

  • Uwolnienie sporych środków publicznych, dotąd topionych w tej mafii.
  • Rozbicie łapówkarsko-mafijnych układów między działaczami piłkarskimi a politykami. Nie ma szmalu do przekazania - nie ma układu.
  • Urealnienie płac piłkarzy, może dzięki temu dzieciaki nie będą rujnować sobie zdrowia i wykształcenia próbując zrobić karierę zawodową w nadziei zarobienia milionów.
  • Zdjęcie z policji obowiązku robienia co pewien czas wielkich akcji ochronnych za darmo - policja potrzebna jest gdzie indziej.

A co po stronie minusów? Jakoś trudno mi wymyślić. Trochę ludzi będzie rozczarowanych, ale wydaje mi się że zadowolonych będzie więcej. Blablabla jak to oglądanie meczy tworzy więzi czy coś takiego to chyba nikt nie bierze poważnie?

Oczywiście nie wierzę żeby coś takiego dało się przeprowadzić, przynajmniej nie w Niemczech. Ale może w Polsce? Skoro polski futbol i tak jest na dnie, to nic mu już nie zaszkodzi.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Pomyślmy

Komentarze: (9)

Jak to się robi w Niemczech: Kościół a równouprawnienie

Na blogach TTDKN-u szaleją ostatnio flejmy o równouprawnieniu i parytetach, co przypomniało mi że planowałem notkę o już pewien czas temu zauważonej przeze mnie ciekawostce. Przy okazji będzie też bardziej generalnie.

Historia ta jest trochę dłuższa i zaczyna się jeszcze w latach 70-tych. Otóż w strefie niemieckojęzycznej (oprócz Szwajcarii) Kościół Katolicki posługuje się od 1975 roku jednolitymi książeczkami mszalnymi pod tytułem Gotteslob. Leżą one w każdym kościele w znacznych ilościach, każdy kto przychodzi na mszę może sobie taki wziąć, używać w trakcie mszy a potem odłożyć na miejsce. Takie same śpiewniki obowiązywały w NRD. Książeczki te były customizowane w każdej diecezji, ale ponieważ Watykan nie uznawał NRD istniała jedynie wersja customizowana na Berlin, w reszcie NRD używano wersji podstawowej.

Standardowa, katolicka książeczka do nabożeństwa w krajach niemieckojęzycznych "Gotteslob"

Standardowa, katolicka książeczka do nabożeństwa w krajach niemieckojęzycznych "Gotteslob"

Kierowany wrodzoną ciekawością kupiłem sobie w NRD taką książeczkę. Pieśni w niej umieszczone są generalnie o wiele starsze niż te śpiewane w kościele polskim, nie robiłem statystyki ale przeciętna niemiecka pieśń kościelna pochodzi gdzieś z wieku XVII albo XVIII. Najstarsze sięgają wieku X.

Stara, niemiecka pieśń kościelna, skan z książeczki "Gotteslob"

Stara, niemiecka pieśń kościelna, skan z książeczki "Gotteslob"

Teksty tych pieśni są baaardzo seksistowskie. Jeżeli mowa jest w nich o ludziach to zawsze są to mężczyźni. Zawsze mówi się na przykład o "braciach" i "synach" a nigdy o "siostrach" czy "córkach" itp. itd. Zresztą w polskich pieśniach religijnych jest tak samo - "Pastuszkowie przybywajcie...", "Bracia patrzcie jeno..." itd. Po polsku dochodzi jeszcze genderowa forma czasownika, której nie ma w niemieckim.

Niemiecka pieśń kościelna w starej, seksistowskiej wersji, skan ze starej książeczki "Gotteslob"

Niemiecka pieśń kościelna w starej, seksistowskiej wersji, skan ze starej książeczki "Gotteslob"

Jak dotąd nic szczególnego, do tego wszyscy są przyzwyczajeni. Ale teraz następuje niespodziewany zwrot akcji: Ktoś w hierarchii niemieckiej zwrócił na to uwagę i zadziałał! I od roku 1996 nowe wydania książeczki zawierają pozmieniane teksty pieśni, tak żeby zawsze była mowa o "braciach i siostrach" (or compatible) albo przeformułowane na genderowo neutralne.

Niemiecka pieśń kościelna w poprawionej wersji, skan z książeczki "Gotteslob" zaktualizowanej po 1996

Niemiecka pieśń kościelna w poprawionej wersji, skan z książeczki "Gotteslob" zaktualizowanej po 1996

I jeszcze lepszy numer: Żeby nie trzeba było zmieniać wszystkich książeczek we wszystkich parafiach naraz, w starszych wydaniach ponaklejano w odpowiednich miejscach paski ze zmodyfikowanymi tekstami. To musiała być robota. No i w zasadzie tylko dzięki temu widać że zaszła zmiana, gdyby ktoś mi takiej przerabianej książeczki nie pokazał i gdybym przypadkiem nie miał nieprzerabianej w domu to bym się o tym nie dowiedział i nie mógł porównać.

A tak generalnie to niemiecki KK w sprawach równouprawnienia jest o wiele dalej niż polski. W niemieckim standardowo do mszy służą ministrantki, jest ich nawet więcej niż chłopców (w Polsce to chyba nadal raczej egzotyka), komunię rozdają nie tylko świeccy mężczyźni ale i kobiety (w Polsce w ogóle nie do pomyślenia), bywają parafie którymi zarządza nie proboszcz (bo go na miejscu nie ma, dojeżdża tylko na msze a zarząd ma tylko formalnie) ale świecka pani.

Ministrantki na uroczystościach Bożego Ciała we Frankfurcie

Ministrantki na uroczystościach Bożego Ciała we Frankfurcie

Daleko idący liberalizm niemieckiego KK w kwestii kobiet jest spowodowany chyba przede wszystkim konkurencją kościoła ewangelickiego, w którym kobieta może być pastorką, biskupką a nawet Przewodniczącą Rady Kościoła Ewangelickiego w Niemczech (czyli coś jak Przewodniczący Episkopatu, ale nie ma już wyższego stanowiska). Kościół katolicki nie jest jeszcze tak daleko, ale głosy żądające dopuszczenia kobiet do kapłaństwa się w nim pojawiają.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (3)

Hessentag 2011

Już po raz pięćdziesiąty drugi w Hesji zorganizowano doroczne święto landu zwane Hessentag. Święto to co roku odbywa się w innym mieście Hesji, w tym roku było to Oberursel.

Oberursel leży na północ od Frankfurtu i bezpośrednio z nim graniczy. Ponieważ to blisko, więc po raz pierwszy wybraliśmy się na ten fest.

Na zdjęciu: Kościół pod wezwaniem św. Urszuli, najbardziej charakterystyczny punkt miasta. Nazwa miejscowości pochodzi właśnie od św. Urszuli i po raz pierwszy została wymieniona w dokumentach w roku 791 jako Ursella.

Hessentag 2011 Oberursel - w tle kościół św. Urszuli

Hessentag 2011 Oberursel - w tle kościół św. Urszuli

Hessentag to wielka impreza, trwa 10 dni (zaczęło się w piątek, potrwa do następnej niedzieli), przez ten czas odwiedza ją ponad milion gości. Duża ich część przyjeżdża samochodami, więc na okolicznych łąkach urządzone są wielkie parkingi. Na zdjęciu: Samochody w równiutkich rządkach, Ordnung muss sein.

Hessentag 2011 Oberursel - parkujące samochody

Hessentag 2011 Oberursel - parkujące samochody

  Jak na każdym takim feście pełno jest stoisk z jedzeniem i wyrobami rzemieślniczymi.

Hessentag 2011 Oberursel

Hessentag 2011 Oberursel

Atrakcji jest mnóstwo. W niedzielę na przykład odbył się zlot gwiaździsty starych samochodów.

Hessentag 2011 Oberursel - zlot starych samochodów

Hessentag 2011 Oberursel - zlot starych samochodów

W pawilonach prezentują się instytucje landu i miejscowe firmy.

Hessentag 2011 Oberursel - prezentacja landu Hessen

Hessentag 2011 Oberursel - prezentacja landu Hessen

Koncertują znane zespoły: Roxette, Scorpions, Brian Adams, Linkin Park. I mniej znane, z okolicy (to już za darmo). Był też Willi, ale po dwudziestu ciekawych minutach zaczęło się nachalne wychwalanie sponsora (Thomas Cook z Oberursel oczywiście), więc poszliśmy dalej.

Hessentag 2011 Oberursel - Willi Weitzel

Hessentag 2011 Oberursel - Willi Weitzel

Ten rok jest rokiem lasu, więc była też spora ekspozycja o lesie:

Hessentag 2011 Oberursel - wystawa o lesie

Hessentag 2011 Oberursel - wystawa o lesie

Policja robiła pokazy sprawności:

Hessentag 2011 Oberursel - pokazy sprawności policji

Hessentag 2011 Oberursel - pokazy sprawności policji

Ale największy show zrobiło wojsko. Wojsko na prawie każdych targach interesujących szeroką publiczność wystawia swój punkt werbunkowy, ale takiej skali to jeszcze nie widziałem. Być może to dlatego, że obowiązkowa służba wojskowa właśnie została zlikwidowana i muszą się jeszcze bardziej starać o ochotników. Stało trochę różnego sprzętu, w namiotach można było przymierzyć kamizelkę kuloodporną piechoty, zjeść grochówkę, zapoznać się z wyposażeniem, zobaczyć mobilny szpital polowy:

Hessentag 2011 Oberursel - przewoźna sala operacyjna

Hessentag 2011 Oberursel - przewoźna sala operacyjna

 wsiąść do śmigłowca:

Hessentag 2011 Oberursel - wojskowy śmigłowiec

Hessentag 2011 Oberursel - wojskowy śmigłowiec

a nawet do myśliwca Tornado:

Hessentag 2011 Oberursel - Panavia 200 Tornado

Hessentag 2011 Oberursel - Panavia 200 Tornado

Moje dziecko od wczoraj przeżywa to Tornado. Na zdjęciu: Pilot z Luftwaffe z poświęceniem robi mojemu synowi zdjęcie (aparatem syna oczywiście):

Hessentag 2011 Oberursel - Panavia 200 Tornado

Hessentag 2011 Oberursel - Panavia 200 Tornado

Impreza naprawdę świetna, jeden dzień (a nawet dwa) na zobaczenie wszystkiego to za mało. Polecam, jeżeli ktoś jest w okolicy.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (1)

Jak to się robi w Niemczech: Prześladowanie Polonii

Ostatnio znowu głośno jest w mediach o tym, jak to w Niemczech prześladowana jest polska mniejszość narodowa. Aż muszę coś o tym napisać.

Rodło

Rodło Źródło: Wikipedia

Dawno temu chodziłem do szkoły podstawowej która była imienia Michała Kmiecika, jednego z założycieli przedwojennego Związku Polaków w Niemczech. W ramach lekcji wychowawczych i innego urabiania ideologicznego wtłoczono nam sporo informacji o Polonii w Niemczech w okresie międzywojennym, nie tak dawno postanowiłem sprawdzić to wszystko w źródłach i się zgadzało, komuniści w tym przypadku przynajmniej nie kłamali. Związek Polaków w Niemczech naprawdę był organizacją walczącą o prawa naprawdę uciskanej mniejszości narodowej.

Od czasu gdy mieszkam w Niemczech docierają do mnie czasem informacje, że ta organizacja istnieje nadal. Ale jak to jest z tym uciskiem?

Przez te już 12 lat ani razu nie zetknąłem się ani osobiście, ani pośrednio z przypadkami dyskryminacji Polaków ze względu na narodowość. Nie, no oczywiście że widziałem Polaków, którym w urzędzie odmówiono tego czy tamtego. Ale to dlatego że nie mieli wymaganych dokumentów albo nie spełniali wymagań, a nie po uważaniu czy bo ich ktoś nie lubił. Oczywiście ci Polacy uważali inaczej, dla nich to była oczywista dyskryminacja. Zresztą nie tylko dla Polaków, spotkałem też podobnie myślących Rosjan.

Ostatnio znowu stała się tematem organizacja lekcji polskiego w szkołach niemieckich. Że niby niemiecka mniejszość w Polsce ma lekcje niemieckiego, to polska w Niemczech powinna też mieć polski.

Zacznijmy od pytania, czy w ogóle istnieje coś takiego jak mniejszość polska w Niemczech? Moim zdaniem nie, trudno nawet mówić o Polonii. Zresztą nie tylko moim, tego samego zdania jest na przykład proboszcz parafii polskiej tu, we Frankfurcie. Wśród Polaków w Niemczech można wyróżnić kilka grup:

  • Największą grupą są ludzie, którzy przyjechali tu czasowo do pracy. Najczęściej mają oni w Polsce rodziny, nie integrują się w ogóle albo słabo, i absolutnie nie liczą się do żadnej mniejszości, bo wkrótce wrócą do kraju.
  • Drugą grupą jest dawna emigracja na pochodzenie. Większość z nich to Ślązacy i tak od wieków na pograniczu. Wielu z nich nadal uważa się za Ślązaków, a nie Polaków czy Niemców.
  • Kolejna grupa to emigracja, mniej lub bardziej sprzed 1989. Byli to najczęściej ludzie wykształceni i/lub przedsiębiorczy, są dobrze zintegrowani, a dzieci ich  mówią po polsku zazwyczaj słabo, albo i wcale. Oni w większości wcale nie odczuwają potrzeby istnienia organizacji polonijnych a poza tym pamiętają, jak bardzo te organizacje były zinfiltrowane przez SB.
  • Następna grupa to ludzie którzy wyjechali stosunkowo niedawno na raczej stałe w poszukiwaniu lepszych warunków życia. Ci lepiej wykształceni i bardziej otwarci nie widzą potrzeby przynależenia do XIX-wiecznych narodów w zintegrowanej Europie. Tylko niewielka część tych ludzi poszukuje jakichś organizacji, ale powiedziałbym że raczej w celach "usługowych". Na przykład w celach towarzyskich albo żeby prowadziły lekcje polskiego dla ich dzieci.

Więc dochodzimy do tych lekcji polskiego. Zacznijmy od problemów technicznych: W szkole podstawowej do której chodzi (jeszcze) moje dziecko dzieci polskojęzycznych jest wszystkiego trójka na cztery roczniki. Jak zorganizować im sensowne lekcje polskiego i kto za to zapłaci? Ja nie mam ochoty za to płacić, nawet w podatkach. Wolę już żeby te pieniądze przeznaczyć na poprawę nauki innych przedmiotów. W Polsce, tam gdzie jest mniejszość niemiecka da się bez problemu zorganizować większe grupy, ale tu nie.

No ale właściwie jaki miałby być cel tych lekcji polskiego? Z moich obserwacji wynika, że część rodziców chciałaby sobie zrzucić odpowiedzialność za utrzymanie tego języka u dzieci na kogoś innego. Jest tu na przykład przy parafii polskiej szkoła polska, rodzice przywożą dzieci na zajęcia czasem nawet ze sporej odległości, ale efekt jest taki że na zajęciach dzieci mówią trochę po polsku (wiele z nich tylko łamanym polskim albo z silnym akcentem niemieckim), ale jak tylko wyjdą z sali rozmawiają między sobą po niemiecku. Bez intensywnej pracy rodziców dzieci nie utrzymają polskiego, ile by lekcji tego języka w szkole nie miały. Moje dziecko nie chodzi na żadne lekcje a mówi bardzo dobrze po polsku, wiem ile wysiłku to kosztuje żeby w domu konsekwentnie mówić tylko po polsku. Niestety nie ma czasu i siły na nauczenie go polskiej ortografii. Ale szkoła nic tu nie da jeżeli rodzice z lenistwa przejdą w rozmowach z dzieckiem na niemiecki. Znam osobiście sporo przykładów.

Wróćmy do dzisiejszego Związku Polaków w Niemczech. Moje wrażenie jest takie, że to jest dokładna kopia polskiej polityki: Korzenie w PRL i SB, niewielka baza społeczna, wielkie ambicje i chęć zrobienia skoku na kasę. A ciemny lud ma to wszystko kupić. Ostatnio kupują to politycy w kraju.

Ja w każdym razie w żaden sposób ich nie poprę, żadnego apelu im nie podpiszę, nie zagłosuję  na żadne ugrupowanie w którym są kandydaci Polacy (chyba że dobrze zintegrowani i proeuropejscy). Przecież po to wyjechałem z kraju, żeby się od nich uwolnić.

EDIT: Ulało mi się wczoraj na organizacje polonijne i postulowane przez nich lekcje polskiego i podarowałem sobie wątek "co to właściwie jest mniejszość narodowa". Słusznie wytknął to miasto.maßa.maszyna w swojej notce, zapraszam do niego po uzupełnienie.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (16)