Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Bo wiewiórki są zapominalskie

Ten tekst zna chyba każdy: Wiewiórki mają zakopywać nasiona w różnych miejscach, a potem zapominać o nich. Nie tylko w Polsce tak twierdzą, zapominanie o zapasach jest też wspomniane w wiki niemieckiej.  Przyjmowałem to dotąd na wiarę, ale niedawno zdarzyło się coś, co dało mi do myślenia.

Mieszkamy na parterze, mamy dość niski balkon, a na nim skrzynki na kwiaty. Kilka tygodni temu żona zauważyła, że na balkon przyszła wiewiórka i zaczęła kopać w skrzynce (kwiatów w niej jeszcze nie było, tylko zeszłoroczna ziemia). Wiewiórka coś wygrzebała i zabrała ze sobą. Zastanawialiśmy się co to mogło być, ale nic nie wymyśliliśmy.

Ostatnio zabrałem się za sadzenie nowych kwiatów. Wymieniłem przy tym ziemię, i znalazłem coś takiego:

Orzech zakopany przez wiewiórkę

Orzech zakopany przez wiewiórkę

To orzech włoski, już zaczął kiełkować. Musiała zakopać go wiewiórka jesienią. No i moja interpretacja nijak nie pasuje do zapominalskości wiewiórek.

Bo według mnie, wiewiórka musiała doskonale pamiętać gdzie orzechy zakopała - w końcu trafiła na to miejsce wiosną. I co więcej - musiała również doskonale pamiętać ile ich zakopała - gdyby nie pamiętała, przekopałaby całą skrzynkę i znalazła wszystkie. No chyba że przyjmiemy że pamiętała przez kilka miesięcy, a po zabraniu przedostatniego orzecha uległa nagłemu atakowi amnezji.

Według mnie to ona specjalnie nie wykopała wszystkich orzechów - z ewolucyjnego punktu widzenia taka strategia powinna w dłuższym terminie dawać istotne korzyści.

Czyli wiewiórki wcale nie są zapominalskie.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (1)

Viva Polonia

Wpadła mi ostatnio w ręce książka Steffena Möllera "Viva Polonia". Znaczy tak dokładnie, to zobaczyłem ją na Bücherflohmarkcie w bibliotece.

Steffen Möller - Viva Polonia

Steffen Möller - Viva Polonia

Jakby ktoś nie wiedział o co i kogo chodzi: Steffen Möller jest "najbardziej znanym niemieckim Gastarbeiterem w Polsce". Grał w serialu "M jak miłość", występował w telewizji w "Europa da się lubić" i występuje jako standupowiec. Ja widziałem go tylko raz czy drugi w "Europa da się lubić" i z kilka razy w telewizji niemieckiej, gdzie między innymi promował swoja książkę - właśnie tą, którą teraz kupiłem.

A kupiłem ją dlatego, że zauważyłem symetrię naszych sytuacji: Steffen Möller jest Niemcem, który wyemigrował do Polski, ja Polakiem, który wyemigrował do Niemiec. On napisał książkę po niemiecku mającą wyjaśniać Polskę Niemcom, ja mam bloga, na którym próbuję wyjaśniać Niemcy Polakom. Więc na pewno warto przeczytać, jak to robią inni. W dodatku ja też próbuję wyjaśniać Niemcom Polskę na moim blogu po niemiecku - więc tym bardziej warto.

Książka została wydana już dobre parę lat temu - moje wydanie już poprawione jest z roku 2009. Pamiętam że w ramach promocji autor zrobił tournee po różnych kanałach telewizji w Niemczech, kilka jego anegdot wyjętych z książki sobie przypominam. Pamiętam też jak trollował Stefana Raaba w jego programie  - Raab był do niego nastawiony bardzo sceptycznie, zwłaszcza że Möller w książce trochę się przejechał po jego antypolskich dowcipach, a w trakcie programu na żywo Möller stwierdził że on z tym serialem ma w Polsce 15% oglądalności i zapytał Raaba ile on ma z tym tutaj. Raab wykręcał się od odpowiedzi, ale i tak wszyscy widzowie byli świadomi, że do 15% to mu baaardzo dużo brakuje.

Wróćmy do książki. Tak w skrócie to wszystko w porządku. Obserwacje autora są generalnie całkiem poprawne, czasem nawet nie całkiem banalne. Na przykład Möller w książce napisanej przed 2010 zwraca uwagę na zamiłowanie Polaków do teorii spiskowych. Ja w tym czasie nie sformułowałbym takiej tezy. Podobnie nie zwróciłem dotąd uwagi na przesądność Polaków - jednak spojrzenie z zewnątrz daje trochę inną perspektywę.

Autor zawodzi jednak całkowicie gdy chodzi o ocenę polskiej religijności. I to raczej nie chodzi o to, że słabo zna religijność Polaków - do czego zresztą się przyznaje. O jednak próbuje porównywać religijność polska z niemiecką - i tu wychodzi że on przede wszystkim bardzo słabo zna kościół niemiecki, zwłaszcza katolicki (co mnie bardzo dziwi - Möller studiował teologię!). No i jego te porównania są totalnie chybione.

I w ogóle mam niejakie wątpliwości co do jego znajomości Niemiec. On twierdzi, że w Niemczech mało kto wie cokolwiek o Polsce - my tu jak rozmawiamy z Niemcami to najmniej co drugi ma w bliższej lub dalszej rodzinie kogoś pochodzącego z Polski albo przynajmniej z terenów które teraz do Polski należą. Albo chociaż kiedyś w Polsce był. Nie twierdzę, że szczególnie dużo o Polsce wiedzą, ale tak mało jak on pisze to na pewno nie. Nie wiem, może jego rodzimy Wuppertal to rzeczywiście aż taka dziura, ale przecież to niedaleko Zagłębia Ruhry, gdzie potomków górników polskiego pochodzenia i bardziej bieżących imigrantów z Polski jest masa.

W blurbie zachwalają cytatami z recenzji, jaka ta książka dowcipnie napisana, ale jak dla mnie to w miarę przeciętnie. Może to też jedna z różnic między Polakami a Niemcami - Möller twierdzi (raczej słusznie) że Polacy żartują i ironizują przez cały dzień, a Niemcy tylko wieczorem. Dla Niemca taka porcja żartów i ironii w książce to dużo, dla mnie co najwyżej średnio.

Wydaje mi się, że mój blog bardzo różni się od jego książki, i to nie tylko zdjęciami. Jesteśmy bardzo różnymi ludźmi - ja jestem inżynierem i dla mnie najważniejsze jest to, jak zorganizowane jest społeczeństwo i jak ono działa. Dla niego najistotniejsze są indywidualne relacje międzyludzkie. Stąd na moim blogu o Polsce piszę często o tym samym co on, ale w zupełnie inny sposób.

Czy warto przeczytać jego książkę? Niemcom bym polecał, Polakom raczej nie. Polak, w którego zasięgu jest przeczytanie książki po niemiecku nie dowie się z niej za wiele. Jak widzę w sieci, książka ta była wydana również po polsku - sam nie wiem, czy bym polecił, Jeżeli, to tylko ludziom nie bywałym za granicą. Zajrzałem na stronę autora - on się cokolwiek dziwi, że wersja niemiecka tej książki sprzedała się o wiele lepiej niż polska. Ale co w tym właściwie dziwnego? Drewna w lesie nie sprzedasz. Ja jednak nie żałuję że ją przeczytałem - dzięki niej upewniłem się po raz kolejny że obaj jesteśmy na swoich, właściwych miejscach - Möller w Polsce, ja w Niemczech. Czego i Wam, drodzy czytelnicy, życzę.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki

Skomentuj

Kolejny rok, kolejne wakacje

I znowu minął rok, i znowu były wakacje. Tym razem pojechaliśmy na dwa tygodnie do Londynu. Postaram się wygospodarować trochę czasu na nowe notki, zwłaszcza z cyklu "Warto zobaczyć", a na razie trochę luźnych wrażeń.

  • Jakoś tak się trafiło, że dotąd nie byłem w Londynie, ani nawet w Anglii. Przed wyjazdem wziąłem przewodnik i wypisałem listę obiektów które chciałbym zobaczyć. No i wyszło, że na dwa tygodnie to za dużo i trzeba z niektórych rzeczy zrezygnować - w końcu to stolica byłego imperium i jest co oglądać. Szczęka mi jednak opadła, jak paru znajomych się zapytało "Co będziecie robić w Londynie przez aż dwa tygodnie? Tydzień wystarczy."
  • Londyn jest dość drogi. Po zeszłorocznym urlopie wydawało mi się, że 15 euro za wstęp do muzeum - jak w Holandii - to drogo. W Londynie muzea państwowe są za darmo, ale w innych 18-20 funtów to norma. A te państwowe też dość nachalnie chcą co łaska, a wszystko co może kosztować (na przykład wystawa okresowa) kosztuje nieźle. Ale przynajmniej toaleta za darmo.
  • Jest coś takiego jak London Pass, dający wstęp do wielu muzeów za darmo. Ale - inaczej niż przy trochę podobnej karcie holenderskiej - tą kartę kupuje się zgrzytając zębami. Bo ona nie jest tania i jest ograniczona czasowo (1, 3 lub 6 dni) - żeby wyjść na plus trzeba się naprawdę wysilić. W kilku miejscach London Pass omija kolejkę do kasy, ale w naszym przypadku to oszczędziliśmy w sumie może kwadrans, a może nawet nie. A na przykład długiej kolejki w Tower do oglądania korony London Pass nie omija. Czyli przed zakupem policzcie dobrze, czy się wam opłaci. Zaplanujcie zwiedzanie, uwzględnijcie że praktycznie wszystko jest czynne tylko od 10 do 18 (albo i krócej), czasy dojazdu są często niebagatelne, takie rzeczy jak Windsor czy Hampton Court to wycieczki całodzienne, a inne punkty w praktyce da się obejrzeć najwyżej dwa na dzień, tylko wyjątkowo trzy. EDIT: Podliczyłem i wyszło, że na trzy osoby przy sześciodniowym passie jesteśmy 100 funtów na plusie. Ale przy tym od długiego i intensywnego chodzenia znacząco spadło mi ciśnienie krwi - i to oczywiście jest duża zaleta. EDIT2: A jak już będziecie zamawiać, to guglnijcie najpierw za "london pass discout" - jest nieustająca oferta na 10% zniżki za wpisaniem kodu. Taka pułapka na nieuważnych.
  • Komunikacja miejska ma opinię bardzo drogiej, ale ja tak nie uważam. Trzeba tylko wziąć Oyster Card - taka kartę jakiej używają miejscowi. To nie jest żaden problem, parę minut i już, kaucja 5 funtów, płaci się wtedy około połowy tego co za bilety jednorazowe i dziennie nie więcej niż ileśtam. We Frankfurcie bilet z domu na lotnisko (pół godziny jazdy) kosztuje mnie ponad cztery euro, w Londynie tube z Heathrow do centrum (prawie godzina) 3 funty. Może nie bardzo tanio, ale ujdzie. EDIT: Nie dajcie się tylko wpuścić w sprzedawaną razem z London Passem London Travelcard ani w Visitor's Oyster Card. - tych kart już nie ma./EDIT. I nie ma co kazać wysyłać jej pocztą do domu - to niepotrzebny wydatek.
  • Spanie w Londynie jest bardzo drogie, ale udało mi się znaleźć niezły kompromis między odległością od centrum a ceną. Strefa 3, typowy szeregowy domek wiktoriański, nie był to Hilton, ale kosztował niewiele więcej niż zeszłoroczne domki w Belgii i w Amsterdamie, a był całkiem OK.
  • W szczególny podziw wprawiła mnie instalacja kanalizacyjna poprowadzona na zewnątrz budynku, z wylotem doprowadzonym po prostu do kratki ściekowej. Z toalety chyba też.
Arcydzieło sztuki kanalizacyjnej, Londyn, XXIw.

Arcydzieło sztuki kanalizacyjnej, Londyn, XXIw.

  • Nazwijcie mnie rasistą, ale cokolwiek przeszkadzali mi spotykani na każdym kroku przedstawiciele jednej takiej grupy narodowościowej. U nas we Frankfurcie aż tylu ich nie ma, a tam na sąsiedniej ulicy był nawet specjalny sklep z ich żywnością, a w kilkunastu innych sklepach innych narodowości (a nawet w dużym supermarkecie) ich żywność też była dostępna w dużym wyborze. Ich język słychać było wszędzie. Nie po to wyjechałem z kraju, żeby teraz się z nimi tak często spotykać.
  • Miejscowi generalnie bardzo uprzejmi, czasem do przesady. Na stacji tube z której co dzień wyruszaliśmy do miasta jedna pani z obsługi pewnego razu żegnała się indywidualnie i z podaniem ręki z przechodzącymi pasażerami (z nami też), bo od następnego dnia szła na urlop. To chyba nie była jednak taka uprzejmość, tylko brak jakiegokolwiek życia prywatnego.
  • Już przy przyjeździe mieliśmy problem, bo dojechaliśmy tubem z Heathrow do centrum, gdzie mieliśmy się przesiąść na inną linię, a ona akurat nie jeździła. No i żadnej informacji co dalej - w Niemczech zaraz by było mnóstwo wywieszek i wskaźników, a tu nic. Żadna inna linia nie wchodziła w rachubę, wyszliśmy na powierzchnię i zaczęliśmy się rozglądać za autobusem. Oczywiście wszystkie te nazwy dokąd one jechały nic mi nie mówiły. Ale wkrótce syn zauważył, że na niektórych z tych autobusów jest napisane "Rail Replacement Service". Wsiedliśmy więc. To był stary piętrus, leciała w nim muzyka, playlista całkiem niezła, jak u nas w rockowym Radio Bob. Zawiózł nas z grubsza gdzie trzeba, potem trzeba było jeszcze kawałek następnym. No ale się udało. Wniosek: Koniecznie i codziennie sprawdzać zakłócenia w ruchu, hasło do guglania "london tube updates".
  • W Anglii - wiadomo - ruch lewostronny, ale którą stroną chodnika należy chodzić nie udało mi się ustalić. Zazwyczaj była to strona lewa, ale jakoś niekonsekwentnie. A na schodach ruchomych każą stać z prawej, jak u nas.
Look right!

Look right!

  • Co innego zobaczyć to w telewizji albo u Monty Pythona, co innego na własne oczy. Ta ich szlachta i royalsi to jednak straszny relikt dawnych, mrocznych epok. Naprawdę dobrze że i w Polsce i w Niemczech już prawie sto lat temu ukrócono te gry i zabawy klasy próżniaczej.
  • Żona chciała zobaczyć Harrodsa, więc też weszliśmy. Na chwilę. Posumowanie: Katedra pod wezwaniem Św. Konsumpcji. Byłem zniesmaczony. O wiele gorzej niż KaDeWe. A już najbardziej obciachowe było zaparkowane obok Maserati w kolorze lazur metalik (jakiś specjalnie drogi, matowy) z krawędziami oklejonymi na pomarańczowo. Normalnie wiejska dyskoteka, ale na cholernie bogato. Po wyjściu z tej świątyni byłem gotowy iść na barykadę, ale akurat żadnej w pobliżu nie było.
  • W telewizji obejrzałem "You've Been Framed!", czyli pierwowzór niemieckiego "Upps! Die Pannenshow", i zupełnie nie rozumiem o co chodzi tym wszystkim ludziom wychwalającym angielski humor jako szczególnie wyrafinowany. Przecież to było pukanie w dno od spodu, większość tych filmików nie pojawiło się w "Upps!" bo zbyt denne były, a teksty w tle w ogóle nie śmieszne. To już niemieckie są chociaż czasem rzeczywiście zabawne.
  • Pooglądałem BBC, które to w dyskusji pod notką o telewizji niemieckiej było przywoływane jako wzór telewizji publicznej. No i przywołujący to chyba nigdy tych programów nie oglądali - ciągle jakieś durne seriale i teleturnieje, sensowne wiadomości tylko na jednym programie, tylko jeden kanał w którym czasem leciały jakie-takie pozycje popularno - naukowe, z których zresztą większość widziałem już w telewizji niemieckiej. Nowe dla mnie były tylko niezłe programy z Davidem Attenborough ("Natural Curiosities") i seria "How Britain worked". W niemieckiej telewizji publicznej zazwyczaj mogę wybierać z paru niezłych rzeczy lecących równolegle.
  • Angielskie ciastka są straszliwie słodkie, nie smakowały mi.
  • W supermarkecie znaleźć kasę z obsługą trudno, a rano w ogóle niemożliwe. W Niemczech kasy samoobsługowe się już pojawiają, ale raczej jako wyjątek i tylko dla niewielkich zakupów. A tu nawet normalna kasa z taśmą, tylko klient sam skanuje.
  • W tym samym supermarkecie stoisko odzieżowe, a przymierzalni nie ma. Jak oni w ogóle sprzedają na przykład spodnie? A nawet w dużym Marx&Spencer, na piętrze gdzie stoisko dla dzieci też przymierzalni nie ma i każą iść piętro niżej, na męskie. A na męskim do przymierzalni mamy nie chcą wpuścić, żeby zobaczyła jak spodnie na synu leżą. Nic tam nie kupiliśmy w związku z tym. Jak mawia WO, chodź wizuchna, nie chcą nas tu.
  • Już od dawna noszę się z notką relatywizującą propagandowość i militaryzm realnego socjalizmu. Wizyta w Anglii (a zwłaszcza w Imperial War Muzeum i w Royal Artillery Museum) zrelatywizowała mi to jeszcze bardziej i notka na pewno powstanie.
  • Niemiecki chleb jest nadal najlepszy na świecie.

Tak więc stay tuned - postaram się wkrótce parę notek napisać.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (6)

Karabin strzelający zza węgła II

Pisałem już kiedyś - przy okazji wizyty w Koblencji - o przystawce do karabinu do strzelania zza węgła. A raczej do strzelania z okopu bez wystawiania głowy.

Karabin do strzelania zza węgła

Karabin do strzelania zza węgła

No i przecież to rozwiązanie jest bez sensu. Nie da się tym porządnie celować, traci się większość energii pocisku...

Już wtedy napisałem, że zrobiłbym to inaczej. Zrobiłbym stojak z peryskopem.

No i oczywiście nie ja jeden jestem taki genialny - to przecież najbardziej oczywiste rozwiązanie. Proszę bardzo:

 

Przystawka peryskopowa do strzelania z okopu

Przystawka peryskopowa do strzelania z okopu

To jest przystawka peryskopowa do pistoletu. Rzecz pochodzi już z pierwszej wojny. Zdjęcie zrobiłem w Muzeum Bundeswehry w Dreźnie, o którym notkę napiszę wkrótce. Zresztą tematów nazbierało się więcej.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (1)

Urlopowe reminiscencje

Podzielę się kilkoma refleksjami z urlopu i poradzę parę rzeczy.

  • Belgia i Holandia są drogie, ale fajne.
  • Nikt tak straszliwie i szczególnie nie ucierpiał podczas różnych wojen jak Polacy. Tak, tak. Jeżeli tak uważasz to stań koło Wzgórza 60 w Ypres i powiedz to głośno. Zdasz w ten sposób egzamin na überbuca.
  • Wyobrażenie sobie skali Wału Atlantyckiego na podstawie bardzo dobrze zachowanego fragmentu koło Oostendy przyprawia o facepalmy. Ale napiszę o tym osobną notkę.
  • Bezsens WWII, a zwłaszcza jej końcowej fazy,  jeszcze lepiej widać przy zwiedzaniu La Coupolle. Też napiszę notkę na ten temat.
  • Jeżeli ktoś potrzebuje fajną miejscówkę w Belgii (Ferienhaus na do 6 osób), niedaleko morza, tuż koło granicy francuskiej to proszę o kontakt na nrd@cmosnet.de A aparat do wymiany.
Dom w De Panne - Adinkerke

Dom w De Panne - Adinkerke

  • Pierwszy raz w życiu widziałem znak drogowy zakazujący użycia cruise control
  • Belgijskie czekoladki są cokolwiek przereklamowane, te które kupiliśmy w Muzeum Czekolady w Kolonii były lepsze. Za to ich gofry sa dobre.
  • Trafić gdziekolwiek w Belgii bez użycia nawigacji bardzo trudno. Oznaczenia są generalnie słabe.
  • Czy można przejść bezpiecznie przez środek stada półdzikich osłów mieszkających w rezerwacie? Wolałem nie próbować.
Osły w rezerwacie

Osły w rezerwacie

  • Typowa cena wstępu do muzeum w Holandii dla dorosłego to 15 euro. Kupa pieniędzy, ale dla dzieci wstęp jest najczęściej za darmo! Super rzecz, tak powinno być wszędzie! Dzieci przyszłością narodu Unii!
  • Jeżeli ktoś jest tak napalony na zwiedzanie jak ja, to polecam zakup Museumkaart. Karta ta jest droga - 55 EUR dla dorosłego, ale potem przez rok ma się darmowy wstęp do większości muzeów państwowych w Holandii. Jak łatwo obliczyć, po czwartym muzeum jest się już na plusie. Taka sama karta dla dziecka kosztuje koło 30 euro i się nie opłaca. Nie należy mylić tej karty z dwoma innymi - Amsterdam Holland Pass dającą 2 do 7 darmowych biletów i I amsterdam City Card dającą darmowy wstęp przez 24 do 72 godziny.  Te dwie opłacają się mniej. A najlepsze w tych kartach jest to, że z nimi omija się kolejkę. Na przykład do van Gogha wybraliśmy się koło piętnastej, bilety w kasie były na siedemnastą i jeszcze duża kolejka do wejścia. Z Museumkaart wpuścili nas od razu, nawet z ominięciem znacznie krótszej kolejki na e-bilety, brak karty dla dziecka nie był żadnym problemem - szybciutko wydrukowali bilet za zero euro. Po tygodniu w Holandii z Museumkaart jesteśmy do przodu o jakieś 120 euro. I uwaga: Z sieci często trudno się dowiedzieć, czy w jakimś muzeum akceptują Museumkaart, zawsze lepiej zapytać przed kupieniem biletu. Karty są w zasadzie imienne, ale nikt tego nie sprawdza, a nawet zdarzyło nam się, że syn wszedł za darmo (normalnie by musiał zapłacić) na kartę żony, mimo że wyraźnie powiedziałem pani w kasie że to nie jego karta.
  • Jak ktoś potrzebuje jeszcze lepszej miejscówki niż ta w Belgii za w miarę rozsądną cenę w bardzo drogim Amsterdamie (na do 4 osób) to proszę o kontakt na nrd@cmosnet.de A aparat do wymiany.
Dom w Amsterdamie

Dom w Amsterdamie

  • Wynajmowanie roweru w wypożyczalni w Amsterdamie jest strasznie drogie, a rowery dość marne. Mam wrażenie, że przy trzech osobach taniej byłoby taksówkami. Niestety w miejscówce nie mieli mniejszego roweru dla syna (a chcieli tylko 4 euro od roweru za dobę), więc raz spróbowaliśmy z wypożyczalnią w mieście. I dość.
  • Parkowanie w parkhausie w Amsterdamie jest potwornie drogie, nie warto wybierać się do centrum samochodem. To już chyba lepiej wynająć te drogie rowery.
  • Nie dajcie się wpuszczać w małe muzea prywatne typu Muzeum Serów albo Muzeum Tulipanów w Amsterdamie. To w większości naciągactwo.
  • W mniejszych miasteczkach jest duży problem ze znalezieniem czegoś szybkiego do jedzenia, nawet w paru letniskowych miejscowościach tuż koło morza były tylko regularne i niezbyt tanie restauracje w śladowych ilościach. Czegokolwiek imbisowego w stylu hot-doga do ręki brak. 
  • Autostrady i w Belgii i w Holandii ładne, ale trzeba się ciągnąć po nich 120. A jak w Holandii robią się cztery pasy, to od razu jest ograniczenie do 100.
  • W Ermitażu Amsterdam wystawa o Piotrze I i jego wycieczce do Europy. On przyjął bliską mi zasadę, że nawet jak jesteś kierownikiem, to powinieneś chociaż w podstawowym zakresie umieć robić to, co robią twoi podwładni. No i nauczył się budować statki (w Holandii właśnie), robić operacje chirurgiczne i masy innych rzeczy. A potem został nazwany Wielkim.
Ermitaż Amsterdam - Piotr I

Ermitaż Amsterdam - Piotr I

  • W Holandii tak lubią swój żółty ser, że jedzą z nim nawet naleśniki na słodko. Widziałem na przyklad naleśniki z serem żółtym i rodzynkami. Nie spróbowałem, wziąłem bardziej tradycyjny wariant. Ale tylko trochę bardziej tradycyjny - bo z łososiem i cukinią.
Restauracja Pannekoekschip Groningen

Restauracja Pannekoekschip Groningen

  • Tydzień w jednym miejscu to za mało na zobaczenie okolicy, dwa tygodnie to za dużo. Najlepsze byłoby jakieś 10 dni, ale taki czas nie zgrywa się z niczym innym.
  • Za każdym wyjazdem zagranicznym w dowolną stronę (chociaż do Polski trochę mniej) zbieram się do napisania notki o niemieckim chlebie, najlepszym na świecie. Raz nawet zacząłem pisać. Może teraz skończę?

 To były luźne przemyślenia, teraz zabiorę się za bardziej szczegółowe notki.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (2)

Audycja zawiera lokowanie produktu: Bondic

Dziś notka reklamowa (niestety nikt mi za nią nie zapłaci :cry: ). Przysięgam, że to nie wpływ dzisiejszego odcinka 100 dni bloggera u MRW. Już wczoraj stwierdziłem, że muszę się tym podzielić.

Już dłuższy czas temu zobaczyłem reklamę nowego kleju. Spodobało mi się, filmiki reklamowe u producenta robiły wrażenie, ale wyłączność na ten produkt ma sieć sklepów budowlanych Bauhaus. Akurat nie mam żadnego takiego po drodze. Dopiero ostatnio potrzebowałem coś z tej sieci, to przy okazji kupiłem. Nie jest to tanie (20 EUR).

Rzecz nazywa się Bondic i jest to klej ŚWIATŁOUTWARDZALNY! Z grubsza taki, jak materiał na plomby u dentysty.

Sprzedawane jest to jako zestaw w szpanerskim, blaszanym pudełku. Pudełko zawiera tubkę kleju, oprawkę żeby się dobrze trzymało, LED-ową lampkę UV do utwardzania, rodzaj pilniczka do przygotowywania powierzchni i parę jednorazowych szmatek do odtłuszczania. Zestaw taki kosztuje 19,95 EUR (dość drogo), ale każdy z elementów można dokupić osobno. Zapasowa tubka kleju kosztuje 7,95 EUR, latareczka 3,95 EUR  i w zasadzie te dwa elementy wystarczają do działania.

Klej świał‚outwardzalny Bondic

Klej świał‚outwardzalny Bondic

Spróbowałem - i to rzeczywiście jest to takie zarąbiste jak na reklamie. Nanosimy klej w żądane miejsce, świecimy chwile latareczką i po kilku sekundach trzyma. I to nieźle. Spoina jest całkowicie przezroczysta. Skleiłem od razu parę rzeczy które od dawna czekały na naprawę, szczególnie dobre jest to do klejenia części których nie ma jak przycisnąć albo podtrzymać. Nawet szybkowiążące kleje epoksydowe wiążą zbyt długo żeby przytrzymywać przez ten czas element ręką - tutaj kilka sekund i już. Można też użyć jako przytrzymywaczki przy klejeniu innym klejem - smarujemy tym innym, przykładamy, ustalamy położenie części tym światłoutwardzalnym i niech sobie schnie/utwardza się.

Klej świał‚outwardzalny Bondic

Klej świał‚outwardzalny Bondic

Ma to tylko jedną wadę - klej utwardza się tylko tam, gdzie pada na niego światło z LED-a, więc sklejanie jest możliwe tylko gdy klej jest na wierzchu, albo przynajmniej jeden ze sklejanych materiałów przepuszcza UV.

Ale ogólnie to polecam.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (2)

Muzeum poczty w Heusenstamm

Jest tu, we Frankfurcie, nad Menem, Muzeum Komunikacji. Całkiem fajne, muszę kiedyś pójść z aparatem, zrobić trochę zdjęć i napisać o nim notkę.

Niedawno na wystawie starych samochodów (tej na której wypalcowałem obiektyw i zdjęcia mi nie wyszły) zobaczyłem nieznany mi model dostawczego VW.  Zacząłem szukać czegoś o nim w sieci i zupełnym przypadkiem znalazłem, że jest taki (a był to VW Typ 147 Fridolin) w oddziale Muzeum Komunikacji - magazynie (Depot) w Heusenstamm. Nigdy wcześniej o tym oddziale nie słyszałem. No i się okazało że magazyn dostępny jest do zwiedzania w każdy pierwszy piątek miesiąca o 14, tylko z oprowadzaniem, za jedne 5 euro.

Heusenstamm jest mi prawie po drodze z pracy, stwierdziłem więc że się tam wybiorę i zrobię temu Fridolinowi zdjęcia. Można dojechać tam zabytkowym autobusem pocztowym (rocznik 1925) spod muzeum we Frankfurcie, no ale pora dla pracującego jest trudna (start o 13), pojechałem więc sam prosto z pracy.

Autobus pocztowy z roku 1925

Autobus pocztowy z roku 1925

No i muszę powiedzieć: Mówicie, że widzieliście już fajne muzeum techniki z bogatymi zbiorami? WYDAJE WAM SIĘ! Nic nie widzieliście. Mi też się wydawało że sporo już widziałem ale tam, w Heusenstamm, wlokłem szczękę po podłodze przez bite półtorej godziny.

Depot Heusenstamm to właściwie nie jest muzeum sensu stricto tylko, jak sama nazwa wskazuje, magazyn. Nie ma tam ekspozycji z gablotami itd, tylko regały magazynowe zastawione sprzętem.

Sprzęt jest poustawiany po działach i wieku. I tak mają tam telefony, teleksy,

Muzeum poczty Heusenstamm - teleksy

Muzeum poczty Heusenstamm - teleksy

łącznice telefoniczne ręczne, kawałki automatycznych central telefonicznych, telewizory, kamery telewizyjne, sprzęt grający, komputery domowe, stoły montażowe, faksy, lampy radiowe,

Muzeum poczty Heusenstamm - duża lampa radiowa

Muzeum poczty Heusenstamm - duża lampa radiowa

komórki... No mnóstwo. Pani oprowadzająca otwiera szafkę i wyciąga z niej oryginalne telefony systemu Bella,

Muzeum poczty Heusenstamm - telefony systemu Bella

Muzeum poczty Heusenstamm - telefony systemu Bella

obok stoją oryginalne telegrafy jakie wcześniej widziałem głównie na rysunkach w przedwojennej Encyklopedii Gutenberga.

Muzeum poczty Heusenstamm - telegraf

Muzeum poczty Heusenstamm - telegraf

W sekcji Home Computer są maszyny jakie widziałem tylko na zdjęciach z okresu pionierskiego - na przykład Commodore PET czy inne Victory.

Muzeum poczty Heusenstamm - stare komputery

Muzeum poczty Heusenstamm - stare komputery

W innym miejscu pani wyciąga replikę telefonu Reisa (z pobliskiego Friedrichsdorfu) i opowiada jak próbowali go uruchomić (muszę się wybrać do Friedrichsdorfu i zrobić o tym notkę).

Muzeum poczty Heusenstamm - replika telefonu Reisa

Muzeum poczty Heusenstamm - replika telefonu Reisa

I tak można by długo. Nie mają nic przeciwko żeby sobie pochodzić między regałami, byleby nic nie dotykać (pani dotyka eksponatów tylko w rękawiczkach). Półtorej godziny to stanowczo za mało, muszę się tam wybrać jeszcze raz.

Mieli tam też trochę rzeczy z NRD, zwłaszcza telewizorów. Porobiłem zdjęcia, podmienię część obcych zdjęć w starych notkach na moje. Zrobię też z nich nowe notki. Tyle że tam było trochę ciemno, zdjęcia w większości niezbyt dobre.

Więc jeżeli interesujecie się historią techniki to przyjedźcie koniecznie! Zostawcie sobie Deutsches Museum na potem, to jest lepsze. Trzeba się tylko umówić telefonicznie, bo grupy nie są zbyt duże. Adres:

Philipp-Reis-Straße 4-8, 
63150 Heusenstamm 

Rezerwacja telefoniczna pod numerem +49 (0)6104 49 77 210 

Informacja w sieci LINK

Loading
Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę

Trafić trochę trudno, bo nawigacja doprowadzi tylko przed bramę. W bramę trzeba wjechać i objechać wielką halę magazynową po lewej stronie, wejście jest po drugiej stronie hali a oznaczone jest słabo.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (3)

Rolls Royce Oberursel

Już ponad rok temu miałem notkę o Rolls Royce Oberursel, ale dopiero teraz udało mi się wybrać do ich muzeum fabrycznego.

Muzeum otwarte jest tylko w ostatnie piątki miesiąca (oprócz grudnia) w godzinach od 15 do 18 i jest mi absolutnie nie po drodze - nic więc dziwnego że nie tak łatwo się wybrać. Ale wreszcie się udało.

Muzeum założono niedawno - około 2001. Pan zajmujący się tym muzeum (emerytowany pracownik fabryki) tłumaczył, że jest to najstarsza fabryka silników lotniczych na świecie, która nadal jest w tym samym miejscu i nadal robi silniki lotnicze. I jak pewnego razu powiedzieli o tym jakimś klientom którzy przyjechali z wizytą, to klienci zapytali "A gdzie jest wasze muzeum?". No i trzeba było zrobić muzeum.

O historii zakładu już pisałem, więc od razu przejdę do eksponatów. Głównie chciałem zobaczyć dwa z nich. Jeden to oczywiście oryginalny silnik GNOM.

Rolls-Royce Oberursel - Silnik GNOM

Rolls-Royce Oberursel - Silnik GNOM

Szczegół: Iskrownik w stylu epoki, z magnesami podkowiastymi:

Rolls-Royce Oberursel - Silnik GNOM

Rolls-Royce Oberursel - Silnik GNOM

Drugi eksponat to (również oczywiście) silnik rotacyjny Gnome. Ten nie jest autentyczny - to stosunkowo nowa replika z powycinanymi w rożnych miejscach otworami, żeby było widać szczegóły budowy.

Silnik rotacyjny Gnome z Oberursel

Silnik rotacyjny Gnome z Oberursel

Dopiero przyjrzenie się z bliska takiemu silnikowi uświadamia ile problemów technicznych musieli te 100 lat temu konstruktorzy pokonać. Przecież tu się kręci cały korpus (a wał jest nieruchomy) i do tych kręcących się cylindrów trzeba dostarczyć mieszankę, trzeba sterować zaworami

Silnik rotacyjny Gnome z Oberursel

Silnik rotacyjny Gnome z Oberursel

i dostarczać impulsy wysokiego napięcia do świec zapłonowych. Na zdjęciu, w otworze widać tarczę rozdzielacza zapłonu.

Silnik rotacyjny Gnome z Oberursel

Silnik rotacyjny Gnome z Oberursel

Tu jeszcze mamy spalinowy silnik przyczepny do roweru. Proste konstrukcje były instalowane na kierownicy i przez rolkę dociśniętą do opony napędzały koło przednie. Późniejsze, bardziej wyrafinowane napędzały bezpośrednio oś koła tylnego. Kiedyś było to bardzo popularne, ale nawet niezbyt dawno parę razy widziałem coś podobnego w akcji.

Rolls-Royce Oberursel - Silnik do roweru GNOM

Rolls-Royce Oberursel - Silnik do roweru GNOM

Inne eksponaty to oczywiście różne silniki odrzutowe.

Silnik odrzutowy produkcji Rolls-Royce Oberursel

Silnik odrzutowy produkcji Rolls-Royce Oberursel

Przed muzeum stoi samolot - Fiat G.91. Był to pierwszy samolot odrzutowy produkowany w Niemczech po wojnie, silniki do niego robiono w Oberursel. Taki sam stoi w muzeum Dorniera - Dornier też miał swój udział w produkcji.

Fiat G.91

Fiat G.91

I jeszcze jest tam śmigłowiec Bell UH-1D - podobnie jak przy tych Fiatach - silniki produkowano na licencji w Oberursel a całe śmigłowce robił Dornier. I taki śmigłowiec też stoi u Dorniera we Friedrichshafen.

Bell UH1-D

Bell UH1-D

Wstęp do muzeum jest za darmo (proszą tylko o dobrowolny datek), zachęcam. Jak przyjść o 15 to można wysłuchać dłuższej opowieści o historii zakładu. Adres:

61440 Oberursel
Hohemarkstrasse 60-70.

Loading
Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , ,

Kategorie:Ciekawostki

Skomentuj

Ursus Wehrli i porządkowanie sztuki

Ktoś nazywający się Wehrli oczywiście nie może być Niemcem, to musi być Szwajcar. Pozostajemy jednak w kręgu kultury niemieckojęzycznej.

Ursus Wehrli już od dość dawna (1987) zabawiał wraz z Nadją Sieger (jako duet Ursus & Nadeschkin) publiczność na scenach Szwajcarii. Pooglądałem ostatnio trochę ich numerów, komentarze są entuzjastyczne (że niby "Najlepsi w Szwajcarii"), ale według mnie nic nadzwyczajnego. No może poza jednym skeczem, przy którym popłakałem się dokumentnie ze śmiechu, jak już od lat nie. Polecam nawet czytelnikom nie znającym niemieckiego, to jest krótkie, te parę zdań przetłumaczę, a naprawdę śmieszne zaczyna się potem. Wstęp jest dość długi i nierewelacyjny, chodzi o przeczytanie wiersza Goethego, a potem Ursus decyduje że lepszy będzie wiersz współczesny. Pod tytułem "Das Faxgerät" ("Telefax"). Von Sony (to trochę trudno przetłumaczyć, ale "von Sony" można zrozumieć że urządzenie zostało wyprodukowane przez firmę Sony, ale również jako "Autor: Sony"). Tekst:

  • Proszę czekać!
  • Proszę czekać!
  • Proszę czekać!
  • Proszę.. Za chwilę zostaną Państwo połączeni z naszym faksem.

Dalej trzeba obejrzeć (od 4:00, ale z dźwiękiem i nie radzę w pracy, nawet na słuchawkach).

Ale przecież nie poświęcałbym notki średniemu kabaretowi ze Szwajcarii - Ursus Wehrli potrafi więcej. Dziesięć lat temu wymyślił on sobie "Porządkowanie sztuki", na początku chyba tylko jako jajcarski temat do skeczu, ale rzecz była po prostu genialna i dzięki niej stał się sławny w kręgach artystycznych na szerokim świecie. O co chodzi świetnie pokazuje ten materiał z "Die Sendung mit der Maus" (są napisy po angielsku).

A tutaj sam autor przedstawia swoją koncepcję (po angielsku) na TED 2006:

A teraz wersja dla czytelników nie władających językiem language. Pan Wehrli zrobił międzynarodową karierę artystyczną i wydał parę świetnie się sprzedających albumów ze swoją sztuką dzięki genialnemu pomysłowi. On wziął kilka ogólnie znanych obrazów abstrakcyjnych, powycinał z nich elementy z których zostały zbudowane i posortował je po kształtach, wielkościach i kolorach. Efekt był świetny, a sam Wehrli jako kabareciarz potrafi to świetnie i dowcipnie sprzedać jako szwajcarski porządek. Wehrli nie ograniczył się do malarstwa, porządkował również obiekty świata rzeczywistego jak na przykład porcję frytek, gałązkę jodły, zupę z makaronem, sałatkę owocową czy łąkę z plażowiczami.

Autor: Ursus Wehrli

Autor: Ursus Wehrli

A mi się najbardziej w tym podoba, że on nie próbuje udawać nie wiadomo jakiej głębi intelektualnej, tylko od razu widać że robi sobie jaja.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (1)

Pomnik Dilberta

No musi być Dilberta, poznaję po krawacie.

Pomnik Dilberta, Frankfurt

Pomnik Dilberta, Frankfurt

A zwłaszcza po jego zagiętej końcówce.

Pomnik Dilberta, Frankfurt

Pomnik Dilberta, Frankfurt

A tak bardziej poważnie, to jest to rzeźba Claesa Oldenburga. Zwracam uwagę, że zarówno kołnierzyk jak i krawat są odwrócone do góry nogami. Odwracamy...

Pomnik Dilberta, Frankfurt

Pomnik Dilberta, Frankfurt

No i kto powie że nie Dilberta? Tylko bardziej realistycznie przedstawiony. (Rysunek z Dilbertem ze strony http://www.myfreewallpapers.net, nie było tam zastrzeżeń co do praw, mam nadzieję że nikt mnie tu ścigał nie będzie. Ne wszelki wypadek: Autorem Dilberta jest Scott Adams, http://www.dilbert.com/).

Dilbert by Scott Adams

Dilbert by Scott Adams

Loading
Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt
Google MapsZnajdź drogę
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Ciekawostki

Skomentuj

Strona 2 z 912345...Koniec