Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Jak to się robi w Niemczech: Cykliści, jak zwykle wszystko przez nich

I znowu notka z którą noszę się od dawna. Dziś o jeżdżeniu na rowerze.

W Niemczech rower jest powszechnym środkiem komunikacji. Prawie każdy ma rower, a wiele osób więcej niż jeden. Czy go używa to oczywiście inna historia, ale pomieszczenia na rowery przy podziemnych garażach w budynkach mieszkalnych są zawsze przepełnione.

Rowery w rowerowni w Niemczech

Rowery w rowerowni w Niemczech

To na zdjęciu jest sporo za małe jak na taką ilość mieszkańców, reszta rowerów stoi na miejscach parkingowych z samochodami albo w piwnicach.

Rowery w garażu w Niemczech

Rowery w garażu w Niemczech

Tam, gdzie mieszkałem poprzednio pomieszczenie było ze cztery razy większe (na 18 mieszkań), ale i tak za małe.

Jeżeli ktoś roweru nie ma, to może go sobie wynająć. Na ulicach stoją rowery do wynajęcia paru firm i różnych systemów. Najbardziej rzucającym się w oczy jest system kolei niemieckich (Call-a-bike), opiera się on na specjalnie zaprojektowanych i wykonanych rowerach z elektronicznym zamkiem szyfrowym. Rowery te są solidne i nieźle wyposażone, maja na przykład amortyzowany widelec przedni i 7-biegowa przekładnię w piaście (Wspominałem że notka od dawna w drodze, zdjęcia są stare).

Rowery do wynajęcia Call a Bike, Frankfurt

Rowery do wynajęcia Call a Bike, Frankfurt


Rowery do wynajęcia Call a Bike, Frankfurt

Rowery do wynajęcia Call a Bike, Frankfurt

Rowery DB są dostępne w wielu miastach Niemiec, od połowy marca do połowy grudnia. Ceny nie są zbyt wygórowane - 8 centów za minutę jazdy, można kupić abonament roczny za jedne 36 euro, wtedy za każde pierwsze pół godziny jazdy nie płaci się już. Taka oferta jest cenowo bezkonkurencyjna (4 euro za miesiąc - wow!), trudno ją przebić nawet kupując sobie używany rower. Jak się ma BahnCard to jest jeszcze taniej. Rower można zostawić w prawie dowolnym miejscu (koniecznie przy jakimś skrzyżowaniu).

Inne systemy (np. nextbike) używają dużo tańszych, mniej więcej normalnych rowerów zapinanych na kłódki z zamkiem szyfrowym. Mają oni zupełnie inną strategię cenową, płaci się tam za każdą rozpoczętą godzinę 1 euro, za całą dobę 8 euro. Ale abonamenty są droższe - miesięczny to 40 euro. Te rowery należy zostawiać w zdefiniowanych punktach. Te są dobre raczej dla turystów.

Rowery do wynajęcia NextBike, Frankfurt

Rowery do wynajęcia NextBike, Frankfurt

Aby korzystać z takich rowerów trzeba zarejestrować się w odpowiedniej firmie i mieć komórkę. Jeżeli chcemy pojechać, to znajdujemy taki rower (jest na to app, można zobaczyć w sieci albo zapytać w call center) i dzwonimy do operatora. Podajemy numer roweru, dostajemy kod do zamka szyfrowego i możemy jechać. Po przyjechaniu na miejsce dzwonimy znowu - rower  trzeba zamknąć. Płacimy za czas wykorzystania roweru.

W ostatnich latach zrobiono wiele aby ułatwić poruszanie się rowerem po mieście. Na przykład prawie wszystkie ulice jednokierunkowe oznaczono tak, żeby jechanie przez nie rowerem pod prąd było legalne.

Rowery mogą pod prąd, Frankfurt

Rowery mogą pod prąd, Frankfurt

W wielu miejscach tam, gdzie dla samochodów były dwa pasy zrobiono tylko jeden trochę szerszy + namalowano ścieżkę rowerową.

Ścieżki rowerowe, Frankfurt

Ścieżek rowerowych już wcześniej było dużo. Uwaga na lokalną specyfikę: w Berlinie ścieżki rowerowe są czerwone, we Frankfurcie czerwone są chodniki a ścieżki rowerowe białe (znaczy w naturalnym kolorze betonu).

Niestety wielu rowerzystów zachowuje się całkowicie nieodpowiedzialnie - są oni przekonani że przepisy kodeksu drogowego ich nie dotyczą. Zwłaszcza notorycznie przejeżdżają skrzyżowania na czerwonym świetle. Nie tylko u nas, we Frankfurcie tak jest, w Berlinie widziałem rowerzystkę która beztrosko wjechała na przejście dla pieszych na KuDammie koło Gedächtniskirche, akurat jak się miało zrobić zielone dla przechodniów. Zrobiło się trochę zamieszania, ktoś ją nawet specjalnie popchnął. Ale nie sadzę żeby to ją czegoś nauczyło.

Duży nacisk kładzie się na bezpieczeństwo poruszania się rowerem, większość ludzi niezależnie od wieku jeździ w kaskach. Nawet babcie. Ale sporo jeździ jednak bez. A kask trzeba mieć, w zeszłym roku sam byłem świadkiem głupiego wypadku. Szliśmy z rodziną gdzieś w naszej dzielnicy - to jest na pagórku - boczna uliczką pod górę, z góry szybko i bez trzymanki zjeżdżał na rowerze chłopak w wieku na oko 17-18 lat. Minął nas, a po chwili usłyszeliśmy łomot - uliczka zakręcała trochę niżej, chłopak nie wyrobił się na zakręcie (chyba chciał uniknąć zderzenia z samochodem który powoli wyłonił się zza zakrętu) i przywalił głową w metalowy płot z prętów o przekroju kwadratowym. Krew się polała, chłopak miał na głowie rozcięcie na kilkanaście centymetrów, można było oglądać jego czaszkę bez rentgena. Zadzwoniłem po pogotowie, żona jako biegła w tym kierunku zatamowała krwawienie. Pogotowie przyjechało po kilku minutach i zabrało go do szpitala. Gdyby miał kask skończyłoby się na poobcieranych łokciach i kolanach. Używajcie kasków drodzy czytelnicy, to że ktoś uważa że wyglądacie głupio to pryszcz w porównaniu ze zwykłym wstrząsem mózgu. A może być i gorzej.

Wszystkie dzieci w czwartej klasie szkoły podstawowej (przypominam, że dzieci idą do szkoły w wieku 6 lat, w początku czwartej klasy to 9-latki) robią w ramach zajęć szkolnych kartę rowerową. Pamiętam że za moich czasów w Polsce podchodzono do tego bardzo luźno - musiałem tylko wysłuchać paru pogadanek, odpowiedzieć na kilka pytań na egzaminie teoretycznym i już - nikt nawet nie patrzył czy w ogóle umiem się utrzymać na rowerze. Tutaj to idzie na poważnie.

Chociaż ta powaga jest połowiczna. Karta rowerowa nie jest w żaden sposób umocowana w przepisach, to jest w zasadzie taki świstek papieru nie mający żadnej mocy urzędowej. Ale szkoły zabraniają przyjeżdżania do szkoły rowerem dzieciom, które nie mają takiej karty. Liczy się Verkehrserziehung (Wychowanie do ruchu drogowego). I to wychowanie wygląda tak:

Najpierw klasa idzie do czegoś w rodzaju PRL-owskiego miasteczka ruchu drogowego, każdy musi mieć ze sobą kask. Policja przywozi swoje rowery i każe dzieciom na nich jechać trzymając kierownicę jedną ręką i rozglądając się na boki. Warunkiem dopuszczenia do dalszego ciągu szkolenia jest żeby sobie z tym radzić.

W następnym kroku dzieci mają przyprowadzić do szkoły swoje rowery. Przyprowadzić - przecież nie mają jeszcze kart rowerowych i nie wolno im jechać. No chyba że rodzice przyjadą z nimi. To znowu nie jest specjalnie umocowane w przepisach, bo one mówią tylko że dzieci do lat 8 tylko po chodniku, 8-10 jeszcze mogą po chodniku, a powyżej 10 nie wolno po chodniku. Ale jedźmy dalej: Do szkoły przychodzi policjant i robi przegląd techniczny rowerów. Jak wszystko jest OK to przykleja odpowiednią naklejkę, jeżeli nie, to każe poprawić.

Naklejka przeglądu roweru, Niemcy

Naklejka przeglądu roweru, Niemcy

Tymczasem w szkole przez dłuższy czas omawiane są wszystkie przepisy, robione są testy itp. Aż nadchodzi czas egzaminu. Część teoretyczna to test, oprócz tego jest część praktyczna.

Przed egzaminem dzieci jadą jeszcze z policjantami na rowerach na próbne jazdy po ulicach. Sam egzamin też jest na poważnie - dziecko jedzie przodem, za nim policjant-egzaminator na rowerze mówi w którą stronę jechać i ocenia. W egzaminie pomagają rodzice na rowerach, lepiej żeby mieli kaski i rowery zgodne z przepisami.

Karta rowerowa, Niemcy

Karta rowerowa, Niemcy

W sumie jest to najpoważniejszy egzamin jaki dzieci przechodzą w szkole podstawowej. Ale to dobrze, to jest przecież poważna sprawa, nawet jeżeli uzyskany dokument ma moc dyplomu uznania.

I skoro wszyscy są cyklistami, to z czystym sumieniem można powiedzieć że wszystko przez nich.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

6 komentarzy

Jak to sie robi w Niemczech: Gimnazjum

Dziś kolejna notka o niemieckim systemie edukacji. Ze statystyk widzę, że poprzednie notki na ten temat cieszą sie dużym powodzeniem, a w notce o systemie edukacji obiecałem napisać o gimnazjach gdy już zobaczę je z bliska. Minęło już pół roku odkąd mój syn chodzi do gimnazjum, wczoraj była wywiadówka, więc czas nadszedł.

Znowu zastrzeżenie: Szkolnictwo leży w gestii landów, więc w każdym jest trochę inaczej. To co pisze dotyczy Hesji, proszę o powstrzymanie się od uwag że piszę bzdury, bo u nas w Hamburgu to czy tamto jest inaczej.

Przypominam, że gimnazjum w Niemczech dzieci rozpoczynają od klasy piątej, i uczą się w nim do matury. Trwa to 8 lat, do niedawna było to 9, ale skrócono ten czas o rok nie zmniejszając ilości materiału. Nazywa się to Turbo-Abitur.

Wrócimy jeszcze na chwilę do szkoły podstawowej. Nie chcę powtarzać tu notki o systemie szkolnictwa w ogólności, proszę sobie doczytać, pisałem tam rekomendacjach dalszego toru nauczania po szkole podstawowej. I powiem, że wbrew wątpliwościom wielu rodziców ten system się sprawdza. W klasie syna jest parę dzieci które zostały posłane do gimnazjum wbrew rekomendacji ze szkoły podstawowej, i wyraźnie widać że one sobie nie radzą na zupełnie podstawowym poziomie typu że trzeba robić zadania domowe, i będą musiały się przenieść do Realschule. Według mnie ich rodzice zrobili im w ten sposób krzywdę.

W naszej dzielnicy sytuacja z gimnazjami jest bardzo dobra, są aż trzy, dwa tuż obok siebie a trzecie też niedaleko. Inne dzielnice nie mają tak dobrze, dojeżdżają tu na przykład dzieci z dzielnicy Schwanheim - to jest pół godziny autobusem - bo bliżej nic nie mają. W ostatnich latach to najstarsze z gimnazjów - Freiherr vom Stein - mieszczące się wcześniej w XIX-wiecznym budynku zostało wyburzone i zbudowane całkowicie od nowa. Perła architektury to to teraz nie jest (wcześniej budynek też był typowy dla szkoły z końca XIX wieku, nic nadzwyczajnego), ale co nowe, to nowe.

Freiherr-vom-Stein Gymnasium Frankfurt

Freiherr-vom-Stein Gymnasium Frankfurt

Drugie gimnazjum - Carl Schurz - jest w generalnym remoncie, tymczasem dzieci uczą się w prowizorycznym budynku zrobionym w technologii kontenerowej.

Tymczasowy budynek Carl-Schurz-Gymnasium, Frankfurt

Tymczasowy budynek Carl-Schurz-Gymnasium, Frankfurt

Warunki nie są, wbrew pozorom, najgorsze, zresztą chyba remont zmierza już ku końcowi i w wyremontowanej części budynku są znowu zajęcia.

Carl-Schurz Gymnasium Frankfurt

Carl-Schurz Gymnasium Frankfurt

W trzecim - Friedrich Schiller - generalny remont już prawie się skończył, została do zrobienia tylko sala gimnastyczna. Zdaje się że te remonty to owoc programu antykryzysowego prowadzonego za poprzedniego kryzysu.

Schillerschule Frankfurt

Schillerschule Frankfurt

A czego uczą? W klasie piątej (bo o tej wiem oczywiście najwięcej) dzieci mają niemiecki, matematykę, geografię, muzykę, sztukę, sport, NaWi (prawie jak w Avatarze, ale to Naturwissenschaften - nauki przyrodnicze), angielski (jako pierwszy język obcy, ale w innych szkołach bywa to inny język) i nieobowiązkową religię w wariancie katolickim i ewangelickim.

W następnych latach dojdą następne języki obce i tutaj strategia w różnych szkołach jest różna. W Schiller dali do wyboru dwa tory, jeden z francuskim a drugi z łaciną. Potem do tego trzeba będzie dobrać jakiś trzeci, w rachubę wchodzą na przykład hiszpański albo chiński. A na przykład Freiherr vom Stein specjalizuje się we włoskim, również jako języku wykładowym dla niektórych przedmiotów. Oferta ta jest skierowana szczególnie do dzieci imigrantów pochodzenia włoskiego, ale nie tylko. Bywają gimnazja w których skupiają się na łacinie i starogreckim, grupy docelowe oczywiste.

Oprócz przedmiotów obowiązkowych jest też grupa przedmiotów do wyboru (Wahlunterricht, WU). Dzieci w ciągu nauki muszą zrobić określoną liczbę jednostek tych przedmiotów (5 godzin w klasach 5-9, z czego 2 w 8-9. Godzinę należy rozumieć jako godzina na tydzień przez dwa semestry), ale mogą wybrać które chcą. W tej ofercie gimnazja różnią się najbardziej między sobą. Na przykład Carl Schurz ma do wyboru głównie przedmioty muzyczno-artystyczne (z naciskiem na kontrabas, jej, tego tylko mi brakuje żeby w pokoju dziecka stał jeszcze kontrabas), za to Schiller ma na przykład dodatkowe zajęcia z matematyki. Oceny z przedmiotów do wyboru są tylko pozytywne, ale kurs może nie zostać zaliczony i trzeba wtedy swoje godziny wyrobić w następnym roku.

Dodatkowo gimnazjum oferuje zajęcia nadobowiązkowe, odpowiadające z grubsza naszym kółkom zainteresowań, zwane Arbeitsgemeinschaft - AG. Spektrum jest bardzo duże i znowu w każdej szkole inne. Może to być jakiś sport (na przykład tenis, wioślarstwo albo żonglowanie), coś artystycznego (chór, fotografia, jakiś instrument) albo naukowego.

Każde gimnazjum wymyśla sobie własny układ godzin lekcyjnych. Już chyba nigdzie nie ma klasycznego układu z 45-minutowa lekcją a potem przerwą, większość gimnazjów przyjęła system z podwójnymi godzinami - czyli po 90 minut, w razie potrzeby w nielicznych wypadkach dzielonymi na pół. Ale znowu w Carl Schurz maja lekcje po 65 minut. Przedłużenie lekcji ma sens, 45 minut to naprawdę za mało na porządną lekcję, a dzięki długim lekcjom dziennie jest mniej przedmiotów - dzieci nie muszą tyle ciężarów nosić na plecach i mają w sumie mniej zadane (bo z trzech przedmiotów, a nie z pięciu-sześciu).

Lekcje nie wszędzie zaczynają się o ósmej rano, bo ktoś wymyślił że można będzie rozładować trochę tłok w komunikacji miejskiej gdy szkoły nie będą zaczynać o tej samej godzinie. Pomysł dobry, ale realizacja gorsza - wszystkie trzy zaczynają  prawie równocześnie w godzinach 7:45 - 8:00, wszyscy i tak spotykają się w jednym autobusie.

W szkole zazwyczaj jest jakaś stołówka prowadzona przez firmę cateringową. W szkole mojego syna zrobione jest to tak, że dziecko dostaje kartę, którą się tam rozlicza. Obiady trzeba wiążąco zamawiać przez sieć z tygodniowym wyprzedzeniem, w przypadku choroby można odwołać zamówienie. Niestety w przerwie obiadowej tłok w stołówce jest taki, że zjedzenie obiadu w dostępnym czasie jest mało realne.

Oczywiście szkoła ma bibliotekę, jest to filia biblioteki miejskiej. Karta biblioteki szkolnej działa też w bibliotekach dzielnicowych i w głównej bibliotece miejskiej.

Część szkół zapewnia mniejszym dzieciom opiekę po lekcjach, tak gdzieś do trzeciej, najczęściej pod postacią pomocy w robieniu zadań domowych. Spróbowaliśmy tego, ale to była katastrofa. Ale myślę, że to była akurat pechowa grupa, gdzie indziej może to działać lepiej.

Jeszcze o poziomie nauczania. Syn poszedł do Schiller, mimo że z wielu źródeł słyszałem opinię że to gimnazjum dla zadzierających nosa dzieciaków z UMC. W szkole podstawowej przez całą czwartą klasę straszyli dzieci i rodziców, że gimnazjum to jest dopiero na poważnie, że tam to dopiero trzeba będzie zasuwać itp. Rzeczywistość okazuje się być inna. W klasie nie ma nikogo z UMC, większość to MMC i LMC - opinia o elitarności pochodzi zdaje się sprzed 20+ lat. A zadań domowych mają ledwie co, o wiele mniej niż w podstawówce. Ale to "wina" podstawówki - tam gdzie chodził syn było naprawdę ostro, dzieci z innych szkół uważają że zadań domowych jest dużo. Co w sumie nie świadczy dobrze o całym szkolnictwie niemieckim. Nie bardzo już pamiętam, co było za moich czasów w klasie piątej i jakie było obciążenie, ale wydaje mi się że jednak u nas było większe.

Akurat teraz, jak co roku, w gimnazjach odbywają się dni otwarte, żeby dzieci ze szkół podstawowych (i ich rodzice oczywiście też) mogli sobie szkołę obejrzeć z bliska i wybrać. Nikt przy wejściu legitymował nie będzie, jeżeli ktoś z czytelników z terenu Niemiec jest zainteresowany to może po prostu pójść i sobie szkołę zwiedzić.

Nie znam danych dotyczących finansowania szkolnictwa, ale patrząc tak "od dołu" to gimnazja muszą być finansowane znacznie lepiej niż szkoły podstawowe. W szkole podstawowej trzeba było co i raz płacić za jakieś podręczniki (tylko raz zasponsorował wszystkie land), dawać po dwie dychy do kasy klasowej albo płacić za jakieś wycieczki, w gimnazjum jak dotąd trzeba było kupić jedną książkę, a z wpłaconych na początku roku szkolnego dwudziestu euro została jeszcze blisko połowa. I to mimo że klasa częściej się gdzieś wybiera.

W cyklu o edukacji w Niemczech planuję jeszcze dwie notki, jedną o Hortach, czyli po naszemu świetlicach, a drugą o komitetach rodzicielskich.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

15 komentarzy

Jak to się robi w Niemczech: Kościół katolicki się likwiduje

Nieprzypadkowo nawiązuję w tytule notki do książki Thilo Sarrazina "Deutschland schafft sich ab" ("Niemcy się likwidują"). Sarrazin bredził (pisałem już o tym), ale z niemieckim KK jest o wiele gorzej niż z całymi Niemcami i mój tytuł jest znacznie bardziej uzasadniony niż jego.

Jeszcze całkiem niedawno niemiecki KK wyglądał na bardzo silny i bogaty. Miałem o tym notki - oprócz znacznych wpływów z podatku kościelnego dostaje sporo na różne sposoby z budżetu państwa. Ale już od wielu lat ilość wiernych spada i wpływy maleją. A jak zaczyna się kryzys, ludzie tracą pracę albo zarabiają mniej to i płacony podatek kościelny gwałtownie spada - jest przecież liczony jako procent od podatku od dochodów osobistych.

Na to nakłada się brak księży. Dotąd dawało się jakoś zatykać wakaty księżmi z Polski, ale teraz i tego zaczyna brakować.

Podczas ostatniego kryzysu biskupi niemieccy zauważyli te narastające problemy i zaczęli się zastanawiać jak zapobiec katastrofie. Tendencja jest wyraźna - przychody spadają a koszty nie - gdyby nic nie zmienić to bankructwo jest nieuchronne. Szans na zwiększenie przychodów zasadniczo nie ma. Wiernych coraz mniej - niedawno pojawiły się statystyki z których wynikało że w 2010 więcej osób wystąpiło z KK niż do niego wstąpiło, a do tych wystąpień trzeba doliczyć członków KK którzy nie wystąpili tylko po prostu zmarli. Z kasy państwowej też nie da się nic nowego urwać. Trzeba więc popracować nad kosztami. Wieloletnią strategię redukcji kosztów opracowano już kilka lat temu, jednak ogólnie dostępne źródła (na przykład TUTAJ) ściemniają że przyczyny całej akcji są natury wyłącznie duchowej. To co piszę, opiera się na rozmowach z ludźmi mającymi insider knowledge.

Strategia redukcji kosztów w każdej diecezji nazywa się inaczej (na przykład w diecezji Limburg, pod którą podpada Frankfurt, nazywa się to Neustrukturierung der Seelsorge czyli Reorganizacja duszpasterstwa), ale wszędzie chodzi o z grubsza to samo - parafie łączy się po kilka w tzw. Großpfarrei (nie znam odpowiedniego określenia po polsku, pewnie jeszcze takiego nie ma). Nie będzie już księdza, pracowników biur parafialnych, a może i kościelnych w każdej parafii, mniejsza ilość pracowników będzie obsługiwać kilka punktów na zmianę. Ilość i godziny mszy mają pozostać bez zmian.

Na przykład we Frankfurcie z około 30 parafii (nie mogę się doszukać ile ich było dokładnie) zostanie tylko 6 na 140.000 katolików niemieckich (parafie narodowe pozostaną bez zmian). W sumie cały ten proces nie jest niczym dziwnym - firmy robią tak od dawna, na przykład poczta już dawno zlikwidowała większość swoich placówek. Ale kościół to niezupełnie to samo co poczta - kościoła nie da się zastąpić automatem w rodzaju Packstation. Ale analogia nie jest taka zła - zamiast placówek pocztowych pojawiają się agencyjne punkty pocztowe albo punkty innych firm spedycyjnych, a w próżnię po KK wejdą na pewno różne sekty i odłamy, chrześcijańskie albo i nie.

Kościół St. Wendel, Frankfurt Sachsenhausen

Kościół St. Wendel, Frankfurt Sachsenhausen

Problemem jest też styl, w jakim to wszystko jest załatwiane. W krwiopijczej korporacji zazwyczaj (nie zawsze, ale zazwyczaj) pracowników na takie reorganizacje się przygotowuje, w miłosiernym Kościele po prostu wydaje się pisemne rozporządzenie i wysyła je pocztą. W parafii w mojej dzielnicy w tej chwili wrze protest, bo biskup takim rozporządzeniem i bez żadnych rozmów z parafianami i z samym zainteresowanym posłał proboszcza na emeryturę od 01.02.2012, mimo że według zasad mógłby (i chciałby) on jeszcze dwa lata popracować. Co z tego że brak księży - jest harmonogram i nie ma dyskusji. Niektórzy parafianie już zapowiadają wystąpienie z kościoła.

Wszystko wskazuje na to, że parafianie zostaną po prostu pozostawieni sami sobie. Tam, gdzie działa prężna rada parafialna to jeszcze jakoś się siłą rozpędu pokręci, ale tam, gdzie i tak nic się nie dzieje wszystko wkrótce padnie. A puste kościoły się kolejno sprzeda albo zburzy, jak ten w Oberstedten.

W przypadku firmy redukcja kosztów jest normalnie połączona ze zmianami w strategii, opracowaniem nowych produktów, zmianą profilu, lepszym dopasowaniem do grupy docelowej itp., ale w przypadku centralnie zarządzanej religii znaczące zmiany nie wchodzą przecież w rachubę. Droga prowadzi tylko w dół.

I w ten sposób niemiecki Kościół Katolicki w szybkim tempie zmierza do samolikwidacji.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (1)

Jak to się robi w Niemczech: Mądrość ekonomistów

Heiko Thieme

Heiko Thieme Żródło: www.heikothieme.com

I znowu WO poruszył temat zbliżony do tego, o którym już dawno miałem napisać notkę. Dziś będzie o mądrych ekonomistach. I równie mądrych managerach. Notka będzie ilustrowana między innymi zdjęciami symboli giełdy frankfurckiej - byka i niedźwiedzia. Byk robi za hossę a niedźwiedź za bessę, stąd z niedźwiedziem chcą się fotografować wszystkie dzieci, ale delegacja bankierów omija go z daleka i zawsze robi sobie zdjęcia przy byku.

Otóż jest w Niemczech taki jeden doradca inwestycyjny, nazywa się Heiko Thieme. (TUTAJ jego strony) Pamiętam, gdy przyjechałem do Niemiec w okresie bańki internetowej był on wielką gwiazdą na rynku doradców inwestycyjnych. Było tak: Kursy rosły w kosmos, wszyscy mówili że zaraz spadną i trzeba sprzedawać - a on mówił twardo - wzrosną, kupować. I kursy rosły. Zaangażowali go do radia - co dzień rano jadąc do pracy słyszałem jak zapewnia, że będzie rosło. Pisał on też cotygodniowe prognozy ekonomiczne we Frankfurter Allgemeine Zeitung, publikował w Spieglu, Sternie, Focusie i Capital - czyli w najważniejszych tygodnikach opiniotwórczych, pracował jako ekspert dla telewizji n24. Geniusz, co nie?

Ale potem bańka pękła i kursy zanurkowały. A pan Thieme nadal dzień w dzień rano w radiu zapewniał, że kursy będą za chwilę rosły. I tak zapewniał jeszcze przez ponad rok. Dzień w dzień, nie słyszałem żeby powiedział że cokolwiek spadnie. Aż po tym dobrze ponad roku go wreszcie z tego radia wywalili, bo kursy jakoś rosnąć nie chciały. Geniusz, co nie?

Byk (hossa) przed giełdą frankfucką

Byk (hossa) przed giełdą frankfucką

Wydaje mi się, że pan Thieme jest czystym przypadkiem klinicznym, nad którym warto się zastanowić. Ci ekonomiści wmawiają wszystkim, że ekonomia to nauka, że stosują naukowe metody, że ma to wszystko jakieś realne podstawy. Historia pana Thieme pokazuje że jest inaczej - tak naprawdę to jest kwestia szczęścia. On coś sobie wymyślił i twardo się tego trzymał. No i miał szczęście, rozwój sytuacji przez dłuższy czas był akurat taki jak mówił. Ale potem sytuacja się zmieniła - ale jego metoda nie. On cały czas stał twardo i wbrew oczywistym faktom przy poprzedniej prognozie.

I ta bańka to nie była jedyna jego wpadka. Już wcześniej stosował ze zmiennymi skutkami swoją metodę stałego optymizmu. W latach 1991-1993 prowadzony przez niego fundusz inwestycyjny był jednym z najlepszych w USA, a już w 1995 amerykańskie czasopismo branżowe ogłosiło go najgorszym managerem roku. W 1997 był znowu najlepszy. I tak przez cały czas - max/min.

I w tym momencie nasuwają mi się wyłącznie określenia powszechnie uważane za obraźliwe. Przecież do takiej "strategii inwestycyjnej" jaką praktykuje pan Thieme mózg jest całkowicie zbędny. Po co takiemu darmozjadowi płacić?

Niedźwiedź (bessa) przed giełdą frankfurcką

Niedźwiedź (bessa) przed giełdą frankfurcką

Teraz druga historia. Również za czasów bańki internetowej robiłem zlecenie w firmie Start Ticket. Była to część dużej firmy Start Amadeus (główny udziałowiec: Lufthansa), która zajmuje się sprzedażą usług turystycznych. Firma powstała w czasach przedinternetowych i jej terminale znajdowały się w wielu tysiącach biur podróży w Niemczech i nie tylko. Przez te terminale można było zamówić bilety na samoloty, pociągi, imprezy, zarezerwować hotel, wycieczkę albo samochód w wypożyczalni. W tych czasach firma miała podobno największe na świecie cywilne centrum obliczeniowe, samych mainframe'ów mieli tam szesnaście, nie licząc masy mniejszych maszyn. Start Ticket był częścią tej firmy zajmującą się sprzedażą biletów na imprezy, na przykład koncerty. Jako duży i znany pośrednik z dobrą infrastrukturą dostali na przykład zlecenie na sprzedaż biletów na EXPO 2000, a szło tego około 100.000 na dobę.

No i managerowie Lufthansy wymyślili sobie, że podepną się do boomu internetowego i zawiążą spółkę w której udziałowcami będą Start jako dostawca infrastruktury i oprogramowania, Bertelsmann jako dostawca kontentu i Axel Springer, który miał robić reklamę. Nowa spółka miała sprzedawać bilety przez internet. CEO spółki została pani Ivanka Springer, tak, z TYCH Springerów. Same wielkie koncerny i doświadczeni managerowie.

No i działalność spółki zaczęła się od wymyślenia nazwy. Zaangażowana agencja reklamowa wymyśliła za sumę sześciocyfrową (jeszcze w DM) nazwę Qivive. Czy ktoś jest w stanie zapamiętać jak to się pisze (to niepoprawne łacińskie qui vive - kto żyje)? A to przecież część adresu stron www.

Ci doświadczeni managerowie planowali szybkie wejście na giełdę i dalej spokojne zużywanie zebranej od akcjonariuszy kasy. Tymczasem grono programistów robiących aplikację usiadło w przerwie śniadaniowej i szybko przekalkulowało że to wszystko ma tylko bardzo  niewielkie szanse żeby się zbilansować. Nie muszę chyba pisać jaki nastrój w firmie się zrobił.

No i wkrótce się okazało, że jest już za późno żeby wejść na giełdę, bo bańka właśnie pękała. Spółka próbowała się jeszcze ratować kredytem, ale i na to było już za późno, żaden bank nie dawał już na internet. No i wkrótce wszystko się rypło, bankructwo, zwolnienia grupowe itd. Mnie na szczęście nie ruszyło, ja tam tylko sprzątałem. Ale przecież mówimy nie o świeżych pistoletach z firmy krzak, tylko o profesjonalnych managerach, murwa ich czać, z wielkich koncernów i z wieloletnim doświadczeniem.

No i ci managerowie nie przeanalizowali sytuacji, nie policzyli sobie na karteczce pi razy drzwi, tylko zrobili to co wszyscy i to co zwykle. A potem skasowali siedmiocyfrowe wynagrodzenia i położyli firmę.

Obie te historie wydają mi się dość typowe. Jak wiadomo 90% of everything is crap, nie inaczej jest w branży ekonomicznej. Czytuję czasem prasę ekonomiczną i widzę, że duża część tych top managerów wymyśla (albo odgapią) jakiś sposób postępowania i próbuje go stosować. I jak któremuś dwa-trzy razy się przypadkiem uda, to już jest uznawany w branży za geniusza i próbuje robić to samo znowu i znowu. Tak bez zrozumienia i modyfikacji - znowu i znowu. I dalej jest to kwestia szczęścia - albo mu się uda, albo nie. Jak mu się uda - w porządku, ale jak nie to najpierw szeregowi pracownicy zaharowują się żeby to jakoś uratować, a potem i tak lądują na bruku. A manager dostaje nową posadę w nowej firmie. I znowu ta sama metoda uda mu się, albo i nie.

A my za to wszystko płacimy.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

6 komentarzy

Jak to się robi w Niemczech: Upadek prasy papierowej

Dyskusja u WO skłoniła mnie wreszcie do napisania notki na temat upadku prasy papierowej w Niemczech. Nosiłem się z tym od dawna, ale nie chciało mi się robić researchu. No ale notka wreszcie jest.

Temat omówię na przykładzie Frankfurter Rundschau. Najpierw trochę historii.

Frankfurter Rundschau było pierwszą gazetą powojenną w sektorze amerykańskim, a drugą w całych Niemczech - wydawanie w Niemczech gazety do 1949 roku wymagało uzyskania licencji od władzy okupacyjnej. Pierwsze wydanie FR poszło 1. sierpnia 1945. Gazeta miała profil zdecydowanie lewicowy. Wkrótce - 15.04.1946 dla równowagi pojawiła się pierwsza frankfurcka gazeta o profilu konserwatywnym - Frankfurter Neue Presse. Trzecią frankfurcką gazetą była popołudniówka Abendpost (1948), a czwartą Frankfurter Allgemeine Zeitung (1949). Ta gazeta jest znowu zdecydowanie liberalno-konserwatywna.

Frankfurter Rundschau

Frankfurter Rundschau

No to mamy komplet. Z biegiem lat gazety te zapozycjonowały się w różny sposób. FAZ stał się gazeta ponadregionalną  z siecią korespondentów zagranicznych, ma największą sprzedaż zagraniczną ze wszystkich gazet niemieckich. Frankfurter Neue Presse (tymczasem należąca do tej samej fundacji co FAZ) ustawiła się regionalnie - ma kilka wydań z różnymi nagłówkami dla okolicznych regionów. Abendpost padł już dość dawno temu - w 1988. Najciekawsza z punktu widzenia #upadekprasypapierowej jest historia Frankfurter Rundschau i teraz zajmiemy się nią bliżej.

Przyznam szczerze, że żadnej z omawianych gazet codziennych nie czytuję. Próbowałem - dawałem się namówić na próbne prenumeraty wszystkich trzech tytułów, ale to mi nie leży. Te gazety są strasznie grube, nie mam czasu tyle czytać, a większość artykułów mnie w ogóle nie interesuje. Praktyka jest taka, że w domu gromadzi się nie przeczytana makulatura. Jak miałbym płacić, to tylko za wybraną część kontentu i nie na papierze. Żeby nie było że i tak bym nie kupił - zdarza mi się płacić za dostępny również na papierze kontent z sieci - kupuję na przykład potrzebne mi testy ze Stiftung Warentest. Mam też konta na paru systemach mikropłatności, więc technicznie to nie jest dla mnie problem.

FR, podobnie jak FAZ ustawiła się ponadregionalnie, jednak nie miała tak dużych sukcesów jak konkurentka. Ale jeszcze gdy przyjechałem do Frankfurtu (1999) szło jej nieźle. Dużą część sprzedaży robiły jej ogłoszenia drobne - na przykład powszechna opinia była taka że jak ktoś szuka mieszkania powinien kupić FR, wydanie piątkowe po 12 (bo wydanie przed i po godzinie 12 były różne). Rzeczywiście ogłoszenia z działki nieruchomości były tam najlepsze.

No ale pamiętamy, co się stało potem - w branży ogłoszeń drobnych pozamiatał Internet. Najbardziej trafiło to gazety czysto ogłoszeniowe - w rodzaju Das Inserat - musiały one całkowicie zmienić model biznesowy i połączyć się w grupy. Ale przejście ogłoszeń drobnych do sieci odebrało też sporą część przychodów gazetom codziennym. Do tego spadły też dochody z reklamy. FR zaczęła mieć poważne problemy finansowe.

Redakcja Frankfurter Rundschau

Redakcja Frankfurter Rundschau

Kolejny cios przyszedł ze strony gazet bezpłatnych, które akurat wtedy zaczęły się pojawiać. To w ogóle temat na osobną notkę, większość z tych gazet nie jest warta papieru na którym jest drukowana, ale niektóre z nich lepiej informują o tym co się dzieje w bezpośrednim sąsiedztwie niż te duże i znane gazety płatne.

No i pojawił się też bezpłatny kontent z sieci. Czynniki te dotyczyły oczywiście wszystkich trzech frankfurckich gazet, ale najbardziej trafiło to FR. Początek ostrego kryzysu przypadł na rok 2003, akurat wtedy poznałem pewnego redaktora działu kulturalnego FR, więc mam trochę insider knowledge. Tak dokładnie to moja żona poznała jego niedawno poślubioną żonę, Polkę. No i tak się trochę towarzysko spotykaliśmy.

FR powoli traciła płynność, uzyskała jednak gwarancje bankowe od landu. Problem polegał jednak na tym, że land jest rządzony przez CDU, więc gwarancje landu bardzo osłabiały wiarygodność lewicowej linii gazety. W związku z tym w roku 2004 90% udziałów w gazecie nabył holding medialny należący do SPD. W planie było jednak pozbycie się chociaż części tych udziałów, żeby w ciągu dwóch lat zejść poniżej 50%. Ale najpierw trzeba było ratować FR przed bankructwem. Na początek wzięto się za zwalnianie pracowników. W ciągu trzech lat z 1700 zostało ich tylko 750. Matthias opowiadał trochę historyjek o wydarzeniach w redakcji, a wkrótce miał dość tego nacisku i z żoną przenieśli się do Polski. Teraz uczy w Polsce niemieckiego i jest zadowolony. No ale on był typem podróżnika, nie za bardzo przywiązanego do bezpieczeństwa i stabilizacji.

W 2006 większość udziałów w FR kupiło wydawnictwo M. DuMont Schauberg, posiadające kilka innych niemieckich tytułów regionalnych (np. Berliner Zeitung, Kölner Stadtanzeiger, Mitteldeutsche Zeitung i trochę drobniejszych). Koncepcja wydawcy jest taka, że część działów będzie wspólna dla wszystkich tych gazet, a każdy z tytułów będzie miał tylko swoją redakcję regionalną. Dla redukcji kosztów FR zamieniła swoją dotychczasową siedzibę na tańszą, w kwartale o którym miałem już notkę. Wymieniono też naczelnego. I tak udało im się na razie uciec grabarzowi spod łopaty.

Redakcja Frankfurter Rundschau

Redakcja Frankfurter Rundschau

I teraz następuje najciekawsze: Co FR robi żeby przeżyć.

Najpierw zmienili format. Zrezygnowali z wielkich płacht i przeszli na znacznie mniejszy format tabloidowy. Niby nic wielkiego, ale w komunikacji miejskiej czyta się wygodniej. Za ten pomysł dostali nawet jakieś branżowe nagrody, podobno młodsi czytelnicy kupują taką gazetę chętniej.

Drugim posunięciem było obniżenie kosztów przez likwidację czterech wydań regionalnych (z siedmiu).

Nie wiem, czy można to uznać za "posunięcie", czy raczej jego brak, ale FR to jedyna gazeta którą jeszcze sprzedają gazeciarze na ulicy. Stoją na skrzyżowaniach ze światłami i sprzedają FR kierowcom. Inne gazety już dawno się z tej formy sprzedaży wycofały.

Teraz uwaga: Frankfurter Rundschau oferuje różne warianty prenumeraty elektronicznej. Najpierw dla porównania cena prenumeraty miesięcznej na wydanie papierowe: 34,75 EUR.

Prenumerata w aplikacji na iPada albo pada z Androidem kosztuje 17,99 EUR miesięcznie. Nie wszystkie artykuły są dostępne w ten sposób. Ich app dostał parę branżowych nagród i podobno jest najlepszą aplikacją gazetową w Niemczech.

Jest też wariant, do którego dokładają iPada2 w wybranej wersji. Kosztuje to miesięcznie 29,90 EUR (umowa na minimum 2 lata) + jednorazowa dopłata do sprzętu (w najtańszej wersji WiFi 99 EUR).

Można też mieć j.w. + papier, kosztuje to miesięcznie 56,40 EUR (tak samo 2 lata i dopłata do sprzętu).

Jest też abonament elektroniczny zwany ePaper, jest to w zasadzie PDF w layoucie takim samym jak papier, dzięki niewielkiemu formatowi gazety daje się to nawet czytać na ekranie. Kosztuje to 21,95 EUR, dla prenumeratorów papieru w cenie prenumeraty.

Część artykułów dostępna jest darmowo w sieci, również w wersji mobile. Strony ich mają układ, jakiego nie lubię - upstrzone zajawkami i tytułami, nic sensownie znaleźć nie można. Koncepcja podobna nieco do stron Rzeczpospolitej.

Nie znajduję danych co do opłacalności wydania elektronicznego, ale FR jako całość zrobiło w 2010 19 milionów euro na minus. Wydawca zwolnił w związku z tym jeszcze 44 redaktorów i gazeta stała się jeszcze bardziej przystawką do Berliner Zeitung. Ale wydawca wydanie elektroniczne liczy chyba inaczej - Frankfurt będzie przygotowywał wydania sieciowe dla wszystkich jego gazet, na razie to tylko taki rozbieg.

Czyli papierowe Frankfurter Rundschau upadnie, to tylko kwestia czasu. Tak w zasadzie to już jest zombie. Jak będzie z płatnym kontentem w sieci - zobaczymy.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

3 komentarze

Jak to się robi w Niemczech: Occupy Frankfurt

Syn na ostatnim Kinder Uni wygrał dwa bilety do teatru, i w związku z tym znalazłem się dziś obok siedziby Europejskiego Banku Centralnego - bo to akurat naprzeciwko tego teatru. Syn z kolegą poszli na przedstawienie, a ja postanowiłem obejrzeć sobie tutejszych okupantów.

Europejski Bank Centralny Frankfurt

Europejski Bank Centralny Frankfurt

Najpierw objaśnienie: Wbrew rojeniom wielu domorosłych "ekspertów", ciemiężyciel całej Unii - czyli Europejski Bank Centralny - nie ma swojej siedziby w Brukseli, tylko u nas, we Frankfurcie. Jak na razie jego budynek jest w samym centrum miasta, ale nowa siedziba właśnie powstaje na terenie dawnej Großmarkthalle.

Nowa siedziba Europejskiego Banku Centralnego we Frankfurcie

Nowa siedziba Europejskiego Banku Centralnego we Frankfurcie

Okupanci rozłożyli się koło słynnego logo:

Europejski Bank Centralny Frankfurt - logo Euro

Europejski Bank Centralny Frankfurt - logo Euro

Okupacja ciemiężyciela nie wygląda zbyt okazale, Kilka namiotów, jakaś garkuchnia, stoisko z broszurami. Część z kręcących się tam ludzi jest bardzo ekscentryczna. Całość wygląda raczej jak koczowisko bezdomnych.

Occupy Frankfurt

Occupy Frankfurt


Occupy Frankfurt

Occupy Frankfurt

Okupanci właściwie sami nie wiedzą, czego chcą. Znaczy wiedzą że ma być dobrze, wszyscy zdrowi, bogaci i szczęśliwi, ale nie mają pojęcia jak to osiągnąć. Nawet napisali sobie to na plakacie przy wejściu na ich teren.

Occupy Frankfurt

Occupy Frankfurt

Ja miałbym dla nich radę na początek - protestują pod złym adresem. To tak, jakby okupowali psią budę, protestując że pies gryzie. Taka jego psia natura! I taka natura banku, że kosi pieniądze gdzie się da. Protest swój należy skierować do tego, kto ma nad psem, znaczy bankiem, władzę. Czyli do polityków.

Occupy Frankfurt

Occupy Frankfurt

60311 Frankfurt nad Menem, Niemcy
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

3 komentarze

Jak to się robi w Niemczech: Jedenasty listopada

Jedenasty listopada jest hucznie obchodzony w Niemczech. Jak?

W tym dniu przypada Świętego Marcina z Tours. Marcin żył w IV w., był synem rzymskiego trybuna i jako taki był zobowiązany do odbycia 25 letniej służby wojskowej. W trakcie tej służby przeszedł na chrześcijaństwo i bezskutecznie próbował odmówić dalszej służby, ale zwolniono go dopiero terminowo. Potem (skracam) osiadł w Tours i został tam wybrany przez ludność biskupem (bo dawno, dawno temu biskupów wybierano oddolnie). Hagiografie podają za jego największy uczynek podzielenie się z biedakiem wojskowym płaszczem w zimną noc.

No i tego Świętego Marcina obchodzi się w całych Niemczech. W części Polski też - głównie w Wielkopolsce (jedna z głównych ulic Poznania nie bez powodu nazywa się Święty Marcin). W tym dniu odbywają się pochody dzieci z własnoręcznie zrobionymi latarniami, dzieci śpiewają okolicznościowe piosenki. W pochodach uczestniczą głównie dzieci przedszkolne, a dla dzieci z pierwszej i drugiej klasy szkoły podstawowej obecność na szkolnym pochodzie jest obowiązkowa. Konie całego kraju maja pełne kalendarze zleceń - bo pochód jest porządny tylko jeżeli jest w nim rzymski żołnierz w czerwonym płaszczu na koniu. Jeżeli pochód musi iść ulicą asekuruje go policja. A na koniec musi być ognisko, inaczej impreza nieważna.

Zwyczaje na Świętego Marcina

Zwyczaje na Świętego Marcina

Obowiązkową potrawą na ten dzień jest gęś albo kaczka, duża część sprzedawanego w tym okresie drobiu już tradycyjnie i od dziesięcioleci jest sprowadzana z Polski. Jeszcze z czasów NRD-owskich pamiętam zachodnie radiowe reklamy "Gęsi i kaczki z Polski".

Ale to są zabawy dzieci, dorośli tego dnia bawią się w coś zupełnie innego. Ma to związek z datą - w Niemczech liczby powstałe przez powtórzenie jednej cyfry nazywają się Schnapszahlen (dosłownie liczby wódczane). Nazwa ta pochodzi prawdopodobnie od dwojenia się w oczach pod wpływem. Druga hipoteza jest taka, że wzięło się to z dawnych drinking games. No ale nieważne, 11.11 to jest dopiero Schnapstag. Trzeba się napić! Najlepiej o 11:11!

W tym dniu, 11.11 o godzinie 11:11, oddziały pospolitego ruszenia szturmują ratusze. Są w mundurach, są uzbrojone w broń białą, mają ze sobą działo, ratusz po zaciekłym acz krótkim oporze pada i burmistrz przekazuje napastnikom klucze do budynku i kasy miejskiej.

Nie, no oczywiście że nie naprawdę, mundury to fantazyjne imitacje mundurów końca XVIII i początku XIX wieku, broń biała jest nieszkodliwa, działo jest ładowane od przodu i strzela naprawdę, ale nie ma w nim pocisku, a atakujący i broniący się toczą ze sobą rytualne spory wierszem.

Niestety nie udało mi się dotąd być przy takiej akcji osobiście i muszę się podeprzeć zdjęciem z sieci. To dość typowy obrazek, działo bywa bardziej prawdziwe kalibru kilkucentymetrowego i naprawdę odpalane (jak już wcześniej napisałem bez pocisku - to przecież zabawa). Oddziały rekrutują się zazwyczaj z lokalnego Karnevalvereinu (klubu karnawałowego), który zajmuje się właśnie przygotowywaniem tego typu imprez w karnawale - szyją sobie stroje, przygotowują sprzęt i teksty, ćwiczą bębnienie na werblach i maszerowanie. No i to wszystko to jest przede wszystkim okazja do wypitki. W krajach protestanckich nie obchodzi się imienin i trzeba znajdować sobie inne okazje.

Szturm na ratusz na Świętego Marcina

Szturm na ratusz na Świętego Marcina Żródło: http://www.koenigswinter-direkt.de

Jest to część szerszej tradycji zamiany ról w okresie karnawału. Źródła tego zwyczaju sięgają zdaje się jeszcze czasów rzymskich, mundurowa oprawa jest z wieku XVIII. Tradycje te są bardzo żywe, a swój szczyt osiągają w ostatnich dniach przed Środą Popielcową, kiedy to wszystkie te Karnevalvereine maszerują w wielogodzinnych pochodach demonstrując swoje stroje, choreografię, robiąc satyrę polityczną i rzucając w tłum cukierki. We Frankfurcie w takim pochodzie idzie zawsze dobrze ponad setka różnych Vereinów. No ale więcej o tym może jak przyjdzie czas.

Jak zwykle w takich sytuacjach włącza mi się tryb porównywania z Polską. No i jakoś trudno mi sobie coś takiego w krajowych warunkach wyobrazić. Działalność w Vereinie, szycie sobie strojów, przygotowywanie wierszowanych tekstów i choreografii, chodzenie w pochodach, w sumie po to tylko żeby w listopadzie i w karnawale sobie zaimprezować - nie, to w Polsce nie idzie. Podobnie trudno mi sobie wyobrazić przeciętnego burmistrza polskiego małego miasteczka przerzucającego się wierszowanymi tekstami bez wyrazów powszechnie uważanych za obraźliwe z nieco już wstawionymi "napastnikami" (bo bywa że atakujący za długo zabawią w barze po drodze i się spóźniają).

Ogólnie mam wrażenie, że w Niemczech życie jest tak uporządkowane, że Niemcy w czasie wolnym muszą sobie trochę powariować. W Polsce natomiast życie codzienne to takie wariactwo, że w czasie wolnym można się najwyżej urżnąć na smutno, bo limit wygłupiania się jest już dawno wyczerpany.

Jak czytam w krajowej prasie w ostatnich latach w Polsce pojawiły się nieco podobne zwyczaje na jedenastego listopada. Też maszerują, atakują, czasem nawet wierszem coś wołają, co poniektóry na pewno też coś wypije, ale to wszystko jakieś takie smutne. A podobno to Niemcy nie mają poczucia humoru.

A może by tak zamiast robić blokady tych smutnych manifestacji lepiej by było zaanektować to święto i urządzić imprezę w stylu niemieckim? Chociażby odegrać ten jajcarski atak na ratusz. Żeby było wesoło i kolorowo. Odpowiednio patriotycznie kojarzące się kolorowe mundury dałoby się dobrać, śmieszne teksty wierszem też da się napisać. A na koniec rzucać w tłum cukierki. Każdy znajdzie tu coś dla siebie - patriota i kosmopolita, militarysta i anarchista. Myślę że taki wyluzowany patriotyzm w kilka lat dałoby się wypromować tak, żeby na konkurencyjną imprezę smutasów prawie nikt nie przychodził.

Tyle że pewnie i tak się nie da, bo żaden burmistrz nie da się namówić na gadanie wierszem.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

4 komentarze

Jak to się robi w Niemczech: Dzień otwartych drzwi w meczecie

Jadąc do pracy i z pracy codziennie przejeżdżam obok małego meczetu. Ostatnio zauważyłem nad jego wejściem reklamę Dnia Otwartych Drzwi i dziś się tam wybrałem.

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Meczet, jak się wypytałem, należy do odłamu Ahmadija. Jak czytam nie jest to żaden z głównych nurtów islamu, on jest taki bardziej reformowany, na granicy herezji. A nawet dla niektórych poza tą granicą - w wielu krajach islamskich jest zakazany. Odłam nastawiony jest bardzo pokojowo, ich hasło to "Liebe für alle, Hass für keinen" - "Miłość dla wszystkich, nienawiść dla nikogo".

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Ten meczet był drugim zbudowanym po wojnie w Niemczech, już w 1959 i przez wiele lat był centrum islamu na południowe Niemcy. Teraz centrum przeniesiono do dzielnicy Bonames. Meczet nie jest duży, to w sumie taki parterowy baraczek z biurem parafialnym i skromnym mieszkaniem dla imama. Ostatnio robili tu prace budowlane - za meczetem zbudowano dom dla kobiet a plac ładnie wybrukowano.

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

W domu dla kobiet jest kilka mieszkań dla kobiet w trudnej sytuacji albo w podróży, sala do modlitwy i trochę pomieszczeń do pracy, rozmów itp. Wszystko skromnie zrobione. Nasunęło mi to trochę refleksji, że miejscami islam jest do przodu w stosunku to katolicyzmu - ten dom jest wyłącznie dla kobiet i mężczyźni nie mają prawa do niczego się tam mieszać. W wielu podobnych domach katolickich rządziłby ksiądz.

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

 

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Na imprezie nie było tłoku, ale pusto też nie. Większość gości pochodzenia europejskiego było z pobliskiej parafii ewangelickiej, mówili że przychodzą co roku. Reporterka z mediów ewangelickich robiła reportaż z akcji.

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

No i, jak to na takich festach, kawka, herbatka, ciasto i różne potrawy. Spróbowałem takich podsmażanych pierogów z ostrym, warzywnym nadzieniem - mniam, mniam. Dają za darmo.

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Co nieco opowiedzieli o islamie, islamie w Niemczech...

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

A to miejscowy imam.

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Dzień otwartych drzwi w meczecie, Frankfurt

Babenhäuser Landstraße
60599 Frankfurt nad Menem, Niemcy
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Skomentuj

Jak to się robi w Niemczech: Prawicowy lolkontent

Thilo Sarrazin - Deutschland schafft sich abZ ponad rocznym opóźnieniem przeczytałem kontrowersyjną książkę Thilo Sarrazina "Deutschland schafft sich ab". ("Niemcy się likwidują"). Dyskusje na ten temat już dawno wygasły, więc można poczytać na spokojnie. Przyznam od razu, że impuls pochodzi (jak zwykle) z programu Quarks & Co. Mówili tam o szkole i pokazali gimnazjum z "trudnej" dzielnicy, pełne imigrantów, biorące udział w konkursie na najlepszą szkołę w kraju. I wygrywające. Przy wręczaniu nagrody prezydent Wulff wspomniał coś o Sarrazinie, kierownik szkoły odpalił mu od razu i dość celnie. A ja postanowiłem wreszcie książkę przeczytać.

Nie mam zamiaru napychać jakiemuś politykowi kabzy, więc pożyczyłem książkę z biblioteki. Nie mieli jej na papierze - zapoznałem się z nową technologią i wypożyczyłem online w formie elektronicznej. Wypożyczenie jest ograniczone czasowo, książkę czyta się w czytniku Adobe Digital Editions, wiąże to ją z jednym komputerem (zdaje się, nie próbowałem przenosić). Niestety nie działa copypasta, nawet krótkich fragmentów, cytaty muszę przeklepywać ręcznie. Szukanie też działa marnie.

Z recenzją mam trochę problem. Sądziłem że jest to dobrze i klarownie napisany kawałek analizy, więc zacząłem pisać w trakcie czytania, punktując po kolei. Ale po jakichś stu stronach wywód się rozjechał w chaosie, zaczęły się powtórzenia, niejasności, niedopowiedzenia... No i nie dało się dalej tak pisać, musiałem przeczytać do końca i dopiero potem zrobić syntezę. Autor dziękuje w posłowiu lektorce o arabskim nazwisku (Ditta Ahmadi, to że nazwisko jest arabskie jest ważne w tym kontekście)  za poprawienie czytelności tekstu i usunięcie powtórzeń, moje wrażenie jest takie że ona do tej setnej strony jeszcze się starała, ale potem sobie odpuściła, bo żeby zrobić z tego tekstu coś porządnego to musiałaby napisać go od nowa. Nie świadczy to dobrze o ocenianej książce.

Zacznijmy może od streszczenia i pozytywów. Sarrazin zajmuje się zagrożeniem dla Niemiec związanym ze spadkiem jakości nauczania i napływem imigrantów. Przytacza sporo danych statystycznych (nawet umie je interpretować), prognozuje rozwój struktury ludności na podstawie danych o dzietności różnych grup (znaczy umie liczyć procenty, nawet składane). Zagrożenia i trendy nawet, jak na moje oko, rozpoznaje nieźle, ale nie uważam żeby był zbyt odkrywczy.

Problem zaczyna się, gdy autor próbuje analizować przyczyny pewnych zjawisk. Tu zawodzi po prostu na całej linii. Ale po kolei.

Sarrazin urodził się w roku 1945, jego ojciec był lekarzem. Potem studiował nauki ekonomiczne, doktoryzował się z historii gospodarczej w ujęciu racjonalizmu krytycznego. Zapamiętajmy ten fakt, bo to ważne.

Na początku swojej książki Sarrazin ustawia się jako fachowiec i autorytet, który maluczkim wyjaśni jak to jest naprawdę, bo politycy (którym był i którym doradzał) żądają uzasadnień dopasowanych do aktualnego dyskursu publicznego i politycznej poprawności, a nie do faktów. Teraz on powie jak to jest, bo przedtem musiał kombinować. Mnie takie podejście od razu nastawia nieufnie, ale zrazu kupiłem to bo doktor nauk itd., więc może faktycznie ma jakieś pojęcie.

No i autor tak się wczuwa w rolę autorytetu, że już pierwsze założenie wyjmuje z kapelusza i nie dyskutuje go ani nie uzasadnia w żaden sposób. A założenie jest takie: To źle, że w Niemczech procent osób narodowości niemieckiej spada. Moim zdaniem sama koncepcja państwa narodowego nie jest wcale oczywista i nie wymagająca dyskusji, zwłaszcza gdy mówimy o państwie które powstało w XIX wieku poprzez nie zawsze dobrowolne dołączenie państw Bawarczyków, Hessów, Badeńczyków, Saksończyków itd. i różnych obszarów, również innojęzycznych, do państwa Prusaków. Dziwi jeszcze bardziej, że autor jest przy tym członkiem SPD, czyli człowiekiem lewicy. W innych krajach takie narodowe tezy wysuwają raczej prawicowcy. Teksty typu:

Thilo Sarrazin

Das wirtschaftlich vereinte und außenpolitisch handlungsfähige Europa wird auch in 100 Jahren noch aus Nationalstaaten bestehen. (str 18-19)

Gospodarczo zjednoczona i zdolna do działania na arenie międzynarodowej Europa jeszcze za 100 lat będzie składała się z państw narodowych.

podane bez cienia uzasadnienia przypominają mi Honeckera twierdzącego w 1989 że mur będzie istniał jeszcze za 100 lat. U Sarrazina też jest "bo tak" i żadnej dyskusji. Potem pojawia się argument, że on by chciał żeby za 100 i więcej lat jego potomkowie nadal mieszkali w kraju w którym mówi się po niemiecku a nie w tureckojęzycznej republice islamskiej. Czy nie przypomina Wam to pewnych wątków poruszanych przez krajowych publicystów prawicowych?

Czytamy dalej. I powoli okazuje się, że zgodnie z podejrzeniami (starałem się nie nastawiać z góry negatywnie, ale podejrzenia że będzie jechał rasizmem i nacjonalizmem się same nasuwały) autor zajmuje się problemem imigrantów. Próbuje on dowodzić, że pozycja kraju w testach PISA skorelowana jest z jego jednolitością etniczną. No i popełnia typowy błąd metodologiczny biorąc parę krajów z pierwszych miejsc - Koreę, Finlandię i Japonię - i stwierdzając że one jednolite. Czwarty - Kanadę - już naciąga, że on nie jednolity, ale blablabla więc pasuje do tezy. Potem bierze multikulturalne USA wypadające źle i korelacja gotowa. Ale w ogóle nie patrzy na przykład na Polskę, która też jest bardzo jednolita, a wypada gorzej niż Niemcy. Z korelacji dwója.

No i tak czytając doszedłem do punktu który budzi największe kontrowersje. W skrócie: On przeczytał (i podobno się specjalnie fachowców jeszcze popytał) że inteligencja ma składową dziedziczną. I ze swojego fragmentarycznego rozumienia nauk przyrodniczych i ewolucjonizmu wydedukał, że inteligencja podlega silnej presji selekcyjnej. Znaczy według niego że jak pastorzy ewangeliccy (bez wątpienia inteligentni ludzie) mieli dużo dzieci, to one też były inteligentne, i ich dzieci też, i teraz wielu naukowców ma wśród przodków pastorów. A księża katoliccy (niewątpliwie równie inteligentni) nie mogli się rozmnażać i pokażcie teraz naukowców których przodkami byli księża katoliccy. Nie ma, ta inteligencja zaginęła! Potem brnie jeszcze głębiej: Podaje jako przykład Żydów, którzy przez długi czas byli nadreprezentowani na studiach i w zawodach inteligenckich i lepiej od innych wychodzą na testach IQ. I ma to według autora być dzięki presji selekcyjnej - ci inteligentniejsi wychodzili cało z pogromów i przekazywali swoje geny dalej! O rany, zanim to przeczytałem myślałem że przesadzają czepiając się go albo chcąc wyrzucić z partii. A przecież z takim rozumieniem sprawy i taką interpretacją spokojnie znalazłby swoje miejsce w szeregach NPD! (Nawiasem mówiąc NPD książkę pochwaliło jako potwierdzającą ich poglądy) Poza tym przez myśl mu nie przejdzie, że na przykład wielu z tych uważanych przez niego za beznadziejne przypadki uchodźców z Afryki przeszło przez więcej pogromów i wojen niż jakikolwiek Żyd. No i to rozumienie inteligencji, jemu istnienie składowej w iluś procentach przekłada się bezpośrednio na stuprocentową zależność przyczynowo-skutkową. Macki opadają.

To jego rozumowanie przewija się przez całą książkę i choć co prawda autor nie mówi tego w żadnym momencie wprost, to chodzi mu o to że imigranci z pewnych krajów (ani ich potomkowie) nigdy nie będą równorzędnymi intelektualnie obywatelami Niemiec, bo ich geny na to nie pozwalają. Naprawdę nie wiem jak ktoś taki mógł w ogóle trafić w okolice SPD.

Dalej autor analizuje religię imigrantów. Chociaż w zasadzie "analizuje" to nie jest właściwe słowo. On ma swoją tezę a innych hipotez nawet nie próbuje omawiać. Dla niego jak imigrantów z Polski pracuje 60% a islamskich z Turcji 30% (liczby trochę z kapelusza, bo szukanie w tekście bardzo słabe jest i nie mogę teraz znaleźć ile było dokładnie) to przyczyną tego stanu rzeczy jest tylko i wyłącznie islam. Bo tak, bo chrześcijaństwo ma swoją fazę fundamentalistyczną za sobą a islam nie. No mać! mać! mać! (jak zwykle odpowiedziało echo), pan Sarrazin nawet nie słyszał o chrześcijańskich fundamentalistach, a Breivik zrobił swoją akcję za późno, żeby uchronić autora przed taką kompromitacją. Wniosek Sarrazina (znowu nie wypowiedziany wprost) jest taki, że wszystko przez tych wyznawców islamu. I ten facet zrobił doktorat z Poppera!

Sarrazin ciągle missuje pointy - nawet nie próbuje się zastanawiać nad strukturą klasową poszczególnych grup imigracji, nie zauważa problematyki kapitału kulturowego, on po prostu nic nie rozumie!

No dobrze, a jakie rozwiązania problemu proponuje? Trzeba przyznać, że część jego propozycji jest nawet sensowna. Na przykład postuluje prowadzenie ostrzejszej polityki imigracyjnej, żeby nie przyjmować ludzi którzy będą tylko korzystać z systemu pomocy społecznej (coś jak w USA). Dalej chciałby żeby bardziej przymuszać dzieci klas niższych do nauki, na przykład karząc ich rodziców finansowo za nieusprawiedliwione nieobecności dzieci w szkole. Ale dlaczego tylko z klas niższych? Bo według niego dzieci klas wyższych są inteligentne tak genetycznie i im tego nie potrzeba. No facepalm po prostu. A, i jeszcze w procesie kształcenia nie może być telewizji, komputera i internetu, bo najważniejsze jest czytanie z papieru, bo:

Thilo Sarrazin

Der Tag hat für jeden nur 24 Stunden, und jede Stunde, die vor dem Fernseher, im Internet oder beim Computerspiel verbracht wird ist unabhängig vom Bildungsgrad für Lektüre verloren.

Dzień ma dla każdego tylko 24 godziny, i każda godzina która jest spędzona przed telewizorem, w Internecie i przy grze komputerowej jest, niezależnie od wykształcenia, stracona dla czytania.

Panie Sarrazin, nich Pan zgadnie jak czytam Pana książkę i co ja te godziny dziennie robię w Internecie. A może by Pan obejrzał coś w telewizji, jakieś "Die Sendung mit der Maus", albo co, może by się pan tak z niego nauczył porządnej analizy problemów. Albo zagrał w Bioscopię, może by Pan wtedy zrozumiał o co chodzi w tych genach.

W jednym miejscu Sarrazin opowiada jak nauczył się czytać. Wkrótce po rozpoczęciu pierwszej klasy (1953) był mianowicie chory na szkarlatynę, musiał leżeć ileś tygodni w łóżku. Telewizora w domu oczywiście nie było, komputera z Internetem tym bardziej, dostał więc jakieś książki, no i tak powoli składał sobie literki, potem coraz sprawniej, a potem czytał już dobrze. I dzięki temu że umiał dobrze czytać skończył szkoły, surowi nauczyciele i rodzice nie pozwolili mu się zaniedbać i stoczyć. No urzekła mnie jego historia, ale nie uważam żeby wyszedł z niego myślący intelektualista. A dalej pisze, że dyscyplina najważniejsza, i że tak twierdzi na przykład jeden słynny reżyser pracujący z dziećmi. I przez myśl mu nie przejdzie, że ta dyscyplina u reżysera to niezupełnie to samo co dyscyplina szkoły lat pięćdziesiątych.

W dziedzinie szkolnictwa Sarrazin zachwyca się modelem szkoły prywatnej, a szczególnie słynnym prywatnym gimnazjum w Salem. Akurat parę reportaży z tej szkoły widziałem, jest to droga szkoła prywatna w stylu szkoły brytyjskiej wyśmiewanej przez Pythonów w Sensie życia. I mundurki obowiązkowo, bo to zaciera podziały klasowe (to zdanie by Sarrazin).

Mógłbym tak jeszcze długo, ale i tak już jest tl;dr. Dam więc mu spokój i przejdę do podsumowania.

Sarrazin we wstępie do swojej książki skarży się, że eksperci (w tym i on) pracujący na zlecenie polityków nie mogą robić uczciwych analiz, tylko mają uzasadniać zadane z góry tezy. Niestety robienie analiz pod tezę tak weszło mu w krew, że nawet we własnej książce tylko uzasadnia swoje własne tezy, nie poddając ich należytej krytyce. No i wyszło tak jak wyszło, ręce opadają. Jeżeli poziom analizy na zamówienie jest jeszcze gorszy, to aż strach się bać. A i ta książka zdaje się jakąkolwiek czytelność zawdzięcza redaktorce pochodzącej z genetycznie niezdolnych do niczego Arabów. A tak poważnie to autor raczej ma analityczną moralność Kalego: Ma wyjść na moje - dobrze, ma wyjść na czyjeś - źle.

Podsumujmy więc: Autor o gospodarce ma jakieś pojęcie, analiza danych statystycznych i prognozowanie trendów mu nawet wychodzi, ta część książki jest mniej więcej OK. Ale zrozumienie przyczyn i zależności już go intelektualnie przerasta, nie jest w stanie poddać swoich tez prawdziwie krytycznej analizie, a co dopiero mówić o zaproponowaniu jakichś sensownych i działających rozwiązań. Nie wiem jak znalazł się w SPD, raczej przypadkiem a nie ze względu na poglądy. Bliżej byłoby mu do NPD, a przynajmniej CDU.

Aż się nie powstrzymam od złośliwej adpersony: Nie krytykuj wrodzonego braku inteligencji imigrantów z Afryki, jeżeli już twoje nazwisko wskazuje że twoi przodkowie stamtąd pochodzą.

A książkę odradzam, chyba że jako studium pewnego sposobu myślenia. Ale nie żałuję że ją przeczytałem, teraz mogę zwalcować każdego kto mi wyskoczy z argumentem z Sarrazina.

Szkoda tylko że go jednak nie wywalili z SPD. Należy mu się.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

2 komentarze

Jak to się robi w Niemczech: Kościół a równouprawnienie

Na blogach TTDKN-u szaleją ostatnio flejmy o równouprawnieniu i parytetach, co przypomniało mi że planowałem notkę o już pewien czas temu zauważonej przeze mnie ciekawostce. Przy okazji będzie też bardziej generalnie.

Historia ta jest trochę dłuższa i zaczyna się jeszcze w latach 70-tych. Otóż w strefie niemieckojęzycznej (oprócz Szwajcarii) Kościół Katolicki posługuje się od 1975 roku jednolitymi książeczkami mszalnymi pod tytułem Gotteslob. Leżą one w każdym kościele w znacznych ilościach, każdy kto przychodzi na mszę może sobie taki wziąć, używać w trakcie mszy a potem odłożyć na miejsce. Takie same śpiewniki obowiązywały w NRD. Książeczki te były customizowane w każdej diecezji, ale ponieważ Watykan nie uznawał NRD istniała jedynie wersja customizowana na Berlin, w reszcie NRD używano wersji podstawowej.

Standardowa, katolicka książeczka do nabożeństwa w krajach niemieckojęzycznych "Gotteslob"

Standardowa, katolicka książeczka do nabożeństwa w krajach niemieckojęzycznych "Gotteslob"

Kierowany wrodzoną ciekawością kupiłem sobie w NRD taką książeczkę. Pieśni w niej umieszczone są generalnie o wiele starsze niż te śpiewane w kościele polskim, nie robiłem statystyki ale przeciętna niemiecka pieśń kościelna pochodzi gdzieś z wieku XVII albo XVIII. Najstarsze sięgają wieku X.

Stara, niemiecka pieśń kościelna, skan z książeczki "Gotteslob"

Stara, niemiecka pieśń kościelna, skan z książeczki "Gotteslob"

Teksty tych pieśni są baaardzo seksistowskie. Jeżeli mowa jest w nich o ludziach to zawsze są to mężczyźni. Zawsze mówi się na przykład o "braciach" i "synach" a nigdy o "siostrach" czy "córkach" itp. itd. Zresztą w polskich pieśniach religijnych jest tak samo - "Pastuszkowie przybywajcie...", "Bracia patrzcie jeno..." itd. Po polsku dochodzi jeszcze genderowa forma czasownika, której nie ma w niemieckim.

Niemiecka pieśń kościelna w starej, seksistowskiej wersji, skan ze starej książeczki "Gotteslob"

Niemiecka pieśń kościelna w starej, seksistowskiej wersji, skan ze starej książeczki "Gotteslob"

Jak dotąd nic szczególnego, do tego wszyscy są przyzwyczajeni. Ale teraz następuje niespodziewany zwrot akcji: Ktoś w hierarchii niemieckiej zwrócił na to uwagę i zadziałał! I od roku 1996 nowe wydania książeczki zawierają pozmieniane teksty pieśni, tak żeby zawsze była mowa o "braciach i siostrach" (or compatible) albo przeformułowane na genderowo neutralne.

Niemiecka pieśń kościelna w poprawionej wersji, skan z książeczki "Gotteslob" zaktualizowanej po 1996

Niemiecka pieśń kościelna w poprawionej wersji, skan z książeczki "Gotteslob" zaktualizowanej po 1996

I jeszcze lepszy numer: Żeby nie trzeba było zmieniać wszystkich książeczek we wszystkich parafiach naraz, w starszych wydaniach ponaklejano w odpowiednich miejscach paski ze zmodyfikowanymi tekstami. To musiała być robota. No i w zasadzie tylko dzięki temu widać że zaszła zmiana, gdyby ktoś mi takiej przerabianej książeczki nie pokazał i gdybym przypadkiem nie miał nieprzerabianej w domu to bym się o tym nie dowiedział i nie mógł porównać.

A tak generalnie to niemiecki KK w sprawach równouprawnienia jest o wiele dalej niż polski. W niemieckim standardowo do mszy służą ministrantki, jest ich nawet więcej niż chłopców (w Polsce to chyba nadal raczej egzotyka), komunię rozdają nie tylko świeccy mężczyźni ale i kobiety (w Polsce w ogóle nie do pomyślenia), bywają parafie którymi zarządza nie proboszcz (bo go na miejscu nie ma, dojeżdża tylko na msze a zarząd ma tylko formalnie) ale świecka pani.

Ministrantki na uroczystościach Bożego Ciała we Frankfurcie

Ministrantki na uroczystościach Bożego Ciała we Frankfurcie

Daleko idący liberalizm niemieckiego KK w kwestii kobiet jest spowodowany chyba przede wszystkim konkurencją kościoła ewangelickiego, w którym kobieta może być pastorką, biskupką a nawet Przewodniczącą Rady Kościoła Ewangelickiego w Niemczech (czyli coś jak Przewodniczący Episkopatu, ale nie ma już wyższego stanowiska). Kościół katolicki nie jest jeszcze tak daleko, ale głosy żądające dopuszczenia kobiet do kapłaństwa się w nim pojawiają.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

3 komentarze