Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Jak to się robi w Niemczech: Trzydzieści jeden milionów biskupa

Ogłoszono wreszcie raport komisji badającej upadek. Przeczytałem go - tu nikt nie wołał "PULL UP!". Ale to ciekawe i się podzielę, bo wątpię żeby jakiś krajowy dziennikarz się pofatygował i przeczytał te 108 stron fachowego tekstu prawniczo-budowlanego- finansowego dokładnie i samodzielnie.

Zresztą zaglądam na strony prasy polskiej - i nic. Jedynie w Wyborczej mignęło coś o tym że papież przyjął rezygnację biskupa, ale autor o raporcie nawet nie słyszał. W Rzeczpospolitej temat nie występuje nawet w wynikach przeszukiwania archiwum. Na Frondzie o raporcie też nie wspomną, chociaż o sprawie jest. Czyli moja notka się przyda.

Notkę napisałem nie tylko na podstawie raportu - mieszkam akurat na terenie diecezji Limburg i dociera do mnie znacznie więcej wiadomości w tej sprawie niż dostępne jest w Polsce, a nawet niż w reszcie Niemiec.

Dokument został opracowany przez niezależną komisję na zlecenie episkopatu Niemiec i w układzie nie różni się specjalnie od dowolnego innego raportu z jakiegoś niepowodzenia, chociażby od raportu z katastrofy smoleńskiej. Tyle że raport z katastrofy lotniczej czyta mi się łatwiej - mowa jest wtedy o zasadach i procedurach podobnego typu jak te z którymi stykam się na codzień, a analiza dotyczy zagadnień technicznych w których jako inżynier jestem biegły, nawet jeżeli nie jest to moja superspecjalność.

Tutaj natomiast znaczną część raportu wypełnia analiza sytuacji prawnej, i to nie w świetle prawa świeckiego tylko prawa kanonicznego i przepisów wewnątrzdiecezjalnych. Trochę się nad tym prześlizgnąłem skupiając się tylko na wnioskach - znajomość tych szczegółów nie jest mi do niczego potrzebna. Nie wiem również jak po polsku nazywają się te różne organy i osoby prawne związane z diecezją/kurią/biskupstwem których wzajemne relacje analizuje raport, ale to też nie ma większego znaczenia dla całości sprawy widzianej z zewnątrz. A tak po prawdzie to ten raport jest strasznie nudny. Pierwsza połowa to problemy interesujące głównie zleceniodawcę, jeżeli ktoś będzie chciał przeczytać raport samodzielnie (link na końcu notki) to radzę zacząć od punktu 2.8 (strona 48) - to wnioski z części prawnej. Dalej następuje trochę ciekawsza część kosztorysowo-budowlana, smaczki to punkt 5.3.6.1. Ostatnia część to aspekty finansowania inwestycji, również mniej interesujące.

Na początek wrażenie ogólne: Jak i przy większości innych katastrof, główną przyczyną tej było ignorowanie istniejących przepisów i procedur. Ja doskonale rozumiem tendencję do omijania przepisów i procedur, sam miewam takie pokusy, kto ich nie ma niech pierwszy rzuci kamieniem. W końcu trzeba się trochę (albo i dużo więcej niż tylko trochę) wysilić żeby zrobić wszystko tak jak trzeba, no ale tak w zasadzie to jak się zastanowić, to te procedury i przepisy są - wbrew pozorom - właśnie DLA człowieka. Weźmy na przykład taki kodeks drogowy - wielu kierowców traktuje go jako upierdliwość i ograniczenie wolności, a za najgorszy skutek nieprzestrzegania uważa mandat albo punkty karne. Tymczasem tak naprawdę chodzi o to, żeby zminimalizować szanse żeby ktoś zginął albo doznał innej szkody. Podobnie całe to dokumentowanie, protokołowanie itp. papierkologia służy przede wszystkim do ochrony własnego tyłka. Póki wszystko idzie dobrze wystarcza ustalanie na gębę, ale jak coś się rypnie (a według praw Murphy'ego rypnie się na pewno) dobry protokół z podpisami jest bezcenny i potrafi uchronić przed na przykład więzieniem.

No i tego mnóstwo ludzi nie jest w stanie zrozumieć. A potem powoduje się wypadek i jest płacz i zgrzytanie zębów (o ile samemu się w nim nie zginie). Ale przedtem uprawnienia do lądowania bez widoczności to tylko nic nie znaczące pierdoły.

Ale wróćmy do biskupa. Tu co prawda nikt od nie trzymania się przepisów nie zginie, ale one są przede wszystkim po to żeby nie było za łatwo zaszkodzić sobie i instytucji. Finansowo i wizerunkowo. Tyle że w świecie świeckim, takie na przykład państwo jest zorganizowane tak, żeby istniało w nim parę wzajemnie kontrolujących się ośrodków władzy. Pomysł nie jest nowy - to jeszcze wiek XVIII i Montesquieu. Rzecz nie jest idealna i co i raz gdzieś ktoś mimo wszystko narozrabia, ale na pewno znacznie częściej dzięki temu nie narozrabiał, albo przynajmniej było mu trudniej.

Tymczasem Kościół Katolicki do dziś zorganizowany jest stuprocentowo hierarchicznie bez żadnego podziału władzy. Biskup na diecezji jest udzielnym księciem, wszystkie organy kolegialne mające go w teorii kontrolować są powoływane przez niego i zależne od niego, episkopat jest luźnym zlotem tych udzielnych książąt nie mających prawa mieszać się w sprawy diecezji innego biskupa, suwerenem jest papież, ale nawet on poza nielicznymi przypadkami nie ma prawa odwołać z diecezji biskupa, który nie chce zwolnić stanowiska. W sprawie biskupa Limburga pojawiały się już koncepcje że jak nie będzie chciał ustąpić, to jedyną możliwością wywalenia go będzie likwidacja diecezji i podział jej między sąsiednie.

Chociaż tak właściwie to z raportu widzę, że jakieśtam próby podziału władzy Kościół podejmuje - w rzeczonej sprawie teoretycznie odpowiedzialność leżała u różnych organów i one powinny wyrażać swoje zgody (albo i nie zgadzać się). Ale to i tak nic nie dało, bo biskup był władny pozmieniać statuty, zmienić przeznaczenie środków finansowych należących do fundacji celowej, dokonywać płatności bez jakiejkolwiek kontroli, nie przedstawić dokumentów, zamówić wykonanie robót bez jakiejkolwiek umowy ani przetargu, a co najistotniejsze - zobowiązać wszystkie zaangażowane osoby do zachowania tajemnicy. No  to mnie właśnie najbardziej przy czytaniu raportu osłabiło - nikt tam nie pilnował żeby kasa się zgadzała, żeby jakoś sformułować wymagania dla projektu i określić ramy finansowe, żeby wykonawcy nie żądali wygórowanych cen, itp. Większa część wysiłku szła w ukrywanie faktycznych kosztów, wymyślanie jak ogłosić publicznie ile to wszystko kosztuje, nawet wizytator z Watykanu dostał do wglądu zaniżony kosztorys, a budowa otoczona była wysokim płotem żeby nie było widać co się dzieje w środku. W dodatku niektóre akcje były niepotrzebne - biskup nie zapoznał się z przepisami prawa kanonicznego i był przekonany że inwestycja wymaga zatwierdzenia u papieża - dlatego rozpisał ją na kilka projektów poniżej 5 milionów euro. Tymczasem akurat tego nie trzeba było robić, obowiązku zatwierdzenia nie było.

A już najgorsze było, że wszystkie zaangażowane osoby nawet nie próbowały biskupowi się przeciwstawić. Nikt nie zawołał PULL-UP!, nikt nie ostrzegał, nikt nie żądał dokumentów, wszyscy słuchali biskupa jak wyroczni i położyli uszy po sobie. A nawet całkowicie potracili instynkt samozachowawczy - nikt nawet nie protokołował większości zebrań i ustaleń, prawie wszystko szło na gębę. Rozumiem że biskupowi nie zależało na tym, ale wszyscy inni powinni jednak dbać żeby w archiwum były korzystne dla nich podkładki.

Teraz krótka chronologia wydarzeń:

  • Wszystko zaczęło się od poprzedniego biskupa (Franz Kamphaus), który był człowiekiem skromnym. Ponieważ budynek w którym biskup wtedy mieszkał miał prawie 500 lat i wymagał już poważnego remontu, biskup stwierdził że szkoda na to pieniędzy i zamieszkał w seminarium, praktycznie w akademiku.
  • Gdy biskup Kamphaus ustąpił ze stanowiska (ze względu na wiek), kapituła katedralna postanowiła że dotychczasowy budynek biskupstwa zostanie wyremontowany, a zbuduje się nowy. Według wstępnego projektu, w miarę rozsądnego według mnie, miało to kosztować jakieś 6 milionów, ale stwierdzono że za drogo i projekt odrzucono.
  • Potem przyszedł nowy biskup - Franz-Peter Tebarz-van Elst - i musiał gdzieś mieszkać. Powstał kolejny plan, teraz wyznaczono limit kosztów - milion za remont starego, zabytkowego budynku, i 500-750 tysięcy za budowę nowego, w standardzie "dobrego domu parafialnego". Na moje oko ten limit był nierealistyczny.
  • Potem w planowanie wmieszał się biskup i kazał mocno pozmieniać. Kosztorys opiewał na jakieś 5 milionów + wyposażenie. W pierwszym etapie zrobiono ogród za 175.000.
  • W następnym etapie biskup pojechał na bogato. Nie zostały określone jakiekolwiek wymagania, nie postawiono jakichkolwiek limitów finansowych, tylko wymyślano co by tam jeszcze wsadzić. No i biskup wymyślił żeby obniżyć poziom gruntu o 4,5 metra (a to wzgórze, czyli skała), wykuć jeszcze piwnicę, dużo nabudować, użyć dobrych materiałów na elewacje... Z wstępnego kosztorysu wyszło 22 miliony (w tym 2 miliony zapasu na nieprzewidziane problemy). No i ten projekt poszedł do realizacji. Z grubsza w tym samym czasie (o tym w raporcie nie ma, zleceniodawcy to przecież nie interesuje) biskup napisał list pasterski do wiernych diecezji, że czasy ciężkie, trzeba zacisnąć pasa, zwolnić część pracowników świeckich...
  • Już w trakcie realizacji projektu biskup wpadał na różne pomysły, które straszliwie biły w koszty.
  • Niedawno zrobiony ogród jednak się biskupowi nie spodobał. Więc zrobiono go na nowo. Za jedne 789.610 EUR brutto.
  • Biskupowi się spieszyło, więc wcale nie szukał gdzie taniej i akceptował warunki umowy podsunięte przez wykonawców. Dodatkowe koszty z tego powodu raport wylicza na 330.000 EUR
  •  Wszystkie zmiany w projekcie, podwójne zlecanie i płacenie (sic!) kosztowało dodatkowo OSIEM MILIONÓW TRZYSTA TYSIĘCY EURO! Mam tylko jeden komentarz: No mać! mać! mać!
  • Wszystko co gazety pisały o różnych fanaberiach, co oczywiście było brutalnym atakiem na Święty Kościół Katolicki, okazało się być prawdą.

Parę smaczków:

  • Większość wyłączników światła była już zainstalowana gdy biskup wymyślił sobie lepsze, dotykowe. Koszt dodatkowy 20.000 EUR.
  • Biskup wymyślił, żeby ramy okienny były w brązie. Dodało to do rachunku 820.000 EUR.
  • Obniżenie poziomu gruntu pociągnęło za sobą koszty w wysokości 2,7 miliona
  • Biskup zażyczył sobie na dziedzińcu stawik z karpiami koi, głęboki na dwa metry. Koszt: 213.000 EUR. Karpie to mają fajnie.
  • Dwa kawałki płotu, w sumie 5,2 metra bieżącego, wysokość 160 cm, cena 49.000 EUR (5.900 EUR /m2). Ojciec Rydzyk ze swoim płotem może się schować ze wstydu.
  • Nagłośnienie w pomieszczeniach (między innymi 32 głośniki płaskomembranowe za 45.o0o) razem 280.000 EUR. Biskup wyraźnie audiofil.
  • Designerskie oświetlenie LED-owe kosztowało 650.000 EUR. Koneser.
  • W świetle tych liczb, wanna i inne urządzenia sanitarne za w sumie 37.000 to była taniocha. Co za poświęcenie żyć tak skromnie.

Komentarz sobie daruję. Biskup, jaki jest każdy widzi.

I jeszcze jedno: Na biednego nie trafiło. Istnienie diecezji Limburg absolutnie i w żadnym momencie nie było i nie jest zagrożone. Diecezja ma wielki majątek (liczyłem na to że zostanie on szczegółowo ujawniony w raporcie, ale wypisano tam tylko środki niektórych osób prawnych zaangażowanych bezpośrednio), chodzi tylko o niezgodne z wewnętrznymi przepisami KK przemieszczenia środków między różnymi podmiotami i zaciągnięcie kredytów bez wymaganych podkładek ze strony organów wewnątrzdiecezjalnych - i tak podległych biskupowi. Gdyby biskup zachował się zgodnie z tymi przepisami - czyli po prostu był cierpliwszy i mniej arogancki - to sprawy w ogóle by nie było. A gdyby jeszcze nie wydawał tych pieniędzy tak ostentacyjnie i nie obcinał jednocześnie parafiom to w ogóle nikt by mu do kasy nie zajrzał, nawet wierni. Chciwość nie popłaca.

Raport do samodzielnego przeczytania dostępny jest TUTAJ.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Skomentuj

Jak to się robi w Niemczech: Gimnazjum (2)

Ostatnio pojawiły się kolejne wyniki testów PISA i zarówno w Polsce jak i w Niemczech pieją z zachwytu jak to cudownie jest. A ja powoli jestem zrozpaczony. Ale po kolei.

Ostatnio pisałem o niemieckim systemie edukacji ze dwa lata temu, od tego czasu mam sporo nowych obserwacji i doświadczeń na temat niemieckiego gimnazjum, a przynajmniej niższych jego klas.

Schillerschule Frankfurt w czasie matur

Schillerschule Frankfurt w czasie matur

Syn chodzi do gimnazjum, i to takiego z lepszych (żeby nie było że to tylko jednostkowy wypadek, a gdzie indziej na pewno jest lepiej). Dla ustalenia uwagi: Land Hesja - szkolnictwo jest w gestii landów, w każdym jest trochę inaczej. Klasa w tej chwili siódma.

No to jedźmy po przedmiotach:

  • Niemiecki. Wiadomo, podstawowy przedmiot. Ale tak szczerze mówiąc to oni prawie nic nie czytają (jedną-dwie książki na rok), na gramatyce znają się słabo, omawiają w tej chwili gatunki dziennikarskie. Przedtem był wywiad, teraz mają reportaż. Żadnego porównania z tym, co było za moich czasów na komunistycznym polskim, nawet w mojej, niezbyt dobrej szkole podstawowej.
  • Matematyka. No po prostu tragedia. Połowa klasy siódmej, a oni ciągle tylko tłuką ułamki  i procenty w różnych kombinacjach. O równaniach nawet nie słyszeli. W klasie szóstej myślałem, że to przez marnego nauczyciela (nauczycielka matematyki poszła na macierzyński, uczył ich nauczyciel fizyki, ale słaby bardzo), ale teraz mają lepszego i nic się nie zmieniło - taki jest program. Mimo że to nadal tylko ułamki to połowa dzieci i tak ma z nimi problemy. Bo oni im wytłumaczyć nie potrafią - w książce do klasy szóstej było na przykład pięęęęknie, geometrycznie wyjaśnione mnożenie ułamków, aż byłem pod wrażeniem, ale nauczyciel to sobie pominął. Ręce opadają. Trochę lepiej było z geometrią, ale też brakuje w tym spójności i systemu. Mnie to już tak osłabiło, że zacząłem uczyć syna matematyki sam. Przecież to proste rzeczy. Wprowadziłem mu równania i układy równań, załapał bez problemu, tylko sprawności jeszcze brakuje. Więc poszedłem do księgarni po zbiór zadań, przeglądałem je najpierw przez dobre pół godziny, ale wszystkie były bez sensu - mało zadań, dużo nie związanych rysunków i pustego miejsca. Kupiłem ten najmniej bezsensowny, ale nie jestem zadowolony. Jak pojedziemy na święta do Polski spróbuję kupić coś w Polsce, jak by nie było sensownych nowych to w antykwariacie jakiś stary, porządny. Raz przy tym uczeniu był kolega syna, klasowy kujon zresztą, i on po przyjrzeniu się sam ze siebie stwierdził, że te równania powinni już dawno mieć w szkole. Ach i jeszcze - wszyscy muszą mieć kalkulatory. Niemal wszyscy kupili ten model Casio który nauczyciel zaproponował i centralnie zamówił, syn wziął moje ćwierćwieczne Casio Fx-107, zresztą lepsze i ładniejsze niż tamte.
  • Fizyka. Zaczęła się fizyka, ale absolutnie podstawowy problem jest taki, że brak im aparatu matematycznego i nie da się wprowadzić żadnego wzoru. Teraz mają optykę, w książce dalej widzę coś o cieple, coś o prądzie, no ale samo ujęcie jakościowe - to przecież bez sensu! Syn próbował rozmawiać z nauczycielem na temat wprowadzenia równań - skoro nie ma ich na matematyce, to może chociaż na fizyce - ale pan stwierdził, że kiedyś próbował je wprowadzić i zaraz przylecieli rodzice że tak męczy te dzieci najwyższą matematyką i to niedopuszczalne.
  • Chemia. Zaczęła się też chemia. Na razie nic specjalnego, ale to początek. Może się rozkręci.
  • Biologia. Ta akurat jest z jakim-takim sensem, chociaż nie po kolei po złożoności organizmów. Ale ujdzie. Zaczęli od człowieka i jego kolejnych podsystemów (nie pomijając rozrodczego), teraz przeszli do roślin. Jak na koniec będą bakterie i wirusy to się pewnie podłamię.
  • Angielski. W poprzedniej klasie mieli nauczycielkę która sobie wyraźnie nie radziła, nauczyła ich mało. Teraz jest trochę lepiej. Trudno mi to jednak z czymkolwiek porównać, bo angielskiego w swojej szkole ani podstawowej ani średniej (ani nawet na studiach) nie miałem, i w ogóle w tym języku jestem raczej samoukiem (+ nieregularne lekcje w poprzedniej firmie).
  • Łacina. To drugi język obcy, do wyboru był jeszcze francuski. No ten przedmiot wygląda mi na najlepiej prowadzony ze wszystkich, szkoda tylko że to akurat jeden z najmniej potrzebnych.
  • Historia. Teraz robią starożytność - Rzym. Ale nie skupiają się na datach, osobach i bitwach, tylko mówią raczej o przemianach społecznych i politycznych. Uważam że to bardzo dobrze, ja też wolę patrzeć na historię w ten sposób.
  • Polityka. Ten przedmiot akurat jest całkiem sensowny - zaczęli od zmieniającego się społeczeństwa, a teraz mieli o Internecie i jego ryzykach, i edukację medialną - jak działają media, jak czytać wiadomości, według jakich kryteriów są one wybierane na pierwszą stroną, że nie można im bezkrytycznie wierzyć itp. To mi się podoba.
  • Muzyka. Tu od pokoleń katują wszystkie dzieci Bedřichem Smetaną i jego "Wełtawą" i życiorysem Mozarta. No i zapisem nutowym, ze znacznie większymi szczegółami niż było u nas. Ale może to kwestia nauczyciela - ten w poprzedniej klasie był od muzyki klasycznej, dyrygował dużymi chórami, komponował itp. W tej klasie mają sensowniejszego i współcześniejszego - przy "Obrazkach z wystawy" puszczał im też Emersona, Lake'a & Palmera i Isao Tomitę (pamiętam go z ejtisów, ale zestarzał się straszliwie, tego się nie da już słuchać). Ale w sumie nadal jest to głównie teoria muzyki - dzieci nic nie grają i mało co śpiewają. Z tym że jako antytalent muzyczny nie mam nic przeciwko temu. Wkrótce nauczyciel zamierza im zrobić tour po gatunkach muzycznych nie wyłączając metalu i podobnych, tu jestem zdecydowanie za - spora część klasy słucha głównie dubstepu i nie ma pojęcia o niczym innym, przyda im się.
  • Religia. To dłuższy temat w trzech wariantach i jednym eksperymencie, zrobię o tym osobną notkę.
  • Sport. Jak sport. Znaczy idzie ostrzej niż było średnio za moich czasów, ale w Niemczech kultura fizyczna zawsze była dość wysoko w hierarchii.

Są jeszcze przedmioty do wyboru. Każdy uczeń musi w ciągu nauki parę takich przedmiotów z listy wybrać, i na nie chodzić. Są one dość różne, często średnio atrakcyjne. W tym roku syn wybrał przedmiot "Historia Frankfurtu", w ramach zajęć chodzą w różne miejsca we Frankfurcie, zwiedzają to i tamto, sporo się dowiadują, ogólnie nieźle. Problemem jest zapisywanie się, bo ilość miejsc jest ograniczona, obowiązkowo trzeba podać dwa przedmioty, a problem jest taki że bywa że z listy atrakcyjny bywa z biedą jeden. I teraz jak się nie dostać na ten atrakcyjny, to trzeba pójść na ten nieatrakcyjny.

Trochę lepiej wygląda tutejsze nauczanie soft skilli. Wszyscy naprawdę się starają żeby dzieci pracowały zespołowo, uczyły się rozwiązywania konfliktów, itp. I wydaje mi się, że akurat to działa znacznie lepiej niż kiedykolwiek działało w Polsce. Skutek jest taki, że jak mam z kimś pracować, to wolę z średnio fachowym Niemcem niż z super fachowym Polakiem. Bo z tym Polakiem to najczęściej nie idzie czegokolwiek ustalić, żeby potem się tego trzymał.

Ogólnie to nie jestem zachwycony, żeby nie używać grubych słów. Nie jestem w stanie poświęcić tyle czasu na homeschooling ile bym w tej sytuacji chciał i uważam za konieczne, a zważmy że jeszcze nie byłoby źle zająć się językiem polskim.  No ale robię co mogę. Teraz wnioski.

  • To wszystko nie są tylko problemy tego konkretnego gimnazjum. Koledzy syna chodzą do dwu innych gimnazjów w dzielnicy, i tam nie jest jakoś wiele inaczej. A program nauczania jest ten sam w całym landzie.
  • W całym kraju panuje ogólna panika moralna związana z nieudaną próbą skrócenia nauki w gimnazjum z dziewięciu lat (G9) do ośmiu (G8). Bo te dzieci będą musiały się tak dużo uczyć, to nieludzkie... Jak patrzę czego i ile oni się uczą, to mi macki opadają. To jest marnowanie czasu tych dzieci! Jestem za bezkompromisowym G8 + poszerzenie programu, zwłaszcza z matematyki!
  • Nie pamiętam już zbyt dokładnie co miałem w szkole w siódmej klasie, ale z polskiego oprócz czytania sporej ilości lektur jeszcze umieliśmy części mowy i zdania na wyrywki, tak samo rozbiór zdania. I pamiętam, że na końcu ósmej brałem udział w konkursach matematycznym i fizycznym  (z fizyki byłem trzeci w województwie) i one polegały na robieniu prawdziwych zadań, z matematyki chyba były nawet funkcje trygonometryczne, a z fizyki trzeba było przekształcać wzory i liczyć. Gdzie im do tego poziomu?
  • Z roku na rok coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że za komunizmu szkolnictwo było najlepsze. Może nie zawsze praktyka wychodziła tak jak miała, ale programy nauczania (przynajmniej z przedmiotów ścisłych i polskiego) były niezłe. Lepsza w dzisiejszych Niemczech jest tylko historia i polityka. Z tego co widzę, Polska idzie jednak intensywnie w stronę systemu niemieckiego, czyli w złą. Nie byłoby jeszcze tak źle, gdyby przejmować te soft skille z systemu niemieckiego, ale kto miałby tego uczyć? Skończy się to na pewno słabym wykształceniem bez soft skilli.
  • Przy takim nauczaniu matematyki i fizyki inżynierów w Niemczech będzie coraz mniej, to gwarantowane. I nadal będzie ich masowo brakowało. W sumie to sam się dziwię, skąd się ci inżynierowie biorą dziś. Jak macie dzieci o zainteresowaniach inżynierskich, albo już na studiach w tym kierunku, to każcie im się uczyć niemieckiego - będą miały pracę za nie najgorsze pieniądze, w fajnym kraju i po sąsiedzku.
  • W prawdziwej pracy soft skills są naprawdę ważne, wydaje mi się że na tym się cały tutejszy system jeszcze jakoś trzyma. Ale gdyby połączyć polską albo NRD-owską szkołę z czasów komunizmu z zachodnimi soft skillami to wychodziliby z tego systemu ludzie nie do pokonania.
  • Ostatnio media donoszą ploty, że tworząca się właśnie w Hesji koalicja zielono-czarna ma ochotę drastycznie zredukować etaty nauczycielskie. Ja mimo to będę w stanie wyuczyć moje dziecko na inżyniera, ale większość innych skończy pewnie wtedy na jakichś Wyższych Kursach Tego i Owego, płatnych oczywiście. A potem 400 euro Job  (Tak, wiem, teraz trochę więcej niż 400, ale brzmi gorzej) przy wykładaniu towarów na półkę. Bo już teraz to jest katastrofa.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

14 komentarzy

Jak to się robi w Niemczech: Kościół Katolicki

Czytam sporo komentarzy w prasie polskiej i na różnych forach na temat afery biskupa Limburga i widzę, że cały spór jest dla polskich komentatorów kompletnie niezrozumiały. Większość komentarzy brzmi w stylu: "Phi, 31 miliomów, polscy biskupi wydają więcej". Nie, tu nie chodzi o 31 milionów, to był tylko kamyczek poruszający lawinę. Żeby zrozumieć o co tak naprawdę chodzi, trzeba zrozumieć różnicę między kościołami niemieckim i polskim. No to jedziemy:

Pierwsza różnica: Polski Kościół Katolicki ma faktyczny monopol na krajowym rynku wiary. W Niemczech jest inaczej - KK ma równorzędnego konkurenta w postaci kościoła ewangelickiego. oraz konkurencję wielu słabiej zorganizowanych, mniejszych i rozdrobnionych, ale mimo to znaczących innych wspólnot - na przykład islamskich.

Druga różnica jest historyczna: W Polsce KK miał zawsze spore wpływy polityczne, ale praktycznie zawsze pośrednie. W Niemczech było inaczej - przed 1802 znaczna część księstw była rządzona przez biskupa w randze księcia, zwanego właśnie tak - Fürstbischof (książę-biskup). W Polsce było tylko jedno takie księstwo, i to malutkie (biskupi krakowscy byli jednocześnie książętami Siewierza), w Niemczech do takich księstw należało aż 27% obecnej powierzchni kraju.

Trzecia różnica jest w finansowaniu: Polski KK finansowany jesz częściowo z tacy, a głównie z różnych przychodów z kasy państwowej. Majątku trwałego i dochodowego biznesu należącego do Kościoła zrobiło się ostatnio więcej, ale nadal nie tak bardzo dużo. W Niemczech natomiast jest podatek kościelny, taca ma minimalne znaczenie, finansowanie z kasy państwowej też jest niemałe, ale KK ma dużo majątku i robi sporo biznesu, nie tylko związanego z religią. Na przykład znane i w Polsce wydawnictwo Weltbild należy w 100% do Kościoła Katolickiego. Wydawnictwo to wydaje głównie literaturę świecką, w tym sporo o ezoteryce, uzgadnialnej z wyznaniem katolickim chyba tylko dzięki kasie jaką przynosi. Należący do Kościoła Caritas jest też największym pracodawcą prywatnym w Niemczech - zajmuje się przedszkolami, szpitalami i domami starców, ale finansowane to wszystko jest głównie przez państwo.

Następna różnica jest w strukturze zaangażowania w Kościół. W Polsce na msze chodzi 32% ludności ogółem, jako zaangażowanych trzeba doliczyć jeszcze część ludzi starych i chorych. Ale i z tych którzy chodzą, spora część chodzi z przyczyn pozareligijnych - na przykład bo rodzice czy dziadkowie byliby niezadowoleni gdyby nie przyjść. Ta grupa w Niemczech w ogóle się w kościele nie pojawia, tacy ludzie co najwyżej płacą podatek kościelny i już. Inni Polacy chodzą do kościoła poszukując towarzystwa i wspólnoty - w Niemczech łatwiej jest znaleźć towarzystwo o podobnych zainteresowaniach gdzie indziej. A najliczniejszą grupę Polaków w kościele tworzą ludzie poszukujący ukojenia swoich lęków i szukający autorytetu i przewodnika. To z nich rekrutuje się twarde jądro "moheru", posłuszne hierarchii zawsze i we wszystkim. I znowu w Niemczech - dzięki generalnie niższemu poziomowi ogólnospołecznych zaburzeń lękowych - tej grupy jest o wiele mniej. W niemieckich kościołach dominuje trochę inna grupa - ludzie faktycznie i świadomie zaangażowani w wiarę. Ludzie czytający Biblię, dyskutujący ją na spotkaniach kościelnych kół biblijnych, udzielający się w pomocy potrzebującym, śpiewający w kościelnym chórze itd. 

Kolejna różnica: W Polsce Kościół jak dotąd nie ma większych problemów kadrowych. Księży jest dużo, niemal każda parafia ma proboszcza. W Niemczech sprawa wygląda inaczej. Już od wielu lat jeden ksiądz obsługuje parę parafii, wielu z księży nie jest Niemcami a na przykład Polakami czy Hindusami. Co za tym idzie, zasadniczą rolę w wielu parafiach grają pracownicy świeccy. Wiele parafii zarządzanych jest przez zatrudnioną na etacie świecka kobietę, z pełnymi uprawnieniami do wszelkich decyzji oprócz tych niewielu, które z racji zasad prawa kanonicznego zarezerwowane są dla księdza ze święceniami. Inne zadania wykonywane są przez innych świeckich, częściowo etatowych, częściowo wolontariuszy. 

Następne: W parafiach niemieckich istotną rolę grają świeccy. Rada parafialna faktycznie działa, spełnia funkcje kontrolne, finanse parafii są (przynajmniej w większości parafii) jawne, a roczne sprawozdanie finansowe ogłaszane jest z ambony. 

Zbliżamy się do istoty problemu z biskupem Tebartzem-van Elst. Otóż od kilku lat biskup (nie on jeden, to postanowienia całego episkopatu niemieckiego) prowadzi akcję redukcji kosztów. Wymyślono rozwiązanie typowe dla korporacji - scala się kilka sąsiednich parafii w tzw. Großpfarei - powiedzmy 6 parafii na 3 księży. Księża rotacyjnie odprawiają w tych parafiach msze, udzielają sakramentów itd., administracja też jest zcentralizowana, nawet kościelni zajmują się więcej niż jednym kościołem. Dzięki temu można było zlikwidować część etatów i obniżyć w ten sposób koszty. No ale żeby parafie jakoś funkcjonowały, część obowiązków muszą przejąć wolontariusze.

Powoli dochodzimy do zasadniczych przyczyn konfliktu. Większość parafii jest biedna, często brakuje pieniędzy na konieczne remonty albo na wyposażenie. W Oberstedten, gdzie mieszkałem, w kościele na przykład obrazy drogi krzyżowej były amatorsko namalowane tuszem na kartonie, bo na nic więcej ich nie było stać. Biskup odnosił się zarówno do podległych mu księży, jak i do świeckich generalnie źle. Komenderował wedle uznania, powoływał i odwoływał nic nie tłumacząc i z nikim się nie konsultując. I to od początku był główny zarzut dla biskupa - autorytarny styl zarządzania. Koszty siedziby pojawiły się dopiero później.

Drugim zarzutem był "luźny stosunek do prawdy", powodujący że wierni powoli tracili do biskupa zaufanie. Dopiero w ostatniej kolejności, jako ukoronowanie kryzysu zaufania wypłynęła sprawa ukrywania przez biskupa prawdziwych kosztów jego siedziby. Nie chodzi  tylko o pieniądze - diecezja po prostu sprzeda coś ze swoich nieruchomości i koszty będą pokryte, pewnie nawet z nawiązką.

W Polsce wszystko to nie byłoby wielkim problemem. Polski Kościół ciągle jest od góry do dołu feudalny, niemal każde działanie biskupa spotka się z poparciem znacznej części wyznawców, a świeccy nie mają praktycznie nic do gadania. Niemiecki Kościół natomiast jest feudalny tylko od góry, od dołu jest mocno zdemokratyzowany. Stąd protest "dołów" kościelnych i kryzys zaufania do biskupa. Aktywny katolik niemiecki płaci podatek kościelny i konkretną sumę widzi co miesiąc na rozliczeniu z pracodawcą, w parafii musi oszczędzać i więcej pracować - a jednocześnie widzi biskupa rozrzucającego się z pieniędzmi. Aktywny katolik polski nie ma poczucia płacenia na Kościół (poza  drobnymi na tacę), nie ma żadnego wpływu na wydatkowanie pieniędzy w parafii i nie udziela się w niej zbyt wiele, więc zbytki biskupów nie robią mu większej różnicy.

Co jednak jest takie same w Polsce i w Niemczech, to feudalna organizacja kurii biskupiej. Biskup ma pełnię władzy i żadnego organu kontrolnego nad sobą - wszystkie są powoływane i odwoływane przez niego. Tak mogło to działać w średniowieczu, dziś wcześniej czy później musi się załamać.

I jeszcze ostatnie wiadomości: Biskup dziś rano poleciał Ryanairem do Rzymu (uprzednio kłamiąc że to od dawna zaplanowana wizyta i ma zarezerwowany lot). I wychodzi, że na 31 milionach się nie skończy, bo jeszcze trzeba będzie co najmniej wyremontować ulice zniszczone przez ciężki sprzęt dojeżdżający na budowę. A może jeszcze coś wyjdzie na jaw.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

3 komentarze

Jak to się robi w Niemczech: Zbytki biskupów (2)

W Polsce afery pedofilsko/Michalikowe i nikt nie zwraca uwagi na dalszy rozwój sprawy biskupa diecezji Limburg. A sprawa rozwija się szybko i intensywnie.

Od poprzedniego odcinka zdarzyło się sporo.  Najpierw przyjechał z Watykanu kardynał Giovanni Lajolo z "braterską wizytą". Chyba wiadomo o co chodzi, Rosjanie Radzieccy też wpadali z "braterskimi wizytami". Kardynał zorientował się w sytuacji, podyktował biskupowi tekst przeprosin do wygłoszenia w najbliższą niedzielę, przypilnował czy zostało wygłoszone i kazał jak najszybciej podsumować koszty nowej siedziby biskupa. A potem pojechał. Biskup otarł pot z czoła i liczył że jakoś to będzie.

Ale w tym tygodniu koszty zostały policzone. Najpierw rys historyczny:

  • Według pierwotnego kosztorysu nowa siedziba miał kosztować 2-3 miliony euro, z czego 200 tysięcy miało kosztować mieszkanie. Powiedziałbym, że to by było OK, nie za drogo.
  • Potem była mowa o pięciu milionach
  • W lipcu biskup zapewniał że zamknie się w dziesięciu
  • W momencie wizyty kardynała biskup nadal utrzymywał że dziesięć milionów, spekulacje określonych kręgów lejących wodę na wiadome młyny mówiły, że może być tych milionów nawet dwadzieścia.

Komunikat komisji liczącej koszty przeszedł najśmielsze oczekiwania. Milionów zrobiło się 31 (słownie: trzydzieści jeden), a i to bez gwarancji że biskup jeszcze gdzieś nie zachomikował jakiejś faktury na następne miliony.

Nowa rezydencja biskupa Limburga

Nowa rezydencja biskupa Limburga Źródło: Spiegel Online

Tłumaczenie legendy ze zdjęcia:

  1. Pomieszczenia biurowe biskupa
  2. Dom sióstr zakonnych
  3. Pomieszczenia konferencyjne
  4. Atrium
  5. Prywatna kaplica biskupa
  6. Mieszkanie biskupa
  7. Muzeum diecezjalne
  8. Prywatny park biskupa

No i się zagotowało. A biskup radośnie oświadczył, że jego też to zdziwiło, no po prostu nie wiadomo skąd się taka suma wzięła, To na pewno przez tego wstrętnego konserwatora zabytków, co takie straszne wymagania nałożył.

Tyle że konserwator zabytków nie nałożył żadnych szczególnych wymagań, bo zdaje się nawet nie za bardzo może to Kościołowi zrobić. 

I powoli wycieka, skąd takie koszty. Po prostu biskup miał coraz to nowe życzenia. Nawet nie chodzi o to, że zażyczył sobie wannę za 15.000 euro (kryptoreklama: podobno firmy Duravit, seria Starck + wyposażenie dodatkowe) - to są fistaszki. On wymyślał coraz to nowe rzeczy i kazał je robić. Na przykład w projekcie było, że Adventskranz (czyli wieniec adwentowy, taki z czterema świecami) w prywatnej kaplicy (to to czarne numer 5) będzie stal na podłodze, na ręcznie kutym stojaku, wcale nie tanim. Ale biskup poszedł do budowlańców i zapytał, czy ten wieniec nie może być podwieszony pod dachem. Budowlańcy oświadczyli że i owszem, może, ale to będzie dużo kosztowało. Na co biskup stwierdził że nieważne, on tak chce. No i trzeba było wyciąć kawałek dachu, wbudować tam wyciągarkę i zrobić dach znowu. Razem coś pod sto tysięcy. 

I tak wkoło. Na przykład na zdjęciu widać, że ta kaplica nie ma rynien. Czyli musi mieć jakiś (obłędnie drogi) system odsysania spływającej wody. Niewykluczone że dach jest podgrzewany żeby śnieg się na nim nie trzymał. Ale nie za bardzo wiadomo jak jest naprawdę - budowa była przez cały czas zasłonięta żeby nie było wiadomo co się tam robi.

Nowa kaplica pałacu biskupiego w Limburgu

Nowa kaplica pałacu biskupiego w Limburgu

Samo mieszkanie biskupa wyszło 3 miliony. Bez wyposażenia. Ale prawdziwe koszty zrobiło podobno to, że drugie takie samo wykuto w skale pod salą zgromadzeń. W projekcie i pozwoleniu na budowę były tam jakieś pomieszczenia techniczne, potem biskup kazał zmienić przeznaczenie. No i jeszcze budynek (na zdjęciu numer 1) posadowiono cokolwiek niżej. W dzisiejszej technice można prawie wszystko, ale kosztuje to ładnie.

Teraz wszyscy zadają sobie pytanie, jak to się stało że nikt tego wszystkiego nie zauważył. I wychodzi na to, że to przez feudalną strukturę Kościoła. W Kościele nie ma po prostu żadnej wiążącej instytucji kontrolnej, jak w korpo rada nadzorcza. Nad biskupem jest tylko papież, wszyscy pracownicy diecezji są biskupowi podlegli i nic nie mogą mu zabronić ani zażądać od niego żadnych dokumentów.

To wszystko było mocne, ale dziś się jeszcze wzmocniło. Prokuratura postawiła biskupowi zarzuty w związku z kłamstwem pod przysięgą (patrz poprzednia część). To nie jest drobiazg - rzecz może kosztować nawet dwa lata pozbawienia wolności. No i jeszcze się okazało że w momencie jak ksiądz biskup oficjalnie zapewniał że rezydencja będzie kosztowała poniżej 10 milionów, miał już zatwierdzony kredyt na piętnaście. Czyli również tam kłamał jak najęty.

W najbliższych dniach sprawą zajmie się papież. Myślę że biskup przyklei się jednak do stanowiska i nie zrezygnuje po dobremu - jak by miał chociaż trochę godności to już by się podał do dymisji.

Ale przyznam, że mimo wszystko wolę śledzić perypetie tutejszego biskupa, niż te obrzydliwe sprawki biskupów polskich.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

5 komentarzy

Jak to sie robi w Niemczech: Zbytki biskupów

Dawno nie było notki o Niemczech, czas żeby napisać coś nowego. Mam sporo zajęć, między innymi przygotowuję start bloga o Polsce po niemiecku (już wkrótce), ale chwilę znajdę bo się dzieje i trzeba łapać temat póki aktualny.

Od pewnego czasu w Polsce ciągle jakiś biskup albo inny hierarcha coś palnie, albo wykaże się znaczącym oderwaniem od ziemskich trosk i zamiłowaniem do bogactwa i luksusu. Zjawiska te nie są specyficzne tylko dla Polski, zobaczmy może jak to wygląda w Niemczech. Rzecz dotyczy akurat biskupa obejmującej Frankfurt diecezji Limburg, więc dociera do mnie sporo ciekawostek.

Zacznijmy od poprzedniego biskupa tej diecezji. Był to Franz Kamphaus. No i ten był w miarę porządny. Linię ideologiczną miał nie bardzo skostniałą - w konflikcie o doradztwo przed usunięciem ciąży (chyba trzeba by napisać o tym notkę) był przeciw JPII. No i przede wszystkim żył skromnie - nie mieszkał w domu biskupim, tylko w  apartamencie (Apartment po niemiecku odpowiada znaczeniu angielskiemu - małe mieszkanko dla singla - a nie polskiemu coś prawie jak pałac) w seminarium. A służbowej limuzyny z szoferem używał rzadko i niechętnie. No ale w 2007 skończył 75 lat i zgodnie z prawem kanonicznym ustąpił ze stanowiska. W 2008 zastąpił go Franz-Peter Tebartz-van Elst.

Biskup Franz-Peter Tebartz-van Elst

Biskup Franz-Peter Tebartz-van Elst Źródło: Christliches Medienmagazin pro

Proszę nie sugerować się rozbudowanym nazwiskiem - nowy biskup nie pochodzi ze szlachty.  Urodził się w rodzinie rolników i jest drugim dzieckiem z piątki. W momencie nominacji miał 49 lat. To tak dla ustalenia uwagi.

No i ten biskup zaczął się wkrótce zachowywać, jakby był z Polski. Jeszcze w roku objęcia urzędu w Limburgu zdobył rozgłos odwołując dziekana z Wetzlaru za współudział w nabożeństwie dla pary homoseksualnej, która właśnie zawarła ślub cywilny. Ja rozumiem żeby palcem pogrozić że to nie po linii i nie na bazie, ale żeby zaraz odwoływać? No ale niech mu będzie.

Dalej było tylko gorzej. Pisałem już o oszczędnościach w niemieckim Kościele Katolickim, o scalaniu parafii dla oszczędności kosztów, redukcji etatów itd. Było tam też o odwołaniu proboszcza pismem - to typowy styl działania tego biskupa. Autorytaryzm. Ale między odwołaniem starego a powołaniem nowego biskupa kapituła (??? Domkapitel, nie wiem jak po polsku, nie jestem biegły w tym nazewnictwie)  postanowiła zbudować nowy pałac biskupi. Koszty miały się zamknąć w dwóch milionach euro. Nowy biskup rozszerzył inwestycję - miało to być teraz Centrum Diecezjalne Św. Mikołaja - a budżet miał wzrosnąć do 5,5 miliona. Całkiem ostatnio wyszło, że potrzebne jest prawie 10 milionów, a i to na 100% nie jest ostatnie słowo.

Nowa kaplica pałacu biskupiego w Limburgu

Nowa kaplica pałacu biskupiego w Limburgu Źródło: Wikipedia Autor: Nikola

No i teraz pojawia się interesujące pytanie: Skąd diecezja weźmie na to szmal. Sytuacja zrobiła się trochę niezręczna, bo z jednej strony inwestycje diecezjalne powyżej pięciu milionów euro muszą być zatwierdzane przez Watykan (a niedawno zmienił się tam szef i ten nowy takich rzeczy chyba nie lubi), a z drugiej wierni w diecezji są już mocno wkurzeni tym, że muszą zaciskać pasa, a tu takie zbytki. Co prawda diecezja nie zbankrutuje - ma co sprzedać, majątku jest znacznie więcej, ale miło nie będzie.

A jeszcze trochę wcześniej biskup wybrał się na wyjazd służbowy do Indii. Obejrzeć slumsy. No ale biskup nie będzie leciał byle biznesklasą - razem z wikariuszem generalnym diecezji polecieli klasą pierwszą (różnica na dwóch biletach w dwie strony ok. 7000 euro). Rozeszło by się po kościach, ale jak Spiegel miał o tym napisać diecezja przystąpiła do ataku - usiłowała zablokować artykuł. Przy tym biskup nakłamał dziennikarzowi Spiegla że leciał biznesklasą, a potem złożył oświadczenie pod przysięgą (Versicherung an Eides statt) że nic takiego nie mówił. Nie wiem czy w Polsce jest coś takiego jak to oświadczenie, w każdym razie w Niemczech kłamstwo w takim oświadczeniu jest karalne. A Spiegel miał nagranie. No i ksiądz biskup będzie miał proces.

Wierni i księża diecezji mają powoli biskupa dosyć. Zaczynają już pojawiać się listy otwarte żądające zmian, a nawet ustąpienia biskupa. Ciekawe co będzie dalej. EDIT 2013-08-30: Wczoraj pojawił się list otwarty popierający biskupa, że niby go za wierność linii ideologicznej zwalczają.

Tymczasem biskup Franz-Peter prezentuje wysoki poziom oderwania od rzeczywistości twierdząc, że on cały czas chce tak dobrze, ale jakoś go nie rozumieją. Całkiem jak Jezusa. Serio tak powiedział, to nie moja ironia. Niezły okaz, co nie? Prawie jak w Polsce.

A teraz wniosek. Wiele osób w Polsce uważa, że wprowadzenie podatku kościelnego w stylu niemieckim załatwia problem rozdziału Kościoła od państwa i wszystkie wyskoki hierarchi. Niestety nie. To dopiero początek drogi.

TUTAJ więcej na temat biskupa (artykuł z FAZ po niemiecku)

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

7 komentarzy

Jak to się robi w Niemczech: Länderfinanzausgleich i bogata, katolicka Bawaria

Trochę trwało z tą notką - miałem problem ze zrobieniem wykresu trzech wielkości po latach i z różnymi skalami pionowymi dla każdej. Wypróbowałem sporo pluginów do WordPressa - nic się nie nadało. To spróbowałem w Excelu i OpenOffisie - też nie za bardzo. Na koniec sięgnąłem po tego samego ZGraphera którym robiłem wykresy smoleńskie i trochę kombinując z ręcznym skalowaniem wartości narysowałem. On też nie jest do tego, ale jakoś dało się zrobić co chciałem.

Ostatnio w sieci poczytałem trochę artykułów i dyskusji o tym, że kraje katolickie są biedniejsze od protestanckich. Jako główny argument że to nieprawda praktycznie zawsze pojawia się w nich bogata, katolicka Bawaria. Mi w tym momencie ręce opadają, bo taki wniosek może wysnuć tylko ktoś, kto nie widział na oczy danych statystycznych. Zwłaszcza tych, dotyczących Länderfinanzausgleichu.

Nie bardzo wiem jak to przetłumaczyć na polski, Länderfinanzausgleich to system transferów między landami - landy bogate wpłacają pieniądze do wspólnego garnka, z którego są one rozdzielane po landach biedniejszych jako pomoc strukturalna. To tak w bardzo dużym uproszczeniu i taki rodzaj funduszu strukturalnego.

A teraz dokładniej. Rzecz zaczęła się po ostatecznym podziale Niemiec na część wschodnią i zachodnią w 1949. Okupanci zachodni narzucili części zachodniej skomplikowaną strukturę administracyjną z podziałem na w sporym stopniu autonomiczne landy i niezbyt silną władzę centralną (to temat na osobną notkę).

No i różnice między poszczególnymi landami były duże. Powstał więc pomysł, żeby bogatsze pomagały biedniejszym. W większości scentralizowanych państw odbywa się to po prostu przez dotacje z budżetu centralnego, ale narzucona zdecentralizowana struktura Niemiec wymusiła o wiele bardziej skomplikowane rozwiązania. Mianowicie w Niemczech większa część takiej pomocy jest "pozioma" - odbywa się między landami bez pośrednictwa budżetu centralnego. Sposób obliczania tej pomocy jest strasznie skomplikowany. Leci to mniej więcej tak:

Najpierw wyliczamy tzw. Ausgleichsmesszahl (trudno przetłumaczyć, powiedzmy wielkość porównawczą): Liczymy sumaryczne wpływy z podatków (ale tylko tych które idą do budżetu centralnego) całego kraju plus wpływy z akcyzy na wydobycie ropy naftowej i gazu ziemnego, wynik dzielimy przez ilość mieszkańców całego  kraju. Czyli mamy średnie wpływy podatkowe na głowę mieszkańca. Dalej dla każdego landu mnożymy uzyskany wynik przez ilość mieszkańców danego landu (tyle że przy landach "miejskich" mnożymy ich ilość mieszkańców przez 1,35).

W następnym kroku robimy podobną operację z podatkami gminnymi - sumujemy je dla całego kraju, dzielimy przez ilość mieszkańców kraju i dla każdego landu mnożymy przez ilość jego mieszkańców i przez 0,64.

Potem sumujemy oba wyniki i dostajemy w ten sposób jakie "powinny" być wpływy z podatków każdego landu.

Teraz druga strona obliczenia - liczymy Finanzkraftmesszahl (czyli dosłownie wielkość siły finansowej, chodzi o wartości rzeczywiście uzyskane). Wzory są takie jak w poprzednim punkcie, tyle że bierzemy sumy i ilości mieszkańców z danego landu. Tylko drobna różnica - parę landów wschodnich ma dodatkowe współczynniki powiększające ich dotacje.

No i teraz możemy wyliczyć czy dopłata się należy i ile ma jej być. Wzory i zasady są okrutnie skomplikowane, nawet mi się nie chce w nie wgłębiać.

Oprócz tego transferu poziomego istnieje jeszcze normalny transfer pionowy środków z budżetu centralnego do landów, które po tych dopłatach poziomych nadal mają poniżej średniej krajowej.

System ten działał jako tako do roku 1994. Transferowane sumy nie były zbyt wysokie, między landami "dawcami" a "biorcami" panowała względna równowaga. Ale od roku 1995 do systemu dołączono znacznie biedniejsze landy wschodnie i wszystko się posypało. Wpłaty do systemu pobierane od landów bogatszych poleciały w górę, parę landów wcześniej "biorących " przeszło na pewien czas do "dających". No i na dzień dzisiejszy sytuacja wygląda tak, że tylko trzy landy wpłacają do systemu - Bawaria, Hesja i Badenia-Würtembergia. Ale za to wpłacają bardzo dużo.

W związku z tym narasta krytyka systemu wyrównawczego, oczywiście głównie w landach "dawcach". Hesja na przykład skarży się, że musi zaciągać rocznie mniej więcej tyle nowych długów, ile wpłaca do systemu (rzędu 3,5 mld. euro), a sąsiedni Rheinland-Pfalz, duży biorca, za te pieniądze funduje dzieciom bezpłatne przedszkola, których w Hesji nie ma. A system nie motywuje "biorców" do wzięcia się za swoją gospodarkę.

No właśnie: motywacja. Od roku 1950 tylko jeden land przeszedł na trwałe z biorców do dawców. Była to Bawaria. Wróćmy więc do Bawarii. Większość internetowych (ale i gazetowych) "znawców" nie ma pojęcia, że Bawaria jeszcze całkiem niedawno była po stronie landów "biorców". Dofinansowanie otrzymywała od samego początku istnienia systemu dopłat (czyli od 1950), razem z landami Niedersachsen, Rheinland-Pfalz i Schleswig-Holstein.

Zero w bilansie (czyli że sumarycznie ani nie dopłacili, ani nie pobrali) wyszło im po raz pierwszy dopiero w roku 1987. W następnym roku znowu było zero, potem niewielkie wpłaty, jeszcze w  1992 zdarzyła im się obsuwa do biorców, w 1993 dołożyli, ale znikomo. Dopiero od 1994 nastąpił szybki wzrost ich wpłat, ale tak naprawdę nie był on spowodowany aż tak gwałtownym wzrostem bogactwa Bawarii, tylko głównie dołączeniem do systemu transferów nowych, znacznie biedniejszych landów wschodnich.

No dobrze, powie ktoś, bogaty od niedawna, ale przecież katolicki!

No to zobaczmy jak z tym katolicyzmem w Bawarii. Kiedyś rzeczywiście Bawaria była bardzo katolicka. Jeszcze w roku 1970 było tam ponad 70% katolików. Ale ostatnie dane jakie znajduję, za rok 2011, mówią o 53,7%. Jeszcze trochę i będzie ich tam poniżej 50%. No ale te zmiany są powolne i nie korelują zbyt spektakularnie z Länderfinanzausgleichem. Piękne natomiast jest nałożenie bilansu Länderausgleichu dla Bawarii na wykres ilości wystąpień z Kościoła Katolickiego w tym landzie (kliknięcie powiększy wykres) 

Bawaria - Länderfinanzausgleich a katolicyzm

Bawaria - Länderfinanzausgleich a katolicyzm (kliknij aby powiększyć)

 

No i jak, Bawaria tradycyjnie bogata i katolicka? Raczej im mniej katolicka, tym bogatsza.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

23 komentarze

Lost in translation: Wiersz

Przypomniał mi się ni stąd ni zowąd wiersz, jaki blisko rok temu napisał Günter Grass. Ten o Izraelu. Nie chodzi mi o jego treść, tylko o formę - pamiętam że w różnych miejscach polskiej sieci ludzie się dziwili, że to jest wiersz. Miałem napisać na ten temat notkę, ale jakoś były inne rzeczy do zrobienia i mi się zapomniało.

Ale teraz wrócę do tematu. Od razu zaznaczam, że jestem inżynierem a nie polonistą, germanistą ani językoznawcą, więc nie powołujcie się na mój tekst w dyskusji z fachowcami. A i może być, że będę trochę pobredzał. Jeżeli rzeczywiście będę, to proszę o wytknięcie tego w komentarzach.

Najpierw zacytuję kawałek tekstu Grassa, żeby było wiadomo o czym mowa. Ani rymu, ani rytmu, chyba nie chciało mu się pisać eseju, więc połamał te pół strony szkicu na krótkie linie i sprzedał to jako wiersz:

Günter Grass - "Was gesagt werden muss"

Warum schweige ich, verschweige zu lange,
was offensichtlich ist und in Planspielen
geübt wurde, an deren Ende als Überlebende
wir allenfalls Fußnoten sind.

Es ist das behauptete Recht auf den Erstschlag,
der das von einem Maulhelden unterjochte
und zum organisierten Jubel gelenkte
iranische Volk auslöschen könnte,
weil in dessen Machtbereich der Bau
einer Atombombe vermutet wird.

(...)

Otóż Niemcy mają w stosunku do poezji zupełnie inne standardy niż Polacy. Znaczy o wiele niższe (IMHO). Trochę to dziwi - w końcu "naród filozofów i poetów...". Porównajmy więc:

W Polsce przyzwyczajeni jesteśmy, że wiersz ma mieć rymy. Znamy oczywiście wiersz biały, ale nie jest to jakaś szczególnie popularna (przynajmniej w mejnstrimie) forma wyrazu. Rymy w wierszu po polsku też mogą być różnej jakości - od dobrych, mocnych rymów męskich, przez słabsze rymy żeńskie do najpośledniejszych rymów częstochowskich. Ma to oczywiście związek ze strukturą samego języka - w polskim mamy dość rozbudowane końcówki wyrazów, które muszą być - bo bez nich zdania stają się niezrozumiałe. A rymowanie tych końcówek jest może i prymitywne, ale proste i dostępne dla każdego. Rymowanka - upraszczanka. Dla każdego coś prostego. Nawet ja tak potrafię.

W niemieckim jest trochę inaczej. Zamiast końcówek mamy rodzajniki. Stąd trudniej o trywialne rymowanie takich samych końcówek rzeczowników - zostają tylko czasowniki i przymiotniki z góra jednosylabowymi końcówkami. Natomiast poważnym problemem są te rodzajniki właśnie - one niewiele wnoszą - jest ich tylko parę różnych  i muszą być dość często, nie da się sensownie do nich rymować, a zabierają bezproduktywnie jedną- dwie sylaby. Natomiast w mowie potocznej po niemiecku, zwłaszcza wśród "prostego ludu" albo w różnych dialektach, częste jest zjadanie końcówek wyrazów - one nie są specjalnie istotne i komunikatywność na tym nie cierpi. Do tego w niemieckim nie ma podmiotu domyślnego - zawsze musi być tam chociaż bezosobowe es, czyli kolejna redundantna sylaba. A z drugiej strony rymować trzeba przede wszystkim mocno, a to już nie jest takie proste.

Z tych różnic prawdopodobnie wynikają różnice standardów w poezji. Po polsku słowa muszą być kompletne, jeżeli autor dla zachowania rytmiki pomija sobie sylabę, to jest to uważane za niezręczność. W wierszach po niemiecku pomijanie sylab albo samogłosek, zbijanie  słów z końcówką rodzajnika itp. jest na porządku dziennym. Widziałem nawet miejsca, w których bez problemu dałoby się nie pominąć sylaby, ale i tak była pominięta. Taki standard. Z drugiej strony częste jest też dodawanie zbędnych końcówek żeby się rymowało. Może przykład z klasyki:

Johann Wolfgang Goethe - Wandrers Nachlied

Über allen Gipfeln
Ist Ruh,
In allen Wipfeln
Spürest du
Kaum einen Hauch;
Die Vögelein schweigen im Walde.
Warte nur, balde
Ruhest du auch.

Jak widać Goethe zrymował du z Ruh zjadając sylabę (Ruhe) i Walde z balde dodając sylabę (bald). A to przecież tylko kilka linii, topowy autor i najbardziej klasyczna klasyka poezji niemieckiej. Nawet jak przyjdą jacyś germaniści i powiedzą, że akurat te formy były wtedy 100% poprawne, to nie zmieni to faktu że takie zjawisko istnieje.

Dzieła zebrane Goethego, wydanie z roku 1887

Dzieła zebrane Goethego, wydanie z roku 1887

 Inny przykład. Otwieram Goethego na losowej stronie, szukam czegoś krótkiego (szlag by to, po co kupiłem na Bücherflohmarkcie wydanie z 1887 gotykiem za jedne 1,50 EUR, umiem to czytać ale idzie wolno) i mam:

Johann Wolfgang Goethe - Stoßseufzer

Ach, man sparte viel,
Seltner wäre verruckt das Ziel,
Wär' weniger Dumpfheit, vergebenes Sehnen,
Ich könnte viel glücklicher sein -
Gäb's nur keinen Wein
Und keine Weibertränen!

 No i tu mamy typowe dla wierszy po niemiecku zjadanie sylab - zamiast wäre jest wär', zamiast gäbe es jest gäb's. Ten sam autor z samego topu.

  

Ale tak właściwie to rzecz jest w tłumaczeniu  pojęć. Grass napisał "Gedicht", co niezupełnie słusznie tłumaczymy na polski jako "wiersz". Tymczasem do wieku XVIII słowo Gedicht oznaczało dowolny tekst pisany, dopiero później przyjęło się nazywać tak lirykę. A polskiemu słowu wiersz bardziej odpowiada niemiecki Vers (nawet brzmi tak samo i ma takie samo pochodzenie). Poguglanie za "gedicht" + jakikolwiek temat zwróci w jakichś 90 procentach (im poważniejszy temat tym więcej, nie mówimy o wierszykach dla dzieci) wiersze białe, podobne guglanie po polsku za "wiersz" + temat da w podobnym procencie wiersze rymowane.

Tak więc trudno się dziwić, że Polak widząc typowy niemiecki Gedicht woła w zdumieniu "I to ma być wiersz!?"

A jak w tej sytuacji przetłumaczyć na polski słowo Gedicht? Trudna sprawa. Ale mimo braku odpowiedniego słowa, taką formę w języku polskim spotykamy - pamiętam że na SF-F produkował się czasem Mark (wcześniej: Marek) Falzmann. Mniejsza o treść jego wynurzeń, ale formalnie to on często pisał właśnie krótkie, nie rymujące się linie. Po niemiecku można by to zakwalifikować jako Gedicht. Z czytelników SF-F nikt o tym chyba nie pomyślał, ale może Falzmann widział się niespełnionym poetą?

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?, Język

11 komentarzy

Jak to się robi w Niemczech: Badania rynku

I znowu notka sponsorowana przez artykuł z Wyborczej. Tym razem o tym, jak to przybywa wierzących w zamach w Smoleńsku. Wniosek został wyciągnięty na podstawie ankiety z pytaniem:

Wyborcza
Czy uważa Pan/Pani, że prezydent Lech Kaczyński mógł ponieść śmierć w wyniku zamachu?

Tak sformułowane pytania przyprawiają mnie o intensywne facepalmy. No mógł, pewnie że mógł, żadna sztuka, ja też mogę znaleźć się na Zeilu w momencie, gdy Al-Kaida czy jacyś spadkobiercy RAF-u akurat zrobią tam zamach bombowy. Ale to jest zupełnie inne pytanie niż "Czy uważa Pan/Pani, że prezydent Lech Kaczyński poniósł śmierć w wyniku zamachu?" Gdyby wszyscy ankietowani dokładnie czytali i rozumieli pytanie, odpowiedzi "tak" powinno być 100%, zaledwie 33% takich świadczy tylko o powszechnym braku umiejętności czytania ze zrozumieniem. Sformułowanie pytania świadczy o tym, że jego autor mógł się nauczyć języka polskiego, ale się go nie nauczył. A wyniki ankiety nadają się tylko na śmietnik.

No dobrze, ale miało być o Niemczech. Tutaj stykam się z badaniami ankietowymi o wiele częściej niż w Polsce. Ale najczęściej są to badania rynku i zachowań konsumentów.

W Niemczech istnieje wiele firm zajmujących się badaniami rynku. Ale jeżeli spotykamy ankietera na mieście albo w sklepie, czy jeżeli ktoś telefonuje do domu, to rzadko jest to prawdziwe badanie rynku - takie "badania" służą głównie do wyciągania z ludzi adresów albo do namawiania do zakupu, a ankieta to tylko pretekst. Prawdziwe badania rynku robi się teraz przez Internet.

Logo Opinion-People

Logo Opinion-People Źródło: opinion people

No i kilka firm zajmujących się badaniem rynku ma duże portale ankietowe, chyba najbardziej znanym jest opinion people. Można się tam zarejestrować i podać swoje parametry (wiek, miejsce zamieszkania, zarobki, branża, stan zdrowia, stan posiadania, zainteresowania itp.) Dane te są traktowane poufnie i nie są udostępniane nikomu. Służą one natomiast do wyboru ankietowanej grupy konsumentów według życzeń klienta. Za wypełnienie każdej ankiety zarejestrowany konsument dostaje punkty, które po nazbieraniu równowartości 20 euro można sobie przelać na konto bankowe w postaci prawdziwych pieniędzy. Oprócz tego wśród wypełniających losowane są nagrody. Za wypełnienie przeciętnej ankiety dostaje się 5-7 punktów, punkt ma wartość 10 centów. Niektóre ankiety wymagają trochę więcej wysiłku i przynoszą nawet i 30 punktów.

Ankiet do wypełnienia potrafi przyjść nawet kilka tygodniowo, ale typowo jedna-dwie. Tematy bardzo różne - klienci firmy chcą na przykład wybrać jeden z kilku wariantów nowej reklamy, próbują zbadać kryteria klientów przy wyborze ofert z kilku firm wysyłkowych, chcą poznać jak znany jest ich produkt w porównaniu z produktami konkurencji itp.

No i te ankiety na rożnym poziomie są. AŻ takich błędów jak ten o możliwym zamachu w nich nie spotkałem, ale często facepalmuję przy nich też. Zazwyczaj problemem jest, że są zrobione pod tezę, a autor w ogóle nie wyobraził sobie że tej tezy można nie kupować.

Na przykład: Ankieta jakiegoś producenta wód mineralnych dotycząca ich reklam koło jakiegoś sportu. Pytania, mnóstwo odpowiedzi do wyboru, ale żadnych chociaż w okolicy "mam sport w tak głębokim poważaniu, że wcale go tam nie widać".

Inny przykład: Ankieta o swędzeniu głowy, prawdopodobnie zlecił producent jakichś szamponów (zleceniodawca nigdy nie jest podany, najwyżej można się domyślać po treści). Wyraźnie widoczna teza: Swędzenie głowy jest źródłem kompulsji i problemów lękowych. Ja mam trochę problemów skórno-alergicznych i głowa mnie często swędzi, ale nie mam żadnych lęków z tym związanych. Tymczasem pytania i odpowiedzi do wyboru są typu: Jak się podrapię po głowie w towarzystwie to a.) pomyślą o mnie źle, b.) pomyślą o mnie bardzo źle c.) zjedzą mnie na śniadanie.

Najgorsze sformułowanie pod tezę jakie spotkałem było w ankiecie o bezpieczeństwie ruchu drogowego. Pytanie brzmiało: Od jakiej prędkości na autostradzie robi się niebezpiecznie? Powstrzymam cisnące mi się na klawiaturę określenia powszechnie uważane za obraźliwe i zapytam: A od jakiej temperatury na dworze jest zimno? No §$%&/&/* (wymknęło się, ale udało mi się ocenzurować) przecież 10 stopni w lecie to będzie zimno, a w zimie ciepło. Podobnie na autostradzie - jak będzie mgła, gołoledź, tylko dwa pasy i duży ruch to przy 40 km/h będzie niebezpiecznie; w słoneczny, letni dzień na pustym, prostym, czteropasmowym odcinku i 250 będzie OK. Ale teza jest "Trzeba ograniczyć prędkość maksymalną na autostradach, większość kierowców mówi że powyżej XXX km/h jest niebezpiecznie". Trzeba tylko ustalić XXX.

Innym grzechem wielu ankiet jest wymuszanie odpowiedzi co do osobistego stosunku do czegoś, co ankietowany ma w głębokiej czarnej dziurze, daleko poza horyzontem zdarzeń. Celują w tym twórcy reklam. Typowa ankieta dotycząca nowego hasła reklamowego, nowego logo czy nowego opakowania do produktu zawiera pytania w rodzaju:

Uważam, że firma reklamująca się hasłem XXXX

  • budzi zaufanie    0-1-2-3-4-5-6-7-8-9-10  budzi nieufność
  • jest nowoczesna 0-1-2-3-4-5-6-7-8-9-10  jest tradycyjna
  • jest cacy cacy    0-1-2-3-4-5-6-7-8-9-10  jest be
  • jest dynamiczna 0-1-2-3-4-5-6-7-8-9-10  jest ospała
  • tu zaznacz 2      0-1-2-3-4-5-6-7-8-9-10  żebyśmy wiedzieli że nie śpisz
  • jest ekologiczna  0-1-2-3-4-5-6-7-8-9-10  jest nieekologiczna
  • i tak dalej i tak dalej

A potem jeszcze pięć razy to samo w odniesieniu do haseł XXXY, XXXZ, XXYX, XYXZ i YXXX. A ja nie mam do tych haseł żadnego osobistego stosunku, mi to powiewa jak flaga postawiona na Księżycu przez załogę Apollo 11. Ale takiej odpowiedzi nigdy nie ma.

Jeszcze gorsza pod tym względem była ankieta jakiejś firmy samochodowej w której wypisali kilkanaście nikomu nie potrzebnych nowych TLA do samochodów, a potem kazali w kombinacjach po 3 rozstrzygać których bym nie chciał bardziej, a których mniej. I to po tym, jak przy większości z nich podałem, że bym ich wcale nie chciał i grosza bym za nie nie dał.

No ale większość ankiet jest interesująca. Najciekawsza jaką pamiętam była chyba nie dla firmy, tylko raczej dla jakiejś uczelni. Badano tam w jaki sposób ludzie wybierają najlepszą ofertę wśrod ofert różnych firm wysyłkowych. Trzeba było wybierać z różnych ofert i różnych cen z kilku fikcyjnych firm, reprezentujących różne strategie sprzedaży wysyłkowej. Przykładów trzeba było zrobić ze 30, sporo i trochę trzeba było się wysilić, ale zabawa w odtwarzanie co oni dokładnie badają przednia.

Przy bardziej ambitnych badaniach, albo przy bardzo dokładnie określonych grupach docelowych - znaczy jak jest mało kandydatów spełniających kryteria albo mało kto nie rezygnuje przed końcem ankiety - bywa że mailują żeby spróbować jeszcze raz i zrobić ankietę do końca, a naści jeszcze trochę punktów. Pamiętam taką o rozumieniu opisów produktów inwestycyjnych, tam naprawdę chcieli żeby się wysilić. Mi się aż tak nie chciało i przerwałem, ale potem namawiali przez dobre kilka dni i jednak dałem się namówić na skończenie jej.

Takie ankiety to fajna rzecz. Można mieć wgląd w sposób myślenia marketoidów, dowiedzieć się czegoś nowego i mieć trochę wpływu na rynek. Wiem, wiem, infinitezymalnie mało, ale zawsze. Ale chociaż parę groszy na osłodę można za to dostać.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

2 komentarze

Jak to sie robi w Niemczech: Telewizja publiczna i abonament RTV

Notkę na ten temat miałem napisać już dawno, sponsorują ją artykuły z Wyborczej, jak to ludzie dostają wielkie rachunki do zapłacenia za abonament RTV, i jak to się coraz więcej odbiorników rejestruje.

Logo ARD

Logo ARD Źródło: Wikipedia

 

W Niemczech państwowe radio i telewizja są bardzo silne. Większość stacji publicznych tworzy dobrowolny związek o nazwie ARD. Należą do niego wszystkie publiczne rozgłośnie regionalne: 

  • Bayerischer Rundfung (BR)
  • Hessischer Rundfunk (HR)
  • Mitterdeutscher Rundfunk (MDR)
  • Norddeutscher Rundfunk (NDR)
  • Radio Bremen
  • Rundfunk Berlin-Brandenburg (RBB)
  • Saarländischer Rundfunk (SR)
  • Südwestrunfunk (SWR)
  • Westdeutscher Rundfunk (WDR)
  • Deutsche Welle (DW) - rozgłośnia nadające niemieckojęzyczne programy za granicę. Ta jest w sumie trochę nie na temat notki, bo jest całkowicie finansowana z budżetu państwa.

Każda z rozgłośni regionalnych ma swój regionalny program telewizyjny, a wszystkie wspólnie tworzą pierwszy program telewizji niemieckiej zwany aktualnie Das Erste, i dodatkowe kanały cyfrowe Eins plus, Einsfestival i tagesschau24.  Oprócz tego BR ma swój program edukacyjny BR alpha.

W radiu jest tych programów jeszcze więcej - każda z rozgłośni regionalnych ma od 4 do nawet 12 programów radiowych. 

Logo ZDF

Logo ZDF Źródło: Wikipedia

 

Oprócz wspólnego ARD istnieje centralny program drugi telewizji, zwany ZDF i kanały cyfrowe ZDFinfo, ZDFneo i ZDFkultur.

 

 

 

 

ARD i ZDF wspólnie emitują jeszcze:

  • kanal dla dzieci KiKa
  • kanał dokumentalny Phoenix
  • kanał kulturalny arte (we współpracy z telewizją francuską)
  • kanał kulturalny 3sat (we współpracy z telewizjami austriacką i szwajcarską)

Programy te są generalnie niezłe do bardzo dobrych. Oczywiście nie przez cały czas, ale na prawie każdym da się znaleźć coś ciekawego i wartościowego. Edukacja, reportaże, rozrywka, filmy... Telewizyjne rozgłośnie regionalne finansują produkcję wielu bardzo dobrych i ciekawych programów. Ja na przykład prawie nie oglądam kanałów prywatnych, nie tylko ze względu na reklamy. Tam po prostu rzadko jest coś ciekawego, a nawet jak jest, to marnie pokazane. (Proszę jednak wziąć poprawkę, że ja prawie nie oglądam filmów i wcale nie oglądam sportu).

Rozgłośnie regionalne nie ograniczają się do robienia telewizji - mają na przykład swoje orkiestry symfoniczne i (współ)organizują wiele imprez kulturalnych. Wiele z realizowanych przez nie programów można zobaczyć i wysłuchać nie tylko w telewizji i radiu, ale również w sieci, albo ściągnąć sobie jako podcast. Założenie jest takie: ponieważ programy zostały zrealizowane z pieniędzy publicznych, to powinny być dostępne publicznie bez dodatkowych opłat. Stąd każdy z programów ma dostępną w sieci Mediathek, w której jest sporo materiałów (oczywiście tylko produkcji własnej). Na przykład w mediatece ZDF można było przez długi czas  zobaczyć za darmo wszystkie odcinki Ijona Tichego. 100% legalnie. Niedawno zniknęły, ale może jeszcze wrócą.

Można też zamówić sobie nagraną kopię programu z telewizji (znowu: tylko produkcja własna), płaci się wtedy tylko koszty nośnika/nagrania/wysyłki.

Taka jakość i skala działalności oczywiście kosztuje. Jednym ze źródeł finansowania są reklamy. Na Das Erste i ZDF reklamy są, ale mają spore ograniczenia ustawowe. Tylko od 14 do 20 w dni robocze, nie dłużej niż 20 minut na dobę, żadnego przerywania filmu.  Te ograniczenia są systematycznie rozmiękczane przez nie zabronione w ustawie "audycje sponsorowane", ale to jest do przeżycia. Na pozostałych kanałach publicznych bloków reklamowych  nie ma wcale. Ze źródeł innych niż abonament pochodzi tylko paręnaście procent budżetu stacji publicznych.

Podstawowym źródłem finansowania telewizji publicznej jest jednak abonament. I on nie jest niski - prawie 18 EUR miesięcznie za radio i telewizor. To jest sporo, nie powiem że ponad dwie stówy rocznie to pryszcz, ale coś za to dostaję.

Podobnie jak w Polsce, abonament RTV jest w Niemczech nieustannym źródłem dyskusji i sporów. A to na temat reklam i sponsoringu w telewizji publicznej, a to na temat jakości programu, a to na temat płacenia przez telewizję publiczną milionów za transmisje sportowe (ANI JEDNEGO PUBLICZNEGO GROSZA ZAWODOWEJ PIŁCE NOŻNEJ!), a to czy należy pobierać abonament za komputer podłączony do sieci.

Logo GEZ

Logo GEZ Żródło: Wikipedia

W Niemczech pobieraniem abonamentu radiowo-telewizyjnego do końca zeszłego roku zajmowała się specjalna instytucja, nazywająca się Gebühreneinzugszentrale (GEZ). Zasady były podobne jak w Polsce - za posiadanie w gospodarstwie domowym jakiegokolwiek radia ale nie telewizora stawka wynosiła 5,76 EUR miesięcznie, jeżeli się miało telewizor to 17,98 EUR. Opłaty te wnosi się kwartalnie. Jest trochę ludzi którzy nie mają telewizora i nie oglądają telewizji (i najczęściej się tym snobują), ale występuje też zjawisko używania nie zarejestrowanego telewizora albo oglądania telewizji na komputerze bez płacenia abonamentu. GEZ kupowało adresy osób prywatnych na wolnym rynku, porównywało je ze swoimi danymi i na tej podstawie wysyłało żądania żeby radio i telewizor zarejestrować (przychodziło po około roku od zameldowania). Kontrolerzy GEZ starali się sprawdzać, czy osoby nie płacące abonamentu nie mają przypadkiem radia albo telewizora, ale nie mieli oni w zasadzie żadnych uprawnień kontrolnych. A i nigdy nie słyszałem żadnej opowieści z pierwszej czy drugiej ręki o takiej wizycie, w zasadzie znam takie coś głównie ze skeczy w telewizji.

Ale to wszystko kosztowało ładnie - rzędu 160 milionów EUR rocznie! Z drugiej strony to tylko trochę ponad 2% zebranej sumy, która wynosi ok 7,5 miliarda euro, a kontrolerzy byli na prowizji. Ale ostatnio coś się zmieniło - od początku tego roku zastąpiono rejestrację urządzeń po prostu opłatą od mieszkania. Nie trzeba już zgłaszać telewizora, nie ma już kontroli, po prostu każde mieszkanie płaci i już. Są tylko ulgi dla inwalidów a głusi, głuchoniemi i niewidomi są z abonamentu zwolnieni. GEZ zlikwidowano, a nowa instytucja - ARD-ZDF-Deutschlandradio-Beitragsservice - po prostu sprawdza listy meldunkowe. I powiem, że w Polsce byłbym przeciw takiemu rozwiązaniu, ale tu jestem za. Duża część tych pieniędzy jest wydatkowana dobrze, więc traktuję to jako podatek na kulturę i edukację. Tylko żeby przestali z tego płacić za te transmisje sportowe.

Ale muszę przyznać, że GEZ miało fajne reklamy. Niestety nie znajduję tej najlepszej na youtubie, więc muszę ją opowiedzieć (było dawno, więc może być trochę niedokładnie).

Sceneria: Spore pomieszczenie, kościół protestancki we współczesnym USA. Amerykański, przystojny kaznodzieja w białym garniturze, czarny organista, grupa zwyczajnie ubranych wyznawców w stanie uniesienia religijnego.

Wyznawca 1 (błagalnie): Wybacz mi!

Wyznawca 2 (jeszcze bardziej błagalnie): Wybacz mi! Nie wiedziałem!

Organista (śpiewa, grając gospelowo na organach elektrycznych): Wybacz im o Panie, bo nie wiedzieli co czynią!

Kaznodzieja: Pan wam wybaczy! Za jedne 17.98 EUR w miesiącu!

Tablica: GEZ

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

13 komentarzy

Jak to się robi w Niemczech: Bahlsen kontra Ciasteczkowy Potwór i narodowi socjaliści

Logo Bahlsen

Logo Bahlsen Źródło: Wikipedia

Parę dni temu usłyszałem w radiu mniej lub bardziej zabawną informację dotyczącą firmy Bahlsen, i przypomniała mi ona że miałem napisać o tej firmie notkę.

Firma Bahlsen znana jest ze swoich herbatników, głównie z marki Leibniz-Butterkekse. Ale najpierw aktualna historia.

Główną siedzibę firmy Bahlsen w Hannoverze zdobi rzeźba przedstawiająca ludzi niosących sztandarowy produkt firmy. Rzeźba powstała w roku 1910, a sam keks jest pozłacany i waży podobno około 20 kg.

Rzeźba "Brezelmänner" na budynku firmy Bahlsen

Rzeźba "Brezelmänner" na budynku firmy Bahlsen Źródło: Wikipedia Autor: Axel_Hindemith

No i ten keks został niedawno ukradziony, a ostatnio pojawiło się pismo od złodzieja z żądaniami okupu. Tekst pisma - według najlepszych wzorów ze słabych kryminałów - został złożony z liter wyciętych z gazet i dołączone jest do niego zdjęcie przedstawiające człowieka przebranego w strój Ciasteczkowego Potwora z Ulicy Sezamkowej nadgryzającego złote ciasteczko. W piśmie ktoś żąda wpłacenia 1000 EUR na konto pewnego schroniska dla zwierząt i zaopatrzenia w ciasteczka pewnego szpitala dla dzieci. Jeżeli żądania porywacza nie zostaną spełnione keks trafi do kosza na śmieci w którym mieszka Oskar.

Ciasteczkowy potwór szantażuje Bahlsena

Ciasteczkowy Potwór szantażuje Bahlsena Żródło: Berliner Morgenpost

Historyjka jak z marnego filmu klasy C. Ale historia firmy Bahlsen zawiera momenty nadające się do dobrego filmu klasy A.

Firmę założył w Hannoverze Hermann Bahlsen, w roku 1889. Pomysł i przepis na swoje ciasteczka Bahlsen przywiózł z Anglii, i nazwał je również po angielsku - Butter-Cakes. Była to luka rynkowa, bo z ciasteczek w typie herbatników na rynku niemieckim dostępne były wtedy tylko zwykłe suchary albo nietrwałe ciasteczka sprzedawane luzem. Małych, trwałych ciasteczek nie można było kupić nawet w cukierni. Zainteresowany klient miał do wyboru upiec sobie coś samemu, albo kupić obłędnie drogie (ze względu na zaporowe cła) ciasteczka importowane z Francji albo Anglii. Herbatniki Bahlsena sprzedawały się dobrze, ale pomysł z nazwą okazał się jednak średni, bo znajomość angielskiego wśród Niemców była słaba i wszyscy wymawiali tę nazwę nie jako "kejks" tylko "kakes", co budziło nieodparte skojarzenia z kupą (niem.: Kake).

Bahlsen musiał zmienić nazwę produktu - wymyślił więc słowo Keks, po niemiecku wymawiane trochę podobnie do tego  angielskiego Cakes. Słowo przyjęło się jako rzeczownik pospolity nie tylko w Niemczech (pojawiło się w słowniku Dudena w roku 1912) - w Polsce też pewien rodzaj ciasta (chociaż zupełnie inny) nazywany jest keksem. Marka Leibniz pochodzi od tego Leibniza, bo on był przecież z Hannoveru. Imię to nie było całkiem od czapy - Leibniz zajmował się nie tylko filozofią i rachunkiem różniczkowo-całkowym, ale między innymi również problematyką zaopatrzenia wojska w żywność. I wyszło mu że suchary są do tego lepsze od chleba, bo trwalsze.

Ciasteczka Bahlsena odniosły sukces przede wszystkim dzięki długiemu okresowi przydatności do spożycia - Bahlsen wymyślił sprzedaż w zapobiegających zawilgoceniu i kruszeniu się zawartości opakowaniach kartonowych, opatentował swój pomysł i dostał za niego parę międzynarodowych nagród. Charakterystyczny dla jego ciasteczek kształt z 52 ząbkami na obwodzie i 15 zagłębieniami (one są po to, żeby przy pieczeniu nie robiły się pęcherze, bez tych zagłębień ciasteczko po upieczeniu nie byłoby płaskie) powstał w początku XX wieku.

Trwałość herbatników była podkreślona znakiem towarowym powstałym w roku 1903. Znak przedstawiał egipski hieroglif oznaczający "wiecznotrwały" i jego uproszczoną transkrypcję fonetyczną "TET".

Znak towarowy TET Bahlsena

Znak towarowy TET Bahlsena Źródło: Wikipedia Autor: Nifoto

W roku 1905 Bahlsen jako pierwszy w Europie zastosował w swojej fabryce produkcję taśmową. Podpatrzył ją będąc na Wystawie Światowej w Chicago w 1893, zwiedzając zautomatyzowaną rzeźnię pracująca taśmowo już od 1870 (to dla czytelników przekonanych że produkcję taśmową wynalazł Henry Ford).

Pierwsza w Europie taśma produkcyjna w zakładach Bahlsena w Hannoverze

Pierwsza w Europie taśma produkcyjna w zakładach Bahlsena w Hannoverze Źródło: www.bahlsen.com

Hermann Bahlsen był - jak wielu niemieckich przedsiębiorców tamtych czasów - zaangażowanym społecznie socjalistą. Dbał on o swoich pracowników - uruchomił dla nich na przykład zakładową kasę chorych, zatrudniał lekarzy zakładowych itp. Planował też budowę dzielnicy mieszkaniowej dla swoich robotników, mającą nazywać się "TET-Stadt". Dzielnica miała być położona obok fabryki, oprócz mieszkań miała być w niej  też zieleń i instytucje kulturalne, a wszystko miało być w miksie stylu egipskiego z secesyjnym. Plany zarzucono w 1919, bo po wojnie nie było na to środków.

TET-Stadt (model)

TET-Stadt (model) Źródło: www.bahlsen.com

 Po śmieci Hermanna Bahlsena w 1919 dzieło prowadzenia firmy kontynuowali jego trzej synowie. Wprowadzali oni, podobnie jak ojciec, wiele innowacyjnych produktów i metod produkcji i dystrybucji oraz równie innowacyjnych sposobów reklamy. I zdecydowanie nie lubili się z faszystami.

Po pewnym czasie wybuchła WWII i tu następuje część zasługująca na film klasy A. Otóż w 1940 roku faszystowskie władze przywiozły firmie pracowników przymusowych - kobiety z Polski, Ukrainy i podobnych okolic. Tak jak i innym firmom produkującym dla wojska, którym przecież część pracowników wzięto do woja i posłano na front - a firma produkowała suchary i herbatniki dla żołnierzy. Ale Bahlsenowie, inaczej niż zarządy większości innych firm (oraz na przykład kościoły - i katolicki, i ewangelicki) stwierdzili, że nie rozumieją dlaczego mieliby te pracownice traktować inaczej niż resztę załogi. Opłacali więc je dokładnie tak samo i zapewniali im dokładnie takie same warunki pracy i przywileje socjalne.

Takie podejście budzi szacunek, ale to jeszcze nie koniec. Ta historia ma morał który brzmi: Opłaca się być porządnym człowiekiem. Mianowicie po upadku III Rzeszy Hannover zajęły wojska alianckie. No i żołnierze, jak to żołnierze plądrowali sobie różne obiekty. Ale gdy doszli do firmy Bahlsenów, pracownice przymusowe stanęły przed bramą i żołnierzy nie wpuściły, mówiąc że to ich firma i plądrowanie tylko po ich trupie. Zakłady zostały w 60% zniszczone przez bombardowania, ale nic nie zostało zrabowane ani rozkradzione.

Po wojnie nie było już  w historii firmy Bahlsen podobnie spektakularnych momentów. Bahlsen zaczął produkować chipsy ziemniaczane, wszedł w orzeszki ziemne, wchłonął trochę innych firm, podzielił się na część "słodką" i "słoną" i prosperuje całkiem dobrze.

Jak na razie trudno powiedzieć, czy akcja Ciasteczkowego Potwora to nie jest tylko PR-owy gag. Zobaczymy.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

11 komentarzy