Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Śmieszne tylko po polsku: Reksio nie tylko dla dzieci

Nie chciałbym żeby czytelnicy mojego bloga odnieśli wrażenie, że wychwalam tu wszystko co niemieckie a ganię to, co polskie. Po paru notkach o tym, co śmieszne tylko po niemiecku podzielę się więc czymś śmiesznym tylko po polsku.

Myślę że większość graczy nie mających dzieci w odpowiednim wieku, eksplorując działy z grami w Empikach, Media Markcie czy supermarketach nie zagląda na półki z grami dla dzieci. A nawet jeżeli ma kilkuletni przychówek to niekoniecznie zwraca uwagę na krajowe gry z Reksiem na okładce. A to błąd.

Gry z Reksiem firmy Aidem Media oznaczone są kategorią wiekową 6+. Może się więc wydawać, że to nic dla większych dzieci albo dorosłych. A to błąd. Mi też się wydawało że to nic ciekawego, ale na CD któregoś z programów edukacyjnych dla przedszkolaków który dziecku kiedyś kupiłem były trzy dema. No i te dema (a zwłaszcza jedno z nich, to o UFO) mnie do zakupu przekonały. I nie żałuję.

 

 

Omówię te gry w kolejności chronologicznej. Pierwszą z nich jest Reksio i skarb piratów. Plot: Reksio wybiera się popływać deską windsurfingową, burza wyrzuca go na wyspę na Oceanie Niespokojnym. Zadaniem Reksia jest znaleźć tytułowy skarb piratów i ich dowódcę, kapitana O'gryzka. Fabuła gry jest całkowicie liniowa, trzeba rozwiązywać stosunkowo proste zadania, postaci i dialogi są zabawne, ale w sumie nic nadzwyczajnego. Dorosłemu graczowi przejście gry zajmuje najwyżej półtorej godziny. W grach o Reksiu nie można zginąć (reklamowane są jako gry bez przemocy), co najwyżej trzeba zacząć mini gierkę od początku, ilość prób nie jest ograniczona. Nie, nie mam zamiaru zniechęcać, to dopiero początek serii. Według mnie mimo wszystko warto w tą część zagrać - dowcipy w kolejnych częściach często odwołują się również i do tej gry. Wprowadzona jest tu też postać kreta, na razie bez imienia, która w następnych częściach staje się równorzędna z Reksiem. A tak naprawdę to staje się nawet ważniejsza, pewnie dlatego że Reksio w grze nie mówi (tylko intonuje na różne sposoby swoje hau hau hau), natomiast kret śmiesznie sepleniąc zgryźliwie i ironicznie wszystko komentuje i ciągle zabawnie narzeka.

Screenshot z gry "Reksio i skarb piratów"

Screenshot z gry "Reksio i skarb piratów"

W następnej części - Reksio i Ufo - twórcy gry zaczynają się rozkręcać i pełnymi garściami czerpią z popkultury - Star Wars, Diuna, Szekspir... Tu już dzieci nie zrozumieją połowy dowcipów. Mini gierki sięgają do tradycyjnych gier z ośmiobitowców ironicznie je wzbogacając - już pierwsza z nich to klasyczne Space Invaders, tyle że Reksio rzuca w UFO burakami. Dalej mamy Boulder Dasha - w roli Rockforda występuje kret Kretes - i platformówki w różnych wariantach. Plot: Zły Kurator (like Darth Vader) porywa kury na swoje Jajo Śmierci (które to jajo śmierdzi), trzeba go pokonać i uwolnić kury. Z lepszych dowcipów: Bohaterowie na jednej z planet spotykają się z krecim ruchem oporu robiącym krecią robotę, szczególnie dzielny jego uczestnik stawia opór nawet w więzieniu opierając się o ścianę. A potem przewracając się robi działalność wywrotową. Dowcip ten jest pociągnięty znacznie dalej, z kulminacją w ostatniej scenie po napisach końcowych, ale go nie zdradzę. Podobnie powstrzymam się przed zaspoilerowaniem najlepszego z dowcipów, kiedy to w finale, na Jaju Śmierci, Kurator mówi do Reksia... Mało się nie wygadałem, w każdym razie każdy fan Gwiezdnych Wojen zaliczy w tym momencie porządnego ROTFLa. Zresztą nie jedynego w grze. Czy wiecie na przykład, że odkurzacz to urządzenie do usuwania kur?

Screenshot z gry "Reksio i UFO"

Screenshot z gry "Reksio i UFO"

Następna część - Reksio i czarodzieje - bazuje na Harrym Potterze, ale sięga też na przykład do Matrixa, Władcy pierścieni, baśni i Alicji w krainie czarów.  Fabuła nie jest już liniowa, mini gierki stają się trudniejsze a dowcipy jeszcze lepsze. Tu już nie da się przejść gry w godzinkę, a sześciolatki absolutnie nie dadzą rady. Rozbudowana została część przygodowa, trzeba nieźle kombinować żeby wykonać niektóre zadania. Nie podoba mi się jedynie że niektóre zadania mogą być rozpracowane tylko metodą brute force - próbowania wszystkich możliwości po kolei. Jeszcze porada praktyczna: na stronie serii dostępne są patche ułatwiające dwa najtrudniejsze zadania, które wyszły autorom zdecydowanie zbyt trudno.

Reksio i czarodzieje

Reksio i czarodzieje

 Części czwartej - Reksio i wehikuł czasu - jeszcze nie mam, grałem tylko w demo, więc nie będę się rozpisywał.

Screenshot z gry "Reksio i wehikuł czasu"

Screenshot z gry "Reksio i wehikuł czasu"

Dalej następuje Reksio i Kapitan Nemo. Tu autorzy pojechali w epokę wiktoriańską - oprócz Kapitana Nemo mamy też Sherlocka Holmesa z doktorem Watsonem, W 80 dni dookoła świata, Orient Express, Matę Hari ale również Indianę Jonesa z ojcem i teksty z Misia, Rejsu (ROTFL totalny), Allo allo, Wiedźmina i wielu, wielu innych. Świetne jest zadanie z handlem wymiennym na arabskim targu, a szczyt to spotkany przed rynkiem w Stambule Polak (świnka w rogatywce), który charakterystycznym głosem i intonacją prosi o posprzedawanie mu przywiezionych przez niego z kraju kryształów i kremów Nivea, a przy tym podważa polskość Reksia (bo on nie mówi po naszemu). To absolutnie nie jest gra dla sześciolatków, to coś dla ludzi pamiętających przynajmniej lata osiemdziesiąte. Tu też jedno zastrzeżenie - jedno z zadań, jazda dorożką po Paryżu, ma zdecydowanie zbyt ostry limit czasu, to jest zbyt frustrujące. Fabuła gry jest znowu liniowa - nie da rady inaczej, bo akcja przenosi się z miejsca na miejsce jak w filmie z Bondem.

Screenshot z gry "Reksio i kapitan Nemo"

Screenshot z gry "Reksio i kapitan Nemo"

Najnowszą produkcją z serii jest Miasto sekretów, też jeszcze nie mam, spróbowałem tylko demo. Animacja nie jest tu płaska, użyto nowszego silnika robiącego 3D. I to nie jest już śmieszne tylko po polsku, bo ma też angielską wersję językową. Ta gra mi się nie podoba. Autorzy spróbowali zrobić coś ślicznego, nowoczesnego i na rynek światowy, gubiąc przy tym większość uroku poprzednich gier. To tak jakby na przykład zrobić Kubusia Puchatka nie w 2D w stylu oryginalnych rysunków z książki, tylko "fotorealistycznie" w 3D. Oh, wait, przecież coś takiego jest i dokładnie tak samo traci klimat. Tyle że Miasto sekretów gubi też dowcipy językowe, bo nie dałoby się ich przetłumaczyć na angielski.

EDIT: Pograłem w demo do końca, po polsku i po angielsku. Już po polsku to nic specjalnego, a po angielsku w ogóle nuda. Po polsku jest chociaż bardzo dobry lektor jako narrator (Grzegorz Wolf, ten sam co we wcześniejszych grach), po angielsku jakiś amator. Dowcipy słabe i wysilone, mało odniesień do popkultury, nie wciągnęło mnie nawet troszeczkę. Zdecydowanie odradzam.

Reksio i miasto sekretów

Reksio i miasto sekretów

W każdą z gier można grać niezależnie od innych, znajomość wcześniejszych odcinków nie jest wymagana, ale nie znając ich można nie zrozumieć wielu niezłych dowcipów. Więc proponuję grać po kolei.

Oprócz serii wydane zostały jeszcze dodatki:

Reksio i Kretes w akcji - to coś dla ludzi którzy chcą sobie po prostu pograć w ośmiobitowe Jumping JackaBoulder Dasha czy platformówki w nowych wydaniach, bez całej tej przygodowej otoczki. Po prostu arcade fun z zabawną grafiką i dźwiękiem.

Screenshot z gry "Reksio i Kretes w akcji"

Screenshot z gry "Reksio i Kretes w akcji"

 

Reksio i Kretes - Tajemnica trzeciego wymiaru - to jedna gra, nie pamiętam jak się nazywał jej pierwowzór. Postacie, animacje i silnik są te same co w Mieście sekretów, jest to przestrzenny labirynt, którego pokonanie wymaga współpracy trzech postaci. Coś do myślenia.

Screenshot z gry "Reksio i tajemnica trzeciego wymiaru"

Screenshot z gry "Reksio i tajemnica trzeciego wymiaru"

Każda z gier kosztuje katalogowo 30 złotych, tylko Miasto sekretów jest droższe - 50 zł. W praktyce w supermarketach można znaleźć przynajmniej część z nich po 20 zł albo z dopakowaną drugą grą z serii. Szczerze polecam, no może poza Miastem sekretów. Wymagania sprzętowe są niewielkie, dla większości (znowu poza tymi z 3D) wystarcza archaiczny komputer z Win95.

Dla jeszcze nie przekonanych linki do demo:

Skarb piratów demo

UFO demo - radzę dograć do końca i jak już rakieta wystartuje oglądać dalej przez co najmniej kilka minut. Zresztą generalna rada: Zawsze oglądać do samego końca.

Czarodzieje demo

Wehikuł czasu demo

Kapitan Nemo demo

Miasto sekretów demo

Reksio i Kretes w akcji demo

Link do strony serii: TUTAJ.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Śmieszne tylko po niemiecku

Komentarze: (1)

Skrzek: Gałki w ruch, jestem panem

W Wyborczej wywiad z Józefem Skrzekiem, do którego dodam swoje trzy eurocenty. Przy tym pozostanę w tematyce mojego bloga, bo będzie o koncertach Skrzeka w Niemczech. Najpierw cytat:

Napisałeś muzykę do obrazów Stanisława Świątkowskiego "12 scen z życia Jana Pawła II". Te obrazy to kicz, aż skręca.

- Nie zgadzam się. A nawet jeśli, to co? Adam Hanuszkiewicz tłumaczył mi kiedyś, że prawdziwa sztuka jest na pograniczu kiczu. Świątkowski malował swoje obrazy z fotografii. Ja dodałem muzykę. I przez kilka miesięcy jeździłem z tym programem po Niemczech, grałem dla Polonii, głównie po kościołach. Organy w niemieckich parafiach są zadbane, wypucowane i nastrojone. Świetnie się grało!

Byłem na takim koncercie, oczywiście w parafii polskiej we Frankfurcie. Panowie się spóźnili ze 40 minut, pewnie korek był, Skrzek od razu usiadł do organów i zaczął grać a malarz zabrał się za rozstawianie obrazów. Oprócz płócien postawił notebooka, beamer i ekran i puszczał te same obrazy tylko trochę zaanimowane. No i to nie było na żadnej granicy kiczu, tylko kicz maksymalny. Mnie też poskręcało. Niech Was też poskręca - załączam skan okładki płyty.

Józef Skrzek - okładka płyty

Józef Skrzek - okładka płyty

Z muzyką było trochę lepiej, ale też była to chałturka dla kasy. Akurat lubię prog rocka, brzmienia rocka elektronicznego i klimaty SBB, ale to nie ruszyło mnie w żaden sposób. Takie tam, w sam raz dla ludzi którzy nic poza pieśniami religijnymi i sieczką z głośników w supermarkecie nigdy nie słyszeli, dla nich to mogło być jakieś odkrycie.

Ale przynajmniej było to uczciwe - koncert i pokaz obrazów był za darmo a dochód tylko z dobrowolnych datków i sprzedaży płyt i reprodukcji obrazów. Pogadałem z chłopakami którzy robili sprzedaż, podobno dało się z tego żyć. Osłabiło mnie tylko że nie mieli do sprzedania nic SBB, nawet gdzieś z torby, nie musiało przecież leżeć na stoliku. A bym kupił i chyba parę osób oprócz mnie też.

Najbardziej mi szkoda że nie miałem wtedy jeszcze bloga, bo bym zrobił większą notkę ze zdjęciami. A tak Skrzek nie dostanie drugiej szansy, bo drugi raz na taką imprezę nie pójdę.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Muzyka

Komentarze: (2)

Hessentag 2011

Już po raz pięćdziesiąty drugi w Hesji zorganizowano doroczne święto landu zwane Hessentag. Święto to co roku odbywa się w innym mieście Hesji, w tym roku było to Oberursel.

Oberursel leży na północ od Frankfurtu i bezpośrednio z nim graniczy. Ponieważ to blisko, więc po raz pierwszy wybraliśmy się na ten fest.

Na zdjęciu: Kościół pod wezwaniem św. Urszuli, najbardziej charakterystyczny punkt miasta. Nazwa miejscowości pochodzi właśnie od św. Urszuli i po raz pierwszy została wymieniona w dokumentach w roku 791 jako Ursella.

Hessentag 2011 Oberursel - w tle kościół św. Urszuli

Hessentag 2011 Oberursel - w tle kościół św. Urszuli

Hessentag to wielka impreza, trwa 10 dni (zaczęło się w piątek, potrwa do następnej niedzieli), przez ten czas odwiedza ją ponad milion gości. Duża ich część przyjeżdża samochodami, więc na okolicznych łąkach urządzone są wielkie parkingi. Na zdjęciu: Samochody w równiutkich rządkach, Ordnung muss sein.

Hessentag 2011 Oberursel - parkujące samochody

Hessentag 2011 Oberursel - parkujące samochody

  Jak na każdym takim feście pełno jest stoisk z jedzeniem i wyrobami rzemieślniczymi.

Hessentag 2011 Oberursel

Hessentag 2011 Oberursel

Atrakcji jest mnóstwo. W niedzielę na przykład odbył się zlot gwiaździsty starych samochodów.

Hessentag 2011 Oberursel - zlot starych samochodów

Hessentag 2011 Oberursel - zlot starych samochodów

W pawilonach prezentują się instytucje landu i miejscowe firmy.

Hessentag 2011 Oberursel - prezentacja landu Hessen

Hessentag 2011 Oberursel - prezentacja landu Hessen

Koncertują znane zespoły: Roxette, Scorpions, Brian Adams, Linkin Park. I mniej znane, z okolicy (to już za darmo). Był też Willi, ale po dwudziestu ciekawych minutach zaczęło się nachalne wychwalanie sponsora (Thomas Cook z Oberursel oczywiście), więc poszliśmy dalej.

Hessentag 2011 Oberursel - Willi Weitzel

Hessentag 2011 Oberursel - Willi Weitzel

Ten rok jest rokiem lasu, więc była też spora ekspozycja o lesie:

Hessentag 2011 Oberursel - wystawa o lesie

Hessentag 2011 Oberursel - wystawa o lesie

Policja robiła pokazy sprawności:

Hessentag 2011 Oberursel - pokazy sprawności policji

Hessentag 2011 Oberursel - pokazy sprawności policji

Ale największy show zrobiło wojsko. Wojsko na prawie każdych targach interesujących szeroką publiczność wystawia swój punkt werbunkowy, ale takiej skali to jeszcze nie widziałem. Być może to dlatego, że obowiązkowa służba wojskowa właśnie została zlikwidowana i muszą się jeszcze bardziej starać o ochotników. Stało trochę różnego sprzętu, w namiotach można było przymierzyć kamizelkę kuloodporną piechoty, zjeść grochówkę, zapoznać się z wyposażeniem, zobaczyć mobilny szpital polowy:

Hessentag 2011 Oberursel - przewoźna sala operacyjna

Hessentag 2011 Oberursel - przewoźna sala operacyjna

 wsiąść do śmigłowca:

Hessentag 2011 Oberursel - wojskowy śmigłowiec

Hessentag 2011 Oberursel - wojskowy śmigłowiec

a nawet do myśliwca Tornado:

Hessentag 2011 Oberursel - Panavia 200 Tornado

Hessentag 2011 Oberursel - Panavia 200 Tornado

Moje dziecko od wczoraj przeżywa to Tornado. Na zdjęciu: Pilot z Luftwaffe z poświęceniem robi mojemu synowi zdjęcie (aparatem syna oczywiście):

Hessentag 2011 Oberursel - Panavia 200 Tornado

Hessentag 2011 Oberursel - Panavia 200 Tornado

Impreza naprawdę świetna, jeden dzień (a nawet dwa) na zobaczenie wszystkiego to za mało. Polecam, jeżeli ktoś jest w okolicy.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (1)

Samolot w zebrę, kaczka się nazywa

Włączyłem telewizor i trafiłem na stary film, o którym od dawna chciałem napisać notkę. Notka ma się zacząć od zdjęcia:

Dornier Do-27 Bernhard Grzimek (replika) w zoo we Frankfurcie

Dornier Do-27 Bernhard Grzimek (replika) w zoo we Frankfurcie

 Zdjęcie pochodzi z frankfurckiego ZOO, na pierwszy rzut oka samolot jak samolot, tyle że w paski. Ale ten samolot jest też dostępny jako model do sklejania firmy Revell (EDIT 2014.02.25 - właśnie zniknął ze stron Revella, musiałem odlinkować) Czyli musi być w nim coś więcej.

Pewną wskazówką może być nazwa pawilonu na którym samolot stoi. Jest to Grzimek-Haus. Bernhard Grzimek urodził się w roku 1909 w Nysie. Studiował weterynarię, zrobił z niej doktorat, a potem pracował  w ministerstwach związanych z rolnictwem. W czasie wojny był weterynarzem w wojsku, ale jednocześnie robił hobbystycznie i na własną rękę badania nad zachowaniem koni. Pod koniec wojny podpadł Gestapo, bo dostarczał żywność ukrywającym się Żydom. Musiał więc uciekać i tak trafił do Frankfurtu, gdzie wkraczający właśnie Amerykanie zrobili go dyrektorem ZOO.

Grzimek jako dyrektor ZOO radził sobie doskonale, nie dopuszczając do jego likwidacji. Tymczasem jednak zawistnicy oskarżyli go o zatajenie przynależności do NSDAP. Trochę potrwało, zanim udało mu się odeprzeć zarzuty.

W latach 50-tych Grzimek zajął się problematyką ochrony dzikich zwierząt w Afryce. I tu dochodzimy do filmu, który starsi czytelnicy może pamiętają, bo chyba leciał w telewizji w początku lat 70-tych. W każdym razie wydaje mi się że jak byłem mały widziałem przynajmniej kawałek jego na czarno-białym telewizorze. Film miał tytuł "Serengeti darf nicht sterben" (Serengeti nie może umrzeć) i był to pierwszy po wojnie film niemiecki, który dostał Oscara. W kategorii filmów dokumentalnych. Był rok 1959.

Film został zrealizowany podczas badań prowadzonych przez Bernharda Grzimka i jego syna Michaela w Tanzanii. Specjalnie dla tych badań obaj nauczyli się pilotażu, z powietrza liczyli zwierzęta i obserwowali trasy ich wędrówek. Używali do tego samolotu Dornier Do 27, pierwszego powojennego typu samolotu niemieckiego który był produkowany w dużej serii. Samolot był charakterystycznie pomalowany i miał rejestrację D-ENTE (Ente to kaczka). Przy tym realizowali film, co wtedy wcale nie było tak oczywiste jak dziś. Badania te miały być podstawą pracy doktorskiej Michaela. Stało się jednak inaczej - Michael zderzył się na wysokości 200 metrów z sępem, samolot utracił sterowność i rozbił się, a sam Michael Grzimek zginął.

W Niemczech zachodnich istnieje instytucja zajmująca się oceną filmów i od jej werdyktu dość mocno zależy sukces kasowy filmu (jak dadzą ocenę "szczególnie wartościowy" to bilety kupuje o wiele więcej ludzi). Więc filmowcy idą często na ustępstwa, działa to prawie jak cenzura prewencyjna. No i ci "cenzorzy" kazali zmienić w filmie dwie wypowiedzi czytane przez narratora, które były krytyczne w stosunku do ludzkości generalnie. Serio, bez problemu przepuścili sceny z kąpiącymi się nago miejscowymi dziewczynami - biała kobieta pokazująca cycki w roku 1959 nie przeszłaby na 100%, ale pewnie czarnych nie uważali za ludzi - a zakwestionowali górne i chmurne teksty w stylu "Lwy nie zabijają osobników ich gatunku, ludzie dobrze by zrobili, gdyby się zachowywali tak jak lwy". Drugi zakwestionowany fragment tekstu jest tak górnolotny, że dziś by po prostu żenował, ale to raczej nie ze względu na żenę kazano go zmienić.

Film oglądany dziś jest - nawet w porównaniu z bieżącą, nieporównanie lepszą technicznie i realizacyjnie produkcją - całkiem niezły i interesujący, jedno co się zestarzało to teksty czytane przez narratora. Narrator ciągle opowiada to, co widać na ekranie (to jeszcze nie jest specjalny zarzut, bo kamery nie rejestrowały dźwięku więc komentarz musiał być), ale czyni to w sposób nieznośnie patetyczny. Młody Grzimek prezentuje swoją nordycką sylwetkę i jest filmowany na Übermenscha, co dziś cokolwiek drażni.

Mimo to film polecam, nie tylko jako dokument tamtych czasów. W niemieckiej telewizji można zobaczyć go dość często. Na zachętę tubka:

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , ,

Kategorie:Ciekawostki

Komentarze: (2)

I to też jest po niemiecku: Tangerine Dream

Ten zespół znają zapewne tylko czytelnicy w moim wieku albo starsi. A był to jeden z najbardziej znanych na świecie zespołów kierunku muzyki elektronicznej.

Muzykę elektroniczną w omawianym sensie wywiódłbym z muzyki progresywnej końca lat 60-tych i początku 70-tych. Grano wtedy długie, często tylko instrumentalne utwory, nierzadko na całą stronę czarnej płyty, albo i na całą płytę. Twórcy muzyki elektronicznej robili mniej więcej to samo, ale jako instrumentarium używali praktycznie wyłącznie skonstruowanych właśnie dużych syntezatorów analogowych, później również sterowanych komputerowo. Niektórzy wykonawcy sami dłubali się w sprzęcie i oprogramowaniu i konstruowali własne instrumenty. Scena na koncertach wyglądała często jak centrum obliczeniowe i to w technice analogowej.

Tangerine Dream

Tangerine Dream Źródło: Gdzieś z sieci

Muzyka elektroniczna miała szczyt swojej popularności w końcu lat 70-tych i początku 80-tych, jako prąd muzyczny prawie zaniknęła gdzieś koło połowy lat 80-tych - szybko rozwijająca się technologia cyfrowa spowodowała że instrumenty elektroniczne stały się standardowym wyposażeniem większości zespołów prawie niezależnie od granego przez nich repertuaru. Szyld muzyka elektroniczna stał się nagle anachroniczny - bo prawie cała muzyka stała się elektroniczna. Dziś podobne brzmienia i melodykę spotykamy pod szyldem muzyki relaksacyjnej, chill-out czy ambiente.

Tangerine Dream założył w już w roku 1967 gitarzysta Edgar Froese. Na początku skład był jeszcze "normalny" - gitary elektryczne, perkusja, trochę skrzypiec, fletu czy saksofonu, a muzyka ich była typowo rockowa. W roku 1969 Froese miał okazję zapoznać się z nowymi na rynku syntezatorami i bardzo mu się to spodobało. Trochę później Froese spotkał również zafascynowanego tym sprzętem perkusistę Klausa Schulze i wkrótce obaj przenieśli Tangerine Dream w całkiem inne okolice - tak powstał najbardziej znany zespół muzyki elektronicznej.

Słuchając Tangerine Dream dziś trudno uwierzyć, że koncerty zespołu grającego spokojne, długaśne, medytacyjne kawałki instrumentalne mogły zapełniać  spore hale. Ale tak było, zespół miał trasy koncertowe po całym świecie. Na przykład był pierwszym zespołem "rockowym" z Zachodu który wystąpił w NRD, było to w roku 1980, Amiga wydała z tego płytę. Zespół miał też sporo zleceń na muzykę filmową - zrobili na przykład muzykę do filmów Firestarter, Flashpoint, Legend i wielu innych. A Klaus Schulze zrobił między innymi muzykę do filmu dla dorosłych Body Love - soundtrack sprzedał się o wiele lepiej niż sam film.

Zespół w 1983 miał też trasę koncertową po Polsce (i też była z tego płyta). W tym samym roku podobną trasę koncertową w Polsce miał Klaus Schulze, który odszedł od Tangerine Dream już w roku 1973 ale solowo grał muzykę stylistycznie bardzo podobną. Na koncercie Klausa Schulze w Poznaniu byłem, w tych czasach robiło to duże wrażenie. Całkowicie elektroniczne brzmienia, duży ekran na którym wyświetlane były efekty świetlne, ekrany komputerów (zielony na czarnym - technologia kosmiczna) - zupełnie inny świat niż szary PRL. Artysta się nie oszczędzał, po półtorej godziny koncertu dał jeszcze 45 minut bisów. Z tej trasy powstała płyta pod tytułem "Dziękuję Poland".

Niemieckich wykonawców grających muzykę elektroniczną było o wiele więcej, wymienię na przykład takie nazwy jak Ash Ra Tempel albo Agitation Free. Ale wątpię, żeby ktoś ich jeszcze pamiętał.

 

Dlaczego niemieckość ludzi o nazwiskach Froese i Schulze była dla mnie zaskakująca? Wtedy Niemiec to był ktoś z NRD, wszyscy inni pochodzili z mitycznej krainy o nazwie Zachód, konkretny kraj był nieistotny. Ale jednak: Muzyka elektroniczna była głównie po niemiecku.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Muzyka

Komentarze: (11)

I to też jest po niemiecku: Lou Bega

Dziś coś, co mnie naprawdę zaskoczyło: Lou Bega też jest po niemiecku.

Lou Bega urodził się w Monachium. Jego rodzicami byli Ugandyjczyk i Włoszka. Jako nastolatek spędził kilka lat w Miami, ale nagrywać zaczął dopiero po powrocie do Niemiec.

Mambo No. 5 to bardzo stary kawałek, napisany w roku 1949 przez Kubańczyka, Pereza Prado, szefa orkiestry tanecznej. Kawałek był oczywiście taneczny i instrumentalny. To nie Lou Bega go wybrał, zrobili to managerowie od repertuaru firmy Peermusic (Germany) GmbH, która ma prawa do około 500.000 utworów z minionych czasów. Managerowie ci ciągle przeglądają zasoby swojej firmy, żeby znaleźć kawałki które pasują do aktualnych mód i mogą się sprzedać. W ten sposób wybrali Mambo No.5.

Lou Bega dostał ten kawałek do nagrania od swojego managera z wytwórni płytowej. Nie zrobili z tego prostego coveru, a raczej remake. I był to niesamowity sukces, singiel sprzedał się w ponad 8 milionach egzemplarzy.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Muzyka

Komentarze: (1)

I to też jest po niemiecku: Goombay Dance Band

Ten zespół kojarzą prawdopodobnie głównie starsi czytelnicy, był on popularny w Polsce dość krótko, około roku 1980. O ile sobie dobrze przypominam w tym czasie wydano w Polsce nawet jego płytę, chociaż nie mogę się doguglać potwierdzenia tej informacji.

Goombay Dance Band grał i śpiewał muzykę disco i zewnętrznie podobny był nieco do Boney M. Ciemnoskórzy wykonawcy (ale tu nie wszyscy), skąpe stroje, karaibskie rytmy... Historia zespołu były jednak nieco inna. Założył go Oliver Berndt, znowu 100% Niemiec. Pomysł na zespół powstał podczas kilkuletniego pobytu Berndta na Karaibach. Berndt wrócił potem do Niemiec przywożąc ze sobą swoją karaibską żonę i dwójkę dzieci i swój pomysł zrealizował.

Pierwszym, i chyba najbardziej znanym przebojem grupy była piosenka "Sun of Jamaica". Występy zespołu miały oprawę nawet bardziej spektakularną niż Boney M. - połykanie ognia, przechodzenie pod drążkiem i do tego kilkuletnie dzieci Berndta ubrane po karaibsku, wszystko aż kiczowate. Nic dziwnego że sprzedawało się bardzo dobrze.

Inaczej niż Frank Farian, Oliver Berndt nie miał swojej marki w innym gatunku muzycznym i występowanie z zespołem nie było dla niego problemem. Więc nie tylko pisał i aranżował, ale też śpiewał i występował na żywo.

Czyli: Goombay Dance Band też jest po niemiecku.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Muzyka

Komentarze: (7)

I to też jest po niemiecku: Camouflage

Najpierw mały disclaimer: Kluczem do wyboru wykonawców do tego cyklu nie jest czy to dobra muzyka, ani nawet czy mi się podoba, tylko to, że ich niemieckość zaskoczyła mnie, albo może zaskoczyć moich czytelników. Proszę o nie dedukowanie na tej podstawie moich preferencji muzycznych, bo nie będą trafione.

Dziś zespół Camouflage. To dość sympatyczny synthie-pop, mimo że z angielską nazwą i po angielsku to to też jest po niemiecku. Zespół pochodzi z Badenii-Württembergii, tworzą go stuprocentowi Niemcy. Piosenka zespołu tylko raz dostała się do pierwszej dziesiątki listy przebojów (Love is a shield, najwyższe miejsce 9 w Niemczech), ale w radiu co pewien czas wraca.

Dwa największe przeboje tej grupy to The Great Commandment z 1987:

i Love is a shield z 1989. Tu niestety mam trochę problem z wklejeniem tubki, bo wszystkie oficjalne są "niedostępne w moim kraju".

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Muzyka

Komentarze: (1)

I to też jest po niemiecku: Propaganda

Ten zespół nie ma tak barwnej historii jak Boney M., więc dla nabicia objętości notki wyjaśnię skąd wziął mi się pomysł na ten cykl.

Od czasu do czasu oglądam telewizję (niezbyt często, ale jednak). I od pewnego czasu jest tu moda na show typu lista przebojów wszechczasów w różnych kategoriach. Tutejsza lista przebojów wygląda całkiem inaczej niż powiedzmy lista Trójki w Polsce - nie ma żadnego głosowania tylko pobiera się elektronicznie gromadzone dane o sprzedaży płyt w ostatnim tygodniu. Stąd listy są trudniej manipulowalne i wszystkie takie same. Wracając do show, to oni wybierają sobie z tej elektronicznej listy jakąś kategorię i lecą po kolei. W każdej edycji gra tam kilka zespołów, zazwyczaj powszechnie znanych z dawnych czasów, a potem prowadzący rozmawia z wykonawcami. No i tu się okazuje, że członkowie powszechnie znanego zespołu o angielskiej nazwie i śpiewającego po angielsku wszyscy (albo prawie wszyscy) mówią świetnym niemieckim bez akcentu. Bo to Niemcy są po prostu. Bywa że wykonawca czarny na twarzy, nazwisko egzotyczne, a jego niemiecki też bardzo dobry - bo mieszka w Niemczech od, powiedzmy, dwudziestu lat (albo i od dziecka), ma tu żonę/męża i dzieci.

No i tymi zaskoczeniami postanowiłem się podzielić. Nie wszystkie z tych zespołów mają za sobą długą karierę, więc część notek będzie krótka.

Dziś zespół Propaganda. W Polsce był on znany w zasadzie tylko z jednej piosenki, ale za to dobrej i ze świetnym klipem. Oto Dr. Mabuse. Szczególnie polecam fragment z wejściem w lustro (ok. 3:45) - to jest zrobione w 1984, w epoce przedkomputerowej, efekt jest niesamowity (przynajmniej wtedy robił wielkie wrażenie) a uzyskany bardzo prosto:

EDIT: Oryginalne video zrobiło się "niedostępne w moim kraju", nie wiem czy widać je w Polsce. Na wszelki wypadek dodam linka do tubki bez wideo, żeby chociaż można było posłuchać.

I to też jest po niemiecku. Zespół Propaganda w składzie: Ralf Dörper, Andreas Thein, Susanne Freytag i Claudia Brücken. Zespół miał spore sukcesy, wymienia się go jako jeden z najbardziej popularnych na świecie zespołów niemieckich lat 80-tych, obok Scorpions, Neny i Kraftwerku. Trzy ich single (Dr. MabuseDuel i P-Machinery) oraz pierwsza płyta (A Secret Wish) uzyskały status złotych płyt. Ale mi podchodzi tylko Dr. Mabuse.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Muzyka

Komentarze: (6)

I to też jest po niemiecku: Boney M

Dziś pierwszy odcinek zapowiadanego wcześniej cyklu I to też jest po niemiecku. W cyklu będę przedstawiał zespoły pochodzące z Niemiec, ale z Niemcami nie kojarzone. Najklasyczniejszym z takich zespołów jest Boney M.

Boney M. był jednym z najpopularniejszych zespołów muzyki disco lat 70-tych. Tworzyła go czwórka ciemnoskórych wykonawców... Zaraz, stop, przecież to jakieś głupoty. Zespół Boney M. tworzył tak naprawdę tylko jeden człowiek, stuprocentowy Niemiec - Frank Farian.

Frank Farian

Frank Farian Źródło: Wikipedia Autor: Natraj

Frank Farian zaczynał od piosenek w typie szlagieru, a w 1974 roku napisał piosenkę bardziej dyskotekową pod tytułem Baby Do You Wanna Bump. Ponieważ nie chciał psuć własnego  nazwiska (motywacja trochę podobna do motywacji Thomasa Andersa, który nie pozwolił na umieszczenie swojego zdjęcia na okładce pierwszego singla Modern Talking. On uważał że odnosi takie sukcesy w szlagierach, że nie może sobie psuć image), wymyślił sobie nazwę Boney M. Nazwa pochodziła od głównego bohatera australijskiego serialu kryminalnego Boney (zdrobnienie od Bonaparte), puszczanego mniej więcej wtedy na ZDF. Serial podobno nigdy nie został powtórzony w niemieckiej telewizji. Singiel Boney M. sprzedawał się słabo - 500 sztuk na tydzień - więc Frank postanowił bardziej się lansować. Ale ponieważ wszystko robił sam (pisał muzykę, teksty, grał, śpiewał, aranżował, produkował itd.) to potrzebował zmontować jakąś grupę do występów na żywo. Więc przez agencję artystyczną znalazł parę pasujących osób. Część z nich wkrótce odeszła więc znalazł inne, i dopiero po jakimś roku skład zespołu się ustalił. Należeli do niego: Bobby Farrell, Maizie Williams, Marcia Barrett i Liz Mitchell. Wszyscy oni pochodzili z Karaibów i w młodym wieku przyjechali do Europy. Ale śpiewali słabo, tylko Liz Mitchell i Marcia Barrett nadawały się jako tako do śpiewania w studio i tylko one brały udział w nagraniu pierwszej płyty Boney M. - Take The Heat Off Me. Głos męski śpiewał sam Frank Farian.

W końcu maja 1976 wydany został pierwszy singiel z tej płyty - Daddy Cool. Podobno Farian wymyślił tę piosenkę siedząc przy biurku i przy rozmyślaniach stukając ołówkiem o swoje zęby w otwartych ustach. Tak mu się to brzmienie i wystukana melodia spodobały, że zrobił z tego piosenkę. Singiel sprzedawał się słabo, więc Farian postarał się wkręcić zespół do telewizyjnego programu Musikladen. W tych czasach programów telewizyjnych z aktualną muzyką rozrywkową było mało, więc nie było to proste. Ale się udało, Frank do ostatniej chwili samodzielnie szył zespołowi stroje i przygotowywał choreografię. Od tego występu rozpoczęła się prawdziwa kariera Boney M.

O tego czasu Frank Farian nie musiał już robić wszystkiego własnoręcznie, ale Boney M. do końca pozostał jego autorską kreacją. Członkowie zespołu byli tylko twarzami (żeby nie powiedzieć ciałami), do tego stopnia że na przykład zmarły niedawno Bobby Farrell, w polskiej Wikipedii opisywany jako "wokalista grupy" przez cały czas miał zakaz śpiewania zarówno w studio jak i w trakcie występów. Głos męski śpiewany przez Franka Fariana leciał na koncertach z taśmy, Bobby Farell tylko ruszał ustami.

Pamiętam powszechne hejterzenie zespołu w tamtych czasach, ale patrząc z perspektywy to  było to pierwszorzędne disco z tekstami często odbiegającymi in plus od typowych dla muzyki dyskotekowej. Było w nich na przykład o Rasputinie, "Ma" Baker, Belfaście albo fragmenty psalmów.

Szczyt popularności zespołu przypadł na rok 1978, kiedy to sprzedano w sumie kilka milionów jego płyt. W tym samym roku zespół został przyjęty przez królową angielską i jako pierwszy zespół z Zachodu odbył trasę koncertową po ZSRR. Zgody na to udzielił osobiście Leonid Breżniew. W 1979 roku zespół wystąpił na festiwalu w Sopocie. Mimo zakazu zaśpiewał również piosenkę o Rasputinie. Telewizja w nadanej następnego dnia transmisji piosenkę wycięła. Utwór miał godzić w sojusz z ZSRR. Nie bardzo rozumiem co miał chutliwy doradca cara do sojuszu Polski z ZSRR, ale piosenka była zakazana i już.

Gdzieś w połowie lat 80-tych Frank Farian stracił zainteresowanie Boney M. i zajmował się głównie działalnością producencką. Ze znanych nazw i nazwisk produkował na przykład Eruption (One Way Ticket to też jego produkcja), Gilla'ę (kto pamięta jeszcze to imię? Ale ten kawałek pewnie tak) czy Meat Loafa. Potem w latach 90-tych miał znowu 100% własny projekt zrealizowany podobnie jak Boney M. - czyli najpierw nagrania a dopiero potem zespół nie umiejący śpiewać. Ta nazwa też jest bardzo znana - chodzi o Milli Vanilli. Ale czasy się już zmieniły - to, co w przypadku Boney M. nie było żadnym problemem, załatwiło Milli Vanilli na dobre. Wykonawcom odebrano przyznaną im wcześniej nagrodę Grammy dla najlepszego nowego wykonawcy roku 1990, zespół odszedł w niesławie.

Dziś istnieje kilka zespołów śpiewających piosenki Boney M., w zasadzie każdy z wykonawców z zespołu miał co najmniej jedną taką grupę, prawnicy zarobili sporo na ciągłych sporach o prawa do tych piosenek.

Więc pamiętajmy: Boney M. też jest po niemiecku.

 

EDIT: WO właśnie rozwinął temat w gazecie za pieniądze - TUTAJ.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Muzyka

Komentarze: (8)

Strona 2 z 41234