Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Jak to się robi w Niemczech: Urynoterapia

Dziś wejdę na działkę Barta i napiszę o urynoterapii. Przyznam się od razu, że to wpływ odcinka Quarks & Co sprzed kilku tygodni. TUTAJ można zobaczyć jego fragment.

Popularność urynoterapii w Niemczech zaczęła się stosunkowo niedawno od książki pewnej dziennikarki, niejakiej Carmen Thomas. Dziennikarka ta pracowała przez wiele lat w telewizji WDR. Pani Thomas prowadziła, jako pierwsza kobieta, już w 1973 roku audycję sportową, jednak szybko została z niej wysiudana po tym jak przekręciła nazwę drużyny Schalke 04 - powiedziała Schalke 05. Od razu widać, że nie miała odpowiednich kwalifikacji. Potem przez 20 lat prowadziła audycje radiowe na żywo z udziałem słuchaczy.

WDR ma bardzo mocny dział naukowy - Quarks & Co, Die Sendung mit der Maus, Wissen macht Ah!, Kopfball - to wszystko (i jeszcze więcej) to właśnie WDR. Wygląda na to, że pani Thomas pozazdrościła kolegom i koleżankom z redakcji naukowej i też napisała książkę popularno-naukową (a nawet kilka, ale to inny temat). Pod tytułem "Ein ganz besonderer Saft - Urin" ("Bardzo szczególny sok - uryna"). Temat wziął się z tych audycji na żywo, zdaje się że ktoś z przypadkowych gości (audycje były robione na mieście, rozmówców brała z ulicy) coś na ten temat opowiedział i spotkało się to z żywą reakcją słuchaczy. Książka odniosła niesamowity sukces, szło wydanie za wydaniem i dodruk za dodrukiem. I oczywiście pojawiła się też zaraz cała masa naśladowców (Niemcy mają na to śliczne słowo Trittbrettfahrer - to taki, co jedzie pojazdem komunikacji miejskiej stojąc na zewnętrznym stopniu i oczywiście nie płacąc za bilet), wydających swoje książki na ten sam temat. Było to niedawno - 1993.

Carmen Thomas - Ein ganz besonderer Saft - Urin

Carmen Thomas - Ein ganz besonderer Saft - Urin Żródło: Amazon

Pani Thomas i jej naśladowcy zalecają leczenie literalnie wszystkiego moczem. Własnym. Stosowanym zewnętrznie i wewnętrznie. Na ból gardła - przepłukać je moczem. Na problemy skórne - natrzeć moczem. Na choroby układu pokarmowego - pić mocz. Na choroby wewnętrzne - zastrzyki podskórne z moczu. Po takim poświęceniu każda choroba musi przejść.

Piewcy urynoterapii powołują się na tradycje tradycyjnej medycyny indyjskiej i europejskiej. W Quarks & Co sprawdzili te informacje. Udali się do Hindusa, niejakiego  S.N. Gupty, szefa Ayurveda-College w Nadiad w północnych Indiach. I on się roześmiał i stwierdził, że nie wie dlaczego wszyscy w Europie pytają właśnie o to, bo w Ajurwedze jest mowa tylko o moczu krowim używanym do produkcji leków, ale nigdy jako główny składnik czynny.

Doktor Johannes G. Mayer z uniwersytetu w Würzburgu, zajmujący się badaniem dawnej medycyny klasztornej wskazał też europejskie źródło urynoterapii - książkę Christiana Franza Paulliniego "Die heilsame Dreck-Apotheke" (Lecznicza apteka odchodów) z roku 1696, napisaną po niemiecku, a nie jak książki naukowe tego okresu po łacinie. Książka ta zaleca używanie moczu i kału zwierząt do leczenia bardzo różnych schorzeń, ale ani razu nie wspomina o użyciu do czegokolwiek moczu ludzkiego. (TUTAJ dla zainteresowanych opracowanie na ten temat). Paulini nie był głupi, pracował według przyjętych w tamtych czasach zasad a swoją książkę kierował do biedniejszych warstw społeczeństwa, ludzi których nie stać było na leczenie według standardów ówczesnej big pharmy. Która to big pharma nie odbiegała przecież aż tak bardzo poziomem od proponowanych altmedowych zamienników.

Paullini - Dreck Apotheke

Paullini - Dreck Apotheke Żródło: Wikipedia

Jak z tego widać przeciętny czubek czegoś takiego jak picie własnych sików nie wymyśli, do tego potrzeba prawdziwie zboczonego świra. Któż to był?

Wszystkie publikacje o piciu własnego moczu odwołują się do jednej tylko książeczki niejakiego Johna W. Armstronga, Brytyjczyka mieszkającego w USA. I to właściwie wszystko, co o nim wiadomo. Nikt, również tłumaczka jego książki na niemiecki, nie wie kiedy się urodził, kiedy zmarł, jakie miał wykształcenie, kim był z zawodu, ani nawet jak wyglądał.

No i ten Armstrong zinterpretował sobie cytat z Księgi Przysłów, wers 5,15: "Pij wodę z własnej cysterny, tę, która płynie z twej studni." To jest w kawałku o wierności małżeńskiej, czaicie te erotyczne metafory, ale żeby zinterpretować to jako zalecenie picia własnego moczu, a nie radę żeby bzykać tylko własną żonę, to już trzeba być prawdziwym zbokiem. W końcu parę wersów dalej jest powiedziane wprost (Prz.5,19-20) "19Przemiła to łania i wdzięczna kozica, jej piersią upajaj się zawsze, w miłości jej stale czuj rozkosz! 20Po cóż, mój synu, upajać się obcą i obejmować piersi nieznanej?" Moja wyobraźnia erotyczna nie jest w stanie połączyć tego picia własnych sików z upajaniem się nie swoimi piersiami. Ale może jestem zbyt mieszczański żeby to docenić?

J.W. Armstrong - The Water Of Life

J.W. Armstrong - The Water Of Life Źródło: Amazon

Po dokonaniu tak odważnej interpretacji Pisma Armstrong zabrał się za leczenie samego siebie. Zaaplikował sobie 45-dniowy post, podczas którego pił tylko wodę i własny mocz. Dzięki temu wyleczył się z leczonej wcześniej przez dwa lata i uznanej za nieuleczalną gruźlicy. Potem postanowił się tą rewelacyjną kuracją podzielić z innymi potrzebującymi i zaaplikował ją skutecznie tysiącom pacjentów. Mamy na to jego słowo i to pisane - w 1944 roku opublikował on swoje doświadczenia w książce pod tytułem "The Water of Life".

Zauważmy, że szarlatani opisywani przez Barta zazwyczaj dochodzili do swoich niekonwencjonalnych metod leczniczych przez obserwacje i wnioskowanie. Zgoda że wnioskowanie było często błędne a obserwatorom brakowało podstawowej wiedzy, ale coś próbowali myśleć. Nawet Hahnemann tworząc homeopatię miał jakieś koncepcje teoretyczne wynikające z - niedoskonałych - ale obserwacji i wyciągał - błędne - ale wnioski. A ten tutaj za całą podstawę miał perwersyjną interpretację wyrwanego z kontekstu cytatu ze Starego Testamentu.

Naśladowcy Armstronga posuwali się do tego, że uważali jakiekolwiek diagnozowanie schorzeń za nieistotne i niepotrzebne. Według nich stosowanie własnego moczu pomaga na wszystko, więc po co się niepotrzebnie męczyć jakimś ustalaniem przyczyn.

Kiedy jednak zatrudnimy podstawową logikę do analizy urynoterapii to od razu obudzą się wątpliwości. Przecież własny mocz to właśnie te substancje, których organizm chce się pozbyć. Dlaczego wprowadzać mu je z powrotem? Jak połączymy rurę wydechową samochodu z kolektorem ssącym, to silnik długo nie popracuje. Oczywiście picie własnego moczu przedłuża życie górnikom zasypanym w kopalni, ale to jakby nie ten sam przypadek i inna skala czasowa. O wartości moczu i kału innych gatunków można dyskutować (popijając kawą kopi luwak) - mogłyby one ewentualnie zawierać coś dla człowieka wartościowego, ale o wartości własnego raczej nie. No i oczywiście nie istnieje żadne wiarygodne badanie potwierdzające skuteczność takiego leczenia.

Ktoś powie: Ale przecież nawet big pharma używa ludzkiego moczu! I owszem. Ekstrahuje się z niego na przykład hormony. No i nie podaje się ich akurat tym, od których ten mocz został pozyskany. To w żaden sposób nie daje się zakwalifikować jako urynoterapia.

No dobra, wróćmy do Niemiec. Miłośnicy opisywanej perwersji zrzeszają się w Deutsche Gesellschaft für Harntherapie e.V. i muszę z przyznać że niewielu jest tam lekarzy. Stosują to prawie wyłącznie Heilpraktikerzy - to tacy zatwierdzeni urzędowo niefachowcy od leczenia (to też skandal, muszę strzelić o tym notkę). Ponieważ, w odróżnieniu od innych terapii alternatywnych, tutaj "lek" jest z definicji darmowy, to zarabianie na tym jest trudniejsze. Można najwyżej brać za książki, wykłady, szkolenia i wizyty. Wydaje mi się, że trochę ta mania Niemcom przeszła - używane książki pani Thomas można kupić na niemieckim Amazonie za mniej niż euro, natomiast na amerykańskim książka Armstronga, również używana, nie schodzi poniżej dziesięciu dolarów.

Powiedzcie sami, czy dalibyście się namówić anonimowemu łosiowi z Internetu na regularne pijanie własnych sików? Skąd więc tylu ludzi dających się namówić anonimowemu, dawno zmarłemu i biblijne walniętemu perwertowi z USA? Przecież nawet nie wiadomo tak naprawdę czy on to pisał na poważnie, czy nie jest to niszowe porno, coś jak "Justyna" markiza de Sade (z góry przepraszam markiza za porównanie).

Uzupełnienie: TUTAJ część The Water of Life na google.books.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

3 komentarze

Neue Deutsche Welle: Anette Humpe

Już od dawna zbieram się do rozpoczęcia paru cykli o niemieckiej muzyce rozrywkowej. Jeden z tych cykli będzie nazywał się "I to też jest po niemiecku", prezentować w nim będę ogólnie znane niemieckie zespoły śpiewające po angielsku, jednak (przynajmniej w Polsce) nie kojarzone z Niemcami. Parę zespołów planuję przedstawić w cyklu "Śmieszne tylko po niemiecku". I zostaje jeszcze trochę różnych, na razie wymyśliłem dla nich cykl Neue Deutsche Welle.

Neue Deutsche Welle (w skrócie NDW) była jak dotąd jedynym w miarę oryginalnym prądem w muzyce współczesnej, który narodził się w Niemczech. Popularność na rynku światowym zyskało jednak tylko paru wykonawców tego nurtu (Nena, Trio, Falco, Peter Schilling). Całkiem nieprzypadkowo byli to ci, którzy mieli anglojęzyczne wersje swoich piosenek. Reszta śpiewała po niemiecku i poza obszarem niemieckojęzycznym jest mało znana.

Jedną z bardziej istotnych postaci NDW była Anette Humpe. Wraz ze swoją starszą siostrą Ingą, założyła ona w roku 1979 swój pierwszy zespół Neonbabies. Siostry Humpe między 1980 a 1983 nagrały jako Neonbabies trzy płyty, potem w 1985 i 1987 po jednej wspólnej płycie jako Humpe & Humpe. Z twórczości Humpe & Humpe słuchacz polski raczej nie skojarzy więcej niż jedną piosenkę, o tą:

Mogłoby to być w cyklu I to też jest po niemiecku, ale to już zdecydowanie nie jest NDW tylko standardowe ejtisy.

Nie jestem pewien, czy nie było w polskim radiu jeszcze tego:

Gdyby nie to, że jest w zasadzie po japońsku, to umieściłbym ją w cyklu "Śmieszne tylko po niemiecku". Piosenka nosi tytuł Yama-ha, a jej tekst składa się z nazw japońskich firm. Obciachometr wyskalowany według dzisiejszych kryteriów dochodziłby do końca skali, ale duża część NDW była właśnie ironicznie obciachowa. Wydaje mi się, że chodziło przede wszystkim o odreagowanie nieironicznie obciachowych szlagierów i Volksmusik, dominujących na niemieckim rynku muzycznym.

Większość twórczości Neonbabies średnio nadaje się do słuchania dziś, jeżeli już to raczej jako ciekawostki. Sporo z ich piosenek było nagrane w jakości półamatorskiej, aranżacje są skromne, trzeba lubić te klimaty.

Siostry Humpe grały jednak przede wszystkim niezależnie od siebie, Anette założyła w roku 1980 swój zespół Ideal. Śpiewała tam i grała na klawiszach w również swoje piosenki z Neonbabies. Na przykład tą:

Wykonanie Neonbabies jest raczej blade, tutaj piosenka dostaje pałeru. Akurat ten kawałek Ideal jest najczęściej przypominany w radiu, ale moim zdaniem jest co najmniej parę lepszych. Wkleję dwie, z koncertu z 1981. Na youtubie można znaleźć ich więcej (polecam).

W Polsce za najlepszy zespół NDW uważana jest Nena, ale Niemiec zapytany o to samo wymieni raczej Ideal. W sumie to nie wiem dlaczego akurat Nena się wybiła, może dlatego że jej piosenki były mniej buntownicze a bardziej komercyjne.

Bardziej kontrowersyjna jest ta piosenka Ideal, nie wszyscy wytrzymują takie stężenie ironicznego obciachu:

W 1983 Anette Humpe pożegnała się z Ideal i poświęciła się przede wszystkim działalności producenckiej i kompozytorskiej. Produkowała między innymi Nenę, Die Prinzen i Udo Lindenberga.

W 2004 Anette Humpe rozpoczęła wraz z wokalistą Adelem Tawilem całkiem nowy projekt o nazwie Ich + Ich (Ja i Ja). Anette pisała piosenki i współprodukowała je, Tawil śpiewał, miksował i występował na żywo. Humpe wyrosła już z ironii, piosenki Ich + Ich mają dość poważne, refleksyjne ale jednocześnie pozytywne teksty. Ciekawe że po tylu latach w branży i takich koncertach jak w tych tubkach Humpe nie występuje na żywo, motywując to wielką tremą, czyli po prostu lękiem. A niektóre teksty Ich + Ich sugerują doświadczenia podmiotu lirycznego z zaburzeniami lękowymi.

Ich + Ich nagrali jak dotąd trzy płyty, które sprzedały się bardzo dobrze. Druga (Vom selben Stern) przekroczyła 1.270.000 egzemplarzy - był to najlepiej sprzedający się niemiecki album popowy.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Muzyka

Skomentuj

Jak to się robi w Niemczech: Godziny otwarcia sklepów

Historia ograniczeń czasu otwarcia sklepów w Niemczech jest długa i burzliwa. Zaczyna się ona w wieku XIX, kiedy to większość sklepów była otwarta przez siedem dni w tygodniu od piątej rano do jedenastej wieczorem. I komu to przeszkadzało?

Zaczęło to przeszkadzać po upowszechnieniu się nowej formy sklepu - domu towarowego - w którym zatrudniano do sprzedaży pracowników najemnych. I tak w 1891 ustalono, że w niedzielę można sprzedawać przez najwyżej pięć godzin. Potem, w roku 1900 wszedł w życie pierwszy Ladenschlussgesetz (Ustawa o zamykaniu sklepów). Dopuszczał on otwarcie sklepów w dni powszednie od 5 do 21. Oprócz tego przewidywał indywidualne zezwolenia na otwarcie w niedzielę sklepów spożywczych, kiosków i piekarni, oraz przesunięcie dnia zamknięcia na sobotę dla sklepów żydowskich.

Potem nastąpiła faza dobrowolnych porozumień kupców w obrębie poszczególnych miast, żeby zamykać już o dwudziestej. W 1919 pojawiła się nowa ustawa, zabraniająca handlu w niedzielę a w dni powszednie dopuszczająca otwarcie sklepów między 7 a 19. Za Hitlera czas otwarcia sklepów jeszcze skrócono - trzeba było zamykać już o 18:30.

Kolejne ograniczenia pojawiły się w roku 1957, sklepy mogły być otwarte od poniedziałku do piątku między 7 a 18:30, a w soboty do 14. Zasady te nie obowiązywały  tylko stacji benzynowych, kiosków, sklepów na dworcach, aptek i restauracji.

No i to była po prostu katastrofa. Większość niemieckiej klasy średniej pracowała już wtedy w podobnym trybie jak teraz, czyli w momencie gdy wychodzili z pracy sklepy albo były już zamknięte, albo szykowały się do zamknięcia. Przecież nie było kiedy wydać swoich ciężko zarobionych pieniędzy! A w sobotę tylko do 14 - tłok w sklepach był nieprawdopodobny, bo tylko przez te kilka godzin w tygodniu można było zrobić zakupy!

Pamiętam, że gdy w początku lat 90-tych robiłem z kolegą z Berlina projekty, to gdy się w sobotę trochę zasiedzieliśmy i nie zdążyliśmy przed 14 kupić czegoś do jedzenia, to musieliśmy jeździć na stację metra na Ku-Damm, bo tam był taki mały, ciasny sklepik spożywczy otwarty trochę dłużej, ale za to drogi. A potem i ten sklepik zlikwidowali. Przecież tak się żyć nie dało.

Tak więc trzeba było trochę odpuścić, ale szło to bardzo powoli. Pierwsze, niewielkie  poluźnienie pojawiło się już po pół roku obowiązywania ustawy - w pierwszą sobotę miesiąca można było sprzedawać do 18 (langer Samstag - długa sobota). Potem w 1960 uchwalono, że w cztery soboty adwentu też można robić zakupy do 18 - bo inaczej nawet żeby kupić prezenty pod choinkę trzeba było brać urlop. Ale potem godziny otwarcia się zabetonowały na prawie 30 lat.

Dopiero w październiku 1989 poluźniło się troszeczkę - pojawił się Langer Donnerstag - długi czwartek - sklepy w czwartki były otwarte do 20:30.

Wyraźna poprawa nastąpiła dopiero w 1996 - sklepy od poniedziałku do piątku mogły być otwarte od 6 do 20, a w soboty do 16. Długiego czwartku już nie było. No to już było w miarę cywilizowane.

W ostatnich latach rozluźnianie szło dalej.  W 2003 zamieniono pozytywną listę dopuszczalnych czasów otwarcia na negatywną - od tego czasu nie wolno było handlować:

  • w niedziele i święta
  • od poniedziałku do soboty między 20 a 6
  • w Wigilię (jeżeli był to dzień powszedni) przed 6 i po 14

Wyjątki dopuszczono dla sklepów "zaopatrzenia podróżnych". Gminy mogły zorganizować z okazji targów, świąt itp. do czterech niedziel rocznie, kiedy sklepy mogły być otwarte (Verkaufsoffener Sonntag). Z ograniczeniami - koniec miał być nie później niż o 18, nie więcej niż 5 godzin i - uwaga - czas otwarcia sklepów miał być poza godzinami najważniejszych mszy.

Na podstawie podanych informacji można zauważyć w ustawodawstwie co najmniej dwie intencje stojące za tymi ograniczeniami. Po pierwsze była to ochrona pracowników. I tu uważam że przez dziesięciolecia przeholowywano. Ja rozumiem że nikt nie chce siedzieć do późna w pracy, ale na tej zasadzie moglibyśmy wprowadzić przerwę obiadową w restauracji w porze, kiedy wszyscy idą zjeść. Kelnerzy i kucharze też chcą zjeść obiad o tej samej porze co inni ludzie. Natomiast za zakazem handlu w niedziele murem stoją kościoły ewangelicki i katolicki i to im ustawa ma się podobać.

W 2006 uchwalono reformę federacyjności (Föderalismusreform - jak to ładnie przetłumaczyć?) i sprawy czasu otwarcia sklepów przeszły w gestię landów. Każdy land zrobił sobie swoje zasady, jednak w ich większości ograniczenia - przynajmniej od poniedziałku do piątku - zostały całkowicie zniesione (tylko w 4 landach nie). Pewne ograniczenia w soboty obowiązują w prawie połowie landów, a w niedziele sklepy sa generalnie zamknięte (poza wspomnianymi wcześniej Verkaufsoffener Sonntag).

Swoje lata prosperity miały dzięki Ladenschlussgesetz stacje benzynowe w końcu lat 90-tych. Rozwinęły się one w nieźle zaopatrzone sklepy spożywcze, można było kupić w nich praktycznie wszystko na śniadanie a i sporo na obiad. Teraz już tak nie jest.

Przeciwnicy poluźniania Ladenschlussgesetz argumentowali przez dziesięciolecia tak, jak to przeciwnicy każdego poluźniania - jakby poluźnienie było dla wszystkich przymusowe. Jakby wszyscy musieli mieć sklepy otwarte przez całą dobę, żenić się z pedałami i robić sobie in-vitro.

Ladenschluss 24h - nein

Ladenschluss 24h - nein Żródło: Kolpingwerk Fulda

Aktualna praktyka jest taka, że mniejsze sklepy w małych miasteczkach są otwarte do 18:30, w miastach większość do 20, duże sklepy i domy towarowe do 22. Niektóre sklepy, ale rzadko, do 24.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

3 komentarze

Lost in translation: Mleko Matki Boskiej

Liebfrauenkirche w Worms

Liebfrauenkirche w Worms Żródło: www.boligo.de

Również w Polsce jest do nabycia niemieckie wino z wizerunkiem Matki Boskiej na etykiecie, opisane jako Liebfrauenmilch. Co jest najczęściej tłumaczone jako "Mleko Matki Boskiej, hehehe".

Na pierwszy rzut oka wszystko się zgadza. Liebe Frau (Ukochana Pani) to rzeczywiście jedno z określeń Matki Boskiej a Milch to mleko. Ale sens oryginału całkowicie ginie w takim tłumaczeniu.

O co więc tu chodzi? Problem leży w niemieckim słowotwórstwie. Pisałem już o tym, że Martin-Buber-Schule to nie jest szkołą należąca do Martina Bubera, tylko szkołą jego imienia. A Hundertwasser-Kita to nie przedszkole należące do Hundertwassera, tylko przez niego zaprojektowane. Tu mamy podobny wypadek: Pierwotnie chodzi tu o wino wyprodukowane w winnicach należących Liebfrauenkirche (kościoła pod wezwaniem Ukochanej Pani - czyli Matki Boskiej) w Worms. Mleko w nazwie pochodzi od pielgrzymów odwiedzających kościół, chwalili oni to wino że smakuje "jakby pili mleko naszej Ukochanej Pani". Czyli coś w stylu  "Piwo z rana jak śmietana". Pełne i sensowne tłumaczenie nazwy Liebfrauenmilch powinno brzmieć Dobre wino od (kościoła) Matki Boskiej. Oczywiście to za długie i nikt tak mówił nie będzie, ale skojarzenia erotyczno-religijne Mleka Matki Boskiej są nie na miejscu.

Liebfrauenmilch to wino białe, półsłodkie.Do jego produkcji mogą być używane winogrona tyko określonych gatunków, a w minimum 70% ma być to Riesling.

Pierwsza wzmianka w dokumentach o Liebrauenmilch pochodzi z roku 1744, wtedy nazwę tą mogło nosić wyłącznie wino produkowane z winogron które wyrosły "w zasięgu cienia wieży kościoła w Worms". Dziś wino o tak dokładnie określonym pochodzeniu sprzedawane jest jako "Wormser Liebfrauenstift-Kirchenstück", stosunkowo drogo - znalazłem w sieci ceny od 7 do 16 euro za butelkę.

W wieku XIX Liebfrauenmilch stało się szlagierem eksportowym, a ponieważ ta nazwa nie była chroniona to pojawiło się mnóstwo podróbek pochodzących spoza zasięgu cienia wieży. Interes był dobry, bo popyt był duży, a zasięg cienia - czyli skala produkcji oryginału - niewielka. Nazwą Liebfrauenmilch nazywana jest od tego czasu duża część win z całego regionu Rheinhessen. A od lat 80-tych XX wieku wypuszcza się po tą nazwą wino supermarketowe, dostępne tanio w dużych zakręcanych butelkach, a nawet w kartonach. W niektórych krajach (na przykład w Anglii i Rosji) tani Liebrauenmilch uważany jest za typowe wino niemieckie, co bardzo wkurza niemieckich producentów bardziej markowych win.

Wino "Liebfrauenmilch" w kartoniku

Wino "Liebfrauenmilch" w kartoniku

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?, Język

3 komentarze

Powodzi się nam tu, we Frankfurcie

Po mroźnym i śnieżnym okresie zrobiło się gwałtownie ciepło, a na dodatek popadał deszcz. I to po rzece widać.

Powódź we Frankfurcie

Powódź we Frankfurcie

 Stany alarmowe są oczywiście dawno przekroczone.

Powódź we Frankfurcie

Powódź we Frankfurcie

Ale specjalnego problemu nie ma. Jedynie Stare Miasto wymagało zabezpieczenia.

Powódź we Frankfurcie

Powódź we Frankfurcie

Zalane są tylko bulwary spacerowe nad Menem, ...

Powódź we Frankfurcie

Powódź we Frankfurcie

posterunek ratownictwa wodnego, ...

Powódź we Frankfurcie

Powódź we Frankfurcie

 kawałek ulicy.

Powódź we Frankfurcie

Powódź we Frankfurcie

Klub wioślarski musiał otworzyć drzwi rzece, ...

Powódź we Frankfurcie

Powódź we Frankfurcie

chociaż teraz nie musieliby wynosić łodzi - mogliby wypłynąć wprost ze swoich pomieszczeń.

Powódź we Frankfurcie

Powódź we Frankfurcie

 Zalana jest też wysepka, na której zazwyczaj siedzi mnóstwo ptaków wodnych (to tam, gdzie drzewa).

Powódź we Frankfurcie

Powódź we Frankfurcie

 Ptaki siedzą na brzegu i patrzą na swoją wysepkę jak, nie przymierzając, powodzianie na swoje zniszczone domy.

Powódź we Frankfurcie

Powódź we Frankfurcie

Trzeba przyznać, że firma budowlana prowadząca prace na bulwarze się wykazała.

Powódź we Frankfurcie

Powódź we Frankfurcie

Woda przelewa się przez bramę śluzy na Menie.

Powódź we Frankfurcie

Powódź we Frankfurcie

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Ciekawostki

Skomentuj

Jak to się robi w Niemczech: Wyprzedaż sezonowa

Na pewno wszyscy czytelnicy (no może poza najmłodszymi) kojarzą z RFN właśnie wyprzedaże sezonowe: letnią (Sommerschlussverkauf, SSV) i zimową (Winterschlussverkauf, WSV). Od lat Polacy pielgrzymowali na niemieckie wyprzedaże, aby tanio się obkupić.

Przez bardzo długi czas wyprzedaże miały dokładnie wyznaczone terminy i czas trwania. Wyprzedaż zimowa to był zawsze ostatni tydzień stycznia i pierwszy tydzień lutego, wyprzedaż letnia to ostatni tydzień lipca i pierwszy tydzień sierpnia. Wyprzedaży podlegały wyłącznie artykuły sezonowe: ubrania, dodatki, buty, artykuły skórzane i tapicerskie, ale również materace i niektóre artykuły sportowe.

Wyprzedaż sezonowa w Niemczech

Wyprzedaż sezonowa w Niemczech

Terminy te zostały określone w Gesetz gegen den unlauteren Wettbewerb (Ustawa przeciw nieuczciwej konkurencji) z 1909 roku. W tych czasach nie dbano specjalnie o ochronę konsumentów, ale tylko o to żeby firmy obecne na rynku nie wykańczały się wzajemnie. Stąd takie rozwiązanie - wszyscy mieli wyprzedawać równocześnie i tylko przez ograniczony czas.

Popularności wyprzedażom bardzo dodały dwa późniejsze akty prawne: Rabattgesetz (Ustawa o rabatach) z 20.11.1933 i Zugabeverordnung (Rozporządzenie o dodatkach) z 09.03.1932. Ograniczały one maksymalny udzielany rabat na pełnowartościowy towar w ilościach detalicznych do najwyżej 3% jego wartości (i to tylko wtedy, jeżeli towar został od razu zapłacony) i zabraniały dodawania do towaru upominków albo dodatkowych usług (poza drobnymi reklamówkami niewielkiej wartości). Rzut oka na daty tych aktów prawnych zdradza ich cel - były one skierowane przeciw kupcom żydowskim u których można było się targować. Mimo że narodowy socjalizm wyszedł po pewnym czasie z mody, a i ilość sklepów żydowskich zmniejszyła się radykalnie, obie ustawy obowiązywały przez dziesięciolecia. Jedyną możliwością sprzedania towarów taniej były właśnie te dwie wyprzedaże w roku. Zakazowi nie podlegała wyprzedaż likwidacyjna, co wykorzystywały nagminnie firmy sprzedające dywany. Wynajmowały one pomieszczenia na kilka miesięcy, przywoziły tam towar i natychmiast ogłaszały wyprzedaż likwidacyjną. Aż trudno było znaleźć sklep z dywanami nie będący aktualnie w likwidacji.

Ustawy te nie dotyczyły oczywiście towarów niepełnowartościowych, zbliżających się do daty przydatności do spożycia itp. Mało kto wie, że w niemieckich domach towarowych można było się targować, jeżeli znaleziony egzemplarz towaru był uszkodzony.

Wyprzedaż była w Niemczech instytucją. Pierwszego jej dnia przed domami towarowymi gromadziły się tłumy czekając na otwarcie i możliwość szturmu na najlepsze okazje. Niektórzy brali na ten dzień urlop. Ale sprzedawcy też nie byli w ciemię bici - w na przeceny oprócz faktycznie przecenionych artykułów wyższej jakości pojawiały się też towary specjalnie wyprodukowane i dostarczone na wyprzedaż, o jakości odpowiadającej cenie "wyprzedażowej".

Początkiem końca takich wyprzedaży było uchylenie RabattgesetzZugabeverordnung w lipcu 2001. Od tego momentu przecenę można było zrobić w dowolnym momencie i na dowolne towary. Ostatnim gwoździem do trumny była modyfikacja ustawy o nieuczciwej konkurencji z 01.06.2004, która zniosła jednolity termin wyprzedaży i ograniczenie do towarów sezonowych. Od tego czasu każda firma robi wyprzedaż zimową i letnią kiedy jej się spodoba.

Wyprzedaż sezonowa w Niemczech

Wyprzedaż sezonowa w Niemczech

Pozytywnym aspektem tych zmian jest oczywiście generalny spadek cen dzięki wielu obniżkom i rabatom. Ale trochę szkoda tych konkretnych terminów wyprzedaży - teraz nawet w sezonie przecen trzeba "polować" na okazję, zamiast wybrać się do sklepu w dokładnie określonym momencie.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Skomentuj

Jak to się robi w Niemczech: Skandale z żywnością

Ostatnio wszystkie media trąbią o wielkim skandalu z dioksynami w jajkach. A było to tak:

Jedna firma produkująca pasze dla zwierząt hodowlanych użyła do produkcji zamiast tłuszczów spożywczych tłuszczów technicznych. Na którymś etapie było to zdaje się celowe działanie, nie jest jednak dla mnie jak dotąd jasne czy to producent tłuszczów (firma Harles und Jentzsch) sprzedał tłuszcz techniczny jako paszowy, czy namącił pośrednik, czy też producent pasz sobie przyoszczędził. No ale to nie takie ważne. Nic specjalnego by się nie stało, gdyby ten tłuszcz techniczny nie był skażony dioksynami.

Teraz będzie o dioksynach. Nikt nie kwestionuje, że dioksyny są szkodliwe i, co gorsza, gromadzą się w organizmie robiąc szkody w dłuższym terminie. Ale ostatnio, w HR-Info, usłyszałem pierwszą rozsądną wypowiedź na ten temat, wypowiadał się chemik od żywności. I on mówił tak:

  • Dioksyny są w obecne w środowisku - a co za tym idzie i w żywności - od czasu gdy cywilizacja zaczęła używać ognia.
  • Jedynym produktem żywnościowym nie zawierającym dioksyn (przynajmniej w ilościach większych niż śladowe) jest cukier rafinowany.
  • Normy na zawartość dioksyn w żywności nie są uzasadnione toksykologicznie, tylko technicznie.
  • Na każdy rodzaj produktu normy są inne, ten "ogromny" poziom dioksyn wykryty w jajkach, gdyby wystąpił w rybach, mieściłby się bez problemu w dopuszczalnym zakresie.
  • Nawet Bio-produkty z hodowli ekologicznych mogą mieć podwyższony poziom dioksyn.
  • Gdyby badać poziom dioksyn w wybranej grupie towarowej, to tylko kwestią czasu i ilości wykonanych prób jest, żeby znaleźć partię z ilością dioksyn przekraczającą normę. Nikt tego nie robi, bo te testy są stosunkowo drogie i pracochłonne.
  • Obciążenie środowiska, czyli w konsekwencji żywności, dioksynami od wielu lat generalnie spada.

Brzmi to wszystko sensownie, więc bez paniki.

No dobrze, ale jak właściwie takie skandale wychodzą na światło dzienne?

W Niemczech problematykę kontroli żywności reguluje Lebensmittel-, Bedarfsgegenstände- und Futtermittelgesetzbuch (Kodeks artykułów żywnościowych, użytkowych i paszowych), a kontrole są w gestii landów. Każdy land ma swoją instytucję kontrolną, nazwy ich i umocowanie w strukturze administracji są różne. Centralną czapką nad tymi instytucjami jest Bundesamt für Verbraucherschutz und Lebensmittelsicherheit (Centralny urząd do spraw ochrony konsumentów i bezpieczeństwa żywności), podlegający pod Bundesministeriums für Ernährung, Landwirtschaft und Verbraucherschutz (Ministerstwo wyżywienia, rolnictwa i ochrony konsumentów). Kompetencje instytucji kontrolnych to pierwsza połowa kompetencji polskiego Sanepidu (SANitarne). Częścią EPIDemiologiczną zajmują się inne instytucje.

Kontrolerzy chodzą po firmach i prowadzą kontrole. I co pewien czas coś wykryją. Na przykład w 2005 wykryli skandal z używaniem mięsa o wiele zbyt długo przechowywanego w zamrażalniach do produkcji kebabów. Ale jest ich oczywiście zbyt mało żeby skontrolować wszystko. Stąd też przepisy zobowiązują producentów do zgłaszania wykrytych przekroczeń dopuszczalnych poziomów substancji szkodliwych i do prowadzenia ścisłej dokumentacji pochodzenia surowców używanych do produkcji. Metoda ta jest oczywiście niedoskonała, bo producent może mieć tu konflikt interesów i coś kombinować. Ale w wielu wypadkach działa. Na przykład producent jedzenia dla niemowląt, firma Hipp, kilka lat temu wykryła i zgłosiła odpowiednim władzom przekroczenie dopuszczalnego poziomu szkodliwych substancji w partii surowców bio które, jak się potem okazało, były przechowywane w poenerdowskim magazynie od środków ochrony roślin. Ponieważ wszyscy pośrednicy mieli pełną dokumentację, bez problemu dało się ustalić źródło skażenia.

Planowana jest korekta systemu, żeby obowiązek zgłoszenia leżał nie po stronie producenta, tylko po stronie laboratorium wykonującego badanie - bo duża część producentów zleca wykonywanie badań laboratoriom zewnętrznym.

Spotykam często twierdzenia, że w Polsce, to dopiero żywność jest zdrowa i nie zanieczyszczona substancjami szkodliwymi. Myślę, że wątpię. To raczej tylko wrażenie wywołane małą ilością kontroli. Nie słyszałem żeby Sanepid wykrył kiedykolwiek jakąś naprawdę grubą aferę. A przecież one istnieją - przypomnę tu aferę z wędlinami z Constaru, wykrytą przez dziennikarzy, a nie przez jakiekolwiek regularne mechanizmy. Szalonych krów też w Polsce nie było, dopóki nie zaczęto ich badać.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Skomentuj

Jak to się robi w Niemczech: Testy artykułów konsumenckich

Niemcy są krajem, w którym bardzo rozwinięta jest ochrona konsumentów. Dziś o testach produktów obecnych na rynku.

Logo Stiftung Warentest

Logo Stiftung Warentest Źródło: Wikipedia

W roku 1964 roku, po wieloletnich dyskusjach powstała powołana do życia przez rząd niemiecki instytucja o nazwie Stiftung Warentest (Fundacja Testowania Produktów). Jest to niezależna fundacja dofinansowywana z budżetu, której zadaniem jest, jak sama nazwa wskazuje, testowanie obecnych na rynku produktów i publikacja wyników testów. Drugim (a w zasadzie pierwszym) oprócz dotacji budżetowej źródłem finansowania fundacji jest sprzedaż tych właśnie wyników testów. Dofinansowanie budżetowe ma być wyłącznie rekompensatą za zakaz publikowania reklam.

Fundacja wydaje sporo:

Logo Test

Logo Test Źródło: Wikipedia

Miesięcznik Test, zawierający właśnie testy produktów. Wydawany jest już od 1966 roku i rozchodzi się średnio w nakładzie ponad 500.000 egzemplarzy. Zdecydowana większość nakładu (432.000) sprzedawana jest w prenumeracie. Oprócz regularnego miesięcznika wydawane są wydania specjalne zawierające testy pogrupowane tematycznie i roczniki z wszystkimi testami wykonanymi w danym roku.

Logo Finanztest

Logo Finanztest Źródło: Wikipedia

Miesięcznik Finanztest, w którym publikowane są testy i porady dotyczące lokat, ubezpieczeń i podatków. Pismo to pojawiło się na rynku w roku 1991 i jego nakład jest niższy - ok. 250.000 egzemplarzy (z czego 205.000 w prenumeracie). Tu też są wydania specjalne i roczniki.

Książki

Fundacja wydaje sporo książek poświęconych omówieniu jakiejś grupy produktów. Na przykład była taka, w której przeanalizowano dużą grupę leków bezreceptowych oceniając, co działa na pewno, co ma szanse działać, a co jest tylko nabijaniem kasy. Mimo że drogie, warto kupić.

Fundacja Warentest bardzo dba o swoje dobre imię a zwłaszcza o to, aby nie powstał nawet cień podejrzenia o stronniczość lub zależność od jakiejkolwiek firmy. Nie zamieszcza na przykład w swoich publikacjach jakichkolwiek reklam (poza reklamami własnych wydawnictw).

Podobnie wysokie standardy obowiązują przy testach. Towary do testów zawsze są kupowane anonimowo w kilku sklepach w różnych rejonach kraju. Testy wykonywane zlecane niezależnym, specjalistycznym instytutom naukowym. Test użytkowania przeprowadza odpowiednio pod względem statystycznym dobrana grupa amatorskich testerów. Metodologia testów i kryteria oceny są zawsze publikowane i jest to bardzo interesująca lektura, przynajmniej dla inżyniera.

Zdarza się, że jakiś producent poczuje się niesprawiedliwie oceniony, niektórzy idą z tym nawet do sądu, ale tylko wyjątkowo sąd przyznaje im rację. W zdecydowanej większości wypadków okazuje się, że ocena była uzasadniona. Właściwie w ostatnich 20 latach to chyba tylko dwa razy fundacji zdarzyła się poważniejsza wpadka: raz gdy w tabelce zrobionej w Excelu, w której oceniali jakieś ubezpieczenia coś im się pomieszało i wyniki były błędne, drugi raz gdy oceniali bezpieczeństwo stadionów na Mundial 2006 i ich zastrzeżenia rzeczywiście były niesłuszne a opierały się na błędnych pomiarach.

Każda taka wpadka to dla prasy, radia i telewizji omalże breaking news, dostaje im się wtedy od wszystkich. To jest dopiero nacisk. Ale z drugiej strony fundacja ma nieprawdopodobny wpływ na rynek - pamiętam że w początku lat 90-tych producenci chwalili się na plakatach gdy otrzymali ocenę befriedigend (zadowalający). Dziś produkt który otrzyma taką ocenę nierzadko wypada z rynku!

Testy fundacji można nabyć w różny sposób. Na przykład kupując ich pismo. Ale oczywiście akurat gdy potrzebny jest test jakiejś grupy produktów to w aktualnym numerze go nie ma. Można pismo zaprenumerować, ale jest lepsza i tańsza metoda: Wszystkie testy i artykuły są dostępne w sieci. Jest jednak drobny haczyk: Nowsze testy są płatne. Cena jednego artykułu wynosi od 0,50 do 2 Euro. Jak potrzeba jeden, czy dwa, to nie ma sprawy, ale wzięłoby się jeszcze o tym, albo o tamtym...

W takiej sytuacji trzeba podejść inaczej. Trzeba zapłacić za ograniczony tylko czasowo dostęp do archiwum. W tej chwili kosztuje to 7 Euro za miesiąc, wcześniej oferowano dwie godziny za parę euro, ale w dobie szybkiego internetu to nie był dla fundacji dobry interes. Przez te dwie godziny można było sobie ściągnąć wszystko, co podeszło i jak leci, a poczytać dopiero później.

 

Logo Ökotest

Logo Ökotest Źródło: Wikipedia

Fundacja ma też prywatnego konkurenta - pismo "ÖKO-TEST". Ale ja ich nie cenię. Oni robią swoje testy maksymalnie tanio i w praktyce ograniczają się do analizy chemicznej na zawartość szkodliwych substancji + absolutnie podstawowy test użytkowania. O ile przy żywności albo kosmetykach byłoby to jeszcze mniej więcej OK, to ocena na przykład tornistra na tej podstawie nie jest jakaś szczególnie miarodajna. Bardziej złożonych produktów, na przykład elektroniki nie testują wcale. Więc jeżeli na produkcie widzicie dobrą ocenę ÖKO-TESTu to nie znaczy, że ten produkt jest dobry. Znaczy to najwyżej, że jest nieszkodliwy dla zdrowia.

Na koniec jeszcze anegdota: Pamiętam że w początku lat 90-tych fundacja przetestowała różne prezerwatywy, w tym również produkcji polskiej (nie pamiętam dokładnie skąd im się wzięła akurat polska, ale chyba postanowili zrobić porównanie ponadregionalne). Polska prezerwatywa wypadła w teście bardzo źle, i jakaś pani z polskiego ministerstwa zdrowia publicznie w radiu wysuwała w stosunku do fundacji zarzuty o chodzenie na pasku rządu i celową walkę z polskimi producentami. Gdyby powiedziała to w Niemczech, to by wkrótce dostała pozew.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (1)

Jak to się robi w Niemczech: Zarobki księży

W pewnej dyskusji w sieci padło interesujące pytanie: Ile w Niemczech zarabia ksiądz?. Przyznam, że nie miałem o tym pojęcia, ale chwilę poszukałem i wyniki są interesujące.

Księża w Niemczech wynagradzani są według siatki płac obowiązującej w sektorze publicznym, przewidzianej dla urzędników, sędziów i żołnierzy, zdefiniowanej w Bundesbesoldungsgesetz. Od swoich wynagrodzeń płacą oni podatki według normalnych zasad, płacą ryczałtową składkę na ubezpieczenie zdrowotne (ok. 250 euro), ale nie płacą składek na ubezpieczenia społeczne. W Niemczech różnym sytuacjom życiowym przyporządkowane są różne klasy podatkowe (Steuerklasse, muszę też kiedyś napisać o tym notkę), ksiądz katolicki jako osoba samotna ma najmniej korzystną klasę I, żonaty pastor będzie miał bardziej korzystną klasę (klasa podatkowa odpowiada w pewnym zakresie obowiązującej w Polsce koncepcji wspólnego rozliczania się małżonków). Pastor dzieciaty ma oczywiście ulgę na dziecko, Kindergeld itd.

W siatce płac ustalone są grupy wynagrodzeń dla różnych stanowisk, podzielone jeszcze na klasy.

Ksiądz zaczyna od grupy A13, tak jak na przykład kierownik szkoły podstawowej z od 80 do 180 uczniów, początkujący lekarz, albo major. Taryfa ta obowiązuje dla proboszcza, wikarego, itp.

W wieku około 40 lat ksiądz przechodzi do grupy A14, jak ordynator, a w wojsku podpułkownik.

Nieliczni księża awansują do grupy A15 (ambasador) a nawet A16 (pułkownik).

Do tego księża otrzymują generalnie "trzynastkę" i dodatki tak jak w służbie cywilnej - zasiłek urlopowy itp.

Zauważmy, że księża prawie zawsze mieszkają w domu parafialnym lub zgromadzeniu zakonnym i nie płacą (lub płacą bardzo niewiele) za mieszkanie. Ta różnica polega opodatkowaniu jak dodatkowy dochód. Na ubezpieczenie zdrowotne, OC  na samochód itp., księża mają preferencyjne taryfy, mają też bezpłatne konta w kościelnych bankach. Koszty pomocy domowej są pokrywane w 50-75% ze środków diecezjalnych (czytaj: podatku kościelnego). Dojazdy do pracy są całkowicie zwracane przez pracodawcę, inni podatnicy mogą je najwyżej odliczać od podstawy opodatkowania.

Teraz uwaga, będą konkretne sumy w widełkach. Już widzę jak niektórzy czytelnicy robią facepalma, że zły zawód sobie wybrali. Poniższe sumy to zarobki brutto, w nawiasie netto dla księdza katolickiego lub bezdzietnego pastora, po odliczeniu ryczałtowego ubezpieczenia zdrowotnego. "Trzynastki" i inne dodatki nie są tu doliczone.

Grupa uposażenia Brutto od Brutto do Netto od Netto do
A13 3403.19 € 4375.53 € 2424.55 € 3008.65 €
A14 3499.83 € 4759.09 € 2485.06 € 3224.28 €
A15 4277.90 € 5373.77 € 2952.43 € 3566.59 €
A16 4719.23 € 5986.47 € 3202.10 € 3907.81 €

Pensje księży finansowane są z podatków kościelnych.

Inaczej wygląda sprawa z wyższymi funkcjonariuszami kościelnymi. Ich pensje finansowane są przez państwo według innych taryf. I tak:

Kanonik, ordynariusz, biskup pomocniczy - B2, jak na przykład dyrektor departamentu

ordynariusz, biskup pomocniczy - B3, jak Direktor beim Bundesnachrichtendienst

Biskup - B8, jak na przykład szef urzędu statystycznego.

Konkretne sumy:

Grupa uposażenia Brutto Netto
B2 6242.51 € 4150.44 €
B3 6610.12 € 4255.14 €
B4 8683.31 € 5499.68 €

Około 2/3 zebranego podatku kościelnego idzie na uposażenia księży i pracowników świeckich kościołów.

Źródła:

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

3 komentarze

Jak to się robi w Niemczech: Sylwester z „Dinner for one”

Sylwester już za nami, ale na chwilę do niego wrócę.

W Polsce mamy nową, świecką tradycję, że na Boże Narodzenie w telewizji musi być "Kevin sam w domu". W Niemczech mają podobną tradycję dotyczącą Sylwestra, tyle że znacznie starszą. W Niemczech nie ma Sylwestra bez skeczu "Dinner for one".

Dinner for one to skecz wyprodukowany przez NDR już w roku 1963. Autorem skeczu był angielski komik Lauri Wylie, grali w nim aktorzy również angielscy Freddie Frinton i May Warden. Skecz nie nadaje się do cyklu "Smieszne po niemiecku", bo jest całkowicie po angielsku (poza wprowadzeniem), jednak jest łatwo zrozumiały również dla nie znających tego języka.

W skeczu Miss Sophie, staruszka z klasy wyższej, obchodzi swoje dziewięćdziesiąte urodziny. Zaprasza na nie, jak co roku, swoich czterech przyjaciół - są to Sir Toby, Admiral von Schneider, Mr. Pommeroy i Mr. Winterbottom. Przygotowaniem przyjęcia i obsługą gości zajmuje się jej służący James. Problem polega na tym, że ci czterej przyjaciele zmarli już wiele lat temu i ich role - jedzenie, wznoszenie toastów itp. - musi grać służący, oczywiście upijając się toastami coraz bardziej.

Skecz zbudowany jest na paru running gagach, z których gag słowny („The same procedure as last year, Miss Sophie?“ - „The same procedure as every year, James“ ) wszedł do języka potocznego i to po angielsku.

Dinner for one jest pokazywany od tego 1963 roku na Sylwestra we wszystkich niemieckich programach regionalnych. Tak często, że w już w 1988 wpisano go do Księgi rekordów Guinessa jako najczęściej powtarzaną produkcję telewizyjną. Oglądalność skeczu jest niesamowita, na przykład w rekordowym roku 2004 obejrzało go 15,6 milionów widzów niemieckich.

Skecz jest często parodiowany i naśladowany, ostatnio w Sylwestra widziałem zrobione w ten sposób odcinki Wissen mach Ah i Bernd das Brot. A na pewno było tego więcej, bo to były wszystkie dwa programy sylwestrowe, które nagrały się na moim video gdy byłem w kraju.

Skecz jest absolutnie kultowy, na przykład kilka lat temu na weselu mojego krewnego, zagrali go jego znajomi.

A teraz skecz:

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

Komentarze: (1)