Trochę paternosterów we Frankfurcie jeszcze działa, nie tylko w I.G.-Farben-Haus.
Bayer-Haus Frankfurt Źródło: Wikipedia Autor dontworry
Dziś o paternosterze w dawnym budynku firmy Bayer. Budynek ten jest znacznie nowszy niż Poelzig-Haus i pochodzi z roku 1952 (to ten, przed którym rosną dwa drzewa, zdjęcie z Wiki bo z dołu trudno zrobić jakieś porządne).
Od niedawna (2008) mieści się tam hotel, a w najwyższej, przeszklonej kondygnacji urządzono restaurację z pięknym widokiem na wieżowce centrum Frankfurtu i pobliski Taunus.
Na górę można się dostać współczesną windą (dla purystów: dźwigiem osobowym), albo paternosterem.
Paternoster w hotelu Fleming, Frankfurt
Widać różnicę technologiczną w porównaniu z paternosterami z lat 30-tych - ten porusza się wyraźnie ciszej a kabiny są wyłożone blachą nierdzewną.
Dziś w notce będą występować nagość i obrzydliwość, stąd po raz pierwszy podział na wstęp i treść. Rzecz nie dla wrażliwych, wejście na własną odpowiedzialność. Czytaj dalej »
Już od dawna zbierałem się do napisania notki o Walterze Moersie z jego "Kapitanem Niebieskim Misiem/Jagodą" (Käpt'n Blaubär) i innych reprezentantach humoru niemieckiego, a tu pewien czas temu częściowo ubiegł mnie MRW. W dodatku wymyślił najlepszy możliwy tytuł dla takiego cyklu, nie pozostaje mi nic innego jak ten tytuł bezwstydnie ukraść. Ale może na początek napiszę o czymś innym śmiesznym tylko po niemiecku - o Berndcie Chlebie (Bernd das Brot).
Berndt das Brot, Erfurt
Bernd Chleb to bochenek białego, foremkowego chleba z dłońmi i stopami wystającymi bezpośrednio korpusu. Bernd jest stale skwaszony, zgryźliwy, fatalistyczny i depresyjny, jego ulubionym zajęciem jest wpatrywanie się w południową ścianę swojego pokoju (co w jednym odcinku ma mu za złe ściana północna) i uczenie się na pamięć wzoru Raufasertapette (ma to polską nazwę?). W telewizji najbardziej lubi oglądać "Najnudniejsze odcinki kolejowe Niemiec" ("Best of Deutschlands langweiligste Bahnstrecken"), co jest nabijaniem się z kanału telewizyjnego kolei niemieckich "Bahn TV", pokazującego w nocy namiętnie program "Najciekawsze odcinki kolejowe". Program jest bardzo tani - kamera ustawiona w kabinie maszynisty pokazuje widok do przodu z jadącej lokomotywy. I tak godzinami. Naprawdę nie wiem, kto poza Berndem to ogląda. Natomiast ulubionym czasopismem Bernda jest pismo "Pustynia i Ty" ("Die Wüste und du") - tutaj nie łapię, z czego to polewka. Wszelkie problemy i niepowodzenia Bernd kwituje słowem "Mist", co dosłownie oznacza obornik (czyli gnój), ale po niemiecku jest łagodnym przekleństwem, odpowiadającym z grubsza naszemu "cholera".
Bernd das Brot jest między innymi bohaterem serialu, w którym jest właścicielem domu w kształcie chleba, który zamieszkuje wraz z hiperaktywną owcą Chili (Chili das Schaf) i szalonym wynalazcą krzakiem Briegelem (Briegel der Busch). Bernd nie zwraca się do nich po imieniu, tylko per Owco i Krzaku. Owca i krzak wciągają Bernda w różne przygody, których Bernd za wszelką cenę stara się unikać. I chyba słusznie, bo niemal zawsze kończą się one mandatem od policjanta Budimtschitscha (żeby tylko jednym), wręczanym właśnie Berndowi jako właścicielowi domu.
Bernd należy, według jego własnej wypowiedzi, do gatunku „Homo Brotus Depressivus“. Oficjalna wersja jest taka, że wymyślony został jako maskotka dla kampanii reklamowej sieci piekarni. Ponieważ kampania nie wyszła, musiał pójść pracować do kanału KI.KA i stąd jego depresja. Tak naprawdę Bernd został wymyślony przez Tommy Krappweisa, a postać jest wzorowana na jego przyjacielu Normanie Cösterze. Pierwowzorem owcy Chili był sam Krappweis, a krzaka Briegela dyrektor techniczny firmy produkującej program Michael Briegel.
Na zdjęciu Tommy Krappweis pokazuje podobieństwo między Normanem Cösterem a Berndem Brotem.
Skąd wziął się Bernd das Brot Źródło: Wikipedia Autor: Richard Jebe
Serial jest bardzo odjechany, a przygody Bernda należą zazwyczaj do klasycznego repertuaru pulp-SF - podróże w czasie, zbuntowane roboty, cudowne gadżety, zmniejszanie i zwiększanie przedmiotów, przenoszenie się do filmu lub odwrotnie - pojawianie się filmowych potworów, wymiana osobowości itp. Wszystko to w domu i przydomowym ogródku. Innym źródłem humoru są konflikty z sąsiadami (moim ulubionym jest nowobogacki Antonio chwalący się nachalnie swoim majątkiem - przypomina mi nawet fizycznie jednego mojego znajomego) i miejscowym policjantem. Całość okraszona jest nieźle pojechanym dowcipem, dzieci to uwielbiają. Mi też się podoba, chociaż przyznam że po kilkunastu odcinkach trochę mi się przejadło.
Ale czymś, co naprawę warto zobaczyć jest to, co leci na KI.KA w nocy, po zakończeniu regularnego programu, od 21:00. Program ten jest puszczany w pętli aż do szóstej rano. Jest tego kilka różnych wersji, w każdej z nich Bernd jest uwięziony w świecie telewizji - casting shows, nocnych quizów czy teleshopów. Te cykle są wyraźne adresowane do widzów dorosłych, bo skąd na przykład dzieci miałyby znać lecący głęboko w nocy quiz, w którym pani w stroju kąpielowym zachęca do dzwonienia i odgadnięcia trywialnego słowa. Bernd próbuje się wszelkimi metodami uwolnić, ale przestrzeń programu jest zapętlona - wychodząc w lewo wraca z prawej, skacząc w dół spada z góry itd. Odmowa współpracy przy casting show skutkuje pojawieniem się tostera - i już Chleb robi co mu każą. W teleshopie Bernd próbuje uciec dając się zapakować do przesyłki zamiast sprzedanej lalki, ale po chwili wraca do studia jako reklamacja. I tak dalej i tak dalej, jest w tym mnóstwo smaczków i można z radością oglądać kilka obiegów pętli pod rząd. Tym, których namówiłem na przełączenie się na KI.KA w nocy radzę dokładnie przyglądać się wszystkim napisom pojawiającym się na ekranie - jest tam masa naprawdę dobrych dowcipów.
Programy z Berndem otrzymały nagrody:
Złotego wróbla (Goldener Spatz) w kategorii rozrywka (jest to nagroda przyznawana przez jury złożone z dzieci).
Adolf-Grimme-Preis - jest to prestiżowa nagroda za twórczość telewizyjną. W uzasadnieniu było o reprezentowaniu "prawa do złego humoru" i "przeciwstawianiu się terrorowi dobrego humoru, zawartemu w programach telewizyjnych". Nagrodę odebrał Tommy Krappweis, bo Bernd nie był nią zainteresowany.
Bernd nagrał też kilka piosenek, jedna z nich dotarła do 41 miejsca niemieckiej listy przebojów singlowych i utrzymywała się na liście przez 18 tygodni.
Tydzień temu na Zeilu była kolejna wystawa starych samochodów zwana Oldtimer City i był tam też mój ulubiony stary samochód - Tatra 603. No może nie całkiem w mojej ulubionej wersji 603-1 (z trzema reflektorami z przodu), było to 603-2, ale za to rewelacyjnie odrestaurowane. Sama przyjemność oglądania, docenili ją również jurorzy przyznając pierwszą nagrodę.
Tatra 603-2
Tatra 603 była praktycznie jedynym produkowanym seryjnie samochodem luksusowym w bloku wschodnim, nie będącym kopią konstrukcji zachodniej - jak Czajki. Tatra od zawsze produkowała samochody o bardzo futurystycznym designie, przedwojenne Tatry występowały bez charakteryzacji w ówczesnych filmach S-F. Ta wielka, dzielona tylna szyba, piękne!
Tatra 603-2
Linia Tatry 603 po bliższym przyjrzeniu się zdradza bliskie pokrewieństwo ze Škodami1000MB i 100. Niestety w tłoku na wystawie nie udało mi się zrobić dobrego zdjęcia z boku. Tatrę 603 produkowano od 1956 do 1975 roku, praktycznie tak samo jak drugi mój ulubiony stary samochód - Citroena DS.
Tatra 603-2
Czesi mieli duże emo na silnik z tyłu, a Tatra 603 miała się czym pochwalić - chłodzone powietrzem V8. Podobno miłośnicy klasycznego Porsche uwielbiają dźwięk jego wentylatora chłodzącego silnik, Tatra ma takich wentylatorów więcej i odpowiednio lepszy dźwięk.
Tatra 603-2
Wyposażenie Tatry było luksusowe, samochód ten był praktycznie nie do kupienia przez osobę prywatną, jeździli nim tylko dygnitarze.
Tatra 603-2
Jeszcze ciekawostka - dobrze dostępne bezpieczniki koło siedzenia kierowcy.
Tatra 603-2
Wiem skąd się wzięło moje zamiłowanie do Tatry 603 - to psychika zryta w wieku dziecinnym zabawką, o taką (pozdrawiam autora strony http://www.antykwaryczne.pl, a stronę bardzo polecam):
NRD-owski przemysł farmaceutyczny bardzo szybko wyprodukował pigułki antykoncepcyjne - było to w roku 1965, zaledwie cztery lata po dopuszczeniu pierwszego takiego specyfiku na rynek europejski (Anovlar, Schering AG, RFN 1961). Skład NRD-owskiego leku był jednak zbliżony do pierwszej w ogóle pigułki antykoncepcyjnej - amerykańskiego Enovidu (1957). Preparat NRD-owski miał jednak już znacznie obniżoną dawkę hormonów.
Tabletki antykoncepcyjne Ovosiston, NRD
NRD-owskie tabletki opracował Karl-Heinz Mehlan, a wyprodukował kombinat VEB Jenapharm, dziś część koncernu Bayer Schering Pharma AG. Jenapharm nadal produkuje tabletki antykoncepcyjne i ma prawie 1/3 rynku tych specyfików w Niemczech.
Tabletki antykoncepcyjne Ovosiston, NRD
Środek Jenapharmu nazywał się Ovosiston był od samego początku bezpłatny, zapisywany bez problemu i stosowany powszechnie. W NRD od 1972 roku dopuszczalna też była aborcja (w pierwszych trzech miesiącach ciąży).
Różnice w podejściu do antykoncepcji między wschodem a zachodem były widoczne już w używanym słownictwie. W RFN pigułka nazywana była "Antibabypille" (pigułka antydziecięca), a w NRD "Wunschbabypille" (trudniej zgrabnie przetłumaczyć, może pigułka na chciane dzieci).
Ovosiston był produkowany bardzo długo, zdaje się że wycofano go z obrotu dopiero w roku 2003.
Jakoś tak się złożyło, że jak dotąd nie było notki o sztandarowym produkcie kojarzonym z NRD - Trabancie 601. Niniejszym nadrabiam zaległości.
Znaczek VEB Sachsenring Automobilwerke Zwickau
Samochód ten w momencie swojej premiery (1964) był nawet nowoczesny, zarówno technicznie, jak i stylistycznie. Dopiero z biegiem czasu zestarzał się i zdezaktualizował katastrofalnie. Według pierwotnego planu ten model miał być produkowany tylko do roku 1967, a potem zastąpiony nowszym. Nic z tego nie wyszło, a wszystkie następne próby zrobienia czegoś nowszego były torpedowane przez decydentów. Decyzja o zaprzestaniu dalszego rozwoju tej konstrukcji była czysto polityczna, w innych krajach bloku produkcję samochodów wspierano. O ile dobrze pamiętam tylko na Węgrzech i w Bułgarii nie produkowano samochodów osobowych i samochody żadnego innego kraju nie zatrzymały się technicznie na poziomie wczesnych lat sześćdziesiątych. Decyzja ta była umotywowana koniecznością oszczędzania zasobów czyli, mówiąc wprost, biedą.
Trabant 601 Limousine Sonderwunsch
Konstruktorzy NRD-owscy mimo wszystko próbowali coś robić, na przykład opracowali wersję z półautomatycznym sprzęgłem, zwaną Hycomat (1965) przewidzianą dla inwalidów. Wersję tę mogli kupować tylko ludzie z legitymacją inwalidzką, część tych samochodów trafiała również do Polski. (Może by tak notkę o drugim NRD-owskim pojeździe dla inwalidów - Duo? Tyle że nie mam własnych zdjęć. EDIT: Notka już jest!) Były też obiecujące próby z silnikiem Diesla, ale i tak skończyło się na niczym. I tak samo jak w innych krajach bloku "rozwój" polegał głównie na upraszczaniu, potanianiu i zmianach na gorsze.
Trabant 601 Limousine Sonderwunsch
Trabant produkowany był w wersjach nadwoziowych: 2-drzwiowa limuzyna i 3-drzwiowe kombi, oraz od 1967 w wersji Kübel (otwarta "terenówka" z płóciennym dachem) przeznaczonej dla wojska i leśników. Później, od 1978 roku, Kübel był dostępny również dla cywili, pod nazwą Tramp, ale nigdy nie widziałem żeby ktoś prywatnie miał coś takiego. Ale to nic dziwnego - Trampów wyprodukowano w sumie poniżej tysiąca sztuk i większość poszła na eksport, bodajże do Grecji.
Na zdjęciu widać spartańskie wyposażenie kabiny kierowcy, a to i tak wersja S (Sonderwunsch), a te kolorowe przyciski chyba nie należały do wyposażenia fabrycznego (mogę się mylić, nie śledziłem tego co montowano w późnych seriach). Była też wersja de Luxe, różniła się od S chromowanymi zderzakami i dachem w innym kolorze. Prawdziwy luksus, co nie?
Trabant 601 Limousine Sonderwunsch
Pierwszą naprawdę istotną próbą poprawienia tej konstrukcji było dopiero zastosowanie silnika od VW Polo, ale o tym może w osobnej notce.
Zaraz po obaleniu muru jedna firma z Zachodu opracowała katalizator do Trabanta, licząc na wielką kasę. Pokazywali to w telewizji - Trabant po paru minutach od odpalenia przestawał wyrzucać chmury niebieskiego dymu o nieprzyjemnym zapachu. Nie muszę chyba pisać, że był to zupełnie poroniony biznesplan, bo nikt nie chciał już inwestować w swojego Trabanta.
Tutaj widoczna jest bardzo charakterystyczna dźwignia zmiany biegów, zwana klamką.
Trabant 601 Limousine Sonderwunsch
Trabanta miał jeden z moich wujków, pamiętam że kiedyś gdy podczas wyjazdu nad morze wyciągnął nim 95 km/h, to opowiadałem o tym sensacyjnym osiągnięciu innym dzieciom w przedszkolu. Takie to były czasy i samochody.
Spacerując po lesie miejskim możemy natknąć się na interesujące kamienie, z całą pewnością nie pochodzenia naturalnego.
Po jednej stronie każdego z tych kamieni znajduje się tarcza z krzyżem - łatwa do zidentyfikowania jako godło zakonu krzyżackiego.
Kamien graniczny między terytorium Zakonu Krzyżackiego a miasta Frankfurt
Z drugiej strony litera F, jednak w lustrzanym odbiciu (na zdjęciu trochę słabo widać).
Kamien graniczny między terytorium Zakonu Krzyżackiego a miasta Frankfurt
Takich kamieni jest w lesie miejskim około pięćdziesięciu. Mają one już dobrze ponad 500 lat, a ich historia jest następująca:
W roku 1221 cesarz Fryderyk II podarował część dzisiejszego lasu miejskiego i odpowiednie prawa do polowania i wypasu Zakonowi Krzyżackiemu (ciekawe że wtedy świnie wypasano w lesie - jadły żołędzie i orzeszki bukowe). W roku 1372 miasto Frankfurt kupiło za 8.800 guldenów las od cesarza Karola IV i chciało odzyskać również części zajętą przez Zakon. Spór miasta z Zakonem toczył się przez ponad 100 lat i został zakończony w roku 1484 kompromisem. W jego wyniku miasto dostało las za jednorazową opłatę, a Zakon zatrzymał prawo do wypasania zwierząt na terenie wyznaczonym tymi właśnie kamieniami.
Przypuszcza się, że kamieniarz wykonujący kamienie graniczne nie umiał czytać i niewłaściwie przyłożył szablon, stąd odwrócenie frankfurckiego F.
Na zdjęciu: Plan lasu miejskiego, granica terenu zakonnego zaznaczona czerwonymi punktami (na standardowym LCD trochę słabo widać, na wyświetlaczu mojego VAIO kolory są znacznie lepsze).
Mapa z naniesioną granicą między terytorium Zakonu Krzyżackiego a miasta Frankfurt (Schäfersteinpfad)
Jak z tej historii widać zakon krzyżacki nigdzie nie był łatwym partnerem do negocjacji, zwłaszcza gdy chodziło o teren.
Musiałem poprawić notkę, bo z dyskusji wynikło że źle rozpoznałem model. A ostatnio zauważyłem, że właściciel zamontował znaczki modelu i dostał rejestrację na samochód historyczny. Pewnie akurat 30 lat pojazdowi stuknęło.
Chodzi jednak nie o BMWE23, tylko E24. Był to pierwszy model linii określanej jako "szóstka" ("6er"). W tym okresie konstrukcje firmy BMW miały charakterystyczne pochylone atrapy, od których samochody te były potocznie zwane "rekinami".
BMW E24 (630 CS) 1975-1979
Trudno było ustalić jaki to konkretnie silnik ma ten samochód, bo brakowało znaczków z tyłu.
BMW E24 (630 CS) 1975-1979
Ale już się pojawiły.
BMW E24 (630 CS) 1975-1979
Dwadzieścia kilka lat to dla samochodu głupi wiek. Właścicielowi mówią jeszcze "ale ty starym samochodem jeździsz" zamiast "ale masz fajny zabytkowy samochód". No ale każda rzecz zanim stanie się zabytkiem najpierw jest przestarzała. Ale w końcu samochód będzie jednak historyczny.
W tym roku ta impreza też się odbyła, w tym samym miejscu i na tych samych zasadach co w poprzednim. Nie będę się więc powtarzał tylko od razu napiszę o tym, co było na wykładach. Byłem na czterech z nich, a moje dziecko na wszystkich pięciu
Kinder Uni 2010 - plakat
W poniedziałek pani profesor od nauk o Ziemi opowiadała o zużyciu wody. Dość ciekawie, ja też się czegoś dowiedziałem. Pani profesor zaprezentowała na modelu dobowe zużycie wodociągowej wody przez przeciętnego obywatela Niemiec (124 litry) i porównała tą wielkość ze zużyciem wody potrzebnej na wyprodukowanie żywności dla tego samego obywatela, również na dobę - 4 metry sześcienne. Teraz ta ciekawostka: Gdyby przejść na dietę wegetariańską byłyby to 3 metry sześcienne. Spodziewałem się, że ta różnica będzie większa. Na zdjęciu: z prawej 124 litry, z lewej 4 metry sześcienne.
Kinder Uni 2010 - Zużycie wody na wyprodukowanie żywności dla człowieka na dzień
We wtorek był wykład z archeologii na temat "Dlaczego w okolicy znajduje się tak wiele rzymskich monet?". Podobny był niezły, a ramach show po sali przechadzali się rzymscy legioniści. A sama odpowiedź jest oczywiście prosta - Frankfurt leży już po rzymskiej stronie Limesu. Limes jest jeszcze widoczny - jak będę w okolicy robię zdjęcia i notkę.
W środę był wykład z biochemii - na temat krzepnięcia krwi. Prowadzący go profesor poszedł trochę na łatwiznę i wykroił wykład dla dzieci z normalnego wykładu dla studentów, więc było trochę nudno i dla części dzieci za trudno. Na zdjęciu: Wąż pożyczony z zoo.
Kinder Uni 2010 - Wąż wypożyczony z zoo
W czwartek profesor biologii miał wykład o produkcji biopaliw. Wykład był ciekawy, podobno oni tam wszczepili DNA bakterii do komórek drożdży uzyskując organizmy mogące przetwarzać odpady drzewne wprost na bioetanol. Nauczył też dzieci tak pożytecznej umiejętności jak destylacji spirytusu z wina (patrz zdjęcie).
Kinder Uni 2010 - Destylacja alkoholu z wina
No i znowu najciekawszy wykład był w piątek i z biologii. Nie było żadnego show i tanich efektów, tylko profesor od biologii morza i badań głębinowych opowiadał i pokazywał zdjęcia, filmy i preparaty. Zakonserwowane w alkoholu ryby głębinowe można było dotknąć - normalnie zna się je tylko z rysunków albo zdjęć. Znowu się czegoś dowiedziałem - we wszystkich źródłach z jakimi się dotąd zetknąłem było napisane, że tych ryb głębinowych nie da się wyciągnąć na powierzchnię, bo je różnica ciśnień zabija. Profesor twierdził jednak, że one nie mają w sobie ani trochę gazów (pęcherza pławnego też nie), a zabija je szok termiczny. Można je wyciągnąć żywe, tylko trzeba ustabilizować temperaturę wody. ("Tylko", to się tak łatwo mówi).
Na zdjęciu: gąbki głębinowe.
Kinder Uni 2010 - Gąbki głębokowodne
Na zdjęciu: krab głębinowy
Kinder Uni 2010 - Krab głębokowodny
Na zdjęciu: To jest taki anglerfish/Anglerfisch jak w każdym źródle o głębinach oceanu, tyle że jako preparat do pomacania.