Już od bardzo dawna nie było nic o NRD, więc może o tym: Przy przeglądaniu zdjęć z Muzeum Techniki w Wiedniu zauważyłem, że mieli tam enerdowskiego Kometa KM6. Dokładnie takiego mieli moi rodzice, ja też sporo na nim robiłem, więc napiszę trochę wspomnień z historii techniki.
KM w nazwie to skrót od KüchenMaschine, czyli maszyna kuchenna, natomiast Komet to kometa. Modeli oznaczonych różnymi numerami było więcej, a ich konstrukcje były całkiem różne. Na przykład:
KM3 i KM4 bazowały koncepcyjnie na tym Braunie. Tyle że miały napęd wyprowadzony również na górę i mogły mieć różne przystawki.
KM6 i KM7 były z zewnątrz prawie identyczne, nie wiem na czym polegały różnice. Duży, prawie prostopadłościenny blok silnika.
KM8 miał o wiele bardziej płaską podstawę, bo silnik został postawiony na niej, był w walcowatej obudowie, a w podstawie były chyba tylko przekładnie. Przy tym napędy szybki i wolny były rozdzielone - szybki był na szczycie silnika, wolny na płycie obok. Możliwe, że można było używać obu naraz.
Skupmy się na modelu numer 6, bo akurat tego mam zdjęcia i znam go najlepiej.
Komet KM6
Podstawowym elementem KM6 był moduł silnika. Ciężki był bardzo. Na panelu obsługi znajdowały się dwa duże przyciski (start i stop, połączone mechanicznie) i jeden mały, czerwony. Ten czerwony chyba miał wyskakiwać przy przeciążeniu (znaczy bezpiecznik), i służył do włączenia urządzenia znowu (nie przypominam sobie, żeby kiedyś wyskoczył). Oprócz tego było tam pokrętło mechanicznego timera. Napęd był wyprowadzony na wolno obracający się, duży ośmiokąt. W środku tego ośmiokąta znajdował się zabierak, który obracał się szybko w przeciwną stronę. Nakładane na moduł silnika przystawki korzystały z jednego lub drugiego, zależnie czy miały się kręcić szybko, czy wolno. Sam silnik kręcił się zawsze tak samo, nie było regulacji jego prędkości obrotowej
Zasadnicza różnica w stosunku do współczesnych urządzeń - nie było żadnych zabezpieczeń. Czy pokrywa otwarta, czy zamknięta, silnik się kręcił. A silnik był solidny, więc trzeba było uważać. Kiedyś nie można było być zbyt wielkim idiotą.
Komet KM6
Zajmijmy się teraz przystawkami widocznymi na zdjęciach. Zasadniczą częścią jest ten metalowy słupek na plastikowej podstawce - on przekazuje napęd do urządzeń montowanych na misce do mieszania. Do mieszania ciasta zakładamy taki elipsoidalny mieszacz (jest tam w misce, trochę słabo widać pod pokrywką). Mieszacz ma na środku takie duże pokrętło, a w środku przekładnię planetarną. Gdy pokrętło jest w górze, mieszacz kręci się wolno, gdy je wciśniemy - szybko.
Na miskę możemy też założyć tarczę z wymiennymi ostrzami (też widać na zdjęciu). Były ostrza do cięcia na różne grubości i różne tarki.
Na zdjęciu widać też bardzo ciekawą konstrukcję - pionową maszynkę do mięsa. Tego rodzice nie mieli, mieli blok z przekładnią 90° do poziomu, na który zakładało się maszynkę do mięsa w klasycznym układzie i z typowymi sitkami numer 5. Do tej samej przekładni można było podłączyć krajalnicę, której rodzice też nie mieli. Teraz o tej pionowej maszynce do mięsa - jak znalazłem, zakładało się ją na miskę tym widocznym na zdjęciu otworem, to, co do zmielenia szło w otwór z drugiej strony i wyłaziło dookoła kolumny miski. Chyba w środku nie było ślimaka, tylko popych ręczny. Pomysł taki sobie, ale za to tani.
Na zdjęciu widać jeszcze mikser, i to jest mało. Przystawek było więcej. Rodzice mieli jeszcze młynek do kawy i sokowirówkę. Sokowirówka była dość marna, bo nie wyrzucała resztek na zewnątrz, one kręciły się w bębnie cały czas i co pewien czas trzeba było usuwać je ręcznie.
Ogólnie konstrukcja była dobra i solidna, do dziś można znaleźć oferty sprzedaży działających takich maszyn. Ale minusy oczywiście też były:
Głośne to było strasznie. Dzisiejsze też nie są wcale cichutkie, ale tamto było jeszcze głośniejsze.
Piany z białek zrobić się tym nie dało - mieszadło miało tylko grube, niewymienne pręty. Na szybkim biegu dało się (o ile dobrze pamiętam) zrobić bitą śmietanę, ale piany z białek nie. I nie było nic innego, nadającego się do bicia piany (przynajmniej rodzice nie mieli, a w sieci nie znajduję).
O problemie sokowirówki już pisałem.
I jeszcze sobie przypomniałem, że wszystkie elementy kupowało się osobno, według potrzeb, każdy miał swoje pudełko.
Jak widać, niemiecka branża automotive ciągle nie zdecydowała się, czy chce nadal istnieć. Nowych projektów praktycznie nie ma, tylko jakieś drobne modyfikacje starych rzeczy. Ludzi ciągle zwalniają, jeszcze trochę to nawet jak się sprężą i coś wymyślą, to nie będzie komu tego zrobić.
Daruję sobie długie analizy przeszłości i przyszłości niemieckiego przemysłu samochodowego, napiszę tylko krótko, że aktualne problemy nie przyszły niespodziewanie. Przez dziesięciolecia branżowe managerstwo robiło tyle głupot, że wcześniej czy później to się musiało tak skończyć. Zacytuję mojego kolegę, inżyniera, który niedawno poszedł w managery. On mówi: "Zawsze wiedziałem że to managerstwo to idioci ale nie przypuszczałem, że aż tacy". Jego też zwolnili, wcale nie za taką opinię, tylko normalnie, w ramach redukcji zatrudnienia.
Nie porzuciłem jeszcze nadziei, że sprzedam moje rzeczy europejskiej branży samochodowej, ale na razie nie wchodzi to w rachubę. Może się jeszcze ogarną, i wtedy spróbuję. Miałem też pomysł, żeby sprzedać to Chińczykom - trochę firm chińskich zapisało się do konsorcjum AUTOSAR - ale chwilowo chiński rynek samochodów też przechodzi poważny kryzys. Tyle że u nich trochę inny niż w Niemczech - tam jest mnóstwo producentów samochodów i nadprodukcja. Wszyscy mają pełne place gotowych samochodów i nie mają komu ich sprzedać. Więc próbują gdzie się da i poniżej kosztów - stąd atak cenowy na rynek europejski. Jak na razie najlepiej wychodzi im sprzedaż do rosji, bo rosjanie sprzedają ropę do Chin z dużymi rabatami, a płatności dostają znaczonymi juanami, które mogą wydać tylko w Chinach. Więc kupują tam samochody po wygórowanych cenach - chiński samochód w rosji kosztuje dwa razy tyle co taki sam w Chinach, a przy tym po roku jest przerdzewiały (są filmiki z rosji pokazujące to). Wszyscy chińscy producenci modlą się do rządu o dotację żeby nie upaść. Rząd z drugiej strony nie ma już tyle szmalu co kiedyś, więc rynek samochodowy w Chinach wkrótce zacznie się oczyszczać i duża część tych firm padnie. Jak widać, to nie są warunki do inwestowania w narzędzia, więc na razie również z Chińczykami muszę poczekać.
No ale tymczasem ten mój kolega od managerów-idiotów zmienił pracę i znalazł inną - przejmuje prowadzenie działu R&D u pobliskiego producenta maszyn drukarskich. I, ponieważ zawsze dobrze się nam razem pracowało stwierdził, że mnie tam ściągnie. Parę razy wcześniej rozmawialiśmy na ten temat przez telefon, ale raz, całkiem przypadkiem spotkaliśmy się w mieście i sprawa ruszyła z kopyta.
Tak więc znowu chodzę do pracy, i po ponad pięciu latach pracowania wyłącznie zdalnie z domu to cokolwiek boli. Standardowe i standardowo wyposażone przemysłowe pomieszczenia biurowe z siedemdziesiątych to nie jest jakie specjalnie miłe otoczenie. I żeby nie było: nie chodzi o powszechnie znanego producenta z Heidelbergu, to jest naprawdę w mojej okolicy, znacznie bliżej niż poprzednia fabryka.
Przy rozmowie wstępnej poznałem zadanie i dzięki notkom @boni rozpoznałem, że chodzi o SCADA, ale oni tego skrótu nie znali. Tak konkretnie to mam przenieść ten program SCADA z Javy 8 na 21, bo ósemce (mimo że LTS) wkrótce kończy się support i klienci zaczynają się niepokoić.
Po paru dniach już wiem, dlaczego ten mój kolega chciał mnie ściągnąć - jak zwykle mają tu nagromadzone całe warstwy geologiczne głupot z różnych epok, i mnóstwo trzeba poprawić. Na przykład oni większą część sterowania wystrugali sobie kiedyś sami, włącznie z hardware - sami robią płytki, sami je lutują itd. To ma pewne zalety, ale solidnie kosztuje, a tymczasem branża drukarska od dłuższego czasu się kurczy: gazety, czasopisma, książki, katalogi itp. się zwijają, pozostają głównie opakowania. Teraz plan jest żeby przejść na jakieś sterowniki kupione na zewnątrz, ale się okazało że oni mają wszystkie wyłączniki po stronie masy i żeby przejść na cokolwiek zewnętrznego, to wszystko trzeba pozmieniać na normalne. Co gorsze: oni tu robią dwa modele maszyn drukarskich, i dawno temu jakieś twitowe managerstwo wymyśliło, że zespoły robiące oprogramowanie do obu modeli mają nie komunikować się ze sobą, więc oprogramowanie obu modeli prawie nie ma części wspólnych. Tu się należy solidny facepalm - takie rzeczy się, i owszem, robi, ale w sytuacjach gdzie robi się zlecenia dla klientów będących w stosunku do siebie w konkurencji. A nawet bym powiedział, że tak to się robiło bardzo dawno temu, bo temat znam ze starej literatury, a w poprzedniej fabryce robili dla prawie wszystkich producentów samochodów, i jak najbardziej korzystało się z doświadczeń zespołów robiących projekty dla konkurencji danego klienta. I oprócz tego dział softu to nawet nie 10 osób, i wszyscy od 30+ lat w tej samej firmie, która była ich pierwszą po studiach. Skąd mają się tam brać nowe idee?
Przez te głupoty firma kilkanaście lat temu nawet zaliczyła upadłość, ale jeszcze się podniosła.
Kawałek nad którym pracuję też jest już naprawdę stary, z większością tych technologii to nawet kiedyś pracowałem, ale było to w początku dwutysięcznych. I czas to unowocześnić, bo na przykład jest tam dostęp zdalny, ale jakiegokolwiek security to w zasadzie nie. A nawet z podstawową dokumentacją jest problem.
Ostatnio zobaczyłem też same maszyny drukarskie, i ta większa to ma ze 30 metrów długości (w średniej konfiguracji na 10 walców, bo może być znacznie dłuższa, maksimum techniczne to 25 walców). To jednak całkiem inna skala niż clustery, HUDy i wyświetlacze.
TLDR: Pa, pa samochody, teraz robię w automatyce do maszyn drukarskich.
W Muzeum Techniki w Wiedniu byłem w 2019, ale jakoś nie złożyło się, żeby napisać o nim notkę. Ale akurat to muzeum będzie bardzo dobrym kontrprzykładem na nacjonalizm z poprzedniej notki.
Austriackie muzeum mogłoby z łatwością pójść w szeroki nacjonalizm. Bo:
Austriacy to w sumie Niemcy, tyle że mieszkający na terenach należących kiedyś do innej dynastii niemieckiej niż pozostali Niemcy. Nie byłoby problemu przypisać sobie dowolnych wynalazków, odkryć i konstrukcji tworzonych przez resztę Niemców.
Do Monarchii Austro-Węgierskiej należało mnóstwo ziem leżących dziś na terenie innych krajów (Czechy, Słowacja, Polska, Ukraina, Węgry, Słowenia, Chorwacja, ...) Tu też jest duże pole do przypisywania sobie zasług.
Zapleczem przemysłowym Monarchii Austro-Węgierskiej były Czechy, na obecnym terenie Austrii przemysłu zawsze było relatywnie niewiele. Cóż prostszego, niż uznać za swoje wszystko co tworzono w Czechach w dowolnym czasie?
Tymczasem: Muzeum, zgodnie z moim postulatem, faktycznie koncentruje się na technice tworzonej w obrębie aktualnych granic Austrii. Na przykład z motoryzacji są marki Steyr, Lohner (w różnych kombinacjach) i Austro-Daimler, ale nie ma Skody, Pragi, Tatry, ani innych firm z Czech (no może jakieś pojedyncze eksponaty się trafią, nie patrzyłem wtedy pod kątem nacjonalizmu, ale nie są podpisane, że "to nasze"). No i jest ekspozycja o C.K. wyrobach przemysłowych, tyle że ona została założona w 1807 przez cesarza Franciszka II Habsburga, więc również dotyczyła bieżących granic państwowych. Można nie nacjonalistycznie? Można!
Steyr XXX (30) Standard Cabriolet
Teraz o samym muzeum. Muzeum leży o kilkaset metrów od zamku Schönbrunn, więc można je obejrzeć przy okazji, nie trzeba jeździć gdzieś specjalnie. Budowa budynku muzeum zakończyła się w 1913, budynek wygląda bardzo klasycznie, ale była to jedna z pierwszych konstrukcji żelbetowych budynku reprezentacyjnego w Austrii (i nie mam na myśli tej nowej części na pierwszym planie).
Technisches Museum Wien
Tu szczegół konstrukcji kopuły w środkowej części budynku.
Technisches Museum Wien
Samo muzeum miało zostać otwarte w 1914, ale ze względu na wojnę termin przesunięto na 1918.
Tymczasem o tym zapomniałem, ale na moich zdjęciach zauważyłem, że mają tam kuchnię frankfurcką, niewykluczone że miała coś wspólnego z projektem Rotes Wien.
Kuchnia frankfurcka
Na dość honorowym miejscu, blisko wejścia i na środku stała gablota z enerdowskim robotem kuchennym Komet. Rodzice mieli taki, ja też robiłem z nim sporo, więc może zrobię o nim osobną notkę, a zdjęcia zostawię na później.
Mieli tam też sporo ciekawych zabawek technicznych z różnych krajów. Na przykład miałem taki zestaw klonowany z Meccano. Zestaw był produkcji radzieckiej, a pudełko było dokładnie takie, jak na zdjęciach, opisane cyrylicą po rosyjsku i alfabetem łacińskim po łotewsku (wtedy podejrzewałem litewski, ale teraz sprawdziłem googlem i to łotewski). Zestaw był bardzo fajny - miał elementy elektryczne (żaróweczki z oprawkami i elektromagnes), sporo dużych kątowników i kolorowe blachy. Część tych blach była cienka i przewidziana do wyginania. Były też problemy - nie każda śrubka pasowała do każdej nakrętki (jakość gwintów były marna); oprawki do żaróweczek były strasznie badziewne i nie było całkiem jasne, jaka była koncepcja mocowania ich do konstrukcji; koła były ustalane na ośkach przez wkręcanie śrubki w nakrętki zatopione w plastiku, a ten plastik łatwo pękał...
Radziecki klon Meccano
Generalnie poleca się. Muzeum może nie jest jakiejś superklasy, ale ciekawe i warto odwiedzić.
Jak wspominałem w poprzedniej notce, w Muzeum Techniki w Warszawie byłem poprzednio gdzieś w początku osiemdziesiątych. Wspomnień z tamtej wizyty mam niewiele. I wtedy to muzeum nazywało się Muzeum Techniki i Przemysłu NOT. Dla młodzieży: NOT to nie przeczenie, tylko skrót od Naczelna Organizacja Techniczna, obecnie działająca pod nazwą Naczelna Organizacja Techniczna Federacja Stowarzyszeń Naukowo-Technicznych. Aktualna nazwa mówi wszystko - to zawsze była czapka dla branżowych stowarzyszeń inżynierskich. Jak czytam, warszawskie Muzeum Techniki zbankrutowało w 2017, a powtórnie zostało otwarte niedawno, w 2022.
Teraz jest to Narodowe Muzeum Techniki, i ta nazwa jest prawie trafna. Prawie, bo bardziej odpowiadającą rzeczywistości nazwą było by Nacjonalistyczne Muzeum Techniki.
Znaczy ja rozumiem, że typowe państwowe muzeum techniki najbardziej zajmuje się techniką tworzoną w kraju, w którym muzeum się znajduje, i przez jego obywateli. Na przykład niemieckie centralne muzeum techniki wprost nazywa się Deutsches Muzeum, a czeskie Národní technické muzeum. Tyle że kluczowa fraza brzmi "techniką tworzoną i używaną w kraju", a nie "techniką tworzoną w dowolnym miejscu świata, przez ludzi w jakiś sposób związanych z krajem".
Tymczasem w Warszawie większa część ekspozycji to właśnie "co (bardzo szeroko rozumiani) Polacy tworzyli gdziekolwiek". I "co Polacy gdziekolwiek na świecie zrobili pierwsi" (nawet jeżeli to pierwszeństwo albo pochodzenie autorów jest cokolwiek dyskusyjne). Znaczy podejście jest czysto nacjonalistyczne. Zawsze Polacy muszą być pierwsi i najlepsi. Czyżby jakaś kompensacja?
Kliniczny przykład: Eksponowany jest samochód Mikrus. Na tabliczkach jest on przedstawiony jako całkowicie rodzima konstrukcja. Taki sam Mikrus w szczecińskim Muzeum Komunikacji jest uczciwie i wprost opisany jako klon Goggomobila.
Mikrus
Wylewający się z każdego kąta nacjonalizm trochę mnie zniesmaczył, ale ani trochę nie zaskoczył. Nie dziwi mnie również, że trudno taki nacjonalizm prezentować w muzeum w Szczecinie - no to już by było po prostu śmieszne, w mieście w którym motocykle i części samochodowe produkowano w przejętej fabryce Stoewera, a statki w stoczniach AG Vulcan Stettin i Stettiner Oderwerke. W Szczecinie pokazuje się między innymi historię firmy Stoewer, nie mającą z Polską dokładnie nic wspólnego.
Po zastanowieniu: Muszę tu zrobić dłuższą dygresję, bo ta moja krytyka to nie tylko kwesta smaku. Oglądam ostatnio trochę kanał ukraińskiego historyka Witalija Dribnicy (Віталій Олександрович Дрібниця, kanał Vox Veritatis). On jest nauczycielem historii i autorem kilku podręczników do historii Ukrainy dla szkół średnich. Na Chatroulette rozmawia z Rosjanami, przede wszystkim o historii i polityce, a potem publikuje zapisy. Podziwiam jego cierpliwość - sporo z tych Rosjan to po prostu idioci (niejeden rozmawia przy tym pod wyraźnym wpływem) rzucający propagandowe hasła oraz powykręcane i kłamliwe "fakty", przekonani że nimi kompletnie zaorali Chachła ("Chachły" to pogardliwe określenie Ukraińców używane przez rosyjską propagandę). Dribnica ma wypracowane trochę metod radzenia sobie z nimi i nigdy go nie ponosi.
No i ten historyk tłumaczy między innymi jaka jest aktualnie i powszechnie przyjęta metodologia pisania podręczników i opracowań o historii jakiegoś kraju - wychodzi się wtedy od aktualnych granic tego kraju. Oczywiście jak najbardziej można sięgać do istotnych i mających wpływ na dany kraj wydarzeń, które miały miejsce gdzie indziej, ale wszystko niepowiązane powinno się zostawić w spokoju. Jako przykład negatywny Dribnica podaje ostatnio opracowaną i aktualnie wydawaną ponad dwudziestotomową historię Rosji (wydawaną w Rosji oczywiście), gdzie większość pierwszego i drugiego tomu mówi o kompletnie niepowiązanych wydarzeniach z terenów znajdujących się obecnie poza granicami Federacji Rosyjskiej. W tym oczywiście na terenach obecnej Ukrainy. Cel tego wszystkiego jest oczywisty - oni starają się "przedłużyć" i "rozszerzyć" historię Rosji i jednocześnie zalegitymizować swoje roszczenia terytorialne. Przy tym interesujące jest, kto jest przewodniczącym komitetu redakcyjnego tego, aspirującego do naukowości "dzieła" - jest to towarzysz Siergiej Naryszkin. Dla nie śledzących rosyjskiej polityki: To jest aktualny szef FSB. Czy już jasne, dlaczego w takich rzeczach nie chodzi tylko o smak?
EDIT 2025.08.31: Uściślę, bo jeszcze ktoś się przyczepi: Nie postuluję tu żeby muzeum techniki nie miało eksponatów z innych krajów. Chodzi mi tylko i wyłącznie o ekspozycje explicite określone jako "To nasze". Niczym nie limitowana "naszość" to najgorszy rodzaj nacjonalizmu.
W ostatnich latach odwiedziłem parę państwowych muzeów techniki w różnych krajach, ale notki o nich jeszcze nie powstały. Postaram się wkrótce o nich napisać, a przy tym uwzględnić ich ewentualny nacjonalizm. Tak dla porównania z muzeum warszawskim.
Teraz może o pozytywach. Ekspozycja jest dość interesująca. Najbardziej podobała mi się replika tankietki TKS oraz działająca replika peryskopu odwracalnego systemu Gundlacha, którą można było przetestować (pomysł jest dość prosty, ale działa dobrze).
Tankietka TKS
Ciekawa jest nostalgiczna ekspozycja komputerów i jeszcze bardziej nostalgiczna wystawa sprzętu grającego z PRLu.
Komputer Meritum
Telewizor Koral - taki miał mój dziadek
Radio Turandot - takie mieli moi rodzice (tylko skrzynka była w kolorze politurowanego drewna)
Podsumowanie: Muzeum jest nieduże i bardzo nacjonalistyczne, ale pójść warto. Zwłaszcza że innych muzeów szeroko rozumianej techniki jest w tej okolicy mało.
Dziś znowu będzie o kuchni, ale tym razem nie o gotowaniu, ani nie o jedzeniu.
Było już o potrawach z Frankfurtem w nazwie (Frankfurterki, Frankfurcki zielony sos), ale dziś będzie o designie. Jak zwykle przy designie, historia ta zaczyna się w początku wieku XX. Wtedy to zaczęto przyglądać się wszelkim urządzeniom i sprzętom powszechnego użytku pod kątem ich funkcji. I zaczęło się okazywać, że większość tych rzeczy wcale nie jest dobrze zaprojektowana.
Chociaż tak w zasadzie zaczęło się to od Fredericka Winslowa Taylora - amerykańskiego pioniera podejścia ergonomicznego, od jego nazwiska zwanego tayloryzmem. On wymyślił (około 1880), że przy procesie trzeba zmierzyć czas wykonywania każdej z potrzebnych czynności, a potem można się zastanowić czy da się coś skrócić / poprawić / wyeliminować.
Taylor robił to głównie w odniesieniu do procesów w przemyśle, ale w roku 1912 amerykańska ekonomistka Christine Frederick postanowiła zastosować tayloryzm w domowej kuchni. Efektem jej prac była wydana w 1913 książka The New Housekeeping, zawierająca między innymi solidną analizę własności użytkowych różnych urządzeń kuchennych. Jednym z jej postulatów było, żeby ujednolicić wysokość blatów w kuchni. Szczególnie polecam jej późniejszą książkę The Household Engineering z 1923 - pierwsza z tych książek była skierowana do zwykłych gospodyń domowych, druga jest znacznie bardziej fachowa, a autorka podpisana jest jako "Household Efficiency Engineer" (Już wtedy były takie dumne tytuły). Książkę warto chociaż przekartkować - na przykład znalazłem tam porady jaką żywność kupować praktycznie identyczne z tymi, jakie propagowane są teraz (bez sztucznych dodatków, bez konserwantów, sztucznych barwników i aromatów, pełnowartościowe, ...) Sto lat minęło, problemy ciągle takie same.
Podstawowym problemem wyposażenia kuchni w tych czasach było to, że używane sprzęty były produkowane przez różnych producentów, bez jakichkolwiek standardów i bez uwzględniania jakichkolwiek innych sprzętów. Losowa kombinacja mebli kuchennych była ustawiana w dość losowy sposób w kuchni, a skutkiem tego było, że praca w kuchni była bardzo nieefektywna. Z wszystkim trzeba było się przemieszczać z jednego końca pomieszczenia w drugi, a potem trzeci, często było ciasno, nic do niczego nie pasowało, ogólnie katastrofa. Istniała oczywiście możliwość żeby kupić sobie indywidualnie wykonane i dopasowane do pomieszczenia meble kuchenne, ale było to zbyt drogie dla kogoś z LC.
Po WWI w wielu krajach czy miastach Europy władzę przejęła lewica, i uruchomiła ona między innymi programy budownictwa mieszkaniowego dostępne dla zwykłych ludzi. Powszechnie znany jest przykład "Czerwonego Wiednia" (byłem w odnośnym muzeum w Wiedniu, mam zdjęcia, jeszcze zrobię o tym notkę), mniej popularny jest frankfurcki program "Neues Frankfurt" zainicjowany przez architekta miejskiego Ernsta Maya.
W ramach tego projektu pochodząca z Wiednia architektka Margarete Schütte-Lihotzky wykonała chronometraż pracy w typowej, niemieckiej kuchni. Wyszło oczywiście, że jest w tym wszystkim naprawdę wiele do zoptymalizowania. Fun fact: Margarete nigdy wcześniej nie gotowała samodzielnie. Rzuca to pewne światło na przyczyny tego marnego stanu rzeczy - ówczesna wyższa klasa średnia, która mogłaby zająć się rozwiązaniem problemu, nie miała pojęcia jak źle zorganizowana jest praca w kuchni, bo gotowała im służąca, której nikt o zdanie nie pytał.
Mieszkania projektowane przez Maya nie były oczywiście jakieś wielkie, stąd kuchnie też miały mocno ograniczoną powierzchnię. Pani Lihotzky musiała więc wymyślić coś nowego. I wymyśliła - pierwszą na świecie kuchnię wbudowaną o konstrukcji modularnej. Użyła przy tym między innymi pomysłów braci Haarer z Hanau. Jej kuchnia (w pierwszym modelu) miała kształt L i mieściła się w pomieszczeniu o wymiarach 1.9 m × 3.4 m (6,5 m2). Drzwi i okno musiały być w konkretnych miejscach - czyli mieszkanie musiało być projektowane i budowane pod ten system mebli kuchennych. Modularność kuchni nie polegała jeszcze na możliwości dowolnego zestawiania wybranych elementów, tylko na tym, że poszczególne moduły mogły być produkowane i dostarczane niezależnie.
Kuchnia Frankfurcka w Muzeum Historycznym we Frankfurcie
Tu film reklamowy z epoki:
Na tych 6 metrach kwadratowych mieściła się nawet składana deska do prasowania, ale w kuchni mogła pracować tylko jedna osoba (przy ocenianiu miejsca na zdjęciach proszę uwzględnić, że na tych ekspozycjach nie ma wolnostojącej kuchenki, często dość dużej, bo jeszcze węglowej). W dodatku pani architekt nie przewidziała, że w domu mogą być małe dzieci: Jednym z elementów kuchni były wyciągane aluminiowe pojemniki na produkty sypkie, aż 18 ich, i w pierwszym wariancie kuchni one znajdowały się nisko, w dolnej szafce, łatwo dostępne dla dzieci. Przeznaczenie każdego pojemnika było wytłoczone w aluminium, i to też był słaby pomysł - aż 18 różnych produktów sypkich? Kto tyle używa? Zwłaszcza że sól i mąka były w osobnych, drewnianych szufladkach - sól nie mogła być w aluminium ze względu na korozję, a mąka była w szufladce z drewna dębowego, bo tego wołki zbożowe nie lubiły. Do tego pojemniki nie były dobrze zabezpieczone przed wilgocią (praktycznie otwarte od góry). W późniejszych modelach ilość szufladek zmniejszono do 12 i przeniesiono je wyżej, ale i tak większość ludzi trzymała w nich co innego niż opisane. Nawiasem mówiąc ten system szufladek został przejęty od braci Haarer.
Żródło: Von Christos Vittoratos - Eigenes Werk, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=32324151
Meble tego systemu były pomalowane na kolor niebieskozielony, bo z ówczesnych badań wyszło że muchy na takim kolorze niezbyt chętnie siadają. Jednym z pomysłów były małe, wyciągane blaciki - pamiętam z dzieciństwa że w mieszkaniu w którym mieszkaliśmy (blok z lat sześćdziesiątych) szafka kuchenna też miała takie blaciki, ale nie miała ona nic wspólnego z Frankfurter Küche, poza inspiracją oczywiście.
Kuchnia Frankfurcka w Muzeum Sztuki Użytkowej we Frankfurcie
Dzieckiem będąc widziałem kiedyś taką kuchnię w Szczecinie. Nie pamiętam u kogo, prawdopodobnie było to w poniemieckim domu na Niebuszewie, ale pamiętam niejasno te aluminiowe pojemniki i składaną deskę do prasowania - zrobiły na mnie wtedy spore wrażenie. Chociaż nie wykluczam, że to fałszywe wspomnienia i coś mi się poskładało.
May zamówił od razu 10.000 takich kuchni do swoich mieszkań. Kosztowała taka kuchnia w produkcji około 500 ówczesnych marek, ale ponieważ mieszkania programu Maya były na wynajem, to użytkownicy spłacali je w czynszu. Dla porównania: Miesięczna płaca robotnika netto w 1929 wynosiła 177 marek, 1 Reichsmarka z 1929 to na dzisiejsze jakieś 4 euro. Czynsz za mieszkanie miał być w zasięgu robotnika, ale w praktyce wyszedł około 100 RM, i to było jednak ciut dużo.
Kuchnia Frankfurcka w Muzeum Sztuki Użytkowej we Frankfurcie
Opinie użytkowników o kuchniach były trochę mieszane - niektóre koncepcje rzeczywiście nie były najlepsze, ale duża część niezadowolonych po prostu nie rozumiała sensu pewnych rozwiązań i próbowała robić po swojemu, co oczywiście nie wychodziło zbyt dobrze. I jeszcze należy uwzględnić fakt, że na 6 m2 nie da się pracować całkiem wygodnie, jak by nie optymalizować, a niektórzy próbowali na przykład kontynuować zwyczaj spożywania posiłków w kuchni.
Większość kuchni frankfurckich które we Frankfurcie przeżyły wojnę poszła na śmietnik w latach osiemdziesiątych i niewiele ich przetrwało. Z dostępnych do oglądania we Frankfurcie:
Jedną mają w takim domku-szeregowcu pochodzącym z programu Maya, można go zwiedzać, muszę się wybrać i zrobić zdjęcia. W ogóle muszę się powybierać na te osiedla, jedno z nich mam nawet całkiem blisko.
Druga z tych kuchni dostępnych do oglądania znajduje się w nowo wybudowanym Muzeum Historycznym we Frankfurcie.
Trzecia - w Muzeum Sztuki Użytkowej, również we Frankfurcie. Ta została kupiona niedawno, udało się im zabrać z pomieszczenia również oryginalne płytki podłogowe i ścienne, oraz kran. Zachęcam do obejrzenia filmiku (są napisy po angielsku).
Powszechne dziś kuchnie do zabudowy są bezpośrednimi spadkobiercami Kuchni Frankfurckich.
EDIT 30.05.2025: Znalazłem jeszcze ciekawą stronę z dookólnymi zdjęciami kuchni frankfurckich nadal w użyciu (niektóre całkiem nieźle skombinowane ze współczesnymi elementami): https://bibliothek-der-frankfurter-kuechen.de/
Mam różne notki do napisania, parę nawet pozaczynałem, ale ciągle nie mogę do ich pisania porządnie dojść. Niby akurat prawie nie mam projektów od klientów, ale intensywnie pracuję nad swoimi i tak to się kręci.
Ale ostatnio ztriggerowałem się nowymi materiałami w sprawie Titana. Pojawiły się filmiki z wyciągania jego części, z przesłuchań w sprawie tej katastrofy i różne dane i wykresy. Najpierw wersja TL;DR: Moje intuicje z poprzedniej notki generalnie się potwierdziły. Teraz wersja długa:
Obejrzałem filmik @jeffostroff:
no i on już w tytule stawia tezę, że ten RTM (Real Time Monitoring) to w ogóle zawiódł. Absolutnie się z tym nie zgadzam. (nie chce mi się szukać zdjęć i wykresów osobno do wklejenia, jeżeli ktoś chce popatrzeć, to są w filmiku)
Najpierw przypomnę, o co z tym RTM chodzi. To było tak, że Stockton Rush (CEO Ocean Gate) zrobił niecertyfikowalny kadłub z laminatu karbonowo-epoksydowego i dowodził że on jest safe, bo ma system monitoringu, opatentowany zresztą. Monitoring składał się z ośmiu czujników akustycznych (znaczy mikrofonów), które rejestrowały dźwięki wydawane przez kadłub. Do tego kilka tensometrów pokazywało odkształcenia kadłuba pod obciążeniem. Co prawda trzy z tych ośmiu mikrofonów nie działało od początku (no weź, przecież sprawdzanie ich na każdym etapie jest trywialne - podłączyć oscyloskop, puknąć pięścią w kadłub i patrzeć, czy coś się pokazuje).
No dobrze, ale pięć jednak działało. Problem był taki, że nie było do nich żadnych danych kalibracyjnych. Znaczy jaki dźwięk jest OK, a jaki już nie. Stockton Rush próbował robić kalibrację przez doświadczenia z pomniejszonym modelem w komorze ciśnieniowej, tyle że co z tego? Bo tak w zasadzie to każde zarejestrowane chrupnięcie to pękające włókna karbonowe albo odspojenie warstwy. Ile z nich może pęknąć albo się odspoić zanim przestanie być bezpiecznie? Bo co pękło, to się już nie zrośnie.
Stockton Rush się tym nie przejął, tylko robił normalne zanurzenia, przy których zawsze cośtam trzeszczało. A w zanurzeniu numer 80, już pod koniec wynurzania trzasnęło tak naprawdę solidnie (aż mikrofony przesterowało, szpica na wykresach jest aż do max). Tensometry też zarejestrowały skokową zmianę ugięcia. Rush dorobił sobie do tego jako-tako sensowne wytłumaczenie i zanurzenia kontynuował. (A w ogóle interesującym jest, że zawsze najwięcej trzaskało pod koniec wynurzania)
Tyle że na wykresach z tensometrów widać, że coś się jakościowo zmieniło. W zanurzeniach przed tym trzaśnięciem ugięcie kadłuba idzie w całym zakresie liniowo z głębokością, w kolejnych po trzaśnięciu pojawiają się nieliniowości. I to za każdym zanurzeniem większe. I to najbardziej na początku zanurzenia. Jak dla mnie, to jest właśnie alarm zasygnalizowany przez RTM! Czyli zadziałało!
Tyle że ludzie z Ocean Gate kompletnie zignorowali ten alarm i ignorowali go do samego końca.
No i jak dla mnie, to uginanie się kadłuba tłumaczy wyższą prędkość zanurzania w ostatnim rejsie - bardziej ugięty kadłub to niższa wyporność. Pojazd miał wyporność około 10 ton, ale różnica między zanurzaniem a wynurzaniem to ledwie kilkadziesiąt kilo (tyle, co uwalniany balast), czyli jakieś promile - żaden problem zrobić tę różnicę ugięciem. Tyle że oni pewnie zakładali stałą wyporność i balastowali zależnie od sumarycznej wagi pasażerów.
Tak się zastanawiałem, czy Stockton Rush w ogóle był inżynierem. Sprawdziłem, i rzeczywiście był - skończył inżynierię lotniczą i kosmiczną na Princeton University. Tyle że bezpośrednio potem poszedł na ekonomię i zrobił MBA. To kolejny przykład, że ekonomista nie powinien podejmować decyzji o charakterze technicznym, a zwłaszcza safety. MBA pozostawia niestety trwałe ślady w mózgu.
To był najmocniejszy punkt naszego wyjazdu, w dodatku historia techniki, więc muszę się podzielić. Jest to podobno największa na świecie kolekcja starych samochodów, a historia jej powstania też nadawałaby się do filmu.
Na początek mała uwaga: informacje zbierałem z różnych miejsc i w różnych językach, one były często niepełne i wzajemnie sprzeczne - to, co piszę to jest tylko moja interpretacja, nie powołujcie się na mnie.
Historia zaczyna się od braci Schlumpf, Hansa i Fritza. Tak w zasadzie to Hans miał na imię Giovanni Carlo Vittorio, a Fritz -Federico Filippo Augustino. Obaj urodzili się w samym początku wieku XX we Włoszech (Hans 1904, Fritz 1906). Pochodzenia ich ojca nie udało mi się ustalić, matka pochodziła z Alzacji. Nie jest dla mnie jasne jakim cudem, ale z urodzenia obaj mieli obywatelstwo szwajcarskie, być może ich ojciec był Szwajcarem.
Ciekawostką jest, że w Niemczech Smurfy nazywały się Die Schlümpfe (liczba pojedyncza Schlumpf, we francuskojęzycznym oryginale były to Les Schtroumpfs), dokładnie tak, jak ci bracia. Nie mam pojęcia, czy jest tu jakiś związek.
Ojciec braci, Carl Schlumpf był przedsiębiorcą w branży tekstylnej. We Włoszech pracował przejściowo, a potem wrócił do Alzacji. Nie jest dla mnie całkiem jasne, dlaczego nazywa się to "wrócił", ale mniejsza z tym. Co ważne: było to w okresie międzywojennym, Alzacja była wtedy znowu francuska.
Bracia już w całkiem młodym wieku zaczęli rozkręcać interesy, i pod koniec Wielkiego Kryzysu należeli do elity finansowej Francji. Już wcześniej, w 1928, Fritz kupił sobie swoje pierwsze Bugatti i marka Bugatti stała się obsesją obu braci.
Nie było dla mnie jasne dlaczego akurat Bugatti, ale po poczytaniu mi się rozjaśniło: Co prawda Ettore Bugatti był Włochem, ale - nie wiedziałem o tym wcześniej - fabrykę miał w Alzacji, w Molsheim koło Strasburga. Po prostu mieli blisko.
Obrzydliwie bogaci stali się bracia Schlumpf po wojnie, w latach pięćdziesiątych mieli już cały koncern w branży tekstylnej i byli prawie monopolistami w tej branży we wschodniej Francji. Mogli się więc bez przeszkód zająć swoim hobby - zbieraniem starych samochodów, głównie Bugatti. Oni kupowali każde Bugatti jakie udało im się znaleźć, nawet powysyłali listy do wszystkich zarejestrowanych użytkowników Bugatti z propozycją, że samochód odkupią. Akurat nie było to takie złe posunięcie - większość tych samochodów pochodziła z lat trzydziestych, po prostu zrobiły się one przestarzałe i właściciele i tak by woleli wymienić je na coś nowszego. Bracia kupowali hurtem, na przykład 10 wyścigówek od Gordini. W samym lecie roku 1960 kupili razem 40 samochodów różnych marek. W 1962 kupili prawie 50 samych Bugatti, a w 1963 między innymi największą w USA kolekcję Bugatti, 30 sztuk plus jeszcze 18 sztuk prywatnych samochodów Ettore Bugatti. W 1967 mieli już 105 samochodów Bugatti, w tym dwa Bugatti Typ 41 Royale (z 7 wyprodukowanych minus jeden rozbity) plus jedną replikę tego typu zbudowaną z oryginalnych części zapasowych.
Inne marki które kupowali były głównie francuskie, ale nie tylko. Co ciekawe, bracia nie chwalili się specjalnie swoim hobby, a nawet wręcz przeciwnie. Dużą część zakupów robili przez podstawione osoby, a samochody ukrywali w hali jednej ze swoich fabryk. Nawet fachowcy zatrudnieni przez nich do restaurowania samochodów musieli podpisywać umowy o zachowaniu tajemnicy. Sprawa wyciekła do prasy w roku 1965 i wtedy bracia postanowili, że udostępnią kolekcję publiczności. Kazali więc opróżnić jedną, naprawdę dużą halę w swojej przędzalni w Mulhouse (naprawdę naprawdę dużą - 17.000 m2) i urządzili tam ekspozycję. Te żeliwne (?) słupy z lampami widoczne na zdjęciach pochodzą z wyburzonych właśnie wtedy hal targowych Les Halles w Paryżu.
To ich hobby było jednak bardzo kosztowne. Dopóki biznes dobrze się kręcił jakoś to szło, ale w siedemdziesiątych zaczął się kryzys w branży włókienniczej. Nie znam się na tej branży i w sumie to nie wiem skąd ten kryzys się wziął, ale podejrzewam że to było tak: Bracia robili w wełnie, mieli przędzalnie wełny i handlowali wełną. Tymczasem w siedemdziesiątych przemysł włókienniczy zdominowały włókna sztuczne, i zapotrzebowanie na wełnę bardzo spadło. Do dziś tak jest - rzeczy z wełny to nadal jest tylko nisza, hodowla owiec na wełnę na większą skalę, zwłaszcza w Europie, już w ogóle się nie opłaca.
No i ten kryzys ich dopadł - w 1976 zaczęli mieć problemy z płynnością finansową, a w 1977 zbankrutowali. Okazało się, że już wcześniej oszczędzali na podatkach, więc żeby nie trafić do francuskiego więzienia uciekli do pobliskiej Szwajcarii (przypominam, że mieli obywatelstwo). Tam mieszkali aż do śmierci (Hans 1989, Fritz 1992).
Kolekcję samochodów udało się uratować przed wyprzedaniem za bezcen - zawiązana grupa zainteresowanych (miasto Mulhouse, rada departamentu, rada regionu, Izba Przemysłowo-Handlowa, Panhard-Levassor, Automobilklub Francji itd.) zabrała potrzebną sumę i kupiła całość. W 1982 udostępniono kolekcję jako Musée national de l’Automobile.
Nie obyło się oczywiście od sporu prawnego. Fritz w 1982 wniósł w Szwajcarii pozew żeby odzyskać część kolekcji. Sprawa została rozstrzygnięta dopiero po jego śmierci - w 1999 wdowa po nim otrzymała 62 samochody (w tym 17 Bugatti) stojące w innym miejscu - w Malmerspach. Prawdopodobnie stąd wynikają różnice w ilości samochodów należących do kolekcji podawane w różnych źródłach.
Najpierw podsumowanie, a potem przejdziemy do samej kolekcji. Podsumowanie: Od wszystkiego można się uzależnić. Bracia nie założyli rodzin, (wspomniana wcześniej wdowa po Fritzu prawdopodobnie została jego żoną dopiero w Szwajcarii), nie mieli dzieci (nawet nieślubnych), zaniedbali biznes (nie byli przygotowani na zachodzące zmiany), zajmowali się głównie swoimi samochodami. Aż do marnego końca. A robili to głównie dla zaspokojenia swojej obsesji - ich pierwotny plan raczej nie przewidywał udostępnienia kolekcji zwiedzającym. To nie jest zdrowe. Hobby nie powinno stawać się obsesją. Nie idźcie tą drogą.
Hala z samochodami robi duże wrażenie - jest olbrzymia, i stoi w niej mnóstwo starych i rzadkich samochodów.
Muzeum samochodów Mulhouse
Niestety nie orientuję się zbyt dobrze w okresie pionierskim we Francji. Uważam, że wynalezienie samochodu zostało w sposób trochę naciągany "zagarnięte" przez Niemców, ale to temat na osobną notkę. Wkrótce po Benzie prowadzenie w innowacjach w automotive przejęli (znowu) Francuzi. Nazwy francuskich firm tego okresu nie są mi obce:De Dion-Bouton (et Trépardoux), Panhard & Levassor, Darracq, Serpollet, ... Wiem o wyścigu Paryż-Rouen, ale nie potrafię wskazać, które z eksponowanych samochodów były ważne i przełomowe, więc wrzucę po prostu mniej lub bardziej losowe zdjęcia. Jako naprawdę istotny zidentyfikowałem tylko jeden: Panhard & Levassor Type A P2D - pierwszy produkowany seryjnie samochód z silnikiem spalinowym na świecie.
Panhard & Levassor Type A P2D - pierwszy samochód na świecie produkowany seryjnieDe Dion-Bouton Biplace Type SDarracq Torpedo Type P
Z trochę nowszych, ciekawostka: Jak typujecie, z którego roku jest to coś:
L'Œuf électriqueL'Œuf électrique
Pudło - to jest rok 1942. Nazywa się to L'Œuf électrique (Elektryczne jajo) i ma rzeczywiście napęd elektryczny. Skonstruował to znany podobno designer Paul Arzens, miała być to recepta na racjonowanie benzyny. Mocna rzecz - on się zmieścił w 60 kg na pojazd + 30 silnik (6kW), 20 na wyposażenie i 240 na akumulatory (12V/250Ah razy 5(?) - dane w źródłach się nie spinają: 5 sztuk po 60 kg to by było 300 kg, a nie 240. Znowu na silnik ma iść 60V, czyli 12*5. TUTAJ znalazłem filmik, i widać na nim akumulatory parzyste, chociaż nie całkiem identyczne (inaczej połączone ogniwa). Jak zwykle głuchy telefon - wszyscy przepisują, czasem ktoś coś doda od siebie, nikt nie sprawdza. Samochód z dwiema osobami wyciągał 70 km/h i miał zasięg 100 km.
Jest mnóstwo wyścigówek, przede wszystkim Bugatti, które miały być takie świetne, ale jak sprawdziłem wyniki French Grand Prix, to one wygrywały tylko do 1933. Potem pojawiły się tam samochody niemieckie, zwłaszcza Auto Union i sukcesy Bugatti się skończyły. (Proszę nie wyskakiwać z wygraną Bugatti w 1936 - na liście startujących w tym roku nie ma ani Auto Union, ani Mercedesa).
Jako wystawa okresowa były samochody z kolekcji księcia Alberta z Monako. Ale nic interesującego nie było. Byłem w Monako, ale nie widziałem jego kolekcji, czy on tam w ogóle ma coś ciekawego.
Oprócz samochodów historycznych mieli tam też aktualne Bugatti Veyron, pokazywali Teslę Cybertrucka, a na zewnątrz można było przejechać się zwykłą Teslą (żona chciała, ale było już krótko przed zamknięciem i się nie udało. W sumie nie trzeba akurat tam, można umówić się na jazdę próbną w salonie, ale nie żebym chciał coś takiego kupować).
Notka przeleżała mi się od zeszłego roku, dotyczy turystyki i historii techniki, i szkoda żeby się zmarnowała. Wskazówki turystyczne powinny być nadal aktualne, a historia techniki jest aktualna zawsze. Więc tylko lekko zmodyfikuję okoliczności czasu i będzie działać.
W zeszłym roku wpadliśmy z żoną na szalony pomysł, żeby pojechać na tydzień do Karlovych Varów. Dlaczego szalony? Bo Karlove Vary to od dawna miejsce, gdzie masowo spędzają wakacje Rosjanie.
Pierwotnie plan był taki, żeby na krótki urlop pojechać gdzieś nie za daleko, ale do innego kraju. Pierwszym kandydatem była Francja, na przykład Strasburg i okolice, to od nas raptem ze 200 kilometrów. Ale potem zobaczyliśmy w telewizji parę reportaży z początku roku (2023), gdzie przedsiębiorcy i pracownicy z Karlovych Varów narzekali, że najpierw pandemia, a teraz wojna, Rosjanie już nie przyjeżdżają i jest straszna bieda. Zajrzałem na webcamy i w sieć, i rzeczywiście, ludzi po mieście chodziło mało, w hotelach dużo wolnych miejsc, a ceny nieprzesadne. Czyli pojawił się Plan - pojedziemy tam na 6 dni.
Nie będę się specjalnie rozpisywał, tylko parę luźnych spostrzeżeń, a potem dojdziemy do ciekawostki z historii techniki. Najpierw obserwacje:
Rosyjski było słychać, ale według bywalców o wiele mniej niż kiedyś. O ile mogłem się zorientować byli to Rosjanie mieszkający w Unii od dawna. No i nieustalony udział rosyjskojęzycznej ludności z innych krajów. Z-symboliki nie zauważyłem.
Wiele sklepów było nastawionych na Rosjan (i prowadzonych przez Rosjan), no i raczej pusto w nich było.
W mieście wielkiego tłoku nie było (chociaż w weekend trochę gorzej), w kawiarniach i restauracjach zawsze były wolne miejsca.
Miasto naprawdę ładne, warto przyjechać, ale jeżeli nie zamierzacie korzystać z zabiegów leczniczych (nie będę tu dyskutować ich sensowności i skuteczności), to tydzień wystarczy.
Byliśmy też w Mariańskich Łaźniach i Franciszkowych Łaźniach. Też ładne, chociaż każde to inny typ miejscowości: Karlove Vary (znaczy ich część turystyczna) leżą w wąskiej dolinie, i w wiele miejsc trzeba iść ostro pod górę. Mariańskie Łaźnie leżą na znacznie łagodniejszym zboczu, a Franciszkowe Łaźnie na całkiem płaskim terenie. Najbardziej polecam Karlove Vary, no ale co kto lubi, wybierajcie sami. Król Anglii Edward VII po przetestowaniu wszystkich trzech wybrał Mariańskie Łaźnie, i już tylko tam przyjeżdżał co rok.
Jak jesteśmy przy Edwardzie VII, to według opowieści w Karlovych Varach wynalazł on spodnie w kant. Nie wiem na ile ta anegdota jest prawdziwa, ale on podobno poszedł na spacer do lasu i rozdarł sobie spodnie. Kiedy dotarł do pierwszego sklepiku z ubraniami kupił sobie nowe, ale te przeleżały się na regale w dolnej warstwie i były zagniecione w kant. Po wycieczce pieszej król wrócił do hotelu Pupp na kolację, i tam wszyscy na początku się z niego ukradkiem śmiali, ale następnego dnia rano na śniadaniu wszyscy panowie mieli spodnie zaprasowane w kant, żeby być na bieżąco z najnowszymi trendami mody angielskiej. Pewnie to fejk, ale zabawny.
W Karlowych Warach wszyscy wielcy byli, oprócz króla Anglii oczywiście Goethe (Goethe był wszędzie, więc nic dziwnego że i tu), Franciszek Józef, Sissi, cała plejada słynnych europejskich kompozytorów, no i również Marks. Nawet mają tam jeden z nielicznych pozostałych w Czechach pomników Marksa.
Karlovy Vary - pomnik Marksa
Mieszkaliśmy w sporym domu wczasowym z roku 1970, oczywiście odnowionym niedawno według aktualnych standardów. Całkiem OK. W hotelu był basen napełniony woda mineralną z hotelowego ujęcia, był też kranik z którego można było sobie nabrać tej wody do butelki. Nieco mnie zaskoczyło, że ta woda miała pod 50 stopni, no ale taka okolica. W mieście jest nawet regularny gejzer z wodą o temperaturze 72 stopnie.
Karlovy Vary - gejzer
Teraz dojdziemy do Bonda: W Karlovych Varach kręcono sceny do "Casino Royale". Większość była w hotelu Grandhotel Pupp, trochę w mieście, a za tytułowe kasyno robił budynek, który na pierwszy rzut oka wydawał nam się operą. Dopiero po bliższym przyjrzeniu się okazało się, że jest na nim napisane że to Kaiserbad czyli Łaźnia Cesarska. Można było ją zwiedzać, więc weszliśmy. I wyszło, że to zabytek historii techniki.
Kaiserbad Karlovy Vary
Budynek zaprojektowało biuro projektowe Fellner & Helmer specjalizujące się w operach i teatrach, stąd zewnętrzne podobieństwo - oni wzięli standardowy projekt budynku opery i zaadaptowali go do nowego zastosowania. Podstawową różnicą było to, że tam gdzie w operze jest scena i widownia, tu był niezadaszony dziedziniec. Obwodowo po zewnętrznej stronie budynku szedł korytarz, z którego wchodziło się do pokojów zabiegowych (a raczej zestawów przebieralnia + pokój zabiegowy z wanną). Pokój zabiegowy przylegał do wewnętrznego dziedzińca, i od tej strony miał okno (ale z matową szybą, czy innym witrażem). I takie kondygnacje były dwie.
Na razie nic specjalnego, ale zaraz zacznie się ciekawe: Podstawowym oferowanym tam zabiegiem było siedzenie w sporej wanience z ciepłym torfem. Ten torf trzeba nagrzać do odpowiedniej temperatury i napełnić nim wanienkę. Żeby było higienicznie, dla każdego pacjenta taka wanienka musiała być napełniona na nowo, potem opróżniona i zdezynfekowana. I musiało to iść szybko - to był kombinat w którym wykonywano kilkaset zabiegów dziennie. Nie da się nosić tych wanien ręcznie po piętrach (za ciężko, za wolno), ani przynosić torfu w wiaderkach (bo wystygnie i za wolno).
Rozwiązanie było takie: W osobnym budyneczku za "operą" przygotowywano drewniane wanienki z ciepłym torfem. Wanienki były podziemnym korytarzem mechanicznie dostarczane na dziedziniec "opery", tam systemem szyn i wind hydraulicznych jechały one do pokojów zabiegowych i wjeżdżały na miejsce kąpielowe od dołu, przez podłogę. Pacjent siedział w tym torfie przepisany czas, potem mył się w normalnej wannie, ubierał w przebieralni, a tymczasem wanienka z torfem wracała do budynku technicznego. Tam była opróżniana, czyszczona, i mogła być użyta następny raz.
Kaiserbad Karlovy Vary - dziedziniec
Nie udało mi sięznaleźć w sieci dokładnie nic o tym, jak cała ta instalacja była skonstruowana, ale na podstawie oglądania jej pozostałości na dziedzińcu budynku wnioskuję, że było tak:
Okna z łuczkami to pokoje zabiegowe.
Poniżej musiała być kondygnacja techniczna, przez te prostokątne otwory (później zamurowane) pewnie wjeżdżały wanienki. Musiały być tam jakieś drzwi - bo dziedziniec pierwotnie nie był zadaszony i bez drzwi wiatr by hulał po piętrze.
Na poziomie podłogi kondygnacji technicznej widać resztki wystających dwuteowników. Na pewno podtrzymywały one tory, po których jeździły wanienki, prawdopodobnie na jakichś wózkach.
Nie jest dla mnie jasne, jak wanienki dostawały się z poziomu tunelu na poziomy techniczne. Pionowa winda? Pochylnia? Na dziedzińcu zachowało się parę słupów tej instalacji, ale za mało żeby odtworzyć na tej podstawie koncepcję transportu pionowego.
Pytań pozostaje wiele:
Jak przemieszczano wanienki z poziomu technicznego do pokoju zabiegowego? Winda pod każdym pokojem?
Transport poziomy był na pych, czy mechaniczny?
Jak zmieniano kierunek jazdy wanienki żeby wprowadzić ją z toru na dziedzińcu do budynku? Obrotnica przed każdym wjazdem, czy coś bardziej wymyślnego?
Jak w ogóle wyglądała hydraulika w 1895? I czym była napędzana? Maszyną parową?
Jakie było sterowanie tym wszystkim? Była już jakaś automatyka, czy wszystko ręcznie?
Ta łaźnia była w tym czasie najnowocześniejsza na świecie. Cesarz Franciszek Józef był tam nawet raz, ale nie kąpał się w torfie (takie zbytki nie były w jego stylu), tylko obejrzał wszystko i wrócił do hotelu Pupp.
Karlovy Vary - Grandhotel Pupp
Budowę łaźni ukończono w roku 1895 i biznesowo był to strzał w dziesiątkę - inwestycja zwróciła się już po czterech latach. Niestety nie tak długo później wybuchła wojna i klientów zrobiło się o wiele mniej. Nie zapamiętałem wszystkich dat, które po czesku tam opowiadali (a w sieci o tym mało), ale chyba już wtedy rozpoczął się powolny upadek łaźni. Nie serwisowana technika psuła się powoli. Za międzywojennej Czechosłowacji cesarstwo było niemile widziane, więc budynek nazywał się zamiast "Kaiserbad" "Łażnia I". Potem przyszła druga wojna, kiedy to nie było w Karlovych Varach kuracjuszy, a tylko ranni żołnierze. Całkowicie dobiła instytucję komuna - co prawda zrobiony tam został jakiś remont i działała fizykoterapia, ale wanny z torfem noszono już tylko ręcznie. Jakakolwiek działalność medyczna padła w latach osiemdziesiątych. Na chwilę poratowała budynek firma z Austrii, która zrobiła tam kasyno (do którego nie mieli wstępu obywatele Czechosłowacji), ale w początku lat dziewięćdziesiątych przedsięwzięcie zbankrutowało. Opuszczony budynek stał i niszczał.
Dopiero całkiem niedawno - w 2010 - budynek uzyskał status Pomnika Kultury Narodowej i rozpoczęto jego renowację. Niestety systemu transportu wanien nie da się już odbudować- zostały tylko ze cztery słupy na tymczasem zadaszonym dziedzińcu i, jak sądzę, żadnej dokumentacji i znikomo zdjęć. W sąsiednim budyneczku, tym od przygotowywania wanien, akurat idzie renowacja.
Kaiserbad Karlovy Vary - filar
Kaiserbad Karlovy Vary - widok od tyłu. Po prawej budynek techniczny w remoncie.
Jedynym odremontowanym pokojem zabiegowym jest ten najlepszy, zwany "cesarskim".
Kaiserbad Karlovy Vary - Pokój Cesarski. Po prawej widoczna wanienka na torf, dostarczana od dołu przez otwór w podłodze.
Jeszcze jedna ciekawostka techniczna: W tejże łaźni powstał pierwszy w cesarstwie fitness club, taki z przyrządami. Już w tamtych czasach sporo ludzi zaczęło pracować głową, a nie rękami, i w związku z tym pojawiły się te problemy, które mamy i dziś - nadwaga i jej skutki. Pewien szwedzki lekarz - Gustav Zander - słusznie stwierdził, że potrzebne jest trochę ruchu, więc zaprojektował maszyny do ćwiczeń. W Cesarskiej Łaźni urządzono sale z takimi maszynami, jedną dla mężczyzn, drugą dla kobiet (budynek był ściśle podzielony na część męską i żeńską). Niestety Zander nie wymyślił strojów do ćwiczeń, i panowie ćwiczyli w garniturkach, a panie w długich sukniach. Niestety niewiele z tego wszystkiego się zachowało, a maszyny treningowe Zandera się można zobaczyć tylko w paru muzeach na świecie. Między innymi w Muzeum Techniki w Pradze. Byłem w Muzeum Techniki w Pradze, bardzo fajne, jak znajdę trochę czasu to zrobię o tym notkę, ale na te maszyny nie zwróciłem niestety uwagi.
Kaiserbad Karlovy Vary - fitness studio
Ogólnie polecam, chociaż proszę pamiętać że to lokacja raczej na wczasy "emeryckie".
Już parę lat temu zauważyłem, że w okolicy mam jeszcze jedno muzeum mniej-więcej techniczne którego jeszcze nie widziałem - Braun Sammlung w Kronbergu. Kronberg to taka nie za duża (ok. 17.000) miejscowość w Taunusie, z dużym udziałem bogaczy wśród ludności - bo to blisko Frankfurtu, ale tam samoloty nie latają i jest cisza. Braun był dla mnie jasny - to ta firma od maszynek do golenia, elektrycznych szczoteczek do zębów i innych wyrobów gospodarstwa domowego, ale również na przykład sprzętu grającego, najbardziej znana z niezłego designu swoich produktów. Ale dlaczego akurat Kronberg - tego nie mogłem skojarzyć. Przyczyna jednak jest, i to bardzo istotna - ale najpierw trochę historii.
Firma Braun powstała w roku 1921 we Frankfurcie, założył ją pochodzący z Prus Wschodnich inżynier Max Braun. Jego pierwszym produktem był przyrząd do łączenia skórzanych pasów transmisyjnych. Tego rodzaju pasy były w tych czasach używane powszechnie do napędu maszyn - w fabryce, gdzieś wysoko był poprowadzony wałek napędzany jakimś rodzajem silnika (mogło być wszystko - maszyna parowa, silnik spalinowy, koło wodne, ...). Z tego wałka moc była przekazywana do wszelkich maszyn właśnie skórzanymi pasami. Krytycznym miejscem było łączenie pasa - a trzeba to było zrobić na miejscu, żeby długość była właściwa. Przeniesienie napędu pasami skórzanymi stosowano również w rolnictwie, na przykład gdy traktor lub lokomobila napędzały młocarnię.
Braun urządzenie do łączenia pasów transmisyjnych
Jak widać na zdjęciu, urządzenie Brauna wbijało w końcówkę pasa spiralę z drutu, jak to dokładnie robiło trudno powiedzieć. Spirale były chyba spłaszczane i łączone sztyftem. Przyrząd Brauna sprzedawał się bardzo dobrze, bo jego połączenie było trwalsze niż w innych rozwiązaniach.
Od 1923 roku Braun zajął się również odbiornikami radiowymi, najpierw detektorowymi, potem lampowymi. Szło mu na tyle dobrze, że w 1926 przeniósł się z produkcją do pomieszczeń typowo fabrycznych (jego poprzedni adres to była istniejąca do dziś kamienica, podejrzewam że miał warsztat w oficynie). Potem robił głównie w technice radiowej, jak wynika z różnych rzeczy które czytam w ramach researchu produkcja odbiorników lampowych wymagała wtedy jakichś zezwoleń (Bauerlaubnis), o które nie było łatwo. Braun przejął w tym celu zakład niejakiego Carla Sevecke, który takie zezwolenia miał. W czasie wojny Braun produkował nadajniki radiowe dla wojska, a w 1944 jego obie fabryki (druga to ta po Carlu Sevecke) zostały zniszczone w nalocie.
Zaraz po wojnie Braun wznowił produkcję latarek na dynamo (produkował je już od roku 1938). Miałem kiedyś dokładnie taką latarkę w ręku, miał ją mój wujek, podobno wyprodukowano ich około 3 milionów sztuk. Tu anegdota: Wcześniej miałem książkę o majsterkowaniu, pod tytułem bodajże "Młody konstruktor" (gdzieś mi zaginęła), i pamiętam do dziś mój WTF? przy poradzie żeby cośtam wziąć ze "starej latarki, której wytarte koła zębate nie nadawały się już do użytku" (cytat z pamięci, naprawdę zrył mi psychikę, więc raczej wierny). Latarkę z kołami zębatymi zobaczyłem dopiero wiele lat później.
Braun latarka na dynamo
Od 1947 Braun wrócił do odbiorników radiowych, a w 1950 wymyślił i opatentował swój system elektrycznej golarki, takiej z folią z dziurkami i oscylującymi ostrzami. W sumie to nie wiem na czym dokładnie polegał jego wynalazek, bo wszystkie te elementy były znane i opatentowane już wcześniej. (Fun fact: w polskiej wiki nie ma artykułu o goleniu, jest tylko o Goleniu owiec).
Krótko później, w roku 1951, Max Braun zmarł nagle na zawał serca. Firmę przejęli jego synowie Artur i Erwin. Erwin miał koncepcję, że firma to nie powinien być tylko biznes, ale holistyczny projekt społeczno-kulturowy. Wprowadził na przykład zdrowe jedzenie w zakładowej kantynie, ale przede wszystkim zatrudnił sporo prawdziwych designerów, w tym dwóch wywodzących się z Bauhausu (muszę zrobić parę notek o Bauhausie, trochę swoich zdjęć już mam). No i ci designerzy zaczęli robić naprawdę dobrą robotę. Przeprojektowali wszystkie dotychczasowe produkty firmy nadając im jednolity, prosty i elegancki styl.
Tu przykład tego, co zrobili ci designerzy. Najpierw maszyna kuchenna, jaką zaprojektowano u Brauna w roku 1950 (Braun Multimix). Widać, że robił ją ktoś od maszyn dla przemysłu - brzydkie, trudne do utrzymania w czystości, pasowałoby do warsztatu gdzieś pomiędzy tokarką a frezarką.
Braun Multimix (1950)
Designerzy zrobili coś takiego - rzecz, jaką do dziś kojarzymy z maszyną kuchenną.
Braun KM3 (1957)
Podobnie zmienili design sprzętu RTV. Przed nimi, w Niemczech funkcjonowały nazwy grup towarowych: Duże AGD (pralki, lodówki itp.) to było Weißware (dosłownie: towary białe), a RTV - Braunware (towary brązowe), od drewnianych obudów. Designerzy Brauna poszli w biały, szary i czarny, funkcjonalność oraz proste Bauhausowe formy.
Braun SK1 (1955)
Nowo zdesignowany sprzęt RTV pokazano w roku 1955 na targach w Düsseldorfie. To była rewolucja, konkurent Brauna, Max Grundig stwierdził publicznie, że oni przez takie głupoty przeputają taką dobrą firmę po ojcu. Okazało się jednak, że praktycznie cała konkurencja nie wyłączając Grundiga musiała przestawić się na podobne idee w designie jeszcze przed końcem dziesięciolecia.
W 1961 w Kronbergu zaczęto budowę centrali firmy, stąd opisywane muzeum w tym miejscu. Mieści się ono w budynku w którym na dole jest REWE, a na innych piętrach głównie gabinety lekarskie, centrala firmy jest po sąsiedzku.
Największe sukcesy firma Braun miała na polu golarek, w związku z tym w 1967 została kupiona przez Gillette. Znowu Gillette w 2005 zostało wykupione przez Procter & Gamble. O tym, co i kiedy Braun zaczął lub przestał robić można jeszcze długo, może teraz coś o muzeum.
Braun Sammlung
To jest muzeum fabryczne, więc mają tam porządny zbiór większości rzeczy, które firma robiła. A nawet były tam rzeczy, których na rynku jeszcze nie ma. No i to jest naprawdę dobry design, oglądanie go jest miłe i kształcące.
Inna obserwacja to to, że w krajach bloku sporo produktów było mniej lub bardziej zrzynane z designu Brauna. Może nie co do ostatniej śrubki, ale co najmniej koncepcja.
To jest zestaw edukacyjny do układów elektronicznych, złożony z kostek w rastrze 27x27 mm. Każda kostka ma w podstawie magnes, którym przyczepia się ją do metalowej podstawy. Po bokach są pola kontaktowe a na górze symbol elementu. System ten wymyślił w połowie lat sześćdziesiątych Georg Franz Greger. W 1967 Braun kupił prawa do tego systemu na Niemcy. Historia systemu była długa i burzliwa, obecnie prawa do niego mają Warsztaty Rehabilitacyjne we Frankfurcie, w sąsiedniej dzielnicy Oberrad. Te warsztaty to placówka rehabilitacyjna dla osób chorych psychicznie, cel szczytny, ale w tej chwili nie da się ich produktu kupić (przez pandemię?). Ogólnie uważam to za zajebiozę, dlaczego nie ma tego w każdej szkole? Tu aktualna strona systemu.
Muzeum nie jest specjalnie uczęszczane, byliśmy tam jedynymi zwiedzającymi, nie sądzę żeby kiedykolwiek był tam tłok. Ale odwiedzić naprawdę warto.
Adres:
Braun Sammlung Westerbach Zentrum Westerbachstraße 23C 61476 Kronberg im Taunus (To jest tuż obok stacji S-Bahnu Kronberg Süd)
Czynne: 11-17, w poniedziałki nieczynne
Wstęp: Dorośli: 3 EUR Dzieci 7-17 lat - 1,50 EUR
Sorry za brak mapy, ale sporo się namieszało - Google teraz chce pieniędzy za korzystanie z mapek, stare jeszcze działają, ale nowych już się nie da bez płacenia . Plugin którego używam (MapPress) obsługuje inne, darmowe źródło danych (Leaflet), ale na razie też mi się nie udało zrobić nowej mapki (pewnie jest w tym jakiś haczyk).
Dzisiejszą notkę sponsoruję ja, bo przecież ja za te produkty płacę.
Ostatnio synowi zepsuł się zegarek. Casio z wyświetlaczem. Znaczy w zasadzie to zegarek chodzi bez zarzutu, zepsuł się pasek, taki plastikowy. Znaczy pasek zepsuł się już wcześniej, ale kupiłem nowy na wymianę. A teraz się okazało, że teleskopy są osadzone w plastiku obudowy i otwory w których tkwią się wyrobiły i pasek wypada. To w sumie typowe, te resinowe koperty to zawsze najsłabszy punkt zegarka. Miałem już wcale nie najtańszego WaveCeptora który chodzi do dziś, ale w szufladzie, bo koperta mu pękła, bransoleta trzymała się niepewnie a naprawa była nieopłacalna. W związku z tym szukałem wtedy jakiegoś zegarka z metalową kopertą, wskazówkami i wyświetlaczem no i to był problem. Po obleceniu wszystkich takich sklepach na Zeilu (a jest tam ich trochę) i poszukaniu w sieci spodobał mi się tylko jeden jedyny model - Timex Expedition Metal Combo. Był on wtedy produkowany w dwóch wersjach: czarnej z metalową bransoletą w stylu raczej sportowym i białej, ze skórzanym paskiem, w stylu raczej eleganckim (na żywo wyglądał bardziej elegancko niż na zdjęciu). Wybrałem czarny, ale wersja biała była na tyle inna, że poważnie zastanawiałem się czy nie kupić jej też, na inne okazje. Problem był tylko taki, że Timex w Niemczech praktycznie nie występuje, musiałem kupić w Polsce (ale za to było wyraźnie taniej).
Timex Expedition Metal Combo black
Timex Expedition Metal Combo white
Syn stwierdził, że plastików nie warto kupować i zaczęliśmy szukać zegarka z wyświetlaczem i metalową kopertą. Z wyświetlaczem, bo syn się przyzwyczaił i nie chciał wskazówek. Wynik: Coś takiego w przyrodzie nie występuje, niezależnie od kategorii cenowej. Syn zaczął nawet szukać używek, ale da się znaleźć tylko jakieś straszne starocie w nieprawdopodobnie wysokich cenach. Więc musiał odpuścić i poszukać czegoś z wyświetlaczem i wskazówkami. Przy tej okazji okazało się, że takiego jak mój już się nie da kupić - wersji czarnej już nie ma.
Ale nawet po odpuszczeniu nie było łatwo - zegarków z metalową kopertą jest bardzo mało, a jak już są, to są poozdabianie jak, nie przymierzając, cygański pałacyk. Czegoś nie przesadzonego dowolnej marki nie sposób wybrać. Postanowiłem więc popatrzeć na chińszczyznę. No i tu poważne zaskoczenie - daje się znaleźć chińskie zegarki z metalową kopertą, a przy tym wyglądające naprawdę dobrze! I to wszystko przy cenie poniżej 30 euro! Zobaczcie jaki wybrał syn:
NaviForce
Na żywo też jest niezły, zrobiony jest solidnie, wcale nie wygląda tanio, jest tylko trochę gruby (grubszy nawet od mojego, około 15mm). Zielone cyfry są oczywiście zielone tylko przy podświetleniu, i nie aż tak zielone, normalnie to są dość dyskretne - to wyświetlacz negatywowy. Jedno co mi się średnio podoba to te napisy dookoła, ale w naturze nie są przesadne, a chociaż skala ma jakiś sens i potencjalne zastosowanie. Czernienie koperty i bransolety wygląda na lakier, zobaczymy jak się zachowa na dłuższą metę. Według testów znalezionych w sieci (były zdjęcia) NaviForce używa japońskich mechanizmów i baterii - nie jest to aż takie badziewie, jak by się mogło wydawać. Oczywiście zegarek nie jest zapakowany tak ślicznie jak markowe - zwykłe kartonowe pudełko, w bransoletę wetknięty jest kawałek gąbki opakowany w welurowy papier, a instrukcja to ręcznie poskładana strona A4 w stylu chińskiej instrukcji obsługi, ale to przecież nie ma znaczenia. Jak bym akurat szukał zegarka, to nie wykluczone że kupił bym sobie właśnie taki. No i tu mam totalnego mindfucka. Chińczykom się opłaca zrobić coś tak fajnego i sprzedać za poniżej 30 EUR loco Niemcy, duże brandy nie chcą mi czegoś podobnego sprzedać za parokrotnie wyższą cenę (a przecież koszty będą mieli niewiele wyższe). Nie mówcie, że nie ma na to rynku - zaglądałem na różne fora o zegarkach i "gdzie kupić ładny zegarek z metalową kopertą" to jedno z najczęstszych pytań.
Jakby kogoś zainteresowało, to TUTAJ strona producenta. Coś można też spróbować wybrać z produktów firmy Infantry, oni mają sporo przesadzonych zegarków udających wojskowe, ale niektóre modele są całkiem spoko. Nawiasem mówiąc, to od pewnego czasu jest moda na "tactical watches" (Timex pisze bardziej realistycznie "military inspired"). Szkoda, tylko, że i tak większość jest poozdabiana bez sensu.
Teraz inna branża - smartfony. Nie tak dawno kupiłem synowi pierwszego smartfona. Był ostatni w klasie, co chodził bez komórki. To był już trochę problem, bo na przykład szkoła udostępnia w sieci informacje o tym, czy jakieś lekcje następnego dnia wypadają, nauczyciel zachorował itp. w sieci, ale tylko w aplikacjach Androidowej i Applowej. Nie da się tego sprawdzić z peceta. Muzykę syn miał na MP-trójce, to też historia o produktach. Pierwszą kupiłem mu Samsunga, wyglądała jak memory stick tylko z wyświetlaczem i obudową z alu, jedyny problem był że miała tylko 4 GB pamięci i nie dało się dołożyć karty. Potem mu zginęła, w znanych okolicznościach, zdarza się. Szukaliśmy nowej żeby miała metalową obudowę i rozszerzalną pamięć (albo ze 32 GB na pokładzie) - i znowu to samo, nie występuje. Na koniec kupiłem plastikowego SanDiska. I tak samo jak wyżej - dałbym kilka euro więcej za metalową obudowę, ale nie ma i już.
Samsung YP-U7
SanDisk Flash
Wracając do smartfona: Ponieważ syn chodzi stale z multitoolem w kieszeni i rolką duct tape w plecaku i wszystko naprawia (ma to po tatusiu) stwierdziłem, że do imidżu będzie mu pasowało coś solidnego, znaczy taki outdoorowy. Z takimi też nie jest łatwo, łatwiej niż z metalowymi zegarkami, ale wybór jest ograniczony. Robi takie zaledwie parę firm i większość model jest albo słaba, albo strasznie przedrożona. Znalazłem optymalny model, padło na firmę Archos, modelArchos 50 Saphir. Pewnie nawet nie słyszeliście takiej nazwy. Ja też wcześniej nie słyszałem, a jest to całkiem spory producent z Francji. Znaczy oczywiście robią jak wszyscy, w Chinach. Wyposażenie typowe dla tej kategorii cenowej (trochę ponad dwieście euro), tyle że Gorilla Glas3, wodo- i pyłoodporność i mocna obudowa. Jedno co takie sobie to wygląd - przypomina on cegłę ze ściętymi rogami.
Archos 50 Saphir
No i wszystko było fajnie, ale po dwóch miesiącach telefon padł. Od rana wkoło startował się i resetował zanim skończył bootowanie, i tak aż do wyczerpania akumulatora. A szkiełko na obiektywie było zaparowane od wewnątrz - a tylko raz deszcz padał jak syn szedł do szkoły (wodoodporny, taka ich mać). Zaniosłem go do Conrada do reklamacji, powiedzieli cztery tygodnie, puszczą SMSa jak będzie do odbioru. W końcu piątego tygodnia zadzwoniłem, i jeszcze nie było. Potem jeszcze dzwoniłem ze dwa razy i w końcu, po siedmiu tygodniach, SMS przyszedł. Poszliśmy odebrać i okazało się, że jest nówka i to nowszego modelu. Prawdopodobnie trwało tak długo, bo tamtego modelu już nie mieli, a nowego jeszcze nie. Teraz jest Archos Sense 50x, aktualny model oczywiście wszystko ma lepsze - Android 7.0 zamiast 6.0, więcej rozdzielczości, więcej RAMu, więcej megapikseli, większa przekątna ekranu (jest taki sam duży jak moje wielkie Galaxy Note 4). Gorszy jest tylko akumulator - trzyma krócej. Ale w dzisiejszych czasach i tak trzeba ładować codziennie. Najbardziej poprawił się wygląd - to już nie jest cegła, tylko całkiem elegancki telefon, mimo że nadal według wymagań outdoorowych.
Archos Sense 50x
I najbardziej znacząca nowość - to jest pierwsze urządzenie jakie mam w rękach, które ma USB 3.0 i gniazdo typu C. No i to zaraz zrobił się problem - w komputerze syna USB 3.0 jest tylko z tyłu, a dołączony kabel jest za krótki żeby go sensownie używać. Natomiast w obudowie mojego komputera z przodu jest tylko USB 3.0. Zawsze będzie odwrotnie niż trzeba. Wtyczka USB C eliminuje co prawda największy problem wtyczek USB (że wchodzi dopiero za trzecią próbą), ale trzyma się w złączu znacznie gorzej niż Micro-B. No i właśnie przeczytałem, że duża część (rzędu połowy) dostępnych w handlu kabli USB C jest źle zrobiona i może nawet zabić podłączony komputer. A ja muszę kupić taki kabel, ładne perspektywy.
A wkrótce się jeszcze okazało, że projektantów tego telefonu musiało nieźle pop***lić. Bo zrobili gniazdo słuchawkowe jack 3,5mm, tyle że wtyczka jest nieco dłuższa od standardowej. I jak włożyć standardową to nic nie słychać. Do telefonu dołączone są pasujące słuchawki, ale kabelek jest cieniutki i czas ich półrozpadu będzie niewielki. W specyfikacjach nie ma o tej niestandardowości słowa, a ja w życiu nawet nie słyszałem o takich wtyczkach. Nawet na stronie producenta nie da się kupić słuchawek zamiennych. Poszukałem w sieci i w ogóle nie znalazłem nic o takich wtyczkach. Aż w pracy poszedłem popytać elektronika po godzinach bawiącego się półprofesjonalnie w audio-video, i on też był zaskoczony. Posłałem pytanie skąd wytrzasnąć takie słuchawki, wtyczkę albo adapter i co brali jak to wymyślili do serwisu, na początek niemieckiego, jak dotąd odpowiedzieli że przekazali je Francuzom. Ciekawe co powiedzą.
Podsumowanie? Nie ma podsumowania, to tylko niezorganizowane uwagi o produktach różnych.