Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Prąd na ulicach – Na dwóch i trzech kołach

I znowu notka o prądzie, robi się ich coraz więcej więc wprowadzę dla nich specjalną kategorię i tag.

Wczoraj był firmowy Weihnachtsfeier. Tutejsza tradycja jest taka, że na takiej imprezie najpierw jest jakaś atrakcja, a potem kolacja w knajpie. W poprzedniej firmie atrakcje były raczej typu sportowego - na przykład kręgle albo lodowisko. Nic dziwnego - organizująca imprezy sekretarka była z wykształcenia NRD-owska nauczycielką od sportu. Jej dzień, świątek-piatek zaczynał się od kilkukilometrowej jazdy rowerem do stajni, w której stał jej koń, oporządzenia konia, a potem dalej rowerem do pracy, tak na około siódmą. Po pracy (na niecały etat) znowu rowerem do konia a potem do domu. Więc imprezy firmowe też musiały być sportowe.

Po wczorajszej imprezie zaraz było widać, że moja nowa firma jest typowo inżynierska. Odbyło się to w firmie zajmującej się sprzedażą różnych pojazdów elektrycznych. Nauczyliśmy się jeździć na Segwayach, obejrzeliśmy i wypróbowaliśmy różne inne elektryczne jeździdełka. No i tymi osobistymi doświadczeniami zamierzam się podzielić. Zdjęcia będą niestety słabe, bo zostałem zaskoczony i miałem przy sobie tylko komórkę, a na placu było ciemno.

Jak dotąd omawiałem w notkach samochody elektryczne. Wnioski były mało budujące - poruszanie półtorej tony pojazdu żeby przewieźć jedną - dwie osoby na odległość kilku - kilkunastu kilometrów nie może być efektywne energetycznie. Przy benzynie tego nie zauważamy, ale ograniczenia techniczne dzisiejszych akumulatorów nie dają o tym zapomnieć: Samochód zużywa BAAARDZO dużo energii. Jak już pisałem, nie za bardzo da się już poprawić sprawności napędu, nie za wiele da się wyciągnąć ze sprawności akumulatorów, pozostaje tylko schodzenie z masy. No i najprostszą metodą radykalnej redukcji masy jest rezygnacja z nadwozia, wyposażenia wnętrza, ciężkich kół, niepotrzebnych osi, przekładni itd. Czyli zrobienie czegoś w stylu roweru/motoroweru. W ten sposób z półtorej tony możemy zrobić kilkanaście do kilkudziesięciu kilogramów na transportowaną osobę. W końcu przy aktualnie realnych zasięgach takich pojazdów nadają się one raczej do miasta niż w trasę, a w mieście istotniejsza jest możliwość dojazdu pod same drzwi, łatwość parkowania itp., a nie ile stref ma klima albo z jakiego gatunku egzotycznego drewna są elementy wystroju wnętrza.

Segway

Segway

Zacznijmy od Segwaya, jako najbardziej znanego. Chyba każdy widział coś takiego chociaż na zdjęciu, ale mimo to opiszę jego konstrukcję. Nie przypomina on roweru. Ma dwa koła na jednej osi, platformę do stania i coś w rodzaju drążka kierowniczego. Ponieważ taki układ nie jest stabilny, urządzenie jest stabilizowane przy pomocy wyrafinowanego oprogramowania. Przyspieszanie i hamowanie sterowane jest wychylaniem ciała, skręcanie przechylaniem drążka sterowego w bok. Sterowanie działa faktycznie intuicyjnie, z obecnych 25 osób które nigdy na Segwayu nie jeździły, wszystkie po kilku minutach treningu były w stanie przejechać przez ustawiony w sali tor przeszkód.

Treninng na Segwayu

Trening na Segwayu

Krytycznymi momentami są wchodzenie i schodzenie z urządzenia, próba panicznej ucieczki z platformy może skończyć się bardzo źle. Opowiadali, że na parę tysięcy szkolonych osób mieli tylko trzy wypadki (za to poważne), wszystkie zdarzyły się kiedy kursanci robili rzeczy wyraźnie i wprost zabronione na szkoleniu (uparta jazda do tyłu, próba "przechytrzenia" programu). Segway nie jest lekki (prawie 50 kg, nie może byc lżejszy, bo środek ciężkości itp.) i nadaje się do jeżdżenia tylko po równym i płaskim, pokonuje krawężniki tylko do 5 cm wysokości - próba pokonania wyższego może się skończyć w szpitalu.

Dalej pokazywali takie super designerskie urządzenie z Nowej Zelandii - YikeBike. To jest taki elektryczny składak z karbonu, po złożeniu ma rozmiar pozwalający zabrać go jako bagaż podręczny do samolotu, ma odpowiednie certyfikaty na akumulator, a waży tylko 10 kg. Sens zabierania go do samolotu nie jest dla mnie zbyt jasny. Nie dali pojeździć, bo wymaga to z pół godzinki treningu. a jest to jedyny egzemplarz w Niemczech i nie ma jeszcze dopuszczenia do ruchu. Siedzi się na tym dość nietypowo - nad kierownicą, stopy parę centymetrów nad ziemią skręcają się razem z przednim kołem, kieruje się rękami opuszczonymi wzdłuż ciała. Ma to wszystkie wymagane przez kodeks drogowy światła, sygnał dźwiękowy itd., problem jest z hamulcem bo jest wyłącznie rekuperacyjny. Ale to tak samo jak w Segway'u, który po pięciu latach od złożenia wniosku został jednak dopuszczony. Urządzenie to ma jeden problem - dla zaoszczędzenia na ciężarze cała ta mechanika jest przymocowana bezpośrednio do karbonu i całość mocno i nieprzyjemnie hałasuje. Sprzedawcy starali się obrócić tę wadę w zaletę - gdy się jedzie wśród ludzi czymś cichym to trzeba ciągle wołać "UWAGA!", a przy tym każdy się obróci bo tego dźwięku nie zna. Ja tam wole wołać w razie potrzeby.

YikeBike

YikeBike

Następną ciekawostką był Trikke Tribred. Podobne pojazdy bez silnika są ostatnio modne, jeździ się na tym trochę podobnie jak na nartach biegowych. Tutaj dodany jest silnik elektryczny, można jechać tylko na silniku, a można wspomagać go nogami co mocno wydłuża zasięg. Mocy i momentu to trochę ma, przed przyprądowaniem (bo przecież nie "przygazowaniem") trzeba dociążyć przednie koło, bo inaczej się ślizga.

Trikke Tribred

Trikke Tribred

Teraz bardziej klasyczne konstrukcje - rowery ze wspomaganiem elektrycznym. Koncepcje są różne, najprostsza w obsłudze jest taka, że ustawiamy na ile procent ma nas wspomagać i kręcenie pedałami automatycznie startuje wspomaganie. Jak przestaniemy kręcić - wspomaganie się wyłącza. Efekt jest niezły - bez wysiłku na składaku (MOBIKY) wyciąga się 20 km/h, jak się przyłożyć nogami to więcej. A składak jest po to, że w kilka sekund można go złożyć do takiego rozmiaru, żeby w komunikacji miejskiej nie płacić jak za rower i nie trzeba było wsiadać do zatłoczonej części gdzie można rowery przewozić.

Mobiky

Mobiky

Inne rozwiązanie było takie, że mamy jednocześnie pedały i manetkę jak w motorze, wspomaganie działa tylko jeżeli jednocześnie kręcimy i dodajemy prądu. Do tego trzeba się przyzwyczaić, nie podobało mi się. To na zdjęciu wygląda jak motor - można sobie skonfigurować pojazd dla siebie w szerokich granicach - ale jest rowerem wspomaganym. Niestety nie zapamiętałem producenta, a jakoś nie mogę znaleźć.

"motocykl" elektryczny

"motocykl" elektryczny

Kolejną koncepcją jest coś w kierunku motoroweru takiego jak kiedyś - z pedałami. Zasadniczy napęd robi silnik elektryczny, można mu pomóc nożnie. Pokazywali taki super solidny rower górski (e-SPIRE) z 14-biegową przekładnią w piaście(!). Mówili, że dla paru klientów konfigurowali je tak, że usuwali ograniczenia i na silniku można było wyrobić 60km/h, a pomagając nogami nawet 80! Do tego miękkie zawieszenie terenowe, można robić na tym cross. Mi się jazda na tym nie podobała, ale może to kwestia przyzwyczajenia.

eSpire

eSpire

I jeszcze mieli konstrukcje skuterowe i motorowerowe, bez pedałów, tylko na prąd. Wszystko to naprawdę dostarcza, kopa ma solidnego nie tylko przy ruszaniu, niektórymi z tych urządzeń można jeździć nawet po autostradzie. Ciche, nie śmierdzi spalonym olejem jak dwusuwy, baterie ładowane na 80% w pół godziny do godziny, zasięgi w granicach 20-60 kilometrów. Do miasta, nawet większego świetne. Koszt prądu też nie jest znaczący, mówili że w sklepie ciągle ładują cały ten sprzęt a w rachunkach za prąd trudno to zauważyć. Na zdjęciu LYRIC.

LYRIC

LYRIC

Dobra, teraz druga strona medalu. Te urządzenia są po prostu obłędnie drogie. Segway kosztuje tyle co mały samochód, inne pojazdy ceny maja czterocyfrowe, a cyfr bywa i pięć. Za cenę trzycyfrową można kupić najwyżej elektryczne hulajnogi albo deskorolki.

A teraz moje zdanie na ten temat: Po wypróbowaniu tych urządzeń, z praktycznego punktu widzenia, uważam że:

Segway ma swoją niszę, w której jest sensowny - świetna rzecz dla patrolu policyjnego wcześniej pieszego (są takie próby, chyba nawet w którymś mieście kupili), fajne na dłuższe zwiedzanie miasta, ale tak w praktyce to jest urządzenie tylko dla ludzi i tak sprawnych. Babcia o lasce na platformę nie wejdzie, a nawet jak wejdzie to nie będzie w stanie utrzymać równowagi.

Wycieczka na Segwayach

Wycieczka na Segwayach

Rowery wspomagane to znowu coś dla ludzi starszych. Nieocenione dla ciągle jeszcze sprawnych babci lub dziadka, ale komuś młodszemu (nawet w moim wieku średnim) bym odradzał. Porcja ruchu i wysiłku jaką daje normalny rower to rzecz nie do przecenienia. Jeżeli nie ćwiczę jeżdżąc rowerem, to muszę ćwiczyć gdzie indziej, w innym czasie i za dodatkowe pieniądze. Więc te kilka tysięcy wydane na elektryczny rower to bezsensowna inwestycja.

Za to widzę sens skuterów elektrycznych. Jak ktoś ma do pracy ponad 10 kilometrów, to na rower jest trochę za dużo. Skuter jest wtedy OK, a elektryczny ma swoje zalety. Żeby jeszcze cena była niższa.

A reszta to fun vehicles. Trochę lepsze niż spalinowe, ale i tak bym nie kupił. Zostaję przy zwykłym rowerze.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Prąd, prąd, prąd na ulicach

10 komentarzy

Jacek Dukaj i wojny ekonomiczne

Przeczytałem w Wyborczej wywiad WO z Jackiem Dukajem i przypomniał mi on, że miałem napisać notkę o pewnej ciekawostce związanej z Czarnymi Oceanami. Chodzi o wojny ekonomiczne.

Jacek Dukaj - Czarne Oceany

Już dobre kilka lat temu przeczytałem w prasie ekonomicznej artykuł o pewnej uczelni we Francji, która to uczelnia natychmiast skojarzyła mi sie z CO. Zrazu pomyślałem że ktoś ważny we Francji czyta Dukaja (i to po polsku!), ale zaraz sprawdziłem - uczelnia ta powstała jeszcze przed wydaniem Czarnych Oceanów, już w 1997. Ciekawe czy Jacek o niej słyszał - w żadnym czytanym przeze mnie wywiadzie z nim o tym nie wspomina. Uczelnia ta nazywa się - UWAGA: École de guerre économique - Szkoła wojny ekonomicznej. Przyjmują tam tylko managerów z minimum pięcioletnią praktyką zawodową. Szkoła jest finansowana przez ministerstwo obrony, wielu z jej wykładowców to wojskowi i ludzie ze służb specjalnych. Wszystko jak w Czarnych Oceanach, chociaż do oficjalnego przejęcia samego prowadzenia wojny ekonomicznej przez wojsko jeszcze trochę brakuje.

Logo École de guerre économique

Żródło: /www.ege.fr

Na dowód że nic nie zmyślam: TUTAJ wpis w Wikipedii po francusku, do wyboru jest jeszcze tylko wersja niemiecka. A TUTAJ link do stron samej uczelni - oczywiście tylko po francusku.

Future is now.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Ciekawostki

2 komentarze

Jak to się robi w Niemczech: Occupy Frankfurt

Syn na ostatnim Kinder Uni wygrał dwa bilety do teatru, i w związku z tym znalazłem się dziś obok siedziby Europejskiego Banku Centralnego - bo to akurat naprzeciwko tego teatru. Syn z kolegą poszli na przedstawienie, a ja postanowiłem obejrzeć sobie tutejszych okupantów.

Europejski Bank Centralny Frankfurt

Europejski Bank Centralny Frankfurt

Najpierw objaśnienie: Wbrew rojeniom wielu domorosłych "ekspertów", ciemiężyciel całej Unii - czyli Europejski Bank Centralny - nie ma swojej siedziby w Brukseli, tylko u nas, we Frankfurcie. Jak na razie jego budynek jest w samym centrum miasta, ale nowa siedziba właśnie powstaje na terenie dawnej Großmarkthalle.

Nowa siedziba Europejskiego Banku Centralnego we Frankfurcie

Nowa siedziba Europejskiego Banku Centralnego we Frankfurcie

Okupanci rozłożyli się koło słynnego logo:

Europejski Bank Centralny Frankfurt - logo Euro

Europejski Bank Centralny Frankfurt - logo Euro

Okupacja ciemiężyciela nie wygląda zbyt okazale, Kilka namiotów, jakaś garkuchnia, stoisko z broszurami. Część z kręcących się tam ludzi jest bardzo ekscentryczna. Całość wygląda raczej jak koczowisko bezdomnych.

Occupy Frankfurt

Occupy Frankfurt


Occupy Frankfurt

Occupy Frankfurt

Okupanci właściwie sami nie wiedzą, czego chcą. Znaczy wiedzą że ma być dobrze, wszyscy zdrowi, bogaci i szczęśliwi, ale nie mają pojęcia jak to osiągnąć. Nawet napisali sobie to na plakacie przy wejściu na ich teren.

Occupy Frankfurt

Occupy Frankfurt

Ja miałbym dla nich radę na początek - protestują pod złym adresem. To tak, jakby okupowali psią budę, protestując że pies gryzie. Taka jego psia natura! I taka natura banku, że kosi pieniądze gdzie się da. Protest swój należy skierować do tego, kto ma nad psem, znaczy bankiem, władzę. Czyli do polityków.

Occupy Frankfurt

Occupy Frankfurt

60311 Frankfurt nad Menem, Niemcy
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

3 komentarze

Żegnaj NRD Extra: Nacjonalizm inkluzywny i ekskluzywny jednocześnie

Czytając notkę WO o nacjonalizmie przypomniałem sobie piękny przykład inkluzywności i ekskluzywności nacjonalizmu i to jednocześnie w obrębie jednego państwa i jednej formacji ideowej. Chodzi oczywiście o NRD.

Żeby nie być gołosłownym notkę zilustruję skanami z "Małego słownika politycznego" ("Kleines politisches Wörterbuch") - podstawowej pomocy naukowej do przedmiotu marksizm-leninizm na studiach wyższych. Słownik kupiłem sobie niedawno na Bücherflohmarkcie, bo za czasów studenckich oczywiście na taką propagandę szkoda było pieniędzy.

Kleines Politisches Wörterbuch, NRD, 1973

Kleines Politisches Wörterbuch, NRD, 1973

Mały słownik polityczny był wydawany w kilku wersjach różniących się grubością i formatem, chyba również zakresem albo długością haseł - nie pamiętam, nie porównywałem, za tamtych czasów do tego rodzaju publikacji zaglądało się raczej ze wstrętem. Na szczęście wszystko się zmieniło i dziś to tylko zabawna ciekawostka. Mój egzemplarz nie ma już niestety kolorowej obwoluty i wygląda niezbyt atrakcyjnie.

Kleines Politisches Wörterbuch, NRD, 1973

Kleines Politisches Wörterbuch, NRD, 1973

Przejdźmy więc do nacjonalizmu. Komunistyczne publikacje zajmowały się problematyką narodową, bo i Lenin się nią zajmował. Istotna była inkluzywność, zwłaszcza w przypadku takiego zlepku różnych narodów jakim był Związek Radziecki. Według ideologów istniał tylko jeden naród radziecki, bardzo inkluzywny, połączony wspólnym językiem, kulturą i ideologią. Poniżej skan z hasła "Nation" (Naród).

Kleines Politisches Wörterbuch - hasło "Nation", jeden naród radziecki

Kleines Politisches Wörterbuch - hasło "Nation", jeden naród radziecki

Inkluzywność serwowana w Polsce nawet działała. Jeden naród radziecki, jeden naród czechosłowacki, jeden naród polski, wszystko się zgadza. Ale w NRD nie działała - nie można było przyznać że ci ze Wschodu i ci z Zachodu to jeden naród, bo jakże to, taki nie zjednoczony, a kto to zbudował mur w poprzek? Trzeba więc było dorobić do ideologii ekskluzywność - jest jeden naród NRD-owski, i jeden naród zachodnioniemiecki. Bo język niby ten sam, ale jeden jest socjalistyczny, a drugi burżuazyjny ("burżuazyjny" w tamtych czasach był epitetem deprecjonującym). Serio, cytat na skanie poniżej, hasło "nationale Frage" (kwestia narodowa). A kto mówi o podobno jeszcze istniejącej "jedności Niemiec" ten chce poddać lud NRD-owski imperialistycznym siłom z RFN. Chociaż, jak się tak zastanowić, to coś racji w tym jednak jest.

Kleines Politisches Wörterbuch - hasło "nationale Frage", dwa narody niemieckie

Kleines Politisches Wörterbuch - hasło "nationale Frage", dwa narody niemieckie

 

Kleines Politisches Wörterbuch - hasło "nationale Frage" c.d., dwa narody niemieckie

Kleines Politisches Wörterbuch - hasło "nationale Frage" c.d., dwa narody niemieckie

No dobrze, ale jakie z tego wnioski? Dla mnie jest to najlepszy dowód przeciw jakiemukolwiek nacjonalizmowi. Skoro i tak możemy sobie włączyć i wyłączyć dowolne grupy po uważaniu znaczy to, że pojęcie "narodu" nie ma najmniejszego sensu. Czego sobie i moim czytelnikom życzę.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:DeDeeRowo

4 komentarze

Telewizja edukacyjna (18): Upps! Die Pannenshow

Nie, to nie pomyłka. Ja wiem, że programy tego typu są powszechnie uznawane za najniższych lotów rozrywkę, ale ja uważam inaczej i mam na to argumenty inne niż rura laserna w garści.

Najpierw o samym programie. Jest to typowy show ze śmiesznymi, amatorskimi filmikami. Komuś spadają spodnie, baba się przewraca, dziecko sika na dywan. Coś jak krajowe Śmiechu warte z Drozdą. Pokazywany jest na SuperRTL i na RTL w dwóch różnych mutacjach. Tą na SuperRTL prowadzi Denni Close, nic wyszukanego - po prostu stoi sobie i co pewien czas coś zapowie. Wersję z RTL, zwaną Upps! Die Superpannenshow prowadzi para grubasów - Oliver Beerhenke i Andrea Göpel - usiłując robić skecze. To już wolę tego pojedynczego moderatora który nie próbuje być śmieszniejszy niż pokazywane filmy.

No a jak z tą edukacyjnością? To zależy od nastawienia. Jeżeli podchodzimy do pokazywanych scenek w stylu "Ale ten idiota się wywalił, hahaha!", to rzeczywiście jest to najprymitywniejsza rozrywka.

Ale przyjrzyjmy się dokładniej, co tam właściwie jest pokazywane. No i są tam na przykład scenki ze zwierzętami (moje ulubione). Pewien czas temu przeczytałem, że naukowcy od zachowań zwierząt od momentu gdy odkryli filmik z papugą z zapałem tańczącą i śpiewającą do muzyki Backstreet Boys (patrz tubka niżej), służbowo oglądają pilnie wszelkie takie filmy, bo są na nich rzeczy o których im się nie śniło. A potem robią z tego prace naukowe. A poza tym akurat to, to nie jest prymitywna rozrywka.

Dalej są klipy z małymi dziećmi - to może nie jest aż tak kształcące, ale rodzic może sobie poobserwować jak skutkują różne błędy wychowawcze. Ale to jeszcze nic.

Większość pozostałych filmików to różnego rodzaju wypadki. I te podzieliłbym na dwa typy:

  • Wypadki przy popisywaniu się
  • Wypadki z głupoty lub bezmyślności

Ja wiem, dorosły, poważny człowiek już widząc sytuację wyjściową puka się w głowę i robi "Meh, przecież od razu wiadomo że jak tak zrobić, to to się źle skończy". Dorosły. ALE DZIECKO O TYM JESZCZE NIE WIE! Ja zawsze oglądam Upps! z dzieckiem i cały czas sobie komentujemy dlaczego tak się stało, jak się stało. I moim zdaniem te filmiki to bezcenne źródło wiedzy dla młodego człowieka. Jak się popisujesz - w większości wypadków skończysz jak ci na filmikach (o ile nie gorzej). Jak nie pomyślisz przed zrobieniem czegoś - też. Czy ktoś z czytelników wątpi jeszcze w funkcję edukacyjną takiego programu? Co, lepiej jak dziecko samo to wszystko wypróbuje na własnej skórze?

Tak szczerze mówiąc, to z zamiarem napisania takiej notki nosiłem się już od najmniej roku. Zebrałem się akurat dziś, bo przedwczoraj byłem na wykładzie na temat neurobiologii mózgu w okresie dojrzewania. Wykład był dla rodziców, więc prowadzący go lekarz pediatra skupiał się na aspektach praktycznych - dlaczego młodzi ludzie zachowują się tak, jak się zachowują i jak rodzice mogą sobie z tym radzić. Było to bardzo interesujące i skłoniło mnie do rozmyślań na ile moja metoda edukacyjna okaże się skuteczna w konfrontacji z przebudową mózgu w okresie dojrzewania. Wynik poznam w ciągu najbliższych kilku lat.

Upps! Die Pannenshow  po długim okresie ciągłych powtórek i stale tych samych filmików pomontowanych tylko w różnej kolejności doczekało się wreszcie nowej serii - od paru tygodni w każdy czwartek na SuperRTL od 20:15 do 22:15.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Telewizja

4 komentarze

Jak to się robi w Niemczech: Jedenasty listopada

Jedenasty listopada jest hucznie obchodzony w Niemczech. Jak?

W tym dniu przypada Świętego Marcina z Tours. Marcin żył w IV w., był synem rzymskiego trybuna i jako taki był zobowiązany do odbycia 25 letniej służby wojskowej. W trakcie tej służby przeszedł na chrześcijaństwo i bezskutecznie próbował odmówić dalszej służby, ale zwolniono go dopiero terminowo. Potem (skracam) osiadł w Tours i został tam wybrany przez ludność biskupem (bo dawno, dawno temu biskupów wybierano oddolnie). Hagiografie podają za jego największy uczynek podzielenie się z biedakiem wojskowym płaszczem w zimną noc.

No i tego Świętego Marcina obchodzi się w całych Niemczech. W części Polski też - głównie w Wielkopolsce (jedna z głównych ulic Poznania nie bez powodu nazywa się Święty Marcin). W tym dniu odbywają się pochody dzieci z własnoręcznie zrobionymi latarniami, dzieci śpiewają okolicznościowe piosenki. W pochodach uczestniczą głównie dzieci przedszkolne, a dla dzieci z pierwszej i drugiej klasy szkoły podstawowej obecność na szkolnym pochodzie jest obowiązkowa. Konie całego kraju maja pełne kalendarze zleceń - bo pochód jest porządny tylko jeżeli jest w nim rzymski żołnierz w czerwonym płaszczu na koniu. Jeżeli pochód musi iść ulicą asekuruje go policja. A na koniec musi być ognisko, inaczej impreza nieważna.

Zwyczaje na Świętego Marcina

Zwyczaje na Świętego Marcina

Obowiązkową potrawą na ten dzień jest gęś albo kaczka, duża część sprzedawanego w tym okresie drobiu już tradycyjnie i od dziesięcioleci jest sprowadzana z Polski. Jeszcze z czasów NRD-owskich pamiętam zachodnie radiowe reklamy "Gęsi i kaczki z Polski".

Ale to są zabawy dzieci, dorośli tego dnia bawią się w coś zupełnie innego. Ma to związek z datą - w Niemczech liczby powstałe przez powtórzenie jednej cyfry nazywają się Schnapszahlen (dosłownie liczby wódczane). Nazwa ta pochodzi prawdopodobnie od dwojenia się w oczach pod wpływem. Druga hipoteza jest taka, że wzięło się to z dawnych drinking games. No ale nieważne, 11.11 to jest dopiero Schnapstag. Trzeba się napić! Najlepiej o 11:11!

W tym dniu, 11.11 o godzinie 11:11, oddziały pospolitego ruszenia szturmują ratusze. Są w mundurach, są uzbrojone w broń białą, mają ze sobą działo, ratusz po zaciekłym acz krótkim oporze pada i burmistrz przekazuje napastnikom klucze do budynku i kasy miejskiej.

Nie, no oczywiście że nie naprawdę, mundury to fantazyjne imitacje mundurów końca XVIII i początku XIX wieku, broń biała jest nieszkodliwa, działo jest ładowane od przodu i strzela naprawdę, ale nie ma w nim pocisku, a atakujący i broniący się toczą ze sobą rytualne spory wierszem.

Niestety nie udało mi się dotąd być przy takiej akcji osobiście i muszę się podeprzeć zdjęciem z sieci. To dość typowy obrazek, działo bywa bardziej prawdziwe kalibru kilkucentymetrowego i naprawdę odpalane (jak już wcześniej napisałem bez pocisku - to przecież zabawa). Oddziały rekrutują się zazwyczaj z lokalnego Karnevalvereinu (klubu karnawałowego), który zajmuje się właśnie przygotowywaniem tego typu imprez w karnawale - szyją sobie stroje, przygotowują sprzęt i teksty, ćwiczą bębnienie na werblach i maszerowanie. No i to wszystko to jest przede wszystkim okazja do wypitki. W krajach protestanckich nie obchodzi się imienin i trzeba znajdować sobie inne okazje.

Szturm na ratusz na Świętego Marcina

Szturm na ratusz na Świętego Marcina Żródło: http://www.koenigswinter-direkt.de

Jest to część szerszej tradycji zamiany ról w okresie karnawału. Źródła tego zwyczaju sięgają zdaje się jeszcze czasów rzymskich, mundurowa oprawa jest z wieku XVIII. Tradycje te są bardzo żywe, a swój szczyt osiągają w ostatnich dniach przed Środą Popielcową, kiedy to wszystkie te Karnevalvereine maszerują w wielogodzinnych pochodach demonstrując swoje stroje, choreografię, robiąc satyrę polityczną i rzucając w tłum cukierki. We Frankfurcie w takim pochodzie idzie zawsze dobrze ponad setka różnych Vereinów. No ale więcej o tym może jak przyjdzie czas.

Jak zwykle w takich sytuacjach włącza mi się tryb porównywania z Polską. No i jakoś trudno mi sobie coś takiego w krajowych warunkach wyobrazić. Działalność w Vereinie, szycie sobie strojów, przygotowywanie wierszowanych tekstów i choreografii, chodzenie w pochodach, w sumie po to tylko żeby w listopadzie i w karnawale sobie zaimprezować - nie, to w Polsce nie idzie. Podobnie trudno mi sobie wyobrazić przeciętnego burmistrza polskiego małego miasteczka przerzucającego się wierszowanymi tekstami bez wyrazów powszechnie uważanych za obraźliwe z nieco już wstawionymi "napastnikami" (bo bywa że atakujący za długo zabawią w barze po drodze i się spóźniają).

Ogólnie mam wrażenie, że w Niemczech życie jest tak uporządkowane, że Niemcy w czasie wolnym muszą sobie trochę powariować. W Polsce natomiast życie codzienne to takie wariactwo, że w czasie wolnym można się najwyżej urżnąć na smutno, bo limit wygłupiania się jest już dawno wyczerpany.

Jak czytam w krajowej prasie w ostatnich latach w Polsce pojawiły się nieco podobne zwyczaje na jedenastego listopada. Też maszerują, atakują, czasem nawet wierszem coś wołają, co poniektóry na pewno też coś wypije, ale to wszystko jakieś takie smutne. A podobno to Niemcy nie mają poczucia humoru.

A może by tak zamiast robić blokady tych smutnych manifestacji lepiej by było zaanektować to święto i urządzić imprezę w stylu niemieckim? Chociażby odegrać ten jajcarski atak na ratusz. Żeby było wesoło i kolorowo. Odpowiednio patriotycznie kojarzące się kolorowe mundury dałoby się dobrać, śmieszne teksty wierszem też da się napisać. A na koniec rzucać w tłum cukierki. Każdy znajdzie tu coś dla siebie - patriota i kosmopolita, militarysta i anarchista. Myślę że taki wyluzowany patriotyzm w kilka lat dałoby się wypromować tak, żeby na konkurencyjną imprezę smutasów prawie nikt nie przychodził.

Tyle że pewnie i tak się nie da, bo żaden burmistrz nie da się namówić na gadanie wierszem.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

4 komentarze

Śmieszne tylko po niemiecku: Niemcy kochają Lema

Wczoraj na ZDFneo puścili dwa pierwsze odcinki drugiej serii "Ijon Tichy: Raumpilot". Powiem, że z pierwszej serii widziałem tylko krótki fragment z polowaniem na kurdle na youtubie. Wiem jednak, że WO dołączył DVD z pierwszą, sześcioodcinkową serią do gazetowej serii lemowskiej.

Dla tych którzy nie widzieli: Serial zrobiony jest na motywach "Dzienników gwiazdowych" i innych książek w których występował Ijon Tichy, niektóre odcinki są bardzo luźno związane z opowiadaniami, inne dość dokładnie. Scenariusz napisał Oliver Jahn, i on gra też Ijona. Tutaj trailer drugiej serii:

 

Scenografia jest dość umowna - rakieta jest z zaparzacza do kawy i termosu, jej wnętrze to berlińskie mieszkanie Jahna. Ijon Tichy paraduje w podkoszulku albo bluzie od dresu, jest nieogolony i mówi bardzo zabawnym łamanym niemieckim z wschodnioeuropejskim akcentem. No i właśnie to jest śmieszne tylko po niemiecku - obejrzałem trailer pierwszej serii po polsku i w tłumaczeniu nic z tego nie zostaje, a to ze dwie trzecie dowcipu.

Z dwóch odcinków pokazanych wczoraj pierwszy miał z Lemem bardzo wiele wspólnego - było tam stworzeniu świata na motywach Podróży osiemnastej, występował tam profesor Tarantoga. Zabawne. Drugi odcinek miksował sporo różnych motywów. Tichy lądował na planecie meblowej (ta nazwa oczywiście nie padła, ale cala masa dowcipów wskazywała na IKEĘ). Już na wstępie zamiast iść długą, krętą ścieżka przez całą planetę Ijon wychodzi za żółta linię i rzucają się na niego meble (krzesławki dręczypupy nie było, wszystkie miały nazwy jak z IKEI, zresztą faktycznie były z IKEI). Ijon ratuje się ostrzeliwując się z pistoletu do kleju z kosza z przecenami. Po prostu ROTFL przez cały czas. Nie chce zdradzać tu wszystkich dowcipów - koniecznie oglądać! Taki Mr. Bean to przy Tichym smutny nudziarz.

Następne odcinki można będzie zobaczyć też na ZDFneo, w trzy kolejne piątki (11.11, 18.11 i 25.11) o 21:00. Jeżeli ktoś nie ma kabla albo satelity to seria będzie powtórzona na normalnym ZDF w poniedziałki 28.11 i 5.12 o 0:20 a 12.12 i 19.12 o 23:55. Daty emisji za blogiem realizatorów serialu, mam pewne wątpliwości czy poniedziałek o 0:20 nie oznacza tak naprawdę nocy z poniedziałku na wtorek.

Oba sezony dostępne są już na DVD. No i poczytałem na Amazonie oceny, przeważają maksymalne, ale jest tez parę słabych. Większość z nich to teksty typu "jak można było tak spłycić Lema", ale było też na przykład "ten nieporządny facet w podkoszulku mówiący łamanym niemieckim z polskim akcentem mnie jako Polkę obraża!".

No i tu zaraz przypomniała mi się notka MRW. Jest tak: Ten bohater jest domyślnie Polakiem, jest rzeczywiście nieporządny, bucowaty i mówi po niemiecku dokładnie tak jak wielu Polaków (tylko jeszcze bardziej). Czyli ze mnie się śmieją, co nie? Naprawdę powinienem się, jak to ujął MRW, wkurwić, jak ta pani na Amazonie? Jakoś nie potrafię, on jest zbyt śmieszny.

Na deser coś Lemowskiego z innej beczki - Neue Deutsche Welle. Jeden z niemieckich zespołów początku lat 80-tych nazywał się 1. Futurologischer Kongress. Co prawda zespół był IMHO słaby i w utworach nic z Lema nie było, ale nazwa o czymś świadczy.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:Śmieszne tylko po niemiecku

18 komentarzy

Żegnaj NRD Extra: Rolnictwo w NRD

Już dłuższy czas temu (w maju) komentator dobson83 zapytał o rolnictwo w NRD:

dobson83

"Witam, jak już wspominałem w jednym z moich wpisów: super blog i świetna opowieść o NRD. Miałbym do pana małą prośbę, a mianowicie czy mógłby pan zamieścić na swoim blogu o ile oczywiście posiada pan wiedzę lub jakieś wspomnienia w tym temacie w ramach opowieści o NRD, informacje dotyczące rolnictwa w tym kraju? Mam tutaj na myśli strukturę i organizacje, sprzęt (traktory, kombajny, maszyny rolnicze), uprawy, hodowla zwierząt, a także osiągnięcia i stan na dzień dzisiejszy DDR-owskich odpowiedników naszych PGR-ów i SKR-ów o ile istniały one oczywiście tam w takiej formie jak u nas w okresie PRL-u. Interesowałaby mnie również skala porównawcza rolnictwa NRD z rolnictwem PRL-u. Z góry serdecznie dziękuje i jeszcze raz pełen szacunek za doskonały blog i tematykę w nim zawartą, pozdrawiam."

Trochę trwało, ale właśnie dojrzałem do napisania notki na ten temat. Notka będzie ilustrowana jako tako pasującymi zdjęciami krajobrazów wiejskich z NRD z roku 1988. Niestety nie mam pod ręką żadnego PRL-owskiego rocznika statystycznego, w sieci też nic takiego nie znalazłem, jedynie wyrywkowe dane. Komentator karolkrz0 wspomógł mnie danymi z rocznika statystycznego z roku 1986. Z braku bezpośredniego dostępu musiałem jednak zrezygnować z analizy produktywności itp.

Krajobrazy wiejskie z NRD w roku 1988

Krajobrazy wiejskie z NRD w roku 1988

Rolnictwo w NRD zorganizowane było zupełnie inaczej niż w PRL-u. Porównajmy sobie oba systemy.

W Polsce zaraz po wojnie rozparcelowano duże gospodarstwa powyżej 50 ha, odebrano ziemię Niemcom i kolaborantom, (patrz hasło "Reforma rolna"). Część odebranej ziemi rozdano bezrolnym chłopom tworząc najpierw małe gospodarstwa (2 ha), potem dając jednak więcej (5 ha). Resztę ziemi przekazano Państwowym Gospodarstwom Rolnym (PGR), będącym odpowiednikiem radzieckich sowchozów. Ziemia i cały ich majątek były tam własnością państwa, pracujący w nich ludzie byli  tylko normalnymi, etatowymi pracownikami, jak i w fabryce. Średnie gospodarstwa prywatne pozostawiono bez zmian.

W NRD również była reforma rolna, parcelowano majątki powyżej 100 ha i odbierano zbrodniarzom wojennym, członkom NSDAP i innym wrogom ludu. Za wrogów ludu uznawano po uważaniu. Ziemię przekazywano biedniejszym gospodarzom i uchodźcom, dawano po 5 ha. Tylko na 5% ziem powstały odpowiedniki polskich PGR-ów zwane "Volkseigenes Gut" (VEG).

Krajobrazy wiejskie z NRD w roku 1988

Krajobrazy wiejskie z NRD w roku 1988

Dalej nastąpiła faza kolektywizacji - rolników indywidualnych intensywnie i różnymi środkami perswazji nakłaniano do zakładania spółdzielni. W Polsce zaczęło się to w 1948, ale szło bardzo słabo. Spółdzielnie w roku 1970 obejmowały tylko około 1,4% gruntów rolnych, PGR-y 15,43%. Za to gospodarstw prywatnych było aż 75%. W roku 1985 udział spółdzielni wynosił 4,1%, a gospodarstw państwowych 18,7%. Z krajów bloku tylko w Polsce utrzymał się tak duży udział gospodarstw indywidualnych (76%).

W NRD nakłanianie do spółdzielczości zaczęło się później, od 1952. Ale byli oni znacznie skuteczniejsi, w roku 1960 już praktycznie nie było w NRD gospodarstw indywidualnych, a spółdzielnie obejmowały 83,6% użytków rolnych. Gospodarstwa te nazywały się Landwirtschaftliche Produktionsgenossenschaften (LPG). Państwowych VEG nigdy nie było więcej niż 6,3%, parę procent było prywatnych, reszta były to głównie również spółdzielnie, ale ogrodnicze.

Krajobrazy wiejskie z NRD w roku 1988

Krajobrazy wiejskie z NRD w roku 1988

LPG był (przynajmniej formalnie) czymś zupełnie innym niż PGR. Była to "prawdziwa" spółdzielnia - wniesiony do niej majątek pozostawał własnością wnoszącego - tyle że możliwość wycofania go była bardzo ograniczona. Spółdzielcy oprócz pensji dostawali udział w zyskach w proporcji do wniesionej ziemi, budynków, majątku itd. Formalnie rzecz biorąc LPG był samorządnym, niezależnym, kolektywnie zarządzanym przedsiębiorstwem, w praktyce jednak władza narzucała często swoich zaufanych przewodniczących. Dopuszczalne dla członków spółdzielni było również własne gospodarzenie na przysługującym 0,5 ha, w praktyce często i tę ziemię oddawano w użytkowanie spółdzielni w zamian za odnośny deputat.

W okresie kolektywizacji opór przeciw spółdzielniom był bardzo duży (200 gospodarzy popełniło samobójstwo, ponad 15.000 wyjechało na Zachód, odbyło się 8.000 pokazowych procesów), ale potem rolnicy się przyzwyczaili. Spółdzielnia jest całkiem niezła formą gospodarowania, dzięki efektom skali rolnicy mogli mieć na przykład urlopy, nawet w lecie (dla rolnika indywidualnego nie do pomyślenia), spółdzielnie prowadziły przedszkola, kasy zapomogowo-pożyczkowe itp.

Krajobrazy wiejskie z NRD w roku 1988

Krajobrazy wiejskie z NRD w roku 1988

Dobrze, aspekt ustrojowy omówiliśmy, spójrzmy teraz na oba systemy od strony klienta.

Ciągle obowiązujący w kraju schemat narracji jest taki, że dzięki dużemu udziałowi prywatnych gospodarstw rolnych, w Polsce z żywnością nie było tak źle jak w innych krajach socjalistycznych. OH, REALLY? To gdzieś poza Polską były kartki na żywność (nie liczymy okresu krótko po wojnie)?

Kartka zaopatrzeniowa, PRL lata 80-te XX wieku

Kartka zaopatrzeniowa, PRL lata 80-te XX wieku

Zdejmijmy może narodowe klapki na oczy i spójrzmy na to trzeźwo. Na przykład mięso: w Polsce z mięsem było po prostu biednie. Jedyne mięso którego było w miarę dość, były to kurczaki z wielkoprzemysłowych ferm. W NRD z mięsem nie było specjalnych problemów, typowym daniem restauracyjnym był Sofia-Schnitzel - gruby kotlet na dwie trzecie wielkiego talerza (nie znajduję w sieci zdjęcia, a w mojej książce kucharskiej z NRD nie ma przepisu). W PRL-u były za to dowcipy o tym że "psinę w czwartym gatunku rąbiemy razem z budą".  Z cukrem tak samo: Polska - kartki, NRD - ile chcieć. Olej też przywoziłem z NRD. Lepiej niż w NRD było w Polsce z owocami i warzywami, ale nie chodziło o ilość, tylko uprawiane w Polsce gatunki były lepsze i w większym wyborze.

Przyczyną lepszego zaopatrzenia w owoce i warzywa w Polsce nie była raczej forma własności ziemi, ale dostęp do wolnego rynku. W Polsce duża część produkcji właśnie owoców i warzyw rozchodziła się na wolnym rynku. W NRD tego prawie nie było, spółdzielnie musiały sprzedawać swoje produkty na regulowanym rynku po stałych cenach (ewentualnie otrzymując Produktgebundene Stützung czyli dotację). Stąd brak presji na poprawę jakości.

Który system był lepszy? Trudno tu o jednoznaczną ocenę. Struktury własnościowe rolnictwa w obu krajach były praktycznie dokładnie komplementarne. Na pewno jednym z najgorszych wariantów był PGR. Pracownikom opłacanym za "czy się stoi czy się leży" wszystko zwisało totalnie, spora część polskich PGR-ów generowała głównie straty i problemy społeczne. Druga strona skali - drobne gospodarstwa prywatne - też nie była lepsza. Wiele z nich nie osiągało nawet samowystarczalności, co dopiero mówić o sensownej produkcji na rynek. Środek - większe gospodarstwa prywatne i część PGR-ów radziły sobie jednak nie najgorzej.

NRD z ich spółdzielniami reprezentowało w sumie środek tego środka - formę pośrednią między PGR-em a dużym gospodarstwem prywatnym. Z jednej strony wielkość tych gospodarstw była wystarczająca dla efektywnego zastosowania maszyn, z drugiej spółdzielcy byli finansowo zainteresowani wydajnością i rozwojem swojej firmy.

Skąd taka różnica? Wydaje mi się, że w Polsce spółdzielnie się nie za bardzo przyjęły, bo Polacy nie umieją (a przynajmniej wtedy nie umieli) pracować w zespole. Wizja wspólnego gospodarowania z sąsiadem była bardziej przerażająca niż represje komunistycznego aparatu przymusu. I tak sprawa się rypła, opór rolników był zbyt duży.

O wyposażeniu maszynowym rolnictwa NRD nie potrafię napisać wiele. Używali oni przede wszystkim krajowego sprzętu marki "Fortschritt" ("Postęp"), na pierwszy rzut oka różniącego się od polskich urządzeń kolorem (polskie były czerwone, NRD-owskie zazwyczaj zielone). Nie mam pojęcia jaka była jakość tych maszyn.

Krajobrazy wiejskie z NRD w roku 1988

Krajobrazy wiejskie z NRD w roku 1988

A jak po zjednoczeniu? Statuty i organizacja LPG nie pasowały do standardów demokratycznego państwa, więc wszystkie spółdzielnie musiały się trochę przekształcić, wiele z nich się rozwiązało. Nastąpiła dalsza konsolidacja ziem, wszedł na te tereny kapitał z Zachodu i dziś olbrzymie gospodarstwa landów wschodnich spokojnie przebijają rentownością znacznie mniejsze gospodarstwa zachodnie. Kwestia skali - największe gospodarstwo Hesji to co najwyżej średnie gospodarstwo dla nowych landów. W sumie to tak było też przed wojną - na terenach wschodnich przeważali obszarnicy (junkrzy). Za czasów NRD rolnictwo (jak i przemysł) miało przerost zatrudnienia w stosunku do potrzeb, dziś zatrudnienie bardzo spadło.

A w Polsce - sami widzimy. Część gospodarstw powiększyła areały, zainwestowała i radzi sobie dobrze, inne wegetują.

Teraz, jak to u mnie na blogu, nie ograniczę się do wiadomości encyklopedycznych, tylko dopiszę trochę obserwacji i anegdot jakich w źródłach nie znajdziecie.

W okresie wykopków rolnictwo NRD, podobnie jak i polskie, potrzebowało dodatkowych rąk do pracy. Nas, studentów, też raz zabrano na wykopki, było to chyba w roku 1985. Zawieźli nas na miejsce zwykłym, miejskim autobusem Ikarus. No i trochę pozbieraliśmy, akcja była tylko na kilka godzin. W Polsce w czasach licealnych jeździliśmy na cały tydzień. W Polsce zbierało się do koszy, zawartość których wrzucało się na przyczepę, w NRD wrzucało się do takich olbrzymich siat na dobre kilkaset kilo, potem przyjeżdżał żuraw i wkładał pełną siatę na przyczepę.

W Polsce łatwo dostępne i  w dużym wyborze były kwiaty, w NRD było z tym ciężko. Pamiętam że w Ilmenau na głównej ulicy stawał czasem Wartburg Tourist, z którego jakieś małżeństwo sprzedawało prymulki w doniczkach. Stała długa kolejka. Podejrzewam, że byli to spółdzielcy, którzy na swoim 0,5 ha zrobili sobie szklarnię. Wolno im było, prywatna działalność gospodarcza na tak niewielką skalę była dozwolona. Pamiętam też wielką kolejkę do ludzi sprzedających tulipany przed kaufhalą "Am Stollen", i ja też tam stałem, jak doszedłem i zażyczyłem sobie piętnaście (a co, stać mnie było), cała kolejka aż jęknęła, bo kwiaty się powoli kończyły.

Jak już jesteśmy przy prywatnej inicjatywie: Było w NRD trochę "prywaciarzy". O wiele mniej niż w Polsce, ale byli. Ale w NRD istniał "szklany sufit" na bardzo niskim poziomie - polski prywaciarz bez problemu mógł sobie kupić Mercedesa i pojechać na wycieczkę na Karaiby, NRD-owskiemu skala kończyła się na Ładzie 2107 i wczasach w Bułgarii. Więc nie było specjalnego sensu się starać.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:DeDeeRowo

5 komentarzy

Żegnaj NRD Extra: Prawdziwe NRD

Poskanowałem już większość slajdów z NRD i wybrałem do tej notki kilka przedstawiających prawdziwe NRD. Nie berlińskie pokazówki, nie targi w Lipsku, nie główne, odstawione ulice, nie słynne zabytki. Tylko zwykłe, małe miasteczka. Wszystkie zdjęcia są z roku 1988.

Na początek Eisenach (nie wiem dlaczego slajd jest uszkodzony mechanicznie, chyba był pierwszy z 39 i w laboratorium zahaczyli).

Eisenach - toaleta publiczna, NRD, 1988

Eisenach - toaleta publiczna, NRD, 1988

Ta budka na środku jest tym, na co wygląda, ale fajnie się nazywa po DDR-Beamtendeutsch, tego się nie da przetłumaczyć z zachowaniem śmiesznej pompatyczności oryginału.

Eisenach - toaleta publiczna, NRD, 1988

Eisenach - toaleta publiczna, NRD, 1988

Następne zdjęcie jest z Langewiesen - miasteczka sąsiadującego z Ilmenau. To nie jest pokazówka dla turystów, bo turystów to tam nie było.

Langewiesen, NRD, 1988

Langewiesen, NRD, 1988

W Polsce, w końcu lat 80-tych to drewniane wozy konne generalnie miały już pozakładane ogumione koła od samochodów.

Teraz zdjęcia z Rudolstadt - szarość, smutek, beznadzieja - typowe NRD:

Rudolstadt, NRD, 1988

Rudolstadt, NRD, 1988


Rudolstadt, NRD, 1988

Rudolstadt, NRD, 1988


Rudolstadt, NRD, 1988

Rudolstadt, NRD, 1988


Rudolstadt, NRD, 1988

Rudolstadt, NRD, 1988

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:DeDeeRowo

7 komentarzy

Na wystawie widziane: BMW 501/502 i Mercedes 300d (W189)

Dawno nie było o starych samochodach. Dziś może o samochodzie który o mało nie położył firmy BMW. Zdjęcie niestety mam tylko jedno. EDIT: Znalazłem jeszcze jedno, ale to drugi plan i z prawie tego samego kąta. To może dodam zdjęcia samochodu innej marki, ale związanego z tym splotem wydarzeń historycznych.

Po wojnie firma BMW miała poważne problemy. Wcześniej samochody osobowe tej marki produkowane były w Eisenach, no i ta fabryka była stracona. Fabryka w Monachium samochodów nigdy wcześniej nie produkowała i w dodatku była mocno zniszczona. BMW ratowało się tymczasem produkcją motocykli i garnków. Ale jednocześnie spróbowano zrobić samochód. Nie wiem kto tam wpadł na taki pomysł, ale zrobili samochód klasy luksusowej. Początek lat 50-tych, kraj jeszcze w dużym stopniu w ruinie, ludzie ciągle jeszcze biedni, konkurencja w tej klasie silna, a oni robią samochód luksusowy z sześciocylindrowym silnikiem. Było to właśnie BMW 501, zwane "Barockengel" ("Barokowy anioł").

BMW 501, 1952-1954

BMW 501, 1952-1954

Produkcja tego samochodu była tak droga, że na każdym sprzedanym egzemplarzu mieli ponad 4.000 marek straty (przy cenie zaczynającej się od 11.500). Trochę ich udało się upchnąć bawarskiej policji i straży pożarnej, ale ogólnie sprzedaż szła bardzo słabo. Po dwóch problematycznych latach BMW poszło jeszcze dalej - zrobiło wersję ośmiocylindrową - BMW 502. Miało ono pierwszy seryjny silnik V8 ze stopów lekkich na świecie, ale kto to miał kupować?

BMW 501, 1952-1954

BMW 501, 1952-1954

Na rok 1955 planowane było wypuszczenie jeszcze droższego modelu z wszelkimi możliwymi bajerami klasy najwyższej - BMW 505. Zapytał o coś takiego osobiście Adenauer, niezadowolony z rządowego Mercedesa 300 c (W 186 IV). Ale BMW mu się jednak nie spodobało (zahaczył się kapeluszem o krawędź dachu przy wysiadaniu) i produkcja tego modelu nie została uruchomiona. Chyba na szczęście dla BMW, bo taki model to byłaby raczej ruina firmy. Adenauer został przy Mercedesie 300, tyle że wersji d

Mercedes 300d (W189) "Konrad Adenauer", 1957-1962

Mercedes 300d (W189) "Konrad Adenauer", 1957-1962

Całkiem podobny do tego BMW, prawda? Tyle że mógł być napchany wszystkim, co było do dyspozycji - serwo, klima, wtrysk paliwa do kolektora, otwierany stalowy dach, elektryczne podnoszenie szyb... I nie miał środkowego słupka. Roczna produkcja tych modeli była niższa niż tych od BMW, ale dzięki wyższej cenie i temu, że nie był to jedyny produkowany model, to Mercedes zarabiał na nich dobrze. Nieco przebudowany samochód tego modelu zamówił nawet Watykan, dla Jana XXIII.

Mercedes 300d (W189) "Konrad Adenauer", 1957-1962

Mercedes 300d (W189) "Konrad Adenauer", 1957-1962

W sumie, przez 12 lat produkcji modeli 501/502 sprzedało się ich ledwie 23.000.

Tymczasem problemy BMW narastały. Generalnie popyt na motocykle spadł, straty firmy były coraz większe. W 1955 kupiono ratunkowo licencję na Isettę, jednak takie rzeczy nie działają natychmiast. Ale powoli zaczęło się im poprawiać. Aż tu nagle w końcu w roku 1959 Mercedes - zainteresowany przede wszystkim sześcio- i ośmiocylindrowymi silnikami BMW - spróbował wrogiego przejęcia. Inspiratorem akcji był Deutsche Bank, który miał połowę udziałów w BMW i dużą część udziałów w Mercedesie. Przejęcie zostało odparte w ostatnim momencie przy pomocy różnych kruczków prawnych, ale nie rozwiązało to jeszcze żadnego problemów firmy.

Podstawowym problemem BMW w tym okresie było to, że mieli w ofercie tylko samochody luksusowe i mikrosamochody, a brakowało czegokolwiek pomiędzy nimi. Problem ten został rozwiązany dopiero w roku 1961 wypuszczeniem serii "Neue Klasse", o czym będzie notka ze znacznie większą ilością zdjęć niż ta. 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Na ulicy widziane

Komentarze: (1)