Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Żegnaj NRD(35): Cincz many

Wspominałem już o tym, że ani marki NRD, ani złotówki PRL nie były prawdziwymi pieniędzmi. Waluty te obowiązywały tylko w emitujących je krajach i nie były wymienialne na inne waluty, przynajmniej w takim sensie jak rozumiemy to obecnie. Nie można było pójść do banku i wymienić swoich złotówek czy marek NRD na dolary czy marki RFN. Istniał co prawda tak zwany "kurs oficjalny", czyli dość arbitralnie ustalony przez bank centralny kurs wymiany, jednak obowiązywał on praktycznie wyłącznie na transakcje w drugą stronę - wymiany waluty zachodniej na wschodnią. Po tym kursie otrzymywali walutę wschodnią obcokrajowcy dewizowi przy wymianie obowiązkowej (o tym też już było). Chyba jedynym przypadkiem, kiedy ten kurs działał w drugą stronę była wymiana przysługująca obywatelowi polskiemu przy wyjeździe na Zachód, ale po tym kursie można było wymienić chyba tylko 10 dolarów albo 21 marek RFN. NRD-owcom przysługiwało w tej sytuacji 15 DM.

Ale ponieważ natura próżni nie znosi, istniał też oczywiście nielegalny, czarny rynek waluty, z własnymi kursami wymiany regulowanymi rynkowo. Znowu nie będę się wdawał w rys historyczny, kiedy co było legalne a co nie,  i jak to się odbijało na kursach. W interesującym nas okresie handel walutą w obu krajach był co prawda oficjalnie zabroniony, ale zakaz ten nie był praktycznie wcale egzekwowany. Tak samo jak z oglądaniem zachodniej telewizji - jeżeli ktoś podpadł za coś innego, to oglądanie ARD czy handel walutą mogły być okolicznościami obciążającymi, ale tylko za to to prawie nikt nie był karany. Co więcej, bez handlu walutą system nie mógłby funkcjonować - bez wpływów dewizowych z Pewexu/Intershopu kraj zawaliłby się znacznie szybciej. Dozwolone było więc posiadanie waluty, nie wnikano za bardzo w jej pochodzenie. Ograniczenie było w sumie tylko takie, że nie można było zrobić zakupów w Pewexie czy Intershopie bezpośrednio za walutę, trzeba ją było najpierw zamienić w banku na Bony PeKaO albo Forumschecki. W Polsce w latach 80-tych już nawet to odpuszczono, w NRD ciągle jeszcze tak było.

Forum-Scheck

Forum-Scheck Źródło: Wikipedia

 

Bon PeKaO

Bon PeKaO Źródło: Wikipedia

Mimo tych podobieństw, mechanizm ustalania czarnorynkowego kursu wymiany był w obu krajach zupełnie różny. W Polsce walutą podstawową był dolar, a jego kurs był bardzo wyraźnie związany z relacją ceny złotówkowej i Pewexowskiej artykułu standardowego, jakim była butelka wódki czystej. W NRD natomiast posługiwali się z oczywistych względów markami RFN a kurs zmieniał się według klasycznych, rynkowych zasad popytu i podaży. Nie wyciągałbym na tej podstawie jakichś daleko idących wniosków na temat charakteru narodowego, zjawisko to raczej było związane z odmienną strukturą towarów sprzedawanych w Pewexie i w Intershopie. Intershop był klasycznym sklepem z towarami luksusowymi (przynajmniej relatywnie luksusowymi), kupić tam można było niemal wyłącznie artykuły wyprodukowane na Zachodzie, natomiast w Pewexie sprzedawano bardzo wiele trudniej dostępnych artykułów krajowych (samochody, pralki, telewizory itp.), oraz właśnie tę wódkę. Czyli: W NRD nie było punktu stycznego między normalnym sklepem a Intershopem - często kupowanego artykułu dostępnego i tu i tu, a w Polsce był.

W Polsce z nielegalnej wymiany walut po kursie czarnorynkowym żyła spora grupa ludzi zwana "cinkciarzami" bądź "cynkami" od powtarzanej przez nich frazy "cincz many" (miało to znaczyć change money). W NRD nikogo takiego nie widziałem, co oczywiście nie oznacza że ich nie było. Prawdopodobnie nie działali tak otwarcie jak w Polsce. No a u nas, w Ilmenau, było wielu studentów dewizowych, którzy potrzebowali przecież marek NRD.

Dygresja: Ja też byłem student dewizowy. Przynajmniej tak mi wpisali w książeczce oszczędnościowej (wpis długopisem z lewej).

Książeczka oszczędnościowa z NRD, 1985

Książeczka oszczędnościowa z NRD, 1985

Ci studenci naprawdę dewizowi część swoich pieniędzy musieli wymieniać w ramach wymiany obowiązkowej po złodziejskim kursie 1:1, ale co więcej to sprzedawali po kursie czarnorynkowym. I tu właśnie istniała luka - mieli oni problem w znalezieniu na szybko zaufanej osoby, która by była w danym momencie zainteresowana zakupem i miała na miejscu odpowiednią ilość gotówki. No i tu pojawiłem się ja. Miałem z nimi dobre relacje i zorganizowałem to tak, że zainteresowani koledzy z grupy polskiej przynosili do mnie marki NRD, a jak któryś z dewizowców potrzebował sprzedać to przychodził do mnie. Ja dusiłem kurs w dół, ale za to można było u mnie wymienić walutę w dowolnym momencie, również późnym wieczorem albo w weekend. Nie, nie zarabiałem na tym nic, jedyny mój zysk był taki, że kurs nie rósł (przynajmniej lokalnie) tak szybko i mogłem kupić marki sam w razie potrzeby bez problemu i tanio. To już było coś, a na problemy finansowe nie cierpiałem (jeszcze nie o wszystkich sposobach zarabiania napisałem, ale jeszcze jeden odcinek o tym będzie, stay tuned).

Banknot 100 DM

Banknot 100 DM Źródło: Wikipedia

A jak to z tym kursem było? Gdy przyjechaliśmy kurs marki RFN wynosił między 4,5 a 5 wschodnich. No i oczywiście stale rósł. Najpierw powoli, w początku 1987 wynosił jakieś 5,5 potem w końcu 1987 nastąpił gwałtowny skok na 6,5 - 7. (dokładne lata mogę trochę mylić). Skok ten był podobno spowodowany akcją kilku (a może więcej) dyplomatów przemycających na sporą skalę srebro w bagażnikach swoich samochodów. Szczegółów kombinacji nie pamiętam już zbyt dobrze, ale zdaje się że ostatnim etapem była wymiana marek wschodnich na zachodnie w takich ilościach, że zmieniło to kurs czarnorynkowy o kilkanaście procent w skali całego NRD.

Z tych 7 do końca mojego pobytu NRD wzrosło jeszcze do jakichś 7,5. Zauważmy, że jednocześnie zmieniała się relacja marki RFN do dolara, w różne strony i w różnych granicach, pamiętam kursy od jakichś 1,6x do 2,8x marki za dolara (kurs DM/$ był najważniejszą informacją dnia, bo jak przyszedł Arab sprzedać dolary trzeba było wiedzieć ile wschodnich mu zaproponować). Eurosceptycy głoszący hasła że marka RFN to była dopiero stabilna, nie tak jak Euro, to mają naprawdę kurzą pamięć (chociaż raczej wybór jest między głupotą a kłamstwem).

W następnym odcinku: Religia w NRD.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

3 komentarze

Żegnaj NRD (28): Powrót. Dół

RFN dla przybysza ze Wschodu było wspaniałe, ale czas było powoli wracać. Nie wszyscy tak uważali - jeden z polskich studentów z czwartego roku też był wtedy w RFN, w Monachium, i zdecydował się zostać. Rezygnując z ostatniego semestru, czyli dyplomu. Dziś ma firmę w USA.

Obywatele krajów socjalistycznych nie mieli dużego problemu z przeniesieniem się na Zachód. Jak już mieli w kieszeni paszport i znaleźli się w kraju zachodnim mogli po prostu zgłosić się w odpowiedniej instytucji (nawet nie wiem jakiej, ta opcja przed ukończeniem studiów mnie nie interesowała) i już. Otrzymywali oni pomoc finansową na start, lekcje języka, kursy zawodowe itp. Musieli tylko zadeklarować że są w swoim kraju prześladowani przez reżim komunistyczny. (NRD-owcy nic nie musieli deklarować, oni byli z definicji obywatelami RFN). Polacy intensywnie korzystali z tej możliwości - zorganizowane wycieczki na Zachód rzadko wracały w pełnym składzie do kraju. O ile dla NRD-owców decyzja o wyjeździe była ostateczna i nieodwracalna (będzie o tym odcinek), to Polacy po otrzymaniu obywatelstwa mogli przyjeżdżać do Polski, widywać się z rodziną itp.

Wróćmy jednak do tego, na jakich zasadach w ogóle tam pracowaliśmy. Było to oczywiście na czarno. M. interpretował przepisy tak, że wolno jest tak sobie pracować, zabronione jest tylko za to płacić. Stąd wersja w razie czego była, że my tu tylko tak się bawimy, bo nam do studiów potrzebne. Miałem ja jeszcze jeden problem - moja wiza była wystawiona tylko na miesiąc, po naradzie stwierdziliśmy że lepiej nie iść do urzędu przedłużyć, bo jak się nie zgodzą będę musiał wrócić od razu. Natomiast jak będę wyjeżdżał z opóźnieniem to i tak mi nic już nie zrobią, a już na pewno nie zatrzymają.

Ustalone wynagrodzenie dla mnie zostało zakupione już wcześniej - był to komputer Tandon PCA 20, Turbo AT (Turbo czyli 8MHz w odróżnieniu od zwykłego  6MHz), 20 MB HDD, Hercules, monitor mono zielony. Kosztowała taka maszyna bodajże 6600 DM, z tym że M. z pewnością miał spore rabaty a poza tym brał na firmę i wliczał ją sobie w koszty. (TUTAJ wyguglana reklama po francusku, tylko mój miał 1 MB RAM).  Jakość tego urządzenia przyprawiała mnie o opad szczęki jeszcze przez wiele lat - klawiatura jego była najlepsza, jaką w życiu widziałem, pracowałem na niej przez ponad 10 lat. Płytka drukowana płyty głównej była pod względem średnicy otworków i szerokości ścieżek technologicznie daleko do przodu w stosunku do innych widywanych przeze mnie urządzeń. Itd. itd.

Tandon PCA 20 z roku 1987

Tandon PCA 20 z roku 1987

Z wielkim żalem poodklejałem wszystkie znaczki firmowe i tabliczkę znamionową - bo komputery AT były na liście COCOM.

COCOM zajmował się pilnowaniem, żeby technologia nadająca się do wykorzystania militarnego nie dostawała się w ręce Rosjan. Na liście sprzętu którego nie można było wywozić do bloku wschodniego znajdowały się między innymi procesory 16-bitowe o większej wydajności, również wbudowane w urządzenia. Stąd nie można było eksportować na wschód nie tylko komputerów AT, ale również wielu modeli drukarek laserowych. Sprzęt znaleziony przez celników na granicy zostałby skonfiskowany.

Z M. udaliśmy się do sklepu kupić walizkę odpowiedniego formatu do transportu tej maszyny. M. był niesamowicie leniwy - zaparkował w parkhausie Karstadu na Zeilu, jak chciałem pójść do Kaufhofu (może 300 metrów) powiedział "To pojedziemy." (I tak byłoby bez sensu, Kaufhof nie ma parkhausu, ten Karstadu jest najbliższy).

Nakupiłem sobie trochę ciuchów, dyskietki na sprzedaż w NRD i inne rzeczy (już nie pamiętam dokładnie jakie), bilet na pociąg i wkrótce nadszedł dzień wyjazdu. Miałem swój plecak, walizę z komputerem (a obudowa jego była bardzo solidna i swoje ważyła) i torbę z rzeczami które zamierzałem zostawić w przechowalni w Berlinie, żeby ich nie ciągać dwa razy przez granicę (dyskietki też, hehehe). Z komputerem plan był taki, że wwiozę go legalnie do Polski z odprawą celną, a potem wywiozę na odprawę warunkową do NRD. Niestety brakło mi już rąk żeby zabrać monitor. M. obiecał że mi go przyśle pocztą, ale potem mu się nie chciało. Monitor stał podobno w magazynku przez parę następnych lat.

M. zawiózł mnie na dworzec, o mało się nie spóźniając (jak to on). Na granicy pogranicznicy RFN-owscy zauważyli, że wiza już mi upłynęła, ale się za bardzo nie czepiali. Najważniejsze że wyjeżdżałem. Chcieli tylko żeby podać gdzie przez ten czas mieszkałem - podałem adres mojego dalekiego krewnego z Frankfurtu, którego wtedy właśnie po raz pierwszy odwiedziłem i zobaczyłem. Bagażu nawet nie kazali pokazać.

Pamiętając o kontrolach Stasi w przechowalniach bagażu na ważniejszych dworcach, torbę z towarem oddałem do przechowania na nieistotnej stacji S-Bahnu w Berlinie. A potem na Lichtenberg i do Szczecina. Jeszcze tylko na stacji Szczecin Gumieńce (tam gdzie kontrola celna i paszportowa)  musiałem wysiąść i odprawić celnie mój komputer. Cła na komputery wtedy nie było, ale wolałem zrobić papier. Celnicy nie mieli pojęcia co to w ogóle jest ("Pan nam mówi że to komputer, ale skąd my możemy wiedzieć co to naprawdę jest?").

Odprawa celna komputera, PRL, 1987

Odprawa celna komputera, PRL, 1987

No i znowu cały ten cyrk: oddać paszport turystyczny, wziąć dowód, do Warszawy, oddać dowód, wziąć paszport służbowy, do Szczecina, do Ilmenau. Po drodze odprawiłem warunkowo komputer (czyli miałem na niego papier) i odebrałem torbę z przechowalni. Nienaruszoną.

Na uczelni musiałem się trochę tłumaczyć - powinienem był pojawić się tam już ze trzy tygodnie wcześniej. Bez świadków powiedziałem opiekunowi naszej grupy seminaryjnej, że pracowałem w czasie wakacji w RFN, a on na to: "Tak, my wiemy.". Cholera, nie rozgłaszałem tego, mówiłem tylko paru zaufanym osobom, ale oni (a raczej Oni) fotografowali wszystkie paszporty osób wyjeżdżających i robili z tego użytek. Kiedy zaproponowałem, że opowiem co ciekawego z branży widziałem i pokażę zdjęcia, nie było entuzjazmu. Raczej nie chcieli oglądać jak są zapóźnieni i wkurzać się, że taki Polak mógł sobie pojechać, a oni nie mogą.

No i mnie dopadło. Już po przyjeździe z Węgier można było dostać niezłego doła. Dół po powrocie z RFN był jak Rów Mariański.

Ale warto było. Nie chodzi tu nawet o ten przywieziony komputer czy inne towary. Warto byłoby nawet gdybym nie przywiózł ze sobą nic. Pozbycie się kompleksów było bezcenne.

Dalej o dołach w następnym odcinku.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Skomentuj

Żegnaj NRD (25): Dalej na Zachód, znowu przez Wschód

Pisałem już o aspirancie A., który na wakacjach 1986 pracował w firmie w RFN, we Frankfurcie nad Menem. Miał on zamiar pojechać tam jeszcze raz w następnym roku, a właściciel firmy był chętny do przyjęcia jeszcze jednego pracownika na wakacje. A. zaproponował to mi, bo wiedział że sobie tam poradzę. Ja, oczywiście byłem bardzo chętny - wtedy każdy by się zgodził na wyjazd nawet do pracy fizycznej, a co dopiero jako programista.

Tak więc zostało postanowione, że jedziemy. Ale wtedy nie było tak prosto jak teraz. Opisałem już trudności z wyjazdem nawet do kraju bloku, wyjazd na Zachód to była zupełnie inna klasa problemu. I tak po pierwsze, to kraj zachodni wymagał posiadania zaproszenia. Chodziło o to, żeby ktoś miejscowy przyjął odpowiedzialność, zwłaszcza finansową, za tego biedaka który przyjedzie. Z zaproszeniem można było złożyć w konsulacie wniosek o wizę (na szczęście wtedy mieliśmy konsulat niemiecki w Szczecinie) oraz wniosek o paszport. Zaprosił mnie mój krewny który wyjechał do RFN około 1980, mieszkał gdzieś w Zagłębiu Ruhry. Będąc w kraju złożyłem wniosek o wizę wkrótce dostałem wiadomość, że będzie. I dopiero wtedy zaczęły się prawdziwe schody.

Samo dostanie paszportu na wyjazd na Zachód dla Polaka nie było specjalnym problemem. NRD-owcy mogli sobie taką próbę od razu darować, chyba że lubili rosyjską ruletkę i chcieli od razu wyjechać na stałe (będzie o tym odcinek). Polacy mogli wyjeżdżać prawie że ot tak sobie, no chyba że kogoś SB chciała skłonić do współpracy albo poszykanować. Ale to było rzadkie, osobiście się z nikim tak szykanowanym nie zetknąłem. Moje problemy były natury technicznej:

  • Do złożenia wniosku paszportowego niezbędne było pojawienie się z dowodem osobistym w właściwym terytorialnie Urzędzie Paszportowym.
  • Właściwy terytorialnie Urząd Paszportowy był w Szczecinie.
  • Mój dowód był w Warszawie, w Biurze Współpracy z Zagranicą Politechniki Warszawskiej.

Czyli gdybym miał zrobić taką akcję zgodnie z regułami to musiałbym:

  • Pojechać z Ilmenau do Szczecina (450 km).
  • Ze Szczecina pojechać do Warszawy (550 km), oddać paszport służbowy i wziąć dowód.
  • Z Warszawy pojechać do Szczecina (550 km), złożyć wniosek paszportowy.
  • Ze Szczecina pojechać do Warszawy (550 km), zdać dowód, pobrać paszport służbowy.
  • Z Warszawy pojechać do Szczecina (550 km).
  • Ze Szczecina pojechać do Ilmenau (450 km).

Najprostszy skrót - pojechanie bezpośrednio z Ilmenau do Warszawy lub odwrotnie, wiele nie wnosił. No tragedia po prostu. Więc w Szczecinie wybrałem się do kierownika Urzędu Paszportowego i ustaliłem z nim, że mogę sobie to trochę skrócić: Po pobraniu dowodu mogę pójść do dowolnego Urzędu Paszportowego w Warszawie, oni mi potwierdzą dane na wniosku paszportowym, potem znowu wezmę mój paszport służbowy, wrócę do Szczecina i tam złożę ten wcześniej potwierdzony wniosek. Dwa przejazdy, 1100 kilometrów i półtorej doby do przodu.

Więc tak zrobiłem. Prawie wypaliło. Znaczy wniosek mi w Warszawie po krótkiej dyskusji potwierdzili, problem powstał w niespodziewanym miejscu, mianowicie pani na Politechnice nie dała mi paszportu. Powiedziała że już są wakacje i mi paszport nie przysługuje bo będę jeździł na niego prywatnie. Teoretycznie miała rację, według przepisów powinniśmy zdawać paszporty na wakacje, ale ta odległość... A w praktyce to nie miała racji, bo wakacje to były w Polsce a my jeszcze mieliśmy trzy czy cztery tygodnie zajęć. Ale się uparła i już. Musiałem iść do Ministerstwa Edukacji, pisać podanie o wydanie paszportu i zobowiązać się do dostarczenia zaświadczenia z uczelni, że zajęcia jeszcze są. Ale zdążyłem (ledwie) jeszcze tego samego dnia i znowu miałem paszport służbowy w ręku.

Po tych paru tygodniach czas nadszedł. Pojechałem do Szczecina, potem znowu do Warszawy po dowód, do Szczecina po paszport turystyczny (co to za pomysł, żeby stolica była tak daleko na wschodzie!), do konsulatu po wizę. Rodzice wymienili mi na książeczkę walutową przysługujące na wyjazd na zachód 21 marek RFN po kursie oficjalnym (czyli niesamowicie korzystnym, to była dobra strona systemu z przymusową wymianą walut) i dodali stówę kupioną na czarnym rynku. Akurat do Fuldy jechał samochodem kolega ojca z pracy. Kolega ten pracował wcześniej na Polserwisowskim kontrakcie właśnie tam, w Fuldzie, jako konstruktor. Więc zostało ustalone, że mnie do tej Fuldy zabierze, tam wsiądę w pociąg i nim pojadę te pozostałe niecałe 100 km do Frankfurtu.

Polservice był firmą zajmującą się eksportem polskiej, wykwalifikowanej siły roboczej za granicę, głównie do krajów zachodnich. Pośredniczyli oni w zawarciu kontraktu i załatwiali formalności paszportowe, wizowe itp., pobierając za to spory procent zarobionych przez pracownika pieniędzy w twardej walucie.

Pojechaliśmy Fiatem 125p kolegi ojca, nawiasem mówiąc ten Fiat był kupiony w RFN właśnie na tym jego kontrakcie.

Polskie Fiaty 125p były sprzedawane na Zachodzie, jednak bez dużych sukcesów. Sprzedawały się przede wszystkim dzięki swojej niskiej cenie, kupowali je głównie ludzie na kontraktach terminowych - na przykład żołnierze amerykańscy odbywający służbę w Europie. Po prostu nie było im żal zostawić taki samochód wracając do siebie do kraju. Kupowali je również Polacy pracujący na Zachodzie - były to trudno dostępne w Polsce wersje eksportowe dostępne od ręki, a w Polsce na nowego Fiata w gorszej wersji trzeba było czekać co najmniej kilka lat. Do tego potem, w Polsce, nie było problemu z serwisowaniem.

Droga prowadziła A11, Berliner Ringiem, A9 i A4, zupełnie jak do Ilmenau. Tyle że koło Erfurtu nie zjechaliśmy na Arnstadt ale pojechaliśmy dalej prosto, w stronę granicy. To było duże przeżycie, taki wyjazd na drugą stronę (nach drüben, jak mówili w NRD). Przed ostatnim zjazdem przed granicą, na Eisenach, pojawiły się wielkie tablice "Ostatni zjazd!", "Zastanów się, czy naprawdę tego chcesz!", "Po raz ostatni ostrzegamy!" (Żeby nie było wątpliwości, bo wiele rzeczy które tu piszę może dziś wydawać się niewiarygodne - tutaj ironizuję, tablice były sformułowane śmiertelnie poważnie. Przy tym "śmiertelnie" należy brać dosłownie, z nimi żartów nie było). Dalej na autostradzie stał pojedynczy policjant który sprawdził nasze paszporty. Nie, to nie była jeszcze granica. To było - używając terminologii z zakresu szeregowania zadań - testowanie na dopuszczenie do testowania do przekroczenia granicy. Po następnych paru kilometrach zobaczyliśmy budynki przejścia granicznego po stronie NRD. Nowiutkie, zbudowane ledwie dwa lata wcześniej. Część tych zabudowań istnieje do dziś (chociaż trudno powiedzieć jak długo jeszcze, w tej chwili prowadzone są tam intensywne prace budowlane) jako Rasthof Eisenach. Autostrada biegła prosto omijając te budynki, ale była zastawiona solidnymi zaporami. Wszystkie samochody musiały zjechać estakadą na bok i podjechać pod budynek przejścia granicznego (Na zdjęciu poniżej część z lewej to wyjazd, z prawej wjazd. Estakada i wiaty części wyjazdowej już nie istnieją). Z kilku pasów do odprawy otwarty był tylko jeden, a i tak kolejki nie było. Funkcjonariusz graniczny sprawdził dokładnie paszporty, podyskutował trochę, że za szybko jesteśmy (ale nie na tyle szybko żeby nam wlepić mandat), zajrzał przy pomocy luster na kółkach pod samochód, niewykluczone że samochód został dyskretnie prześwietlony (podobno mieli do tego instalacje, nie wiem czy akurat tam też). I puścił. Aż mi trudno było w to uwierzyć.

Przejście graniczne Wartha

Przejście graniczne Wartha Źródło: www.grenzzaunlos.de

 

Rasthof Eisenach na miejscu przejścia granicznego Wartha

Rasthof Eisenach na miejscu przejścia granicznego Wartha

Wróciliśmy na autostradę, po paru następnych kilometrach zobaczyliśmy małą (przynajmniej w porównaniu) budkę przejścia granicznego po stronie RFN. (W tym miejscu jeszcze kilka lat temu znajdował się Rasthof Herleshausen - ten budyneczek w lewej, w głębi, ale już go nie ma.) Tam tylko krótko obejrzeli paszporty i już - byliśmy z drugiej strony.

Przejście graniczne Herleshausen

Przejście graniczne Herleshausen Źródło: www.grenzzaunlos.de

Niedługo potem, wczesnym popołudniem zostałem wysadzony przed dworcem w Fuldzie. Kupiłem bilet do Frankfurtu, na pociąg osobowy oczywiście. I tak kosztował horrendalnie, nawet dla mnie - w końcu trochę lepiej sytuowanego - bo 26 marek zachodnich. Więcej niż było tej oficjalnej wymiany. Pociąg jechał wolno i zatrzymywał się co chwilę, może to i dobrze, mogłem się spokojnie przyglądać innemu światu. Dzięki oglądaniu zachodniej telewizji nie spodziewałem się bezproblemowego i bezkonfliktowego raju. "Weihnachtsbaum in unserem Arbeitsraum interessiert uns kaum" (Choinka na naszej hali nas wali) głosił napis wymalowany sprayem na murze mijanej fabryki. Słusznie, mnie też. Wkrótce wylądowałem na dworcu we Frankfurcie.

A co było dalej, o tym w następnym odcinku.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

5 komentarzy

Żegnaj NRD (23): Kuchnia NRD

W poprzednim odcinku nie było zapowiedzi następnego, nie dlatego żebym nie wiedział co będzie dalej - stale mam przygotowane 2-3 odcinki do przodu - ale dlatego że po dopisaniu zapowiedzi Blox znowu powiedział, że tekst za długi. Zasadnicza treść się zmieściła, a dzielić notki nie chciałem. No ale trudno narzekać na darmowy serwis, wybrzydzać mógłbym gdybym chciał z moich notek zrobić książkę za pieniądze.

Jak już wspominałem, stać nas było na częste stołowanie się w restauracjach. Najbliżej było do restauracji w Mensie, było tam niedrogo i smacznie, problemem był tylko ograniczony czas otwarcia i kolejka w porze gdy wszyscy jedli (czyli między dwunastą a pierwszą). Obsługa też nie była zbyt szybka, gdy kiedyś przy dwóch daniach w karcie napisali "Czas oczekiwania - 15 minut" to wszyscy zamawiali akurat te, ciesząc się że tylko tyle. Ten błąd w karcie więcej się nie powtórzył. Przeciętne danie kosztowało 3-4 marki, to było naprawdę tanio.

Inne restauracje były nieco droższe i trzeba było do nich kawałek pójść. A w niedzielę Mensa była zamknięta i trzeba było albo zrobić coś samemu z posiadanych produktów, albo pójść do miasta. Robienie samemu było jak najbardziej możliwe, mięso było w sklepach (przypominam o kartkach na mięso w Polsce), trochę problemów było z warzywami i owocami. Trudno dostępne były również niezbędne do wielu smacznych potraw pomidory i pieczarki.

Najlepszą restauracją w mieście był dawny hotel "Zum Löwen" (Tu mieszkał Goethe). Za 9-10 marek można było tam zjeść naprawdę przyzwoity obiad. Dla przeciętnego studenta było to sporo - głównym pożywieniem studentów NRD-owskich były Schinkennudeln - makaron z sosem pomidorowym i niewielkim dodatkiem mięsa, albo przyrządzony własnoręcznie albo gotowy, ze słoika - ale dla nas bez problemu. Budynek był (jak i cała ulica) ślicznie odnowiony z zewnątrz, ale w pewnym momencie restauracja została zamknięta bo dom groził zawaleniem.

Hotel Zum Löwen Ilmenau

Hotel Zum Löwen Ilmenau

Wielu ludzi było stać na restaurację, kolejka do restauracji w porze obiadu była czymś normalnym.

A co właściwie dawali w tych restauracjach do jedzenia? Sztandarowym daniem kuchni NRD-owskiej była wywodząca się z kuchni rosyjskiej zupa "Soljanka". Była to gęsta zupa ze sporą ilością mięsa i warzyw, pikantna i zakwaszona ogórkami konserwowymi. Do tego plasterek cytryny. Mmm, zjadłbym, chyba muszę znaleźć jakiś przepis.

Soljanka

Soljanka

Drugą co do popularności zupą była gulaszowa, a trzecią Kraftbrühe, czyli rodzaj rosołu wołowego z klopsikami mięsnymi.

Na drugie dawali klasyczne dania kuchni niemieckiej - sznycle, pieczenie, golonkę, jednym z niewielu nie spotykanych gdzie indziej był Sofia-Schitzel - kotlet zajmujący połowę dużego talerza (znowu przypominam o kartkach na mięso w Polsce). Drugą specjalnością (moją ulubioną) był sznycel "Strindberg" - kotlet posmarowany z obu stron musztardą i obtoczony w cieście naleśnikowym.

Warzywa, jak już wspominałem, podawano najczęściej standardowe, ze słoika, w jednym z kilku rodzajów identycznych wszędzie.

Istniała w NRD bardzo dobra sieć restauracji rybnych, najlepszą z nich była ta najdalej od morza - w Suhl. Zawsze gdy byłem w Suhl jadłem właśnie tam. Również w Suhl znajdowała się restauracja japońska - znam ją tylko z opowiadań, bo mimo że menu kosztowało 100 marek, miejsca w niej trzeba było rezerwować z rocznym wyprzedzeniem (to znowu nie hiperbola, tak było).

Gastronomia uliczna w NRD ograniczała się do budek z Bockwurstami (grubymi parówkami z wody) i Bratwurstami (rodzajem drobno mielonej kiełbasy białej z grilla). Bockwurstów nie lubiłem, ale bratwursty tak. Nawiasem mówiąc "Bockwurstami" nazywaliśmy generalnie Niemców z NRD. Natomiast praktycznie nie było znanych z Polski budek z lodami, bitą śmietaną, goframi, rurkami z kremem i innymi deserami.

Pewnego razu zobaczyliśmy jednak w Lipsku przyczepę, z której dwóch facetów sprzedawało gofry z bitą śmietaną. Kolejka stała na 50 metrów. Na przyczepie wisiała przywieziona z Zachodu tabliczka głosząca: "Vor Inbetriebname des Mundwerks ist das Gehirn einzuschalten!" (Przed uruchomieniem aparatu mowy włączyć mózg!). Potraktowaliśmy ją jako żart, jednak jej głęboki sens wyszedł na jaw wkrótce po pierwszym ugryzieniu gofra. Nie były one z bitą śmietaną, o nie. Były - nie zgadniecie - z pianą z białek! Nie słodzoną! Już mieliśmy lecieć do sprzedawców uruchomić aparaty gębowe artykułując pretensje, ale zgodnie z radą na tabliczce włączyliśmy najpierw mózgi. I zauważyliśmy, że nikt bitej śmietany nie obiecywał, w opisach nie było słowa o tym, co to ma być, wrażenie że to była bita śmietana powstało wyłącznie w naszych umysłach. Wkurzające, tak się dać wkręcić, ale dowcip przedni.

"Przed uruchomieniem aparatu mowy włączyć mózg"

"Przed uruchomieniem aparatu mowy włączyć mózg" Żródło: www.buddelbini.de

Była też w Ilmenau prywatna cukiernia, należąca do pani Schindler. Wyglądała jak kawałek lepszego świata - chociaż mała, to elegancko urządzona, nawet w RFN nie miałaby się czego wstydzić. Ciastka robili naprawdę dobre, chociaż oczywiście w stylu niemieckim - większość polskich jest jednak lepsza. Zdjęcie aktualne, za NRD nie było w niej sali kawiarnianej.

Ilmenau - Konditorei Schindler

Ilmenau - Konditorei Schindler

W odcinku o kuchni nie może zabraknąć piwa. Wbrew utartym stereotypom mówiącym że w Niemczech jest dobre piwo, w NRD o dobre piwo było bardzo trudno. Większość gatunków była (podobnie jak i w Polsce) nie pasteryzowana i miała ograniczoną trwałość i zasięg terytorialny. W Ilmenau można było kupić praktycznie wyłącznie piwo z pobliskiego browaru w Schmiedefeld - Schmiedefelder Bier, zwane SchmiBi - o którym opowiadano taki dowcip (nie będzie dobrze opowiedziany, bo pamiętam głównie pointę):

Rolnik miał konia, który zachorował. Weterynarz zlecił badanie moczu konia. Rolnik z jakichś przyczyn (nie pamiętam już jakich) zamiast moczu oddał do analizy SchmiBi. Wynik badania był "Pański koń ma cukrzycę".

Ale na pewno ten sam dowcip opowiadano o każdym innym gatunku marnego piwa.

Podkładka pod piwo "Schmiedefelder Bier"

Podkładka pod piwo "Schmiedefelder Bier" Źródło: www.bierdeckelsammler.net

Nie mogłem się doguglać etykietki od SchmiBi, więc załączam zdjęcie podkładki, zwanej przez nas keksem - od dowcipu:

Żołnierz radziecki przyszedł do knajpy w NRD i zamówił piwo. Kelnerka przyniosła piwo i podkładkę, postawiła, poszła. Za chwilę żołnierz znowu zamawia piwo. Kelnerka przynosi - a tu podkładki nie ma. No cóż, położyła następną. Ale sytuacja powtórzyła się jeszcze parę razy - podkładka ciągle ginęła. Za którymś razem kelnerka się wkurzyła i nie dała podkładki. Na co żołnierz: "A keksa niet?"

Lepsze piwo przywoziłem z Erfurtu, ale ono też nie było pasteryzowane i nie można było zrobić sobie zapasu. Istniał jednak jeden gatunek dobrego, pasteryzowanego piwa z NRD - Radeberger Pilsner. Piwo to było dostępne prawie wyłącznie w lepszych restauracjach (i to lepszych niż "Zum Löwen" w Ilmenau), a w normalnym sklepie praktycznie wcale. Tylko w sklepach dla aparatczyków. Marka przetrwała zjednoczenie i istnieje do dziś, należy do koncernu Dr. Oetker.

Podkładka pod piwo "Radeberger"

Podkładka pod piwo "Radeberger" Źródło: www.bierdeckelsammler.net

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

7 komentarzy

Żegnaj NRD (20): Pociąg zwany „Przemytnikiem”

W tych czasach studenci i robotnicy jeździli do NRD pociągami. Samochód mało kto miał, zwłaszcza nadający się do regularnego pokonywania długich tras, z benzyną w NRD nie było wcale tak bezproblemowo (sprzedawali miejscowym, samochód z rejestracją z innego kraju mógł mieć problem z zatankowaniem poza autostradą), zostawał więc pociąg. Ja jeździłem do Szczecina, pociąg był jeden na dobę w każdą stronę. Relacja Berlin Lichtenberg - Gdynia, pociąg o nazwie "Gedania".

Dworzec Halle, NRD, 1988

Dworzec Halle, NRD, 1988

Gedania w stronę NRD startowała z Gdyni i jechała wiele godzin przez Polskę, pozostawiając wiele czasu na ukrycie towaru. Ja wsiadałem w Szczecinie Głównym, pociąg startował o 5:25 w stronę stacji Szczecin Gumieńce (tylko kilka minut jazdy). Tam stawał na oddzielonym peronie, wsiadali WOP-iści i celnicy i zaczynało się trzepanie. Inaczej niż dziś, celnicy sprawdzali przewożone towary głównie na wyjeździe. Dziś błogosławiony jest człowiek, wywożący towary wyprodukowane w danym kraju za granicę, wtedy ktoś taki był przeklętym pasożytem systemu subwencji, przyczyną pustek w sklepach i kryzysu gospodarczego. Trzepanie trwało godzinę. Celnicy otwierali wszystkie schowki w wagonie, wszystkie klapy rewizyjne, itp, również przykręcone na śruby, świecili latarkami, używali lusterek na kijkach, wprowadzali druty w przestrzenie za oparciami itp. W wagonie zawsze coś znajdowali - najczęściej papierosy Marlboro, albo ciuchy (jeans). Pytali się też, do kogo należą poszczególne sztuki bagażu, bezpańskie (znaczy takie, do których nikt się nie przyznał) zabierali. Co którąś torbę kazali otworzyć i sprawdzali zawartość. Na kontrolę narażeni byli raczej robotnicy, kulturalnie wyglądający młody człowiek rzadko musiał pokazywać swój bagaż. Mimo tego trzepania część towaru pozostawała nie wykryta, głównie ze względu na brak czasu - po godzinie pociąg musiał ruszyć, bez ważnego powodu czasu kontroli nie wydłużano.

Prawdziwy cyrk był w drugą stronę, zwłaszcza przed świętami. Pociągi były szczelnie napchane ludźmi, większość z nich miała po kilka toreb wypchanych czekoladą, rodzynkami i sprzętem gospodarstwa domowego. Wielu z nich rozstawiało te swoje torby w różnych częściach wagonu licząc, że celnik nie zapyta się o właściciela.

Typowa scena: Pociąg do kraju przed Bożym Narodzeniem. Napchany, że szpilki nie wetkniesz. WOP-iści i celnicy z trudnością przeciskają się korytarzem. Znaleźli jakiegoś robotnika z siedmioma (sic!) torbami towaru, wysadzili go na peron, on stoi przy swoich torbach, smutny czegoś. Ja stoję w tłoku na korytarzu, okna pootwierane. W pewnym momencie facet obok mnie przyciszonym głosem woła do tego wysadzonego "E, ty, daj jedną torbę!". Tamten rozejrzał się i buch jedną torbę przez okno do pociągu. żaden celnik tego nie zauważył, ale za chwilę jakiś przechodząc sobie przypomniał "Ale pan to miał siedem toreb, gdzie jest ta siódma?". "Było sześć!", "Nie, siedem!", "Jak Boga kocham sześć!" itd. Potem jakiś kolega pyta tego z pociągu, który wziął torbę: "A ty go w ogóle znasz?" "Nie, nie znam, a co to za różnica?".

Inna scena, też jakieś Boże Narodzenie: Stoimy w siedem osób na Lichtenbergu, widać że tłok będzie nieprawdopodobny. Podstawiają Gedanię, jeden z nas, dobrze ustawiony, wskakuje jako jeden z pierwszych do wagonu i zajmuje cały przedział. Czekamy, żeby wsiąść, ale ludzie tak walczą przy wejściu, że w rezultacie prawie nikt wsiąść nie może. No to ja proponuję, żebyśmy najpierw podali nasze bagaże przez okno. Zrobione, minuty mijają, a walka wciąż trwa. No to mówię: "Wchodzimy przez okno, bo inaczej zostaniemy!" Przyciągnęliśmy wózek na bagaż żeby było łatwiej i włazimy. W połowie akcji podchodzi jakaś pani i prosi "Pomóżcie mi też przez to okno, muszę być jutro w pracy!". Pomogliśmy, siedzimy w przedziale, tłok robi się coraz większy, parę osób z korytarza musi postawić swój bagaż w przedziale (półki na bagaż już zajęte i 8 osób już siedzi), potem jeszcze trzy muszą stanąć na środku przedziału. Wreszcie jedziemy, dwie godziny jazdy plus godzina trzepania, Szczecin Główny. A tu sytuacja taka sama - tłok taki, że nie da się wysiąść. Więc ewakuacja też przez okno. A dziś po przygody trzeba za drogie pieniądze jeździć gdzieś na koniec świata.

Kiedy jest luźniej, wśród robotników kwitnie życie towarzyskie. Flaszkę ma każdy, z kieliszkami gorzej, a z gwinta nie wypada ("Trochę kultury!"). Więc jeden kieliszek potrafi rotacyjnie obsługiwać dwa przedziały.

Zdarzenie z jazdy w stronę do NRD: W Gedanii sporo ludzi tak, że wszystkie miejsca siedzące zajęte i kilka osób stoi na korytarzu. Ja stoję w tej części gdzie wyjście, bliżej drzwi stoi facet wyglądający na Niemca Zachodniego (lepiej ubrany, zadbana cera, elegancko ostrzyżony, mało bagażu). Trzepanie, jakiemuś robotnikowi kazali wysiąść. Więc on idzie, smętny, w stronę wyjścia. Już w drzwiach zatrzymuje się, cofa trochę, sięga do kieszeni kurtki, wyjmuje pełną garść tych plastikowych znaczków, spinek do włosów itp. podaje temu Niemcowi i mówi "Masz!". Znowu zwraca się w stronę wyjścia ale jednak cofa, sięga do drugiej kieszeni, wyciąga drugą garść plastiku, znowu podaje Niemcowi - "Masz jeszcze!".

Trudno się więc dziwić że Gedanię nazywano "Przemytnikiem", ale zdaje się że tak mówiono też o każdym innym pociągu relacji Polska-NRD.

Kasa z handlu międzynarodowego była niezła, ale nie chciałbym wrócić do tamtych czasów. Już wolę stateczną, drobnomieszczańską egzystencję bez przygód. Mimo że krotność średniej krajowej wychodzi niższa.

W następnym odcinku: Commodore i inni.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:DeDeeRowo

3 komentarze

Żegnaj NRD (19): …i kto handluje ten żyje

Uważny czytelnik prawdopodobnie już wielokrotnie zadał sobie pytanie: Jak student z Polski, z 360-markowym stypendium, mógł kupować buty wyłącznie Salamander, często jadać w restauracji, posiadać zachodni komputer domowy a potem osobisty itd. Innym słowy: Jak można było w komunistycznym kraju dorobić sobie do stypendium i to nie tylko trochę.

O jednej metodzie już pisałem - można było pójść na nockę do Glasu lub Porcelany. Część studentów tak robiła, niektórzy często. Ale policzmy: Przy 30-40 marek za noc to bardzo się starając można było dorobić sobie miesięcznie średnią krajową. Jednak starając się aż tak bardzo, studiowanie trzeba by sobie darować - po przepracowanej nocy dzień musiał być zmarnowany. Poza tym co to za praca dla inteligentnego człowieka - zasuwanie po nocy jako "przynieś-podaj-pozamiataj"? Ja spróbowałem w obu zakładach, było to istotne doświadczenie, ale powtarzać go nie miałem zamiaru.

Druga metoda były bardziej typowa dla Polaków w tym czasie - handel międzynarodowy.

Ustrój socjalistyczny bardzo sprzyjał rozwojowi indywidualnego handlu międzynarodowego - w normalnej, nieregulowanej gospodarce różnice cen towarów w różnych krajach nie są zbyt wysokie. Istotne różnice pojawiają się dopiero w momencie interwencji państwa w ceny, ograniczeniu wymiany towarowej i/lub niedoborów na rynku. W tak bardzo regulowanych państwowo gospodarkach jak gospodarki krajów socjalistycznych różnice z natury rzeczy były olbrzymie, bo każdy kraj dotował i opodatkowywał inne grupy towarowe. Mechanizm subwencji/odpisu już opisywałem - w NRD był on szczególnie rozwinięty.

Jest różnica w cenach - jest zarobek. Pierwsze kroki były jeszcze nieśmiałe. Na początku dużym powodzeniem cieszyły się polskie duże, wiklinowe koszyki. Pośrednictwem w sprzedaży trudniły się panie z campusowej pralni. Wystarczyło przy wymianie pościeli (odbywającej się raz na miesiąc) przynieść im brudną pościel w koszyku, a otrzymywało się nową pościel plus 25 marek. Lekko łatwo i przyjemnie, 25 marek piechotą nie chodzi, ale ile w końcu można tych koszyków z Polski przywieźć? Więcej niż jeden naraz raczej nie. Poza tym rynek koszyków nasycił się dość szybko i trzeba było znaleźć inne towary do przywożenia.

Niektórzy przywozili i sprzedawali polskie magnetofony szpulowe serii Aria. Nie pamiętam po ile chodziły, były to już jednak sumy znacznie powyżej 1000 marek (a może nawet i 3000? Nie pamiętam dokładnie). Ale to było już duże przedsięwzięcie, obarczone sporym ryzykiem. Magnetofon Aria był po prostu olbrzymi (zajmował całą dużą walizkę), ciężki jak cholera, a zauważony przez celników mógł zostać zarekwirowany. Na skutek niedogadania moi rodzice kupili taki dla mnie na sprzedaż, jednak nie zdecydowałem się na próbę transportu. Zresztą i tak nie znalazłem odbiorcy, chyba było już za późno i rynek był już nasycony.

Magnetofon MDS 2412 ARIA

Magnetofon MDS 2412 ARIA Żródło: oldradio.pl Autor: Jarosław Stefanski

Świetną lukę rynkową znaleźliśmy przypadkiem - wybraliśmy się kiedyś z kolegą P. na giełdę części elektronicznych, zabierając nasze skrzynki z częściami. Nasze, do własnego użytku, a nie przywiezione z myślą o sprzedaży. Zaraz zrobił się koło nas tłok - mieliśmy części inne niż wszyscy, schodziły jak ciepłe bułeczki. Na następnych giełdach gdy wchodziliśmy na salę robił się szum ("O, wreszcie są!") i hobbyści podejmowali szturm na nasze towary. Na takiej giełdzie wpadało do kieszeni parę setek (czasem nawet więcej). Dziwi mnie, że wśród tylu studentów polskich na uczelni wyłącznie z kierunkami elektroniczno-informatycznymi, częściami elektronicznymi handlowaliśmy właściwie tylko we dwóch. Części kupowaliśmy głównie w sklepach Bomisu, upłynniających elementy niepotrzebne przemysłowi, jakieś zapasy magazynowe itp. Przebicie było bardzo dobre, do tego celnicy nie mieli pojęcia co to jest i nie czepiali się. Jakby który miał z tym problem zawsze można było zasłonić się studiowaniem na uczelni o takim profilu i że to do studiów potrzebne i bardzo tanie (czytaj: bez wartości handlowej).

Gdzieś od 1987 świetnym biznesem stały się dyskietki, takie zwykłe, 5,25 cala. Kiedy po raz pierwszy przywiozłem dwie paczki dyskietek, sprzedałem je po 40 marek. Nie, nie za paczkę. 40 marek za sztukę dyskietki!  Wyobrażacie sobie to przebicie? Średnia krajowa za dwie paczki dyskietek. Jeden z kolegów twierdził, że pół roku wcześniej udało mu się sprzedać dyskietki jakiemuś zakładowi pracy nawet po 80 marek za sztukę! Takie ceny nie utrzymały się długo, chociaż przebicie aż do końca było niezłe. Przez długi czas opłacało się nawet kupić dyskietki normalnie w sklepie "Intershopu" i sprzedać Niemcom za marki wschodnie. Chociaż z tą normalnością kupowania w Intershopie to trochę przesadzam.

Dyskietka 5,25''

Dyskietka 5,25'' Żródło: Wikipedia, Autor: Qurren

"Intershop" był odpowiednikiem polskiego Pewexu. Sprzedawano tam zachodnie towary za walutę zachodnią. W zasadzie w Polsce sprzedawano również niektóre towary polskie - np. telewizory "Jowisz", pralki automatyczne "Polar", montowane w Polsce samochody "Zastava" i przede wszystkim wódkę. W Polsce było jednak łatwiej - w latach 80-tych już każdy mógł wejść do takiego sklepu i kupić dowolny towar płacąc dolarami lub markami zachodnimi. Wcześniej zwykły obywatel musiał zamieniać te dolary i inną walutę w banku na tzw. bony Pekao, którymi dopiero mógł zapłacić w Pewexie. W NRD jeszcze w 1989 obywatele NRD mogli płacić tylko odpowiednikami bonów zwanymi "Forumschecks". Osoba płacąca markami zachodnimi musiała pokazać zagraniczny paszport, ale paszport polski całkowicie im wystarczał.

Innym towarem przywożonym masowo do NRD był ubrania jeansowe. Najpierw opłacało się przywozić kupowane w Pewexie jeansy zachodnie. Do dziś jest dla mnie zagadką, dlaczego np. markowe Wranglery były w tych sklepach tak tanie. Schodziły również jeansy marki "Odra", ale tylko ścieralne. Później pojawiły się tzw. marmurki - odpowiednio spierany krajowy jeans, produkowany przez prywatne rzemiosło. No to już był szał - centralnie zarządzany przemysł NRD nie był w stanie w ogóle zareagować na taką modę, w sklepach takich ubrań nie było wcale. Natomiast Polacy przywozili te wyroby masowo, pół NRD w tym chodziło. Jeden z wcześniejszych aspirantów polskich ożenił się z Niemką i mieszkał w okolicy - jego żona zajmowała się "liftowaniem" przywożonych kurtek jeansowych. Polegało to na przyszywaniu do tych kurtek możliwie dużych ilości naszywek, również przywiezionych z Polski. Kurtka z naszywkami natychmiast nabierała jeszcze większej wartości.

Nieźle sprzedawały się też polskie kurtki skórzane. Oczywiście również rzemieślnicze.

Kolejną grupą polskich wyrobów cieszącą się dużym powodzeniem było badziewie zalegające kioski z pamiątkami. Wszystkie te plastikowe znaczki "Modern Talking" do wpięcia w klapę, kolorowe spinki do włosów, duże grzebienie z rączką (obowiązkowy atrybut NRD-owskiego wiejskiego "eleganta", trzymany w tylnej kieszeni marmurkowych spodni), naszywki na kurtkę jeansową (fantazyjne albo z zespołami) itp. No ale to już nie ja.

Łapiecie wzór? Wyroby rzemieślnicze i high-tech nie produkowany w NRD lub bardzo obciążony odpisami. To mówi o gospodarce NRD więcej, niż długie analizy ekonomiczne.

No dobrze, to był import do NRD, a co z eksportem?

Jak łatwo się domyśleć na eksport nadawały się produkty niedostępne w Polsce i/lub mocno subwencjonowane w NRD. A były to:

  • Czekolada, zwłaszcza ta czekoladopodobna z orzeszkami ziemnymi, po 80 fenigów. Ludzie wozili ją na kartony po 100 tabliczek.
  • Rodzynki, migdały, wiórki kokosowe, skórka pomarańczowa - w Polsce był z takimi rzeczami problem.
  • Wszelkiego rodzaju sprzęt elektryczny.
  • Garnki, sokowniki, sztućce, noże i pomoce kuchenne.
  • Narzędzia
  • Motorowery "Simson" (rozwinę temat w odcinku o motoryzacji).
  • Licencyjne buty "Salamander"
  • Sprzęt foto (o tym też jeszcze będzie).

Wszystko to jechało do Polski pociągami. Ale o tym w następnym odcinku.

Jak widać dorobić na handlu można było sobie nieźle, ale to nie wszystkie możliwości. O innych opowiem jeszcze wkrótce.

 

W następnym odcinku: Pociąg zwany "Przemytnikiem".

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:DeDeeRowo

2 komentarze

Żegnaj NRD (13): Kultura w NRD część 1 (bo Blox mówi że wpis za długi)

Teraz może dla odmiany coś lżejszego - o kulturze w NRD. Chociaż z tą lekkością to, jak w ogóle w NRD, nie było za dobrze. I wcale nie chodzi mi tu tylko o cenzurę.

Sytuacja kultury w NRD nie była zbyt dobra. Silna dominacja RFN zalewającego NRD swoją telewizją i radiem z filmami, muzyką i audycjami w tym samym języku nie pozwalała miejscowym twórcom się rozwinąć. W Polsce praktycznie nie istniała alternatywa dla twórczości powstającej w Polsce po polsku, w NRD cokolwiek z RFN miało już na starcie fory ze względu na pochodzenie i włożoną kasę. Świetnie było to widać w muzyce rockowej - polskie zespoły nawet nie najwyższej ligi zjadały NRD-owską czołówkę na śniadanie. A do czołówki zaliczano tam trzy grupy:

Puhdys - Zespół powstał jeszcze w latach sześćdziesiątych a stylistycznie tkwił w rocku gitarowym lat 70-tych. Był bardzo popularny w NRD i był jedynym zespołem z tego kraju któremu wolno było koncertować na Zachodzie. Nie jestem tego pewien (i nie udało mi się wyguglać potwierdzenia tej informacji) ale słyszałem że dla tych wyjazdów musieli się zapisać do partii. Gdy przyjechaliśmy do NRD akurat śpiewali "Es ist keine Ente, wir spielen bis zur Rockerrente" ("To nie kaczka dziennikarska, będziemy grać do rockowej emerytury"). I tak rzeczywiście jest, grają nadal, mimo że jeden z nich dociąga już do siedemdziesiątki. Muzyka taka sobie, nic szczególnego, ale lepszej w NRD rzeczywiście nie było. Jakoś nie kojarzę podobnego stylistycznie zespołu polskiego tamtych lat, może ktoś podpowie.

Karat - Powstał w połowie lat siedemdziesiątych i grał muzykę zbliżoną do prog-rocka z dużym naciskiem na partie klawiszowe. Lubię rocka progresywnego, ale jak dla mnie to oni byli słabi, z marnym brzmieniem, bez wyrazu i beznadziejnie utknęli we wczesnych latach 70-tych. Z krajowych zespołów można by ich porównać do Exodusu, ale Exodus był jednak ciekawszy (na przykład TUTAJ) i o wiele bardziej wyrazisty (a mimo to kto ich jeszcze pamięta). Największym przebojem Karatu była piosenka "Über sieben Brücken musst du gehn" coverowana w RFN przez Petera Maffaya. Ponieważ Karatowi nie wolno było wyjeżdżać na Zachód, wszyscy znają wersję Maffaya, a oryginał pamiętają tylko NRD-owcy.

City - powstało również w latach siedemdziesiątych, skrzypce w składzie przesuwały ich nieco w okolice folk-rocka, zwłaszcza w ich największym przeboju, piosence "Am Fenster" (Przy oknie). Było to największy sukces NRD-owskiej piosenki w RFN, sprzedano pół miliona egzemplarzy singla w samym RFN, a 10 milionów na całym świecie. Ja uważam, że przynudzali.

A tak swoją drogą to jak zespoły z NRD mogły się promować, skoro mało kto słuchał NRD-owskiego radia? Wydaje mi się, że gdyby RFN-owskie zespoły mogły jeszcze koncertować w NRD, to NRD-owska scena rockowa nie istniałaby w ogóle.

Sprawa z tym słuchaniem radia i oglądaniem telewizji nie była prosta. Kiedy przyjechaliśmy, na zebraniu dla studentów zagranicznych kierowniczka od akademików oznajmiła: "Wolno oglądać zachodnią telewizję, ale reklam i wiadomości - nie!". Był to podobno i tak duży postęp i liberalizacja. Oczywiście takimi zakazami mało kto się przejmował, a reklamy i tak były wkurzające. Już wtedy rozmyślaliśmy nad problemem urządzeń do wyciszania reklam w radiu i telewizji. Inaczej wyglądało to w miejscach publicznych, czy w pracy - tam nikt się ze słuchaniem zachodniego radia nie wychylał, przynajmniej gdzieś do roku 1987. Uważam, że 1987 był wyraźną cezurą w sytuacji w NRD, poświęcę temu tematowi osobny odcinek.

Ach, jeszcze mamy przypadek szczególny, czyli Ninę Hagen. Nina Hagen już w NRD miała image postrzelonej divy, śpiewała piosenki nie za bardzo dające się zaliczyć do rocka. Ona raczej leżała na tej samej półce co Maryla Rodowicz - może dlatego że zaczynała w Polsce, chociaż jej z Polski nie kojarzę. Najbardziej znanym jej kawałkiem z czasów NRD był "Du hast den Farbfilm vergessen" ("Zapomniałeś filmu kolorowego"). Po wyjeździe do RFN poszła w stronę punka, nagrała trochę płyt rzadko tylko wychodząc poza punkową niszę. Popularność zyskała raczej jako skandalistka, pokazując w talk show na żywo pozycje do masturbacji albo bredząc również na żywo o UFO i ezoteryce.

Podobnie jak z muzyką rockową było z filmami i twórczością telewizyjną. RFN-owska telewizja pokazywała taką masę filmów, również produkcji własnej zrobionych za pieniądze, jakich w NRD nigdy nie było. Szczerze mówiąc nie przypominam sobie żeby na przykład w kinie w Ilmenau leciał film NRD-owski (może jednak leciał, tylko je z góry skreślaliśmy). Przypominam sobie tylko dwa tytuły kultowych filmów z NRD:

Die Legende von Paul und Paula (Legenda o Paulu i Pauli) - podobno pozycja kultowa absolutnie, przyznaję że tego nie oglądałem, między innymi dlatego, że aktorzy grający główne role uciekli do RFN, a w takiej sytuacji dzieła z udziałem uciekinierów natychmiast wypadały z obiegu.

Sieben Sommessprossen (Siedem piegów) - pokazano nam ten film w wersji oryginalnej na obozie przygotowawczym w Radomiu. Film opowiadał o wakacyjnej miłości dwojga nastolatków, był to największy sukces frekwencyjny kinematografii NRD-owskiej, nie bez znaczenia dla tego sukcesu były z pewnością sceny z full frontal nudity < 18.

Oba filmy pochodziły z końca lat siedemdziesiątych, później zdaje się nie nakręcono już nic wartego uwagi.

W kinach królowały filmy zachodnie, nierzadko bardzo pocięte. Z Once Upon a Time in America wycięte było coś pod pół godziny w tym część scen erotycznych, miejscami dialogi były zmienione, przez co film stał się słabo zrozumiały. Różnicę zobaczyłem dopiero po obejrzeniu nie pociętego filmu w Polsce. Czasem można się było domyśleć co zostało wycięte, na przykład w filmie The Rose wycięto scenę ze szczegółami wstrzykiwania sobie narkotyków przez bohaterkę. Na pewno były jeszcze inne cięcia, bez obejrzenia pełnych wersji nie da się tego stwierdzić.

Pokazywano również wiele filmów z RFN, zwłaszcza chociaż trochę krytycznych względem systemu. Oglądałem na przykład:

Abwärts (W dół) - całkiem niezły thriller z klasyczną jednością czasu miejsca i akcji. Czworo ludzi w piątek wieczorem utyka w biurowcu w windzie z zepsutą sygnalizacją alarmową. Wszystko wskazuje na to, że pomoc nadejdzie dopiero w poniedziałek rano, a tu wentylator w windzie się psuje. Do tego krytyka społeczna jak się patrzy.

Der kleine Staatsanwalt (Mały prokurator) - zupełnie nie rozumiem, dlaczego w NRD zakwalifikowano ten film jako komedię. Była to raczej smutna opowieść o bezrobotnym inżynierze budownictwa zaangażowanym przez oszusta do prowadzenia firmy budowlanej, a potem wystawionym jako kozioł ofiarny i lądującym w więzieniu. Prokurator wiedział, kto pociągał za sznurki, ale nie mógł nic udowodnić. Ciekawostka: Tytułowy prokurator grał jazz i miał pokój wytapetowany plakatami "Polski Jazz".

Ganz unten (Na samym dnie) Güntera Wallraffa:

Günter Wallraff był Sashą Baronem Cohenem lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Podobnie jak Cohen, w przebraniu wkręcał różne osoby dla krytyki społeczeństwa, różnica była taka że Wallraff używał ukrytej kamery (co potem wkręceni mieli mu za złe i nawet wchodzili z tego powodu na drogę sądową) i robił to wszystko na poważnie. Poza tym film nie był dla niego podstawowym medium, Wallraff chciał przede wszystkim robić reportaże.

Günter Wallraff - Ganz Unten

Günter Wallraff - Ganz Unten

Dla tych którzy nie widzieli ani nie czytali (film był chyba pokazywany również w Polsce): Wallraff przebiera się w tym filmie (i książce) za Turka i pracuje wykonując ciężkie i niebezpieczne prace w warunkach szkodliwych dla zdrowia. Pokazuje przy tym, jak Gastarbeiterzy są szykanowani, oszukiwani i wykorzystywani. Intencja stojąca za pokazaniem "Ganz unten" w NRD (i wydaniem książki też) była oczywista - chodziło o obrzydzenie NRD-owcom RFN i kapitalizmu. Nie wychodziło to zbyt dobrze, bo ludzie bywali w Glasie przy scenie gdy majster próbuje zepsuć sygnalizator przekroczenia dopuszczalnego poziomu jakichśtam substancji przy grupie pracujących Turków (bo sygnalizował i trzeba by im dać środki ochrony dróg oddechowych) śmiali się i opowiadali że tam, w Glasie, jest tak samo, również tam gdzie pracują Niemcy.

Istniał też studencki klub filmowy organizujący czasem pokazy różnych, ciekawych filmów, dzięki temu zobaczyłem na przykład Metropolis i Gabinet Doktora Caligari. Raz pokaz zorganizowali studenci należący do protestanckiego duszpasterstwa akademickiego, pokazali film "Was würde Jesus dazu sagen?" ("Co powiedziałby o tym Jezus?"), będący wywiadem z pastorem Niemöllerem. Niezależnie od oceny samego Niemöllera film warto zobaczyć, pastor mimo swoich wtedy 92 lat (!) opowiada bardzo interesująco, wyjaśnia tło historyczne i swoje motywacje. Po filmie zapraszali na dyskusję do salki, cała impreza jakoś uzyskała zgodę odpowiednich organów. Przegląd filmów polskich organizowali też co pewnie czas studenci polscy. Na pokazy przychodziło sporo studentów niemieckich, największą frekwencję pamiętam na filmie Widziadło. Zachęciła ich z pewnością klasyfikacja filmu jako horror erotyczny, trochę się rozczarowali (a z Romanem Wilhelmim to prawie zawsze był horror erotyczny).

Byłem kilka razy w teatrze, na uczelni organizowano co pewien czas wyjazd specjalnym pociągiem do teatru do Weimaru. Teatr w Weimarze miał chlubne tradycje (Goethe i Corona Schröter...) ale raczej podupadł od tego czasu. Mieli tam prostą metodę: do starych sztuk robili współczesne dekoracje, do współczesnych - stare. Czasem wychodziło nieźle - scena ze Zbójców Schillera, gdy główny bohater, Karl, ubrany na Rambo (oliwkowy top i czerwona opaska na włosach) wyciąga ze skrzyni Schmeissera robiła wrażenie, na pewno większe niż gdyby ubrany na koniec XVIII w. wyciągał miecz. Za to przy Molierze dekoracje nie robiły istotnej różnicy, Molier jest naprawdę ponadczasowy.

Weimar - teatr

Weimar - teatr

Byłem też raz na sztuce jakiegoś współczesnego autora NRD-owskiego, nazwiska ani tytułu sztuki nie pomnę, ale sztuka była oparta na motywach Pieśni o Nibelungach. Autor przynudzał i szedł w niezbyt smaczne eksperymenty formalne, na przykład w pewnym momencie puszczono parę minut filmu w którym Siegfried z kolegami pracuje jako przodownik pracy (sic! To nie ironia tylko cytat!) w rzeźni, prawdziwa krew się lała a flaki latały (i to nie był pomysł reżysera, ten kawałek tekstu sztuki z didaskaliami był wydrukowany w programie).

Jeszcze nie skończyłem tematu ale blox mówi że notka jest zbyt długa, musiałem podzielić ją na dwie części.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

Komentarze: (1)

Żegnaj NRD (9): Studiowanie, studiowanie

Od razu przyznam się, że studiowanie na uczelni w Polsce znam głównie z opowiadań. Stąd niektóre wnioski mogą być chybione, ale jednak nie sądzę aby tak było.

Wkrótce po rozpoczęciu zajęć okazało się, że większość z nas jest na nie takim kierunku jak by chciała.  Wynikało to przede wszystkim ze zbyt skąpych opisów kierunków - parę słów to trochę mało, zwłaszcza gdy są problemy z tłumaczeniem. Ja chciałem iść na komputerową technikę pomiarową, a wylądowałem na miksie mechaniki precyzyjnej z elektroniką zwanym Gerätetechnik. Cóż, Gerät to generalnie jakieś urządzenie, tłumaczenie jako przyrząd pomiarowy nie oddaje sensu oryginału. Teraz, gdy już znaliśmy strukturę uczelni i prawdziwy program wszystkich kierunków mogliśmy zacząć starać się o przeniesienie na bardziej właściwe kierunki i wydziały. Teraz moim wymarzonym kierunkiem były mikroprocesory. Napisaliśmy podania o zgodę na przeniesienie do konsulatu, konsulat zgodę tę wyraził i dostaliśmy termin na wspólną naradę w dziekanacie.

Indeks NRD-owskiej uczelni, 1984

Indeks NRD-owskiej uczelni

W dziekanacie okazało się że jest tak: Dwóch z nas chciało przenieść się na automatykę - kein Problem. Problem był w tym, że pięciu (w tym ja) chciało na mikroprocesory a trzech na informatykę techniczną, natomiast uczelnia wyrażała zgodę tylko na czterech na mikroprocesorach i czterech na informatyce. Po tym oświadczeniu dziekana zapadła cisza, wszyscy chętni na mikroprocesory chcieli wziąć na przeczekanie. Ponieważ to do niczego nie prowadziło, postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. Kazałem ludziom się deklarować - trzech stanowiących zgraną paczkę stwierdziło, że oni koniecznie na mikroprocesory, czwarty, co do którego miałem poważne wątpliwości czy się tam utrzyma, bojowo zadeklarował się że on koniecznie z nimi, za każdą cenę, rękami, nogami i pazurami i tak dalej. Więc ja po krótkim namyśle stwierdziłem, że dam spokój i pójdę jednak na tą informatykę. No i wyobraźcie sobie, że była najlepsza decyzja w całym moim życiu. Natomiast człowiek który skierował mnie we właściwym kierunku, po krótkiej, burzliwej karierze na uczelni (mógłbym przytoczyć parę anegdot, ale zamilczę, bo jednak można by go zidentyfikować), wyleciał i wrócił do kraju.

Teraz wróćmy do generaliów.

Zajęcia dzieliły się, podobnie jak i na całym świecie, na wykłady (Vorlesungen), ćwiczenia (Seminarien) i laboratoria (Praktika). Na pierwszym roku większość przedmiotów była ta sama dla wszystkich kierunków, zróżnicowanie pojawiało się dopiero później. A przedmioty, jak to przedmioty: matematyka, fizyka, mechanika, materiałoznawstwo... Kilka ciekawszych opiszę.

Matematyka - jak matematyka. Profesorowie byli całkiem sensowni, uprzedzając wypadki napiszę, że jeden z nich w ostatnich wyborach do parlamentu NRD został wybrany i był drugim co do inteligencji i dowcipu posłem, jedynym który potrafił dowcipnie dyskutować z bezsprzecznie najlepszym tam Gregorem Gysim. Inny z profesorów był naprawdę dobry, na przykład na wykładzie o odwracaniu macierzy miał opracowany taki trik, że pisał na tablicy macierz 3x3 (widać było jak liczy w pamięci co ma być w kolumnach i wierszach) a po odwróceniu macierzy w środkowym wierszu wychodziła aktualna data. Miał też niezłe dowcipy: na przykład kiedyś na trzecim roku miał z nami ćwiczenia, zadał jakieś zadanie i oczekiwał na propozycje rozwiązania. Zgłosił się jeden z Niemców i coś zaproponował, na co profesor "A jak pan się nazywa?". Niemiec zbaraniał dopiero po dłuższym wypytywaniu wyjąkał (on się zawsze jąkał, a co dopiero gdy profesor pyta o nazwisko, to nie wróży nic dobrego) "Abel". Na to profesor "Also die Abelsche Vermutung ist..." ("Więc Hipoteza Abelowa jest, że..."). Dla nas, Polaków po polskim liceum mat-fiz matematyka była prosta, jakikolwiek nowy materiał pojawił się dopiero gdzieś w czwartym semestrze.

Elektronika - Prowadził ją cokolwiek szurnięty profesor o trochę słowiańsko brzmiącym nazwisku Mersiowski. Zwracał się on do sali per "Liebe Bastelfreunde" (Drodzy majsterkowicze), co mnie wkurzało - przecież mieli być z nas zawodowcy. Ponieważ nie było podręczników (i to generalnie, nie tylko na elektronice, cały materiał pochodził wyłącznie z wykładów), a Mersiowski nie chciał spowalniać wykładów czekając aż wszyscy zanotują, to rozdawał na każdym wykładzie powielone kartki z treścią wykładu i rysunkami. Treść i obrazki odpowiadały foliom wyświetlanym w trakcie wykładu. Żeby ludzie uważali, w kluczowych miejscach kartek były puste miejsca, a wykładowca we właściwym momencie oświadczał "A teraz w miejsce kropeczek pod obrazkiem, wpiszecie drodzy majsterkowicze, następujący wzór:". Kartki służyły też jako poświadczenie obecności na wszystkich wykładach. Co młodsi czytelnicy zawołają w tym momencie: "Ale głupek! Przecież wystarczyło skserować" Otóż nie:

Kserokopiarka i powielacz były w realnym socjalizmie nie zwykłym narzędziem, ale bronią porównywalną z automatyczną. Kopiarka w firmie znajdowała się z zapieczętowanym pomieszczeniu z opancerzonymi drzwiami, dostęp do niej wymagał specjalnych zezwoleń. Kopiarka mogła przecież posłużyć do kopiowania, a wiadomo co ci ludzie mogli kopiować - materiały kontrrewolucyjne, ulotki antysocjalistyczne itp. Kartki Mersiowskiego wcale nie były kopiowane na kopiarce tylko drukowane w uczelnianej drukarni, wcześniej zostały sprawdzone przez cenzurę i uzyskały zgodę na publikację. Skopiowanie paru stron przez zwykłego studenta było w tych czasach niemożliwe.

Mersiowski prowadził też laboratoria, robiąc części grup wejściówki (tak to się chyba po polsku nazywa, tam studenci nazywali je Quiz). Upierdliwy był przy tym mocno, a quiz z nim wymagał sporej odporności psychicznej. Każdy rok musiał też zaliczyć wykład na którym Mersiowski chwalił się własnoręcznie zaprojektowaną i zbudowaną wieżą Hi-Fi ze zdalnym sterowaniem (wtedy rzadko spotykanym nawet w zachodnim sprzęcie). Wszystkie pudełka miały górne ścianki z pleksi, żeby można było podziwiać ich wnętrze.

Konstruktionselemente (Elementy konstrukcji) były ogólnie znienawidzonym przedmiotem, jego nazwę przekręcano powszechnie na Kotzelemente - Elementy rzygowe. Tak naprawdę, to był to najsensowniej prowadzony przedmiot ze wszystkich - uczono tam jak naprawdę pracuje inżynier. Projektowaliśmy jakieś wyłączniki itp. korzystając z tabel i rysując rysunki techniczne. Inna sprawa że mogło to bawić mechaników, ale wśród elektroników czy informatyków faktycznie budziło odruchy wymiotne.

Sozialistische Betriebswirtschaft, skrót SBW (Ekonomia socjalistyczna) - nie różniła się wiele od współcześnie wykładanej ekonomii. Liczyliśmy koszty stałe i zmienne, jedyną różnicą były nie występujące obecnie subwencje/odpisy do i od konkretnych produktów.

Subwencje i odpisy były esencją gospodarki socjalistycznej. Od artykułów luksusowych pobierano odpisy, zbliżone nieco do aktualnie stosowanej akcyzy, ale pobierane tylko od producenta. Z tych wpływów subwencjonowano produkcję artykułów podstawowych. Z tego mechanizmu brała się struktura cen gospodarki socjalistycznej, zupełnie odwrotna niż w kapitalizmie - bardzo tania żywność i bardzo drogie telewizory. Niestety system taki może działać tylko w sytuacji gospodarki zamkniętej, stąd celnicy goniący masowy wywóz dotowanych artykułów przemysłowych głównie do Polski i utrudnienia w przywozie artykułów luksusowych z zagranicy. Ale nawet przy całkowitym zamknięciu granic taki system nie może działać wiecznie przy narzuconej absolutnej stabilności cen detalicznych - wkrótce nabywców telewizorów będzie zbyt mało żeby dało się pokryć coraz wyższe subwencje do mleka. System po prostu nie uwzględniał inflacji, wahań podaży i popytu i zawsze w jakimś stopniu istniejącej zależności od gospodarki światowej.

Wykłady prowadził profesor dobrze zintegrowany z niektórymi aspirantami z Zielonej Góry (czytaj: często razem imprezowali). Zdarzyła się pewnego razu impreza z udziałem większej ilości polskich studentów, zdarzyło się i tak, że w ramach sprzątania po imprezie profesor zmywał szklanki z dziewczyną z naszego roku. I typowe w takich wypadkach pytania: "A z którego roku pani jest?", "A to ma pani ze mną wykłady?", "A bo ja pani nigdy na wykładzie nie widziałem.". Dziewczyna na to "Bo ja z tyłu siadam". Profesor popatrzył na nią badawczo i stwierdził "Niech pani  jednak przyjdzie do mnie chociaż raz na wykład". No więc dziewczyna następnym razem poszła i zobaczyła, dlaczego jej tłumaczenie nie było wiarygodne - na auli, sali na ponad 300 osób, słuchaczy było zaledwie kilkunastu (nie żebym ja tam był). Ćwiczenia z SBW mieliśmy z elegancko ubierającym się doktorem, na ostatnich zajęciach przed egzaminem zrobił on nam szkolenie jak mamy na egzamin się ubrać. Nie trzeba było wielkiej inteligencji żeby załapać, że oceny będą za strój. Doktor na egzamin brał po cztery osoby, weszliśmy: ja (3-częściowy garnitur z dobrze dobraną koszulą i krawatem), kolega P. z Polski (2-częściowy garnitur z trochę gorzej dobraną koszulą i krawatem) i dwóch Niemców w swetrach. I rzeczywiście oceny były za strój - ja jedynka, kolega dwójka, a Niemcy po trójce.

Arbeitswissenschaften (Ergonomia) - Tu musieliśmy na wyrywki umieć projektować stanowisko pracy do pracy siedzącej lub stojącej, oraz liczyć właściwe natężenie oświetlenia w miejscu pracy. Teoria oczywiście mijała się z praktyką, bo ani jednego poprawnie zaprojektowanego stanowiska pracy na uczelni znaleźć się nie dało (przy pracy siedzącej wymagany był odpowiedni podnóżek - ktoś widział coś takiego w biurze?).

Nie mieliśmy żadnych zajęć z języka obcego (jeśli pominąć należące do kursu przygotowawczego zajęcia z niemieckiego). Niemcy uczyli się rosyjskiego, jednak znacznie poniżej poziomu naszego liceum - przychodzili do nas się pytać w razie wątpliwości.

Studenci zagraniczni byli zwolnieni z zajęć sportowych. Może i dobrze, bo po katastrofalnym WF w polskiej szkole większość z nas raczej by niemieckiego sportu nie zaliczyła.

Przedmioty branżowe na informatyce nie były na początku zbyt ambitne. Gdyby ktoś bardzo chciał, mógłby po raz pierwszy zobaczyć komputer na własne oczy dopiero na trzecim roku. Wcześniej przypominam sobie głównie taki przedmiot jak mikroprocesory (nie byłem na żadnym wykładzie ani ćwiczeniach, bo to wszystko miałem już w małym palcu wcześniej). Na koniec trzeba było zrobić projekt małego systemu, oczywiście zrobiłem go jako pierwszy (opisy robiąc po angielsku), potem ktoś poprosił mnie żeby mu krótko ten projekt pożyczyć (dlatego opisy były po angielsku - kazałem chociaż je przetłumaczyć na niemiecki). Skutek był taki, że oddałem projekt jako jeden z ostatnich, prawie cały rok miał dokładnie to samo, część z opisami po niemiecku a część po angielsku, a ja dostałem trójkę, bo sprawdzający nie miał pojęcia że to właśnie jest oryginał projektu, a wszystkie inne to kopie. Ćwiczenia z jakiegoś podobnego przedmiotu prowadziła pani doktor (zwana od wyglądu "koń, który mówi"), przekonana że procesor Z-80 ma parę rejestrów CD (dla niekumatych: pary rejestrów tego procesora to BC, DE i HL).

Ale najważniejszym przedmiotem był Marksizm-Leninizm. To w ogóle temat rzeka, poświęcę mu następny odcinek.

Do tematu studiowania i mojej tam kariery tam wrócę jeszcze w osobnym odcinku który nastąpi po odcinkach o NRD-owskiej mikroelektronice i o wyposażeniu uczelni w sprzęt komputerowy.

Czym różniło się studiowanie w NRD od studiowania w Polsce? Przede wszystkim mam wrażenie, że w NRD traktowano studentów o wiele poważniej niż w Polsce. Wiadomo, walnięci profesorowie są wszędzie, ale na przykład polskie historie z egzaminów zawsze budziły we mnie obrzydzenie. Wszystkie te opowieści o studentach czekających tłumnie na wejście, profesorach kończących egzaminowanie bo im się już nie dalej nie chciało itd., to przecież wszystko jakieś chore. I takie rzeczy słyszałem od ludzi z pokolenia moich rodziców, z mojego pokolenia, od młodszych... W NRD takich historii nie było - każdy wiedział o której wchodzi i ile to będzie trwało, egzaminatorzy wiedzieli o której mają przerwę na kawę lub obiad i tak było. Oczywiście mogło się zdarzyć, że kogoś trzeba było przemaglować trochę dłużej, ale wszyscy się starali żeby szło zgodnie z planem.

Z drugiej strony studenci w NRD mieli o wiele mniej swobody niż w Polsce. Wszystkie aspekty życia studentów były dokładnie kontrolowane, ideologiczne serwituty traktowane w Polsce czysto rytualnie i lekceważąco w NRD były wykonywane 100% na poważnie. Marksizm i inne przedmioty ideologiczne w Polsce wystarczyło odbębnić, w NRD od wyniku egzaminu głównego z marksizmu (ustny, po trzecim roku) zależała maksymalna ocena z dyplomu. Kiedy gdzieś w 1985 będąc na Politechnice w Warszawie zobaczyłem ulotkę z tekstem w rodzaju "Precz z totalitarną uczelnią" tylko śmiech pusty mnie ogarnął – ci ludzie w życiu nie widzieli prawdziwie totalitarnej uczelni.

Na Wikipedii znalazłem zdjęcie z TH Ilmenau,  na którym jest dwoje studentów z naszej grupy (dziewczyna na pierwszym planie i chłopak po prawej). Zdjęcie jest datowane na 1989, albo jest to błąd w dacie (bo laborka ze sterowania modelem windy była na trzecim roku, czyli 1986/87) albo zdjęcie jest pozowane. Zacytowany opis z archiwum państwowego jest w ogóle nieprawdziwy, bo mowa w nim jest o studentach którzy właśnie rozpoczęli studia, a styczeń 1989 to już tuż przed obroną było. To tyle o wiarygodności danych archiwalnych. Mam nadzieję, że teraz nikt mi nie będzie wyskakiwał z pretensjami że ściemniam, bo on czytał że było inaczej.

TH Ilmenau, studenci zagraniczni

TH Ilmenau, studenci zagraniczni, Źródło: Bundesarchiv, Bilr 183-1989-0117-005, Autor: Helmut Schaar

W następnym odcinku: Marksizm w praktyce

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:DeDeeRowo, Edukacja

3 komentarze

Żegnaj NRD (6): Technische Hochschule Ilmenau

Uczelnia w Ilmenau nosiła w tamtych czasach nazwę Technische Hochschule Ilmenau (THI) i statusem odpowiadała mniej więcej polskim Wyższym Szkołom Inżynierskim. Powstała w latach 50-tych i specjalizowała się w kierunkach elektryczno- elektronicznych. W latach 80-tych była stosunkowo nieduża, całość na dużej uczelni byłaby raczej dużym wydziałem. Podział uczelni odpowiadał standardom radzieckim - uczelnia dzieliła się na sekcje (Sektion), a sekcja na grupy seminaryjne (Seminargruppe). Sekcji było 5:

  • Sektion Technische und biomedizinische Kybernetik (Cybernetyka techniczna i biomedyczna) - wydział był zlepkiem kierunków takich jak informatyka techniczna, mikroprocesory, automatyka, bionika... Ciekawym pomysłem była właśnie bionika - ten kierunek był pomyślany jako medyczne zastosowania elektroniki i informatyki. Brzmiało to w tamtych czasach bardzo postępowo i przyszłościowo, jednak po zjednoczeniu okazało się, że robotę jakiej tam uczono załatwia po prostu serwis producenta sprzętu medycznego i absolwenci tego kierunku musieli się przekwalifikować.
  • Sektion Informationstechnik und Theoretische Elektrotechnik (Technika informacyjna i elektrotechnika teoretyczna) - wbrew historycznie uwarunkowanej nazwie wydział zajmował się głównie elektrotechniką, najczęściej silnoprądową.
  • Sektion Physik und Technik elektronischer Bauelemente (Fizyka i technika elementów elektronicznych) - Ten wydział zajmował się głównie technologią wytwarzania elementów półprzewodnikowych i był zorientowany na dział półprzewodników firmy VEB Robotron.
  • Sektion Gerätetechnik (Technika przyrządów) - Nie da się w zasadzie krótko przetłumaczyć tej nazwy w sposób oddający ideę wydziału. Chodziło tu z grubsza o połączenie mechaniki precyzyjnej z elektroniką, kierunek był sprofilowany na potrzeby konkretnego zakładu - VEB Carl Zeiss Jena.
  • Sektion Mathematik, Rechentechnik und ökonomische Kybernetik (Matematyka, technika obliczeniowa i cybernetyka ekonomiczna) - ta sekcja nie miała własnych studentów, była tylko "usługodawcą" dla innych sekcji, prowadząc wykłady z tych przedmiotów i zapewniając funkcjonowanie centrum obliczeniowego.
  • Sektion Marxismus-Leninismus (Marksizm-Leninizm) - Jak nazwa wskazuje. Najważniejsza sekcja na uczelni.

Kampus uczelni składał się z grupy akademików zbudowanych w różnych latach i w związku z tym reprezentujących różne standardy.

Pierwsza grupa powstała w latach 50-tych, standardem były 2-osobowe, niewielkie pokoje, łazienka i kuchnia na korytarzu.

TH Ilmenau - kampus, akademik blok A

TH Ilmenau - kampus, akademik blok A

Druga grupa (2 budynki) powstała gdzieś w końcu lat 60-tych i zawierała jednostki po dwa 3-osobowe pokoje, kuchnia i łazienka z prysznicem, wejście z korytarza. Trzecia grupa to wielkopłytowe budynki z końca lat 70-tych, w zasadzie standardowe budynki mieszkalne z klatkami schodowymi i 3-pokojowymi mieszkaniami, w takim mieszkaniu w dwóch mniejszych pokojach mieszkały po 2 osoby a w dużym pokoju 3. Oczywiście do tego przyzwoita (chociaż ślepa) kuchnia i łazienka z wanną. Standard tych ostatnich budynków był na owe czasy wysoki, w Polsce nawet nowe mieszkania rzadko były tak porządne.

TH Ilmenau - kampus, akademik blok K

TH Ilmenau - kampus, akademik blok L

Oprócz regularnych, murowanych akademików studenci byli zakwaterowani w zbudowanych niegdyś przez Budimex barakach typu "Skopje".

Nazwa typu baraku "Skopje" wywodzi się od miasta będącego dziś stolicą nie istniejącego wtedy państwa - Macedonii. Miasto to zostało w 1963 roku zniszczone przez trzęsienie ziemi. Polskie firmy w ramach pomocy humanitarnej zbudowały w tym mieście sporo baraków mieszkalnych o prostej konstrukcji zwanych od tego czasu barakami typu "Skopje". Istniały dwa warianty takiego baraku - o konstrukcji murowanej i drewnianej.

TH Ilmenau - kampus, akademik FB-1 (barak typu Skopje), NRD, 1988

TH Ilmenau - kampus, akademik FB-1 (barak typu Skopje), NRD, 1988

Barak typu "Skopje" był parterową konstrukcją z lekko spadzistym dachem, zewnętrzne ściany były murowane lub drewniane, wewnętrzne ściany działowe drewniane. Przez środek baraku wiódł korytarz, po lewej i prawej były 3-osobowe pokoje z umywalką, z przodu wspólna kuchnia (mało używana, bieganie po każdy drobiazg do pokoju było bardzo uciążliwe, wszyscy używali własnych płytek elektrycznych w pokojach), na środku długości toalety i łazienka. Wbrew pozorom mieszkanie w baraku nie było złe - na pewno lepsze niż w tych budynkach z lat 50-tych. Baraki były ciepłe, nie trzeba było biegać po schodach i, co najistotniejsze, nie było w nich karaluchów będących plagą w budynkach, zwłaszcza w tych starych, ze wspólną kuchnią na korytarzu.

Władze uczelni reagowały na słowo "Baracke" alergicznie, w oficjalnej mowie były to zawsze "Flachbauten" - "budynki niskie".

Centralnym punktem kampusu był budynek stołówki (po niemiecku Mensa, nie, nic wspólnego z IQ). Wrócę do tego jeszcze, ale oprócz stołówki w budynku znajdowały się jeszcze restauracja, bufet śniadaniowy i Bierstube (piwiarnia).

TH Ilmenau - kampus, Mensa

TH Ilmenau - kampus, Mensa

Drugim bardzo istotnym punktem był niewielki, samoobsługowy sklep spożywczy. Niewielki, ale zaopatrzenie jego było niezłe, w Polsce taki sklepik był nieosiągalnym marzeniem.

TH Ilmenau - kampus, sklep spożywczy

TH Ilmenau - kampus, sklep spożywczy

Teraz zajmijmy się budynkami stricte uczelnianymi. Akademiki położone były w dolince, natomiast budynki uczelni na najbliższej górce zwanej Ehrenberg. Były to dwa duże budynki z lat 50-tych, Helmholtzbau i Kirchhofbau.

TH Ilmenau - Helmholzbau, NRD, 1988

TH Ilmenau - Helmholtzbau, NRD, 1988

 

TH Ilmenau - Kirchhofbau, NRD, 1988

TH Ilmenau - Kirchhofbau, NRD, 1988

Oprócz tego nieduży ale dość nowoczesny budynek bioniki, oraz stalowo-szklany (ściana osłonowa), parterowy, podwójny budynek centrum obliczeniowego, kryjący zdaje się w swym wnętrzu kolejne dwa baraki typu "Skopje".

TH Ilmenau - centrum obliczeniowe uczelni, NRD, 1988

TH Ilmenau - centrum obliczeniowe uczelni, NRD, 1988

Do uczelni należały jeszcze dwa stare, XIX-wieczne budynki w mieście: Curiebau i Faradaybau.

TH Ilmenau - Curie Bau

TH Ilmenau - Curie Bau

 

TH Ilmenau - Faraday Bau

TH Ilmenau - Faraday Bau

Życie imprezowe studentów zabezpieczały trzy kluby studenckie mieszczące się w piwnicach akademików.

Dla Polaka nowy był duży udział studentów zagranicznych na uczelni. Polska była wtedy krajem bardzo jednolitym narodowościowo a przy tym biednym i zamkniętym. Obywatele krajów bloku nie za bardzo mogli do Polski przyjechać (stan wojenny skończył się dopiero rok wcześniej), może w Warszawie było inaczej, ale w Szczecinie można było najwyżej czasem spotkać odważnego Szweda który przyjechał zaimprezować. W Ilmenau studentów zagranicznych było około 1/4, w naszej grupie seminaryjnej nawet powyżej 1/3. Byli to ludzie z Europy wschodniej (Polska, Czechosłowacja, Węgry, Bułgaria), z dalekowschodnich krajów bloku (Mongolia, Wietnam, Korea Północna), innych krajów zaprzyjaźnionych (Jemen, Nikaragua, Angola, Etiopia). Było też trochę studentów dewizowych, płacących za studia i swoje utrzymanie twardą walutą. Pochodzili najczęściej z krajów arabskich (Syria, Palestyna (wiem, nie było takiego kraju, paszporty mieli jordańskie)). Jako ludzie byli różni. Europejczycy byli zazwyczaj w porządku, dostawali się na studia w większości tak jak my, po prostu zdając egzaminy. Ci z krajów mocno zideologizowanych to nierzadko były niezłe buce, oni przyjeżdżali na studia do NRD nie ze względu na swoje zdolności, ale za zasługi po linii partyjnej. Dotyczyło to zwłaszcza Koreańczyków, oni prezentowali najgorsze, stalinowskie standardy. Każdy z nich miał codziennie odkurzany i polerowany ołtarzyk z wizerunkiem Wodza i strasznie bał się, że ktoś na niego doniesie (bo wtedy powrót do kraju w trybie natychmiastowym). Sam czyhał jednak, żeby na kogoś przy pierwszej okazji donieść. Podobnie było z Nikaraguańczykami (minus ołtarzyk z wodzem). Nikaraguanka z grupy z dużym zaangażowaniem wygłaszała teksty antyamerykańskie, albo o tym że jej dziadek miał majątek ziemski, ale ona jest szczęśliwa że rewolucja mu ten majątek zabrała. Przy tym utrzymywała się na uczelni tylko dzięki współpracy ze Stasi (do tematu Stasi jeszcze wrócę, będzie o tym osobny odcinek). Studiujący w Lipsku kolega z klasy przyjaźnił się jednak z Nikaraguańczykiem będącym jakimś pociotkiem rządzącego tam Daniela Ortegi i twierdził, że był to równy gość. No ale ten nie musiał się zasługiwać żeby pojechać do NRD.

W sumie jednak te buce to był margines, większość ludzi z różnych krajów była całkiem sensowna. Co więcej z nimi wszystkimi miało się wspólny język i można było porozmawiać. W tych warunkach ujawniała się często polska ksenofobia. Serio, nie było tam większych ksenofobów niż Polacy, i to nie tylko moja obserwacja. Oczywiście nie wszyscy, ale wśród tych największych dominowali właśnie Polacy. Myślę, że był to skutek długotrwałego zamknięcia jednolitego etnicznie kraju. Oraz propagandy grającej ciągle na nastrojach narodowościowych, antyniemieckich, antyzachodnich, antysemickich i w ogóle anty. W domach pielęgnowano za to nastroje antyrosyjskie i sumie nie było chyba żadnej grupy narodowościowej, która w Polsce byłaby generalnie lubiana. Zresztą u niektórych wychodzi to do dzisiaj.

W następnym odcinku: Kurs przygotowawczy.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:DeDeeRowo, Edukacja

Skomentuj

Żegnaj NRD (4): Teraz na Zachód

Wspólny wyjazd do NRD zaczynał się oczywiście w Warszawie. W Polsce wszystko (zwłaszcza urzędy centralne) musi być w Warszawie, reszta kraju nie istnieje. W RFN na przykład odpowiednik Trybunału Konstytucyjnego jest w Karlsruhe, odpowiednik Instytutu Meteorologii w Offenbachu itd. W ten sposób nie dzieli się kraju na stolicę i pustynię. Oczywiście w NRD też wszystko było w Berlinie. Ups, przepraszam, w Berlinie, stolicy NRD.

Pocztówka z Berlina - stolicy NRD, ok. 1984

Pocztówka z Berlina - stolicy NRD, ok. 1984

Po wojnie Berlin został podzielony na cztery strefy okupacyjne, po jednej dla USA, Wielkiej Brytanii, Francji i ZSRR. Z trzech stref należących do mocarstw zachodnich powstała enklawa nazywana Westberlin - Berlin Zachodni. Nie będę opisywał jak do tego doszło, ja zajmuję się późnym NRD. Kto chce, niech sobie doczyta gdzie indziej, temat jest interesujący. Ale do czego zmierzam? Otóż zachodnia część Niemiec przyjęła za stolicę stosunkowo niewielkie Bonn, a to w celu podkreślenia tymczasowości tego rozwiązania. NRD, jak zwykle schizofrenicznie, z jednej strony chciała podkreślić że to oni są prawdziwymi Niemcami, a ci z zachodu to kadłubek i sługusy imperialistów, z drugiej strony musiała się odciąć od wilhelmińskiej i narodowosocjalistycznej przeszłości. Więc z jednej strony pozostawiono stolicę w Berlinie, ale z drugiej to wcale nie był już Berlin tylko Berlin, Hauptstadt der DDR (Berlin, stolica NRD). Zastrzeżenie: Proszę pamiętać że piszę o późnym NRD, wcześniej używano innych nazw.

Wiec znowu do Warszawy. Co ciekawe, ze Szczecina do Berlina jest 150 km, do Kopenhagi 350, do Pragi 500 a Warszawa jest dopiero czwartą pod względem odległości od Szczecina stolicą europejską. Nie dziwcie się wiec mojemu narzekaniu na konieczność jeżdżenia tak daleko na wschód.

Na szczęście w Warszawie mam rodzinę u której mogę się zatrzymać. Bo jednak jechanie całą noc pociągiem do Warszawy, załatwianie spraw w dzień i wyjazd znowu wieczorem w prawie całodobową podróż pociągiem (1000 km) to dużo nawet na 18-latka. A spraw do załatwienia było a było. Tego dnia otrzymaliśmy paszporty (jeden z kolegów pomyłkowo dostał stempel na ZSRR zamiast kraje bloku i miał dodatkowy stress) i legitymacje studenckie Politechniki Warszawskiej (ze względu na krajowe ubezpieczenie zdrowotne i zniżki na pociągi i komunikację miejską). Dalej musieliśmy jeszcze załatwić sobie międzynarodowe legitymacje studenckie Międzynarodowego Związku Studentów, zrobić dodatkowe zdjęcia legitymacyjne itp.

Legitymacja Międzynarodowego Związku Studentów, PRL, 1984

Legitymacja Międzynarodowego Związku Studentów, PRL, 1984

Wreszcie wyjechaliśmy. Sporą grupą, bo razem ci którzy jechali do Drezna, do Lipska i do Ilmenau. Pociąg jechał przez Drezno (gdzie wysiedli Drezdeńczycy) do Lipska. W Lipsku Lipszczanie pojechali do akademika, a my zgodnie z planem do polskiego konsulatu, gdzie mieliśmy otrzymać pierwsze marki. Na początku każdego roku akademickiego przysługiwało nam 100 marek NRD na zagospodarowanie.

Studia zagraniczne w krajach bloku wschodniego odbywały się na podstawie wzajemnych umów międzyrządowych o wymianie studentów. Studenci studiujący za granicą otrzymywali stypendium od rządu polskiego, za akademiki płacili symbolicznie (1 marka NRD za miesiąc i to chyba nawet płacona przez konsulat - bo nie pamiętam żebyśmy płacili z własnych kieszeni) i nie płacili żadnych opłat za studia. Na tych samych zasadach studenci z innych krajów bloku studiowali w Polsce. Stypendium wynosiło 11 a potem 12 marek NRD dziennie przy założeniu 30 dni w miesiącu. Czyli co miesiąc otrzymywaliśmy dokładnie 330 a potem 360 marek NRD. Przeliczając po ówczesnym kursie czarnorynkowym było to około 1,5 dolara na dzień - czyli w dzisiejszych realiach tyle co nic - jednak takie przeliczenia są całkowicie anachroniczne. Porównując tę sumę z kosztami utrzymania (wrócę jeszcze do tego tematu w którymś z następnych odcinków) wychodziło że nawet bez jakichkolwiek dodatkowych dochodów można było za taką kwotę bez większego problemu wyżyć. Dla porównania: średnia płaca w NRD w tym okresie wynosiła około 800 marek.

Tak więc wysiedliśmy z pociągu na dworcu w Lipsku (to największy dworzec czołowy w Europie), pożegnaliśmy Lipszczan i zostaliśmy w piętnastkę nowych studentów plus opiekun który właśnie zdał na drugi rok. Większa część tej szesnastki stanęła bezradnie na peronie i zaczęła się naradzać. Przeciętny Polak był wtedy jeszcze bardziej przyzwyczajony do wszechobecnej nadopiekuńczości i o wiele bardziej bezradny w nowych sytuacjach niż dziś. Wraz z kolegą z mojej klasy (nazwijmy go D.) oraz innym kolegą (nazwijmy go P.) jako bardziej obrotni usiłowaliśmy przejąć dowodzenie, ale jakoś nikt naszych propozycji nie słuchał. Po paru minutach namawiania mieliśmy dosyć i we trójkę z D. i P. skierowaliśmy się do przechowalni bagażu i dalej do tramwaju (adres konsulatu mieliśmy, a ja kupiłem jeszcze w Polsce plan Lipska).

Plan Lipska, NRD, ok. 1980

Plan Lipska, NRD, ok. 1980

W tramwaju (jakie to NRD małe) spotkaliśmy polskiego doktoranta z Ilmenau, również zmierzającego do konsulatu i trafiliśmy na miejsce na dobry kwadrans przed resztą peletonu. Tam zainkasowaliśmy nasze po 100 marek. Oczywiście każdy miał oprócz tego mniej lub więcej marek przywiezionych z domu w kieszeni.

Marka NRD, podobnie jak złoty polski tamtych czasów, nie były prawdziwymi pieniędzmi. Zarówno ceny jak i płace były ustalane urzędowo, w całkowitym oderwaniu od kosztów produkcji, popytu, podaży i logiki, więc te pieniądze nie były miernikiem czegokolwiek. Jedynym porównaniem z prawdziwym pieniądzem był kurs czarnorynkowy marki RFN. (Poświęcę temu zagadnieniu osobny odcinek). NRD-owskie władze miały na punkcie swoich marek dużego hopla, na przykład nie wolno było ich wywozić za granicę. W ogóle. Ani monety. Ani nawet książeczki oszczędnościowej. Teoretycznie przed przekroczeniem granicy w stronę "na zewnątrz" należało zdać wszystkie posiadane marki NRD do depozytu, a przy wjeździe odebrać je. Ponieważ ścisłe przestrzeganie tego przepisu było niemożliwe (No jak oddać marki do depozytu jadąc pociągiem? No jak? Pociąg ma czekać?), to nikt tego tak bardzo nie sprawdzał, ale przepis ten świetnie nadawał się do szykanowania osób jadących tranzytowo samochodem (o tym też będzie osobny odcinek). Dotknęło mnie to kiedyś osobiście jeszcze w końcu 1989.

Z Lipska już bez przygód pojechaliśmy pociągiem do Ilmenau, chyba z przesiadką w Erfurcie (Chyba? Kurczę, to już 25 lat, trzeba to wszystko szybko spisać bo jeszcze więcej zapomnę) i wylądowaliśmy na miejscu ciepłym, sierpniowym  popołudniem. Zostaliśmy tymczasowo zakwaterowani i czekał nas kolejny kurs przygotowawczy.

Ale o tym już w następnym odcinku.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , , ,

Kategorie:DeDeeRowo

2 komentarze