Gdzieś między Polską a Niemcami, a szczególnie w NRD

Pomyślmy: Schyłki różnych systemów bywają podobne

Mam taką przypadłość, że łatwo dostrzegam podobieństwa, nawet mocno różnych rzeczy. Bywa że staje się to problemem, na przykład jeżeli znowu pomyliłem kogoś z kimś innym - bo w niektórych cechach podobni. W innych sytuacjach to bardzo korzystne - na przykład w programowaniu obiektowym. W jeszcze innych wypadkach może być to niezły temat na notkę - miałem już taką o podobieństwach katastrof w Czarnobylu i Smoleńsku. Teraz będzie o podobieństwie okresów schyłkowych. Wezmę na tapetę rozgrywający się na naszych oczach schyłek Kościoła Katolickiego w Polsce.

Trudno nie zauważyć, że przeżywamy okres schyłkowy KK w Polsce. Nawet nie o to chodzi że od lat systematycznie maleje odsetek dominicantes (40% w 2012 - uwaga: faktycznie oznacza to 32% ludności obecnej w niedzielę na mszy), że wiara Polaków jest prawie wyłącznie obrzędowa - to nic nowego, pamiętam wykład na ten temat na obozie przygotowawczym do studiów zagranicznych w 1984, i już wtedy prelegent zwracał na to wszystko uwagę. W Polsce nigdy nie było tradycji czytania i dyskutowania Biblii, dziś mam wrażenie że lepiej od "prawdziwych" katolików Biblię znają sceptycy i ateiści. Ale to wszystko nic, przez wieki tak było i nie było mowy o schyłku. Dlaczego uważam że obserwujemy schyłek uzasadnię dalej.

Dziś ciągle w mediach widzimy, słuchamy i czytamy wypowiedzi hierarchów, którzy z jednej strony opowiadają o Wartościach Chrześcijańskich i jak żyć, ale często w tej samej wypowiedzi walą po oczach nienawiścią, żądzą władzy i zysku. A ja ciągle - przez tą moją przypadłość - mam wrażenie że już to wszystko kiedyś widziałem i słyszałem w zupełnie innym systemie.

No bo przecież podobną dwoistość prezentowała duża część partyjnej wierchuszki za komunizmu. Tak samo było o Wartościach, Dobrobycie, Sprawiedliwości Społecznej ITP., a równolegle pogróżki, zastraszanie i Waadza.

No i co mnie szczególnie uderza to to, że bardzo wielu przedstawicieli obu systemów dokładnie tak samo wydaje się być niewierzącymi w głoszone poglądy i dokładnie tak samo instrumentalnie wykorzystywać hasła i retorykę swoich świętych ksiąg.  

Pamiętam oficjalną demonstrację z okazji Pierwszego Maja, w Szczecinie w roku 1982. Nie było pochodu - bo stan wojenny - tylko wszystkich spędzono na Jasne Błonia. Atmosfera była strasznie wysilona - praktycznie nikt z obecnych nie miał ochoty w tym miejscu być, nie tylko ta spędzona ludność, ale i organizatorzy i milicja. Gdy wszyscy przyszli na miejsce, jakiś sekretarz partii wygłosił wielkopatriotyczne przemówienie przyjęte znudzoną ciszą, a potem zaintonował hymn, którego nie podchwycił nikt z obecnych - i oficjel musiał dośpiewać do końca solo, fałszując strasznie (ale chociaż tekst znał, nie jak niektórzy dzisiejsi "patrioci"). A jak już dośpiewał, zaczęła się część artystyczna i już w tym momencie wszyscy sobie poszli. Orkiestry marszowe nawet z muzyką. Czuć było, że wszystkim ulżyło, z milicjantami i partyjniakami włącznie. System był już nie do uratowania - nikt go już nie chciał. No ale systemy nie padają natychmiast, temu potrzebne było jeszcze kilka lat i - co najistotniejsze - osłabienie nacisku zewnętrznego przez nastałego parę lat później Gorbaczowa. Ale już w tym momencie było widać że się kończy.

Potem pojechałem do NRD. I tam już po paru miesiącach zobaczyłem podobne oznaki. W system nie wierzył niemal nikt, ani z ludności, ani z Partii. Tylko retoryka, bezwładność, oportunizm, wyparcie i lęk przed nadzorcami z Moskwy. Prawdziwie wierzący byli nieliczni, tak naprawdę kojarzę tylko jednego - Harry'ego który miał z nami ćwiczenia z Naukowego Socjalizmu na trzecim roku. To musiało paść, stwierdziłem nawet że ciekawe czy zdążymy skończyć przedtem studia. Był koniec roku 1984 i pomyliłem się niewiele - skończyliśmy w kwietniu 1989, rypnęło się ostatecznie w październiku.

No i teraz widzę wszystko to samo. Wierchuszkę instrumentalnie operującą retoryką, ale z całą pewnością nie wierzącą w głoszone przez siebie hasła i coraz bardziej niechętną rzeszę tych, którzy jeszcze w to chociaż trochę wierzą albo się do tych rytuałów i tej retoryki przyzwyczaili.

A ostatnio w watykańskiej centrali nastał nowy zwierzchnik, który - podobnie jak kiedyś Gorbaczow - wydaje się wierzyć w głoszone przez siebie ideały. Z mównicy padają nieprawdopodobnie odkrywcze oczywistości, od dawna zapisane w Świętych Księgach i masowo używane w retoryce funkcjonariuszy. Ale teraz padają na poważnie, chociaż na razie głównie postulatywnie. System ma być dla ludzi, a nie ludzie dla systemu. Za Gorbaczowa było dokładnie tak samo.

Władze PRL-u były gotowe na Pieriestrojkę, NRD nie. W NRD zaczęto cenzurować wypowiedzi władz radzieckich, nie wpuszczać niektórych numerów radzieckich gazet itp., żeby tylko wierni tych herezji nie słyszeli. Ale to nie działało nawet w latach 80-tych ubiegłego wieku i to w komunizmie.  Dziś w Polsce obserwujemy podobne próby ograniczania zasięgu wypowiedzi papieskich przez biskupów, w rodzaju tłumaczenia co autor miał na myśli i dlaczego nie to, co powiedział, ale dziś możliwości blokowania są jeszcze mniejsze niż za NRD.

Tak więc rypnąć się musi. Ciekawe tylko ile to potrwa? Dziś nie poważę się na prognozę, niewiadomych jest zbyt wiele. Religia tkwi w ludziach o wiele głębiej niż komunistyczny totalitaryzm. Z drugiej strony KK nie ma środków przymusu bezpośredniego, może działać wyłącznie w sferze gróźb symbolicznych. Tu nie ma realnych pałek w rękach ZOMO, tu są tylko bariery w głowach ludzi. Z trzeciej strony łatwiej jest wygrać z pałkami, niż z tym co w głowach. A grono tych, którzy mają posłuszeństwo KK wprogramowane do niewymazywalnego ROM-u jest znacznie większe niż tych, którzy w swoim ROM-ie mieli firmware PZPR albo SED. 

Niektórzy z wierzących bronią się jeszcze twierdząc, że polski KK bardzo się zmienił na gorsze po 1989. Myślę że jednak nie. Z wszystkimi niedobrymi zjawiskami wśród funkcjonariuszy tej instytucji zetknąłem się już przed 1989. Była i głupota, i hipokryzja, i pijaństwo, i doniesienia o pedofilii, i rozrzutność, i wystawny styl życia, i związki księży z kobietami... Wszystko już było. Może się wydawać, że kiedyś było tego mniej, ale to raczej kwestia dostępu do informacji. Kiedyś nie sposób było dotrzeć do doniesień o wcześniejszym życiu księdza przydzielonego do lokalnej parafii. Co biskup powiedział dowiadywaliśmy się od wielkiego dzwonu z listu pasterskiego odczytanego z ambony, tak przynudziastego że mało kto go słuchał. I generalnie nie wierzyliśmy partyjnej prasie i telewizji. Dziś mamy gugla i jako tako niezależną prasę - głupoty, grzeszki i wielkie grzechy, kiedyś z łatwością ukrywane, dziś są stale na widoku. Kościół się nie zmienił - po prostu wiemy o nim więcej.

Przy okazji wspomnienie z PRL-u połowy lat 70-tych. Pamiętam że w szkole podstawowej, w klasie bodajże piątej, pani od plastyki i muzyki się kiedyś na lekcji ulało i wygłosiła półgodzinną tyradę na temat pazerności KK. Coś musiało ją dotknąć osobiście, bo nie była to drętwa pogadanka ideologiczna tylko autentyczna złość. Wszyscy oczywiście siedzieliśmy jak trusie, ale po lekcji przedyskutowaliśmy temat. Byliśmy może mali, ale nie całkiem głupi - wiedzieliśmy że coś jest na rzeczy, ale jednak uznaliśmy że pani trochę przesadza, bo "kiedyś faktycznie tak było, ale teraz już nie aż tak". Ale jednak było aż tak.

Chociaż tak myśląc trzeźwo, to wszystko zależy od kasy. Póki będzie finansowanie, póty hierarchia KK będzie się trzymać. To właśnie z braku kasy w Polsce A.D. 1982 nikt nie miał już ochoty na kontynuację, i właśnie z braku kasy NRD-owcy dali sobie spokój z tym murem akurat w październiku 1989.

Wniosek: Koniecznie trzeba odciąć biskupów od kasy, zaraz złagodnieją.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , , ,

Kategorie:Pomyślmy

8 komentarzy

„Koniec z fałszowaniem prawdy o V-2!”

Osłabiło mnie wczorajsze doniesienie z Wyborczej pod pompatycznym tytułem "Koniec z fałszowaniem prawdy o V-2! Zbrodniczy projekt a nie piękna legenda". No mać, interesuję się tematem, a jeszcze ani razu nie widziałem żeby gdzieś lansowano "piękną legendę" o niemieckim programie rakietowym, pomijając drugą stronę medalu.

A w tym artykule mowa jest o tym, że zawiązał się polsko-niemiecki ruch obywatelski, który będzie dążył żeby w muzeum w Peenemünde pokazano prawdziwy obraz niemieckiego programu rakietowego i żeby było tam o ofiarach tego programu, a nie tylko o wspaniałych jego osiągnięciach i locie na Księżyc.

Rakieta A4 (V2) w muzeum w Peenemünde

Rakieta A4 (V2) w muzeum w Peenemünde

Jak już pozbierałem szczękę z podłogi to strzeliłem komentarz że ci aktywiści to pewnie w ogóle w muzeum nie byli, a jak byli to im się nie chciało czytać i zobaczyć całej ekspozycji. (Hipoteza robocza - słabo władają niemieckim i angielskim, więc ewentualnie nic nie zrozumieli).

A potem pojawił się komentarz jakiejś pani, od którego mi macki opadły. Cytuję:

elisee5Zwiedzałam to muzeum i byłam zbulwersowana sposobem przedstawienia eksponatów. Niewiele o ludobójstwie, a podkreślany przede wszystkim geniusz i prekursor astronautyki

Ta pani najwyraźniej nic z muzeum nie zrozumiała. Przedstawia ono bardzo dobrze całą złożoność uwarunkowań wokół niemieckiego programu rakietowego. Jego niewątpliwe i pionierskie osiągnięcia techniczne  i ogrom cierpień robotników przymusowych, jakim te osiągnięcia zostały okupione. Uwikłanie w system i indywidualne wybory poszczególnych naukowców i inżynierów. Ofiary użycia tej broni. Zbrodnicze projekty dalszego rozwoju tych rakiet. Brak skrupułów krajów zwycięskich przy wykorzystaniu  doświadczeń projektu. Mroczne strony późniejszych programów kosmicznych. I tak dalej.

Tyle że żeby wyrobić sobie zdanie trzeba się trochę wysilić. Poprzeglądać założenia projektowe (własnoręcznie przewracając strony dokumentacji, nie wisi to sobie po prostu na ścianie). Pootwierać szafki poświęcone kluczowym postaciom i zastanowić się nad zgromadzonymi w nich przedmiotami. Przeczytać sporo tekstu. I co najważniejsze: POMYŚLEĆ! Wnioski nie są podane na talerzu, trzeba je wyciągnąć samodzielnie.

Ja po wizycie w tym muzeum byłem pod wrażeniem. Ono jest po prostu świetnie zrobione, chyba najlepsze pod tym względem z wszystkich jakie dotąd widziałem. W La Coupole miałem wrażenie że tory "jasny" i "ciemny" są mocno od siebie odseparowane, w Peenemünde ciemna i jasna strona Mocy przenikały się na każdym kroku. Nie byłem jeszcze w Mittelbau Dora (mam w planie), ale myślę że tam zachowanie takiej równowagi jest o wiele trudniejsze i to muzeum będzie zdominowane przez stronę ciemną.

Po przemyśleniu sprawy sądzę że wiem dlaczego ten "ruch obywatelski" nic nie zrozumiał. Oni są przyzwyczajeni, że oceny moralne są czysto czarno-białe, podane wprost i nie wymagają myślenia. (Dlaczego mnie nie dziwi że oni są głównie z Polski?). I jak nie ma dużymi literami napisane "TO BYŁO BE" i "TO BYŁO CACY", to to jest dla nich bulwersujące.

Nie byłem w Muzeum Powstania Warszawskiego, ale musiałem już prostować myślenie mojego syna, który tam był. Stąd chyba się nie pomylę, gdy powiem temu "ruchowi obywatelskiemu":

A spadajcie z takim podejściem do Muzeum Powstania Warszawskiego. Muzeum Historyczno-Techniczne w Peenemünde jest dla ludzi samodzielnie myślących, a nie dla was.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , , ,

Kategorie:Pomyślmy

Skomentuj

Warto zobaczyć: Muzeum żeglugi Amsterdam

Muzeum żeglugi w Amsterdamie nie ma dokładnie żadnego związku z Niemcami, ale nic to - jest takie dobre, że nie mogę o nim nie napisać.

Od razu napiszę to najważniejsze: Sporo już widziałem, ale tak dobrego pod względem dydaktycznym muzeum to jeszcze nie. Jak będziecie w Amsterdamie z dziećmi (w zasadzie w dowolnym wieku, wystawa zainteresuje już trzylatki, ograniczenia górnego nie stwierdziłem), to zostawcie Rijksmuseum i van Gogha na drugi rzut, a zacznijcie od tego.

Het Scheepvaartmuseum Amsterdam

Het Scheepvaartmuseum Amsterdam

Ekspozycja umieszcza żeglugę w kontekście społecznym i ekonomicznym w różnych czasach. Świetna jest wystawa o żegludze w wieku XVII. Na projekcyjnych ekranach sterowanych czujnikami ruchu przedstawiana jest historia dowódcy statku widziana przede wszystkim z lądu - z punktu widzenia jego żony i dzieci, jego partnerów handlowych itp. Obok stoją pasujące eksponaty. Jedynym problemem jest język - oni mówią oczywiście po holendersku, podpisy są po angielsku. Ale zrobione świetnie. 

Zdjęcia słabe i mało ich, bo w środku jest bardzo ciemno. Znaczy do oglądania OK, ale zrobić zdjęcie bardzo trudno. 

Het Scheepvaartmuseum Amsterdam

Het Scheepvaartmuseum Amsterdam

 

Het Scheepvaartmuseum Amsterdam - galiony

Het Scheepvaartmuseum Amsterdam - galiony

Dalej mamy wystawę o wielorybnictwie. Największe wrażenie zrobiła na mnie możliwość pomacania prawdziwego fiszbina, nie miałem dotąd pojęcia co to w ogóle jest za materiał.

Coś dla maluchów: po prostu fantastycznie zrobiony spacer po bajkowym dnie oceanu. I śliczna projekcja bajkowych postaci chodzących po żaglowcu, prawie jak holowizja.

Het Scheepvaartmuseum Amsterdam

Het Scheepvaartmuseum Amsterdam

Dalej dobra wystawa o niewolnictwie (uprzedzają żeby nie prowadzać na nią zbyt małych dzieci) i roli żeglugi w tej branży, na koniec nawiązanie do aktualnych problemów społecznych. Na zdjęciu muszelki za które kupowano niewolników. Dopiero przy pisaniu notki skojarzyłem: Przecież takie same muszelki mają ponaszywane na kapeluszach polscy górale. O ile dobrze pamiętam tą historię, to płacono im gdzieś na robotach takimi właśnie muszelkami. Na Podhalu były one bezwartościowe i nadawały się tylko na ozdoby.

Het Scheepvaartmuseum Amsterdam - muszelki za które kupowano niewolników

Het Scheepvaartmuseum Amsterdam - muszelki za które kupowano niewolników

Dzisiejsze znaczenie żeglugi pokazane jest przy pomocy prawie dookolnego filmu pokazującego transport towarów w kontenerze statkiem, potem ciężarówką a dalej podróż kartonu do sklepu i na półkę. Bardzo fajne.

No i jeszcze najmocniejszy punkt - replika XVII-wiecznego żaglowca Amsterdam należącego do HolenderskiejKompanii Wschodnioindyjskiej.

Het Scheepvaartmuseum Amsterdam - replika żaglowca "Amsterdam"

Het Scheepvaartmuseum Amsterdam - replika żaglowca "Amsterdam"

Podobno zrobili ją bezrobotni w ramach aktywizacji zawodowej. Replika wewnątrz nie imituje superdokładnie prawdziwego statku, tylko pokazuje różne aspekty życia załogi. Bardzo kształcące i zabawnie zrobione. Nawet ja dowiedziałem się czegoś nowego: że w tych wystających na boki skrzydłach rufówki mieszczą się toalety kapitańskie i oficerskie. Na żadnych planach modelarskich dowolnego żaglowca (a trochę ich widziałem) tego nie było.

Het Scheepvaartmuseum Amsterdam - toaleta kapitańska w skrzydle rufówki

Het Scheepvaartmuseum Amsterdam - toaleta kapitańska w skrzydle rufówki

 I jeszcze mają tam trochę wystaw i bardzo dobrze zaopatrzony sklepik muzealny. Serdecznie polecam.

Adres (na zdjęciu lotniczym z Google Maps żaglowca jeszcze nie ma):

Het Scheepvaartmuseum
Kattenburgerplein 1
1018 KK Amsterdam

Czynne

  • codziennie 9-17

Wstęp

  • dorośli: 15 EUR
  • dzieci 5-17 lat - 7,50 EUR
  • Z Muzeumkaart za darmo.

Kattenburgerplein 1, 1018 KK Amsterdam, Holandia

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Dick prorokiem był, czyli Google Translate ssie

Puściłem już sześć notek na nowym blogu, trochę czytelników już mam, nawet paru komentatorów - co prawda na razie wszyscy komentatorzy i większość czytelników jest z Polski. No ale jeszcze się w niemieckiej części sieci nie reklamowałem, planuję zacząć po ósmej notce.

Z komentatorami może jeszcze być taki problem, że WordPress trybie Multisite jest trochę niedomyślany pod względem wielojęzyczności - każdy z blogów może być w innym języku, ale do rejestracji użytkowników wszyscy lądują na jednej stronie w języku całej sieci, czyli u mnie po polsku. Przerobienie tej strony na multilanguage jest trudne, myślę że zrobię po prostu opisy w trzech językach (polski/niemiecki/angielski) i wystarczy. A rejestrację mieć muszę, bo inaczej zalewają mnie spamy. Nawet z tą rejestracją coś się przebija, jeszcze nie rozumiem jakim cudem.

A tymczasem przeglądając statystyki zauważyłem, że ktoś z Polski (nawet wiem z jakiego miasta) regularnie tłumaczy sobie moje notki na polski korzystając z Google Translate. To spróbowałem i ja.

No i to jest katastrofa! To nawet nie wychodzi głupie, to wychodzi absolutnie niezrozumiałe!

Przykład: Słynne "Ratunku! Niemcy mnie biją! Państwo sa Polakami, pomóżcie mi!" brzmi według Gugla Translejta "Pomoc German pokazał mi, że jesteś w Polsce , proszę mi pomóc ! " (Uwaga - tłumaczyłem całą notkę naraz - okazuje się że to jest różnica)

Przy czytaniu zauważyłem, że w przetłumaczonym tekście są słowa angielskie, ktore w tekscie niemieckim były jako żywo po niemiecku. No i powoli zaczęło mi się klarować, dlaczego to tłumaczenie nie działa - wychodzi na to, że Google Translate tłumaczy najpierw z niemieckiego na angielski, a potem z angielskiego na polski. Najwyraźniej ich tam w tym guglu zdrowo pop...

Spróbowałem powtórzyć ten algorytm:

Tekst po niemiecku: "Hilfe! Deutsche schlagen mich! Sie sind doch Polen, bitte helfen Sie mir!"

po przekladzie na angielski brzmi "Help! German beat me! You're in Poland, please help me!" No prawie dobrze.

Teraz przekładamy ten angielski na polski i wychodzi "Pomoc! Niemiecki mnie pokonać! Jesteś w Polsce, proszę mi pomóc" Hmm. Tak sobie, ale i tak trochę lepiej niż wprost z niemieckiego na polski. czyżby mieli tam jeszcze jeden krok po drodze? A teraz spróbowałem nie cały tekst, tylko tą jedną frazę z niemieckiego wprost na polski i wyszło dokładnie jak w tych dwóch krokach. A teraz jeszcze raz dwa kroki, tylko cały tekst naraz - wyszło jak za pierwszym razem. Czyli się zgadza - tłumaczenie niemiecki -> polski idzie z pośrednictwem angielskiego. Tyle że przy dłuższym tekscie dołożyli jakieś rozpoznawanie kontekstu, które jeszcze sprawę pogarsza.

No i tu przypomniała mi się jakaś powieść Dicka. Tytułu nie pamiętam i nie chce mi sie ich wertować i szukać (chociaż może mi się jeszcze zechce, bo to było na samym początku i będzie łatwo znaleźć), ale bohaterowie bawili się tam w rozwiązywanie łamigłówek. Jeden brał zdanie w jakimś języku, tłumaczył je automatycznym tłumaczem na inny, a potem wynik jeszcze raz na jeszcze inny. Czyli w zasadzie robił to samo co ten gugiel. Potem tłumaczył jeszcze raz ten wynik na język od którego zaczął a drugi gracz miał zgadnąć o co w zdaniu chodziło.

Drogi Guglu. Ja się bardzo cieszę że chcesz mnie i innych użytkowników zabawić, ale źle umieściłeś tą pozycję w menu. Powinna być pod "Games" i trzeba dodać opis zasad tej gry.

I jeszcze wniosek praktyczny. Tłumaczenie z niemieckiego na angielski ujdzie, znaczy idzie zrozumieć o co chodzi, w celach użytkowych wystarczy. Ale na polski jest bezużyteczne. Jak ktoś chce przeczytać co piszę tam po niemiecku to radzę przełożyć na angielski i trochę wysilić nawet słabą znajomość tego języka - efekt będzie i tak lepszy niż przy tłumaczeniu guglem na polski.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Organizacyjne

4 komentarze

Warto zobaczyć: „Przedszkole” dla fok Pieterburren

Dziś bardzo nietypowa polecanka, bo ani o Niemczech, ani o NRD, ani o technice, ani nawet muzeum. Ale to mój blog i będę pisał o czym będę chciał 🙂

Tego nie było w moim przewodniku po Holandii - znalazłem to w sieci; wstęp darmowy, a podobało nam się znacznie bardziej niż pokazy w delfinarium w Brugii. "Przedszkole" dla fok (jak lepiej przetłumaczyć "Aufzuchtstation"?) na północy Holandii - w miejscowości Pieterburren.

"Przedszkole" dla fok, Pieterburren

"Przedszkole" dla fok, Pieterburren

Stacja zajmuje się fokami rannymi, chorymi czy zaplątanymi w sieci, a najczęściej małymi, osieroconymi foczkami.   

"Przedszkole" dla fok, Pieterburren

"Przedszkole" dla fok, Pieterburren

Przez długi czas foki były traktowane jako szkodniki wyjadające ryby, planowano całkowite wyniszczenie gatunku. Za upolowane foki wypłacano nagrody. I to wcale nie było tak dawno - ostatnim krajem w który wprowadził zakaz polowania na foki była Dania, a stało się to w roku 1977  Czas był najwyższy, bo w latach 60-tych populacja fok w Europie się załamała, a na Bałtyku fok nie było już wcale.

Większość foczek ze stacji w Pieterburren została osierocona w wyniku działalności ludzi. Do fok się już nie strzela - dziś najczęstszą przyczyną przedwczesnej śmierci fok jest zaplątanie się w sieci, zazwyczaj zgubione przez trawlery. Na polu obok stacji z takich sieci usypana jest cała spora góra. 

"Przedszkole" dla fok, Pieterburren

"Przedszkole" dla fok, Pieterburren

Inne antropogenne przyczyny śmierci to rany od różnych rzeczy, najczęściej śrub statków i zatrucia różnymi substancjami. No i plastikowe śmieci pływające w morzu. Wszystko to pokazują nierzadko drastyczne zdjęcia w stacji.

Foki umierają też z przyczyn naturalnych - na przykład co pewien czas zdarza się epidemia wybijająca sporą część populacji fok. Stacja jest oczywiście również placówka badawczą.

Gdy tam byliśmy, na stacji były tylko małe foczki, wszystkie w jednym wieku - pewnie tegoroczne. Wszystko sieroty, a było ich ze setka. Pracownicy stacji leczą je, nawadniają i odkarmiają, a potem, jak już podrosną na tyle żeby poradzić sobie samodzielnie - wypuszczają.

"Przedszkole" dla fok, Pieterburren

"Przedszkole" dla fok, Pieterburren

Taka foczka zjada 5 kilo śledzia dziennie, dają im śledzie mrożone (po rozmrożeniu oczywiście). Utrzymanie jednej foki kosztuje 35 EUR dziennie, wstęp jest za darmo ale proszą o datki albo kupienie czegoś w sklepiku.

"Przedszkole" dla fok, Pieterburren

"Przedszkole" dla fok, Pieterburren

Foczki niesamowicie sympatyczne, najśmieszniej wyglądają gdy na kilkadziesiąt sekund przysypiają unosząc się pionowo w wodzie.

"Przedszkole" dla fok, Pieterburren

"Przedszkole" dla fok, Pieterburren

Na śledzie chętne są też mewy, cały czas się czają żeby wpaść i porwać jakiegoś. 

"Przedszkole" dla fok, Pieterburren

"Przedszkole" dla fok, Pieterburren

Bardzo polecam odwiedzenie takiej stacji, zwłaszcza z dziećmi. Szkoda tylko, że większość opisów jest tam po tylko holendersku. Znaczy jak się zna angielski i niemiecki, to daje się holenderski całkiem nieźle zrozumieć (trzeba sobie przeczytać na głos i tolerancyjnie wysłyszeć znaczenie 🙂 ) ale dobrze byłoby móc przeczytać to wszystko bez domyślania się.

Adres:

Zeehondencrèche Lenie 't Hart
Hoofdstraat 94-A
9968 AG Pieterburen
 

Czynne:

Codziennie od 10 do 17

Wstęp

Darmowy (teraz zajrzałem na zalinkowaną stronę i tam jest napisane że 8 euro dla dorosłego i 5 dla dzieci, ale na miejscu nikt nie chciał za wstęp. Może akurat jakaś akcja była?) 

9968 Pieterburen

Holandia

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Warto zobaczyć

2 komentarze

Warto zobaczyć: Liberty Park Overloon

Dziś muzeum niezbyt odległe od granicy Niemiec - w Overloon w Holandii.

Miłośnikom historii WWII nazwa Overloon nie jest z pewnością obca, ponieważ było to miejsce bitwy pancernej w roku 1944. Po tej bitwie w sąsiednim lesie pozostało sporo rozbitego sprzętu bojowego, niedługo później (1946) las ten zamieniono na muzeum i nazwano Liberty Park. Ponieważ sprzęt rdzewiał pod gołym niebem, nie tak dawno zbudowano tam hale ekspozycyjne. Muzeum podzielone jest na dwie części: Nationaal Oorlogs- en Verzetsmuseum poświęcone ruchowi oporu w okupowanej Holandii i Marshall Museum ze sprzętem wojskowym.

Muzeum ruchu oporu mało mnie ruszyło, po Polsce mam przesyt tej tematyki. Niewątpliwie Holendrzy też swoje dostali za okupacji, parę ciekawych rzeczy w muzeum było, ale oglądanie dokumentów, odznaczeń itp. mnie nie pociąga.

Zrobili tam "symulator nalotu" umożliwiający przeżycie bombardowania z różnych punktów widzenia. Najpierw wsiadamy do "bombowca", "lecimy", potem otwierają się "drzwi bombowe" przez które widzimy płonące miasto i spadające nasze bomby. W drugim pomieszczeniu obserwujemy płonące miasto "stojąc na ulicy". W trzecim przeżywamy bombardowanie w schronie. Całość mnie zniesmaczyła, może i chcieli dobrze, ale wyszło płasko i bagatelizująco. Myślę że mniej dosłowna instalacja robiłaby większe wrażenie.

Natomiast Marshall Museum jest mocne. Jego trzon stanowi sprzęt pobitewny,

Liberty Park Overloon - Nebelwerfer

Liberty Park Overloon - Nebelwerfer

ale potem kupili jeszcze trochę nowszych rzeczy - przede wszystkim poradzieckich i poenerdowskich. No i dostali wieeelką kolekcję sprzętu amerykańskiego od jakiegoś prywatnego zbieracza. Są to głównie ciężarówki i sprzęt pomocniczy, ale za to w ogromnym wyborze.

Zrobili też sporo dioram z różnych frontów i z różnego sprzętu.

Liberty Park Overloon

Liberty Park Overloon

Pod sufitem wisi Spitfire,

Liberty Park Overloon

Liberty Park Overloon

a w hali stoi B25 Mitchell, taki jak Yosariana.

Liberty Park Overloon - B25 Mitchell

Liberty Park Overloon - B25 Mitchell

Największy eksponat to LARC-LX, trochę późniejszy - bo z wojny wietnamskiej, ale ogromniasty.

Liberty Park Overloon - LARC-LX

Liberty Park Overloon - LARC-LX

W gablotach wszelaka amunicja we wszystkich kalibrach, kolorach i smakach, po prostu imponujące.

Liberty Park Overloon

Liberty Park Overloon

A w ogóle to raj dla modelarzy - bardzo wiele setów do sklejania to modele eksponatów z tego muzeum. Bo to raczej leci właśnie w tą stronę - sety robi się tego, co można obejrzeć na żywo. No i tu jest jedno z istotnych źródełek.

A koło wejścia sklep wojskowy i nieźle zaopatrzony sklep modelarski z nawet rozsądnymi cenami. A w nim wiele setów produkcji polskiej. My kupiliśmy set Italieri - 6456 Autoblinda AB-40 Ferrovaria

Adres:

Overloon War Museum
Museumpark 1,
5825 AM Overloon, Holandia

Muzeum czynne:

  • Poniedziałek - piątek 10-17
  • Sobota, niedziela 11-17

Wstęp:

  • dorośli (13+) 14 euro
  • dzieci (4-12) 9 euro
  • z Museumkaart wstęp za darmo.
Museumpark 1, 5825 AM Overloon, Holandia
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj

Zapraszam na mojego nowego bloga. Ale on jest po niemiecku

Od początku wakacji aktywność na moich blogach bardzo spadła. No ale to chyba normalne - najpierw ja byłem na urlopie, potem miałem sporo gości, a tymczasem jeszcze sporo do roboty.

Mimo to blogowanie nie leżało odłogiem - wziąłem się za przygotowanie bloga dla czytelników niemieckojęzycznych. Design jego, jak zwykle u mnie, jest wariantem kolorystycznym tutejszego designu, zmieniłem tylko teksty i default language na niemiecki, no i oczywiście zrobiłem odpowiednie zdjęcie tytułowe. Blog jest w sumie odwróceniem tego tutaj - ten jest o Niemczech i NRD dla Polaków, nowy o Polsce dla niemieckojęzycznych. Tonacja kolorystyczna blogu o Polsce musi być oczywiście niewątpliwie biało-czerwona, co nie wyszło mi najlepiej - bo blady czerwony robi się różowy, a niezupełnie tak sobie to wyobrażałem. Spróbuję jeszcze nad tym popracować.

Screenshot http://polenblog.cmosnet.eu

Screenshot http://polenblog.cmosnet.eu

Przy okazji modyfikacji designu znalazłem, dlaczego mimo że powłączałem komentowanie tylko dla zarejestrowanych użytkowników i captche po polsku przy komentarzach to ciągle przychodzi mi masa spamerskich komentarzy (bywa znacznie powyżej 100 na dobę). Oprócz włączenia opcji trzeba jeszcze zimplementować jakąś reakcję na to, czyż nie? Nie chce mi się za głęboko wchodzić w szczegóły implementacyjne WordPressa i takie są skutki. Ale teraz naprawdę będzie komentowanie tylko dla zarejestrowanych. Podziękowania proszę przesyłać spamerom (spora część z nich jest z Polski, próbuję z tym walczyć, ale niektórzy się bardzo maskują).

Blog ma tytuł "Polnisches Mikado" - Mikado to gra zbliżona do polskich bierek. Bierki są też na zdjęciu tytułowym (podziękowania za bierki dla agatynal), nie dało się jednak znaleźć biało-czerwonych i musiałem je odpowiednio pomalować. Skąd nazwa blogu, wyjaśni się po paru wpisach. A jak te malowane bierki już mam, to może jak nie będę miał zdjęcia do zilustrowania notki to porobię kompozycje z tych bierek? Tak jak mają w prawdziwych czasopismach?

Notek naprodukowałem już z dziesięć, na razie czekają na publikację. Będę puszczał je co 1-2 dni. Zdaję sobie sprawę, że są w nich błędy językowe, nie będę się obrażał za wytykanie ich.

Jeżeli ktoś z czytelników będzie chciał komentować na nowym blogu, to bardzo proszę o nie komentowanie po polsku. To jest blog dla czytelników niemieckojęzycznych, proszę po niemiecku, ewentualnie angielsku. Może być łamany niemiecki albo angielski, czepianie się błędów robionych przez komentatorów będę wywalał bez litości. Teraz adres: 

http://polenblog.cmosnet.eu

W następnej kolejności popracuję nad zrobieniem centralnej strony wejściowej do wszystkich moich blogów i innych aktywności sieciowych pod www.cmosnet.eu, I nad bannerami linkującymi wszystkie blogi między sobą. Zapraszam nieustająco.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy:

Kategorie:Organizacyjne

Skomentuj

Jak to sie robi w Niemczech: Zbytki biskupów

Dawno nie było notki o Niemczech, czas żeby napisać coś nowego. Mam sporo zajęć, między innymi przygotowuję start bloga o Polsce po niemiecku (już wkrótce), ale chwilę znajdę bo się dzieje i trzeba łapać temat póki aktualny.

Od pewnego czasu w Polsce ciągle jakiś biskup albo inny hierarcha coś palnie, albo wykaże się znaczącym oderwaniem od ziemskich trosk i zamiłowaniem do bogactwa i luksusu. Zjawiska te nie są specyficzne tylko dla Polski, zobaczmy może jak to wygląda w Niemczech. Rzecz dotyczy akurat biskupa obejmującej Frankfurt diecezji Limburg, więc dociera do mnie sporo ciekawostek.

Zacznijmy od poprzedniego biskupa tej diecezji. Był to Franz Kamphaus. No i ten był w miarę porządny. Linię ideologiczną miał nie bardzo skostniałą - w konflikcie o doradztwo przed usunięciem ciąży (chyba trzeba by napisać o tym notkę) był przeciw JPII. No i przede wszystkim żył skromnie - nie mieszkał w domu biskupim, tylko w  apartamencie (Apartment po niemiecku odpowiada znaczeniu angielskiemu - małe mieszkanko dla singla - a nie polskiemu coś prawie jak pałac) w seminarium. A służbowej limuzyny z szoferem używał rzadko i niechętnie. No ale w 2007 skończył 75 lat i zgodnie z prawem kanonicznym ustąpił ze stanowiska. W 2008 zastąpił go Franz-Peter Tebartz-van Elst.

Biskup Franz-Peter Tebartz-van Elst

Biskup Franz-Peter Tebartz-van Elst Źródło: Christliches Medienmagazin pro

Proszę nie sugerować się rozbudowanym nazwiskiem - nowy biskup nie pochodzi ze szlachty.  Urodził się w rodzinie rolników i jest drugim dzieckiem z piątki. W momencie nominacji miał 49 lat. To tak dla ustalenia uwagi.

No i ten biskup zaczął się wkrótce zachowywać, jakby był z Polski. Jeszcze w roku objęcia urzędu w Limburgu zdobył rozgłos odwołując dziekana z Wetzlaru za współudział w nabożeństwie dla pary homoseksualnej, która właśnie zawarła ślub cywilny. Ja rozumiem żeby palcem pogrozić że to nie po linii i nie na bazie, ale żeby zaraz odwoływać? No ale niech mu będzie.

Dalej było tylko gorzej. Pisałem już o oszczędnościach w niemieckim Kościele Katolickim, o scalaniu parafii dla oszczędności kosztów, redukcji etatów itd. Było tam też o odwołaniu proboszcza pismem - to typowy styl działania tego biskupa. Autorytaryzm. Ale między odwołaniem starego a powołaniem nowego biskupa kapituła (??? Domkapitel, nie wiem jak po polsku, nie jestem biegły w tym nazewnictwie)  postanowiła zbudować nowy pałac biskupi. Koszty miały się zamknąć w dwóch milionach euro. Nowy biskup rozszerzył inwestycję - miało to być teraz Centrum Diecezjalne Św. Mikołaja - a budżet miał wzrosnąć do 5,5 miliona. Całkiem ostatnio wyszło, że potrzebne jest prawie 10 milionów, a i to na 100% nie jest ostatnie słowo.

Nowa kaplica pałacu biskupiego w Limburgu

Nowa kaplica pałacu biskupiego w Limburgu Źródło: Wikipedia Autor: Nikola

No i teraz pojawia się interesujące pytanie: Skąd diecezja weźmie na to szmal. Sytuacja zrobiła się trochę niezręczna, bo z jednej strony inwestycje diecezjalne powyżej pięciu milionów euro muszą być zatwierdzane przez Watykan (a niedawno zmienił się tam szef i ten nowy takich rzeczy chyba nie lubi), a z drugiej wierni w diecezji są już mocno wkurzeni tym, że muszą zaciskać pasa, a tu takie zbytki. Co prawda diecezja nie zbankrutuje - ma co sprzedać, majątku jest znacznie więcej, ale miło nie będzie.

A jeszcze trochę wcześniej biskup wybrał się na wyjazd służbowy do Indii. Obejrzeć slumsy. No ale biskup nie będzie leciał byle biznesklasą - razem z wikariuszem generalnym diecezji polecieli klasą pierwszą (różnica na dwóch biletach w dwie strony ok. 7000 euro). Rozeszło by się po kościach, ale jak Spiegel miał o tym napisać diecezja przystąpiła do ataku - usiłowała zablokować artykuł. Przy tym biskup nakłamał dziennikarzowi Spiegla że leciał biznesklasą, a potem złożył oświadczenie pod przysięgą (Versicherung an Eides statt) że nic takiego nie mówił. Nie wiem czy w Polsce jest coś takiego jak to oświadczenie, w każdym razie w Niemczech kłamstwo w takim oświadczeniu jest karalne. A Spiegel miał nagranie. No i ksiądz biskup będzie miał proces.

Wierni i księża diecezji mają powoli biskupa dosyć. Zaczynają już pojawiać się listy otwarte żądające zmian, a nawet ustąpienia biskupa. Ciekawe co będzie dalej. EDIT 2013-08-30: Wczoraj pojawił się list otwarty popierający biskupa, że niby go za wierność linii ideologicznej zwalczają.

Tymczasem biskup Franz-Peter prezentuje wysoki poziom oderwania od rzeczywistości twierdząc, że on cały czas chce tak dobrze, ale jakoś go nie rozumieją. Całkiem jak Jezusa. Serio tak powiedział, to nie moja ironia. Niezły okaz, co nie? Prawie jak w Polsce.

A teraz wniosek. Wiele osób w Polsce uważa, że wprowadzenie podatku kościelnego w stylu niemieckim załatwia problem rozdziału Kościoła od państwa i wszystkie wyskoki hierarchi. Niestety nie. To dopiero początek drogi.

TUTAJ więcej na temat biskupa (artykuł z FAZ po niemiecku)

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: , ,

Kategorie:Jak to się robi w Niemczech?

7 komentarzy

Na ulicy widziane: Mikrosamochód nadal żywy.

Wydawałoby się, że mikrosamochody według koncepcji lat 50-tych ubiegłego wieku (mały pojazd na dwie osoby z silnikiem motocyklowym) dawno już umarły śmiercią naturalną. A w Holandii okazuje się, że jednak nie. Często spotyka się tu różne śmieszne wozidełka, najpopularniejszym z nich jest Canta LX

Canta LX

Canta LX

 

Canta LX

Canta LX

Poszukałem w sieci kto to robi, i jest to holenderska firma Waaijenberg Mobilieit B.V. Pojazd mieści dwie szczupłe osoby, ma czterosuwowy, dwucylindrowy silnik o pojemności 160 cm3 i automatyczną bezstopniową przekładnię wywodzącą się z dawnych konstrukcji firmy DAF. Jedzie toto do 45 km/h i jeżeli dobrze zrozumiałem, to nie potrzeba mieć na to nawet prawa jazdy. Tylko cena nie pasuje do reszty - za najtańszą wersję trzeba dać ponad 10.000 euro.

Oprócz tej Canty widuje się też inne, podobne pojazdy, na przykład takie, francuskiej firmy JDM:

 

JDM Abaca

JDM Abaca

 

JDM Abaca

JDM Abaca

Albo takie, też francuskie - Microcar M.GO - to już 500 cm3:

Microcar M.GO

Microcar M.GO

 

Microcar M.GO

Microcar M.GO

 

Zauważyłem też pojazd firmy włoskiej, Grecav, model Amica 1100. Charakterystyka podobna do Canty, cena nowego nieznana, bo nie ma go już w produkcji.

 

Grecav Amica 1100

Grecav Amica 1100

 

Grecav Amica 1100

Grecav Amica 1100

No i uczucia mam mieszane. Toto nie jest nic tańsze od małego samochodu w miarę normalnej wielkości. Niewątpliwie w płaskim, ciasnym mieście może mieć swoje zalety, zwłaszcza jeżeli nie potrzeba na to prawa jazdy. Większe zalety miałoby gdyby było elektryczne, ale cena takiego pojazdu byłaby jeszcze wyższa. 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Na ulicy widziane

Skomentuj

Warto zobaczyć: La Coupole, Helfaut

Dziś znowu obiekt niechlubnie związany z Niemcami, tym razem we Francji - La Coupole w miejscowości Helfaut.

Obiekt jest po prostu monstrualny i mógłby na żywca grać w filmach retro SF rolę dokładnie tego, czym jest - czyli czegoś w rodzaju Gwiazdy Śmierci. Chodzi o bazę do strzelania rakietami A4 (V2) przede wszystkim w Londyn.

La Coupole

La Coupole

Zamierzenie było takie, żeby robić tam końcowy montaż pionowy rakiet A4 wyprodukowanych w Mittelbau Dora (tam też się jeszcze wybiorę), wyprowadzać je na zewnątrz hali montażowej i od razu strzelać. Baza położona jest najbliżej Londynu jak to było możliwe (188 kilometrów). W zasadzie rzecz była od początku do końca bez sensu - taka stała baza w odległości pół godziny lotu wolnym samolotem od lotnisk przeciwnika nie ma szans działać długo, niezależnie jak bardzo ją obetonować. W końcu muszą być tam jakaś droga albo tor kolejowy żeby dostarczać zaopatrzenie, drzwi żeby rakietę wystawić do startu, jakieś tory do jej transportu, otwarte stanowisko startowe itp. Niemieccy inżynierowie rakietowi myśleli logicznie i nowocześnie i woleli przewoźne stanowiska startowe, znacznie trudniejsze do wykrycia i zniszczenia.

Przewoźne stanowisko startowe rakiet A4 (V2) - model

Przewoźne stanowisko startowe rakiet A4 (V2) - model

No ale Hitler, jak prawdziwy, filmowy badguy uwielbiał gigantyczne budowle, zwłaszcza podziemne. I jaki prawdziwy badguy nie pragnie w głębi duszy swoich Gwiazd Śmierci? Zbudowano więc wielką kopułę z żelbetu, 70 metrów rozpiętości, 5 metrów grubości. A pod nią drążono komory i chodniki do prowadzenia montażu rakiet. Planowana była produkcja taśmowa i strzelanie jednej po drugiej.

Makieta La Coupole

Makieta La Coupole

No i ten plan to po prostu debilny był. Przecież wiadomo od razu, że przeciwnik postara się zniszczyć taką instalację jak najszybciej i bez względu na straty, nawet nie wiedząc do czego ma ona służyć. Już sam jej wygląd i skala z daleka wołają ZNISZCZ MNIE, BO POŻAŁUJESZ!

No ale zniszczenie nie było łatwe. Przeprowadzono wiele nalotów z udziałem setek samolotów i najbardziej ironicznie wyszło, gdy kopuła wytrzymała trafienie najcięższą bombą, a do porzucenia projektu zmusiła Niemców bomba która nie trafiła w kopułę, wybuchła obok niej i narobiła mnóstwo szkód. Kredowe wzgórze było już tak osłabione ciągłymi wybuchami, że dalsze prace groziły totalną katastrofą. Ani konstruktorzy, ani atakujący o tym nie pomyśleli, tak się przypadkiem zrobiło.

Rakieta A4 (V2)

Rakieta A4 (V2)

Po wojnie dokładnie zbadano instalację, wyszło że była przystosowana do strzelania znacznie większymi niż A4 rakietami, których na szczęście nie zdążono opracować. W roku 1997 zrobiono tam muzeum. Składa się ono z paru ekspozycji:

  • O rakietach V1 i V2 oczywiście.
  • O programach kosmicznych będących pochodnymi niemieckiego programu rakietowego.
  • O robotnikach przymusowych którzy stracili życie przy budowie instalacji
  • O ruchu oporu w okupowanej Francji.

Całość ciekawa, ale większość eksponatów można zobaczyć i gdzie indziej, chociażby w Peenemünde. Jedno czego nie widziałem wcześniej to załogowa wersja V1 -  Fieseler Fi 103R, kryptonim Reichenberg, zwana też V4. Nic dziwnego że jej wcześniej nie widziałem - zostało ich tylko kilka (Wikipedia angielska podaje pięć), z czego w Europie dwa, ten drugi w Anglii.

Fieseler Fi 103R - Reichenberg, Gerät - V4

Fieseler Fi 103R - Reichenberg, Gerät - V4

Największe wrażenie robi sama kopuła. Refleksja: Całe szczęście że Hitler był taki durny, gdyby był inteligentny i słuchał rad fachowców to nie wiem jak by się WWII skończyła.

Każdy zwiedzający dostaje słuchawki które na kilku kanałach na podczerwieni odbierają tekst w różnych językach. Nadajniki poumieszczane są w różnych miejscach, nie zawsze dobrze odseparowanych. To rozwiązanie nie jest dobre - pojawiają się przesłuchy z sąsiedniego nadajnika, przydźwięki, czasem słuchawki burczą głośno, często trudno zidentyfikować czy selektor kanałów jest źle ustawiony, czy też po prostu tekstu w żądanym języku nie ma.

Ale odwiedzenie tego muzeum bardzo polecam.

Adres:

La Coupole
rue Clabaux (D210)
62570 HELFAUT

Czynne:

  • lipiec i sierpień 10-19
  • reszta roku 10-18

Wstęp:

  • dorośli 9,50 EUR
  • dzieci 6,50 EUR

Radzę zabrać ze sobą jakiś sweter albo kurtkę, bo w korytarzach jest zimno.

Rue du Mont à Car, 62570 Helfaut, Francja

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dotyczy: ,

Kategorie:Warto zobaczyć

Skomentuj